Po co pisać kolejną książkę o Nowym Jorku? No właśnie, zacznijmy od książek. 23 kwietnia 2024 roku firma Lawn Love[1] opublikowała z okazji Światowego Dnia Książki badania, według których Nowy Jork okazał się niekwestionowanym numerem jeden dla amerykańskich entuzjastów literatury, pozostawiwszy daleko w tyle drugie w rankingu San Francisco. Analiza brała pod uwagę w sumie piętnaście kategorii, w tym liczbę bibliotek publicznych, antykwariatów, festiwali literackich czy historycznych miejsc związanych z literaturą. Nowy Jork plasuje się również na czwartym miejscu w Stanach Zjednoczonych pod względem liczby księgarni przypadających na kilometr kwadratowy. Jak donosi "The New York Times"[2], w ostatnich latach w mieście otworzyło się około trzystu nowych, niezależnych księgarni. Jakby próbowano nadrobić z nawiązką skutki pandemii, na początku której odnotowano trzydziestoprocentowy spadek sprzedaży książek w USA, zdający się przypieczętowywać przyszłość papierowych woluminów w ogarniętym cyfryzacją świecie. Już przed covidowym spustoszeniem wydawało się, że amerykańskie księgarnie to pieśń przeszłości, a ich rola z czasem ograniczy się do miejsc hipsterskiego kultu. Wystarczyło spojrzeć na Manhattan, na którym ich liczba topniała w zastraszającym tempie. W 2019 roku "The Guardian"[3] alarmował, że księgarnie z dużym prawdopodobieństwem mogą podzielić losy budek telefonicznych i sklepów naprawiających maszyny do pisania. Choć nawet wtedy był to scenariusz trudny do wyobrażenia, liczby mówiły same za siebie: w 1950 roku na samym Manhattanie znajdowało się aż trzysta osiemdziesiąt sześć księgarni, w 2015 było ich zaledwie sto sześć, a w 2019 liczba ta jeszcze spadła - do mniej niż osiemdziesięciu. Szczęśliwie pandemia, po początkowym ciosie, przyniosła ze sobą exodus czytelniczy. Obecnie księgarni w Nowym Jorku wciąż przybywa, a ich obroty rosną.
The Strand - prawdopodobnie najsłynniejsza nowojorska księgarnia
Powróćmy jednak do pierwszej połowy ubiegłego wieku, kiedy na pograniczu Greenwich i East Village (dzielnice dolnego Manhattanu, pierwsza to kolebka ruchu LGBT, druga znana jest między innymi jako miejsce narodzin amerykańskiego punk rocka) na przestrzeni sześciu przecznic pomiędzy Astor Place i Union Square rozciągał się Book Row - ciąg sklepów z książkami, głównie używanymi. W latach największego powodzenia znajdowało się tam aż czterdzieści osiem księgarni. To właśnie tam swój pierwszy sklep, pod szyldem Pelican Book Shop, otworzył litewski imigrant Benjamin Bass. Chociaż jego pierwszy biznes nie cieszył się powodzeniem, to kolejna, założona w 1927 roku księgarnia odniosła bezapelacyjny sukces i obecnie jest jedną z najbardziej znanych w Nowym Jorku. Mowa oczywiście o The Strand, której sława sięga za ocean, za sprawą licznych występów w kulturze popularnej. O ile kogoś może nie interesować historia czytelnictwa w Stanach, o tyle wiele osób oglądało przynajmniej jeden odcinek Seksu w wielkim mieście czy Kochanych kłopotów.
Filmowy widok z Pier 35
To właśnie The Strand przetrwała najpierw Wielki Kryzys, a później dramatyczną podwyżkę cen najmu w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jest też jedną z zaledwie dwóch księgarni, które ostały się do dzisiaj na terenie dawnego Book Row, choć nie w pierwotnej lokalizacji. W 1957 roku syn Benjamina, Fred Bass, przeniósł księgarnię pod jej obecny adres, na róg 12. i Broadwayu. Przez kolejne dziesięciolecia zbiory książek rozrosły się, obejmując we władanie kolejne piętra i czyniąc w tamtym czasie ze Strandu największą księgarnię z książkami używanymi na świecie. Znany slogan głosi, że znajduje się tu "osiemnaście mil" książek. W rzeczywistości jest ich jednak trochę więcej, konkretnie dwadzieścia trzy mile.
To właśnie tutaj, na piętrze kultowej The Strand, patrząc na niezliczone pozycje o Nowym Jorku, można zadać sobie pytanie: "Po co pisać kolejną?". Przyjeżdżając do Nowego Jorku, nie planowałam pisać o nim książki. Zdania nie zmieniłam przez kolejne lata, jednak w pewnym momencie zorientowałam się, że i tak to robię. Z każdym napisanym felietonem wizja książki stawała się coraz bliższa, a ja zrozumiałam dwie rzeczy. Po pierwsze: ona już powstaje. Po drugie: właściwe pytanie nie brzmi "po co?", ale "dlaczego?".
Jedna z moich ulubionych zabawek z czasów dzieciństwa, spod której czaru nie mogę się do dzisiaj wyzwolić, to kalejdoskop. Jest coś niesamowitego w tym, że każdemu pokazuje on inne, niepowtarzalne obrazy. W dodatku wystarczy drobne drgnięcie, aby to, co widzimy, płynnie przeszło w kolejną kompozycję odbitych w lustrach kolorowych szkiełek. Każda z nich piękna, każda domagająca się uwiecznienia, i to jak najszybciej, zanim zniknie, przekształcając się w kolejną, równie żądną naszej uwagi i zachwytu. Nowy Jork wyzwala w ludziach podobny imperatyw. Każdemu, kto tu przyjeżdża, pokazuje kolorowe szkiełka, ale zawsze w innej konfiguracji, wywołując nieodpartą potrzebę zatrzymania ich, choćby na chwilę, podzielenia się nimi z innymi za pomocą zdjęć i opowieści. W dodatku do metalowej rurki wpadają coraz to nowsze koraliki. Z kolei te starsze, często pod wpływem czasu, rozpadają się w błyszczący pył. Ta właśnie świadomość, że wszystko, co widzimy, jest przeznaczone tylko dla naszych oczu, że nikt inny nie zobaczy nigdy tego samego co my, odpowiedzialna jest za kolejne książki z Nowym Jorkiem w tytule, lądujące na piętrze The Strand, wydłużające kolekcję o kolejne stopy i mile. I to właśnie ona sprawiła, że wbrew wszystkim swoim założeniom uległam pokusie pisania o tym mieście, pozwalając mu, aby samo wybrało, o czym chce opowiedzieć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki