Nowy Jork. Opowieści o mieście - Magdalena Żelazowska

Kup ebooka

43.92 zł
35.58 zł (35,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

ROZDZIAŁ 1

Masz babo pracę

Są z grubsza trzy Nowe Jorki. Pierwszy to Nowy Jork mężczyzny lub kobiety, którzy się tu urodzili i biorą to miasto za oczywistość, przyjmując jego rozmiar i zgiełk jako naturalne i nieuniknione. Drugi to Nowy Jork dojeżdżającego - miasto pożerane przez szarańczę każdego dnia i wypluwane każdej nocy. Trzeci Nowy Jork należy do osoby, która urodziła się gdzie indziej i przybyła do Nowego Jorku, czegoś szukając. Ze wszystkich trzech pulsujących miast najwspanialsze jest to trzecie - miasto będące ostatecznym przeznaczeniem, miasto, które jest celem.

E.B. WHITE[1]

Kiedy rozmawiamy o wielkich planach, mój brat lubi mówić: niech życie ma coś do powiedzenia. Problem w tym, że ilekroć chciałam, aby zabrało głos, ono uparcie milczało.

Urodziłam się w średnim polskim mieście pośród mazowieckich równin. Dorastałam w czasie, kiedy wszystko się tam skończyło - przynajmniej takie miałam wrażenie. Okres włókienniczej prosperity, który pozostawił po sobie kilka zrujnowanych fabrykanckich pałacyków, stał się już odległym, choć romantycznym wspomnieniem. Bardziej ponury widok stanowiły odrapane kominy zrujnowanej fabryki włókien sztucznych Wistom, która w latach świetności zatrudniała dziesięć tysięcy pracowników. W chwili jej upadku niemal każda rodzina w Tomaszowie straciła przynajmniej jedną pensję. Miasto do dziś nie podniosło się po tamtym ciosie.

Dzieciństwo miałam szczęśliwe, ale wczesną młodość pamiętam jako bezbarwną. W czasie, po którym obiecywałam sobie najwięcej, a właściwie obiecywali mi to inni, nie wydarzyło się absolutnie NIC. A przynajmniej nic godnego zapamiętania. A przecież liceum miało być niezapomniane. "To będą twoje najlepsze lata" - zapewniali dorośli z emfazą typową dla pierwszych reklam w kolorowej telewizji. Był rok 1999, miałam szesnaście lat, dostałam się do ogólniaka i byłam gotowa na niesamowitą przygodę, którą miałam przeżyć po przekroczeniu bramy niemal stuletniego I LO. Podekscytowana czekałam niecierpliwie zarówno na nadejście nowego millenium, jak i na spełnienie obietnicy młodości: przyjaźnie na całe życie, pierwszą miłość na zabój, imprezy do świtu, śmiech do łez i włóczęgę z gitarą przez bieszczadzkie połoniny.

Czy to tak wiele? Patrząc przez pryzmat wrażeń, jakie świat oferuje dziś nastolatkom, chyba nie. W tamtych czasach nie było smartfonów, Facebooka ani Instagrama, blogów, e-booków i wszystkich tych atrakcji, które czynią życie fascynującym bez konieczności wychodzenia z domu. Zdobycze przyszłości jeszcze nie nadeszły, a barwna przeszłość się skończyła. Kiedy zaczęłam liceum, zawieszono wydawanie szkolnej gazetki, zamknięto uczniowski radiowęzeł i zrezygnowano z organizacji dorocznego konkursu talentów. Przepadły inicjatywy, których wyczekiwałam po opowieściach starszego brata. Jakby nagle wszystkim się odechciało: i nauczycielom, i uczniom. Do tego zamknięto lokalny pub 6 na 9, w którym dawniej przesiadywali licealiści. Główną atrakcją miasta została pizzeria Capone z widokiem na kościół pod wezwaniem Świętego Antoniego, ale i tam przeważnie trudno było kogoś wyciągnąć (i do pizzerii, i do kościoła). Moi rówieśnicy, zamiast wyrwać się na wolność po nudach podstawówki, pogrążyli się w niewyjaśnionym bezruchu. Nikt nie miał czasu się spotykać, choć do dziś nie wiem, co takiego robili. Animowanie życia towarzyskiego przypominało orkę na ugorze - koledzy zasłaniali się brakiem gotówki, znikali w odmętach nieokreślonych obowiązków domowych lub wybierali świat gier komputerowych. Nawet w weekendy sprawy nie miały się lepiej. W sobotę o czternastej wraz z zamknięciem sklepów miasto zamierało, by ożyć dopiero w poniedziałkowy poranek. A wtedy znów piętrzyły się wymówki: szkoła, klasówka, sprzątanie, nie zdążę na autobus. W wakacje repertuar wykrętów nieco się zmieniał: odwiedziny u dziadków, działka, żniwa albo wykopki. I tak mijały moje "najlepsze lata".

Panorama z tarasu widokowego Top of the Rock

Czułam się jak w blokach startowych, które ktoś złośliwe posmarował klejem. Codziennie prosiłam życie, żeby wreszcie ruszyło z miejsca. Zaczęło mnie słuchać dopiero na studiach w Warszawie. Pierwsza z wielu przeprowadzek, ale z pewnością najważniejsza. Była jak rytuał przejścia w dorosłość. Moja tomaszowska melancholia zawsze podszyta była pragnieniem zmiany klimatu. Nie tyle adresu, co otoczenia i energii. Chciałam udać się tam, gdzie poszło sobie prawdziwe życie - moje życie. Byłam pewna, że skoro nie ma go tu, gdzie jestem, to musi na mnie czekać gdzie indziej. Nie chciałam uciec przed czymś, ale do czegoś. "Wsiąść do pociągu byle jakiego (...) patrzeć, jak wszystko zostaje w tyle..." Dopiero po latach dowiedziałam się, że wspomniany w piosence Maryli Rodowicz zielony kamyk istnieje naprawdę. Autorka tekstu, Magda Czapińska, znalazła go na łące w Tomaszowie.

Warszawa mnie nie oczarowała, przeciwnie, długo się do niej przekonywałam. Ale byłam jej też wdzięczna: studia przyniosły mi nowe znajomości, pierwsze własne pieniądze i dalekie podróże. Nareszcie zaczęło się dziać. Byłam głodna życia i rzuciłam się na nie z apetytem. Nie mam tu na myśli dzikich imprez i grzesznych eksperymentów. Pierwsze uniwersyteckie lata przesiedziałam w operze, kinach, teatrach i na koncertach. Co semestr uczyłam się innego tańca, zapisywałam się na kursy i warsztaty wszystkiego: od malowania na jedwabiu po kreatywne pisanie. Pracowałam, ucząc angielskiego w szkołach językowych, a wszystko, co zarobiłam, wydawałam na podróże i naukę nowych rzeczy. Na ostatnim roku studiów dostałam się na staż w dużym wydawnictwie. Nie zarabiałam wiele, ale karmiłam duszę: spotykałam ludzi z ekranu i pierwszych stron gazet, mijałam na korytarzu znanych dziennikarzy, bywałam na bankietach i czerwonych dywanach. W tamtym czasie, urzeczona medialnym światem, zaczęłam pisać, najpierw artykuły, potem książki. Podróżowałam coraz więcej i dalej. Czułam się tak, jakbym wystawiła głowę nad wodę i nabrała powietrza. Było dokładnie tak, jak chciałam. Cudowna spirala wrażeń nakręcała się coraz bardziej, aż w końcu moja codzienność nie mogła pomieścić już nic więcej, zwłaszcza że urodziłam dziecko. Ostatnią rzeczą, która mogłaby mi przyjść wtedy na myśl, było to, by na tym etapie próbować coś zmienić. A wtedy życie, nieproszone, postanowiło przemówić.

Wraz z pojawieniem się na świecie mojej córki przyszło dużo nieznanych wcześniej wyzwań. Powrót z urlopu macierzyńskiego to trudny moment. Trzeba udźwignąć ciężar rozstania z dzieckiem: ułożyć się z tym faktem emocjonalnie, zaadaptować malucha w żłobku, zaprogramować domowy obrządek według nowego harmonogramu. Jednocześnie należy na nowo uwierzyć w siebie i uparcie wmawiać sobie i pracodawcy, że rok w domu nic nie zmienił, że wyglądam tak samo świetnie, myślę tak samo szybko i jestem tak samo produktywna jak przedtem - słowem, nie ustępuję młodszym koleżankom, które mają dowolną ilość czasu na nadgodziny, fitness i manicure, a w dodatku przesypiają noce. Wreszcie trzeba się nauczyć godzić ze sobą dwa etaty - służbowy i domowy, a oba muszą się zmieścić w jednej dobie. Dojazdy do pracy, galop do żłobka, po drodze zakupy, gotowanie zbilansowanego posiłku w okolicach dziewiętnastej, wreszcie kąpanie i usypianie malucha. Przez resztę wieczoru można się zająć sprzątaniem i praniem. Czas wolny? Hasło niepoprawne, proszę wprowadzić ponownie.

Jakby tego było mało, zmieniłam pracę, co dodatkowo skomplikowało sprawę. W nowej firmie nikt nie zna twojej wartości, trzeba ją wypracować od zera. Nie ma jechania na dobrej opinii, tłumaczenia, że głowa pęka po nieprzespanej nocy i porannej awanturze z dzieckiem, które akurat tego dnia nie chce zostać w żłobku. Trudno też liczyć na zrozumienie, że musisz wyjść wcześniej z powodu epidemii ospy. Trzeba być zadbaną, uśmiechniętą, w pełnej gotowości i w lot chwytać wszystkie informacje: od układu biura, przez imiona kolegów, hasło do poczty, po niepisane firmowe zwyczaje. Podsumowując: było intensywnie. Prawdziwa jazda bez trzymanki miała się jednak dopiero zacząć. Jeśli do tej pory wydawało mi się, że jeszcze jako tako trzymam kierownicę, to puściłam ją w momencie, kiedy po kilku tygodniach w nowej pracy usłyszałam pytanie: Czy rozważała pani wyjazd do którejś z naszych zagranicznych placówek?

Pytanie - marzenie. Pytanie, na które czeka się całe życie. Pytanie, które we śnie wypowiada aksamitny głos gdzieś spomiędzy rozstępujących się chmur, a zaraz zza nich wyłania się oślepiający blask świetlanej przyszłości. Czy rozważałam? Oczywiście, że NIE rozważałam. W ostatnim czasie moje rozmyślania ograniczały się do analizy szczepionek na pneumokoki. Co to w ogóle za pomysł? Ja, młoda matka, żona kibicująca mężowi w rozwoju jego działalności, od niedawna dumna posiadaczka trzypokojowego mieszkania, którego zakup rodził się w jeszcze większych bólach niż moje dziecko, miałabym rzucić wszystko i wyjechać? Kto tak robi? Chyba tylko bohaterki mojej książki.

Na urlopie macierzyńskim napisałam Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata - zbiór wywiadów z kobietami, które na różnych etapach życia podjęły decyzję o wyprowadzce z Polski. Wybrały niezwykłe miejsca: Karaiby, Malediwy, podbiegunowe stacje badawcze. Podjęłam światowy temat, choć sama utknęłam w domu. Rozmowy z bohaterkami książki prowadziłam przez Skype'a, kiedy moja córka spała (a przez pierwszy rok spała dość obficie). Owinięta w koc, stawiałam kubek herbaty obok komputera, a moje bohaterki siedziały po drugiej stronie - na ocienionym palmami tarasie, przy stole w toskańskiej kuchni albo w egipskiej willi. Przyglądałam się im i słuchałam ich niesamowitych historii. Potem zamykałam laptop i wracałam do mojego polskiego życia. Choć wcześniej sporo podróżowałam, nigdy nie planowałam przeprowadzki za granicę. Kiedyś przez pół roku studiowałam w Niemczech. Podobało mi się, ale z przyjemnością wróciłam do Polski. Jasne, lubiłam snuć wizje, jak wyglądałoby moje życie gdzie indziej. Łapałam się na lep czarujących filmów i książek, na czele z Domem na Zanzibarze i Pod słońcem Toskanii. Ale takie historie, podobnie jak historie moich bohaterek, najlepiej śledzi się z perspektywy własnej kanapy. Pisząc o tych odważnych dziewczynach, sama nie musiałam być odważna. Pisałam o świetnych miejscach i niesamowitych przeżyciach, ale nie musiałam podejmować ryzyka ani ponosić konsekwencji decyzji o emigracji.

Niektórzy wierzą w prawo przyciągania: jeśli długo o czymś myślimy, zapraszamy to do naszego życia. Gdy pracowałam nad książką, mój umysł stale zajmował się przeprowadzkami za granicę. Być może w ten sposób wywołałam wilka z lasu. Rzuć to i jedź ukazała się w marcu. W tym samym miesiącu trwała rekrutacja do zagranicznych oddziałów mojej nowej firmy.

- Może weźmie pani udział w konkursie? Do wyboru jest Pekin, Tokio, Rzym, Londyn albo Nowy Jork.

Głos zza chmur czekał na mój komentarz. W myślach słyszałam wszystkie inne głosy: rodziców, teściów, znajomych, wychowawców, liderów opinii, matek piszących na internetowych forach i tych, którzy podobny pomysł oficjalnie uznaliby za kontrowersyjny, a nieoficjalnie za skandaliczny i idiotyczny. Po chwili w tej kakofonii usłyszałam jeszcze jeden głos - własny. Powiedział: "Rozważyłabym Nowy Jork".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

WSTĘP

Miasto ukryte w słowach

Napisać książkę o Nowym Jorku? Jak? Każda próba pisemnego zmierzenia się z tym niezwykłym miastem jest z góry skazana na porażkę. Ramy słów zawsze będą dla niego zbyt ciasne, myśli zbyt wąskie, by pomieścić jego rozmach, a czarno-białe strony nigdy nie oddadzą jego różnorodności. Jak uchwycić wielkość tutejszych budynków i ludzkich aspiracji, jak objąć zastępy nietuzinkowych postaci, jak podsumować tę językową, kulturową i kulinarną wieżę Babel, obfitość wszystkiego i wszystkich?

A jeśli pisać, to kiedy? Ile czasu spędzonego w jakimś miejscu upoważnia nas do tego, żeby wypowiadać się na jego temat? Dotąd kpiłam z tak zwanych książek podróżniczych, które stanowią relację z dwutygodniowych wakacji. Ile przemieszkanych dni, przepracowanych miesięcy czy przeżytych lat daje prawo do wyciągania jakichkolwiek wniosków, a tym bardziej do dzielenia się nimi z czytelnikami?

Kluczowe pytanie brzmi jednak następująco: Po co w ogóle pisać o Nowym Jorku? Czy nie zrobiono już tego tysiące razy wcześniej? Czy każdy skrawek małej wyspy Manhattan nie został już opisany, dowcipnie spuentowany, przenicowany wnikliwą analizą utalentowanych literacko obserwatorów? Czy w świetle filmowych lamp nie obnażono wszystkich jego zakamarków i nie skondensowano całego uroku w kadrach, którymi następnie upojono cały świat? O zdjęciach i obrazach nie wspomnę. Czy jestem w stanie dostrzec w nowojorskiej legendzie coś jeszcze, choćby jeden drobny szczegół, który jakimś cudem umknął posiadaczom piór lepszych niż moje? Nie łudzę się. Trudno szukać drugiego miasta, o którym powstało tyle prawdziwych i wymyślonych historii, mimo że jego dzieje są relatywnie krótkie. Opowieści o Nowym Jorku zaczęły żyć własnym życiem. Miasto przeżywane tyle razy na nowo nie jest już tylko miastem, ale ideą, zbiorowym marzeniem, kalejdoskopem małych Nowych Jorków, tak różnych i tak bliźniaczo do siebie podobnych. Który z nich jest prawdziwy? Może żaden. Pewnie wszystkie.

Każda kolejna próba opowiedzenia o Nowym Jorku będzie palimpsestem. Przytłaczająca świadomość. Z drugiej strony: być w Nowym Jorku i nie pisać? Jak okiełznać te codzienne zachwyty, jak znieść intensywność wrażeń, która rozsadza umysł, jak poskromić niepohamowaną chęć uchwycenia, uwiecznienia i opowiadania?

Pewnego dnia, odkładając kolejny egzemplarz na stertę moich nowojorskich książek kompulsywnie znoszonych z antykwariatów i bibliotek, postanowiłam zmienić podejście. A gdyby tak nie wzbraniać się przed tym, co nieuniknione? Nie odcinać się od poprzedników, którzy opisali Nowy Jork przede mną, lecz dać im się uwieść i poprowadzić? Niech mówią. Niech będą jak miejscy przewodnicy, którzy pokazują znane miejsca tak, by człowiek spojrzał na nie własnymi oczami. Każdy rozdział tej książki otwiera inny cytat. Ich autorzy opisują swoje miasto, niby to samo, a jednak inne. Każdy z nich żył w nieco innym czasie, wśród innych ludzi, inaczej postrzegał te same adresy. Każdy mieszkał w swoim Nowym Jorku.

Ja opowiem wam o moim.