Nowy Jork. Miasto marzycieli - Magdalena Żelazowska

Kup ebooka

51.90 zł
42.04 zł (41,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

No­wo­jor­czyk, czyli kto

Ilu praw­dzi­wych no­wo­jor­czy­ków po­zna­łam do tej pory? Trudno po­wie­dzieć. Może ani jed­nego?

Za­kupy ro­bi­łam u Hin­du­sów, cho­dzi­łam do wło­skiej pa­ra­fii i chiń­skiej ko­sme­tyczki, strzy­głam się u La­ty­no­ski, a Boże Na­ro­dze­nie i Święto Dzięk­czy­nie­nia spę­dzi­łam u ro­dziny z Chor­wa­cji. Re­gu­lar­nie by­wa­łam też na po­lo­nij­nym Gre­en­po­in­cie. Spo­ty­ka­łam się z po­sia­da­czami wy­łącz­nie ame­ry­kań­skich lub na­wet kilku róż­nych pasz­por­tów oraz zie­lo­nych kart, oso­bami ubie­ga­ją­cymi się o oby­wa­tel­stwo USA, eks­pa­tami i nie­le­gal­nymi imi­gran­tami. Twa­rze dzieci w przed­szkolu mo­jej córki ka­zały mi do­my­ślać się naj­bar­dziej ory­gi­nal­nych po­łą­czeń ge­nów w ich mie­sza­nych ro­dzi­nach. Roz­mowy z nowo po­zna­nymi ludźmi prę­dzej czy póź­niej scho­dziły na te­mat, kto ma w so­bie ja­kie ge­ne­tyczne do­mieszki.

Każdy miesz­ka­niec Ame­ryki kie­dyś skądś przy­je­chał - upły­nęło od tego mo­mentu tylko mniej lub wię­cej czasu. War­szaw­ski sar­kazm na te­mat in­wa­zji tak zwa­nych sło­ików w No­wym Jorku byłby nie­zro­zu­miały. Jedno po­ko­le­nie wstecz czy dzie­sięć - u Ame­ry­ka­nów bio­gra­ficzne tropy za­wsze pro­wa­dzą do­kądś in­dziej, do in­nych sta­nów, kra­jów, a czę­sto na inne kon­ty­nenty. Na­wet za naj­więk­szymi ame­ry­kań­skimi na­zwi­skami kryją się ge­ne­alo­giczne za­wi­ło­ści. Je­rzy Wa­szyng­ton miał ko­rze­nie an­giel­skie, ho­len­der­skie i nie­miec­kie. Przod­ko­wie Rity Hay­worth wy­wo­dzili się z Hisz­pa­nii, An­glii i Ir­lan­dii. Matka Elvisa Pre­sleya miała po­cho­dze­nie czę­ściowo szkoc­kie, fran­cu­skie i czi­ro­ke­skie, zaś jego oj­ciec szkocko-nie­miec­kie. W bo­skim ciele Le­onarda Di­Ca­prio oprócz ka­li­for­nij­skiej pły­nie krew wło­ska, nie­miecka i ro­syj­ska. Ri­hanna ma geny gu­jań­skie, bar­ba­do­skie i ir­landz­kie, a An­ge­lina Jo­lie - sło­wac­kie, fran­ko­ka­na­dyj­skie i nie­miec­kie, rze­komo z do­mieszką iro­ke­skich. Scar­lett Jo­hans­son de­kla­ruje ko­rze­nie duń­skie, ży­dow­skie, pol­skie i bia­ło­ru­skie, a Bill Ga­tes an­giel­skie, szkoc­kie i nie­miec­kie. Elon Musk uro­dził się w RPA, a oprócz po­łu­dnio­wo­afry­kań­skiego po­siada pasz­port ka­na­dyj­ski i ame­ry­kań­ski.

W po­cząt­ko­wym okre­sie eu­ro­pej­skiej ko­lo­ni­za­cji na te­ren dzi­siej­szych Sta­nów Zjed­no­czo­nych tra­fiali głów­nie osad­nicy z Wysp Bry­tyj­skich. Do­cie­rali tu także Ho­len­drzy, Hisz­pa­nie, Fran­cuzi, Por­tu­gal­czycy i Szwe­dzi. Z tam­tej epoki wy­wo­dzi się współ­cze­sna wie­lo­kul­tu­ro­wość Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Pierw­szy od­no­to­wany na kar­tach hi­sto­rii eu­ro­pej­ski osad­nik na te­re­nie dzi­siej­szego No­wego Jorku, Juan Ro­dri­guez, był uro­dzo­nym na Hi­spa­nioli pół Por­tu­gal­czy­kiem, pół Afry­kań­czy­kiem. Przy­pły­nął w 1613 roku na po­kła­dzie ho­len­der­skiego statku i zo­stał jed­no­cze­śnie pierw­szym Eu­ro­pej­czy­kiem, pierw­szym czar­no­skó­rym i pierw­szym La­ty­no­sem, który za­miesz­kał na Man­hat­ta­nie. Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, był rów­nież pierw­szym imi­gran­tem. Uta­len­to­wany ję­zy­kowo, oby­wa­tel świata, po licz­nych wo­ja­żach po­że­gnał za­łogę, która wró­ciła do Ni­der­lan­dów, a sam osiadł i po­ślu­bił in­diań­ską żonę, za­kła­da­jąc ty­powo no­wo­jor­ską mul­ti­kul­tu­rową ro­dzinę.

Do in­diań­sko-eu­ro­pej­skiej mie­szanki do­szły geny czar­nych nie­wol­ni­ków z Afryki. W XVIII wieku do No­wego Jorku licz­nie przy­by­wali Niemcy, a w XIX wieku także Ir­land­czycy, Włosi, Po­lacy, Ro­sja­nie, Grecy i Chiń­czycy. Dzia­ła­jące w la­tach 1892-1924 cen­trum imi­gra­cyjne na El­lis Is­land przy­jęło do Sta­nów Zjed­no­czo­nych łącz­nie dwa­na­ście mi­lio­nów imi­gran­tów, z któ­rych tylko część ru­szyła w głąb kraju, a reszta za­trzy­mała się na te­re­nie mia­sta. We­dług da­nych U.S. Cen­sus Bu­reau w 2021 roku naj­licz­niej­szą grupę et­niczną w No­wym Jorku poza bia­łymi (31,9 pro­cent) sta­no­wili La­ty­nosi (28,9 pro­cent), w tym Por­to­ry­kań­czycy, Do­mi­ni­kań­czycy i Mek­sy­ka­nie, oraz czarni no­wo­jor­czycy (21,1 pro­cent). Nowy Jork jest jed­no­cze­śnie naj­więk­szym ży­dow­skim, czar­no­skó­rym i por­to­ry­kań­skim mia­stem na świe­cie. Przez jego porty lot­ni­cze i mor­skie nie­prze­rwa­nie prze­pływa stru­mień lu­dzi ze wszel­kich moż­li­wych kie­run­ków, choć cu­dzo­ziem­com dużo trud­niej niż sto lat temu za­trzy­mać się tu na stałe. Nie jest to jed­nak ko­nieczne, by po­czuć się no­wo­jor­czy­kiem. Pod tym wzglę­dem me­tro­po­lia oka­zuje się znacz­nie bar­dziej de­mo­kra­tyczna niż same Stany, do­ko­nu­jące ostrej se­lek­cji wśród pre­ten­den­tów do miana ame­ry­kań­skich oby­wa­teli. Były bur­mistrz Ed Koch po­wie­dział kie­dyś, że wy­star­czy po­miesz­kać w No­wym Jorku przez pół roku. Je­śli po tym cza­sie cho­dzisz, mó­wisz oraz my­ślisz szyb­ciej, to znak, że je­steś no­wo­jor­czy­kiem.

Hi­sto­ryczny miks ge­ne­tyczny zna­lazł od­zwier­cie­dle­nie nie tylko w ry­sach twa­rzy prze­chod­niów mi­ja­nych na no­wo­jor­skiej ulicy, ale też na pla­nie mia­sta. Nowy Jork to sku­pi­sko et­nicz­nych wio­sek, za­ło­żo­nych przez przy­by­szów, któ­rzy - po­cho­dząc z tych sa­mych stron - chcieli trzy­mać się ra­zem, po­ma­gać so­bie, go­to­wać dla sie­bie, po­dob­nie się ubie­rać, ku­po­wać zna­jome to­wary, wy­cho­wy­wać dzieci zgod­nie z ro­dzi­mym sys­te­mem war­to­ści i wspól­nie się mo­dlić. Obok naj­po­pu­lar­niej­szych na­ro­do­wych są­siedztw, jak Lit­tle Italy czy Chi­na­town, na pla­nie mia­sta znaj­dziemy te mniej ofi­cjalne - mały Se­ne­gal na Har­le­mie, Egipt na Qu­een­sie, Ode­ssę na Co­ney Is­land, Al­ba­nię na Bro­nxie, Do­mi­ni­kanę na Man­hat­ta­nie czy Sri Lankę na Sta­ten Is­land. Dla tu­ry­stów to cie­kawe za­ka­marki, w któ­rych można po­pró­bo­wać lo­kal­nej kuchni. Dla ich miesz­kań­ców to en­klawy tego, co znane, i cza­sem trudno z nich wyjść, na­wet gdyby się chciało.

Co jesz­cze mó­wią sta­ty­styki? Nowy Jork jest mia­stem dość mło­dym, śred­nia wieku w 2021 roku wy­no­siła tu trzy­dzie­ści sie­dem lat, a prze­ciętny roczny do­chód na go­spo­dar­stwo do­mowe prze­kra­czał sie­dem­dzie­siąt ty­sięcy do­la­rów. Do­mi­nu­ją­cym wy­zna­niem jest ka­to­li­cyzm, a po nim pro­te­stan­tyzm. Na te­re­nie mia­sta można usły­szeć osiem­set ję­zy­ków.

Nowy Jork obej­muje pięć dziel­nic - Man­hat­tan, Bronx, Qu­eens, Bro­oklyn i Sta­ten Is­land - oraz około czter­dzie­stu wysp. To świet­nie sko­mu­ni­ko­wane, osobne pla­nety. Ła­two po­ru­szać się mię­dzy nimi i po ich po­wierzch­niach. No­wo­jor­czycy ro­bią to nie­stru­dze­nie w dzień i w nocy - do­jeż­dżają do pracy, po za­kupy, spo­ty­kają się to­wa­rzy­sko, za­ła­twiają nie­koń­czące się li­sty spraw. Mie­szają się ze sobą w tłu­mie na chod­niku, tkwią w ści­sku w me­trze, usta­wiają się za sobą w ko­lej­kach, prze­sia­dują obok sie­bie w par­kach.

Ale nie zna­czy to, że w No­wym Jorku pa­nuje pełna rów­ność i do­wol­ność ob­ra­ca­nia się w róż­nych sfe­rach. Miesz­kają tu lu­dzie nie­przy­zwo­icie bo­gaci oraz tacy, któ­rzy nie są pewni, kiedy zje­dzą ko­lejny po­si­łek. Tacy, któ­rzy od uro­dze­nia mają wszystko, i ci, któ­rzy nie do­stali nic. Pewne ad­resy są za­re­zer­wo­wane dla grona wy­brań­ców; po­zo­stali ni­gdy nie będą mieli do nich do­stępu i nie cho­dzi tylko o pie­nią­dze, ale rów­nież o do­wie­dze­nie swo­jej spo­łecz­nej war­to­ści. Szkoła pod­sta­wowa przy jed­nej ulicy ma zna­ko­mitą re­pu­ta­cję, a ta przy na­stęp­nej fa­talną, choć obie są pu­bliczne. Dzieci z pierw­szej i dru­giej mi­jają się na chod­niku, ale się ze sobą nie ba­wią. Miesz­kańcy róż­nych dziel­nic i są­siedztw mogą ze sobą pra­co­wać oraz ro­bić za­kupy w tych sa­mych sie­ciów­kach, ale żyją osobno. Wielki, barwny, gwarny no­wo­jor­ski ty­giel dzielą nie­wi­dzialne gra­nice. Po­zor­nie nie­okieł­znany chaos jest upo­rząd­ko­wany i pil­nie strze­żony, nie tylko przez stró­żów prawa.

Imi­granci wy­sia­da­jący na El­lis Is­land

Próba zmiany sym­bo­licz­nego ad­resu, czyli klasy spo­łecz­nej i sta­tusu ma­jąt­ko­wego, to mo­tyw naj­lep­szych opo­wie­ści z No­wym Jor­kiem w tle. Hi­sto­rie ka­rier od pu­cy­buta do mi­lio­nera, za­kusy łow­ców po­sa­gów, wiel­kie prze­kręty, gang­ster­skie po­ra­chunki, spek­ta­ku­larne ar­ty­styczne ka­riery to prze­pis na do­brą fa­bułę, w do­datku w atrak­cyj­nych de­ko­ra­cjach Man­hat­tanu. To także mit tego miej­sca - mia­sta, które daje szansę. If you can make it here, you can make it any­where - śpie­wał Frank Si­na­tra, po­pie­ra­jąc no­wo­jor­ski slo­gan wła­snym przy­kła­dem. Je­śli uda ci się tu, to uda ci się wszę­dzie. Wiara w oka­zje le­żące na no­wo­jor­skiej ulicy wabi przy­by­szów od cza­sów, za­nim te ulice wy­bru­ko­wano, choć współ­cze­sne stawki czyn­szów, po­dat­ków od nie­ru­cho­mo­ści i skła­dek ubez­pie­czeń zdro­wot­nych nie po­zo­sta­wiają złu­dzeń, że przy naj­szczer­szych chę­ciach do pracy trudno bę­dzie się tu utrzy­mać, a co do­piero wzbo­ga­cić. Dziś prze­pro­wadzka do No­wego Jorku co­raz czę­ściej jest ce­lem sa­mym w so­bie, a nie drogą do jego osią­gnię­cia.

Zmie­rzają tu, z kraju i ze świata, wszy­scy ci, któ­rzy chcą po­czuć się czę­ścią cze­goś więk­szego. Pcha ich nie tyle pra­gnie­nie wol­no­ści i ak­cep­ta­cji, bo o te ła­two w każ­dym więk­szym mie­ście, co ma­rze­nie o wła­snej wy­jąt­ko­wo­ści, za które są go­towi po­no­sić ofiary w po­staci ha­łasu, tłoku, brudu, cia­snych miesz­kań i dro­ży­zny. To nie jest miej­sce, do­kąd czło­wiek udaje się po spo­kój, zro­zu­mie­nie i za­po­zna­nie brat­nich dusz. Do No­wego Jorku je­dzie się po to, by żyć w spo­sób nie­zwy­kły. By prze­cha­dzać się po mie­ście przy­po­mi­na­ją­cym plan zdję­ciowy i we wła­snych oczach stać się fil­mo­wym bo­ha­te­rem. Dać się wcią­gnąć w wir wra­żeń, spo­tkań, wi­szą­cych w po­wie­trzu moż­li­wo­ści. Bu­dzić się z wiarą, że można być, kim się chce. Prze­bie­rać w nie­zli­czo­nych opcjach, oso­bach i wer­sjach sie­bie. No­wo­jor­czycy stale eks­pe­ry­men­tują z wła­snym ja, dla­tego tym trud­niej ich spor­tre­to­wać.

Ko­muś z ze­wnątrz nie­ła­two po­jąć zróż­ni­co­wa­nie de­mo­gra­ficzne Ame­ry­ka­nów, ale oni sami nie mają wąt­pli­wo­ści, jak zde­fi­nio­wać swoją toż­sa­mość. Są Ame­ry­ka­nami, miesz­kań­cami naj­lep­szego kraju na ziemi. To war­tość nad­rzędna, bez­dy­sku­syjna i sta­no­wiąca po­wód do dumy. Słowo "Ame­ry­ka­nin" jest rów­nież tej dumy wy­ra­zem - w po­wszech­nym uży­ciu od­nosi się do miesz­kańca USA, choć Ame­ryka to prze­cież także Ka­nada oraz Ame­ryka Środ­kowa i Po­łu­dniowa. Nikt do­kład­nie nie wie, jak utarło się to zna­cze­nie, nikt też z nim nie dys­ku­tuje. Wy­star­czy po­wie­dzieć: "Lecę do Ame­ryki" - i wszy­scy wie­dzą, do któ­rej.

No­wo­jor­czycy wznie­śli pa­trio­tyzm oraz po­czu­cie przy­na­leż­no­ści na jesz­cze wyż­szy po­ziom. Mó­wią o so­bie, że są pań­stwem w pań­stwie, że no­wo­jor­czyk to osobna na­ro­do­wość. Mają swoje me­dia, sztukę i świat biz­nesu - "The New York Ti­mes" i "The New Yor­ker", Broad­way, Wall Street i World Trade Cen­ter. Mają swoje ry­ciny i mapy z wła­snym, ko­kie­te­ryj­nym punk­tem wi­dze­nia na Stany Zjed­no­czone oraz resztę globu, o któ­rych rze­komo nie­wiele wie­dzą, bo nie mają ta­kiej po­trzeby. Szczycą się tym, że bli­żej im do Eu­ropy niż resz­cie Sta­nów. Lu­bią czuć się inni od po­zo­sta­łych Ame­ry­ka­nów. Ści­ślej mó­wiąc - lepsi. Bar­dziej ko­smo­po­li­tyczni, otwarci, świa­tli, z ory­gi­nal­niej­szym po­czu­ciem hu­moru. I uwiel­biają o tym opo­wia­dać.

Ma­ga­zyn "The New York Ti­mes" za­py­tał star­szych no­wo­jor­czy­ków, co de­fi­niuje ich toż­sa­mość jako miesz­kań­ców mia­sta.

Nie ru­szają mnie szczury, dziwne za­cho­wa­nia ani za­tło­czone po­ciągi. Po­roz­ma­wiam i z bez­dom­nym, i z wy­ga­da­nym fa­ce­tem w gar­ni­tu­rze w lobby mo­jego biura. Na­dal pa­ni­kuję na wi­dok ka­ra­lu­chów. Je­stem chyba prze­ciętną no­wo­jor­czanką - po­wie­działa 51-let­nia Ra­chel Wolff z Bro­oklynu.

65-let­nia Ka­th­leen Bar­ker z Gre­en­wich Vil­lage za­uwa­żyła na­to­miast: Nie li­czy się fakt, że się tu uro­dzi­łeś, bo wielu wy­jeż­dża. Praw­dziwy test [na no­wo­jor­czyka] to prze­trwać w tym mie­ście z gra­cją, god­no­ścią i en­tu­zja­zmem.

79-letni Bob Ca­stro z East Vil­lage pod­kre­śla, że obce po­cho­dze­nie jest ce­chą cha­rak­te­ry­styczną miesz­kań­ców Wiel­kiego Jabłka. Praw­dziwi no­wo­jor­czycy przy­byli skądś in­dziej. To lu­dzie, któ­rzy są wy­star­cza­jąco am­bitni, żeby prze­py­chać się w No­wym Jorku łok­ciami i spi­jać jego ener­gię oraz miej­scową kul­turę.

Z ko­lei Da­vid Crook w fe­lie­to­nie na por­talu z ogło­sze­niami miesz­kań do wy­na­ję­cia na­pi­sał: Nowy Jork staje się czę­ścią tego, kim je­steś - szybki, sku­piony, zde­ter­mi­no­wany, by­stry, świa­domy, pewny sie­bie. Te wszyst­kie ce­chy nas okre­ślają i spra­wiają, że reszta Ame­ryki ma nas za "nie­grzecz­nych", "do­mi­nu­ją­cych", "agre­syw­nych" oraz "cho­ro­bli­wie am­bit­nych".

By­cie no­wo­jor­czy­kiem przy­po­mina człon­ko­stwo w eli­tar­nym klu­bie. Cza­sem się je dzie­dzi­czy, cza­sem trzeba o nie za­bie­gać, a prze­waż­nie pła­cić za nie ba­joń­skie składki - ale jest się w tym klu­bie z wy­boru. Nikt, kogo po­zna­łam w No­wym Jorku, nie uwa­żał, by był to zły wy­bór.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Wstęp

Opi­sać no­wo­jor­czy­ków w jed­nej książce? Mis­sion im­pos­si­ble. Nie da się stwo­rzyć wier­nego por­tretu miesz­kań­ców mia­sta, które li­czy ich po­nad osiem mi­lio­nów. W tym gro­nie znaj­dują się przed­sta­wi­ciele chyba wszyst­kich na­cji, re­li­gii i ko­lo­rów skóry wy­stę­pu­ją­cych na ca­łym świe­cie, lu­dzie mó­wiący wszel­kimi zna­nymi ję­zy­kami, wy­zna­jący skraj­nie różne po­li­tyczne po­glądy (bądź ich brak) i naj­roz­ma­it­sze po­dej­ścia do ży­cia.

Jedni miesz­kają w dra­pa­czach chmur, inni w ro­man­tycz­nych ka­mie­nicz­kach, jesz­cze inni w cia­snych su­te­re­nach, a po­zo­stali na chod­niku. No­szą gar­ni­tury, gar­sonki, dżinsy, dresy, tur­bany, sari, kangi, a cza­sem tylko slipki jako do­da­tek do kow­boj­skiego ka­pe­lu­sza. Są grubi jak beczka albo chu­dzi jak pa­lec. Sty­lowi lub ob­darci (cza­sem wy­mien­nie, w za­leż­no­ści od na­stroju lub dnia ty­go­dnia). Li­be­ralni lub kon­ser­wa­tywni. Ro­dzinni albo sa­motni. Z sze­ro­kim ame­ry­kań­skim uśmie­chem albo wy­nio­śli i znie­cier­pli­wieni. Co, poza ad­re­sem, łą­czy am­bit­nego mło­dego wilczka z Wall Street, oto­czo­nego gro­madką dzieci cha­syda z Wil­liams­burga, eks­cen­tryczną ar­tystkę z Chel­sea i skromną sprze­daw­czy­nię z Chi­na­town? Albo 50 Centa z Do­nal­dem Trum­pem? Wszy­scy są prze­cież no­wo­jor­czy­kami. Czy czarny chło­pak z Bro­nxu ma szansę do­ga­dać się z Włoszką z willi w Dy­ker He­ights? Jak to moż­liwe, że kró­lowa kor­po­ra­cji z Mid­town jeź­dzi tym sa­mym za­tło­czo­nym me­trem, co uliczny sprze­dawca hot do­gów? W każ­dym du­żym mie­ście można spo­tkać lu­dzi z prze­ciw­le­głych bie­gu­nów, ale no­wo­jor­czycy są jak przy­by­sze z róż­nych ga­lak­tyk. Wrzu­ce­nie ich wszyst­kich do jed­nego worka wy­daje się przy­pad­kowe. A prze­cież w No­wym Jorku nikt nie zna­lazł się przy­pad­kiem.

Rdzenni miesz­kańcy te­re­nów dzi­siej­szej me­tro­po­lii - In­dia­nie z ple­mie­nia De­la­wa­rów - to po­tom­ko­wie wę­drow­ców, któ­rzy ty­siące lat temu przy­szli z Sy­be­rii na Ala­skę, prze­mie­rzyw­szy pas lądu bie­gnący w miej­scu dzi­siej­szej Cie­śniny Be­ringa. W śre­dnio­wie­czu drogą mor­ską do brze­gów Ame­ryki Pół­noc­nej przy­bi­jali pierwsi Eu­ro­pej­czycy - że­gla­rze od­by­wa­jący mor­skie wy­prawy na zle­ce­nie eu­ro­pej­skich mo­carstw. Ty­go­dniami pły­nęli przez Atlan­tyk, nie wie­dząc, co ich czeka po dru­giej stro­nie. Z po­wodu chci­wo­ści wład­ców, a dzięki de­ter­mi­na­cji od­kryw­ców i wy­trwa­ło­ści pierw­szych osad­ni­ków na Wschod­nim Wy­brzeżu dzi­siej­szych Sta­nów Zjed­no­czo­nych po­wsta­wały ko­lo­nie, w tym Nowe Ni­der­landy z ulo­ko­wa­nym na po­łu­dnio­wym krańcu Man­hat­tanu For­tem Am­ster­dam, w 1626 roku prze­mia­no­wa­nym na Nowy Am­ster­dam, a w 1664 roku na Nowy Jork. Ko­lejne fale osad­ni­ków i nie­wol­ni­ków, a po­tem imi­gran­tów z Eu­ropy i Azji bu­do­wały nowe, wspa­niałe mia­sto i wła­sny, lep­szy los. Naj­pierw sta­wiali oni czoła tru­dom po­dróży i znoj­nym wa­run­kom ży­cia, póź­niej - bie­dzie, epi­de­miom i prze­stęp­czo­ści, wresz­cie - co­raz bar­dziej re­stryk­cyj­nym prze­pi­som imi­gra­cyj­nym, ogra­ni­cza­ją­cym na­pływ cu­dzo­ziem­ców. Każdy, kto na prze­strzeni wie­ków tra­fił do No­wego Jorku, mu­siał bar­dzo tego chcieć. Ja też chcia­łam.

Kiedy kilka lat temu sta­nę­łam przed moż­li­wo­ścią prze­pro­wadzki do Ame­ryki, czu­łam się po­dob­nie jak przed na­pi­sa­niem książki o no­wo­jor­czy­kach. Wie­dzia­łam, że warto, ale nie mia­łam po­ję­cia, jak się do tego za­brać ani czy dam radę. W pierw­szym przy­padku pra­gnie­nie wy­grało ze stra­chem. New York or no­where - gło­szą pa­miąt­kowe pla­katy, pocz­tówki i ko­szulki w skle­pi­kach na Man­hat­ta­nie. Nowy Jork albo ni­g­dzie. Upar­łam się i do­pię­łam swego - mimo oso­bi­stych dy­le­ma­tów i toru or­ga­ni­za­cyj­nych prze­szkód do po­ko­na­nia wy­je­cha­łam pra­co­wać do Sta­nów. O mo­ich prze­pro­wadz­ko­wych pe­ry­pe­tiach opo­wie­dzia­łam w książ­kach Nowy Jork. Opo­wie­ści o mie­ście oraz Ame­ri­cana. To, co naj­lep­sze w USA. Na kilka lat Nowy Jork stał się dla mnie do­mem. Nie była to moja pierw­sza w ży­ciu zmiana mia­sta ani na­wet kraju - tym ra­zem jed­nak czu­łam, że nowy ad­res zo­stał przeze mnie świa­do­mie wy­brany, że był na­prawdę mój. Od pierw­szych chwil w sa­mo­cho­dzie wio­zą­cym mnie z lot­ni­ska JFK pa­trzy­łam na Nowy Jork za­hip­no­ty­zo­wana, za­dzi­wiona, za­chwy­cona.

Wiele fil­mów o No­wym Jorku za­czyna się od ujęć spek­ta­ku­lar­nej pa­no­ramy Man­hat­tanu. Z lotu ptaka lub z po­kładu zbli­ża­ją­cego się promu wi­dzimy po­łu­dniowy kra­niec wy­spy, na­je­żony lśnią­cymi w słońcu wie­żow­cami. Ka­mera dy­na­micz­nym ru­chem zbliża się do bu­dyn­ków, by w końcu prze­je­chać po­nad da­chami, wnik­nąć w ka­niony ulic, prze­mknąć po­nad sznu­rem aut prze­ty­ka­nych we­so­łymi pla­mami żół­tych tak­só­wek i sku­pić się na tym, co jest esen­cją No­wego Jorku - su­ną­cych tłum­nie chod­ni­kami pie­szych. Lu­dziach. No­wo­jor­czy­kach.

Szybko zro­zu­mia­łam, że wła­śnie dzięki nim - a nie spek­ta­ku­lar­nej wi­zu­al­nej otoczce - to mia­sto trudno po­rów­nać z ja­kim­kol­wiek in­nym na świe­cie. Po pierw­szej fali wzru­szeń na wi­dok Cen­tral Parku, Em­pire State Bu­il­ding, Mo­stu Bro­oklyń­skiego, Chry­sler Bu­il­ding, Pią­tej Alei, Roc­ke­fel­ler Cen­ter czy Gre­en­wich Vil­lage moją ulu­bioną roz­rywką stało się prze­mie­rza­nie no­wo­jor­skich ulic, nie­ko­niecz­nie tych naj­bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­nych. Włó­cząc się cza­sem w fik­cyj­nych ce­lach, po­ko­na­łam setki ki­lo­me­trów, przy­glą­da­jąc się ty­siącom lu­dzi. Część z nich prze­lot­nie po­zna­łam (a przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wało, bo w No­wym Jorku ni­gdy nie można być pew­nym, czy coś nam się tylko nie zdaje). In­nych je­dy­nie omio­tłam wzro­kiem, pró­bu­jąc so­bie na ich te­mat coś wy­obra­zić.

Z każ­dym ko­lej­nym spoj­rze­niem i spo­tka­niem ro­zu­mia­łam co­raz wy­raź­niej, że no­wo­jor­czycy są w rów­nym stop­niu fa­scy­nu­jący, co nie­uchwytni. Jak ich opi­sać? Wszel­kie próby pod­su­mo­wa­nia wy­glądu, men­tal­no­ści, wy­zna­wa­nych war­to­ści czy na­wet stylu ży­cia miesz­kań­ców Wiel­kiego Jabłka okażą się ła­two pod­wa­żal­nym uogól­nie­niem, uprosz­cze­niem i spłasz­cze­niem wie­lo­wy­mia­ro­wo­ści tego nie­zwy­kłego zbioru ludz­kich ty­pów. Od każ­dej za­ob­ser­wo­wa­nej re­guły będą wy­jątki. Od każ­dego po­zor­nego po­rządku - od­stęp­stwa. Każdy przy­kład zrów­no­waży prze­ciwny.

A jed­nak trudno oprzeć się po­ku­sie i nie spró­bo­wać spor­tre­to­wać no­wo­jor­czy­ków. Jako mo­dele są prze­cież tak ku­szący. Dzia­łali na moją wy­obraź­nię jesz­cze przed pierw­szym wy­jaz­dem do Ame­ryki. Zna­łam ich z kina, ksią­żek i ko­lo­ro­wych ma­ga­zy­nów - ar­ty­stów, mu­zy­ków, ak­to­rów, re­ży­se­rów, biz­nes­me­nów, pro­jek­tan­tów mody, dzien­ni­ka­rzy, pi­sa­rzy. Nie­tu­zin­kowi, bły­sko­tliwi, iro­niczni - roz­ta­czali wo­kół sie­bie aurę wiel­kiego świata. Po prze­pro­wadzce rów­nie cie­kawi wy­dali mi się tak­sów­ka­rze, skle­pi­ka­rze, uliczni han­dla­rze, pa­sa­że­ro­wie me­tra, uliczni eks­cen­trycy. Po bliż­szym po­zna­niu (choć w przy­padku no­wo­jor­czy­ków ta­kie okre­śle­nie chyba za­wsze bę­dzie nad­uży­ciem) stali się dla mnie nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem in­spi­ra­cji, in­try­gu­ją­cych hi­sto­rii, pro­po­zy­cji, jak żyć lub jak tego nie ro­bić, a cza­sem po pro­stu do­brego, in­te­li­gent­nego hu­moru. Choć moja obec­ność w No­wym Jorku z pew­no­ścią była im obo­jętna, oto­czyli mnie nie­wi­dzialną pe­le­ryną czu­ło­ści. Po­śród nich ni­gdy nie czu­łam się sama, choć za­wsze - wolna.

Z każ­dej po­dróży przy­wożę coś, co może mi się przy­dać. No­wo­jor­czycy po­ka­zali mi ży­ciowe lek­cje, nie­znane wcze­śniej po­stawy, kon­struk­tywne lub ory­gi­nalne spo­soby pod­cho­dze­nia do roz­ma­itych spraw. Ze­bra­łam, przede wszyst­kim dla sie­bie, rze­czy, które mnie za­dzi­wiły, któ­rych my, Po­lacy, mo­gli­by­śmy się od nich uczyć, które nam im­po­nują, by­wają na­szym czu­łym punk­tem, ob­na­żają na­sze kom­pleksy, a cza­sem są po pro­stu inne. Przede wszyst­kim chcia­łam jed­nak no­wo­jor­czy­ków za­trzy­mać w pa­mięci. Uchwy­cić i spor­tre­to­wać, za­nim swoim zwy­cza­jem po­pę­dzą da­lej, a ich mia­sto ko­lejny raz się zmieni.

Po­byt w No­wym Jorku oka­zał się dla mnie przy­godą ży­cia. Mogę śmiało po­wie­dzieć, że je­stem dzięki niej szczę­śliw­sza. Czy to za­sługa prze­by­wa­nia wśród no­wo­jor­czy­ków? Na pewno wiele mi dali, po­ka­zali, na­pro­wa­dzili na nowe tropy. I o tym tu­taj opo­wiem, co ja­kiś czas od­da­jąc głos im sa­mym.

No­wo­jor­czycy ro­dzą się w ca­łym kraju, a po­tem przy­jeż­dżają do No­wego Jorku i do­znają ob­ja­wie­nia: a więc oto, kim je­stem.

DE­LIA EPH­RON