Nowy Jork - Edward Rutherfurd

Kup ebooka

69.99 zł
53.89 zł (53,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Nowy Jork jest przede wszyst­kim powie­ścią. Wszyst­kie przed­sta­wione tu rodziny są fik­cyjne, tak samo jak ich udział w wyda­rze­niach histo­rycz­nych. Jed­nak opo­wia­da­jąc na tle kolej­nych stu­leci losy tych boha­te­rów, pró­bo­wa­łem osa­dzić je wśród postaci i oko­licz­no­ści, które były albo mogły być praw­dziwe.

Nazwi­ska głów­nych rodów wystę­pu­ją­cych w tej książce zostały dobrane tak, by mogły ucho­dzić za repre­zen­ta­tywne dla danej kul­tury. Van Dyck jest czę­stym i łatwym do zapa­mię­ta­nia nazwi­skiem holen­der­skim. Angiel­skie nazwi­sko Master też jest dość powszechne, choć przy­znaję, że gdy obmy­śla­łem dzieje tej rodziny kup­ców i makle­rów z Wall Street, okre­śle­nie "Master of the Uni­verse" samo przy­cho­dziło mi do głowy. Innym typo­wym angiel­skim nazwi­skiem jest White. Kel­ler to pięt­na­ste pod wzglę­dem popu­lar­no­ści nazwi­sko nie­miec­kie, ozna­cza­jące "czło­wiek z piw­nicy". O'Don­nell to cha­rak­te­ry­styczne nazwi­sko irlandz­kie, słynne wło­skie nazwi­sko Caruso wywo­dzi się z połu­dnio­wych Włoch, nato­miast nazwi­sko Adler -?czyli po nie­miecku "orzeł" -?można spo­tkać w całej Euro­pie Środ­ko­wej. Jeśli idzie o posta­cie prze­lot­nie prze­wi­ja­jące się na kar­tach książki, to nazwi­sko rodu River­sów zostało przeze mnie wymy­ślone, a rodzina Albio­nów poja­wiła się w mojej książce The Forest. Inspi­ra­cją dla imie­nia i nazwi­ska Juan Cam­pos był słynny por­to­ry­kań­ski kom­po­zy­tor Juan Morel Cam­pos. O ile mi wia­domo, nazwi­sko Hum­blay nie ist­nieje, ale jest starą, wystę­pu­jącą w szes­na­sto­wiecz­nych książ­kach modli­tew­nych formą zapisu słowa hum­bly. Nato­miast pocho­dze­nie nazwisk Vor­pal i Ban­der­snatch czy­tel­nik może zna­leźć w wier­szu Lewisa Car­rolla Jab­ber­wocky.

Pro­wa­dze­nie nar­ra­cji nie wyma­gało ode mnie wymy­śla­nia wyda­rzeń histo­rycz­nych. W kilku miej­scach, dla pod­trzy­ma­nia toku opo­wie­ści, doko­na­łem pew­nych uprosz­czeń skom­pli­ko­wa­nych zja­wisk i szcze­gó­łów, ale w moim prze­ko­na­niu nie wypa­czyły one prawdy histo­rycz­nej. W tym miej­scu muszę jed­nak dodać kilka uwag w spra­wie inter­pre­ta­cji.

Cho­dzi mi o ple­miona ame­ry­kań­skich Indian. Rejon Nowego Jorku zamiesz­ki­wało mnó­stwo ple­mion, mię­dzy innymi Tap­pa­no­wie czy Hac­ken­sac­ko­wie -?nazwy te prze­trwały w miej­sco­wej topo­gra­fii -?jed­nak wymie­nia­nie ich wszyst­kich mogłoby być dla czy­tel­nika zbyt zawiłe. Dla­tego wspo­mi­na­jąc o tych ple­mionach, posłu­guję się -?zgod­nie z powszechną prak­tyką -?nazwą wspól­nej im wszyst­kim grupy języ­ko­wej: Algon­ki­no­wie. Z tego samego powodu ple­miona żyjące nieco dalej na pół­noc nazy­wam Iro­ke­zami, cho­ciaż tam, gdzie wydało mi się wła­ściwe, wymie­niam też poje­dyn­cze ple­miona, na przy­kład Mohaw­ków. Nie­któ­rym czy­tel­ni­kom może się wyda­wać dziwne, że w pierw­szej czę­ści książki nie poja­wia się nazwa Lenape, ozna­cza­jąca pier­wot­nych miesz­kań­ców Man­hat­tanu. Jed­nak ter­min ten poja­wił się w póź­niej­szym okre­sie histo­rycz­nym i opi­sy­wane przeze mnie ludy nie mogły go uży­wać.

W nie­któ­rych now­szych pra­cach, a zwłasz­cza w The Island at the Cen­ter of the World, wspa­nia­łej książce Rus­sella Shorto o Nowym Amster­da­mie, zwraca się uwagę na tra­dy­cję wol­no­ści oby­wa­tel­skich, którą wpro­wa­dzili do Nowego Jorku Holen­drzy. Sta­ra­łem się zobra­zo­wać to w swo­jej książce, poka­zu­jąc jed­nak, że tra­dy­cja ta ma rów­nież korze­nie w śre­dnio­wiecz­nej Anglii i innych kra­jach Europy.

Moje pier­wotne prze­ko­na­nie, że Anglicy trak­to­wali nie­wol­ni­ków z więk­szym okru­cień­stwem niż Holen­drzy, zostało sko­ry­go­wane po roz­mo­wach z pro­fe­so­rem Gra­ha­mem Hod­ge­sem, który w książce Root & Branch oma­wia tę kwe­stię bar­dzo szcze­gó­łowo.

Wedle mojej oceny angiel­ski guber­na­tor lord Corn­bury rze­czy­wi­ście był trans­we­stytą. Kilku wybit­nych histo­ry­ków potwier­dziło taką opi­nię.

Moje spoj­rze­nie na zmie­nia­jące się rela­cje pomię­dzy Angli­kami i Ame­ry­ka­nami ewo­lu­owało w toku nar­ra­cji, a to za sprawą roz­mów z pro­fe­so­rem Edwi­nem G. Bur­row­sem, wybit­nym współ­au­to­rem Gotham i auto­rem książki For­got­ten Patriots, która uka­zała się, gdy pisa­łem tę powieść.

Nowy Jork to chyba naj­bar­dziej skom­pli­ko­wane mia­sto na świe­cie. Każdy powie­ścio­pi­sarz opi­su­jący jego bogatą histo­rię musi doko­ny­wać wielu wybo­rów. Mam jed­nak nadzieję, że udało mi się oddać przy­naj­mniej jakąś część dzie­jów i ducha mia­sta, które darzę wielką miło­ścią.

Nowy Amsterdam

Rok 1664

A więc tak sma­kuje wol­ność.

Kanoe pły­nęło z nur­tem rzeki, woda ude­rzała o dziób. Dirk van Dyck spoj­rzał z nie­po­ko­jem na dziew­czynkę. Może ta podróż to jed­nak straszny błąd?

Wielka rzeka przy­zy­wała go na pół­noc. Wiel­kie niebo przy­zy­wało go na zachód. Kra­ina wielu rzek, kra­ina wielu gór, kra­ina wielu lasów. Jak daleko mogła się cią­gnąć? Tego nie wie­dział nikt. W każ­dym razie nie wie­dział na pewno. Jedy­nie słońce, zawie­szone wyżej niż orły, w swo­jej wędrówce na zachód widziało ją w cało­ści.

Tak, na tych dzi­kich prze­strze­niach van Dyck odna­lazł wol­ność. I miłość. Był potęż­nym męż­czy­zną. Miał na sobie holen­der­skie pan­ta­lony, buty z wywi­nię­tymi cho­le­wami i skó­rzaną kami­zelkę narzu­coną na koszulę. Zbli­żali się do portu, więc wło­żył kape­lusz z pió­rem i sze­ro­kim ron­dem. Cały czas obser­wo­wał dziew­czynkę.

Jego córka. Owoc grze­chu. Grze­chu, za który -?jak gło­siła jego reli­gia - będzie musiał ponieść karę.

Ile miała lat? Dzie­sięć? Jede­na­ście? Ucie­szyła się, gdy zgo­dził się zabrać ją ze sobą. Miała oczy swo­jej matki. Śliczne indiań­skie dziecko. U swo­ich nosiła imię Biała Łania. Jedy­nie jaśniej­sza skóra zdra­dzała sekret jej życia.

-?Nie­długo będziemy na miej­scu. -?Holen­der mówił w języku Algon­ki­nów, miej­sco­wych ple­mion.

Nowy Amster­dam. Fak­to­ria. Fort i mia­steczko ukryte za pali­sadą. A jed­no­cze­śnie ważne miej­sce na mapie obej­mu­ją­cego cały świat han­dlo­wego impe­rium Holen­drów.

Van Dyck czuł się dumny z bycia Holen­drem. Mały kraj, który umiał prze­ciw­sta­wić się kró­le­stwu Hisz­pa­nii i zdo­być nie­pod­le­głość. To Holen­drzy zbu­do­wali wiel­kie gro­ble i wydarli morzu ogromne poła­cie żyznej ziemi. Ich nad­mor­skie pro­win­cje two­rzyły han­dlową potęgę, któ­rej zazdro­ściły im inne narody. A w zło­tym wieku Rem­brandta i Ver­me­era nider­landz­kie mia­sta -?Amster­dam, Delft, Antwer­pia -?z rzę­dami wyso­kich domów ze spa­dzi­stymi dachami, sto­ją­cymi nad oka­za­łymi kana­łami, były mekką arty­stów, uczo­nych i wol­no­my­śli­cieli z całej Europy. Tak, van Dyck był dumny, że jest Holen­drem.

Pływy oce­anu docie­rały do dol­nego biegu rzeki. Tego ranka nurt cią­gnął w kie­runku morza. Ale po połu­dniu prąd zawróci i podąży na pół­noc.

Dziew­czynka patrzyła w dół rzeki, przed sie­bie. Van Dyck sie­dział zwró­cony do niej twa­rzą, opie­ra­jąc się o wielki stos skór, głów­nie bobro­wych, zaj­mu­jący całą środ­kową część łodzi. Wio­sło­wało czte­rech Indian, dwóch na dzio­bie i dwóch na rufie. Tuż za nimi pły­nęło dru­gie czółno z indiań­ską załogą. Van Dyck musiał je zabrać, żeby prze­wieźć wszyst­kie zaku­pione towary. W gór­nym biegu rzeki póź­no­wio­senne niebo wyda­wało grzmiące pomruki; teraz mieli nad sobą szare chmury. A z przodu spo­kojną wodę.

Nagle zza chmur przedarły się pro­mie­nie słońca. Stu­ka­nie wody o burtę zabrzmiało jak indiań­ski bęben nio­sący ostrze­że­nie. Van Dyck poczuł na twa­rzy łasko­ta­nie wia­tru, lek­kie jak musu­jące wino. Nie chciał zro­bić dziew­czynce przy­kro­ści, ale prze­cież musiał to powie­dzieć.

-?Nie wolno ci wspo­mnieć, że jestem twoim ojcem.

Spoj­rzała na kamienny wisio­rek, który miała na szyi. Zawie­szono go po indiań­sku, do góry nogami. To było logiczne, bo kiedy trzy­mała go przed oczami, widziała go we wła­ści­wej pozy­cji. Amu­let na szczę­ście. Zama­sko­wany, Pan Lasu, straż­nik rów­no­wagi w przy­ro­dzie.

Biała Łania nie odpo­wie­działa, patrzyła jedy­nie na obli­cze indiań­skiego bożka. O czym ona myśli? Zro­zu­miała jego słowa? Van Dyck nie wie­dział.

Zza skał, które cią­gnęły się wzdłuż lewego brzegu jak wysoki, kamienny ostro­kół, dobiegł odle­gły pomruk. Dziew­czynka się uśmiech­nęła. Van Dyck pomy­ślał, że jego rodacy, jako ludzie morza, nie lubią grzmo­tów, bo te zwia­sto­wały dla nich lęk i znisz­cze­nie. Ale India­nie byli mądrzejsi. Umieli odczy­tać mowę gromu: oto bogo­wie zamiesz­ku­jący naj­niż­szy z dwu­na­stu pozio­mów nie­bios chro­nią świat przed złem.

Przez chwilę dźwięk niósł się echem po rzece, a potem roz­pły­nął w oddali. Biała Łania puściła wisio­rek, poru­sza­jąc z gra­cją ręką. Pod­nio­sła wzrok.

-?Poznam twoją żonę?

Dirk van Dyck wcią­gnął powie­trze. Jego żona Mar­ga­re­tha nie spo­dzie­wała się go. Nie uprze­dził jej o swoim powro­cie. Liczył, że uda mu się wysa­dzić dziew­czynkę na brzeg, ukryć ją przed żoną. Co za głu­pota. Odwró­cił się z zakło­po­ta­niem i popa­trzył na rzekę. Dotarli już do pół­noc­nego skrawka wąskiego tery­to­rium zwa­nego Man­hat­ta­nem. Pły­nęli z prą­dem. Za późno, żeby zawró­cić.

* * *

Mar­ga­re­tha de Groot powoli zacią­gnęła się dymem z gli­nia­nej fajki, trzy­ma­nej w zmy­sło­wych ustach. Patrzyła badaw­czo na męż­czy­znę z drew­nianą nogą, zasta­na­wia­jąc się, jaki byłby w łóżku.

Wysoki, wypro­sto­wany, o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu, pomimo siwych wło­sów zdra­dza­ją­cych mocno doj­rzały wiek nie­ustra­szony. Drew­niana pro­teza była meda­lem za odwagę, świa­dec­twem sto­czo­nych bitew. Dla wielu taka rana zakoń­czy­łaby się śmier­cią, ale nie dla Petera Stuy­ve­santa. Szedł ulicą zadzi­wia­jąco szybko. Patrząc na twarde, wypo­le­ro­wane drewno, Mar­ga­re­tha poczuła lekki dreszcz, ale on tego nie zauwa­żył.

Co on o niej myśli? Na pewno mu się podo­bała. Bo cze­muż by nie? Była ładną, trzy­dzie­sto­pa­ro­let­nią kobietą z dużym biu­stem, okrą­głą twa­rzą i jasnymi wło­sami. Nie roz­tyła się jak wiele innych Holen­de­rek. Zacho­wała zgrabną figurę i miała w sobie coś pocią­ga­ją­cego. A fajkę palili pra­wie wszy­scy Holen­drzy, kobiety i męż­czyźni.

Zauwa­żył ją, zatrzy­mał się i uśmiech­nął.

-?Dzień dobry, Greet. -?Greet. Dość poufała forma. Mar­ga­re­tha van Dyck, jak więk­szość Holen­de­rek, była znana pod panień­skim nazwi­skiem, Mar­ga­re­tha de Groot. On jed­nak zwró­cił się do niej ina­czej. To prawda, znał ją od dziecka. Ale mimo to... Zwy­kle zacho­wy­wał się ofi­cjal­nie. Pra­wie się zaczer­wie­niła. -?Wciąż jesteś sama?

Stała przed swoim domem. Był to typowy holen­der­ski dom, pro­sta, pro­sto­kątna sie­dziba, jed­no­pię­trowa, drew­niana po bokach, ze szczy­tową ścianą od frontu, na któ­rej wid­niał kunsz­towny wzór z żół­tych i czar­nych cegieł. Krót­kie schodki pro­wa­dziły do drzwi wej­ścio­wych, dużych i ocie­nio­nych gan­kiem, praw­dzi­wym holen­der­skim sto­opem. Okna nie były duże, ale całość two­rzyła impo­nu­jące wra­że­nie za sprawą tak lubia­nej przez Holen­drów schod­ko­wej ściany szczy­to­wej i wia­trow­skazu na kra­wę­dzi dachu.

-?Twój mąż jest jesz­cze w górze rzeki? -?pono­wił pyta­nie Stuy­ve­sant. Ski­nęła głową. -?Kiedy wraca?

-?A kto to wie? -?Wzru­szyła ramio­nami. Nie skar­żyła się na czę­ste wypady męża na pół­noc.

Han­del futrami, zwłasz­cza skó­rami bobrów, roz­wi­nął się tak bar­dzo, że India­nie nie­mal wytę­pili miej­scowe zwie­rzęta. Van Dyck musiał zapusz­czać się coraz dalej w głąb lądu i kupo­wać towar od Iro­ke­zów. Trzeba przy­znać, że radził sobie cał­kiem nie­źle.

Naprawdę musiał wyjeż­dżać na tak długo? W pierw­szych latach mał­żeń­stwa jego eks­pe­dy­cje trwały dwa tygo­dnie, jed­nak potem zaczęły się wydłu­żać. W domu był dobrym mężem, trosz­czył się o żonę i o dzieci. Ale mimo to czuła się zanie­dbana. A dziś rano młod­sza córka spy­tała, kiedy tatuś wróci.

"Jak tylko będzie mógł -?odpo­wia­dała Mar­ga­re­tha z uśmie­chem. -?Na pewno wróci".

A może jed­nak jej unika? Może ma inne kobiety?

Dla Mar­ga­re­thy de Groot wier­ność była ważna. Nic więc dziw­nego, że podej­rze­wa­jąc męża o zdrady, dopa­try­wała się w nim sła­bo­ści cha­rak­teru i marzyła o zna­le­zie­niu pocie­sze­nia w bar­dziej zacnych ramio­nach, wsłu­chi­wała się w wewnętrzny głos pod­szep­tu­jący: "Gdyby był takim męż­czy­zną jak guber­na­tor Stuy­ve­sant".

-?Nade­szły cięż­kie czasy, Greet. -?W jego gło­sie usły­szała smu­tek, choć twarz niczego nie zdra­dzała. -?Mam wielu wro­gów.

Zwie­rzał się jej. Poczuła dreszcz pod­nie­ce­nia. Naj­chęt­niej poło­ży­łaby mu dłoń na ramie­niu, ale zabra­kło jej śmia­ło­ści.

-?Ci prze­klęci Anglicy.

Ski­nęła głową.

Impe­rium han­dlowe Holen­drów roz­cią­gało się od Orientu po obie Ame­ryki, ale angiel­scy kupcy nie pozo­sta­wali w tyle. Cza­sem te dwa pro­te­stanc­kie narody wystę­po­wały razem prze­ciwko wspól­nym wro­gom, kato­lic­kim kró­le­stwom Hisz­pa­nii i Por­tu­ga­lii, jed­nak naj­czę­ściej rywa­li­zo­wały ze sobą. Pięt­na­ście lat temu, kiedy Oli­ver Crom­well i jego bogo­bojne woj­sko pozba­wili króla Karola korony wraz z głową, rywa­li­za­cja zaogniła się jesz­cze bar­dziej. Holen­drzy pro­wa­dzili lukra­tywny han­del nie­wol­ni­kami mię­dzy Afryką a Kara­ibami. Zamiary Crom­wella były jasne: "Han­del nie­wol­ni­kami musi nale­żeć do Anglii".

Wielu uczci­wych Holen­drów uwa­żało sprze­da­wa­nie ludzi za okrutny pro­ce­der, nato­miast dobrzy pury­ta­nie z Anglii nie mieli takich obiek­cji. Crom­well prze­jął od Hisz­pa­nów Jamajkę, która miała słu­żyć jako baza han­dlu nie­wol­ni­kami. Po jego śmierci cztery lata temu na tro­nie zasiadł kolejny król, Karol II, jed­nak kie­ru­nek angiel­skiej poli­tyki się nie zmie­nił. Do Nowego Amster­damu dotarły już wie­ści, że Anglicy zaata­ko­wali holen­der­skie porty u afry­kań­skich wybrzeży Gwi­nei. A po oce­anach krą­żyły pogło­ski, jakoby celem Angli­ków było prze­ję­cie nie tylko han­dlu nie­wol­ni­kami, ale także samego Nowego Amster­damu.

Nowy Amster­dam nie był duży: fort, dwa wia­traki, kościół ze spi­cza­stą wieżą, coś w rodzaju małego kanału, który bar­dziej przy­po­mi­nał duży rów, kilka ulic zabu­do­wa­nych domami ze szczy­tową ścianą od frontu, a wszystko to, wraz z paroma nie­po­zor­nymi sadami i ogród­kami, ota­czał mur bie­gnący z zachodu na wschód przez połu­dniowy cypel Man­hat­tanu. Jed­nak to miej­sce miało swoją histo­rię. Dzie­sięć lat przed­tem, zanim na "May­flo­wer" pod­nie­siono żagle, Holen­der­ska Kom­pa­nia Zachod­nio­in­dyj­ska, doce­niw­szy war­tość ogrom­nej natu­ral­nej przy­stani, zało­żyła tu fak­to­rię. W ciągu pół wieku Nowy Amster­dam stał się ruchli­wym por­tem, a ludz­kie osie­dla cią­gnęły się wokół w pro­mie­niu dzie­sią­tek mil. Tery­to­rium to Holen­drzy nazy­wali Nowymi Nider­lan­dami.

Miało ono swój cha­rak­ter. Dwa poko­le­nia Holen­drów oraz ich pro­te­stanc­kich sąsia­dów, fran­cu­sko­ję­zycz­nych Walo­nów, wal­czyły o nie­pod­le­głość pod pano­wa­niem kato­lic­kiej Hisz­pa­nii. I wresz­cie odnie­śli zwy­cię­stwo. Jedni i dru­dzy osie­dlali się teraz w Nowym Amster­da­mie. Czter­dzie­ści lat temu to wła­śnie Walon, Pierre Minuit -?któ­rego nazwi­sko na­dal wyma­wiano z fran­cu­ska -?wytar­go­wał od miej­sco­wych Indian prawo do zało­że­nia osady. Duch nie­za­leż­no­ści i nie­ustę­pli­wo­ści pro­te­stanc­kich kup­ców uno­sił się tutaj do dziś.

Jed­nak o wszyst­kim decy­do­wało poło­że­nie. Sam fort, choć nie­po­zorny w oczach żoł­nie­rza, góro­wał nad połu­dnio­wym cyplem Man­hat­tanu, który wci­nał się w sze­ro­kie wody dosko­nale osło­nię­tego portu. Strzegł wej­ścia do wiel­kiej Rzeki Pół­noc­nej.

A for­tem dowo­dził Peter Stuy­ve­sant.

Nie­przy­ja­ciel był bli­sko. Anglicy z kolo­nii w Nowej Anglii -?z Mas­sa­chu­setts, a zwłasz­cza z Con­nec­ti­cut -?i ich prze­bie­gły guber­na­tor Win­th­rop nie­ustan­nie pró­bo­wali ode­brać Holen­drom naj­da­lej poło­żone tery­to­ria. Kiedy Stuy­ve­sant naka­zał zbu­do­wa­nie moc­nego muru i pali­sady w pół­noc­nej czę­ści mia­steczka, Angli­kom tłu­ma­czono chy­trze, że mur ma "powstrzy­mać Indian". Ale nikt nie dał się zwieść. Cho­dziło o powstrzy­ma­nie Angli­ków.

Guber­na­tor wciąż uważ­nie przy­glą­dał się Mar­ga­re­cie.

-?Nie tylko Anglicy są moimi wro­gami.

Bie­dak! Podli miesz­kańcy Nowego Amster­damu nie zasłu­gi­wali na tak zacnego czło­wieka.

Spo­łecz­ność mia­steczka liczyła tysiąc pięć­set ludzi. Sześć setek Holen­drów i Walo­nów, trzy setki Niem­ców i pra­wie dru­gie tyle Angli­ków, któ­rzy wybrali nider­landz­kie pano­wa­nie. Reszta pocho­dziła z naj­roz­ma­it­szych zakąt­ków świata. Zna­la­zło się nawet tro­chę Żydów. A ilu wśród nich wszyst­kich było ludzi pra­wych i uczci­wych? Zda­niem Mar­ga­re­thy nie­wielu.

Sama nie nale­żała do gor­li­wych chrze­ści­jan. Holen­der­ski Kościół Refor­mo­wany był surową odmianą kal­wi­ni­zmu, a ona nie zawsze prze­strze­gała jego wska­zań. Podzi­wiała jed­nak tych nie­licz­nych sil­nych męż­czyzn, któ­rzy umieli się im pod­po­rząd­ko­wać, takich jak stary kazno­dzieja Bogard czy Stuy­ve­sant. Przy­naj­mniej stali na straży porządku.

Gdy Stuy­ve­sant zaka­zał pijań­stwa w mie­ście, gdy zabro­nił obcho­dze­nia pogań­skich świąt i pró­bo­wał usu­nąć z mia­steczka tych głu­pa­wych kwa­krów i par­szy­wych ana­bap­ty­stów, czy któ­ryś z kup­ców go wsparł? Pra­wie żaden. Stuy­ve­sant nie mógł nawet ufać Kom­pa­nii Zachod­nio­in­dyj­skiej, któ­rej prze­cież słu­żył. Gdy poja­wiła się banda sefar­dyj­skich Żydów z Bra­zy­lii, kazał im się wyno­sić, ale Kom­pa­nia posta­no­wiła ina­czej: "Wpuść ich. Oni umieją robić inte­resy".

Nikt nie mógł zaprze­czyć, że Stuy­ve­sant jest dobrym guber­na­to­rem. Przed nim to sta­no­wi­sko zaj­mo­wali sprze­dajni bufoni. Jeden z takich idio­tów roz­po­czął nie­po­trzebną wojnę z India­nami, która o mało nie dopro­wa­dziła do znisz­cze­nia mia­sta. Stuy­ve­sant rzą­dził mądrze. Na pół­nocy trzy­mał Angli­ków z daleka, na połu­dniu szybko upo­rał się ze spra­wia­ją­cymi pro­blemy par­we­niu­szami ze szwedz­kiej kolo­nii nad rzeką Schuyl­kill. Wspie­rał han­del cukrem i spro­wa­dził więk­szą liczbę nie­wol­ni­ków. Każdy sta­tek z Nider­lan­dów przy­wo­ził jako balast naj­lep­szą holen­der­ską cegłę pod budowę domów w mia­steczku. Ulice były czy­ste, powstał mały szpi­tal, a szkoła miała nauczy­ciela łaciny.

Ale czy spo­tkała go za to jakaś wdzięcz­ność? Żadna. Ludziom nie podo­bały się takie rządy. Uwa­żali wręcz, że mogą sami sta­no­wić o sobie. Głupcy! Czy któ­ry­kol­wiek z nich nada­wał się do tego?

Naj­gor­szy był ten jury­sta, dwu­li­cowy van der Donck. Jun­kier, wiel­możny pan, jak się do niego zwra­cali. To on knuł za ple­cami guber­na­tora, wysy­łał listy do Kom­pa­nii Zachod­nio­in­dyj­skiej i skła­dał skargi -?a wszystko po to, żeby pozbyć się Stuy­ve­santa. W imię czego? "Jun­kier kocha wol­ność", mawiał mąż Mar­ga­re­thy. "Ale z was głupcy! -?krzy­czała w odpo­wie­dzi. -?On kocha tylko sie­bie. Daj­cie mu palec, a odgry­zie wam rękę i będzie wami rzą­dził zamiast Stuy­ve­santa".

Na szczę­ście Jun­krowi nie udało się znisz­czyć guber­na­tora, ale poło­żył łapy na dużej posia­dło­ści na pół­nocy mia­sta. Napi­sał nawet książkę o histo­rii Nowych Nider­lan­dów, dobrą, jak zapew­nił ją mąż. Dzięki Bogu par­szy­wiec zmarł. Ale miesz­kańcy Nowego Amster­damu wciąż nazy­wali jego wielką posia­dłość "zie­mią Jun­kra", jakby ich zio­mek wciąż był wśród żywych. A jego przy­kład tak ska­ził kup­ców, że zda­niem Mar­ga­re­thy Stuy­ve­sant nie mógł już ufać nikomu.

Guber­na­tor nie spusz­czał z niej wzroku.

-?Greet, mogę na tobie pole­gać?

Serce zabiło jej moc­niej.

-?Tak.

To prawda, był szczę­śli­wym mał­żon­kiem. W każ­dym razie miała powody tak sądzić. On i Judith Bay­ard miesz­kali na bouwe­rie, jak Holen­drzy nazy­wali swoje farmy, zacho­wu­jąc pozory dobrego związku. Judith była star­sza od Petera. Opie­ko­wała się nim, gdy stra­cił nogę, a potem wyszła za niego za mąż. O ile wie­działa Mar­ga­re­tha, Stuy­ve­sant miał wcze­śniej tylko jeden romans, gdy był bar­dzo młody, na długo przed­tem, nim poznał Judith. Taki mały skan­dal. Co wła­ści­wie wyszło mu na dobre. Gdyby nie to, zostałby pew­nie kal­wiń­skim pasto­rem jak jego ojciec, a tak dołą­czył do Kom­pa­nii Zachod­nio­in­dyj­skiej i wyru­szył szu­kać szczę­ścia na dale­kich morzach.

-?A twój mąż? Na nim też mogę pole­gać?

-?Mój mąż? -?Cią­gle go nie było. Jakby od niej stro­nił.

Ale to miało się zmie­nić. Pod jego nie­obec­ność wszystko sobie prze­my­ślała i zapla­no­wała przy­szłość, dużo bar­dziej zado­wa­la­jącą. Na szczę­ście holen­der­ska tra­dy­cja dawała kobie­tom więk­szą swo­bodę -?oraz wła­dzę -?niż kobie­tom z innych naro­dów. I Bogu dzięki za inter­cyzy. Tak, Mar­ga­re­tha miała wobec Dirka van Dycka jasno spre­cy­zo­wane plany.

-?O tak -?potwier­dziła. -?Zrobi, co mu każę.

-?Idę teraz do fortu -?powie­dział Stuy­ve­sant. -?Zechcesz mi towa­rzy­szyć?

* * *

Lon­dyn. Wio­senny pogodny dzień. Tamiza zatło­czona stat­kami. Tho­mas Master patrzył na sto­jący przed nim żaglo­wiec. Musiał pod­jąć decy­zję.

W ręku trzy­mał list od swo­jego brata Eliota z wia­do­mo­ścią o śmierci ojca. Tom nawet nie uda­wał żalu, był na to zbyt uczciwy. Miał dwa­dzie­ścia dwa lata i w końcu odzy­skał wol­ność.

Co wybrać? Anglię czy Ame­rykę?

Po lewej stro­nie maja­czyła potężna szara syl­wetka Tower, mil­cząca i strze­gąca swo­ich tajem­nic. Zer­k­nął za sie­bie. Długi, wysoki dach sta­rej kate­dry Świę­tego Pawła przy­wo­dził na myśl potę­pie­nie. Potę­pie­nie czego? Jego oczy­wi­ście. Prze­cież zesłano go do Lon­dynu w nie­sła­wie.

Adam Master ze wschod­niej Anglii i Abi­gail Eliot z zachodu poznali się w Lon­dy­nie trzy­dzie­ści lat wcze­śniej. Jako żar­liwi pury­ta­nie uznali zgod­nie, że sto­lica stała się prze­ra­ża­ją­cym mia­stem. Na tro­nie zasia­dał Karol I, oże­niony z Fran­cuzką, do tego kato­liczką. Pró­bo­wał wpro­wa­dzić wła­dzę abso­lutną i wraz ze swoim poplecz­ni­kiem arcy­bi­sku­pem Lau­dem usi­ło­wał wymu­sić na pod­da­nych posłu­szeń­stwo wobec but­nego Kościoła angli­kań­skiego -?który wbrew nazwie był ule­gły wobec papieża. Po ślu­bie Adam i Abi­gail wytrwali w Lon­dy­nie kilka lat z nadzieją, że sytu­acja zmieni się na lep­sze. Jed­nak dla pury­ta­nów nastały bar­dzo złe czasy. Dla­tego Adam i Abi­gail Maste­ro­wie wyemi­gro­wali do Ame­ryki.

Już dwa poko­le­nia wcze­śniej Anglicy zaczęli wyjeż­dżać do Wir­gi­nii. Gdy na deskach poło­żo­nego nad Tamizą teatru Globe Sha­ke­spe­are wysta­wiał swoje sztuki, połowa lon­dyń­czy­ków paliła już w gli­nia­nych faj­kach wir­gi­nij­ski tytoń. Ale życie w Wir­gi­nii wybrało nie­wielu. Naj­od­waż­niejsi wypra­wiali się do Mas­sa­chu­setts, powsta­wały też inne osady. Jed­nak trudno było to nazwać emi­gra­cją.

W póź­niej­szych latach pano­wa­nia Karola zaszła rady­kalna zmiana. Pury­ta­nie zaczęli masowo opusz­czać Anglię. Wyjeż­dżali z połu­dnia, ze wschodu, z zachodu, całe grupy, rodziny, a nawet całe wio­ski wsia­dały na statki pły­nące przez Atlan­tyk. Z każ­dego portu co tydzień wyru­szał jakiś żaglo­wiec. Od połowy lat trzy­dzie­stych XVII wieku król Karol stra­cił w ten spo­sób co pięć­dzie­sią­tego pod­da­nego. Szlach­cice pokroju Win­th­ropa, majętni mło­dzi ludzie jak John Harvard, kupcy, rze­mieśl­nicy, pra­cow­nicy najemni, pasto­rzy z żonami, dziećmi i służbą -?wszy­scy wypły­wali stat­kami do Ame­ryki, byle jak naj­da­lej od króla i jego arcy­bi­skupa. W ciągu nie­ca­łej dekady ame­ry­kań­skie kolo­nie zalud­niła ogromna fala osad­ni­ków.

Karol I nie dostrze­gał w tym żad­nej straty. Wręcz prze­ciw­nie, takie roz­wią­za­nie było dla niego korzystne. Nie dość, że emi­granci prze­stali spra­wiać mu pro­blemy w ojczyź­nie -?gdzie pró­bo­wał usta­no­wić auto­ry­tarne rządy -?to jesz­cze chęt­nie posze­rzali gra­nice jego kró­le­stwa. Wciąż byli jego pod­da­nymi, więc zasie­dlane przez nich ogromne poła­cie nie­zba­da­nego kon­ty­nentu ame­ry­kań­skiego sta­wały się wła­sno­ścią Anglii. A wol­ność wyzna­nia? No cóż, ten pro­blem można prze­cież roz­wią­zać póź­niej.

Adam i Abi­gail udali się do Bostonu. Tam zna­leźli pokrewną ich prze­ko­na­niom wspól­notę wier­nych o suro­wych, bogo­boj­nych zasa­dach. Nie cho­dziło prze­cież o tole­ran­cję, lecz o usta­no­wie­nie Bożego kró­le­stwa. Ich star­szy syn Eliot podą­żał wier­nie za ich przy­kła­dem. Sumienny, roz­tropny, oddany wie­rze, wyma­rzony syn każ­dego ojca w Bosto­nie. Nie­stety, młod­szy syn bar­dzo się od niego róż­nił.

Tom Master był blon­dy­nem o nie­bie­skich oczach. Mimo lekko wysta­ją­cych zębów miał u kobiet powo­dze­nie. Już jako mały chło­piec odzna­czał się nie­zwy­kłą pomy­sło­wo­ścią. A gdy wkro­czył w wiek doro­sły, swoim zacho­wa­niem dowo­dził bystrego umy­słu i nie­po­zba­wio­nej poczu­cia humory prze­ni­kli­wo­ści. Roz­sa­dzała go ener­gia. Ale jego postę­po­wa­nie, a zwłasz­cza dobór przy­ja­ciół, pozo­sta­wiały wiele do życze­nia.

Już w począt­ko­wym okre­sie osad­nic­twa do Mas­sa­chu­setts przy­by­wali ludzie -?żegla­rze, rybacy, kupcy, far­me­rzy, nie mówiąc o zwy­kłym pospól­stwie - któ­rym bar­dziej zale­żało na zbi­ciu for­tuny niż na zba­wie­niu duszy. Zbór pró­bo­wał trzy­mać ich twardą ręką, ale wielu zeszło na złą drogę.

A młody Tom, ku roz­pa­czy rodzi­ców i Eliota, zmie­rzał wprost do pie­kła! Nie chciał się kształ­cić. Ow­szem, był zdolny, ale nie przy­kła­dał się do nauki. Się­gał po alko­hol. Obra­cał się w złym towa­rzy­stwie. Ojciec nie szczę­dził mu kija, ale po jakimś cza­sie zro­zu­miał, że nie jest to kwe­stia dys­cy­pliny czy prze­ko­nań. Tom miał w sobie coś, czego nie dało się zmie­nić.

Adam Master pro­wa­dził reno­mo­waną prak­tykę praw­ni­czą. Kupił gospo­dar­stwo. Miał wła­sny sta­tek. Eliot stu­dio­wał prawo i chciał zostać pasto­rem. Tom został przy­jęty do ter­minu u jed­nego z kup­ców i oka­zał się dość pojętny w inte­re­sach. Przy­naj­mniej tyle.

Jed­nak potem nastą­piły dwa wyda­rze­nia, które zła­mały Ada­mowi serce. Abi­gail leżała na łożu śmierci. Posłała po młod­szego syna i w obec­no­ści ojca bła­gała go, żeby zmie­nił swoje życie. Ze względu na sie­bie i ze względu na nią, bo chciała odejść z tego świata w pokoju, pro­siła go, by przy­siągł, że ni­gdy wię­cej nie weź­mie kro­pli alko­holu do ust. Miała nadzieję, że będzie to jego pierw­szy krok na dro­dze do nawró­ce­nia. I co od niego usły­szała? "Do dia­bła, mamo! Nie mogę ci tego obie­cać". Powie­dział to wła­snej matce, leżą­cej na łożu śmierci. Adam ni­gdy mu tego nie wyba­czył. Nie kłó­cił się z Tomem, bo wie­dział, że Abi­gail by tego nie chciała. Trak­to­wał go łagod­nie. Robił to, co powi­nien robić ojciec. Ale wie­dział, że z Toma już nic dobrego nie będzie.

Kiedy Tom, w wieku dzie­więt­na­stu lat, wdał się w swój pierw­szy romans z żoną zacnego kapi­tana, który aku­rat wypły­nął w daleki rejs -?kapi­tana statku będą­cego wła­sno­ścią Adama! -?ojciec zacho­wał mil­cze­nie ze względu na Eliota. Ale przy­mu­sił młod­szego syna do natych­mia­sto­wego wyjazdu z Mas­sa­chu­setts. Posłał go z dość chłod­nym listem pole­ca­ją­cym do zna­jo­mego kupca w Lon­dy­nie. I zaka­zał powrotu.

Tom został prze­pę­dzony do Sta­rego Świata. Na Nowy nie zasłu­gi­wał.

Spodo­bało mu się w Lon­dy­nie. Wpraw­dzie Crom­well i pury­ta­nie wła­dali Anglią przez dzie­sięć lat, jed­nak wielki eks­pe­ry­ment rzą­dów bez króla skoń­czył się cha­osem i wpro­wa­dze­niem stanu wojen­nego. Kiedy Tom przy­był do Anglii, na tro­nie zasia­dał już syn zmar­łego króla, Karol II. A ten był bar­dzo weso­łym czło­wie­kiem. A także ugo­do­wym i roz­trop­nym, w odróż­nie­niu od swo­jego młod­szego brata Jakuba, księ­cia Yorku, który ucho­dził za dum­nego sztyw­niaka. Karol II nie zamie­rzał podzie­lić losu swo­jego ojca. Po latach spę­dzo­nych na wygna­niu pra­gnął zabaw i tego samego życzył pod­da­nym. Uga­niał się za kobie­tami, uwiel­biał wyścigi konne i wyj­ścia do teatru. A do tego poważ­nie inte­re­so­wał się nauką.

Tom poja­wił się w Lon­dy­nie, gdy mia­sto znaj­do­wało się na gra­nicy dwóch świa­tów: śre­dnio­wie­cza i nowo­cze­sno­ści. Bry­tyj­skie domi­nia roz­ra­stały się, dzięki czemu lon­dyń­scy kupcy zbi­jali wiel­kie for­tuny. Szlachta i ary­sto­kra­cja dyk­to­wały trendy w modzie. Kwi­tły roz­ma­ite formy roz­rywki. Przez pierw­szy rok Tom był w Lon­dy­nie szczę­śliwy.

Jed­nak po pew­nym cza­sie zaczął tęsk­nić za Ame­ryką. Nie za Bosto­nem czy swoją pury­tań­ską rodziną, ale za czymś, co trudno mu było okre­ślić. Za prze­strze­nią, za nie­zna­nym lądem, za świa­tem, który można było zbu­do­wać od nowa.

* * *

Daleko na pół­nocy ode­zwał się grzmot. Ale z przodu, tam gdzie wielka rzeka docie­rała do roz­le­głej przy­stani, gładka tafla wody przy­po­mi­nała płynne złoto.

Poprzed­niego wie­czoru van Dyck pró­bo­wał opi­sać Bia­łej Łani zna­cze­nie mia­sta, posłu­gu­jąc się wła­sno­ręcz­nie nary­so­waną mapą. Wska­zu­jąc kolejne miej­sca ust­ni­kiem fajki, tłu­ma­czył:

-?Ta linia bie­gnąca z góry na dół to Rzeka Pół­nocna. O kilka dni drogi w górę rzeki znaj­dują się wiel­kie jeziora i liczne szlaki wodne, które cią­gną się aż do kra­iny lodów. Na lewo od rzeki -?prze­su­nął fajkę po kartce -?leży cały kon­ty­nent Ame­ryki. Na prawo -?wska­zał wielki obszar w kształ­cie trój­kąta wci­na­ją­cego się wierz­choł­kiem w wody Atlan­tyku -?są tery­to­ria Con­nec­ti­cut, Mas­sa­chu­setts i wiele innych miast. Zza tego wiel­kiego oce­anu przy­byli moi rodacy. -?Prze­su­nął fajkę na połu­dnie. Była tam wyspa długa na sto mil i sze­roka na dwa­dzie­ścia, jak gdyby zacu­mo­wana przy kra­wę­dzi trój­kąta. Pomię­dzy nią a sta­łym lądem leżała wąska, osło­nięta cie­śnina. -?Na tym obsza­rze -?wska­zał kawa­łek lądu i naj­bliż­szy mu skra­wek wyspy -?przez wiele lat miesz­kały twoje ple­miona. A tu -?postu­kał fajką w naj­bar­dziej wysu­nięty na połu­dnie cypel -?jest Man­hat­tan.

Manna hata. Stara indiań­ska nazwa. Zdaje się, że ozna­czała po pro­stu "wyspę". Tak naprawdę był to wąski pół­wy­sep prze­cięty na pół­nocy stro­mym wąwo­zem, przez który wody Rzeki Pół­noc­nej sączyły się do cie­śniny.

Gdyby nie potężny falo­chron w postaci dłu­giej wyspy, Man­hat­tan byłby nara­żony na potęgę wście­kłego Atlan­tyku. Dogodne poło­że­nie geo­gra­ficzne spra­wiło, że Rzeka Pół­nocna, docie­ra­jąc do jego krańca, wpły­wała do spo­koj­nej, osło­nię­tej przy­stani, sze­ro­kiej na cztery mile i dłu­giej na sie­dem -?to wiel­kie kotwi­co­wi­sko mary­na­rze nazy­wali Górną Zatoką. Co wię­cej, za prze­smy­kiem pro­wa­dzą­cym na Atlan­tyk znaj­do­wały się dwie ogromne mie­li­zny, sta­no­wiące zewnętrzne bariery powstrzy­mu­jące napór fal. Dzięki nim powstała Dolna Zatoka, tak wielka, że mogłyby w niej zarzu­cić kotwicę wszyst­kie statki świata.

-?To są wrota na pół­noc -?tłu­ma­czył van Dyck. Ale Biała Łania nie rozu­miała. I mimo że opo­wie­dział jej o han­dlu futrami i szlaku prze­wo­zo­wym, nie poj­mo­wała, czym są mapy kre­ślone przez bia­łych ludzi.

Biali przy­by­wali od cza­sów Krzysz­tofa Kolumba. Naj­pierw szu­kali złota i pró­bo­wali odkryć drogę na Wschód. Jeden z nich, Ver­ra­zano, który przy­pły­nął w 1524 roku, został zapa­mię­tany z nazwi­ska, inni ode­szli w nie­pa­mięć. Nie wszy­scy byli biali; por­tu­gal­ski kapi­tan Gómez miał czarną skórę. Poja­wił się, poj­mał pra­wie sześć­dzie­się­ciu Indian, żeby sprze­dać ich jako nie­wol­ni­ków, i znik­nął za wid­no­krę­giem. Lecz życie ple­mion zamiesz­ku­ją­cych tereny wokół zatoki i Rzeki Pół­noc­nej tak naprawdę odmie­niło przy­by­cie jed­nego czło­wieka.

Henry Hud­son był Angli­kiem, ale słu­żył Holen­drom i miał dla nich odna­leźć krót­szą drogę do Chin, żeglu­jąc na wschód. Zba­daw­szy legen­darne Przej­ście Pół­nocno-Wschod­nie powy­żej Rosji, uznał je za nie­przy­datne, zigno­ro­wał wszyst­kie roz­kazy i wyru­szył w drogę powrotną przez Atlan­tyk, szu­ka­jąc Przej­ścia Pół­nocno-Zachod­niego. To wła­śnie Hud­son dotarł do zatoki poni­żej Man­hat­tanu, a następ­nie przez kilka dni pły­nął w górę rzeki. "To nie jest droga do Chin", orzekł w końcu.

"To nie jest droga do Chin -?obwie­ścił po powro­cie moco­daw­com. -?Ale cią­gnie się tam wspa­niała kra­ina. Pełna bobrów".

"Bóbr -?tłu­ma­czył van Dyck swoim dzie­ciom -?to naj­bar­dziej uży­teczne zwie­rzę. Bobrze sadło pomaga na reu­ma­tyzm, ból zębów i bóle brzu­cha. A bobrze jądra, starte na pro­szek i roz­pusz­czone w wodzie, przy­wra­cają sza­leń­cowi zmy­sły. Futro bobra jest gęste i cie­płe". Ale tak naprawdę naj­bar­dziej pożą­dane było mięk­kie wło­sie rosnące pod futrem. Dla­czego? Bo można je było prze­ro­bić na filc.

Kape­lu­sze. Każdy chciał mieć kape­lusz z takiego filcu -?szczyt mody - cho­ciaż stać było jedy­nie boga­czy. Kape­lusz­nicy, któ­rzy wyra­biali takie nakry­cia głowy, popa­dali cza­sem w sza­leń­stwo w wyniku zatru­cia rtę­cią uży­waną do oddzie­la­nia mięk­kiego wło­sia od sztyw­niej­szej sier­ści. A może -?jak cza­sem myślał van Dyck -?to wszystko było sza­leń­stwem: ludzie ryzy­ko­wali życie i gotowi byli zabi­jać, zbu­do­wali wielką kolo­nię, a nawet praw­dziwe impe­rium -?wszystko z powodu mody na kape­lusze z bobro­wego futra. Ale taki był ten świat. Pół­nocno-wschod­nie wybrzeże Ame­ryki zostało sko­lo­ni­zo­wane z powodu han­dlu rybami, lecz wielki port w Nowym Amster­da­mie i brzegi potęż­nej Rzeki Pół­noc­nej zasie­dlono w pogoni za bobro­wym fil­cem.

Z wdzięcz­no­ści dla nie­ustra­szo­nego podróż­nika van Dyck i inni han­dla­rze futrami nazy­wali wielką rzekę nie Rzeką Pół­nocną, ale Rzeką Hud­sona.

* * *

-?Oto Nowy Amster­dam. -?Van Dyck uśmiech­nął się, widząc u córki dreszcz pod­nie­ce­nia. Połu­dniowy cypel Man­hat­tanu wci­nał się w wody ogrom­nego portu. Nad małymi falami uno­siły się chmary ptac­twa. Powie­trze miało rześką sło­nawą nutę.

Biała Łania patrzyła na wiel­kie skrzy­dła wia­traka i potężny fort wzno­szący się nad otwar­tym nabrze­żem. Gdy okrą­żyli cypel, z domami kup­ców w mniej wię­cej rów­nych rzę­dach, van Dyck zaczął poka­zy­wać jej naj­cie­kaw­sze miej­sca.

-?Widzisz ten dom przy brzegu? Zanim poja­wili się biali, twoi ludzie mieli tam obóz. Zosta­wili po sobie tak wiel­kie sterty muszli po ostry­gach, że nazwa­li­śmy to miej­sce De Peral Straet, Per­łową Ulicą. A tam­ten jasny dom należy do Stuy­ve­santa. Nazy­wamy go Bia­łym Dwo­rem.

Minąw­szy cypel, skie­ro­wali się do sze­ro­kiego kanału bie­gną­cego po wschod­niej stro­nie Man­hat­tanu. Mówili o nim Rzeka Wschod­nia, choć nie był w rze­czy­wi­sto­ści rzeką. Van Dyck wska­zał prze­ciw­le­gły brzeg.

-?To jest Bro­oklyn. -?Holen­drzy nadali mu nazwę mia­sta leżą­cego nie­opo­dal Amster­damu.

-?Zie­mia mojego ple­mie­nia -?powie­działa dziew­czynka.

-?Tak, kie­dyś była waszą zie­mią.

Kanoe pły­nęło ku wschod­niej stro­nie cypla, gdzie zbu­do­wano keję. Kilka stat­ków stało na kotwicy na Rzece Wschod­niej. Gdy van Dyck i jego załoga dobili do lądu, ludzie zaczęli im się przy­glą­dać z cie­ka­wo­ścią.

Skóry od razu zała­do­wano na dwa duże wózki i prze­trans­por­to­wano do wiel­kiego maga­zynu Kom­pa­nii Zachod­nio­in­dyj­skiej. Van Dyck szedł obok wóz­ków, z Białą Łanią za ple­cami. Ski­nął głową kilku zna­jo­mym na powi­ta­nie. Na przy­stani krę­ciło się mnó­stwo ludzi -?mary­na­rze w roz­pię­tych koszu­lach, kupcy w obszer­nych pan­ta­lo­nach, a nawet pastor w czar­nych sza­tach i wyso­kim stoż­ko­wa­tym kape­lu­szu z sze­ro­kim ron­dem. Van Dyck natknął się na dwóch holen­der­skich kup­ców, Spring­ste­ena i Ste­en­bur­gena, któ­rzy cie­szyli się w mie­ście spo­rym powa­ża­niem, więc nale­żało zatrzy­mać się i poga­wę­dzić z nimi chwilę.

-?Wasza żona roz­ma­wiała ze Stuy­ve­san­tem koło fortu, mein­heer van Dyck - powie­dział Spring­steen.

-?Pew­nie zaraz ją zoba­czy­cie -?dorzu­cił Ste­en­bur­gen.

Van Dyck zaklął pod nosem. Wczo­raj plan wyda­wał się cał­kiem dobry. Po roz­ła­dunku łodzi India­nie musieli zacze­kać na popo­łu­dniowy przy­pływ. On w tym cza­sie chciał opro­wa­dzić Białą Łanię po mie­ście i kupić jej tro­chę holen­der­skich cia­ste­czek -?to miało być rado­sne uko­ro­no­wa­nie ich spę­dzo­nego wspól­nie czasu. Potem India­nie zabra­liby ją ze sobą w górę rzeki, a on wró­ciłby do żony i dzieci.

Mar­ga­re­tha wie­działa, że po przy­bi­ciu do przy­stani mąż musi zała­twić liczne for­mal­no­ści w skła­dzie cel­nym, więc nawet jeśli sły­szała o jego powro­cie, zapewne czeka w domu. Van Dyck raczej nie spo­dzie­wał się, że spo­tka ją w for­cie.

No cóż, dotrzyma obiet­nicy zło­żo­nej córce. Ale nale­żało uwa­żać.

-?Chodźmy, Biała Łanio -?powie­dział.

Wypa­try­wa­nie żony i jed­no­cze­sne opro­wa­dza­nie dziew­czynki po oko­licy nie było łatwe. Ale córka i tak wyglą­dała na uszczę­śli­wioną. Van Dyck był dumny ze swo­jego mia­sta. Musiał przy­znać, że Stuy­ve­sant wyko­nał kawał dobrej roboty. Sze­ro­kie błot­ni­ste nabrzeże zostało czę­ściowo wybru­ko­wane. Nawet w naj­bar­dziej ruchli­wym rejo­nie, nie­da­leko rynku, na tyłach wyso­kich domów ze spa­dzi­stymi dachami znaj­do­wały się duże, dobrze utrzy­mane ogrody. Podą­ża­jąc na pół­noc, prze­szli na drugą stronę nie­wiel­kiego kanału i dotarli do ratu­sza, Stadt Huys. Był to spory budy­nek z wej­ściem od frontu, trzema rzę­dami okien, podwój­nym oknem w stro­mym, man­sar­do­wym dachu i małym tara­sem u góry. Obok stało kilka innych domów wpa­trzo­nych obo­jęt­nie, niczym holen­der­scy kupcy, w Rzekę Wschod­nią. Przed ratu­szem usta­wiono podwójne dyby prze­zna­czone do kara­nia prze­stęp­ców. Van Dyck wytłu­ma­czył Bia­łej Łani, że słu­żyły do zaku­wa­nia tych, któ­rzy zasłu­żyli na publiczne upo­ko­rze­nie.

-?A tam -?wska­zał brzeg rzeki -?mamy szu­bie­nicę, na któ­rej wie­szamy na sznu­rze naj­więk­szych zbrod­nia­rzy.

-?My nie mamy takiego zwy­czaju -?zauwa­żyła dziew­czynka.

-?Wiem -?powie­dział dobro­tli­wie. -?Ale my tak.

Zatrzy­mali się na chwilę przed gospodą, w któ­rej piło kilku mary­na­rzy, gdy nagle zza rogu wyło­niła się Mar­ga­re­tha van Dyck w luź­nej sukni i z fajką w ręku.

* * *

Wpa­try­wała się w męża i towa­rzy­szącą mu dziew­czynkę. Kilka minut wcze­śniej żona mein­he­era Ste­en­bur­gena powie­działa jej, że van Dyck jest w mie­ście. Mar­ga­re­tha zauwa­żyła wtedy w jej oczach -?choć może to tylko wyobraź­nia spła­tała jej figla -?szcze­gólny błysk, spoj­rze­nie, któ­rym obda­rza się żonę męż­czy­zny widzia­nego z inną kobietą. Wzbu­dziło to jej czuj­ność.

Czy Dirk gotów byłby nara­zić ją na coś takiego? Owład­nął nią lodo­waty lęk, ale się opa­no­wała, uśmiech­nęła nawet, jakby powrót męża nie był dla niej zasko­cze­niem.

A teraz stał przed nią w towa­rzy­stwie małej Indianki. Nie, nie kochanki. Dziew­czynki, która... miała zbyt jasną skórę jak na Indiankę czy­stej krwi.

-?Wró­ci­łeś. -?Przy­tu­liła się do niego lekko i zaraz zro­biła krok do tyłu.

-?Tak. Wyła­do­wu­jemy towar w skła­dzie cel­nym.

Czy on jest pode­ner­wo­wany? Być może.

-?Podróż się udała?

-?Bar­dzo. Kupi­łem tyle skór, że musia­łem zabrać dru­gie kanoe.

-?To dobrze. -?Popa­trzyła na Białą Łanię. -?Co to za dziew­czynka?

Dirk van Dyck zer­k­nął na małą, nie wie­dząc, czy zro­zu­miała jego wcze­śniej­sze słowa. Nie był pewien. Nie­któ­rzy India­nie znali nider­landzki, ale on zawsze roz­ma­wiał z córką w jej ojczy­stym języku. Pomo­dlił się w myślach.

-?Przy­pły­nęła czół­nem z India­nami -?powie­dział spo­koj­nie. -?Jest z Klanu Żół­wia. -?Wśród miej­sco­wych ludów przy­na­leż­ność do rodu dzie­dzi­czyło się w linii żeń­skiej. Każdy nale­żał do rodziny swo­jej matki. -?Mam z nimi dobre sto­sunki.

Mar­ga­re­tha z uwagą przy­glą­dała się Bia­łej Łani.

-?Znasz jej matkę?

-?Nie. -?Van Dyck pokrę­cił głową. -?Jej matka zmarła.

-?Wygląda mi na mie­szańca.

Domy­śliła się? Poczuł ukłu­cie lęku, ale szybko stłu­mił w sobie to dozna­nie.

-?Też mi się tak wydaje.

-?A ojciec?

-?Kto to wie? -?Wzru­szył ramio­nami.

Jego żona zacią­gnęła się fajką.

-?Wszyst­kie Indianki są takie same.

Dziwne, pomy­ślał van Dyck. Wbrew naka­zom Kościoła kal­wiń­skiego wiele Holen­de­rek miało kochan­ków przed ślu­bem, co powszech­nie tole­ro­wano. Ale Indianki, wypę­dzone ze swymi ple­mio­nami z ojczy­stych ziem przez bia­łego czło­wieka i sprze­da­jące się w fak­to­riach za nie­wiel­kie sumy pie­nię­dzy, któ­rych war­to­ści nie poj­mo­wały, ucho­dziły w oczach Mar­ga­re­thy za zwy­kłe ladacz­nice.

-?Nie wszyst­kie -?powie­dział cicho.

-?Ładne z niej dziecko. -?Wydmuch­nęła dym kąci­kiem ust. -?Szkoda, że jej uroda szybko prze­mi­nie.

Naprawdę tak będzie? Uroda jego córki zbled­nie jesz­cze za jego życia?

Zauwa­żył, że Biała Łania patrzy nie­ru­chomo przed sie­bie. Boże, czyżby wszystko zro­zu­miała? A może tylko domy­śliła się zna­cze­nia słów z tonu ich gło­sów?

Dirk van Dyck kochał swoją żonę. Może nie aż tak, jak powi­nien, ale na swój spo­sób była dobrą kobietą i dobrą matką. Podej­rze­wał, że żadne mał­żeń­stwo nie jest ide­alne, a winę za braki i nie­po­wo­dze­nia pono­szą obie strony. Nie zdra­dzał jej -?wyjąt­kiem była matka Bia­łej Łani.

Mimo wszystko Mar­ga­re­tha nie miała żad­nego powodu przy­pusz­czać, że dziew­czynka jest jego córką. Żad­nego poza swoim kobie­cym instynk­tem.

-?Tylko nie przy­pro­wa­dzaj jej do domu -?przy­ka­zała cicho.

-?Oczy­wi­ście, że nie -?powie­dział wbrew sobie.

Domy­śliła się. Był nie­mal pewny. Zarzuci mu nie­wier­ność po powro­cie do domu? Zrobi awan­turę? Być może. Ale on wtedy zaprze­czy, a ona wyj­dzie na idiotkę. A może ma w sobie zbyt dużo dumy?

Żało­wał teraz, że swoim postę­po­wa­niem naraża ją na cier­pie­nie.

-?Ode­ślij ją -?powie­działa Mar­ga­re­tha sta­now­czo. -?Dzieci na cie­bie cze­kają. -?Odwró­ciła się, żeby odejść.

Nie mógł mieć do niej żalu. W pew­nym sen­sie ją podzi­wiał. Zacho­wała god­ność, chro­niąc swoją rodzinę. Po chwili spoj­rzał na Białą Łanię.

Wciąż patrzyła przed sie­bie, ale jej pobla­dła twarz była aż nadto wymowna. Nie musiała rozu­mieć słów. Wystar­czyły ton gło­sów i spoj­rze­nia. Wyparł się jej, choć tego nie chciał. Zalała go potężna fala wyrzu­tów sumie­nia. Nie może tak zosta­wić swo­jej córki!

Spra­wił żonie ból, ale tego nie dało się już cof­nąć. Poza tym była doro­słą, silną kobietą. A obok stało nie­winne dziecko. Bły­ska­wicz­nie pod­jął decy­zję.

-?Gdy India­nie odpłyną, będę musiał zała­twić kilka spraw! -?zawo­łał za Mar­ga­re­thą. -?Muszę poje­chać na bouwe­rie Smita. Jedna czwarta skór jest dla niego, pamię­tasz. -?Rze­czy­wi­ście musiał zoba­czyć się z far­me­rem, ale nie zamie­rzał jechać tego dnia. -?Powiedz dzie­ciom, że będę w domu jutro.

Odwró­ciła się w jego stronę.

-?A kiedy pla­nu­jesz znów wyje­chać?

-?Wyje­chać? -?Uśmiech­nął się. -?Za parę mie­sięcy.

Ski­nęła głową. Dała się udo­bru­chać?

-?W takim razie do jutra -?powie­działa.

Przez dłuż­szą chwilę ani on, ani Biała Łania nie ode­zwali się ani sło­wem. Zapra­gnął oto­czyć ją ramie­niem, pocie­szyć, ale zabra­kło mu odwagi. Ruszyli ulicą w mil­cze­niu.

-?To twoja żona? -?spy­tała w końcu dziew­czynka.

-?Tak.

-?Jest dobrą kobietą?

-?Tak, dobrą kobietą.

Prze­szli kilka kro­ków.

-?Ode­ślesz mnie teraz z powro­tem?

-?Nie. -?Uśmiech­nął się. -?Chodź, moja córko -?powie­dział.

* * *

Przy­go­to­wa­nia zabrały mu mniej niż godzinę. Posłał jed­nego ze swo­ich ludzi po konia. Kupił też tro­chę jedze­nia i dwie derki. Wydał ostat­nie pole­ce­nia India­nom, po czym wyru­szyli z Białą Łanią w drogę.

Głów­nym gościń­cem wycho­dzą­cym z Nowego Amster­damu był sze­roki trakt, który zaczy­nał się na rynku przed for­tem i pro­wa­dził przez zachod­nią część mia­sta do murów.

Van Dyck jechał powoli. Biała Łania szła zado­wo­lona obok niego. Wkrótce holen­der­skie domy ustą­piły miej­sca ogro­dom i sadom. Dotarli do muru i prze­kro­czyli bramę z kamien­nym bastio­nem. Dalej sze­roka droga bie­gła pro­sto, obok cmen­ta­rza i wia­traka, a potem skrę­cała w prawo. Po stro­nie Rzeki Wschod­niej minęli małą plan­ta­cję tyto­niu i bagno. Wkrótce po lewej stro­nie poja­wił się duży staw. Od tego miej­sca szlak biegł na pół­noc aż do krańca wyspy.

Wyspa Man­hat­tan miała dziwny kształt: sze­roka na jedną milę, a długa na trzy­na­ście. Dzi­kie oko­lice skła­da­jące się z mocza­rów, łąk i lasów usia­nych pagór­kami i ska­łami sta­no­wiły kie­dyś wspa­niałe tereny łowiec­kie Indian. I to India­nie wyty­czyli dawno temu szlak, po któ­rym teraz wędro­wał van Dyck.

Wcze­śniej wyspę zamiesz­ki­wali Man­hat­ta­no­wie. Byli jed­nym z wielu osia­dłych w tym rejo­nie szcze­pów mówią­cych w języku Algon­ki­nów. India­nie Canar­see żyli po dru­giej stro­nie Rzeki Wschod­niej na Bro­okly­nie; po prze­ciw­nej stro­nie portu, na roz­le­głym obsza­rze ziemi zwa­nym przez Holen­drów wyspą Sta­ten, miesz­kali Rari­ta­no­wie. Pły­nąc z bie­giem wiel­kiej rzeki na pół­noc, można było natknąć się na Hac­ken­sac­ków i Tap­pa­nów. Tych nazw było co naj­mniej dwa­dzie­ścia. Już na samym początku biali zauwa­żyli, że tubylcy odzna­czali się szcze­gólną urodą -?męż­czyźni byli wysocy, a kobiety miały piękne rysy. Van Dyck poczuł dumę, patrząc na idącą obok córkę.

Ale nie­wielu bia­łych chciało poznać zwy­czaje Indian. Czy on też zacho­wy­wałby się tak samo, gdyby nie matka dziew­czynki?

Nawet osad­nic­two na Man­hat­ta­nie było wyni­kiem pomyłki. Gdy miej­scowi India­nie przy­jęli z rąk Pierre'a Minu­ita paku­nek z towa­rami, zro­zu­mieli to w spo­sób dla nich oczy­wi­sty: biali skła­dali zwy­cza­jowe dary za prawo do korzy­sta­nia z tere­nów łowiec­kich przez rok czy dwa. W euro­pej­skich kate­go­riach można by to nazwać opłatą za dzier­żawę. India­nie nie uzna­wali ziemi za swoją wła­sność, więc pomysł, że Minuit kupuje ją od nich na zawsze, nie przy­szedł im do głowy. Ale sta­teczni oby­wa­tele Nowego Amster­damu nie­spe­cjal­nie by się tym prze­jęli, nawet gdyby zda­wali sobie z tego sprawę, pomy­ślał cierpko van Dyck. Holen­drzy pod­cho­dzili do prawa wła­sno­ści w spo­sób prak­tyczny: zie­mia należy do tego, kto się na niej osie­dlił.

Nic dziw­nego, że w ciągu tych lat docho­dziło do wielu utar­czek. Obu­rzeni India­nie ata­ko­wali bia­łych. Osie­dla poło­żone naj­da­lej na pół­noc zostały opusz­czone. Nawet tu, na Man­hat­ta­nie, dwie holen­der­skie wio­ski - Blo­oming­dale, poło­żona kilka mil na zachód, i Har­lem na pół­nocy - doznały poważ­nych znisz­czeń.

Ale biały czło­wiek i tak zaj­mo­wał coraz wię­cej tere­nów. Wiel­kie obszary ziemi cią­gnące się w górę rzeki prze­ka­zano holen­der­skim wła­ści­cie­lom ziem­skim, patro­onom. Duń­czyk nazwi­skiem Bronck zapła­cił miej­sco­wym India­nom za wynie­sie­nie się z jego wiel­kiej posia­dło­ści na pół­nocy. Małe grupki wciąż pró­bo­wały prze­trwać na jego ziemi i w naj­dzik­szych zakąt­kach Man­hat­tanu. Ale to wszystko.

Po prze­by­ciu pię­ciu mil dotarli do lasu pora­sta­ją­cego śro­dek wyspy. Van Dyck uznał, że czas się posi­lić. Skrę­cili w wąską ścieżkę wio­dącą na zachód, minęli parę kotli­nek i skal­nych wznie­sień, aż w końcu zna­leźli się na pola­nie poro­śnię­tej trawą i poziom­kami. Van Dyck zsiadł z konia i przy­wią­zał go do mło­dego drzewka. Roz­ło­żył na ziemi derkę i dał znak Bia­łej Łani, żeby usia­dła.

-?A teraz -?powie­dział z uśmie­chem -?zobacz, co ci ojciec przy­go­to­wał.

Bez trudu udało mu się kupić płatki kuku­ry­dzy, rodzynki, orzeszki hikory i kilka kawał­ków wędzo­nego mięsa -?taką mie­szankę India­nie nazy­wali "pime­kan". Miał też holen­der­ską sałatkę z kapu­sty i chleb żytni. Oraz holen­der­skie przy­smaki, cze­ko­ladki i cia­steczka, uwiel­biane przez wszyst­kie dzieci. Usie­dli obok sie­bie, ojciec i córka, i zaczęli ze sma­kiem jeść posi­łek. Biała Łania połknęła pierw­sze cia­steczko i zwró­ciła się do ojca z pyta­niem:

-?Jak myślisz, mam sobie zro­bić tatuaż?

Nie odpo­wie­dział od razu. Była taka śliczna. Jej drobne stopy były obute w moka­syny, dłu­gie ciemne włosy zwią­zała z tyłu głowy rze­mie­niem. Jak więk­szość indiań­skich dziew­czy­nek w tym wieku i o tej porze roku miała na sobie jedy­nie się­ga­jącą do kolan spód­nicę ze skóry jele­nia. Na nagiej piersi wisiał amu­let; biust nie zaczął jesz­cze rosnąć. Miała ide­alną skórę, chro­nioną przed słoń­cem i koma­rami cienką war­stwą tłusz­czu z szopa. Gdy doro­śnie, zapewne zacznie się malo­wać -?odro­bina czer­wo­nej farby na policz­kach i czar­nej wokół oczu. Van Dyck miał nadzieję, że do tego czasu pozo­sta­nie taką samą cudowną dziew­czynką. Indianki nie robiły sobie takich wiel­kich tatu­aży jak męż­czyźni, ale mimo wszystko...

-?Lepiej będzie, jak z tym zacze­kasz -?powie­dział ostroż­nie. -?Dopóki nie wyj­dziesz za mąż. Wtedy wybie­rzesz sobie tatuaż, który spodoba się także mężowi.

Zamy­śliła się na chwilę i ski­nęła głową.

-?Zacze­kam.

Sie­działa w mil­cze­niu, jakby się nad czymś zasta­na­wiała.

-?Zabi­łeś kie­dyś niedź­wie­dzia? -?spy­tała w końcu.

Rytuał ini­cja­cji. Wśród jej współ­ple­mień­ców każdy chło­piec, chcąc stać się męż­czy­zną, musiał zabić jele­nia. Miało to głę­boki sens. Chło­pak poka­zy­wał w ten spo­sób, że będzie w sta­nie wyży­wić rodzinę. Ale żeby wyka­zać się męstwem, musiał wypeł­nić dużo trud­niej­sze i nie­bez­piecz­niej­sze zada­nie: zabić niedź­wie­dzia. Męż­czy­zna, któ­remu się to udało, sta­wał się praw­dzi­wym wojow­ni­kiem.

-?Zabi­łem -?powie­dział. Sie­dem lat wcze­śniej, na zie­miach Iro­ke­zów. Miej­scowi India­nie prze­strze­gli go, że na gór­skim szlaku, któ­rym zamie­rzał podą­żyć, doszło ostat­nio do kilku wypad­ków. Ataki niedź­wie­dzi, choć zda­rzały się rzadko, budziły grozę. Ale był na to przy­go­to­wany. Jed­nak miał dużo szczę­ścia, bo gdy zwie­rzę poja­wiło się nagle i go zaata­ko­wało, zabił je jed­nym strza­łem z musz­kietu. -?To był czarny niedź­wiedź. W górach.

-?Sam go zabi­łeś?

-?Sam.

Nie ode­zwała się, ale zauwa­żył, że jest zado­wo­lona: jej ojciec był praw­dzi­wym wojow­ni­kiem.

Było wcze­sne popo­łu­dnie. Pro­mie­nie słońca prze­ni­kały przez liście drzew i padały na tra­wia­ste skarpy poro­śnięte poziom­kami. Van Dyck wycią­gnął się na derce, czu­jąc ogar­nia­jący go spo­kój. Plan, który tak nagle przy­szedł mu do głowy, pozwoli mu spę­dzić z córką cały dzień. Rano spo­tka się na pół­noc­nym krańcu wyspy z India­nami odpro­wa­dza­ją­cymi kanoe i odda im Białą Łanię. Potem zaj­rzy na bouwe­rie Smita i jesz­cze przed zmro­kiem wróci do domu. Tak, to był dobry plan, mieli dużo czasu. Zamknął oczy.

Drze­mał może kilka minut. Gdy się obu­dził, Bia­łej Łani nie było.

Rozej­rzał się dokoła. Ani śladu dziew­czynki. Ogar­nął go lęk. A jeśli coś jej się stało? Już miał ją zawo­łać, gdy kątem oka uchwy­cił jakiś ruch. Wśród drzew, jakieś sto metrów dalej, pod­niósł głowę jeleń. Van Dyck znie­ru­cho­miał instynk­tow­nie, nie wyda­jąc z sie­bie głosu. Zwie­rzę patrzyło w jego kie­runku, ale go nie zauwa­żyło i opu­ściło łeb.

Dostrzegł Białą Łanię. Kryła się za drze­wem, na prawo od jele­nia, sto­jąc pod wiatr. Poło­żyła palec na ustach, naka­zu­jąc mu mil­cze­nie, i wyszła ze swo­jej kry­jówki.

Wiele razy był świad­kiem tro­pie­nia jeleni, sam też to robił. Ale ni­gdy w ten spo­sób. Biała Łania, prze­my­ka­jąc mię­dzy drze­wami, wyda­wała się lżej­sza niż cień. Jej stą­pa­jące po mchu moka­syny nie wyda­wały naj­mniej­szego szmeru. Gdy zna­la­zła się bli­sko jele­nia, przy­pa­dła do ziemi niczym kot -?posu­wała się coraz wol­niej, zamie­ra­jąc co chwila, sunęła nad zie­mią jak leciutki włos. Zna­la­zła się za jele­niem, może w odle­gło­ści pięt­na­stu metrów... potem dzie­się­ciu... pię­ciu. Zwie­rzę na­dal nie poczuło jej zapa­chu. Van Dyck patrzył z nie­do­wie­rza­niem. Dziew­czynka stała za drze­wem, trzy kroki od jele­nia, sku­bią­cego trawę. Cze­kała. Zwie­rzę pod­nio­sło łeb, znie­ru­cho­miało i znów zaczęło się paść. Biała Łania wystrze­liła do przodu. Prze­cięła powie­trze jak bły­ska­wica. Jeleń pod­sko­czył i rzu­cił się do ucieczki, ale wcze­śniej dziew­czynka zdą­żyła dotknąć jego grzbietu, wyda­jąc przy tym okrzyk rado­ści.

Pod­bie­gła ze śmie­chem do ojca, który chwy­cił ją w ramiona. Dirk van Dyck zdał sobie sprawę, że z żad­nego ze swo­ich dzieci ni­gdy nie był i nie będzie tak dumny, jak dumny był ze ślicz­nej indiań­skiej córki.

-?Dotknę­łam go! -?zawo­łała wesoło.

-?Rze­czy­wi­ście. -?Przy­tu­lił ją. I pomy­śleć, że jest ojcem takiego cudow­nego dziecka! Pokrę­cił ze zdzi­wie­niem głową.

Przez jakiś czas sie­dzieli obok sie­bie na derce. Van Dyck pra­wie się nie odzy­wał, ale dziew­czynce to nie prze­szka­dzało. Pomy­ślał, że czas ruszyć dalej, lecz wtedy Biała Łania odwró­ciła się do niego.

-?Opo­wiedz mi o mojej matce.

-?No cóż -?zaczął nie­pew­nie. -?Była piękna. Jesteś do niej podobna.

Wró­cił myślami do ich pierw­szego spo­tka­nia w obo­zie nad cie­śniną, gdzie jej ziom­ko­wie zbie­rali latem małże. Roz­sta­wiali nad brze­giem wigwamy, a nie dłu­gie, indiań­skie domy. Zebrane małże suszyli, wyskro­by­wali je z muszli, które potem zako­py­wali, a mięso wyko­rzy­sty­wali do goto­wa­nia zupy. Dla­czego wła­śnie ta młoda kobieta tak go zafa­scy­no­wała? Bo była wolna? Być może. Jej mąż i dziecko zgi­nęli. A może przy­cią­gnął go szcze­gólny błysk zacie­ka­wie­nia w jej oczach? To też. Zatrzy­mał się tam na dwa dni, prze­ga­dali razem cały wie­czór. Czuli do sie­bie pociąg, ale on miał do zała­twie­nia pilne sprawy, więc skoń­czyło się jedy­nie na roz­mo­wie.

Wró­cił po tygo­dniu.

Dopiero u jej boku naprawdę poznał Indian. Zro­zu­miał, dla­czego wielu pierw­szych holen­der­skich osad­ni­ków, nie mając swo­ich kobiet, żeniło się z Indian­kami, a potem nie chciało ich odda­lić mimo sil­nych naci­sków ze strony pasto­rów. Matka Bia­łej Łani była zwinna jak dzi­kie zwie­rzę, ale gdy on był zły albo zmę­czony, sta­wała się łagodna jak gołę­bica.

-?Bar­dzo ją kocha­łeś?

-?Bar­dzo. -?To była prawda.

-?A potem ja się uro­dzi­łam.

Zgod­nie ze zwy­cza­jami tego ludu w kla­nie matki zawsze było miej­sce dla dzieci takich jak ona.

-?Gdy­byś nie miał żony w for­cie bia­łych ludzi, oże­nił­byś się z moją matką, prawda?

-?Oczy­wi­ście. -?Kłam­stwo. Ale nie­winne.

-?Zawsze do niej przy­jeż­dża­łeś.

Tak, do tam­tej strasz­nej wio­sny trzy lata wcze­śniej. Kiedy poja­wił się w wio­sce, dowie­dział się, że matka Bia­łej Łani jest chora. "Była w sza­ła­sie potu -?powie­dziano mu. -?Ale nic nie pomo­gło. Teraz są u niej sza­mani".

Znał ich zwy­czaje. Nawet przy wyso­kiej gorączce India­nin szedł do maleń­kiej chatki, w któ­rej za sprawą roz­grza­nych do czer­wo­no­ści kamieni było jak w piecu. Gdy chory był dosłow­nie zlany potem, wycho­dził, zanu­rzał się w chłod­nej rzece, a potem sechł przy ogniu zawi­nięty w cie­pły pled. Taka tera­pia czę­sto poma­gała. A jeśli nie przy­no­siła ocze­ki­wa­nych rezul­ta­tów, byli jesz­cze zna­jący się na zio­łach sza­mani.

Gdy zbli­żył się do chaty, w któ­rej leżała matka Bia­łej Łani, wyszedł mu na spo­tka­nie stary India­nin. "Tylko mete­inu mogą jej pomóc", powie­dział ze smut­kiem. Mete­inu mieli dużo więk­szą moc niż zwy­kli sza­mani. Potra­fili prze­no­sić się do świata duchów i znali tajemne zaklę­cia. Jeśli tylko oni mogli jej pomóc, to zna­czy, że kobieta była bli­ska śmierci. "Na co zacho­ro­wała?" -?spy­tał van Dyck.

"Na gorączkę. -?Sta­rzec skrzy­wił się nie­pew­nie. -?Na skó­rze ma...". Wska­zał bli­zny po ospie i odszedł w mil­cze­niu.

Bli­zny po ospie. Van Dyck poczuł na ple­cach zimny dreszcz. Cho­roby przy­wle­czone przez bia­łych ludzi do Ame­ryki, naj­więk­sze prze­kleń­stwo. Grypa, odra, ospa wietrzna były w Euro­pie powszechne, ale India­nie nie mieli na nie żad­nej odpor­no­ści. Nie­raz całe wio­ski padały ich ofiarą. Z tego powodu rdzenna lud­ność w tych oko­li­cach zmniej­szyła się nie­mal o połowę. Biali ludzie przy­wieźli na swo­ich stat­kach mala­rię i syfi­lis. Ale naj­więk­szy lęk budziła ospa. Poprzed­niego roku ta potworna plaga wybiła nie­mal całe ple­mię na połu­dnie od Nowych Nider­lan­dów, a potem cho­roba poja­wiła się nawet w Nowym Amster­da­mie.

Czy to rze­czy­wi­ście ospa?

Potem zro­bił coś strasz­nego. Oczy­wi­ście miał wiele na swoje uspra­wie­dli­wie­nie. Musiał myśleć o sobie, o swo­jej żonie i dzie­ciach, o miesz­kań­cach Nowego Amster­damu. Nawet pastor by mu powie­dział: wybierz więk­sze dobro. Tak, czuł się uspra­wie­dli­wiony. Postą­pił słusz­nie, kiedy po krót­kim waha­niu popę­dził do łodzi i nie zoba­czyw­szy się nawet z Białą Łanią, popły­nął w dół rzeki.

A może powi­nien był zacze­kać, zamiast ucie­kać jak tchórz? Rodzina zgro­ma­dziła się przy niej, ale on ją opu­ścił. Mógł przy­naj­mniej poroz­ma­wiać z dziec­kiem. Do tej pory odczu­wał z tego powodu ból i prze­raź­liwy lodo­waty wstyd. Kilka razy w roku budził się w środku nocy i pła­kał nad swoją pod­ło­ścią.

Kiedy wró­cił po mie­siącu, zna­lazł Białą Łanię pod dobrą opieką dal­szych krew­nych. Jej matka zmarła następ­nego dnia po jego ucieczce -?nie na ospę, lecz na odrę.

Ze wszyst­kich sił sta­rał się to córce wyna­gro­dzić. Poja­wiał się w obo­zie co roku, gdy India­nie obcho­dzili święto zmar­łych. Zazwy­czaj nie roz­ma­wiało się o tych, któ­rzy ode­szli, ale pod­czas święta nale­żało o nich mówić i modlić się za ich dusze. Wła­śnie to robił przez ostat­nie kilka dni, a potem zabrał Białą Łanię do Nowego Amster­damu.

-?A jaka byłam jako dziecko? -?spy­tała dziew­czynka.

-?Musimy ruszać dalej -?odparł. -?Ale opo­wiem ci po dro­dze.

Opu­ścili poro­śniętą poziom­kami polanę i znów zna­leźli się na sta­rym indiań­skim szlaku. Posu­wali się powoli, a van Dyck sta­rał się przy­wo­łać jak naj­wię­cej wspo­mnień z tam­tych dni, gdy był z nią i z jej matką. Biała Łania wyglą­dała na zado­wo­loną. Po jakimś cza­sie posa­dził ją przed sobą na koniu, choć nie uskar­żała się na zmę­cze­nie.

Przed zmierz­chem dotarli na skraj Man­hat­tanu i roz­bili obóz na nie­wiel­kim wznie­sie­niu powy­żej indiań­skich jaskiń. Owi­nęli się der­kami i leżąc na wznak, patrzyli na bez­chmurne, roz­gwież­dżone niebo.

-?Wiesz, gdzie jest teraz moja mama? -?spy­tała dziew­czynka.

-?Tak. -?Wie­dział, w co wie­rzą India­nie. Pod­niósł rękę, wska­zu­jąc Drogę Mleczną. -?Jej dusza wędro­wała gwiezdną ścieżką, aż dotarła do dwu­na­stego nieba. Teraz jest u Stwórcy wszyst­kich rze­czy.

Mil­czała tak długo, że uznał, że zasnęła.

-?Czę­sto o tobie myślę -?powie­działa nagle sen­nym gło­sem.

-?Ja też o tobie myślę.

-?Wiesz, że jak jestem daleko, to zawsze możesz mnie usły­szeć?

-?W jaki spo­sób?

-?Kiedy wieje lekki wiatr, wsłu­chuj się w jego oddech pośród sosen. Wtedy mnie usły­szysz.

-?Będę słu­chał.

Rano dotarli do rzeki, gdzie cze­kali już dwaj India­nie z dużym kanoe. Poże­gnali się i Dirk van Dyck poje­chał do domu.

* * *

Mar­ga­re­tha van Dyck zwle­kała trzy tygo­dnie. Nastało nie­dzielne popo­łu­dnie. Mąż czy­tał w salo­nie dzie­ciom i Quashowi, małemu nie­wol­ni­kowi, a ona obser­wo­wała ich z fotela. W takich sytu­acjach podo­bał się jej naj­bar­dziej. Ich syn Jan, trzy­na­sto­letni silny chło­piec z czu­pryną ciem­nych wło­sów, uwiel­biał ojca i chciał pójść w jego ślady. Dirk zabie­rał go cza­sem do składu cel­nego, wyja­śniał, jak są zbu­do­wane żaglowce, opo­wia­dał o dale­kich por­tach i mor­skich wia­trach, które wyzna­czały trasy podróży. Ale Jan przy­po­mi­nał też Mar­ga­re­cie jej wła­snego ojca. Nie był tak krnąbrny i samo­wolny jak Dirk, wolał spę­dzać czas w kan­to­rze. Dobrze się zapo­wia­dał.

Kilka lat wcze­śniej z powodu febry stra­cili dwoje dzieci. To był dla nich straszny cios. Los im to wyna­gro­dził, dając Clarę. Miała teraz pięć lat, jasno­włosa i nie­bie­sko­oka wyglą­dała jak anio­łek. Była roz­kosz­nym dziec­kiem. Ojciec ją uwiel­biał.

Nie­wol­nik Quash też dobrze się spra­wo­wał. Miał tyle samo lat co Jan, więc bawili się razem jako małe dzieci. I dobrze się odno­sił do Clary. Ale znał swoje miej­sce.

Patrząc na męża czy­ta­ją­cego na głos całej rodzi­nie, Mar­ga­re­tha pomy­ślała, że jej mał­żeń­stwo ma szansę prze­ro­dzić się w szczę­śliwy zwią­zek pod warun­kiem, że uda jej się doko­nać małych zmian.

Kiedy więc wspólna lek­tura dobie­gła końca, dzieci pobie­gły do sąsia­dów, a mąż wspo­mniał o cze­ka­ją­cej go wkrótce kolej­nej wypra­wie w górę rzeki, ski­nęła spo­koj­nie głową. A potem zasta­wiła swoją pułapkę.

-?Chyba powi­nie­neś w końcu dołą­czyć do syn­dy­katu.

Rzu­cił jej szyb­kie spoj­rze­nie i wzru­szył ramio­nami.

-?Nie stać mnie na to.

Zauwa­żyła jed­nak, że wzbu­dziła jego zain­te­re­so­wa­nie.

Dirk van Dyck odno­sił duże suk­cesy w han­dlu futrami. Ćwierć wieku wcze­śniej, gdy Kom­pa­nia Zachod­nio­in­dyj­ska była mono­po­li­stą w por­cie, mógłby odgry­wać naprawdę zna­czącą rolę. Ale od tam­tego czasu gospo­darka Nowego Amster­damu roz­wi­nęła się i stała bar­dziej otwarta. No i zawią­zał się złoty krąg naj­waż­niej­szych rodów -?Beek­ma­nów, van Rens­se­la­erów, van Cor­tland­tów i kilku innych -?które stwo­rzyły syn­dy­katy finan­su­jące prze­wóz tyto­niu, cukru, nie­wol­ni­ków i innych towa­rów. Wła­śnie na tym można było zbić for­tunę. O ile miało się odpo­wied­nią sumę na wpi­sowe.

-?Mamy wię­cej pie­nię­dzy, niż myślisz -?powie­działa spo­koj­nie. My: mąż i żona. Jakby te pie­nią­dze były ich wspólną wła­sno­ścią. Ale oboje wie­dzieli, że to nie­prawda. Pół roku wcze­śniej Mar­ga­re­tha odzie­dzi­czyła mają­tek po ojcu, a zgod­nie z inter­cyzą jej mąż nie miał nad nim kon­troli. Nie zamie­rzała też zdra­dzać, ile ten mają­tek jest wart. - Myślę, że mogli­by­śmy zain­we­sto­wać tro­chę w syn­dy­kat.

-?To dość ryzy­kowne -?zaopo­no­wał.

Spo­dzie­wała się tego. Naj­więk­szymi inwe­sto­rami w całej kolo­nii były bogate wdowy i żony. Roz­ma­wiała już ze wszyst­kimi.

-?Ow­szem. Ale wie­rzę w twój zmysł. -?Patrzyła, jak van Dyck się zasta­na­wia. Przej­rzał jej plan? Być może. Ale taką ofertę trudno odrzu­cić. Uśmiech­nął się po chwili.

-?Moja kochana żono -?powie­dział z czu­ło­ścią w gło­sie. -?Czuję się zaszczy­cony twoim zaufa­niem i przy­rze­kam, że zro­bię wszystko dla dobra naszej rodziny.

"Nie pró­buj rzą­dzić swoim mężem. Prze­pro­wadź wszystko tak, by to on pod­jął decy­zję". Tej rady udzie­liła jej naj­bo­gat­sza kobieta w kolo­nii, która wła­śnie wzięła sobie trze­ciego młod­szego męża. Mar­ga­re­tha uznała, że van Dyck szybko roz­sma­kuje się w więk­szych trans­ak­cjach i inte­re­sach. Oraz w boga­tym życiu towa­rzy­skim, które się z tym wią­zało. Nie­długo będzie tak zajęty w Nowym Amster­da­mie, że zapo­mni o uga­nia­niu się za Indian­kami. A gdy już przy­wyk­nie do nowego życia, nie popełni żad­nego błędu, bojąc się, że żona obe­tnie mu fun­du­sze.

-?I tak muszę wyru­szyć w górę rzeki -?rzu­cił.

-?Naprawdę? -?Zmarsz­czyła brwi.

-?Nie mogę z dnia na dzień rzu­cić han­dlu futrami. W każ­dym razie nie teraz. Te pie­nią­dze wciąż są nam potrzebne.

Zawa­hała się. To prawda, jego dochody przy­da­wały się w gospo­dar­stwie. Zwłasz­cza że wciąż utrzy­my­wała w tajem­nicy wyso­kość odzie­dzi­czo­nej sumy. Ale roz­szy­fro­wała jego grę. Pró­bo­wał wyśli­zgnąć się z pułapki. Do dia­bła z nim.

Czyżby miał inną kobietę? A może nawet kilka? Tamto indiań­skie dziecko na pewno było jego sprawką. Co ozna­czało, że mógł się wpa­ko­wać w nie­złe tara­paty. Stuy­ve­sant, jako żar­liwy obrońca porządku moral­nego, ogło­sił, że wszel­kie kon­takty sek­su­alne z India­nami są sprzeczne z pra­wem. Ale posta­wie­nie męża przed guber­na­tor­skim sądem niczego by nie roz­wią­zało, nie mówiąc już o uczu­ciach Mar­ga­re­thy. Nie, zacho­wa­nie spo­koju będzie naj­lep­szym roz­wią­za­niem. Niech van Dyck wykręca się, ile chce, ona i tak go prze­chy­trzy. Da mu tyle zajęć, że zanie­cha dłu­gich wyjaz­dów.

-?Masz rację -?powie­działa potul­nie. Niech myśli, że posta­wił na swoim.

* * *

Kolejne tygo­dnie były dla Dirka van Dycka bar­dzo udane. Zawarł bliż­szą zna­jo­mość z grupą poważ­nych kup­ców prze­wo­żą­cych tytoń na drugą stronę Atlan­tyku do wytwa­rza­ją­cych mie­szanki manu­fak­tur w sta­rym Amster­da­mie. Jego i Mar­ga­re­thę zapra­szano do zamoż­nych domów, w któ­rych wcze­śniej nie bywali. Kupił sobie nowy kape­lusz i kilka par cien­kich jedwab­nych poń­czoch. Piec w salo­nie został obło­żony pięk­nymi nie­bie­sko-bia­łymi kaflami. A Quashowi, małemu nie­wol­ni­kowi, który krę­cił się po obej­ściu i wyko­ny­wał drobne prace, Mar­ga­re­tha spra­wiła odpo­wied­nie odzie­nie i przy­uczyła go do poda­wa­nia do stołu. Gdy stary pastor zaszczy­cił ich wizytą, wyra­ził szcze­gólne uzna­nie dla umie­jęt­no­ści chłopca.

Któ­re­goś czerw­co­wego dnia, po zakoń­cze­niu par­tii krę­gli w gospo­dzie, jakiś młody kupiec nazwał Dirka baas, czyli pryn­cy­pa­łem. Baas -?to holen­der­skie słowo ozna­czało kogoś powa­ża­nego. Dirk poczuł się pewny sie­bie; jego żona wyglą­dała na uszczę­śli­wioną.

Dla­tego póź­niej­sza kłót­nia tak bar­dzo go zasko­czyła.

Był lip­cowy wie­czór. Następ­nego dnia Dirk miał wyru­szyć w górę rzeki. Mar­ga­re­tha wie­działa o tym już od jakie­goś czasu. Więc jej nagłe słowa wydały mu się bez­sen­sowne.

-?Nie powi­nie­neś jutro wyjeż­dżać -?powie­działa.

-?Dla­cze­góż to? Wszystko przy­go­to­wane.

-?Bo nie powi­nie­neś zosta­wiać rodziny w takich nie­bez­piecz­nych cza­sach.

-?Nie­bez­piecz­nych?

-?Prze­cież wiesz. Anglicy.

-?Co tam Anglicy. -?Wzru­szył ramio­nami.

Miała tro­chę racji. Spring­steen, z któ­rego zda­niem bar­dzo się liczył, obja­śnił mu to kilka dni temu. "To prawda, Anglicy chcą prze­jąć han­del futrami i nie­wol­ni­kami. Na doda­tek co roku w naszym por­cie prze­ła­do­wuje się tytoń o war­to­ści dzie­się­ciu tysięcy fun­tów, i na tym też chęt­nie poło­ży­liby rękę. Ale naj­waż­niej­szy, przy­ja­cielu, jest Nowy Amster­dam. Ten, kto go ma, ma i rzekę, czyli może kon­tro­lo­wać wszyst­kie tereny na pół­nocy".

Anglicy sta­wali się coraz bar­dziej napa­stliwi. Kon­tro­lo­wali zachodni skra­wek dłu­giej wyspy, a część poło­żoną bli­żej Man­hat­tanu zosta­wili Holen­drom. Jed­nak zeszłego roku Win­th­rop, guber­na­tor Con­nec­ti­cut, zażą­dał od nie­któ­rych holen­der­skich osad­ni­ków pła­ce­nia podat­ków. Nie wszy­scy mieli odwagę odmó­wić.

A nie­dawno poja­wiły się pod­stawy do jesz­cze więk­szych obaw.

Król Anglii Karol II był może zabaw­nym hul­ta­jem, ale jego młod­szy brat Jakub, książę Yorku, sta­no­wił prze­ci­wień­stwo. Nie­wielu darzyło go sym­pa­tią. Ucho­dził za czło­wieka dum­nego, upar­tego i ambit­nego. Dla­tego wieść o tym, że "król prze­ka­zał bratu ame­ry­kań­skie kolo­nie, od Mas­sa­chu­setts aż po Mary­land", wywo­łała wiel­kie poru­sze­nie. Na tym tery­to­rium leżały Nowe Nider­landy. Książę Yorku wysy­łał do Ame­ryki flotę, żeby wyeg­ze­kwo­wać swoje prawa.

Stuy­ve­sant wziął się ostro do roboty. Wzmac­niał obronę i roz­miesz­czał nowe poste­runki. Kom­pa­nia Zachod­nio­in­dyj­ska kazała mu bro­nić kolo­nii, choć nie dała mu ani woj­ska, ani pie­nię­dzy. Waleczny guber­na­tor gotów był utrzy­mać Nowy Amster­dam za wszelką cenę.

Tym­cza­sem z Holan­dii przy­szła też inna wia­do­mość. Bry­tyj­ski guber­na­tor dał Holen­drom solenne zapew­nie­nie, że nie muszą się oba­wiać o swoje kolo­nie. Angiel­ska flota miała pły­nąć tylko do Bostonu. Statki rze­czy­wi­ście tam się zatrzy­mały. Kry­zys został zaże­gnany. Stuy­ve­sant wyru­szył w górę rzeki, żeby upo­rać się z pro­ble­mami stwa­rza­nymi przez Mohaw­ków.

Kiedy więc Mar­ga­re­tha posłu­żyła się argu­men­tem o angiel­skim zagro­że­niu, van Dyck przej­rzał jej grę: chciała mu dyk­to­wać, co ma robić. Nie mógł do tego dopu­ścić.

-?A moje inte­resy? -?spy­tał.

-?Zacze­kają.

-?Wąt­pię. -?Umilkł, czu­jąc na sobie jej baczne spoj­rze­nie. -?Tobie i dzie­ciom nic nie grozi -?dodał.

-?Ty tak uwa­żasz.

-?Bo to prawda.

-?To zna­czy, że nie zosta­niesz z nami?

-?Nawet Moskiew­ski Książę uważa, że jest bez­piecz­nie -?rzu­cił swo­bod­nie. Tak miesz­kańcy Nowego Amster­damu nazy­wali Stuy­ve­santa, mając mu za złe dyk­ta­tor­skie zapędy.

-?Nie musisz uży­wać tego głu­piego prze­zwi­ska -?powie­działa ze zło­ścią.

-?Dobrze. -?Wzru­szył ramio­nami. -?Jak dla mnie może być Kuter­noga.

Tak naprawdę więk­szość kup­ców, łącz­nie z boga­tymi przy­ja­ciółmi jego żony, nie lubiła ani Stuy­ve­santa, ani Kom­pa­nii Zachod­nio­in­dyj­skiej. Van Dyck podej­rze­wał, że nie­któ­rym jest wręcz wszystko jedno, w czy­ich rękach znaj­dzie się kolo­nia, byle ich inte­resy nie ucier­piały. Wydało mu się nieco zabawne, że przy­ja­ciele Mar­ga­re­thy podzie­lali raczej jego poglądy, a nie jej.

-?On jeden jest wart wię­cej niż was dzie­się­ciu! -?krzyk­nęła roz­wście­czona.

-?Mój Boże! -?roze­śmiał się. -?Gotów jestem pomy­śleć, że się w nim zako­cha­łaś.

Posu­nął się za daleko. Wybuch był nie­unik­niony.

-?Tylko to ci cho­dzi po gło­wie? Nie sądź innych wła­sną miarą. A skoro już mowa o two­ich wypra­wach do Indian... -?Gorzka pogarda w jej gło­sie była aż nadto wyraźna. -?Radzę ci wró­cić w ciągu trzech tygo­dni, jeśli chcesz na­dal wyda­wać moje pie­nią­dze! -?Wykrzy­czała tę groźbę, zry­wa­jąc się z miej­sca. Jej oczy rzu­cały gniewne bły­ski.

-?Wrócę -?zaczął z lodo­wa­tym spo­ko­jem -?gdy zała­twię wszyst­kie sprawy.

Ale Mar­ga­re­tha była już za drzwiami.

Wyje­chał naza­jutrz o świ­cie, nawet się z nią nie poże­gnaw­szy.

* * *

Był pogodny letni ranek. Sze­roka łódź z poszy­ciem klin­kie­ro­wym, napę­dzana przez czte­rech wio­śla­rzy, kie­ro­wała się na pół­noc. Jed­nak tego dnia van Dyck nie wypły­nął na wielką Rzekę Hud­sona, lecz roz­po­czął wyprawę po dru­giej stro­nie Man­hat­tanu, na Rzece Wschod­niej. Na środku pokładu leżał ogromny stos kur­tek z gru­bej, sztyw­nej wełny. Taki ładu­nek powi­nien zwieść podejrz­liwe spoj­rze­nia.

Wokół pano­wała cisza. Powoli minęli długi, niski skra­wek lądu na środku rzeki i zna­la­zł­szy się w odle­gło­ści ośmiu mil od nabrzeża Nowego Amster­damu, skrę­cili w prawo, ku małej przy­stani po wschod­niej stro­nie, gdzie cze­kała na nich grupka męż­czyzn z wozem peł­nym beczu­łek. To był ich praw­dziwy ładu­nek.

Prze­nie­sie­nie go na łódź zabrało im dłuż­szą chwilę. Kor­pu­lentny osad­nik, naj­wy­raź­niej przy­wódca całej grupy, zapy­tał, czy van Dyck chce spraw­dzić jakość.

-?Taka sama jak ostat­nio?

-?Taka sama.

-?Mam do was zaufa­nie. -?Wiele razy robili inte­resy.

Brandy. India­nie kupo­wali ją w każ­dej ilo­ści, choć taki han­del był zaka­zany pra­wem. "Ale prze­stęp­stwo jest mniej­sze -?tłu­ma­czył dobro­tli­wie osad­nik -?bo ją roz­wod­ni­łem". Tylko tro­chę -?India­nie nie wyczu­wali róż­nicy -?ale wystar­cza­jąco, żeby doło­żyć parę gro­szy do zarob­ków van Dycka. Po zała­do­wa­niu całego towaru łódź wpły­nęła w główny nurt.

W tym przed­się­wzię­ciu była tylko jedna trud­ność: towar odbie­rało się na Rzece Wschod­niej. Stąd van Dyck mógł albo wró­cić do Nowego Amster­damu, albo pły­nąć wzdłuż wschod­niego brzegu Man­hat­tanu i dotrzeć do Rzeki Hud­sona nieco dalej na pół­noc. A to było dość nie­bez­pieczne.

Na końcu Rzeki Wschod­niej nurt się roz­wi­dlał. Na lewo wąski kanał okrą­żał pół­nocny czu­bek Man­hat­tanu. Szer­szy kanał po pra­wej stro­nie pro­wa­dził na wschód, ku dużej cie­śni­nie, któ­rej gład­kie wody, osła­niane przez długą wyspę, cią­gnęły się przez bli­sko sto mil. Nie­bez­pieczne było samo roz­wi­dle­nie. Nurt we wszyst­kich trzech odno­gach wyda­wał się spo­kojny, ale spo­ty­kały się tu roz­ma­ite prądy i pływy, wywo­łu­jąc silne wiry, któ­rych wypa­trze­nie utrud­niały liczne małe wysepki. Nawet w naj­bar­dziej bez­wietrzne dni, gdy wyda­wało się, że leniwy nurt ledwo poru­sza trzci­nami, łodzie nie­do­świad­czo­nych prze­woź­ni­ków wpa­dały nagle w odmęty i roz­trza­ski­wały się o ścianę wody, która wyła­niała się z głę­bin niczym roz­gnie­wany bóg. To miej­sce nazy­wano Wro­tami Pie­kieł. I naj­le­piej było go uni­kać.

Z naj­więk­szą ostroż­no­ścią, trzy­ma­jąc się bli­sko brzegu Man­hat­tanu, wpły­nęli do wąskiego kanału po lewej stro­nie i poko­nali go bez­piecz­nie mimo kilku gwał­tow­nych ude­rzeń fal.

Po lewej ręce leżało nie­wiel­kie osie­dle Har­lem. Naj­bar­dziej wysu­nięta na pół­noc część Man­hat­tanu miała zale­d­wie milę sze­ro­ko­ści, ale wzno­siła się na impo­nu­jącą wyso­kość. Z pra­wej strony zaczy­nały się zie­mie Broncka. Wąski kanał cią­gnął się jesz­cze przez kilka mil, mija­jąc stare indiań­skie jaski­nie i obo­zo­wi­ska, i przez kręty wąwóz docho­dził do wiel­kiej Rzeki Pół­noc­nej. Tam trzeba było poko­nać kolejne nie­bez­pieczne miej­sce pełne poprzecz­nych prą­dów. Zna­la­zł­szy się na wiel­kiej rzece, van Dyck ode­tchnął z ulgą.

Dalej podróż była już łatwa. Kiedy przy­pływ Atlan­tyku wdzie­rał się do zatoki, łagod­nie cofał nurt rzeki. Teraz przy­pływ dzia­łał na ich korzyść, ze wstecz­nym prą­dem mogli pły­nąć przez wiele mil. Wyła­do­wane łodzie posu­wały się szybko na pół­noc przy nie­wiel­kim wysiłku wio­śla­rzy. Po pra­wej stro­nie minęli posia­dłość Jun­kra. Po lewej cią­gnęły się wyso­kie nad­rzeczne skały zachod­niego brzegu, ustę­pu­jąc w końcu łagod­nym wzgó­rzom. Wresz­cie van Dyck zoba­czył swój cel -?indiań­ską wio­skę na wschod­nim brzegu.

-?Tu zosta­niemy na odpo­czy­nek do rana -?powie­dział wio­śla­rzom.

* * *

Jego przy­jazd ją ucie­szył, z rado­ścią więc opro­wa­dzała go po wio­sce, żeby mógł przy­wi­tać się ze wszyst­kimi rodzi­nami. Domy, zro­bione z mło­dych drze­wek, wygię­tych, powią­za­nych i pokry­tych korą, nie­chro­nione żadną pali­sadą, stały na ziem­nej półce nad brze­giem. Naj­więk­szy dom, długi i wąski, zamiesz­ki­wało pięć rodzin. Obok rosły dwa kasz­ta­nowce, a w zaro­ślach z tyłu krzaki dzi­kich wino­gron. Nad wodą stały ramy z nawi­nię­tymi sie­ciami rybac­kimi. Na pły­ci­znach w pobliżu trzcin żero­wały łabę­dzie i kaczki krzy­żówki.

Może i moja córka jest biedna, ale jej życie nie jest gor­sze od mojego, pomy­ślał van Dyck.

Póź­nym popo­łu­dniem zje­dli posi­łek -?mię­si­stą rybę wyło­wioną z rzeki. Do zmierz­chu pozo­stało jesz­cze kilka godzin, więc Biała Łania popro­siła go, by poszedł z nią na skałę na szczy­cie wzgó­rza, skąd roz­ta­czał się piękny widok na rzekę. Zauwa­żył, że dziew­czynka nie­sie jakiś mały przed­miot zawi­nięty w liście. Roz­sie­dli się wygod­nie w popo­łu­dnio­wym słońcu i patrzyli na krą­żące w górze orły.

-?Mam dla cie­bie poda­ru­nek -?powie­działa po dłuż­szej chwili. -?Sama go zro­bi­łam.

-?Mogę zoba­czyć?

Podała mu zawi­niątko. Roz­plą­tał liście i uśmiech­nął się z zachwy­tem.

-?Wam­pum! -?zawo­łał. -?Piękny. -?Bóg wie, ile godzin poświę­ciła, żeby go wyko­nać.

Wam­pum. Maleń­kie muszelki z dziur­kami w środku nawle­czone na sznurki. Białe muszle pobrze­żek, fio­le­towe i czarne ser­có­wek. Sple­cione sznurki słu­żyły jako pasy, opa­ski na włosy i inne ozdoby.

Oraz jako śro­dek płat­ni­czy. Wśród Indian wam­pu­mami pła­ciło się za roz­ma­ite towary, spła­cało daniny i posagi. Biały ozna­czał pokój i życie, czarny -?wojnę i śmierć. Ale wam­pumy miały też skom­pli­ko­wane wzory i geo­me­tryczne pik­to­gramy, które dawało się odczy­tać. Wiel­kie, cere­mo­nialne pasy, dłu­gie na ponad metr, uświet­niały ważne uro­czy­sto­ści albo zawie­ra­nie trak­ta­tów. Święci mężo­wie nosili wam­pumy bogate w sym­bo­likę o głę­bo­kim zna­cze­niu.

Holen­drzy dość szybko zauwa­żyli, że mogą kupo­wać futra za wam­pumy, na które mówili "sewan". Ale angiel­scy pury­ta­nie z Mas­sa­chu­setts posu­nęli się jesz­cze dalej. Zgod­nie z tra­dy­cją India­nie latem wyko­py­wali muszle z pia­sku, a zimą wyko­ny­wali żmudną pracę wier­ce­nia otwo­rów kamien­nym świ­drem. Wyko­rzy­sta­nie sta­lo­wych świ­drów przy­śpie­szyło pro­duk­cję i Anglicy zaczęli wyra­biać wła­sne wam­pumy, eli­mi­nu­jąc w ten spo­sób miej­sco­wych Indian. W rezul­ta­cie war­tość wam­pu­mów malała, bo ich podaż cią­gle rosła. Dla holen­der­skich i angiel­skich kup­ców taka infla­cja była czymś nor­mal­nym, ale India­nie, ceniąc piękno i rze­czy­wi­stą war­tość swo­ich wyro­bów, uwa­żali, że biali ludzie chcą ich oszu­kać.

Van Dyck trzy­mał w dło­niach pas, który miał sie­dem cen­ty­me­trów sze­ro­ko­ści, ale był długi na pra­wie dwa metry, mógł się nim więc owi­nąć w pasie co naj­mniej dwa razy. Na tle z bia­łych musze­lek wid­niały drobne, geo­me­tryczne figury zazna­czone fio­le­to­wym kolo­rem. Dziew­czynka wska­zała z dumą.

-?Wiesz, co to zna­czy? -?spy­tała.

-?Nie -?przy­znał.

-?Tu jest napi­sane -?prze­cią­gnęła pal­cem -?ojciec Bia­łej Łani. - Uśmiech­nęła się. -?Będziesz go nosił?

-?Tak, zawsze -?obie­cał.

-?To dobrze. -?Patrzyła z rado­ścią, jak van Dyck zakłada pas. Potem sie­dzieli długo w mil­cze­niu, obser­wu­jąc słońce, które powoli czer­wie­niało, a wresz­cie skryło się za lasem po dru­giej stro­nie rzeki.

Rano, przy odjeź­dzie, van Dyck obie­cał córce, że w dro­dze powrot­nej znów ją odwie­dzi.

* * *

Miał tego lata przy­jemną podróż. Pogoda mu sprzy­jała. Na zachod­nim brzegu cią­gnęły się ogromne, zale­sione tereny znaj­du­jące się pod kon­trolą ple­mion mówią­cych po algon­keń­sku, tak jak lud jego córki. Mijał dobrze sobie znane stru­mie­nie. Lubił mówić, że podró­żuje jako gość tej rzeki. Puls potęż­nego oce­anicz­nego przy­pływu docie­rał na odle­głość stu pięć­dzie­się­ciu mil w głąb lądu, pra­wie do fortu Orange. Latem słona mor­ska woda poja­wiała się nawet sześć­dzie­siąt mil od ujścia. Dla­tego van Dyck mógł pły­nąć, leni­wie nie­siony przez prąd aż do swo­jego celu na tery­to­rium Mohaw­ków.

Mohaw­ko­wie wzbu­dzali w wielu ludziach lęk. India­nie zamiesz­ku­jący tereny wokół Man­hat­tanu mówili w języku Algon­ki­nów, ale potężne ple­miona, takie jak Mohaw­ko­wie, kon­tro­lu­jące wiel­kie obszary na pół­nocy, wła­dali iro­ke­skim. Mohaw­ko­wie nie darzyli miło­ścią Algon­ki­nów. Od bli­sko czter­dzie­stu lat pro­wa­dzili z nimi wojny. Najeż­dżali ich wio­ski i wymu­szali daniny. Choć ota­czała ich groźna aura, Holen­drzy trak­to­wali rela­cje z nimi trzeźwo i prag­ma­tycz­nie.

"To nawet lepiej. Jeśli szczę­ście dopi­sze, Angol­ki­no­wie będą zajęci walką z Mohaw­kami i nas zosta­wią w spo­koju". Holen­drzy sprze­da­wali Mohaw­kom nawet broń.

W opi­nii van Dycka takie postę­po­wa­nie było dość ryzy­kowne. Pół­nocne pla­cówki nale­żące do Nowych Nider­lan­dów, fort Orange i Sche­nec­tady, leżały na tery­to­riach Mohaw­ków, a ci cza­sem spra­wiali pro­blemy. Wła­śnie z tego powodu Stuy­ve­sant udał się nie­dawno do fortu Orange. Van Dyck nie darzył go szcze­gólną sym­pa­tią, ale był pewien, że stary guber­na­tor pora­dzi sobie z India­nami. Mohaw­ko­wie byli wojow­ni­czy, lecz chęt­nie przy­stę­po­wali do roko­wań, bo te leżały w ich inte­re­sie.

Van Dyck nie oba­wiał się Indian. Mówił w języku Iro­ke­zów i znał ich oby­czaje. Nie wypra­wiał się zresztą aż do fortu Orange, lecz do małej fak­to­rii leżą­cej nad mniej­szą rzeką o godzinę drogi na połu­dnie. Wiele razy się prze­ko­nał, że kup­ców zawsze witano mile, bez względu na toczące się wokół wyda­rze­nia. Dotrze więc do dzi­kich tere­nów, sprzeda Mohaw­kom oszu­kaną brandy i wróci z dużym ładun­kiem futer.

"Cała nadzieja w han­dlu -?mawiał. -?Kró­le­stwa będą upa­dać, ale han­del zawsze prze­trwa".

Żało­wał nieco, że musi pro­wa­dzić inte­resy z Mohaw­kami. Dużo bar­dziej lubił Algon­ki­nów. Ale co mógł na to pora­dzić? Zachłan­ność bia­łego czło­wieka na futra i gor­liwe dostar­cza­nie ich przez Indian dopro­wa­dziły do tego, że w dol­nym biegu Rzeki Hud­sona zostało już nie­wiele bobrów i Algon­ki­no­wie nie mieli czego sprze­da­wać. Nawet Mohaw­ko­wie, chcąc zaspo­koić nie­koń­czące się potrzeby bia­łych, zapusz­czali się coraz dalej na pół­noc, na tery­to­ria Huro­nów. I to oni dostar­czali towar. Więc van Dyck z nimi głów­nie han­dlo­wał.

Podróż zajęła mu dzie­sięć dni i prze­bie­gała bez żad­nych incy­den­tów. Fak­to­ria Mohaw­ków, w odróż­nie­niu od więk­szo­ści wio­sek Angol­ki­nów, była oto­czona solidną pali­sadą. Tutejsi India­nie byli twar­dzi i nie­ustę­pliwi, lecz przy­jęli jego brandy.

-?Cho­ciaż byłoby lepiej, gdy­byś przy­wiózł też strzelby -?stwier­dzili.

Wra­cał z naj­więk­szym ładun­kiem skór, jaki kie­dy­kol­wiek udało mu się kupić. Ale mimo to wcale nie śpie­szył się z powro­tem na Man­hat­tan. Zamie­rzał zatrzy­my­wać się po dro­dze, dzień tu, dzień tam.

Chciał, żeby Mar­ga­re­tha na niego cze­kała.

Nie­zbyt długo. Obli­czył to sobie sta­ran­nie. Wyzna­czyła mu ter­min, więc nie mógł go dotrzy­mać. Natu­ral­nie powie jej, że inte­resy zatrzy­mały go dłu­żej, niż się spo­dzie­wał. Ona będzie podej­rze­wać kłam­stwo, ale nic nie zrobi. Zosta­wić ją w nie­pew­no­ści, tak, to było naj­lep­sze wyj­ście. Kochał swoją żonę, ale musiał jej poka­zać, że nie pozwoli sobą rzą­dzić. Tydzień powi­nien wystar­czyć. Dla­tego powie­dział wio­śla­rzom, że w dro­dze powrot­nej na połu­dnie nie muszą się szcze­gól­nie wysi­lać. Dirk van Dyck spo­koj­nie liczył mija­jące dni.

Mar­twiła go tylko jedna rzecz -?to, czego nie dopeł­nił. Niby dro­biazg, ale cią­gle o tym myślał.

Nie miał poda­runku dla córki.

Ten wam­pum, który mu dała. Natu­ral­nie miał swoją cenę. Ale jed­no­cze­śnie był bez­cenny. Córka zro­biła go dla niego, wła­snymi rękami nawle­kała kora­liki, spla­tała je całymi godzi­nami, two­rząc z nich pro­ste prze­sła­nie miło­ści.

Jak miał się jej odwdzię­czyć? Co dać w zamian? Dło­niom bra­ko­wało zręcz­no­ści. Nie umiał rzeź­bić, obra­biać drewna, tkać. Ni­gdy nie nauczy­łem się tych pra­daw­nych umie­jęt­no­ści, pomy­ślał. Potra­fię jedy­nie kupo­wać i sprze­da­wać. Jak mam oka­zać jej miłość, jeśli nie kosz­tow­nymi darami?

O mało nie kupił kurtki uszy­tej przez Mohaw­ków. Ale zapewne by się jej nie spodo­bała. Poza tym chciał jej dać coś, co pocho­dzi­łoby od jego ludu, w końcu krew Holen­drów też pły­nęła w jej żyłach. Gry­zło go to nie­ustan­nie, ale żaden pomysł nie przy­cho­dził mu do głowy i pro­blem pozo­stał nie­roz­wią­zany.

Wpły­nęli na tery­to­rium Algon­ki­nów. Naka­zał swoim ludziom przy­bić do zachod­niego brzegu, do wio­ski, w któ­rej wcze­śniej robił inte­resy. Chęt­nie pod­trzy­my­wał te kon­takty, poza tym mógł w ten spo­sób opóź­nić powrót do domu.

Powi­tano go przy­jaź­nie. Miesz­kańcy byli zajęci przy zbio­rach. Jak więk­szość miej­sco­wych ple­mion, siali w marcu kuku­ry­dzę, a w maju czer­woną fasolę, dla któ­rej dosko­nałą pod­porę sta­no­wiły kuku­ry­dziane łodygi. Teraz zbie­rano jedno i dru­gie. Van Dyck i jego ludzie zatrzy­mali się w wio­sce na dwa dni, poma­gali przy żni­wach. Praca była ciężka, w upale, mimo to spra­wiała mu przy­jem­ność. Algon­ki­no­wie nie han­dlo­wali już skó­rami, ale mieli na sprze­daż kuku­ry­dzę, więc van Dyck obie­cał, że wróci za mie­siąc i prze­wie­zie ich ładu­nek w dół rzeki.

Zbiory prze­bie­gły spraw­nie. Trze­ciego dnia wszy­scy zasie­dli do wie­czor­nego posiłku, a kobiety zaczęły wno­sić jedze­nie, gdy nagle na rzece poja­wiła się mała łódka. Wio­sło­wał jeden czło­wiek.

Van Dyck z uwagą obser­wo­wał zbli­ża­jącą się łódź. Gdy przy­biła do brzegu, wysko­czył z niej młody męż­czy­zna i wcią­gnął ją na ląd. Męż­czy­zna był jasnym blon­dy­nem, naj­wy­żej dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nim, z lekko wysta­ją­cymi zębami. Miał przy­stojną, ale nieco zawziętą twarz. Pomimo cie­płej pogody ubrany był w buty do kon­nej jazdy i opry­skany bło­tem czarny płaszcz. Nie­bie­skie oczy patrzyły czuj­nie. Wyjął z łódki skó­rzaną torbę i zarzu­cił ją sobie na ramię.

India­nie przy­glą­dali mu się podejrz­li­wie. Jeden zwró­cił się do niego z pyta­niem, ale męż­czy­zna naj­wy­raź­niej nie mówił w języku Algon­ki­nów. Gestami wyja­śnił, że prosi o jedze­nie i schro­nie­nie. Algon­ki­no­wie nie odma­wiali takim proś­bom. Van Dyck wska­zał miej­sce obok sie­bie.

Po kilku chwi­lach oka­zało się, że przy­bysz nie mówi też po nider­landzku. Był Angli­kiem. Na szczę­ście van Dyck cał­kiem dobrze znał angiel­ski. Jed­nak jasno­włosy męż­czy­zna w ciem­nym płasz­czu uważ­nie dobie­rał słowa, jakby nie chciał powie­dzieć za wiele.

-?Skąd jesteś? -?spy­tał van Dyck.

-?Z Bostonu.

-?A czym się zaj­mu­jesz?

-?Han­dlem.

-?Co cię tu spro­wa­dza?

-?Byłem w Con­nec­ti­cut. Okra­dli mnie. Stra­ci­łem konia. Pomy­śla­łem, że udam się w dół rzeki. -?Wziął podaną mu miskę z kuku­ry­dzą i zaczął jeść, uni­ka­jąc dal­szych pytań.

Van Dyck znał dwa rodzaje bostoń­czy­ków. Pierw­szym byli ludzie bogo­bojni, surowi pury­ta­nie, któ­rych zbory żyły zgod­nie z zale­ce­niami Pana Boga. Zale­ce­nia te były jed­nak dość surowe. Jeśli Stuy­ve­sant ucho­dził za nie­to­le­ran­cyj­nego wobec obcych, takich jak kwa­krzy, bo gdy tylko mógł, wyrzu­cał ich z mia­sta, jego postę­po­wa­nie i tak wyda­wało się łagodne w porów­na­niu z tym, co działo się w Mas­sa­chu­setts. Wieść nio­sła, że kwa­krów chło­stano tam nie­mal na śmierć. Mło­dzie­niec nie wyglą­dał jed­nak na poboż­nego czło­wieka. Drugą grupę sta­no­wili ci, któ­rzy przy­by­wali do Nowej Anglii, by doro­bić się for­tuny na han­dlu i łowie­niu ryb. Twar­dzi, zahar­to­wani męż­czyźni. Być może nie­zna­jomy mło­dzie­niec był jed­nym z takich.

Jego opo­wieść nie brzmiała wia­ry­god­nie. Zbieg, który ucieka na zachód, żeby zgu­bić pogoń? Łódź była zapewne kra­dziona. Van Dyck posta­no­wił nie spusz­czać z męż­czy­zny oka.

* * *

Tom Master miał za sobą cięż­kie chwile. Pod­czas rejsu do Bostonu jego sta­tek napo­tkał liczne sztormy. Kiedy po zawi­nię­ciu do portu udał się do rodzin­nego domu, obec­nie zaj­mo­wa­nego przez brata, Eliot prze­ra­ził się na jego widok, a potem nie odzy­wał się przez wiele godzin, co dla Toma było nawet gor­sze niż mor­skie burze. Brat wpraw­dzie nie wyrzu­cił go na ulicę, ale na swój mil­czący spo­sób dał mu jasno do zro­zu­mie­nia, że wolę ojca należy sza­no­wać nawet po jego śmierci. A Tom zła­mał wszel­kie zasady przy­zwo­ito­ści, pró­bu­jąc powró­cić na łono rodziny.

Począt­kowo był dotknięty, potem zły. Trze­ciego dnia posta­no­wił potrak­to­wać całą sprawę jak żart; śmiał się wręcz za ple­cami brata.

Jed­nak zna­le­zie­nie zaję­cia w Bosto­nie nie było już takie zabawne. Nie wia­domo, czy to z powodu swo­jej kiep­skiej repu­ta­cji, czy dla­tego, że Eliot zdą­żył ostrzec przed nim całe mia­sto, Tom nie usły­szał dobrego słowa od żad­nego ze zna­jo­mych kup­ców. Wszystko wska­zy­wało na to, że życie w Bosto­nie nie będzie łatwe.

Zasta­na­wiał się też, czy ojciec zapi­sał mu coś w testa­men­cie. Zapy­tał o to wprost, a Eliot odpo­wie­dział: "Tak, ale pod pew­nymi warun­kami, któ­rych nie speł­niasz". Zro­zu­miał, że jest na prze­gra­nej pozy­cji.

Co powi­nien zro­bić? Wró­cić do Lon­dynu? Eliot na pewno zapła­ciłby za tę podróż, bo w ten spo­sób pozbyłby się go z Bostonu na zawsze. Ale Tom wście­kał się na samą myśl, że wła­sny brat miałby go wypę­dzić z mia­sta.

Poza tym w Ame­ryce zatrzy­my­wały go też inne powody.

Do Bostonu zawi­nęła flota księ­cia Yorku. Jej dowódca osten­ta­cyj­nie wypeł­niał przy­pi­sane mu obo­wiązki repre­zen­ta­cyjne. Jed­nak Tom żywił pewne podej­rze­nia, a roz­mowa z jed­nym z mło­dych ofi­ce­rów tylko je potwier­dziła. Flota miała wkrótce wyru­szyć do Nowego Amster­damu. "Jeśli kró­lowi uda się prze­jąć Nowe Nider­landy, mój pan sta­nie się władcą tutej­szego impe­rium -?mówił ofi­cer. -?Mamy wystar­cza­jąco dużo dział i pro­chu, żeby obró­cić Nowy Amster­dam w perzynę". Zapew­nie­nia skła­dane Holen­drom przez króla Anglii były jedy­nie ulu­bioną tak­tyką monar­chów: bez­wstyd­nym kłam­stwem.

Gdyby słowa mło­dego ofi­cera oka­zały się prawdą, przed mło­dymi Angli­kami z ame­ry­kań­skich kolo­nii otwar­łyby się nowe moż­li­wo­ści. Głu­potą byłoby wra­cać do Anglii. Tom potrze­bo­wał jedy­nie dobrego planu.

Pomysł przy­szedł mu do głowy następ­nego dnia. Jak więk­szość jego pomy­słów był bez­czelny, ale nie pozba­wiony poczu­cia humoru. Już wcze­śniej Tom spo­tkał w karcz­mie młodą kobietę o dość mar­nej repu­ta­cji, którą pamię­tał z daw­nych cza­sów, i wdał się z nią w krótką poga­wędkę. Naza­jutrz wró­cił, by poroz­ma­wiać z nią jesz­cze raz. Gdy powie­dział jej, czego od niej chce, i wymie­nił sumę, którą gotów był zapła­cić, zgo­dziła się ze śmie­chem.

Wie­czo­rem odbył roz­mowę z bra­tem.

Zaczął od prze­pro­sin. A potem wyra­ził skru­chę z powodu swo­ich daw­nych występ­ków. Reak­cją było mil­cze­nie. Zaraz więc wyja­śnił, że chce się ustat­ko­wać, żyć nader skrom­nie, za to cno­tli­wie.

-?Ale mam nadzieję, że nie tutaj -?powie­dział na to Eliot.

Tom przy­znał, że wła­śnie Boston obrał za swoje mia­sto. A na doda­tek zna­lazł sobie żonę. Sły­sząc to, Eliot spoj­rzał na niego w osłu­pie­niu.

Tom tłu­ma­czył, że zna tę kobietę od dawna; ona też wio­dła życie dale­kie od dosko­na­ło­ści, ale teraz żałuje za swoje grze­chy. Dla­tego posta­no­wił ją oca­lić, widząc w tym wyraz praw­dzi­wej chrze­ści­jań­skiej pokory i prze­ba­cze­nia.

-?Co to za kobieta? -?spy­tał Eliot chłodno.

Tom podał mu imię dziew­czyny i nazwę obe­rży, w któ­rej pra­co­wała.

-?Mia­łem nadzieję -?powie­dział -?że zechcesz nam pomóc.

W połu­dnie następ­nego dnia Eliot wie­dział już wszystko. Dziew­czyna była zwy­kłą ladacz­nicą. Ow­szem, powie­działa, chęt­nie wyj­dzie za mąż za Toma, da się oca­lić i będzie wio­dła w Bosto­nie życie skromne i pokorne. Bo nie ma nic gor­szego niż jej obecny upa­dek. Eliot natych­miast zorien­to­wał się, że to oszu­stwo, w dodatku nie zoba­czył w nim niczego śmiesz­nego. To jed­nak nie miało więk­szego zna­cze­nia. Tom naj­wy­raź­niej zamie­rzał spra­wiać mu kło­poty i wysta­wiać na pośmie­wi­sko. Albo też, jak przy­pusz­czał Eliot, gotów był wyje­chać -?za okre­śloną cenę. Tego wie­czoru odbyli kolejną roz­mowę.

Prze­bie­gała w gro­bo­wym nastroju, w któ­rym Eliot naj­wy­raź­niej się lubo­wał. Sie­dzieli w małym kwa­dra­to­wym pokoju słu­żą­cym za kan­tor. Na oddzie­la­ją­cym ich biurku stał kała­marz, obok leżała Biblia, jakaś księga praw­ni­cza, gilo­tyna do papieru i sosnowe pude­łeczko ze świeżo wybi­tym srebr­nym dola­rem.

Eliot zło­żył ofertę w postaci spadku, który Adam Master zapi­sał młod­szemu synowi -?pod warun­kiem że ten dowie­dzie swoim zacho­wa­niem powrotu na drogę cnoty.

-?Dając ci te pie­nią­dze, oka­zuję ojcu nie­po­słu­szeń­stwo -?oznaj­mił Eliot szcze­rze.

-?Bło­go­sła­wieni są ludzie miło­sier­nego serca -?powie­dział Tom uro­czy­ście.

-?Odma­wiasz powrotu do Anglii?

-?Odma­wiam.

-?W takim razie na pod­sta­wie tego pisma wypła­cisz pie­nią­dze u pew­nego kupca w Hart­ford w Con­nec­ti­cut. Oni tam są bar­dziej tole­ran­cyjni wobec ludzi takich jak ty -?stwier­dził Eliot cierpko. -?Ale jest jeden waru­nek: nie wolno ci ni­gdy wró­cić do Mas­sa­chu­setts. Nawet na jeden dzień.

-?Ewan­ge­lia głosi, że nawet syn mar­no­trawny został w domu ser­decz­nie przy­jęty -?zauwa­żył Tom łagod­nie.

-?On wró­cił do domu raz. Nie dwa.

-?Będę potrze­bo­wał pie­nię­dzy na podróż. List zapew­nia mi fun­du­sze dopiero po przy­by­ciu do Hart­ford.

-?To wystar­czy? -?Eliot podał mu parę wam­pu­mów i sakiewkę z kil­koma szy­lin­gami.

Tom uznał, że po opła­ce­niu dziew­czyny z karczmy reszta wystar­czy na drogę.

-?Dzię­kuję.

-?Lękam się o twoją duszę.

-?Wiem.

-?Przy­się­gnij mi, że wię­cej tu nie wró­cisz.

-?Przy­się­gam.

-?Będę się za cie­bie modlił -?powie­dział Eliot, nie mając więk­szego prze­ko­na­nia, że to przy­nie­sie jakiś sku­tek.

Tom wyje­chał naza­jutrz o świ­cie. Wcze­śniej wśli­zgnął się do kan­torka brata i ukradł pude­łeczko ze srebr­nym dola­rem. Żeby zro­bić Elio­towi na złość.

Jechał nie­śpiesz­nie przez Mas­sa­chu­setts na zachód, zatrzy­mu­jąc się po dro­dze w kolej­nych gospo­dar­stwach. Dotarł do rzeki Con­nec­ti­cut, a tam powi­nien był skrę­cić na połu­dnie, żeby zna­leźć się w Hart­ford. Ale zło­ściło go, że musi słu­chać pole­ceń brata, więc bez żad­nego szcze­gól­nego powodu przez kilka następ­nych dni podą­żał dalej na zachód. Sądził, że pie­nią­dze, które trzy­mał w małym chle­baku, wystar­czą na jakiś czas. Wiele razy sły­szał, że wielka Rzeka Pół­nocna jest piękna. Posta­no­wił więc, że dopiero nad jej brze­giem zawróci i skie­ruje się do Hart­ford.

Opu­ściw­szy Con­nec­ti­cut, wje­chał na tery­to­rium holen­der­skie. Ni­gdzie żywej duszy. Wypa­tru­jąc Indian, posu­wał się ostroż­nie dalej przez kolejne dwa dni. Dru­giego dnia po połu­dniu teren zaczął opa­dać i wkrótce Tom zoba­czył rzekę. Na sze­ro­kim wypłasz­cze­niu powy­żej brzegu stały zabu­do­wa­nia gospo­dar­stwa. Były nie­po­zorne: nie­wielka chata z sze­ro­kim gan­kiem, po jed­nej stro­nie sto­doła, a po dru­giej staj­nia i niska przy­bu­dówka. Łąka docho­dziła do samej rzeki, a tam znaj­do­wał się drew­niany pomost z zacu­mo­waną łódką.

Na spo­tka­nie wyszedł mu chudy męż­czy­zna ze skwa­szoną miną, może sześć­dzie­się­cio­letni, nie­mó­wiący ani słowa po angiel­sku. Gdy Tom wyja­śnił, że szuka noc­legu, męż­czy­zna nie­chęt­nie poka­zał mu, że zjeść może w cha­cie, ale spać musi w stajni.

Tom przy­wią­zał konia i wszedł do domu. Zastał tam już gospo­da­rza, dwóch męż­czyzn, któ­rych wziął za robot­ni­ków na inden­tu­rze, oraz Murzyna, zapewne nie­wol­nika. Wszy­scy cze­kali na kola­cję. Gospo­dyni, niska, jasno­włosa kobieta, znacz­nie młod­sza od osad­nika, kazała im usiąść, wska­zu­jąc Tomowi jego miej­sce. Nie zauwa­żył żad­nych dzieci. Sły­szał już wcze­śniej, że holen­der­scy rol­nicy jadają ze swo­imi nie­wol­nikami. Naj­wi­docz­niej w tej rodzi­nie też wszy­scy zasia­dali przy jed­nym stole.

Kobieta była zna­ko­mitą kucharką. Duszone mięso, popi­jane piwem, miało dosko­nały smak. Potem podano wielki pla­cek z owo­cami. Nie roz­ma­wiano dużo przy posiłku, ale Tom i tak nie znał nider­landz­kiego.

Kobieta budziła jego cie­ka­wość. Wyszła za mąż za star­szego od sie­bie wdowca? Była jego córką? A może odgry­wała tu tylko rolę gospo­dyni? Mimo drob­nej figury miała obfite piersi i roz­sie­wała wokół sie­bie zmy­słową aurę. Męż­czyźni trak­to­wali ją z sza­cun­kiem. Siwy gospo­darz zwra­cał się do niej po imie­niu -?Anne­tie -?ale wyczu­wało się mię­dzy nimi wyraźne napię­cie. On igno­ro­wał ją w roz­mo­wie, zwra­ca­jąc się jedy­nie do robot­ni­ków, a kiedy ona poda­wała mu miskę z mię­sem, odsu­nął się nie­znacz­nie, co Tom od razu zauwa­żył. Przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie w mil­cze­niu, ale na jej twa­rzy poja­wiał się wyraz tłu­mio­nej iry­ta­cji. Raz lub dwa razy, gdy ich spoj­rze­nia się spo­tkały, uśmiech­nęła się lekko do Toma.

Po skoń­czo­nym posiłku robot­nicy i nie­wol­nik udali się do przy­bu­dówki na spo­czy­nek, a Tom poszedł do sto­doły. W zapa­da­ją­cym zmroku zna­lazł kilka snop­ków słomy i roz­ło­żył na nich płaszcz. Już miał się poło­żyć, gdy zauwa­żył zbli­ża­jącą się postać z lampą.

Była to Anne­tie. Przy­nio­sła mu dzba­nek z wodą i kilka cia­stek zawi­nię­tych w ser­wetkę. Poda­jąc mu je, dotknęła jego ramie­nia.

Spoj­rzał na nią zasko­czony. Umiał roz­po­znać kobiece zaloty. Obser­wo­wał ją uważ­nie w świe­tle lampy. Ile mogła mieć lat? Trzy­dzie­ści pięć? Była cał­kiem ładna. Z uśmie­chem spoj­rzał jej w oczy. Uści­snęła mu lekko ramię i odwró­ciła się. Odpro­wa­dził ją spoj­rze­niem, gdy szła przez podwó­rze do domu. Zjadł ciastka, wypił tro­chę wody i się poło­żył. Noc była cie­pła. Wrota do sto­doły zosta­wił otwarte. Dzięki temu widział świa­tło sączące się przez okien­nice w cha­cie. Po jakimś cza­sie świa­tło zga­sło.

Ze snu wybu­dził go jakiś dźwięk. Był gło­śny, docho­dził z chaty. Chra­pa­nie wła­ści­ciela farmy. Z pew­no­ścią docie­rało aż na drugi brzeg rzeki. Tom zasło­nił sobie uszy, pró­bu­jąc ponow­nie zasnąć, ale nagle zauwa­żył, że ma towa­rzy­stwo. Ktoś zamknął drzwi do sto­doły. Obok niego leżała Anne­tie. Miała cie­płe ciało. Z chaty wciąż dobie­gało chra­pa­nie.

Obu­dził się tuż przed świ­tem. Przed drzwiami sto­doły zauwa­żył nikły blask. Anne­tie spała obok. Chra­pa­nie uci­chło. Czyżby gospo­darz już wstał? Trą­cił łok­ciem Anne­tie. Kiedy prze­krę­cała się na drugi bok, zaskrzy­piały wrota. Zalało ich chłodne świa­tło.

W drzwiach stał stary rol­nik. W rękach trzy­mał skał­kówkę. Celo­wał w Toma.

Anne­tie popa­trzyła na niego zasko­czona. Ale męż­czy­zna skie­ro­wał całą uwagę na Toma. Gestem naka­zał mu wstać. Tom usłu­chał, wcią­ga­jąc na sie­bie ubra­nie i zgar­nia­jąc płaszcz i chle­bak. Kolej­nym gestem gospo­darz kazał mu wyjść na zewnątrz. Zamie­rzał go zastrze­lić? Gdy zna­leźli się na podwó­rzu, wska­zał tylko ścieżkę pro­wa­dzącą na szczyt wznie­sie­nia. Prze­kaz był jasny: wynoś się.

Tom wska­zał staj­nię, gdzie przy­wią­zał swo­jego konia. Rol­nik odcią­gnął kurek strzelby. Tom zro­bił kolejny krok. Męż­czy­zna wyce­lo­wał w niego. Ten stary Holen­der naprawdę chce go zabić? Byli na odlu­dziu. Nikt nie zauwa­żyłby jego znik­nię­cia. Tom nie­chęt­nie ruszył ścieżką w stronę lasu.

Zatrzy­mał się, gdy tylko znik­nął z pola widze­nia. Odcze­kał jakiś czas i zaczął skra­dać się z powro­tem w kie­runku zabu­do­wań. W gospo­dar­stwie pano­wała cisza. Żad­nego ruchu. Tom okrą­żył chatę, chcąc wśli­zgnąć się do stajni.

Aż pod­sko­czył, sły­sząc gło­śny huk. Kula minęła jego głowę i wbiła się w sta­jenne wrota. Odwró­cił się. Gospo­darz stał na ganku i wła­śnie łado­wał strzelbę.

Tom rozej­rzał się, szu­ka­jąc drogi ucieczki. Rzu­cił się bie­giem w kie­runku rzeki. Udało mu się wpaść na pomost, w oka­mgnie­niu odcu­mo­wał łódkę. Dzięki Bogu w środku było wio­sło. Ledwo wsko­czył do łodzi, roz­legł się drugi strzał. Roz­bryzg na wodzie wska­zy­wał, że gospo­darz chy­bił zale­d­wie o kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów. Tom chwy­cił wio­sło, ode­pchnął się od pomo­stu i zaczął jak sza­lony pły­nąć w dół rzeki. Dopiero gdy poko­nał ćwierć mili, odwa­żył się zatrzy­mać i spoj­rzeć za sie­bie. Pły­nął dalej z prą­dem, a za zakrę­tem przy­bił do brzegu, żeby odpo­cząć.

Przy­szło mu wtedy do głowy, że wciąż nie wie, czy Anne­tie była córką sta­rego rol­nika, jego żoną, czy może łączyła ich inna rela­cja. Jedno było pewne: męż­czy­zna miał jego konia. A koń był znacz­nie wię­cej wart niż mała łódka.

Ta myśl bar­dzo Tomowi doskwie­rała.

* * *

Van Dyck pozwo­lił Tomowi zjeść w mil­cze­niu. A potem zapy­tał mło­dzieńca, czy widział w Bosto­nie angiel­ską flotę. Tom z waha­niem przy­znał, że tak, widział okręty.

-?A po co Anglicy się tam zja­wili? -?docie­kał van Dyck.

Młody czło­wiek znów się zawa­hał i wzru­szył ramio­nami.

-?Gdy wyjeż­dża­łem, mieli jakieś sprawy w Bosto­nie. -?Ugryzł kawa­łek placka kuku­ry­dzia­nego i przez kilka chwil prze­żu­wał w mil­cze­niu, patrząc w zie­mię.

Van Dyck podej­rze­wał, że Tom wie wię­cej, niż mówi. India­nie zapy­tali go, czy nie­zna­jomy jest dobrym czło­wie­kiem.

-?Nie wiem -?odpo­wie­dział w języku Algon­ki­nów. -?Lepiej mieć na niego oko.

India­nie zapro­sili go ponow­nie do wio­ski pod koniec lata na polo­wa­nie. Już wcze­śniej wyru­szał z nimi na łowy. Wiel­kie polo­wa­nia spra­wiały mu przy­jem­ność, ale były okrutne. Po wytro­pie­niu jeleni gro­mada ludzi -?im wię­cej, tym lepiej -?szła wiel­kim łukiem przez las, ude­rze­niami w pnie drzew pło­sząc zwie­rzęta i zaga­nia­jąc nad rzekę. W wodzie jele­nie musiały zwol­nić i łatwo było je ustrze­lić. Stada zapew­niały Algon­ki­nom dobre życie. Van Dyck obie­cał, że się zjawi. Przez jakiś czas roz­ma­wiali jesz­cze, śmie­jąc się.

Było jasne, że zaży­łość mię­dzy van Dyc­kiem i India­nami zain­try­go­wała mło­dego Anglika. Zapy­tał, czy wszy­scy Holen­drzy utrzy­mują z miej­sco­wymi tak bli­skie sto­sunki.

-?A wy, Anglicy, nie chce­cie pozna­wać zwy­cza­jów Indian? -?zdzi­wił się van Dyck.

Mło­dzie­niec pokrę­cił głową.

-?Bostoń­czycy robią wszystko, żeby się Indian pozbyć. Co nie jest trudne. Mają na to swój spo­sób.

-?Jaki?

-?Wam­pumy. -?Młody męż­czy­zna uśmiech­nął się kwa­śno. -?Bostoń­czycy każą India­nom pła­cić daniny w tej walu­cie. A wyso­kość opłat zależy od liczby męż­czyzn, kobiet i dzieci. Tylko że India­nie nie są w sta­nie tak szybko zro­bić wam­pu­mów, więc zamiast tego dają nam zie­mię. Z każ­dym rokiem jest ich u nas coraz mniej.

-?A jeśli mimo wszystko uda im się zapła­cić?

-?Wtedy nasi sędzio­wie pokoju wymie­rzają im kary za różne prze­stęp­stwa.

-?Jakie prze­stęp­stwa?

-?To zależy. -?Tom wzru­szył ramio­nami. -?W Mas­sa­chu­setts zawsze można coś wymy­ślić. Któ­re­goś dnia India­nie po pro­stu znikną.

-?Rozu­miem. -?Van Dyck spoj­rzał na mło­dego Anglika z nie­chę­cią. Wręcz miał ochotę go ude­rzyć. Ale nagle przy­szło mu do głowy, że Holen­drzy wcale nie są lepsi. Liczba Algon­ki­nów w Nowych Nider­lan­dach malała z każ­dym rokiem. Ich tereny łowiec­kie na Man­hat­ta­nie nie­mal prze­stały ist­nieć. India­nie byli wypie­rani ze swo­ich ziem, leżą­cych na tere­nie posia­dło­ści Broncka i Jun­kra. To samo działo się na Dłu­giej Wyspie. Przyj­dzie taki dzień, że Algon­ki­no­wie zostaną wyparci nawet z tych tere­nów w górze rzeki, gdzie Holen­drzy mieli dziś tylko kilka pla­có­wek. Do tego docho­dziły spu­sto­sze­nia w wyniku przy­nie­sio­nych z Europy cho­rób -?odry, ospy i innych. Nie­stety, pomy­ślał van Dyck ze smut­kiem, nie­ważne, skąd jeste­śmy, biały czło­wiek prę­dzej czy póź­niej dopro­wa­dzi do zagłady Indian.

Te roz­my­śla­nia ostu­dziły nieco jego emo­cje, ale i tak posta­no­wił przy­wo­łać mło­dzieńca do porządku. Gdy Tom stwier­dził, że wam­pumy są dobre dla Indian, nato­miast w Bosto­nie wszyst­kie roz­li­cze­nia pro­wa­dzone są w fun­tach, van Dyck natych­miast wyko­rzy­stał tę spo­sob­ność.

-?Anglicy tylko o fun­tach gadają, ale w ręku nie mają nic. A India­nie mają przy­naj­mniej swoje wam­pumy. Coś mi się wydaje -?dorzu­cił oschle - że pod tym wzglę­dem wciąż was wyprze­dzają.

Nie mijał się z prawdą. W Anglii w obiegu były pensy, szy­lingi i złote flo­reny, monety o wyż­szej war­to­ści zda­rzały się rzadko. W kolo­niach obo­wią­zy­wały wręcz pry­mi­tywne zasady. Na przy­kład w Wir­gi­nii walutą był tytoń i naj­czę­ściej pro­wa­dzono han­del wymienny. W Nowej Anglii kupcy roz­li­czali się mię­dzy sobą w fun­tach i wysta­wiali wła­sne bank­noty, ale angiel­skie monety, zarówno złote, jak i srebrne, były prak­tycz­nie nie­do­stępne.

Młody Anglik wcale się nie prze­jął, tylko wybuch­nął śmie­chem.

-?Nie da się zaprze­czyć. Oto jedyny pie­niądz, któ­remu ufam. -?Z kie­szeni płasz­cza wyjął małe pła­skie pudełko, popu­kał w nie lekko i podał je van Dyc­kowi. Sosnowa szka­tułka mie­ściła się w dłoni. Holen­der otwo­rzył wieczko. Na wyściółce z kawałka tka­niny leżała moneta, w któ­rej odbi­jało się gasnące świa­tło dnia.

Był to srebrny dolar, który Tom ukradł bratu.

Holen­drzy uży­wali nazwy "daal­der", co brzmiało tro­chę jak nie­miec­kie "talar". Kupcy posłu­gi­wali się tą walutą od pra­wie stu pięć­dzie­się­ciu lat, a więk­szość monet krą­żą­cych w Nowym Świe­cie bili wła­śnie Holen­drzy. W obiegu były trzy rodzaje. Duka­ton z koniem i jeźdź­cem, znany jako dukat, miał war­tość sze­ściu angiel­skich szy­lin­gów. Był też rijksdaal­der, zwany przez Angli­ków "rix dola­rem", o war­to­ści pię­ciu szy­lin­gów albo - gdy docie­rało się na połu­dnie -?ośmiu hisz­pań­skich reali. Jed­nak naj­bar­dziej powszechny był dolar z lwem.

Miał nieco mniej­szą war­tość niż pozo­stałe, ale był naj­ład­niej­szy. Na awer­sie wid­niał rycerz z tar­czą, na któ­rej lew czaił się do skoku. Monety miały pewną wadę: nie zawsze były dobrze wybite. Ale nie zwra­cano na to uwagi. Piękny holen­der­ski dolar z lwem krą­żył od Nowej Anglii po Hisz­pań­ski Ląd nad Zatoką Mek­sy­kań­ską i Morzem Kara­ib­skim.

-?Holen­der­ski pie­niądz -?powie­dział Tom z uśmie­chem.

Van Dyck wyjął monetę z pudełka i uważ­nie ją obej­rzał.

Zazwy­czaj dolary z lwem były wytarte, ale ten nie miał nawet naj­mniej­szej rysy. Był nowiu­teńki. Dosko­nale odbi­jał świa­tło. Nagle van Dyc­kowi przy­szła do głowy pewna myśl.

Wstał i pod­szedł do sie­dzą­cych nie­da­leko dwóch dziew­czy­nek, mniej wię­cej w wieku Bia­łej Łani. Poka­zał im monetę, pozwo­lił im wziąć ją do ręki. Obra­cały w pal­cach błysz­czący krą­żek, podzi­wia­jąc wybity na nim wize­ru­nek i patrząc, jak odbija pro­mie­nie słońca, a na ich twa­rzach malo­wał się zachwyt. Dla­czego złote i srebrne przed­mioty tak fascy­nują czło­wieka?, zasta­na­wiał się van Dyck w myślach.

-?Jest piękny -?powie­działy dziew­czynki.

Wró­cił na swoje miej­sce.

-?Chcę go kupić -?powie­dział do mło­dego bostoń­czyka.

-?Musisz mi dać... -?Tom zasta­na­wiał się przez chwilę. -?Dukata i bobrową skórkę.

-?Co? To roz­bój!

-?Dorzucę jesz­cze pudełko -?powie­dział Tom wesoło.

-?Nie­zły z cie­bie szu­bra­wiec -?stwier­dził van Dyck z roz­ba­wie­niem. - Dobra, biorę. -?Nie zamie­rzał się dłu­żej tar­go­wać. Wła­śnie roz­wią­zał swój pro­blem. Chęt­nie poświę­cił bobrowe futro. Naresz­cie miał pre­zent dla córki.

Tę noc prze­spał w łodzi, żeby mieć pew­ność, że Tom niczego nie ukrad­nie. Leżał na sto­sie futer, czu­jąc sosnowe pude­łeczko w sakiewce przy pasku. Wsłu­chi­wał się w szum wia­tru w gałę­ziach drzew i wyobra­żał sobie, że sły­szy głos córki. Uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem.

* * *

Rano van Dyck poże­gnał się z mło­dym Angli­kiem. Pod wie­czór powi­nien dotrzeć do wio­ski Bia­łej Łani. Pozo­sta­nie tam do jutra, a następ­nie wyru­szy do Man­hat­tanu.

Było cie­pło. Miał na sobie roz­piętą koszulę. Zamiast skó­rza­nego pasa, który zawsze nosił, zało­żył wam­pum, dar od córki. Zwi­sała z niego mała sakiewka ze srebr­nym dola­rem.

Rzeka była nie­mal pusta. Na pły­ci­znach z rzadka widy­wali indiań­skie czółna, ale cały wielki szlak wodny mieli tylko dla sie­bie. Wysoki zachodni brzeg osła­niał ich przed wia­trem. Woda była spo­kojna. Ota­czał ich nie­mal nie­ziem­ski spo­kój. Po jakimś cza­sie minęli zakręt, przy któ­rym z pra­wego brzegu wysta­wał wysoki cypel wyglą­da­jący jak war­tow­nik. Van Dyck nada­wał takim szcze­gól­nym miej­scom wła­sne nazwy. To na przy­kład był Zachodni Cypel. Nieco dalej rzeka opły­wała wzgó­rze, które z powodu spłasz­czo­nego grzbietu van Dyck nazwał Górą Niedź­wie­dzią. W końcu koryto roz­le­wało się na sze­ro­kość pra­wie trzech mil, a pięt­na­ście mil dalej zwę­żało się w długi kanał, który prze­pły­wał wzdłuż Man­hat­tanu i docie­rał do ogrom­nej zatoki.

Czas mijał, do kanału zostało im jesz­cze kilka mil. Nagle jeden z wio­śla­rzy kiw­nął głową, dając van Dyc­kowi znak, żeby się odwró­cił. W oddali poja­wiła się inna łódź, która zbli­żała się do nich w szyb­kim tem­pie.

-?Musi im się śpie­szyć -?zauwa­żył van Dyck bez spe­cjal­nego zain­te­re­so­wa­nia.

Pół godziny póź­niej, gdy znaj­do­wali się przy wej­ściu do kanału, zer­k­nął do tyłu jesz­cze raz. Zdzi­wiło go, że przez ten czas łódź poko­nała tak dużą odle­głość. Była sporo więk­sza, miała na pokła­dzie maszt. Jed­nak wiatr wiał z połu­dnia, więc tamci nie mogli zro­bić z żagla użytku. Dystans mię­dzy łodziami zmniej­szył się o połowę. Van Dyck nie mógł doj­rzeć, ilu wio­śla­rzy znaj­duje się na pokła­dzie, ale jedno było pewne: bar­dzo im się śpie­szyło.

-?Wio­słują jak sza­leni -?zauwa­żył.

Wpły­wali wła­śnie do wąskiego kanału, więc naka­zał swoim ludziom zwol­nić. Posu­wali się zachod­nim skra­jem nurtu. Pro­mie­nie popo­łu­dnio­wego słońca padały na pali­sadę nie­bo­sięż­nych kli­fów. Woda zaczy­nała się lekko burzyć. Van Dyck spoj­rzał przez ramię, ale druga łódź, która -?jak mnie­mał -?rów­nież kie­ro­wała się do kanału, skryła się za zakrę­tem.

Nagle ją zoba­czył. Zbli­żała się szybko, widział więc coraz wię­cej szcze­gó­łów. Był to duży bar­kas z poszy­ciem klin­kie­ro­wym. Ze środ­ko­wej czę­ści, pokry­tej dasz­kiem, wzno­sił się maszt. Cztery pary wio­seł obsłu­gi­wało ośmiu ludzi. Burty wysta­wały wysoko nad wodę, co zna­czyło, że sta­tek nie prze­wo­ził żad­nego ładunku. Na rufie stała jakaś postać.

Bar­kas zbli­żał się coraz bar­dziej. Znaj­do­wał się już tylko o kilka dłu­go­ści z tyłu, w końcu zrów­nał się z łodzią van Dycka. Ten spoj­rzał z cie­ka­wo­ścią na męż­czy­znę na rufie.

Zoba­czył zna­jomą twarz. Nale­żała do czło­wieka, któ­rego -?jak pod­po­wia­dała mu intu­icja -?powi­nien się wystrze­gać.

Stuy­ve­sant.

Odwró­cił wzrok, ale było za późno.

Nad wodą roz­legł się ostry głos:

-?Dirk van Dyck!

-?Dzień dobry, guber­na­to­rze! -?zawo­łał. Nic innego nie przy­cho­dziło mu do głowy.

-?Pośpiesz­cie się! Czemu się tak wle­cze­cie? -?Łodzie pły­nęły burta w burtę. Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, guber­na­tor zwró­cił się do ludzi van Dycka: -?Wio­sło­wać szyb­ciej! -?huk­nął. -?Moc­niej! -?Wio­śla­rze, roz­po­zna­jąc groźny głos, natych­miast wyko­nali pole­ce­nie i łódź pomknęła do przodu. -?Tak trzy­mać! Dobra robota! Za mną. Popły­niemy razem.

-?Dla­czego? -?zawo­łał van Dyck. Bar­kas wysu­nął się nie­znacz­nie do przodu, ale łodzie utrzy­my­wały podobną pręd­kość, więc męż­czyźni sły­szeli sie­bie nawza­jem.

-?Nie wiesz? Anglicy są w zatoce przy Man­hat­ta­nie. Cała flota!

Więc jed­nak przy­pły­nęli. Nie sły­szał o tym po dro­dze, ale to nic dziw­nego. Miesz­kańcy Nowego Amster­damu zapewne wysłali dobrego jeźdźca do fortu Orange z wia­do­mo­ścią dla guber­na­tora, który teraz wra­cał pośpiesz­nie na połu­dnie, korzy­sta­jąc ze sprzy­ja­ją­cego pływu. Wieść roz­nie­sie się też wśród Indian, ale to tro­chę potrwa.

A więc Anglicy kła­mali. Przy­po­mniał sobie mło­dzieńca z Bostonu. Czy wie­dział o pla­nach floty? Na pewno. Dla­tego zawa­hał się, gdy van Dyck zapy­tał go o angiel­skie okręty.

-?Co zamier­za­cie zro­bić? -?krzyk­nął do Stuy­ve­santa.

-?Wal­czyć, van Dyck! Wal­czyć. Potrze­bu­jemy ludzi.

Miał zawziętą, kamienną twarz. Stał na drew­nia­nej nodze, wypro­sto­wany, z wysoko unie­sioną głową. Jesz­cze ni­gdy nie biła od niego tak wielka odwaga. Naprawdę budził podziw. Ale jeśli z Bostonu przy­pły­nęła cała angiel­ska flota, to ozna­czało, że mieli prze­ciwko sobie ogromną potęgę. Okręty były uzbro­jone w działa. Pomimo ostat­nich sta­rań Stuy­ve­santa nad­brzeżne umoc­nie­nia Nowego Amster­damu nie wytrzy­ma­łyby długo. Jeśli guber­na­tor zamie­rzał wal­czyć, to wziął na swoje barki misję nie­bez­pieczną i wła­ści­wie ska­zaną na nie­po­wo­dze­nie.

Chmura zakryła słońce, jakby dostra­ja­jąc się do czar­nych myśli Dirka, a nad­brzeżne skały przy­brały kolor groź­nej posęp­nej sza­ro­ści.

Przez głowę van Dycka prze­mknęła jesz­cze jedna myśl: jeśli on sam uznał opór za bez­sen­sowny, to zapewne do podob­nego wnio­sku doszli też inni kupcy. Czy miesz­kańcy Nowego Amster­damu staną po stro­nie swo­jego guber­na­tora prze­ciwko Angli­kom? Chyba nie, jeśli siła Angli­ków okaże się znaczna. Czy rodzina van Dycka zna­la­zła się w nie­bez­pie­czeń­stwie? Mało praw­do­po­dobne. Czy Anglicy będą chcieli znisz­czyć mia­sto i uczy­nić z holen­der­skich kup­ców swo­ich wro­gów? Też wąt­pliwe. Angli­kom zale­żało na boga­tym por­cie, a nie na wro­gim mie­ście obró­co­nym w ruinę. Mogli zaofe­ro­wać bar­dzo korzystne warunki. Van Dyck uwa­żał, że czło­wiek staje się nie­bez­pieczny za sprawą poli­tyki i reli­gii. Han­del nato­miast spra­wiał, że ludzie mądrzeli. Przy­pusz­czał więc, że z Angli­kami można dojść do poro­zu­mie­nia, bez względu na dzia­ła­nia Stuy­ve­santa.

Po co więc miałby pędzić na Man­hat­tan z guber­na­to­rem jak anioł zemsty?

Spoj­rzał na rzekę. Przy tej pręd­ko­ści za godzinę znajdą się przy pół­noc­nym skraju Man­hat­tanu. Zer­k­nął na swo­ich wio­śla­rzy. Dadzą radę utrzy­mać tempo? Raczej nie. Tym lepiej. Gdyby został z tyłu, nie wpły­nąłby do Nowego Amster­damu razem z Kuter­nogą.

Cze­kał. Bar­kas guber­na­tora wyprze­dzał ich już o kilka dłu­go­ści.

-?Trzy­maj się mnie! -?krzyk­nął Stuy­ve­sant. Musiał się odwró­cić, żeby nie stra­cić łodzi z oczu.

-?Jestem z tobą, gene­rale! -?odkrzyk­nął van Dyck. Na te słowa jego ludzie zaczęli wio­sło­wać jesz­cze moc­niej i przez chwilę nadą­żali za więk­szą łodzią. Dobrze, niech się zmę­czą. Naj­waż­niej­sze to przy­po­do­bać się teraz guber­na­to­rowi.

Dziób napo­tkał nie­wiel­kie fale, łódź się zako­ły­sała i van Dyck musiał się pochy­lić. Kiedy się pro­sto­wał, poczuł na udzie ude­rze­nie przy­mo­co­wa­nej do pasa sakiewki. Spoj­rzał na nią, przy­po­mi­na­jąc sobie o ukry­tym w niej pude­łeczku ze srebr­nym dola­rem, i nagle uświa­do­mił sobie ze zgrozą, że znaj­dują się w pobliżu wio­ski Bia­łej Łani. Wsku­tek nie­ocze­ki­wa­nego spo­tka­nia ze Stuy­ve­san­tem zapo­mniał o córce.

Biała Łania. I co teraz?

Stuy­ve­sant obser­wo­wał go uważ­nie. To nie jest dobry moment, żeby przy­bi­jać do brzegu. Van Dyck wie­dział dosko­nale, że guber­na­tor zawró­ciłby i zmu­sił go do wspól­nej podróży. Z pew­no­ścią był do tego zdolny.

Upły­wały kolejne minuty. Dwie łodzie, jakby połą­czone siłą woli Stuy­ve­santa, pły­nęły szybko z prą­dem. Wła­śnie mijali wieś poło­żoną na odle­głym, wschod­nim brzegu. Van Dyck widział indiań­skie sieci na pły­ci­znach. Ze wznie­sie­nia obser­wo­wały ich jakieś posta­cie, zapewne kobiety. Czy Biała Łania jest wśród nich? Nie mógł jej dostrzec. Patrzy na niego? Widzi, że prze­pływa obok, nie zatrzy­mu­jąc się wbrew zło­żo­nej obiet­nicy? Pomy­śli, że ojciec odwró­cił się od niej?

Wpa­try­wał się w daleki brzeg, a potem odwró­cił głowę. Jeśli tam stoi jego córka, to nie chciał, żeby zoba­czyła jego twarz. Co za głu­pota! Prze­cież nawet z dosko­na­łym wzro­kiem nie roz­po­zna­łaby rysów twa­rzy z takiej odle­gło­ści. Opu­ścił głowę, wpa­tru­jąc się w leżące na pokła­dzie skóry, i poczuł, jak zalewa go wstyd. Indiań­ska wio­ska powoli zni­kała w tyle. Spoj­rzał za sie­bie. Wciąż widział grupkę kobiet, teraz już nie­wy­raźną i zama­zaną.

Prze­pły­nęli kolejne sto metrów. I dru­gie sto.

-?Do brzegu! -?roz­ka­zał.

Wio­śla­rze mieli zasko­czone miny.

-?Ale panie... -?ode­zwał się jeden.

-?Do brzegu! -?Poka­zał na wschód. On tu roz­ka­zy­wał. Nie­chęt­nie wyko­nali jego pole­ce­nie.

Stuy­ve­sant natych­miast zauwa­żył, że łódź skręca.

-?Co ty robisz, do dia­bła? -?krzyk­nął nad wodą.

Van Dyck się zawa­hał. Ma odpo­wie­dzieć? Zasta­na­wiał się gorącz­kowo.

-?Zaraz was dogo­nimy! -?zawo­łał w nadziei, że tonem swo­jego głosu wyraża lojal­ność wobec guber­na­tora.

-?Trzy­mać kurs! -?ryk­nął Stuy­ve­sant. Po chwili znowu roz­legł się jego krzyk: -?Daj sobie spo­kój z tym indiań­skim bękar­tem! Myśl o kraju!

Skąd wie­dział o Bia­łej Łani? Van Dyck prze­klął guber­na­tora w myśli. Popeł­nił błąd, zabie­ra­jąc dziew­czynkę do Nowego Amster­damu. Nie powi­nien był tego robić.

-?Masz pły­nąć za mną, Dirku van Dyck! Zapo­mnij o swoim mie­szańcu albo powiem wszystko two­jej żonie, prze­ko­nasz się!

Van Dyck zaklął znowu. Czyżby guber­na­tor i Mar­ga­re­tha roz­ma­wiali o dziew­czynce? Co łączy jego żonę z guber­na­torem? Kto wie? Groźbę, że dowie się o wszyst­kim, nale­żało potrak­to­wać poważ­nie. Mógł wyje­chać, nie mówiąc żonie, dokąd się wybiera ani kiedy wróci. Ale jeśli ona dowie się, że wypo­wie­dział posłu­szeń­stwo guber­na­torowi, że zwle­kał z przyj­ściem z pomocą wła­snej rodzi­nie -?bo z pew­no­ścią tak to będzie wyglą­dało -?a wszystko z powodu córki pół­krwi... Podobne oskar­że­nia mia­łyby poważne kon­se­kwen­cje. Mar­ga­re­tha nie puści­łaby tego pła­zem. Mogłyby na tym ucier­pieć jego inte­resy, nie mówiąc o rodzi­nie. Prze­klęty Kuter­noga. Do dia­bła z nim! Ski­nął na swo­ich ludzi.

-?Pły­niemy za nimi -?powie­dział z rezy­gna­cją.

Łódź znów wyko­nała skręt, kie­ru­jąc się w dół rzeki.

Van Dyck patrzył przed sie­bie. Wszystko na nic. Czy będzie musiał podą­żać za Kuter­nogą aż do końca? Wła­śnie tego chciał unik­nąć.

Wsku­tek jego wahań zwięk­szył się dystans mię­dzy obiema łodziami. Van Dyck pomy­ślał o angiel­skiej flo­cie sto­ją­cej w zatoce, o upar­tym, prze­wrot­nym guber­na­to­rze, o zbo­la­łej i roz­złosz­czo­nej żonie. Pomy­ślał o cze­ka­ją­cej na niego nie­win­nej, bez­bron­nej córeczce. Miał wra­że­nie, że plusk wody odbija się od sza­rych skał echem bez­gło­śnego pła­czu. Znów zer­k­nął przez ramię. Wio­ska znik­nęła za drze­wami. Zamie­rzał zoba­czyć się z córką, a omi­nął jej wio­skę jak tchórz.

-?Zawra­cać.

-?Panie?

-?Zawra­camy -?roz­ka­zał. Wio­śla­rze popa­trzyli na sie­bie nie­pew­nie. - Woli­cie wal­czyć z Angli­kami?! -?krzyk­nął.

Męż­czyźni znów spoj­rzeli po sobie. Usłu­chali pole­ce­nia. Dziób łodzi skie­ro­wał się w stronę wschod­niego brzegu.

Stuy­ve­sant obser­wo­wał ich przez cały czas. Zro­zu­miał, co się dzieje. Jego dono­śny głos zadud­nił na rzece:

-?Zdrajca! -?To słowo ude­rzyło van Dycka jak grom. Miał wra­że­nie, że nie­sie się daleko na pół­noc, aż do źró­deł wiel­kiej rzeki. -?Zdrajca!

Patrzył na łódź guber­na­tora, ale nie zmie­nił kursu. Obaj wie­dzieli, że ich drogi się roz­cho­dzą. Potężny nurt rzeki niósł Stuy­ve­santa na połu­dnie, a van Dyck, wolny przy­naj­mniej na chwilę, zawra­cał, żeby zawieźć córce srebrną monetę.

Nowy Jork

Nazy­wam się Quash, co ozna­cza, że uro­dzi­łem się w nie­dzielę. W Afryce, skąd pocho­dzi mój lud, dziecku daje się imię od dnia tygo­dnia, w któ­rym przy­szło na świat. W Afryce nazy­wał­bym się Kwasi. Gdy­bym uro­dził się w pią­tek, woła­liby na mnie Kofi, po angiel­sku Cuffe. Dzieci z ponie­działku to Kojo, po angiel­sku Cudjo. Podob­nych imion jest wiele.

Wydaje mi się, że uro­dzi­łem się w roku Pań­skim 1650. Moich rodzi­ców wywie­ziono z Afryki i sprze­dano jako nie­wol­ni­ków do pracy na Bar­ba­dos. Kiedy mia­łem pięć lat, mnie i mamę ponow­nie wysta­wiono na sprze­daż. Na targu roz­dzie­lono nas i do dziś nie wiem, co się z nią stało. Mnie kupił kapi­tan holen­der­skiego statku, co oka­zało się dla mnie szczę­śli­wym zrzą­dze­niem losu, bo zna­la­złem się w Nowym Amster­da­mie, jak wów­czas nazy­wano to mia­sto. Gdy­bym pozo­stał w swoim daw­nym domu, z pew­no­ścią bym już nie żył. W Nowym Amster­da­mie kapi­tan sprze­dał mnie i tak sta­łem się wła­sno­ścią wiel­moż­nego pana Dirka van Dycka. Mia­łem wtedy sześć lat. Ojca nie pamię­tam w ogóle, a matkę tylko tro­chę. Myślę, że oboje dawno pomarli.

Już jako dziecko marzy­łem, że pew­nego dnia będę wolny.

Tę myśl zaszcze­pił mi pewien stary Murzyn, któ­rego pozna­łem, mając osiem lub dzie­więć lat. W tam­tych cza­sach w całych Nowych Nider­lan­dach było nie wię­cej niż sze­ściu­set nie­wol­ni­ków, z czego połowa żyła w gra­ni­cach mia­sta. Część nale­żała do rodzin, pozo­stali do Holen­der­skiej Kom­pa­nii Zachod­nio­in­dyj­skiej. Pew­nego dnia na targu zoba­czy­łem sta­rego Murzyna. Sie­dział na wozie, miał wielki sło­miany kape­lusz, uśmie­chał się, jakby był z sie­bie bar­dzo zado­wo­lony. Pod­sze­dłem do niego, bo jako dziecko byłem dość śmiały.

-?Wyglą­dasz na szczę­śli­wego, sta­ruszku -?powie­dzia­łem. -?Kto jest twoim panem?

A on na to:

-?Nie mam pana. Jestem wolny. -?A potem opo­wie­dział mi swoją histo­rię.

Otóż wiele lat wcze­śniej Holen­der­ska Kom­pa­nia Zachod­nio­in­dyj­ska spro­wa­dzała całe trans­porty nie­wol­ni­ków, któ­rych wyko­rzy­sty­wano do robót publicz­nych, takich jak wzno­sze­nie fortu czy bru­ko­wa­nie ulic. Ci, któ­rzy pra­co­wali naj­dłu­żej i naj­le­piej i nale­żeli do Kościoła, otrzy­mali po kawałku ziemi oraz -?pod warun­kiem dal­szej służby -?wol­ność. Nazy­wano ich wyzwo­leń­cami. Zapy­ta­łem, czy jest ich wielu.

-?Nie, nie­wielu -?odpo­wie­dział męż­czy­zna.

Część miesz­kała tuż za murem, inni tro­chę bar­dziej na pół­noc, po wschod­niej stro­nie wyspy, a pozo­stali na dru­gim brzegu pół­nocnej rzeki w oko­licy, którą nazwali Pavo­nia. Mia­łem nie­wielką nadzieję, że coś takiego przy­da­rzy się rów­nież mnie, bo uwa­ża­łem, że każdy czło­wiek powi­nien być wolny.

Dopi­sało mi szczę­ście, bo tra­fi­łem do dobrego domu. Pan van Dyck był peł­nym wigoru męż­czy­zną, lubił pro­wa­dzić han­del i wypra­wiać się w górę rzeki. Jego żona, piękna postawna kobieta, nale­żała do Holen­der­skiego Kościoła Refor­mo­wa­nego i była zwo­len­niczką pasto­rów i guber­na­tora Stuy­ve­santa. Miała złe zda­nie o India­nach i nie lubiła, gdy pan do nich jeź­dził.

Kiedy poja­wi­łem się u nich, w domu był także kucharz i słu­żąca na inden­tu­rze, Anna. Pań­stwo opła­cili jej podróż przez ocean, a ona musiała to odpra­co­wy­wać przez sie­dem lat. Po tym ter­mi­nie miała otrzy­mać pewną sumę pie­nię­dzy oraz wol­ność. Ja byłem jedy­nym nie­wol­ni­kiem.

Mein­heer van Dyck i jego żona zawsze trosz­czyli się o swoją rodzinę. Rzadko byli­śmy świad­kami ich kłótni, a naj­więk­szą przy­jem­ność spra­wiało im, gdy cała rodzina zbie­rała się razem. Pra­co­wa­łem w domu, więc dużo czasu spę­dza­łem z ich dziećmi, dzięki czemu wkrótce mówi­łem po nider­landzku tak jak one.

Ich syn Jan miał tyle samo lat co ja. Był ład­nym chłop­cem z bujną ciemną czu­pryną. Przy­po­mi­nał swo­jego ojca, ale chyba po matce odzie­dzi­czył nieco tęż­szą figurę. Kiedy byli­śmy mali, czę­sto bawi­li­śmy się razem i bar­dzo się zaprzy­jaź­ni­li­śmy. Jego młod­sza sio­stra Clara była naj­ład­niej­szym dziec­kiem, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łem, miała złote wło­ski i jasno­nie­bie­skie oczy. Kiedy była mała, nosi­łem ją na ramio­nach. Pro­siła mnie o to nawet wtedy, gdy miała już dzie­sięć czy jede­na­ście lat, i śmiała się przy tym, bo -?jak mawiała -?chciała mi tro­chę podo­ku­czać. Uwiel­bia­łem ją.

Zawsze szybko bie­ga­łem. Cza­sem mein­heer van Dyck bawił się ze mną i dziećmi w wyścigi. Jan star­to­wał dużo przede mną, a Clara tuż przy mecie. Zazwy­czaj wyprze­dza­łem Jana, ale gdy doga­nia­łem Clarę, zwal­nia­łem, pozwa­la­łem jej wygrać. Była zachwy­cona.

Nie­któ­rzy holen­der­scy pano­wie trak­to­wali swo­ich nie­wol­ni­ków okrut­nie, ale mein­heer van Dyck i jego mał­żonka oka­zy­wali mi dużo dobroci. Gdy byłem mały, wyzna­czali mi tylko lek­kie prace. A gdy doro­słem, mein­heer van Dyck dawał mi roz­ma­ite zada­nia. Cią­gle coś przy­no­si­łem albo zano­si­łem. Wychło­stał mnie tylko raz, kiedy z Janem wybi­li­śmy szybę. A i wtedy dostało nam się po równo.

* * *

Kiedy mia­łem jakieś czter­na­ście lat, mein­heer van Dyck stał się wśród miej­sco­wych kup­ców zna­czącą posta­cią i wszy­scy zaczęli zwra­cać się do niego baas, ja też. Więc od teraz będę tak go nazy­wał. W tym cza­sie pani wpa­dła na pomysł, że powi­nie­nem nosić libe­rię jak słu­żący z boga­tego domu. Baas śmiał się z tego, ale nie sprze­ci­wiał się, a ja wyglą­da­łem w nie­bie­skiej libe­rii bar­dzo dobrze. Byłem z sie­bie dumny. Pani poka­zała mi, jak należy otwie­rać drzwi przed gośćmi, i nauczyła mnie poda­wać do stołu, co robi­łem z wielką przy­jem­no­ścią. Powie­działa też: "Quash, masz piękny uśmiech", więc sta­ra­łem się uśmie­chać przez cały czas, a pani bar­dzo mnie chwa­liła, baas zresztą też. Pew­nego dnia przy­szedł do nas stary pastor Cor­ne­lius, bar­dzo ważna oso­bi­stość. Był wysoki, zawsze ubrany na czarno, i pomimo zaawan­so­wa­nego wieku trzy­mał się pro­sto. Pochwa­lił nawet mój ele­gancki wygląd przed żoną baasa. Po czymś takim nie mogłem jej zawieść. Podej­rze­wam, że to z powodu tego dobrego trak­to­wa­nia nabra­łem o sobie zbyt wyso­kiego mnie­ma­nia. Uwa­ża­łem się bar­dziej za słu­żą­cego na inden­tu­rze niż za nie­wol­nika. I czę­sto myśla­łem, co mógł­bym zro­bić, żeby jesz­cze bar­dziej sza­no­wano mnie w rodzi­nie.

Mie­siąc po tej wizy­cie aku­rat zała­twia­łem dla pani jakieś sprawy, gdy zoba­czy­łem na ulicy pastora, jak zwy­kle w czerni i wyso­kim kape­lu­szu z sze­ro­kim ron­dem. Tak się zło­żyło, że kilka dni wcze­śniej naro­dził się pomysł, jak zasłu­żyć sobie na więk­sze powa­ża­nie baasa i jego rodziny. Przy­po­mnia­łem sobie bowiem opo­wieść sta­rego Murzyna o tym, że wyzwo­leńcy mogli dołą­czyć do Kościoła holen­der­skiego. Więc gdy tylko ujrza­łem pastora, pod­sze­dłem do niego i powie­dzia­łem z wiel­kim sza­cun­kiem:

-?Dzień dobry, panie.

Spoj­rzał na mnie surowo, bo wyrwa­łem go z zamy­śle­nia, ale poznał mnie i odrzekł:

-?Jesteś mło­dym nie­wol­ni­kiem van Dyc­ków.

-?Tak, panie. I chciał­bym o coś zapy­tać waszą wie­leb­ność.

-?A o cóż to?

-?Czy mógł­bym dołą­czyć do Kościoła?

Spoj­rzał na mnie, jakby go pio­run strze­lił.

-?Chciał­byś zostać człon­kiem mojego zboru?

-?Tak, panie.

Przez chwilę nie mówił nic, tylko patrzył na mnie z zimną uwagą. W końcu ode­zwał się cichym gło­sem.

-?Wiem, co się w tobie kryje -?powie­dział. A ja, młody i naiwny, sądzi­łem, że czeka mnie coś dobrego. -?Chcesz wieść lep­sze życie?

-?Tak, panie -?przy­zna­łem z uśmie­chem.

-?Tego się spo­dzie­wa­łem -?mruk­nął, bar­dziej do sie­bie niż do mnie. Poki­wał głową. -?Ci, któ­rzy dołą­czają do zboru, robią to z miło­ści do Boga, a nie w ocze­ki­wa­niu na nagrodę.

Miesz­ka­łem przez wiele lat z rodziną van Dyc­ków i patrzy­łem, jak wycho­wują dzieci, więc uzna­łem, że mam nie­jaką wie­dzę o chrze­ści­jań­stwie. Zapo­mi­na­jąc, że jestem zwy­kłym nie­wol­ni­kiem, a on pasto­rem, zaczą­łem się z nim spie­rać.

-?Ale prze­cież robią to, żeby unik­nąć ognia pie­kiel­nego - odpo­wie­dzia­łem.

-?Mylisz się. -?Naj­wy­raź­niej nie miał ochoty na roz­mowę ze mną, ale jako pastor musiał pouczyć nawet nie­wol­nika. -?Już zostało prze­zna­czone, kto trafi do pie­kła, a kto zosta­nie zba­wiony -?powie­dział. -?Pobożny czło­wiek służy Panu dla Niego samego, a nie dla swo­ich korzy­ści. - Wska­zał mnie pal­cem. -?Ceną za wstą­pie­nie do Kościoła jest, młody czło­wieku, posłu­szeń­stwo. Zro­zu­mia­łeś?

-?Tak, panie.

-?Nie jesteś pierw­szym nie­wol­ni­kiem, któ­remu wydaje się, że wstą­pie­nie do Kościoła okaże się drogą do wol­no­ści. Ale na to ni­gdy nie będzie przy­zwo­le­nia. Pod­da­jemy się Bogu, bo On jest dobrem. A nie po to, by sobie ulżyć. -?Mówił coraz gło­śniej, więc mija­jący nas prze­chod­nie odwra­cali głowy w naszym kie­runku. -?Boga nie da się oszu­kać, młody czło­wieku! -?krzyk­nął i odszedł, rzu­ciw­szy mi gniewne spoj­rze­nie.

Kilka dni póź­niej baas odcią­gnął mnie na stronę.

-?Podobno roz­ma­wia­łeś z pasto­rem Cor­ne­liu­sem -?powie­dział, patrząc na mnie nieco dziw­nie.

-?Tak -?przy­zna­łem. Ale od tam­tej pory bar­dzo się pil­no­wa­łem, żeby nic nie mówić na temat reli­gii.

* * *

Wkrótce nastą­piły wyda­rze­nia znacz­nie więk­szej wagi niż zba­wie­nie mojej duszy. Tam­tego lata, gdy baas udał się po raz kolejny w górę rzeki, przy­byli Anglicy.

Aku­rat byłem zajęty w kuchni, gdy Jan wpadł z wia­do­mo­ścią.

-?Szybko, Quash! -?krzyk­nął. -?Nad wodę! Chodź coś zoba­czyć!

Nie wie­dzia­łem, czy pani mi pozwoli, ale ona też poszła z nami, zabrała nawet małą Clarę. Pamię­tam, że Clara była bar­dzo pod­eks­cy­to­wana. Poszli­śmy wszy­scy na nabrzeże przy for­cie. Dzień był pogodny, więc wzrok się­gał daleko przez całą zatokę. A tam widać było dwa angiel­skie żagle. Okręty stały u wej­ścia do portu, tak że żaden sta­tek nie mógł się prze­ci­snąć. Nagle poja­wił się obłok bia­łego dymu. Potem była długa cisza i wresz­cie roz­legł się dźwięk działa, który brzmiał jak cichy grzmot, bo dzie­liła nas odle­głość sied­miu mil. Ludzie na brzegu zaczęli krzy­czeć. Poja­wiły się pogło­ski, że angiel­scy osad­nicy pod Bro­okly­nem zaczy­nają chwy­tać za broń, ale nikt nie wie­dział tego na pewno. Ludzie na murach fortu wyce­lo­wali działo w zatokę, ale pod nie­obec­ność guber­na­tora nikt nimi nie dowo­dził, co wzbu­dziło w mojej pani odrazę. Chyba sama miała ochotę prze­jąć przy­wódz­two.

Wysłano posłańca z ostrze­że­niem do guber­na­tora. Ale on wró­cił dopiero po dwóch dniach. Przez ten czas angiel­skie okręty stały w tym samym miej­scu.

Guber­na­tor poja­wił się wie­czo­rem, a pani, gdy tylko dowie­działa się o tym, natych­miast poszła się z nim zoba­czyć. Po powro­cie wyglą­dała na zagnie­waną, ale nic nie mówiła. Następ­nego ranka baas też wró­cił do domu.

Gdy sta­nął w drzwiach, pani stwier­dziła, że bar­dzo długo go nie było. A on odpo­wie­dział, że wró­cił naj­szyb­ciej, jak mógł. Na co ona, że guber­na­tor twier­dzi coś innego. Doszły ją słu­chy, że pan zatrzy­mał się w gór­nym brzegu rzeki. Spoj­rzała na niego z gnie­wem. Anglicy napa­dają jego rodzinę, a on robi sobie postój?

-?Tak wła­śnie było -?przy­znał z uśmie­chem. -?I powin­naś się z tego cie­szyć.

Słu­cha­jąc tych słów, popa­trzyła na niego surowo, ale on nie zwra­cał na to uwagi.

-?Pomyśl tylko -?mówił. -?Kiedy Stuy­ve­sant powie­dział, że przy­pły­nęli Anglicy, nie mia­łem poję­cia, jak sprawy stoją. Mia­łem pod­stawy przy­pusz­czać, że zdą­żyli wkro­czyć do mia­sta, zra­bo­wali nasze dobra i wygnali was z domu. Mia­łem pozwo­lić, żeby nasz ładu­nek, i to taki cenny, wpadł w ich łapy? To mógł być nasz jedyny mają­tek. Dla­tego posta­no­wi­łem scho­wać go w bez­piecz­nej kry­jówce. Pil­nuje go wódz indiań­skiej wio­ski, do któ­rej popły­ną­łem na oczach Stuy­ve­santa. Greet, znam tego India­nina od lat. Jest jedną z nie­wielu osób, któ­rym ufam. Zgo­dzisz się chyba ze mną, że towar powi­nien tam zostać, dopóki sprawy się nie unor­mują.

Pani nie ode­zwała się już ani sło­wem, a ja zoba­czy­łem, jak dobrym czło­wie­kiem jest baas, bo zawsze myśli o swo­jej rodzi­nie.

Tam­tego dnia w Nowym Amster­da­mie pano­wało wiel­kie zamie­sza­nie. Łodzie pły­wały w tę i z powro­tem, prze­wo­żąc listy mię­dzy dowódcą Angli­ków, koman­do­rem Nicol­l­sem, a guber­na­to­rem Stuy­ve­san­tem. Nikt nie wie­dział, co w tych listach napi­sano, a guber­na­tor nie zdra­dzał się ani sło­wem. Jed­nak angiel­skie okręty wciąż stały w prze­smyku.

Następ­nego dnia poszli­śmy z baasem i Janem na nabrzeże, gdzie zgro­ma­dził się już tłum ludzi. Wszy­scy poka­zy­wali na lewo, na Bro­oklyn. Obok przy­stani, gdzie zgro­ma­dziły się angiel­skie oddziały, widać było migo­ta­nie broni. Ktoś wska­zał pal­cem w kie­runku prze­smyku, mówiąc, że po zachod­niej stro­nie, na dużym wznie­sio­nym tere­nie nazy­wa­nym przez Holen­drów wyspą Sta­ten, Anglicy wysa­dzili jesz­cze wię­cej woj­ska.

Był tam też mein­heer Spring­steen.

-?W for­cie mamy stu pięć­dzie­się­ciu ludzi -?powie­dział do baasa. -?W mie­ście zbie­rzemy może kolej­nych dwu­stu pięć­dzie­się­ciu zdol­nych do walki. Razem z nie­wol­ni­kami da to co naj­wy­żej pię­ciu­set męż­czyzn. Dowódca Angli­ków ma dwa razy tyle wyszko­lo­nych żoł­nie­rzy. I podobno osad­nicy angiel­scy na dłu­giej wyspie też for­mują oddziały.

-?Mamy działo w for­cie -?zauwa­żył baas.

-?Ale mało pro­chu. I amu­ni­cji. Jeśli angiel­skie okręty pod­płyną bli­żej, roz­niosą nas w puch. -?Wziął baasa za ramię. -?Krążą pogło­ski, że zażą­dali pod­da­nia mia­sta i że Stuy­ve­sant nie chce ustą­pić.

Mein­heer Spring­steen odszedł, a wtedy Jan spy­tał ojca, czy Anglicy nas znisz­czą.

-?Wąt­pię, synu. Dla nich mamy więk­szą war­tość jako żywi. -?Roze­śmiał się. -?Cho­ciaż ni­gdy nic nie wia­domo -?dorzu­cił i poszedł poroz­ma­wiać z innymi kup­cami.

Po powro­cie do domu powie­dział pani, że żaden z kup­ców nie chce wal­czyć, a ona wpa­dła w złość i nazwała ich tchó­rzami.

Naza­jutrz przy­pły­nął Win­th­rop, guber­na­tor Con­nec­ti­cut. Widzia­łem go. Był niskim męż­czy­zną o śnia­dej cerze. Przy­wiózł kolejny list od koman­dora Nicol­lsa. Poszli ze Stuy­ve­san­tem do gospody, żeby się nara­dzić. Wszy­scy kupcy zgro­ma­dzili się już wów­czas na nabrzeżu, doma­ga­jąc się wia­do­mo­ści, więc baas do nich dołą­czył. Gdy wró­cił do domu, powie­dział, że jacyś kupcy dowie­dzieli się od ludzi Win­th­ropa, że Anglicy pro­po­nują Stuy­ve­san­towi bar­dzo dogodne warunki kapi­tu­la­cji; po odpły­nię­ciu Win­th­ropa kupcy zażą­dali, by Stuy­ve­sant poka­zał im list. Ale guber­na­tor podarł pismo i rzu­cił im je w twarz, co mocno ich roz­gnie­wało. Zebrali jed­nak kawałki i zło­żyli w całość, dzięki czemu dowie­dzieli się, że Anglicy pozwolą Holen­drom zacho­wać ich oby­czaje, majątki i dotych­cza­sowe życie, o ile guber­na­tor Stuy­ve­sant podda mia­sto. Wszy­scy gotowi byli przy­jąć takie warunki. Oczy­wi­ście z wyjąt­kiem Stuy­ve­santa.

Pani popie­rała go całym ser­cem.

-?Słusz­nie uczy­nił! -?krzy­czała. -?On jest tutaj jedy­nym praw­dzi­wym męż­czy­zną. -?Nazwała kup­ców sta­dem kun­dli, użyła też innych wyzwisk, któ­rych nie będę powta­rzał.

I wtedy na ulicy roz­legł się krzyk:

-?Anglicy nad­cho­dzą!

Wybie­gli­śmy z domu na nabrzeże i zoba­czy­li­śmy pły­nące w naszym kie­runku angiel­skie okręty. Po jakimś cza­sie zatrzy­mały się na wyso­ko­ści mia­sta, z wyce­lo­wa­nymi dzia­łami. Po pro­stu stały, poka­zu­jąc, co mogłyby zro­bić, gdyby tylko chciały.

Następ­nego dnia wszy­scy kupcy pod­pi­sali pety­cję naka­zu­jącą guber­na­to­rowi pod­da­nie mia­sta. Pani zapy­tała baasa, czy też ją pod­pi­sze, na co odpo­wie­dział:

-?Tak zro­bię.

Swój pod­pis zło­żył nawet syn Stuy­ve­santa, co musiało być bole­snym cio­sem dla guber­na­tora. Ale mimo to dowódca nie chciał ulec. Poszli­śmy do fortu, na murach stał samotny Stuy­ve­sant, a wiatr roz­wie­wał jego siwe włosy.

-?Do dia­bła! -?powie­dział baas. -?On chyba zamie­rza sam wystrze­lić z działa.

Zaraz potem zoba­czy­li­śmy dwóch pasto­rów, któ­rzy poszli bła­gać guber­na­tora, żeby tego nie robił, bo ścią­gnie nie­szczę­ście na wszyst­kich. W końcu, jako że byli duchow­nymi, udało im się go prze­ko­nać. W ten spo­sób Anglicy prze­jęli mia­sto.

* * *

Za oce­anem Anglicy byli tak uszczę­śli­wieni odnie­sio­nym zwy­cię­stwem, że wypo­wie­dzieli Holen­drom wojnę, licząc na zaję­cie ich kolej­nych posia­dło­ści. Ale wkrótce Holen­drzy się odpła­cili, odbie­ra­jąc im część boga­tych kolo­nii w tro­pi­kach. Następ­nego roku Lon­dyn nawie­dziła straszna zaraza, a mia­sto znisz­czył wielki pożar. Rok póź­niej Holen­drzy wpły­nęli Tamizą do Lon­dynu, prze­jęli naj­lep­szy kró­lew­ski okręt wojenny i zabrali go ze sobą. Anglicy byli wów­czas tak osła­bieni, że nie mogli się temu prze­ciw­sta­wić. Zawarli więc pokój. Holen­drzy dostali z powro­tem prze­jęte przez Angli­ków kolo­nie tro­pi­kalne, głów­nie ze względu na nie­wol­ni­ków i han­del cukrem. Za to Anglicy zatrzy­mali Man­hat­tan. Moja pani nie była z tego zado­wo­lona, ale baasowi to nie prze­szka­dzało.

-?Greet, my jeste­śmy tylko pion­kami w więk­szej grze -?tłu­ma­czył.

Koman­dor Nicolls, który został nowym guber­na­to­rem, powie­dział Holen­drom, że mogą opu­ścić mia­sto, jeśli taka jest ich wola, zara­zem obie­cał, że jeśli zostaną, to bez względu na oko­licz­no­ści ni­gdy nie będą musieli wal­czyć prze­ciwko Nider­lan­dom. Na cześć księ­cia Yorku zmie­nił nazwę mia­sta na Nowy Jork, a zie­mie wokół nazwał York­shire. Potem dał nam bur­mi­strza i radę mia­sta, tak jak w Anglii. Raj­cami zostali głów­nie holen­der­scy kupcy, nic więc dziw­nego, że byli bar­dziej zado­wo­leni z rzą­dów Nicol­lsa, który zawsze pytał ich o zda­nie, niż z rzą­dów Stuy­ve­santa. W dodatku Nicolls był bar­dzo miłym czło­wie­kiem -?kiedy widział moją panią na ulicy, zawsze uchy­lał kape­lu­sza. Zaczął też urzą­dzać w mie­ście wyścigi koni, co bar­dzo się ludziom spodo­bało.

Nie­długo potem na swoją bouwe­rie wró­cił guber­na­tor Stuy­ve­sant, który musiał był popły­nąć do Nider­lan­dów, żeby wytłu­ma­czyć się z utraty mia­sta. Koman­dor Nicolls potrak­to­wał go z wiel­kim sza­cun­kiem i wkrótce bar­dzo się zaprzy­jaź­nili. Angiel­ski guber­na­tor, gdy tylko mógł, jeź­dził na gospo­dar­stwo Stuy­ve­santa. Moja pani na­dal nie darzyła Angli­ków sym­pa­tią.

-?Nie mogę jed­nak zaprze­czyć -?mówiła -?że Nicolls jest uprzejmy.

Następny guber­na­tor był taki sam. Uru­cho­mił usługi pocz­towe do Bostonu. Oczy­wi­ście znaczna część zysku tra­fiała do niego. Boga­tym kup­com to nie prze­szka­dzało, ale bied­niejsi Holen­drzy, któ­rzy sta­no­wili więk­szość miesz­kań­ców, byli coraz bar­dziej nie­za­do­wo­leni z angiel­skich rzą­dów, głów­nie z powodu obec­no­ści żoł­nie­rzy, na któ­rych utrzy­ma­nie musieli łożyć.

* * *

Kiedy byłem chłop­cem, więk­szość nie­wol­ni­ków nale­żą­cych do Kom­pa­nii Zachod­nio­in­dyj­skiej pra­co­wała przy budo­wach. Nie­wol­nicy kup­ców zaj­mo­wali się ogrod­nic­twem i prze­ła­dun­kiem towa­rów na przy­stani. Nie­któ­rzy pły­wali też na stat­kach jako dodat­kowa załoga. Wśród nie­wol­ni­ków były rów­nież kobiety. Naj­czę­ściej słu­żyły w pral­niach albo wyko­ny­wały cięż­sze prace domowe, ale tylko nie­które goto­wały. Wie­czo­rami, po zapad­nię­ciu zmroku, można było zoba­czyć, jak idący ulicą męż­czyźni zaga­dują nie­wol­nice nad ogro­dze­niami domów. Jak się łatwo domy­ślić, owo­cem takich roz­mów bywały czę­sto dzieci. A wła­ści­cie­lom wcale to nie prze­szka­dzało, mimo że ich reli­gia potę­piała takie zacho­wa­nia. Przy­czyna była oczy­wi­sta.

Han­del nie­wol­ni­kami przy­no­sił duże zyski. Nie­wol­nika kupio­nego w Afryce sprze­da­wano na nabrzeżu na Man­hat­ta­nie za dzie­się­cio­krot­nie wyż­szą cenę, a w innych mia­stach jesz­cze dro­żej. Więc jeśli nawet pod­czas podróży część ładunku prze­pa­dała, to i tak kupiec świet­nie na tym zara­biał. Z tego wła­śnie powodu zarówno guber­na­to­rowi Stuy­ve­san­towi, jak i naszemu nowemu władcy, księ­ciu Yorku, bar­dzo zale­żało na tym, żeby Man­hat­tan stał się wiel­kim ryn­kiem han­dlu nie­wol­ni­kami. I rze­czy­wi­ście, za cza­sów Stuy­ve­santa i póź­niej do Nowego Amster­damu przy­wie­ziono setki nie­wol­ni­ków, część wprost z Afryki. Jedni zostali w naszych oko­li­cach, innych sprze­dano na plan­ta­cje w Wir­gi­nii. Gdy więc jakiś nie­wol­nik w Nowym Jorku miał dzieci, jego wła­ści­ciel cze­kał, aż pod­ro­sną, a potem je sprze­da­wał. Cza­sem je zatrzy­my­wał i przy­uczał do jakichś prac, a sprze­da­wał ich matkę, żeby ich za bar­dzo nie roz­piesz­czała.

W mie­ście było sporo mło­dych kobiet, więc coraz bar­dziej się nimi inte­re­so­wa­łem, a po przy­by­ciu Angli­ków bar­dzo chcia­łem stać się w końcu męż­czy­zną, jeśli wie­cie, co mam na myśli. Roz­glą­da­łem się więc, szu­ka­jąc jakiejś mło­dej nie­wol­nicy, za któ­rej przy­zwo­le­niem mógł­bym nabrać pew­nego doświad­cze­nia. W każdą nie­dzielę, gdy baas i wszyst­kie inne rodziny szli do kościoła, Murzyni wycho­dzili na ulice, żeby się tro­chę zaba­wić. To wła­śnie wtedy zawie­ra­łem zna­jo­mo­ści z dziew­czę­tami z innych czę­ści mia­sta. Pozna­łem nawet bli­żej dwie lub trzy, ale nic z tego nie wyszło. Dwu­krot­nie goniono mnie po ulicy, bo pró­bo­wa­łem wejść do domu wła­ści­ciela dziew­czyny, a jedna z nich dostała baty za to, że ze mną roz­ma­wiała. Sami więc widzi­cie, że nie było to łatwe.

Oczy­wi­ście w naszym mie­ście, jak w każ­dym por­cie, były też kobiety, które za odpo­wied­nią opłatą dawały męż­czyź­nie to, czego chciał. A ja mia­łem tro­chę pie­nię­dzy. Gdy baas był ze mnie zado­wo­lony, cza­sem dawał mi drobną monetę. Gdy mnie wynaj­mo­wał na cały dzień, co zda­rzało się dość czę­sto, odda­wał mi małą część należ­nej zapłaty. Odkła­da­łem te pie­nią­dze w bez­piecz­nym miej­scu. I pomy­śla­łem sobie, że mogę tro­chę wydać na damę, która uczyni ze mnie męż­czy­znę.

Któ­re­goś wie­czoru wymkną­łem się z domu i dołą­czy­łem do innych nie­wol­ni­ków. Zapro­wa­dzili mnie do pół­noc­nej czę­ści mia­sta, gdzie miesz­kało dużo czar­nych wyzwo­leń­ców.

Weszli­śmy do drew­nia­nego domu, więk­szego od innych, przy­po­mi­na­ją­cego gospodę. Wła­ści­ciel, wysoki męż­czy­zna, podał nam słod­kie ciastka i rum. W środku sie­działo kil­ku­na­stu Murzy­nów, nie­któ­rzy byli nie­wol­ni­kami. W kącie zoba­czy­łem śpią­cego starca w sło­mia­nym kape­lu­szu. To był ten sam męż­czy­zna, któ­rego w dzie­ciń­stwie spo­tka­łem na targu; wła­śnie po roz­mo­wie z nim posta­no­wi­łem, że kie­dyś będę wolny. Zapy­ta­łem wła­ści­ciela, kim jest.

-?To mój ojciec -?powie­dział.

Roz­ma­wia­li­śmy przez chwilę. Bar­dzo mi zaim­po­no­wał. Miał dom, tro­chę ziemi i robot­ni­ków, któ­rzy dla niego pra­co­wali. Był wolny jak biały czło­wiek i nie skar­żył się na brak pie­nię­dzy. Nazy­wał się Cudjo.

Popi­ja­łem sobie potem rum. Wtem zoba­czy­łem, że do domu wcho­dzi dziew­czyna mniej wię­cej w moim wieku. Usia­dła cicho w kącie obok śpią­cego starca, nie zwra­ca­jąc na sie­bie żad­nej uwagi. Zer­k­ną­łem na nią kilka razy, byłem cie­kaw, czy mnie zauwa­żyła. W końcu odwró­ciła głowę i spoj­rzała wprost na mnie. Wyda­wało mi się, że ma roze­śmiane oczy, uśmiech­nęła się do mnie cie­pło.

Już chcia­łem do niej podejść, ale Cudjo chwy­cił mnie za rękę.

-?Lepiej zostaw ją w spo­koju -?powie­dział cicho.

-?Dla­czego? -?spy­ta­łem. -?To twoja kobieta?

-?Nie.

-?Jesteś jej ojcem?

-?Nie. -?Pokrę­cił głową. -?To moja nie­wol­nica.

W pierw­szej chwili nie uwie­rzy­łem. Nie wie­dzia­łem, że czarni mogą posia­dać nie­wol­ni­ków. Wydało mi się dziwne, że czło­wiek, któ­rego ojciec otrzy­mał wol­ność, ma nie­wol­nicę. Ale tak wła­śnie było.

-?Szu­kasz kobiety, mło­dzień­cze? -?spy­tał Cudjo. Potwier­dzi­łem. -?A mia­łeś kie­dyś jakąś przy­ja­ciółkę? -?docie­kał.

Przy­zna­łem, że nie.

-?Pocze­kaj chwilę -?powie­dział i wyszedł.

Wró­cił nie­długo potem z młodą kobietą. Na moje oko miała jakieś dwa­dzie­ścia, może dwa­dzie­ścia pięć lat. Była nie­mal mojego wzro­stu, a jej powolny, swo­bodny krok zda­wał się mówić, że bez względu na to, jak czują się inni, ona jest z sie­bie zado­wo­lona. Usia­dła obok mnie na ławie i spy­tała, jak się nazy­wam. Roz­ma­wia­li­śmy przez chwilę, popi­ja­jąc. Potem spoj­rzała na Cudja i ski­nęła lekko głową.

-?Chodź ze mną, skar­bie -?powie­działa.

Wyszli­śmy. Kiedy sta­ną­łem w drzwiach, Cudjo rzu­cił z uśmie­chem:

-?Wszystko będzie dobrze!

Tej nocy zosta­łem męż­czy­zną.

W ciągu kolej­nych lat zawar­łem bliż­szą zna­jo­mość z wie­loma nie­wol­ni­cami w mie­ście. Kilka razy baas mówił, że jakiś mein­heer skarży się, bo jego nie­wol­nica jest przy nadziei i to moja sprawka. A nie­któ­rzy sąsie­dzi uwa­żali, że powi­nien wysłać mnie do pracy na jakieś gospo­dar­stwo za mia­stem. Ale tego nie zro­bił.

* * *

Na ogół sta­ra­łem się po równo zado­wo­lić baasa i panią. Ale cza­sem nie było to łatwe, bo nie zawsze zga­dzali się ze sobą.

Na przy­kład pani nie darzyła sym­pa­tią nie­któ­rych przy­ja­ciół baasa. Naj­pierw na jej nie­chęć zasłu­żył mein­heer Phi­lipse. Co było dość dziwne, bo był Holen­drem, a jego żona i moja pani przy­jaź­niły się ze sobą. No i byli bogaci. Ale pani mówiła, że jak dla niej mein­heer Phi­lipse za bar­dzo się zan­gielsz­czył i zapo­mniał, że jest Holen­drem. Jed­nak baas bar­dzo go lubił.

Kolejny taki zna­jomy poja­wił się w naszym życiu w nastę­pu­ją­cych oko­licz­no­ściach.

Baas uwiel­biał pły­wać po rzece. I zawsze zna­lazł jakiś pre­tekst, żeby wsiąść do łodzi. Cza­sem zabie­rał ze sobą rodzinę. Jed­nego razu popły­nę­li­śmy na małą wyspę u czubka Man­hat­tanu, nazy­waną Wyspą Orze­chową, zabra­li­śmy ze sobą wielki kosz z piciem i jedze­niem i spę­dzi­li­śmy tam całe popo­łu­dnie. A innym razem wybra­li­śmy się dalej, na drugą stronę zatoki, na Wyspę Ostryg.

Któ­re­goś dnia baas oznaj­mił, że jedzie do jakiejś wsi na dłu­giej wyspie i że Jan i ja mamy mu towa­rzy­szyć.

Wyru­szy­li­śmy z portu i popły­nę­li­śmy Rzeką Wschod­nią. Gdy zna­leź­li­śmy się na roz­wi­dle­niu i skie­ro­wa­li­śmy do kanału pro­wa­dzą­cego na wschód, woda zaczęła się burzyć tak gwał­tow­nie, że ogar­nął mnie strach. Nawet Jan pobladł, choć pró­bo­wał to ukryć. Ale baas roze­śmiał się tylko i rzekł:

-?To Wrota Pie­kieł, chłopcy. Nie bój­cie się.

Zaraz potem wody się uspo­ko­iły, a baas zwró­cił się do mnie:

-?Tu jest cie­śnina. A tam... -?wska­zał na lewo -?wybrzeże cią­gnie się aż do Con­nec­ti­cut i Mas­sa­chu­setts. Tam... -?wska­zał na prawo -?jest Długa Wyspa, ma sto mil. Cie­szysz się, że cię tu zabra­łem?

Ni­gdy w życiu nie widzia­łem tak pięk­nego miej­sca. Nad nami było czy­ste błę­kitne niebo; czu­łem na sobie pro­mie­nie słońca. Wszę­dzie wokół woda była spo­kojna, brzeg wzno­sił się łagod­nie, raz jako piasz­czy­sta plaża, kiedy indziej był poro­śnięty trzci­nami, a ponad falami szy­bo­wały stada pta­ków. Wyda­wało mi się, że zna­la­złem się w raju.

Po kilku godzi­nach dobi­li­śmy do małej wio­ski na wyspie nad cie­śniną. Na przy­stani zała­do­wa­li­śmy na łódź towary, które baas zamie­rzał sprze­dać w mie­ście. Koń­czy­li­śmy już pracę, gdy pod­szedł do nas jakiś męż­czy­zna. Był angiel­skim kup­cem. Przez chwilę przy­glą­dał się uważ­nie baasowi, wresz­cie powie­dział:

-?Nie sprze­da­łem wam kie­dyś srebr­nego dolara?

-?Rze­czy­wi­ście tak było -?potwier­dził baas.

Roz­ma­wiali potem chyba z pół godziny. Nie wszystko sły­sza­łem, ale byłem aku­rat w pobliżu, kiedy Anglik mówił, że dwa lata wcze­śniej oże­nił się i jest wielce szczę­śliwy, że przy­był tu z Lon­dynu. A gdy odpły­wa­li­śmy, baas powie­dział nowemu zna­jo­memu, żeby prze­niósł się do Nowego Jorku, bo tam będzie mu się dobrze wio­dło. Anglik przy­znał mu rację.

Na nazwi­sko miał Master. I w przy­szło­ści miał przy­spo­rzyć mojej pani wiele zgry­zot.

* * *

Pew­nego razu zaskar­bi­łem sobie wielką przy­chyl­ność mojej pani.

W ame­ry­kań­skich kolo­niach wszy­scy wie­dzieli, że o naszym losie decy­dują spory wład­ców za oce­anem. Pięć lat po zakoń­cze­niu ostat­niego zatargu Angli­ków z Holen­drami zaczęły się nowe pro­blemy. Tym razem dotknęło to naszą rodzinę.

Król Anglii Karol II utrzy­my­wał bli­skie sto­sunki ze swoim kuzy­nem Ludwi­kiem XIV, kró­lem Fran­cji. I cały czas pamię­tał lanie, które mu spra­wili Holen­drzy. Kiedy więc Ludwik zaata­ko­wał w 1672 roku Nider­landy, Karol dołą­czył do niego. Ale sprawy nie uło­żyły się po ich myśli, bo gdy wszyst­kie woj­ska fran­cu­skie wkro­czyły do Nider­lan­dów, Holen­drzy otwo­rzyli zapory, woda zalała tereny i Fran­cuzi nie mogli nacie­rać. Następ­nego lata doszły nas słu­chy, że wzdłuż wybrzeża płyną holen­der­skie okręty, paląc po dro­dze angiel­skie statki z tyto­niem i powo­du­jąc potężne zamie­sza­nie. Pod koniec lipca okręty sta­nęły na kotwicy przy wyspie Sta­ten.

W mie­ście miesz­kał już wtedy młody dżen­tel­men nazwi­skiem Leisler. O ile wiem, był Niem­cem, a po przy­by­ciu na Man­hat­tan oże­nił się z bogatą holen­der­ską wdową i odtąd pro­wa­dził udane inte­resy. Nosił się i zacho­wy­wał jak Holen­der, dla­tego miał u mojej pani pewne względy. Poja­wił się u nas z wizytą pod nie­obec­ność baasa. Sły­sza­łem, jak mówi mojej pani, że wiele osób zasta­na­wia się, czy nie przy­jąć cie­pło Holen­drów i nie powie­dzieć im, że jeśli mają taką wolę, to mogą wyrzu­cić Angli­ków z Man­hat­tanu.

-?Część kup­ców uważa, że należy wysłać posel­stwo na Sta­ten -?oznaj­mił. - Ale mar­twią mnie działa w for­cie. Ta czter­dzie­sto­sze­ścio­fun­towa armata mogłaby wyrzą­dzić wiele szkód holen­der­skim okrę­tom.

Po wyj­ściu Leislera pani wyglą­dała na zatro­skaną. Gdy baas wró­cił, o wszyst­kim mu opo­wie­działa. Znał już te plotki i kazał wszyst­kim pozo­stać w domu, a sam wyszedł, żeby dowie­dzieć się cze­goś wię­cej.

Nie­długo potem pani zawo­łała do mnie:

-?Quash, masz mło­tek?

Oczy­wi­ście, że mia­łem, w warsz­ta­cie na tyłach domu. Rozej­rzała się po warsz­ta­cie i zoba­czyła cien­kie, meta­lowe kołki, któ­rych baas uży­wał do przy­mo­co­wa­nia namiotu.

-?Je też zabierz -?powie­działa. -?I chodź ze mną.

Bałem się, nie wie­dząc, co baas na to powie, lecz nie śmia­łem zapro­te­sto­wać. Uda­li­śmy się do fortu.

Słońce stało już nisko, ale wszę­dzie krę­ciło się dużo ludzi. Kapi­tan fortu był na służ­bie. Miał żoł­nie­rzy, ale pró­bo­wał zebrać też ochot­ni­ków, któ­rzy stali teraz przy Bow­ling Green nie­da­leko fortu. Pani, nie zwa­ża­jąc na kapi­tana, weszła ze mną do fortu i przy­wo­łała kilku ochot­ni­ków. Razem było nas ze dwu­dzie­stu ludzi. Skie­ro­wała się wprost do armat i zanim kto­kol­wiek zdą­żył się zorien­to­wać, wzięła ode mnie mło­tek i zabrała się do wbi­ja­nia kołka do otworu zapa­ło­wego, żeby z działa nie dało się już wystrze­lić. Żoł­nie­rze zaczęli krzy­czeć, pró­bo­wali jej prze­szko­dzić, ale ona, nie zwa­ża­jąc na nic, wbiła kołek tak mocno, że nie dało się go wycią­gnąć. To się nazywa zagwoż­dże­nie działa.

Żoł­nie­rze byli wzbu­rzeni. Nie byli dobrze wyszko­lo­nym woj­skiem. Ruszyli ku nam, krzy­cząc do ochot­ni­ków, żeby powstrzy­mali moją panią. Ale ci, będąc Holen­drami, wcale się do tego nie kwa­pili. Moja pani zabrała się za dru­gie działo.

W tym momen­cie dobiegł do niej jakiś żoł­nierz, wyma­chu­jąc musz­kie­tem. Bez namy­słu rzu­ci­łem się na niego i go oba­li­łem. Ude­rzył głową o zie­mię tak mocno, że już się nie pod­niósł. Ale przy mnie wyrósł już drugi żoł­nierz i mie­rzył do mnie z wiel­kiego pisto­letu. Pocią­gnął za spust. Myśla­łem, że zginę. Na szczę­ście broń była licho nała­do­wana i nie wystrze­liła. Pani widziała to wszystko i krzyk­nęła na ochot­ni­ków, żeby zatrzy­mali innych żoł­nierzy. Tak też się stało.

Wybu­chło okropne zamie­sza­nie, żoł­nie­rze nie wie­dzieli, co robić, w for­cie gro­ma­dziło się coraz wię­cej ochot­ni­ków goto­wych przyjść mojej pani z pomocą, a kapi­tan odcho­dził od zmy­słów na widok tego, co się dzieje. Moja pani zagwoż­dżała kolejne działa, aż w końcu zabra­kło jej koł­ków. Zosta­wiła więc mło­tek ochot­ni­kom, mówiąc, że teraz oni mają się tym zająć.

Następ­nego dnia na otwar­tym tere­nie powy­żej muru wylą­do­wało sze­ściu­set holen­der­skich żoł­nie­rzy. Wma­sze­ro­wali do mia­sta, cał­kiem dużo Holen­drów wiwa­to­wało na ich widok, a angiel­ski kapi­tan musiał się pod­dać. Nie miał innego wyj­ścia.

Od tam­tej pory pani trak­to­wała mnie bar­dzo przy­chyl­nie. Tro­chę się bałem, że baas będzie na mnie zły za nie­wy­ko­na­nie jego pole­ce­nia i pój­ście do fortu, ale powie­dział tylko:

-?Pani mówi, że ura­to­wa­łeś jej życie.

-?Tak, panie.

Wtedy się roze­śmiał.

-?Chyba powi­nie­nem być ci wdzięczny.

I nie mia­łem z tego powodu żad­nych kło­po­tów.

* * *

W ten spo­sób Nowy Jork znów zna­lazł się w rękach Holen­drów. Tym razem nazwali go Nowe Oranje. Ale trwało to tylko rok. Po dru­giej stro­nie oce­anu nasi władcy zawarli nowy pakt i z powro­tem oddano nas Angli­kom, co wcale nie spodo­bało się pani.

Przez jakiś czas żyło nam się spo­koj­nie. Man­hat­tan znów nazy­wał się Nowy Jork, ale obecny guber­na­tor nazwi­skiem Andros mówił po nider­landzku i wspie­rał kup­ców, zwłasz­cza boga­tych. Kazał zasy­pać kanał bie­gnący przez mia­sto. Pani twier­dziła, że zro­bił to, bo kanał przy­po­mi­nał ludziom Amster­dam. Ale z rowu po pro­stu śmier­działo i według mnie to był główny powód. W tym miej­scu zro­biono piękną aleję, którą Anglicy nazwali Broad Street, ulicą sze­roką.

Wła­śnie w tym cza­sie w Nowym Jorku osie­dlił się pan Master, któ­rego pozna­li­śmy na Dłu­giej Wyspie. On i baas czę­sto robili razem inte­resy. Baas lubił swoje wyprawy po futra w górę rzeki, ale teraz szybko roz­wi­jał się han­del z plan­ta­cjami trzciny cukro­wej w Indiach Zachod­nich. Tym wła­śnie zaj­mo­wał się pan Master. Baas miał udziały w nie­któ­rych jego przed­się­wzię­ciach, podob­nie jak mein­heer Phi­lipse.

I baas zro­bił coś, co bar­dzo panią uszczę­śli­wiło. Jan był już w wieku do ożenku, więc baas wyswa­tał go z dziew­czyną z dobrej holen­der­skiej rodziny. Nazy­wała się Lys­bet Peter­sen i miała znaczny mają­tek. Widy­wa­łem ją w mie­ście, ale po raz pierw­szy roz­ma­wia­łem z nią w dniu, w któ­rym ogło­szono zarę­czyny.

-?To jest Quash -?powie­dział Jan, uśmie­cha­jąc się do mnie życz­li­wie, a młoda dama ski­nęła mi głową. Ucie­szyło mnie, gdy panna Clara dodała: - Quash był z nami zawsze. To mój naj­lep­szy przy­ja­ciel.

Młoda dama uśmiech­nęła się do mnie cie­pło, zro­zu­miaw­szy, że powinna mnie dobrze trak­to­wać.

Mia­łem też przy­jem­ność być na ich ślu­bie, widzia­łem uśmiech­nię­tego pastora, a baas i pani stali tuż obok sie­bie i byli bar­dzo szczę­śliwi.

* * *

Rok póź­niej przy­słu­ży­łem się baasowi w spo­sób, który miał odmie­nić moje życie.

W 1675 roku wybu­chło wiel­kie powsta­nie Indian. Dowo­dził nim wódz imie­niem Meta­com, cho­ciaż nie­któ­rzy mówili na niego król Filip. Nie bar­dzo wiem, co było zarze­wiem, ale w ser­cach Indian wez­brały gorycz i żal do bia­łych ludzi za ode­bra­nie im ziem. Naj­pierw zaczęły się nie­po­koje w Mas­sa­chu­setts i na dale­kich rubie­żach Con­nec­ti­cut, a nie­długo potem biali i India­nie zabi­jali się na potęgę. Miesz­kańcy Nowego Jorku byli prze­ra­żeni.

Bun­tow­ni­cze ple­miona nale­żały do rodziny Algon­ki­nów, więc było bar­dzo praw­do­po­dobne, że India­nie miesz­ka­jący wokół nas rów­nież dołą­czą do walki. Zostali już nieco wytrze­bieni, ale w gór­nym biegu rzeki i na Dłu­giej Wyspie było ich wciąż dużo.

Jed­nak guber­na­tor Andros wie­dział, co robić. Zebrał tych wszyst­kich Indian i kazał im przy­siąc, że nie przy­stą­pią do wojny. Więk­szość musiała zamiesz­kać w obo­zie pod mia­stem, żeby guber­na­tor miał na nich oko. Potem Andros udał się w górę rzeki do Mohaw­ków, obie­cał im dużo towa­rów, ale pod jed­nym warun­kiem: gdyby Algon­ki­no­wie wokół Nowego Jorku zaczęli się burzyć, Mohaw­ko­wie przy­będą i się z nimi roz­pra­wią. To był dobry pomysł, bo dzięki temu nie mie­li­śmy u sie­bie żad­nych nie­po­ko­jów.

W tam­tym okre­sie baas zabrał mnie w jedno miej­sce na środku Man­hat­tanu, gdzie obo­zo­wali India­nie. Powie­dział, że zna tych ludzi od dawna, jesz­cze z cza­sów, gdy pro­wa­dził z nimi han­del. Na skraju polany roz­sta­wili kilka wigwa­mów. Było tam bar­dzo ład­nie. W tra­wie rosły poziomki. Baas przez jakiś czas roz­ma­wiał z India­nami w ich języku. Widać było, że jego przy­jazd ich ucie­szył. Zauwa­ży­łem jed­nak, że nie­któ­rzy cho­ro­wali. Zaraz potem baas pod­szedł do mnie i powie­dział:

-?Quash, boisz się febry?

Febra poja­wiała się cza­sem w mie­ście. Kiedy mia­łem z osiem­na­ście lat, cho­roba była naprawdę groźna, umie­rały dzieci i starsi ludzie. Ale mnie ni­gdy nie dopa­dła.

-?Nie, nie boję się.

-?To dobrze. Zosta­niesz z tymi ludźmi przez jakiś czas i dopil­nu­jesz, żeby mieli wszystko, czego potrze­bują. Gdyby zabra­kło jedze­nia albo lekarstw, przy­je­dziesz do mnie do mia­sta.

Miesz­ka­łem tam przez bli­sko mie­siąc. Nie­które rodziny rze­czy­wi­ście ciężko prze­cho­dziły cho­robę. Zwłasz­cza jedna z kobiet, o nieco jaśniej­szej skó­rze niż reszta. Naj­pierw zmarł jej mąż, a potem o mało nie stra­ciła też dzieci. Ale pomo­głem jej zanieść dzieci nad rzekę, gdzie je ochło­dzi­li­śmy, a potem poje­cha­łem do mia­sta po płatki owsiane i inne rze­czy. Tak sobie myślę, że gdy­bym jej nie pomógł, to te dzieci też by umarły. Opo­wie­dzia­łem o tym baasowi, a on powie­dział, że dobrze się spra­wi­łem.

Ale gdy cho­roba minęła i wró­ci­łem do domu, ledwo prze­kro­czy­łem próg, nasko­czyła na mnie moja pani.

-?Tra­ci­łeś tylko czas na tych Indian! -?krzy­czała. -?Zaj­mij się swoją robotą, masz wysprzą­tać cały dom, bo przez ten mie­siąc zdą­ży­łeś go zapu­ścić. -?Wie­dzia­łem, że pogar­dza India­nami, ale to prze­cież nie moja wina, że im poma­ga­łem. Baas uspo­ka­jał mnie, żebym się tym nie przej­mo­wał, jed­nak pani już chyba zapo­mniała, że ura­to­wa­łem jej życie, bo przez jakiś czas odno­siła się do mnie bar­dzo chłodno.

Te wyda­rze­nia uświa­do­miły mi, że można prze­żyć z kimś całe życie, a i tak nie pozna się go do końca.

* * *

Z pew­no­ścią zaskar­bi­łem sobie wielką wdzięcz­ność baasa. Jakiś mie­siąc potem zawo­łał mnie do izby, w któ­rej zwy­kle pra­co­wał, i kazał zamknąć za sobą drzwi. Palił fajkę. Patrzył na mnie z powagą, więc przez chwilę myśla­łem, że cze­kają mnie kło­poty.

-?Quash -?ode­zwał się po jakiejś minu­cie albo dwóch. -?Nikt nie żyje wiecz­nie. Któ­re­goś dnia ja też umrę. Zaczą­łem się zasta­na­wiać, co się wtedy z tobą sta­nie.

Pomy­śla­łem, że będę zapewne potem pra­co­wał dla jego syna Jana. Ale nie odzy­wa­łem się, tylko słu­cha­łem z sza­cun­kiem.

-?Posta­no­wi­łem więc, że odzy­skasz wol­ność.

Nie mogłem uwie­rzyć wła­snym uszom. Dawno temu wszy­scy znani mi wyzwo­leńcy pra­co­wali dla Kom­pa­nii Zachod­nio­in­dyj­skiej. Rzadko się sły­szało, żeby pry­watni wła­ści­ciele wyzwa­lali swo­ich nie­wol­ni­ków.

Więc gdy to powie­dział, byłem wnie­bo­wzięty.

-?Dzię­kuję z całego serca, panie.

Przez chwilę pykał fajkę.

-?Ale dopóki żyję, będę cię potrze­bo­wał -?dorzu­cił. Musia­łem dziw­nie na niego spoj­rzeć, bo zaczął się śmiać. -?Pew­nie teraz zasta­na­wiasz się, ile mi jesz­cze zostało, co?

-?Nie -?zaprze­czy­łem, ale obaj wie­dzie­li­śmy, że to nie­prawda. Zaczął śmiać się jesz­cze gło­śniej.

-?No cóż, jesz­cze mi się nie śpie­szy na tam­ten świat -?powie­dział. A potem uśmiech­nął się dobro­tli­wie. -?Może będziesz musiał długo pocze­kać, ale nie zapo­mnę o tobie.

Uwie­rzy­łem, że któ­re­goś dnia spełni się moje marze­nie o wol­no­ści.

* * *

Nie spo­dzie­wa­łem się więc, że nie­długo potem będę miał powód do jesz­cze więk­szej rado­ści.

Po woj­nie z India­nami w Nowym Jorku znów zapa­no­wał spo­kój. Miesz­kali już wtedy u nas bogaci angiel­scy plan­ta­to­rzy, któ­rzy przy­byli z Bar­ba­dosu i innych miejsc. Zaj­mo­wali duże domy przy nabrzeżu Rzeki Wschod­niej, a niektó­rzy nie mówili nawet po nider­landzku. Ale Holen­drzy i tak trzy­mali się razem. W ogóle można było odnieść wra­że­nie, że guber­na­tor Stuy­ve­sant wciąż jest na sta­no­wi­sku, bo w mie­ście prze­wa­żały holen­der­skie domy, a na uli­cach sły­chać było głów­nie język nider­landzki.

Mein­heer Leisler był już wtedy ważną figurą w mie­ście, a Holen­drzy z niż­szych warstw bar­dzo go lubili. Czę­sto zaglą­dał też do mojej pani, zawsze był miły i schlud­nie ubrany, w kape­lu­szu miał pióro. Jego zain­te­re­so­wa­nie spra­wiało pani wielką przy­jem­ność. A to dla­tego, że - choć wciąż była piękną kobietą -?zbli­żała się do wieku, w któ­rym nie rodzi się już dzieci, i cza­sem była nieco przy­gnę­biona. Baas o tym wie­dział, więc zawsze był dla niej czuły i sta­rał się spra­wiać jej różne przy­jem­no­ści.

Nie­stety nie dało się tego powie­dzieć o panience Cla­rze. Po ślu­bie swo­jego brata moja uko­chana dziew­czynka zamie­niła się w potwora. Aż nie mogłem w to uwie­rzyć. Na pozór była wciąż tą samą śliczną jasno­włosą dziew­czynką. Mnie trak­to­wała dobrze, a do ojca odno­siła się pra­wie zawsze z sza­cun­kiem. Ale dla matki była dia­blicą. Gdy pani pro­siła ją o pomoc w goto­wa­niu albo pój­ście na targ, zaczy­nała narze­kać, że obie­cała odwie­dzić przy­ja­ciółkę, prze­cież matka o tym dobrze wie, a teraz się z nią nie liczy. Gdy pani coś powie­działa, panienka Clara od razu jej zaprze­czała. Gdy coś szło nie tak, winą obar­czała matkę. Cza­sem pani nie mogła tego wytrzy­mać. Baas brał Clarę na roz­mowę i gro­ził, że ją uka­rze. Ale wkrótce panienka znów zaczy­nała swoje fochy. Bar­dzo współ­czu­łem swo­jej pani.

Pew­nego dnia przy­szedł do nas pan Master w towa­rzy­stwie jed­nego z angiel­skich plan­ta­to­rów. Roz­ma­wiali po angiel­sku, ale zna­łem już wtedy tro­chę słów w tym języku, więc co nieco zro­zu­mia­łem.

Zaraz na początku baas popro­sił mnie po nider­landzku, żebym mu cze­goś poszu­kał. Speł­ni­łem pole­ce­nie. Popro­sił mnie o kolejną rzecz, którą rów­nie szybko zna­la­złem, przy oka­zji rzu­ci­łem jakąś uwagę, która go roz­śmie­szyła. Wró­ci­łem na swoje miej­sce. Zauwa­ży­łem jed­nak, że plan­ta­tor przy­gląda mi się uważ­nie, a potem mówi do baasa po angiel­sku, że nie powi­nien mnie tak łagod­nie trak­to­wać, bo na plan­ta­cjach mają z nie­wol­ni­kami wiele pro­ble­mów i jedy­nym na to spo­so­bem jest trzy­ma­nie broni pod ręką i wymie­rza­nie chło­sty za naj­mniej­szą zuchwa­łość. Wbi­łem wzrok w pod­łogę, uda­jąc, że nie rozu­miem, a baas roze­śmiał się i powie­dział, że sobie to zapa­mięta.

Ich roz­mowa doty­czyła nie­wol­ni­ków. Pan Master wró­cił wła­śnie do Nowego Jorku ze świe­żym ładun­kiem, miał też kilku Indian. Inne kraje skar­żyły się, że do nie­woli tra­fiają ich ludzie, więc guber­na­tor Andros wydał dekret, na mocy któ­rego na targu można sprze­da­wać tylko czar­nych - wszyst­kie kraje były zgodne, że Murzyni powinni być nie­wol­ni­kami. To jed­nak było dla pana Mastera pewną nie­do­god­no­ścią.

-?Zamie­rzam sprze­dać tych Indian w pry­watne ręce -?powie­dział. -?Mam ładną młodą Indiankę i pomy­śla­łem sobie, że zechce­cie ją kupić.

W tym momen­cie do pokoju weszła pani. Była bar­dzo ziry­to­wana, więc domy­śli­łem się, że panienka Clara znów wyrzą­dziła jej przy­krość. Pani cza­sem uda­wała, że nie rozu­mie angiel­skiego, ale tym razem zaczęła krzy­czeć:

-?Nie chcę w swoim domu żad­nych śmier­dzą­cych Indian! -?Potem zwró­ciła się do baasa: -?Ale potrzebna mi dziew­czyna do pomocy. Kup jakąś czarną.

Baas chęt­nie korzy­stał ze spo­sob­no­ści, żeby spra­wiać pani przy­jem­ność, więc już naza­jutrz kupił jej młodą nie­wol­nicę. Miała na imię Naomi.

* * *

Mia­łem wtedy jakieś trzy­dzie­ści lat. Naomi była o dzie­sięć lat młod­sza ode mnie. Ale jak na swój wiek była bar­dzo mądra. Miała okrą­głą twarz, była drobna i nieco pulchna, co aku­rat mi się podo­bało. Na początku czuła się w domu obco, więc nie­wiele mówiła. Ze mną jed­nak roz­ma­wiała. Dni mijały, a my zawie­ra­li­śmy ze sobą coraz bliż­szą zna­jo­mość, opo­wia­da­li­śmy sobie o swoim życiu. Ona miesz­kała wcze­śniej na plan­ta­cji, ale miała szczę­ście, bo pra­co­wała w domu jako słu­żąca. Gdy wła­ści­ciel plan­ta­cji po śmierci pierw­szej żony oże­nił się ponow­nie, nowa pani oznaj­miła, że chce mieć nowych nie­wol­ni­ków, a wszyst­kich sta­rych należy sprze­dać. W ten spo­sób Naomi tra­fiła do han­dla­rza, który przy­wiózł ją do Nowego Jorku, gdzie ceny za nie­wol­ni­ków były wyso­kie.

Powie­dzia­łem jej, że tra­fiła do dobrego domu, co ją tro­chę uspo­ko­iło.

Nie­źle nam się ze sobą ukła­dało. Cza­sem poma­ga­łem jej przy cięż­szych pra­cach, a gdy byłem zmę­czony, ona poma­gała mnie. Kiedy przez kilka dni cho­ro­wa­łem, opie­ko­wała się mną. Była bar­dzo dobra i z tego powodu zaczą­łem darzyć ją coraz więk­szym uczu­ciem.

Pomy­śla­łem nawet, że mogłaby zostać moją żoną.

Ni­gdy nie narze­ka­łem na brak przy­ja­ció­łek. Mia­łem zna­jome w mie­ście, ale szcze­gól­nie chęt­nie zaglą­da­łem do dziew­czyny, która miesz­kała w małej wio­sce nad Rzeką Wschod­nią nie­da­leko Świń­skiej Wyspy. Nazy­wała się Vio­let. Let­nimi wie­czo­rami, kiedy baas już mnie nie potrze­bo­wał, wymy­ka­łem się do niej. Vio­let miała kil­koro dzieci -?być może byłem ojcem któ­re­goś.

Ale Naomi była inna niż te kobiety. Zale­żało mi na niej. Gdy­bym miał zawrzeć z nią zwią­zek, musiał­bym się ustat­ko­wać, a wcze­śniej nie przy­cho­dziło mi to do głowy. Więc przez jakiś czas pil­no­wa­łem się, aby nasza przy­jaźń nie prze­ro­dziła się w nic głęb­szego. Wkrótce zauwa­ży­łem, że moje zacho­wa­nie ją zasta­na­wia, ale nic nie mówiła, a ja nie zwie­rza­łem się jej ze swo­ich prze­my­śleń.

Pew­nego wie­czoru, a było to zimą, zoba­czy­łem, że Naomi cała się trzę­sie. To była jej pierw­sza zima w Nowym Jorku. Pocho­dziła z cie­płych kra­jów, nie spo­dzie­wała się więc, że będzie mar­z­nąć. Usia­dłem obok niej i oto­czy­łem ją ramie­niem. I oczy­wi­ście na tym się nie skoń­czyło. Po tam­tej nocy dość szybko zaczę­li­śmy żyć z sobą jak mąż i żona.

Baas i pani musieli o tym wie­dzieć, ale nic nie mówili.

* * *

Przy­szła wio­sna. Któ­re­goś dnia baas zabrał mnie ze sobą w górę Rzeki Hud­sona. Zawsze chcia­łem zoba­czyć tę wielką rzekę, więc wyjazd mnie ucie­szył, mimo że ozna­czał roz­łąkę z Naomi. Zazwy­czaj baas wypra­wiał się na pół­noc kilka tygo­dni póź­niej, ale Clara i pani cią­gle się ze sobą kłó­ciły, więc podej­rze­wam, że chciał mieć od nich tro­chę spo­koju.

Tuż przed naszym wyjaz­dem baas i pani odbyli przy­krą roz­mowę. Pani ni­gdy nie lubiła wypraw męża, a teraz zaczęła go winić za zacho­wa­nie Clary. Zamknęli drzwi, więc nie wszystko sły­sza­łem, ale gdy odbi­li­śmy od brzegu, baas patrzył w zie­mię i pra­wie się nie odzy­wał.

Miał na sobie swój wam­pum. Zauwa­ży­łem już wcze­śniej, że zakłada go zawsze, gdy wybiera się w górę rzeki. Podej­rze­wam, że poda­ro­wał mu go jakiś indiań­ski wódz.

Mie­li­śmy czte­rech wio­śla­rzy; baas oddał mi rum­pel. Po godzi­nie od wypły­nię­cia z przy­stani wró­cił mu dobry nastrój. Mie­li­śmy prze­ciwko sobie odpływ i wiatr, więc tego dnia prze­by­li­śmy nie­wielką odle­głość, ale baas się tym nie mar­twił. Chyba po pro­stu był szczę­śliwy, że znów jest na szlaku. Wciąż widzie­li­śmy w tyle Man­hat­tan, gdy przy­bi­li­śmy do brzegu na biwak.

Następ­nego dnia, gdy nie odpły­nę­li­śmy jesz­cze daleko, baas spo­gląda na mnie i mówi:

-?Coś mi się wydaje, Quash, że wzią­łeś sobie Naomi za żonę. Nie wiesz, że powi­nie­neś zapy­tać mnie o zgodę?

-?Chyba nie można jej nazwać moją żoną -?odpo­wie­dzia­łem. -?Żeby mieć żonę, trzeba wziąć ślub w kościele. -?Byłem cie­kaw, co na to odrzek­nie.

-?Anglicy mają na to odpo­wied­nie okre­śle­nie. Ponie­waż miesz­ka­cie razem jak mał­żon­ko­wie, to zgod­nie z angiel­skim pra­wem, któ­remu prze­cież powin­ni­śmy pod­le­gać, należy ją nazy­wać twoją kon­ku­biną. A więc - uśmiech­nął się -?masz być dla niej dobry.

-?Więc nie jeste­ście na mnie źli, panie? -?spy­ta­łem. Pokrę­cił głową z uśmie­chem. -?A pani?

-?Nie bój się. -?Wes­tchnął. -?Przy­naj­mniej w tym się zga­dzamy.

Przez jakiś czas patrzył na rzekę, wysta­wia­jąc twarz do wia­tru. Przy­glą­da­łem mu się, chcąc zgad­nąć, czy na­dal jest w dobrym humo­rze. W końcu odwró­cił się do mnie z uśmie­chem.

-?Panie, mogę was o coś zapy­tać?

-?Pytaj.

-?Sprawa jest taka. Powie­dzie­li­ście mi, że któ­re­goś dnia będę wolny. Ale Naomi na­dal będzie nie­wol­nicą, mimo że jest moją kon­ku­biną.

Mil­czał.

-?Bo widzi­cie, panie, zasta­na­wiam się, co będzie, jeśli tak się zda­rzy, że uro­dzą nam się dzieci.

Na­dal nie odpo­wia­dał, a po chwili ski­nął głową jakby do swo­ich myśli.

-?No cóż, Quash -?rzekł w końcu. -?To wymaga namy­słu.

Zro­zu­mia­łem, że nie chce roz­ma­wiać na ten temat.

* * *

Jesz­cze tego samego popo­łu­dnia przy­bi­li­śmy do brzegu. Była tam indiań­ska wio­ska. Baas kazał mi zostać w łodzi, a sam poszedł poroz­ma­wiać z India­nami. Nie było go dość długo, a kiedy wró­cił, wsiadł i kazał wio­śla­rzom ruszać w górę rzeki. Widać było, że coś go gnębi, więc sie­dzia­łem cicho i pil­no­wa­łem steru.

Po pół­go­dzi­nie, gdy minę­li­śmy zakręt, ode­zwał się do mnie:

-?Pamię­tasz te indiań­skie dzieci, któ­rym ura­to­wa­łeś życie?

-?Tak, panie.

-?Ich matka zmarła. Na febrę.

Ta kobieta była mi obo­jętna, ale wło­ży­łem dużo wysiłku, żeby ura­to­wać jej dzie­ciaki, więc spy­ta­łem, czy im nic się nie stało.

-?Nie -?powie­dział. -?Dzieci żyją.

-?To dobrze.

* * *

Wie­czo­rem roz­bi­li­śmy obo­zo­wi­sko. Zje­dli­śmy razem posi­łek przy ogni­sku, baas, ja i czte­rej wio­śla­rze. Baas zawsze dobrze trak­to­wał swo­ich ludzi. Sza­no­wali go, a on potra­fił usiąść z nimi i pożar­to­wać. I nawet jeśli miał inne sprawy na gło­wie, zawsze poświę­cił im choć chwilę.

Tym razem zabrał ze sobą dobre zapasy i beczułkę piwa. Gdy już się naje­dli­śmy i tro­chę popi­li­śmy, wszy­scy zaczęli sobie ze mnie żar­to­wać, że niby wzią­łem sobie kobietę. I tak roz­mowa zeszła na kobiety w ogóle. Jeden z wio­śla­rzy roze­śmiał się i przy­znał, że boi się mojej pani.

-?Nie chciał­bym popaść u niej w nie­ła­skę -?powie­dział. Zupeł­nie nie­po­trzeb­nie to powie­dział, zwa­żyw­szy na to, że przed odjaz­dem moi pań­stwo się pokłó­cili. Zauwa­ży­łem, że baas spo­sęp­niał, ale zaraz się uśmiech­nął.

-?Naj­le­piej nie nara­żać się żad­nej kobie­cie -?rzu­cił żar­to­bli­wie. Wszy­scy się z nim zgo­dzili. Zaraz potem dodał: -?Chyba czas pójść spać.

Wkrótce wszy­scy w obo­zo­wi­sku drze­mali, ja też się poło­ży­łem.

Lecz baas nie mógł zasnąć. Sie­dział przy ogniu, wpa­tru­jąc się w rzekę. Wyglą­dał na zatro­ska­nego, więc pomy­śla­łem, że roz­my­śla o przy­krej sprzeczce z żoną. Nie odzy­wa­łem się.

Sie­dział tak dosyć długo. Ogień powoli przy­ga­sał. Gwiazdy nad rzeką świe­ciły jasno, ale tu i tam prze­sła­niały je chmury; po jakimś cza­sie lekki wiatr zaczął szu­mieć wśród drzew, deli­kat­nie, jakby szep­tał. Ten dźwięk był kojący jak koły­sanka, gdy się w niego wsłu­chi­wa­łem. Ogar­nęła mnie sen­ność. Ale baas wcale nie szy­ko­wał się do snu.

Chcia­łem odcią­gnąć jego myśli od przy­krych spraw, żeby mógł w końcu zasnąć, więc powie­dzia­łem:

-?Posłu­chaj­cie wia­tru, panie.

-?Jesz­cze nie śpisz? -?spy­tał.

-?Może to wam pomoże zasnąć.

-?Może.

-?Ten wiatr jest taki cichy -?mówi­łem dalej. -?Jakby jakiś głos uno­sił się wśród sosen. Spró­buj­cie, panie, na pewno uda się wam go usły­szeć.

Mil­czał. Ale po chwili zoba­czy­łem, że prze­chy­lił głowę, więc może nasłu­chi­wał? A gdy przez jakiś czas nie ruszał się, uzna­łem, że zasnął. Jed­nak po chwili wstał powoli i spoj­rzał ku mnie.

Uda­wa­łem, że śpię.

Baas ruszył w ciem­no­ściach wzdłuż rzeki.

Długo leża­łem, cze­ka­jąc na jego powrót. W końcu zaczą­łem się nie­po­koić. W lasach było dużo niedź­wie­dzi, cho­ciaż gdyby bestia odwa­żyła się zaata­ko­wać, usły­szał­bym krzyk. Ale gdy baas na­dal nie wra­cał, wsta­łem i posze­dłem za nim. Stą­pa­łem bar­dzo ostroż­nie, nie wyda­jąc żad­nego szmeru. Ni­gdzie go nie było. Nie chcia­łem go wołać, więc nie pozo­sta­wało nic innego, jak iść dalej. Prze­sze­dłem chyba pół mili, gdy go w końcu zoba­czy­łem.

Sie­dział na skrawku trawy nad wodą, nad nim świe­ciły gwiazdy. Obej­mo­wał ramio­nami przy­ci­śnięte do piersi kolana. Pła­kał. Cały się trząsł i zano­sił się szlo­chem. Ni­gdy nie widzia­łem, żeby męż­czy­zna tak łkał. Nie mia­łem śmia­ło­ści pójść dalej, ale nie chcia­łem zosta­wiać go w tym sta­nie, więc zatrzy­ma­łem się, a on pła­kał, jakby serce miało mu pęk­nąć. Minęło dość dużo czasu, wiatr przy­brał na sile, ale on tego nie zauwa­żał. A potem wiatr ustał i pod gwiaz­dami zapa­no­wała nie­sa­mo­wita cisza. Baas uspo­koił się tro­chę. Nie chcia­łem, żeby mnie zoba­czył, więc odda­li­łem się nie­po­strze­że­nie.

Wró­ci­łem do ogni­ska i pró­bo­wa­łem zasnąć, ale jed­no­cze­śnie wycze­ki­wa­łem, czy nie usły­szę jego kro­ków. Poja­wił się w obo­zie tuż przed świ­tem.

* * *

Pły­nę­li­śmy Rzeką Hud­sona przez kolejne dni, po dro­dze zaglą­da­li­śmy do wio­sek Mohaw­ków z drew­nia­nymi domami i pali­sa­dami. Baas kupił od nich bar­dzo dużo skór. A gdy tylko wró­ci­li­śmy, wbie­głem do domu, żeby przy­wi­tać się z Naomi. Uśmiech­nęła się do mnie i powie­działa, że będziemy mieli dziecko, co mnie wielce ura­do­wało. A nie­długo potem nawie­dziła mnie myśl, że jeśli to będzie chło­piec, dam mu na imię Hud­son, na pamiątkę mojej wyprawy.

Dowie­dzia­łem się też od Naomi, że tego ranka pani i Clara bar­dzo się pokłó­ciły i dziew­czyna wybie­gła z domu.

-?Pani jest w okrop­nym humo­rze -?uprze­dziła mnie Naomi.

Baas wszedł do salonu, a ja aku­rat prze­cho­dzi­łem obok otwar­tych drzwi, więc usły­sza­łem, jak mówi pani o futrach kupio­nych u Mohaw­ków, ale ona nic na to nie odpo­wie­działa.

-?Gdzie Clara? -?spy­tał.

-?Wyszła. -?Umil­kła na chwilę. -?Podej­rze­wam, że zaj­rza­łeś też do swo­ich indiań­skich przy­ja­ciół.

-?Tylko na krótko -?przy­znał. -?Nie mieli futer.

Pani się nie ode­zwała.

-?A skoro już o nich mowa. Biała Łania nie żyje -?powie­dział baas.

Sta­łem przy drzwiach już od dobrych paru chwil i pomy­śla­łem, że lepiej będzie, jak sobie pójdę, ale usły­sza­łem jesz­cze głos pani:

-?I po co mi to mówisz? Prze­cież to była tylko śmier­dząca Indianka.

Po tych sło­wach zapa­dła cisza. W końcu baas ode­zwał się cichym gło­sem:

-?Jesteś okrutna. Jej matka była lep­szą kobietą niż ty.

Usły­sza­łem, że zbliża się do drzwi, więc odda­li­łem się pośpiesz­nie.

Od tam­tej pory sto­sunki mię­dzy nimi zro­biły się chłodne, jakby coś umarło.

* * *

Póź­niej czę­sto roz­my­śla­łem o tych sło­wach i chyba odga­dłem, co zna­czyły. Ale nie­szcze­gól­nie mnie to obcho­dziło. Trosz­czy­łem się przede wszyst­kim o swoją rodzinę.

Z każ­dym mija­ją­cym rokiem coraz moc­niej docie­rało do mnie, jakim szczę­ścia­rzem byłem, żeniąc się z Naomi. Cały czas ciężko pra­co­wała w domu, nawet gdy miała wielki brzuch, ale ni­gdy się nie skar­żyła. Wie­dzia­łem, ile ma do roboty, więc poma­ga­łem jej, gdy tylko mogłem. A ona zawsze miała dla mnie miły uśmiech. Mówi­li­śmy sobie o wszyst­kim, a uczu­cie, które nas łączyło, było coraz sil­niej­sze, po kilku latach nie umia­łem sobie wyobra­zić życia bez niej.

Mały Hud­son był chyba naj­bar­dziej ruchli­wym dziec­kiem na świe­cie. Uwiel­bia­łem się z nim bawić, a baas też cza­sem do nas dołą­czał. Hud­son myślał chyba przez jakiś czas, że baas jest jego dziad­kiem czy kimś takim. Kiedy miał dwa latka, Naomi uro­dziła dru­gie dziecko, dziew­czynkę. Ale to maleń­stwo było bar­dzo słabe i umarło. Jed­nak po dwóch latach uro­dziła kolejną córeczkę, dali­śmy jej na imię Mar­tha. Miała okrą­głą buzię jak jej mama, a gdy dora­stała, widać było, że odzie­dzi­czyła po niej także cha­rak­ter.

Czas pły­nął szybko i wkrótce Hud­son skoń­czył pięć lat. Nic, tylko wszę­dzie bie­gał. Baas mówił, że nie daje rady go dogo­nić. A Naomi mówiła, że Hud­son jest podobny do mnie. Sadza­łem go sobie na ramiona i zabie­ra­łem do mia­sta, gdy mia­łem jakieś sprawy do zała­twie­nia. A gdy tylko czas na to pozwa­lał, szli­śmy na nabrzeże, bo uwiel­biał patrzeć na statki. Naj­bar­dziej był zachwy­cony, gdy sły­chać było łopot sta­wia­nych żagli.

Pew­nego dnia pan Master, który przy­szedł do nas z wizytą, zapy­tał Hud­sona, co chciałby kie­dyś robić. A Hud­son na to, że chciałby być żegla­rzem.

-?Ha! -?zawo­łał pan Master do baasa. -?W takim razie powi­nien pra­co­wać u mnie.

Baas się roze­śmiał. Ale ja przy­po­mnia­łem sobie te wszyst­kie ładunki nie­wol­ni­ków, któ­rych pan Master spro­wa­dzał do Nowego Jorku, i pomy­śla­łem, że nie chcę, by mój syn pły­wał na takich stat­kach.

Mar­tha była naj­czul­szym dziec­kiem. Gdy wra­ca­łem do domu, rzu­cała mi się na szyję i mówiła, że nie puści, dopóki nie opo­wiem jej jakiejś bajki. Nie zna­łem żad­nych bajek, więc musia­łem je wymy­ślać. I wkrótce opo­wia­da­łem jej histo­rie o wiel­kim myśli­wym imie­niem Hud­son, który miał bar­dzo mądrą sio­strę Mar­thę. I oboje prze­ży­wali nie­zwy­kłe przy­gody w lasach peł­nych dzi­kich zwie­rząt.

* * *

W tym samym cza­sie baas zna­lazł dla Clary odpo­wied­niego męża. Oboje z panią byli chyba zado­wo­leni, że mogą pozbyć się córki z domu. Pani była uszczę­śli­wiona, że baas wybrał porządną holen­der­ską rodzinę. Ślubu udzie­lił panience pastor, w holen­der­skim kościele, tak jak Janowi. Pań­stwo mło­dzi zamiesz­kali na Dłu­giej Wyspie, więc nie widy­wa­li­śmy panienki zbyt czę­sto. Ale pani od czasu do czasu jeź­dziła do Clary, a ich rela­cje bar­dzo się popra­wiły.

Baas i pani miesz­kali pod jed­nym dachem, ale każde z nich miało swoje życie, więc nawet się ze sobą nie kłó­cili.

Za to baas bar­dzo zaprzy­jaź­nił się z panem Maste­rem. Pan Master nale­żał do tych ludzi, któ­rych czas się nie ima. Wciąż miał taką samą pocią­głą twarz, jasne włosy i nie­bie­skie oczy i tylko zmarszczki na twa­rzy zdra­dzały jego wiek. Miał przy­jemne maniery i zawsze był czymś zajęty. Gdy przy­cho­dził, za każ­dym razem mówił:

-?Dobry z cie­bie czło­wiek, Quash. -?I patrzył na mnie tymi swo­imi nie­bie­skimi oczami. A cza­sem mówił do baasa: -?Quash to mój przy­ja­ciel. Prawda, Quash?

A ja odpo­wia­da­łem:

-?Tak, panie.

W tam­tym cza­sie angiel­scy guber­na­to­rzy, chcąc zapew­nić sobie przy­chyl­ność boga­tych holen­der­skich rodów i czer­pać z nich pro­fity, roz­da­wali hojną ręką nada­nia ziem­skie. Angiel­skim kup­com też się dobrze wio­dło. Pan Master nama­wiał baasa do naby­cia ziemi. Bo w Anglii, mawiał, dżen­tel­me­nem jest tylko ten, kto ma dużo grun­tów. A inni ważni pano­wie, jak mein­heer Phi­lipse i van Cor­tland­to­wie, do któ­rych nale­żały duże posia­dło­ści na pół­noc od mia­sta, robili wszystko, żeby jak naj­szyb­ciej stać się dżen­tel­me­nami. Ich żony upi­nały sobie włosy i wkła­dały piękne suk­nie, które spłasz­czały brzu­chy i wypy­chały biust.

Widzia­łem, że baas coraz bar­dziej skła­nia się do tego pomy­słu. Jan też cza­sem mówił, że powinni kupić tro­chę ziemi. Ale pani tego nie pochwa­lała. Na­dal nosiła pro­sty, okrą­gły cze­pek i luźną suk­nię jak inne Holen­derki. Ale holen­der­skie damy kochały klej­noty jesz­cze bar­dziej niż Angielki. Nasza pani miała w uszach wiel­kie kol­czyki i pier­ścio­nek na każ­dym palcu. I cały czas paliła fajkę.

A wszystko, co angiel­skie, budziło jej coraz więk­szą nie­chęć."To naród godny pogardy -?mawiała. -?Pozwa­lają, by rzą­dzili nimi papi­ści".

Wyszło bowiem na jaw, że nasz władca, książę Yorku, przez cały czas był kato­li­kiem. Ludzie podej­rze­wali, że król Karol II też jest w tajem­nicy kato­li­kiem, ale on zaprze­czył. Książę Yorku tego nie ukry­wał. Wspie­rał kato­li­ków, a nawet wysłał do Nowego Jorku kato­lic­kiego guber­na­tora. W naszym mie­ście można było wyzna­wać dowolną reli­gię. A mówią nawet, że połowa miesz­kań­ców w nic nie wie­rzyła. Ale wszy­scy bali się kato­li­ków.

Ten kato­licki guber­na­tor ogło­sił, że w całej pro­win­cji będą się odby­wać wolne wybory i że bez zgody tych, któ­rzy zostaną wybrani, nie będą pod­no­szone podatki. Więc nawet część reli­gij­nych Holen­drów uznała, że nie jest taki zły. Ale na mojej pani nie zro­biło to żad­nego wra­że­nia.

-?Angli­kowi nie wolno ufać -?oznaj­miła. -?Tak samo jak papi­ście.

* * *

Koniec 1684 roku był wyjąt­kowo mroźny. Wielki staw na pół­noc od mia­sta zamarzł na całe trzy mie­siące. Baas, podob­nie jak więk­szość Holen­drów, lubił jeź­dzić na łyż­wach, dla­tego pew­nego ranka wybra­li­śmy się na śli­zgawkę z Janem i jego dwiema córecz­kami.

Jan pra­co­wał u swo­jego ojca, ale wtedy naj­lep­szym inte­re­sem było desty­lo­wa­nie rumu z melasy. Już od jakie­goś czasu na wyspie Sta­ten dzia­łała gorzel­nia, ale Jan wspól­nie z panem Maste­rem zało­żył w mie­ście nową. Han­dlo­wał też alko­ho­lami spro­wa­dza­nymi z Holan­dii, mię­dzy innymi ginem, który nazy­wał się Gene­ver.

Nad staw wybrała się też pani i panienka Clara z mężem. Nie mieli dzieci, ale panienka wyglą­dała pięk­nie jak ni­gdy. Baas poka­zał wszyst­kim dzie­ciom, także mojemu Hud­so­nowi, jak się jeź­dzi na łyż­wach, a pani cią­gle się uśmie­chała i powie­działa, że ci wszy­scy ludzie na wiel­kim sta­wie wyglą­dają jak na holen­der­skim obra­zie. Nie prze­szka­dzało jej nawet, gdy poja­wił się pan Master z rodziną.

Pan Master miał syna imie­niem Henry, który w tam­tym cza­sie musiał mieć jakieś osiem­na­ście lat. Był bar­dzo podobny do swo­jego ojca. A kiedy zoba­czył panienkę Clarę, pięk­nie zaru­mie­nioną od mroź­nego powie­trza, nie mógł ode­rwać od niej oczu. I razem jeź­dzili na łyż­wach. Nawet panią to roz­ba­wiło.

-?Ten chło­pak się w tobie zako­chał -?powie­działa do córki.

Ten rado­sny dzień na zawsze zapi­sał się w mojej pamięci.

* * *

Nie­szczę­ście przy­szło w 1685 roku. Wieść roz­nio­sła się po Nowym Jorku lotem bły­ska­wicy. Zmarł Karol II, a na tro­nie zasiadł jego brat, książę Yorku. Jakub II, kato­lik.

Nowy Jork miał kato­lic­kiego króla. Który natych­miast prze­ka­zał rządy kato­li­kom. A potem podarł doku­ment usta­na­wia­jący wybory w naszej pro­win­cji.

-?A nie mówi­łam! -?zży­mała się pani. -?Ni­gdy nie wolno ufać kato­li­kowi.

Ale nie to było naj­gor­sze. Król Ludwik IV posta­no­wił wygnać z Fran­cji wszyst­kich pro­te­stan­tów. A było ich naprawdę wielu. Musieli pako­wać doby­tek i ucie­kać. Część udała się do Nider­lan­dów, a wkrótce zaczęli też przy­by­wać do Nowego Jorku. Mówili na nich huge­noci.

Pew­nego dnia zawi­tał do nas mein­heer Leisler w towa­rzy­stwie jed­nego z nich, mon­sieur Jaya. To mon­sieur Jay powie­dział nam, że król Jakub wysłał kró­lowi Ludwi­kowi list z gra­tu­la­cjami. I że w Anglii wzbie­rało nie­za­do­wo­le­nie z władcy. Baas był wstrzą­śnięty, a pani od tej pory roz­ma­wiała tylko o tym. Mówiła, że Anglicy powinni się zbun­to­wać i wygnać króla. Tak wła­śnie zro­bili Holen­drzy, będąc pod pano­wa­niem hisz­pań­skiego króla. Jed­nak baas zauwa­żył, że Anglicy będą woleli pocze­kać. Jakub nie miał syna, a jego obie córki były pro­te­stant­kami. W swoim cza­sie, powta­rzał baas, wszystko wróci do normy. Ale pani wcale nie była tym usa­tys­fak­cjo­no­wana.

Przez następne dwa lata wszy­scy w Nowym Jorku narze­kali na króla.

Któ­re­goś dnia wio­sną 1689 roku pani wpa­dła do domu z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy, mówiąc, że Anglicy wygnali Jakuba II z kraju.

-?Stała się wola boska! -?zawo­łała.

A wszystko z powodu dziecka. Po wielu latach kró­lowi nagle uro­dził się syn, który miał zostać kato­li­kiem.

-?Tego już nawet Anglicy nie zdzier­żyli -?stwier­dziła pani.

Wygnali go nie­mal natych­miast i posłali po jego star­szą córkę Marię. Nazwali to "chwa­lebną rewo­lu­cją".

-?Maria jest nie tylko pro­te­stantką, ale też żoną Wil­helma, władcy Nider­lan­dów -?mówiła. -?A teraz będą wspól­nie rzą­dzić Anglią. -?Nie­mal tań­czyła z rado­ści na myśl o tym, że znowu tra­fi­li­śmy pod holen­der­skie pano­wa­nie.

Nie­długo po chwa­leb­nej rewo­lu­cji dotarły do nas wie­ści, że Holen­drzy i Anglicy wypo­wie­dzieli wojnę kró­lowi Fran­cji Ludwi­kowi. Ludzie nazwali to wojną króla Wil­helma. Oba­wia­li­śmy się, że fran­cu­scy kato­licy z pół­nocy zmó­wią się z Iro­ke­zami i dotrą aż do Nowego Jorku. Rze­czy­wi­ście, razem zaata­ko­wali kilku holen­der­skich osad­ni­ków w gór­nym biegu rzeki. Ale dla kup­ców takich jak baas i pan Master wojna sta­no­wiła też oka­zję do zarobku.

Zawsze będę pamię­tał ten sło­neczny dzień, gdy baas zabrał nas na nabrzeże. Pozwo­lił mi wziąć ze sobą Hud­sona. Na miej­scu cze­kali już na nas Jan, pan Master i jego syn Henry. Wio­słową łódką dopły­nę­li­śmy na sta­tek sto­jący na kotwicy na Rzece Wschod­niej. To był naprawdę piękny okręt, miał wyso­kie maszty i kilka dział. Pan Master opro­wa­dzał nas po pokła­dzie. Hud­son przy­glą­dał się wszyst­kiemu z cie­ka­wo­ścią, jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem, żeby był tak oży­wiony. Okręt był wspólną inwe­sty­cją kilku kup­ców, a że byli­śmy z Fran­cją w sta­nie wojny, miał w cza­sie rej­sów ata­ko­wać fran­cu­skie statki han­dlowe i przej­mo­wać ich ładunki. Pan Master miał jedną ósmą udzia­łów, a baas i Jan tak samo. Nawet ja widzia­łem, że okręt mógł osią­gać znaczną pręd­kość.

-?Prze­goni każ­dego Fran­cuza -?powie­dział pan Master, bar­dzo z sie­bie zado­wo­lony. -?Kapi­tan jest świet­nym kor­sa­rzem. Jeśli szczę­ście nam dopi­sze, zdo­bę­dziemy for­tunę.

Hud­son chciał o coś zapy­tać i zaczął cią­gnąć mnie za rękaw. Kaza­łem mu być cicho. Ale pan Master powie­dział:

-?Pozwól mu mówić.

Więc Hud­son na to:

-?Panie, powiedz­cie pro­szę, jaka jest róż­nica mię­dzy kor­sa­rzem a pira­tem?

Baas i pan Master spoj­rzeli na sie­bie i się roze­śmiali.

-?Jeśli jakiś sta­tek okrada nas, to jest pira­tem -?wyja­śnił baas. -?Ale jeśli okrada wroga, to jest kor­sa­rzem.

* * *

Nie­długo po wypły­nię­ciu okrętu mąż panienki Clary roz­cho­ro­wał się i umarł. Nie mieli dzieci, więc panienka wró­ciła do rodzin­nego domu. Spo­dzie­wa­łem się kłótni, ale lata mijały, a ona dobrze doga­dy­wała się z matką. Oczy­wi­ście przez jakiś czas była w żało­bie, ale kie­dyś usły­sza­łem, jak pani mówi do baasa:

-?Musimy jej zna­leźć męża.

Myślę jed­nak, że była zado­wo­lona z obec­no­ści córki w domu.

Moja Naomi dobrze posłu­gi­wała się igłą, więc wszystko cero­wała i robiła inne poprawki. Zaczęła też uczyć szy­cia Mar­thę. Mała miała szyb­kie i zwinne paluszki, aż dziw, co potra­fiła nimi robić. Wkrótce panienka Clara też to zauwa­żyła i była zasko­czona, że dzie­ciak może być taki zdolny.

-?Ta mała to praw­dziwy skarb -?mówiła.

Zabie­rała Mar­thę na spa­cery. A pani wcale się temu nie sprze­ci­wiała.

* * *

Wysy­ła­nie kor­sa­rzy na wro­gów oka­zało się łatwiej­sze niż rzą­dze­nie pro­win­cją. Przez jakiś czas pano­wało u nas spore zamie­sza­nie. W Bosto­nie guber­na­tor króla Jakuba został wtrą­cony do wię­zie­nia. W Nowym Jorku nikt nie wie­dział, komu należy się wła­dza. I w tym wła­śnie cza­sie mein­heer Leisler zapi­sał się na kar­tach histo­rii. Jako że był jed­nym z dowód­ców straży miej­skiej, ojco­wie mia­sta popro­sili go, by prze­jął stery do czasu, aż sprawy się unor­mują.

Może­cie sobie pew­nie wyobra­zić, że pani była z tego bar­dzo zado­wo­lona. Leislera wspie­rało wielu zna­czą­cych Holen­drów, mię­dzy innymi dok­tor Beek­man i nie­któ­rzy Stuy­ve­san­to­wie. Miał też za sobą drob­nych kup­ców, rze­mieśl­ni­ków i holen­der­ską bie­dotę, bo był Holen­drem. Zaskar­bił sobie rów­nież względy huge­no­tów, któ­rzy przy­by­wali nie­mal na każ­dym statku. Pomógł im zało­żyć osie­dle, które nazwali Nowe Rochelle, na pamiątkę mia­sta we Fran­cji, z któ­rego ich wygnano. Leislera lubiło też wielu Angli­ków, zwłasz­cza z Dłu­giej Wyspy, bo nie­na­wi­dzili kato­li­ków, a Leisler był porząd­nym pro­te­stan­tem. A naj­bar­dziej reli­gijni miesz­kańcy mówili nawet, że chwa­lebna rewo­lu­cja była dowo­dem na to, że zbliża się Kró­le­stwo Boże.

Tak oto mein­heer Leisler rzą­dził w Nowym Jorku przez jakiś czas. Ale nie miał łatwego zada­nia. Pamię­tam, jak któ­re­goś razu zło­żył mojej pani wizytę i skar­żył się, że utrzy­ma­nie porządku nie jest pro­ste.

-?Będę musiał pod­nieść podatki -?mówił. -?A to nie będzie dobrze przy­jęte. -?Zazwy­czaj na jego twa­rzy malo­wała się bez­tro­ska weso­łość, ale teraz wyglą­dał na zmę­czo­nego i stra­pio­nego. -?Jedno mogę wam obie­cać: ni­gdy nie oddam mia­sta żad­nemu kato­li­kowi.

Mein­heer Leisler rzą­dził mia­stem przez pół­tora roku.

Pani popie­rała go całym ser­cem, ale baas był bar­dziej ostrożny.

Zaczą­łem się domy­ślać, w czym rzecz, gdy pew­nego dnia szli­śmy główną ulicą bie­gnącą od fortu do bramy miej­skiej. Anglicy nazwali ją Broad­way. W tej czę­ści mia­sta miesz­kali bied­niejsi Holen­drzy: sto­la­rze, wozacy, stry­cha­rze, szewcy, mary­na­rze. Wszy­scy kochali Leislera. Rzu­ci­łem jakąś uwagę, że mein­heer Leisler jest bar­dzo popu­larny.

-?No cóż -?powie­dział baas. -?Nie wyj­dzie mu to na dobre.

-?Dla­czego? -?spy­ta­łem. Ale nie odpo­wie­dział.

Jed­nak wkrótce wszystko stało się jasne. Mein­heer Leisler zaczął obsa­dzać różne sta­no­wi­ska pro­stymi ludźmi. A to się nie podo­bało wiel­kim holen­der­skim kup­com. Oraz nie­któ­rym pasto­rom.

Pani nie zwra­cała uwagi na te narze­ka­nia. Za każ­dym razem sta­wała po stro­nie Leislera.

-?Jest Holen­drem, a my mamy teraz holen­der­skiego króla -?mówiła.

-?Ale on jest też kró­lem Anglii -?zauwa­żył kie­dyś baas. -?I ma dwór w Lon­dy­nie. Wielcy kupcy mają tam swo­ich przy­ja­ciół, a Leisler nie. -?I kazał jej uwa­żać na to, co mówi.

Po kilku mie­sią­cach opo­zy­cja uro­sła w taką siłę, że mein­heer Leisler musiał ude­rzyć. Aresz­to­wał mein­heera Bay­arda. I doma­gał się rękojmi od van Cor­tlandta i paru innych. Pro­sty lud, który kochał Leislera, dopu­ścił się nawet kilku ata­ków na domy naj­więk­szych panów. Baas był bogaty, więc oba­wiał się, że i nas mogą spa­lić. Któ­re­goś wie­czoru wró­cił do domu z wia­do­mo­ścią, że na uli­cach robi się nie­spo­koj­nie. A kiedy dowie­dział się, że pani wyszła, powie­dział:

-?Chodź ze mną, Quash. Musimy spraw­dzić, czy nic jej nie grozi.

Zaczę­li­śmy krą­żyć po mie­ście. U zbiegu Beaver Street i Broad­wayu zoba­czy­li­śmy jakąś setkę kobiet. Masze­ro­wały w kie­runku fortu, chcąc oka­zać popar­cie Leisle­rowi. A na samym czele szła moja pani. Baas wpadł w taką złość, że przez chwilę wyda­wało mi się, że siłą zawle­cze ją do domu, ale zaraz się roze­śmiał.

-?No cóż, Quash -?powie­dział. -?Przy­naj­mniej nie zaata­kują naszego domu.

Jed­nak w końcu oka­zało się, że miał słusz­ność, ostrze­ga­jąc nas przed Leisle­rem. Z Lon­dynu przy­był sta­tek z żoł­nie­rzami, któ­rzy mieli prze­jąć mia­sto. Mein­heer Leisler, wie­dząc, ilu ma wro­gów, bro­nił się w for­cie, mówiąc, że nie podda mia­sta bez roz­kazu samego króla Wil­helma. Wkrótce takie roz­kazy nade­szły. Leisler został aresz­to­wany, bo przed­sta­wiono go kró­lowi jako groź­nego bun­tow­nika.

-?Twoi przy­ja­ciele to uknuli -?powie­działa pani z wyrzu­tem do baasa.

-?Ciesz się, że cie­bie też nie aresz­to­wali -?odparł.

Ale gdy dowie­dział się, że rajcy zwró­cili się do króla Wil­helma z prośbą o zgodę na egze­ku­cję Leislera, stwier­dził, że to hańba.

* * *

Nie­długo potem do portu zawi­nął kor­sarz baasa i pana Mastera. Zdo­był jakieś łupy, ale zysk z nich był nie­duży. Przy­wiózł też tro­chę nie­wol­ni­ków. Nie spodo­bał mi się ich wygląd.

-?Oni są cho­rzy -?powie­dział pan Master. -?Lepiej sprze­dajmy ich jak naj­szyb­ciej. -?I pozbył się ich już następ­nego dnia.

Przez ten cały czas mein­heer Leisler sie­dział w wię­zie­niu, nie wie­dząc, jaki los go czeka. Więk­szość miesz­kań­ców była w szoku. W naszym domu pano­wał ponury nastrój. Pani pra­wie się nie odzy­wała. Na początku maja jedna z kobiet, która masze­ro­wała z panią do fortu, popro­siła o wypo­ży­cze­nie Naomi na kilka dni. Miała dla niej jakieś prace kra­wiec­kie u sie­bie na gospo­dar­stwie. Pani się zgo­dziła. Noami chyba była zado­wo­lona z wyjazdu. W domu było smutno, więc powie­dzia­łem:

-?Zabierz ze sobą Mar­thę.

I poje­chały na tę bouwe­rie, zale­d­wie dwie mile na pół­noc od mia­sta. Zostały tam przez dzie­sięć dni.

Pogoda była wtedy bar­dzo zmienna. Raz było duszno i gorąco, na uli­cach cuch­nęło koń­skim łaj­nem, a zaraz potem robiło się zimno i padał deszcz. Wszy­scy źle to zno­sili. Na ogół mam dobry humor, ale wtedy ogar­niało mnie przy­gnę­bie­nie. Ledwo mogłem pra­co­wać. W końcu Naomi i Mar­tha wró­ciły do domu. Był późny wie­czór, nie roz­ma­wia­li­śmy wiele, a one były takie zmę­czone, że od razu poszły spać.

Następ­nego ranka wybra­łem się z baasem na nabrzeże. Pan Master i inni kupcy roz­li­czali się po ostat­nim rej­sie kor­sa­rza, zasta­na­wiali się, czy wysłać go znów na morze. Potem poszli­śmy do fortu, bo baas i pan Master chcieli zasię­gnąć wie­ści o Leisle­rze. Gdy stam­tąd wyszli, baas pokrę­cił głową.

-?Bay­ard chce go znisz­czyć -?powie­dział. -?Podej­rze­wam, że nie będą się nawet oglą­dać na króla Wil­helma.

Zbli­ża­li­śmy się aku­rat do gospody, gdy zoba­czy­li­śmy bie­gną­cego w naszą stronę Hud­sona.

-?Co się stało? -?spy­tał baas.

-?Mar­tha, panie! -?krzyk­nął. -?Ona chyba umiera.

* * *

Biedne dziecko było roz­pa­lone gorączką. Wyglą­dało strasz­nie. Naomi też spra­wiała wra­że­nie cho­rej, miała dresz­cze.

-?To przez tych nie­wol­ni­ków ze statku baasa -?powie­działa. -?Sprze­dali ich na tamto gospo­dar­stwo. Kiedy przy­je­cha­ły­śmy, już byli cho­rzy, a jeden nawet umarł. Jestem pewna, że to przez nich.

Nikt nie wie­dział, co to za cho­roba. Moja mała Mar­tha gorącz­ko­wała całą noc, a rano ledwo oddy­chała. Ja i Naomi opie­ko­wa­li­śmy się nią przez cały czas, ale gdzieś około pół­nocy Naomi była już tak samo chora. Obmy­wa­łem je chłodną wodą, żeby zbić gorączkę, ale nie na wiele się to zdało.

Rano w drzwiach sta­nęła Clara.

-?Niech panienka tu nie wcho­dzi -?powie­dzia­łem. -?Może się panienka zara­zić.

-?Wiem, Quash. Ale chcę się nią opie­ko­wać.

O mało się nie udła­wi­łem, sły­sząc te słowa. Ale zawo­ła­łem do pani, żeby nie pozwo­liła panience wcho­dzić. Pani pró­bo­wała ją powstrzy­mać, lecz Clara zawsze umiała posta­wić na swoim. Nie posłu­chała ani baasa, ani matki. Powie­działa, że nie odej­dzie, dopóki nie da Mar­cie naparu z ziół, które przy­nio­sła ze sobą. Wtedy baas powie­dział:

-?Daj też Quashowi.

Ale ona mi nie dała.

A potem wzięła Mar­thę za rączkę i podała jej lekar­stwo. Mała ledwo je połknęła, ale musiało jej pomóc, bo tro­chę się uspo­ko­iła. Dopiero wtedy panienka zgo­dziła się wyjść.

Nie­stety, moja mała Mar­tha zmarła o zmierz­chu. Jej matka była wyczer­pana i przed­tem zapa­dła w nie­spo­kojny sen. Nie chcia­łem, żeby spała obok mar­twego dziecka, więc wzią­łem Mar­thę na ręce i wynio­słem ją na podwó­rze. Baas powie­dział, żebym poło­żył ją w sto­dole i że trzeba ją pocho­wać jesz­cze dziś.

Gdy wró­ci­łem, Naomi pró­bo­wała wstać. Spy­tała o Mar­thę.

-?Gdzie ona?! -?krzy­czała.

-?Na dwo­rze jest chłod­niej -?powie­dzia­łem. Nie potra­fi­łem wyznać jej prawdy. -?Niech sobie tro­chę odpocz­nie. -?Ale za oknem roz­legł się płacz Clary. Widocz­nie jej powie­dzieli.

-?Ona nie żyje, prawda? -?spy­tała Naomi. -?Moja córeczka nie żyje.

Nie wiem, co mi się stało, ale nie mogłem wydu­sić z sie­bie słowa. Naomi opa­dła na łóżko i zamknęła oczy.

W nocy bar­dzo źle zno­siła gorączkę. Była roz­pa­lona i tar­gały nią dresz­cze.

-?Ja umie­ram, Quash -?powie­działa. -?Umrę jesz­cze dziś.

-?Musisz się trzy­mać, jesteś nam potrzebna, mnie i Hud­so­nowi.

-?Wiem.

Naza­jutrz się roz­pa­dało. Drobny, cią­gły deszcz. Nie mia­łem głowy do niczego, nie wie­dzia­łem, co się dzieje na świe­cie, bo opie­ko­wa­łem się Naomi. Ale po połu­dniu przy­szedł baas. Zapy­tał o jej zdro­wie, a potem powie­dział:

-?Sły­sza­łeś naj­now­sze wie­ści? Stra­cili bied­nego Leislera.

-?Przy­kro mi, panie.

-?Pani bar­dzo źle to znio­sła. Ska­zali go na śmierć jako zdrajcę.

Wie­dzia­łem, co to zna­czy. Wie­szają czło­wieka, ale nie tak, żeby umarł, a potem wydzie­rają mu wnętrz­no­ści i obci­nają głowę. Aż trudno sobie wyobra­zić, że coś podob­nego spo­tkało takiego dżen­tel­mena jak mein­heer Leisler.

-?Nie był więk­szym zdrajcą niż ja -?powie­dział baas. -?A ludzie biorą sobie kawałki jego ubra­nia jako reli­kwie. Mówią, że jest męczen­ni­kiem. - Wes­tchnął. -?Chyba lepiej, żeby Hud­son spał dzi­siaj w kuchni.

-?Jak pan każe.

Padało przez całą noc. Myśla­łem, że chłód pomoże Naomi, ale tak się nie stało. O pół­nocy rzu­cała się i krzy­czała w gorączce. Potem tro­chę się uspo­ko­iła. Miała zamknięte oczy i nie wie­dzia­łem, czy czuje się lepiej, czy prze­stała już wal­czyć. Tuż przed świ­tem zauwa­ży­łem, że deszcz ustał. Naomi oddy­chała płytko i była bar­dzo słaba. Nagle otwo­rzyła oczy.

-?Gdzie Hud­son? -?spy­tała.

-?Nic mu nie jest -?powie­dzia­łem.

-?Chcę go zoba­czyć -?szep­nęła.

-?Lepiej nie.

Jakby zapa­dła się w sobie. Gdy zaczęło świ­tać, wysze­dłem na chwilę na dwór, żeby zaczerp­nąć świe­żego powie­trza i popa­trzeć na niebo. Było bez­chmurne. Na wscho­dzie świe­ciła gwiazda zaranna.

Gdy wró­ci­łem do domu, Naomi już nie żyła.

* * *

Przez kolejne dni po pogrze­bie baas i pani byli dla mnie bar­dzo dobrzy. Baas pil­no­wał, żebym miał coś do roboty, dawał też jakieś zaję­cia Hud­so­nowi. Miał rację. Pani pra­wie się nie odzy­wała, ale widać było, że wciąż nie może otrzą­snąć się po śmierci mein­he­era Leislera.

Pew­nego dnia, gdy pra­co­wa­łem w ogro­dzie, przy­szła pani i sta­nęła obok mnie. Wyglą­dała na zasmu­coną. Po chwili powie­działa:

-?Ty i Naomi byli­ście ze sobą szczę­śliwi, prawda?

-?Ni­gdy nie powie­dzie­li­śmy sobie przy­krego słowa.

Mil­czała przez chwilę. W końcu ode­zwała się:

-?Tak, okrutne słowa to straszna rzecz. Cza­sem czło­wiek ich żałuje. Ale jak już coś zostało powie­dziane, to nie da się tego cof­nąć.

Nie wie­dzia­łem, co na to odrzec. Po dłuż­szej chwili pani poki­wała głową do sie­bie i weszła do domu.

* * *

Pod koniec tego roku pani kupiła nową nie­wol­nicę w miej­sce Naomi. Chyba myślała, że się z nią zwiążę. Ale nie umie­li­śmy się doga­dać, cho­ciaż nie była złą kobietą. A tak prawdę powie­dziaw­szy, nie sądzę, żeby kto­kol­wiek mógł mi zastą­pić Naomi.

Hud­son był dla mnie wielką pocie­chą. Mie­li­śmy tylko sie­bie, więc spę­dza­li­śmy razem dużo czasu. Był ład­nym chłop­cem i dobrym synem. I potra­fił cały czas sie­dzieć na nabrzeżu. Upro­sił mary­na­rzy, żeby nauczyli go wią­zać węzły. Nabrał w tym takiej bie­gło­ści, że wią­zał liny na naj­róż­niej­sze spo­soby, a nawet robił z nich różne wzory. Uczy­łem go wszyst­kiego, co sam umia­łem. Powie­dzia­łem mu też, że być może pew­nego dnia, jeśli taka będzie wola baasa, odzy­skamy wol­ność. Ale nie wra­ca­łem czę­sto do tego tematu, żeby nie roz­bu­dzać w nim nad­mier­nych nadziei lub nie ska­zy­wać na roz­cza­ro­wa­nie, gdyby oka­zało się, że musimy na tę wol­ność długo cze­kać. Bar­dzo lubi­łem, kiedy cho­dzi­li­śmy gdzieś razem. Mówiąc coś do niego, opie­ra­łem mu dłoń na ramie­niu; gdy urósł, wtedy to on cza­sem kładł dłoń na moim.

Dla pani nad­szedł bar­dzo trudny czas. Wciąż była piękną kobietą. Jej jasne włosy posi­wiały, ale twarz nie­wiele się zmie­niła. I wła­śnie wtedy zaczęło się u niej poja­wiać coraz wię­cej zmarsz­czek, a kiedy była smutna, wyglą­dała staro. Wyda­wało się, że wszystko się prze­ciwko niej sprzy­się­gło. Więk­szość miesz­kań­ców Nowego Jorku na­dal mówiła po nider­landzku, ale z każ­dym rokiem mie­li­śmy coraz wię­cej angiel­skich praw.

Doszło do tego, że Anglicy chcieli, by ich Kościół -?nazy­wali go Kościo­łem angli­kań­skim -?był główną reli­gią w mie­ście. A guber­na­tor ogło­sił, że bez względu na to, do jakiego Kościoła ktoś przy­na­leży, i tak musi pła­cić na utrzy­ma­nie angiel­skich duchow­nych. Wielu ludzi to obu­rzyło, zwłasz­cza moją panią. Ale nie­któ­rzy pasto­rzy chcieli się przy­po­do­bać guber­na­torowi, więc się nie skar­żyli, a nawet zgo­dzili się udo­stęp­nić angli­ka­nom swoje świą­ty­nie, dopóki tamci nie zbu­dują sobie wła­snych.

Pani miała przy­naj­mniej rodzinę. Ale baas, mimo że miał już ponad sześć­dzie­siąt lat, cią­gle był zajęty. Wojna króla Wil­helma prze­ciwko Fran­cji trwała, więc wyru­szało wiele wypraw kor­sar­skich. Baas i pan Master wła­śnie tym się zaj­mo­wali. Cza­sem baas uda­wał się na pół­noc po futra. A raz wypra­wił się z panem Maste­rem do Wir­gi­nii.

Moja pani czę­sto zaglą­dała do Jana, który miał dom nie­da­leko, i spo­ty­kała się z wnu­kami. Clara też była dla niej pocie­chą, ale dużo czasu spę­dzała poza domem, więc pani czuła się chyba samotna.

Jakoś nie­długo po powro­cie baasa i pana Mastera z Wir­gi­nii cała rodzina zebrała się na obiad. Przy­szedł Jan z żoną Lys­bet i dziećmi, była też panienka. Ja i Hud­son usłu­gi­wa­li­śmy przy stole. Wszy­scy byli weseli. Aku­rat poda­li­śmy maderę po posiłku, gdy panienka wstała i powie­działa, że chce coś ogło­sić.

-?Mam dla was dobrą wia­do­mość -?oznaj­miła, spo­glą­da­jąc dookoła na wszyst­kich. -?Wycho­dzę za mąż.

Pani była bar­dzo zdzi­wiona. Zapy­tała za kogo.

-?Za Henry'ego Mastera.

O mało nie upu­ści­łem tale­rza, który trzy­ma­łem w ręku. A pani patrzyła na panienkę Clarę z nie­do­wie­rza­niem.

-?Za tego chłopca?! -?krzyk­nęła. -?Ale on prze­cież nie jest Holen­drem.

-?Wiem -?powie­działa Clara.

-?I jest od cie­bie dużo młod­szy.

-?Wiele kobiet w naszym mie­ście ma młod­szych mężów -?zauwa­żyła panienka. I wspo­mniała jedną holen­der­ską damę, która miała już trzech mło­dych oblu­bień­ców.

-?Roz­ma­wia­łaś z pasto­rem?

-?Pastor nie ma tu nic do gada­nia. Zamie­rzamy wziąć ślub w Kościele angli­kań­skim, przed panem Smi­them.

-?Angli­kań­skim? -?Pani aż dech ode­brało. -?Jego rodzina ośmie­liła się posta­wić takie żąda­nie?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki