Nowy Amsterdam
Rok 1664
A więc tak smakuje wolność.
Kanoe płynęło z nurtem rzeki, woda uderzała o dziób. Dirk van Dyck
spojrzał z niepokojem na dziewczynkę. Może ta podróż to jednak straszny
błąd?
Wielka rzeka przyzywała go na północ. Wielkie niebo przyzywało go na
zachód. Kraina wielu rzek, kraina wielu gór, kraina wielu lasów. Jak
daleko mogła się ciągnąć? Tego nie wiedział nikt. W każdym razie nie
wiedział na pewno. Jedynie słońce, zawieszone wyżej niż orły, w swojej
wędrówce na zachód widziało ją w całości.
Tak, na tych dzikich przestrzeniach van Dyck odnalazł wolność. I miłość.
Był potężnym mężczyzną. Miał na sobie holenderskie pantalony, buty z wywiniętymi cholewami i skórzaną kamizelkę narzuconą na koszulę.
Zbliżali się do portu, więc włożył kapelusz z piórem i szerokim rondem.
Cały czas obserwował dziewczynkę.
Jego córka. Owoc grzechu. Grzechu, za który -?jak głosiła jego religia -
będzie musiał ponieść karę.
Ile miała lat? Dziesięć? Jedenaście? Ucieszyła się, gdy zgodził się
zabrać ją ze sobą. Miała oczy swojej matki. Śliczne indiańskie dziecko.
U swoich nosiła imię Biała Łania. Jedynie jaśniejsza skóra zdradzała
sekret jej życia.
-?Niedługo będziemy na miejscu. -?Holender mówił w języku Algonkinów,
miejscowych plemion.
Nowy Amsterdam. Faktoria. Fort i miasteczko ukryte za palisadą. A jednocześnie ważne miejsce na mapie obejmującego cały świat handlowego
imperium Holendrów.
Van Dyck czuł się dumny z bycia Holendrem. Mały kraj, który umiał
przeciwstawić się królestwu Hiszpanii i zdobyć niepodległość. To
Holendrzy zbudowali wielkie groble i wydarli morzu ogromne połacie
żyznej ziemi. Ich nadmorskie prowincje tworzyły handlową potęgę, której
zazdrościły im inne narody. A w złotym wieku Rembrandta i Vermeera
niderlandzkie miasta -?Amsterdam, Delft, Antwerpia -?z rzędami wysokich
domów ze spadzistymi dachami, stojącymi nad okazałymi kanałami, były
mekką artystów, uczonych i wolnomyślicieli z całej Europy. Tak, van Dyck
był dumny, że jest Holendrem.
Pływy oceanu docierały do dolnego biegu rzeki. Tego ranka nurt ciągnął w kierunku morza. Ale po południu prąd zawróci i podąży na północ.
Dziewczynka patrzyła w dół rzeki, przed siebie. Van Dyck siedział
zwrócony do niej twarzą, opierając się o wielki stos skór, głównie
bobrowych, zajmujący całą środkową część łodzi. Wiosłowało czterech
Indian, dwóch na dziobie i dwóch na rufie. Tuż za nimi płynęło drugie
czółno z indiańską załogą. Van Dyck musiał je zabrać, żeby przewieźć
wszystkie zakupione towary. W górnym biegu rzeki późnowiosenne niebo
wydawało grzmiące pomruki; teraz mieli nad sobą szare chmury. A z przodu
spokojną wodę.
Nagle zza chmur przedarły się promienie słońca. Stukanie wody o burtę
zabrzmiało jak indiański bęben niosący ostrzeżenie. Van Dyck poczuł na
twarzy łaskotanie wiatru, lekkie jak musujące wino. Nie chciał zrobić
dziewczynce przykrości, ale przecież musiał to powiedzieć.
-?Nie wolno ci wspomnieć, że jestem twoim ojcem.
Spojrzała na kamienny wisiorek, który miała na szyi. Zawieszono go po
indiańsku, do góry nogami. To było logiczne, bo kiedy trzymała go przed
oczami, widziała go we właściwej pozycji. Amulet na szczęście.
Zamaskowany, Pan Lasu, strażnik równowagi w przyrodzie.
Biała Łania nie odpowiedziała, patrzyła jedynie na oblicze indiańskiego
bożka. O czym ona myśli? Zrozumiała jego słowa? Van Dyck nie wiedział.
Zza skał, które ciągnęły się wzdłuż lewego brzegu jak wysoki, kamienny
ostrokół, dobiegł odległy pomruk. Dziewczynka się uśmiechnęła. Van Dyck
pomyślał, że jego rodacy, jako ludzie morza, nie lubią grzmotów, bo te
zwiastowały dla nich lęk i zniszczenie. Ale Indianie byli mądrzejsi.
Umieli odczytać mowę gromu: oto bogowie zamieszkujący najniższy z dwunastu poziomów niebios chronią świat przed złem.
Przez chwilę dźwięk niósł się echem po rzece, a potem rozpłynął w oddali. Biała Łania puściła wisiorek, poruszając z gracją ręką.
Podniosła wzrok.
-?Poznam twoją żonę?
Dirk van Dyck wciągnął powietrze. Jego żona Margaretha nie spodziewała
się go. Nie uprzedził jej o swoim powrocie. Liczył, że uda mu się
wysadzić dziewczynkę na brzeg, ukryć ją przed żoną. Co za głupota.
Odwrócił się z zakłopotaniem i popatrzył na rzekę. Dotarli już do
północnego skrawka wąskiego terytorium zwanego Manhattanem. Płynęli z prądem. Za późno, żeby zawrócić.
* * *
Margaretha de Groot powoli zaciągnęła się dymem z glinianej fajki,
trzymanej w zmysłowych ustach. Patrzyła badawczo na mężczyznę z drewnianą nogą, zastanawiając się, jaki byłby w łóżku.
Wysoki, wyprostowany, o przenikliwym spojrzeniu, pomimo siwych włosów
zdradzających mocno dojrzały wiek nieustraszony. Drewniana proteza była
medalem za odwagę, świadectwem stoczonych bitew. Dla wielu taka rana
zakończyłaby się śmiercią, ale nie dla Petera Stuyvesanta. Szedł ulicą
zadziwiająco szybko. Patrząc na twarde, wypolerowane drewno, Margaretha
poczuła lekki dreszcz, ale on tego nie zauważył.
Co on o niej myśli? Na pewno mu się podobała. Bo czemuż by nie? Była
ładną, trzydziestoparoletnią kobietą z dużym biustem, okrągłą twarzą i jasnymi włosami. Nie roztyła się jak wiele innych Holenderek. Zachowała
zgrabną figurę i miała w sobie coś pociągającego. A fajkę palili prawie
wszyscy Holendrzy, kobiety i mężczyźni.
Zauważył ją, zatrzymał się i uśmiechnął.
-?Dzień dobry, Greet. -?Greet. Dość poufała forma. Margaretha van Dyck,
jak większość Holenderek, była znana pod panieńskim nazwiskiem,
Margaretha de Groot. On jednak zwrócił się do niej inaczej. To prawda,
znał ją od dziecka. Ale mimo to... Zwykle zachowywał się oficjalnie.
Prawie się zaczerwieniła. -?Wciąż jesteś sama?
Stała przed swoim domem. Był to typowy holenderski dom, prosta,
prostokątna siedziba, jednopiętrowa, drewniana po bokach, ze szczytową
ścianą od frontu, na której widniał kunsztowny wzór z żółtych i czarnych
cegieł. Krótkie schodki prowadziły do drzwi wejściowych, dużych i ocienionych gankiem, prawdziwym holenderskim stoopem. Okna nie były
duże, ale całość tworzyła imponujące wrażenie za sprawą tak lubianej
przez Holendrów schodkowej ściany szczytowej i wiatrowskazu na krawędzi
dachu.
-?Twój mąż jest jeszcze w górze rzeki? -?ponowił pytanie Stuyvesant.
Skinęła głową. -?Kiedy wraca?
-?A kto to wie? -?Wzruszyła ramionami. Nie skarżyła się na częste wypady
męża na północ.
Handel futrami, zwłaszcza skórami bobrów, rozwinął się tak bardzo, że
Indianie niemal wytępili miejscowe zwierzęta. Van Dyck musiał zapuszczać
się coraz dalej w głąb lądu i kupować towar od Irokezów. Trzeba
przyznać, że radził sobie całkiem nieźle.
Naprawdę musiał wyjeżdżać na tak długo? W pierwszych latach małżeństwa
jego ekspedycje trwały dwa tygodnie, jednak potem zaczęły się wydłużać.
W domu był dobrym mężem, troszczył się o żonę i o dzieci. Ale mimo to
czuła się zaniedbana. A dziś rano młodsza córka spytała, kiedy tatuś
wróci.
"Jak tylko będzie mógł -?odpowiadała Margaretha z uśmiechem. -?Na pewno
wróci".
A może jednak jej unika? Może ma inne kobiety?
Dla Margarethy de Groot wierność była ważna. Nic więc dziwnego, że
podejrzewając męża o zdrady, dopatrywała się w nim słabości charakteru i marzyła o znalezieniu pocieszenia w bardziej zacnych ramionach,
wsłuchiwała się w wewnętrzny głos podszeptujący: "Gdyby był takim
mężczyzną jak gubernator Stuyvesant".
-?Nadeszły ciężkie czasy, Greet. -?W jego głosie usłyszała smutek, choć
twarz niczego nie zdradzała. -?Mam wielu wrogów.
Zwierzał się jej. Poczuła dreszcz podniecenia. Najchętniej położyłaby mu
dłoń na ramieniu, ale zabrakło jej śmiałości.
-?Ci przeklęci Anglicy.
Skinęła głową.
Imperium handlowe Holendrów rozciągało się od Orientu po obie Ameryki,
ale angielscy kupcy nie pozostawali w tyle. Czasem te dwa protestanckie
narody występowały razem przeciwko wspólnym wrogom, katolickim
królestwom Hiszpanii i Portugalii, jednak najczęściej rywalizowały ze
sobą. Piętnaście lat temu, kiedy Oliver Cromwell i jego bogobojne wojsko
pozbawili króla Karola korony wraz z głową, rywalizacja zaogniła się
jeszcze bardziej. Holendrzy prowadzili lukratywny handel niewolnikami
między Afryką a Karaibami. Zamiary Cromwella były jasne: "Handel
niewolnikami musi należeć do Anglii".
Wielu uczciwych Holendrów uważało sprzedawanie ludzi za okrutny
proceder, natomiast dobrzy purytanie z Anglii nie mieli takich obiekcji.
Cromwell przejął od Hiszpanów Jamajkę, która miała służyć jako baza
handlu niewolnikami. Po jego śmierci cztery lata temu na tronie zasiadł
kolejny król, Karol II, jednak kierunek angielskiej polityki się nie
zmienił. Do Nowego Amsterdamu dotarły już wieści, że Anglicy zaatakowali
holenderskie porty u afrykańskich wybrzeży Gwinei. A po oceanach krążyły
pogłoski, jakoby celem Anglików było przejęcie nie tylko handlu
niewolnikami, ale także samego Nowego Amsterdamu.
Nowy Amsterdam nie był duży: fort, dwa wiatraki, kościół ze spiczastą
wieżą, coś w rodzaju małego kanału, który bardziej przypominał duży rów,
kilka ulic zabudowanych domami ze szczytową ścianą od frontu, a wszystko
to, wraz z paroma niepozornymi sadami i ogródkami, otaczał mur biegnący
z zachodu na wschód przez południowy cypel Manhattanu. Jednak to miejsce
miało swoją historię. Dziesięć lat przedtem, zanim na "Mayflower"
podniesiono żagle, Holenderska Kompania Zachodnioindyjska, doceniwszy
wartość ogromnej naturalnej przystani, założyła tu faktorię. W ciągu pół
wieku Nowy Amsterdam stał się ruchliwym portem, a ludzkie osiedla
ciągnęły się wokół w promieniu dziesiątek mil. Terytorium to Holendrzy
nazywali Nowymi Niderlandami.
Miało ono swój charakter. Dwa pokolenia Holendrów oraz ich
protestanckich sąsiadów, francuskojęzycznych Walonów, walczyły o niepodległość pod panowaniem katolickiej Hiszpanii. I wreszcie odnieśli
zwycięstwo. Jedni i drudzy osiedlali się teraz w Nowym Amsterdamie.
Czterdzieści lat temu to właśnie Walon, Pierre Minuit -?którego nazwisko
nadal wymawiano z francuska -?wytargował od miejscowych Indian prawo do
założenia osady. Duch niezależności i nieustępliwości protestanckich
kupców unosił się tutaj do dziś.
Jednak o wszystkim decydowało położenie. Sam fort, choć niepozorny w oczach żołnierza, górował nad południowym cyplem Manhattanu, który
wcinał się w szerokie wody doskonale osłoniętego portu. Strzegł wejścia
do wielkiej Rzeki Północnej.
A fortem dowodził Peter Stuyvesant.
Nieprzyjaciel był blisko. Anglicy z kolonii w Nowej Anglii -?z Massachusetts, a zwłaszcza z Connecticut -?i ich przebiegły gubernator
Winthrop nieustannie próbowali odebrać Holendrom najdalej położone
terytoria. Kiedy Stuyvesant nakazał zbudowanie mocnego muru i palisady w północnej części miasteczka, Anglikom tłumaczono chytrze, że mur ma
"powstrzymać Indian". Ale nikt nie dał się zwieść. Chodziło o powstrzymanie Anglików.
Gubernator wciąż uważnie przyglądał się Margarecie.
-?Nie tylko Anglicy są moimi wrogami.
Biedak! Podli mieszkańcy Nowego Amsterdamu nie zasługiwali na tak
zacnego człowieka.
Społeczność miasteczka liczyła tysiąc pięćset ludzi. Sześć setek
Holendrów i Walonów, trzy setki Niemców i prawie drugie tyle Anglików,
którzy wybrali niderlandzkie panowanie. Reszta pochodziła z najrozmaitszych zakątków świata. Znalazło się nawet trochę Żydów. A ilu
wśród nich wszystkich było ludzi prawych i uczciwych? Zdaniem Margarethy
niewielu.
Sama nie należała do gorliwych chrześcijan. Holenderski Kościół
Reformowany był surową odmianą kalwinizmu, a ona nie zawsze
przestrzegała jego wskazań. Podziwiała jednak tych nielicznych silnych
mężczyzn, którzy umieli się im podporządkować, takich jak stary
kaznodzieja Bogard czy Stuyvesant. Przynajmniej stali na straży
porządku.
Gdy Stuyvesant zakazał pijaństwa w mieście, gdy zabronił obchodzenia
pogańskich świąt i próbował usunąć z miasteczka tych głupawych kwakrów i parszywych anabaptystów, czy któryś z kupców go wsparł? Prawie żaden.
Stuyvesant nie mógł nawet ufać Kompanii Zachodnioindyjskiej, której
przecież służył. Gdy pojawiła się banda sefardyjskich Żydów z Brazylii,
kazał im się wynosić, ale Kompania postanowiła inaczej: "Wpuść ich. Oni
umieją robić interesy".
Nikt nie mógł zaprzeczyć, że Stuyvesant jest dobrym gubernatorem. Przed
nim to stanowisko zajmowali sprzedajni bufoni. Jeden z takich idiotów
rozpoczął niepotrzebną wojnę z Indianami, która o mało nie doprowadziła
do zniszczenia miasta. Stuyvesant rządził mądrze. Na północy trzymał
Anglików z daleka, na południu szybko uporał się ze sprawiającymi
problemy parweniuszami ze szwedzkiej kolonii nad rzeką Schuylkill.
Wspierał handel cukrem i sprowadził większą liczbę niewolników. Każdy
statek z Niderlandów przywoził jako balast najlepszą holenderską cegłę
pod budowę domów w miasteczku. Ulice były czyste, powstał mały szpital,
a szkoła miała nauczyciela łaciny.
Ale czy spotkała go za to jakaś wdzięczność? Żadna. Ludziom nie podobały
się takie rządy. Uważali wręcz, że mogą sami stanowić o sobie. Głupcy!
Czy którykolwiek z nich nadawał się do tego?
Najgorszy był ten jurysta, dwulicowy van der Donck. Junkier, wielmożny
pan, jak się do niego zwracali. To on knuł za plecami gubernatora,
wysyłał listy do Kompanii Zachodnioindyjskiej i składał skargi -?a wszystko po to, żeby pozbyć się Stuyvesanta. W imię czego? "Junkier
kocha wolność", mawiał mąż Margarethy. "Ale z was głupcy! -?krzyczała w odpowiedzi. -?On kocha tylko siebie. Dajcie mu palec, a odgryzie wam
rękę i będzie wami rządził zamiast Stuyvesanta".
Na szczęście Junkrowi nie udało się zniszczyć gubernatora, ale położył
łapy na dużej posiadłości na północy miasta. Napisał nawet książkę o historii Nowych Niderlandów, dobrą, jak zapewnił ją mąż. Dzięki Bogu
parszywiec zmarł. Ale mieszkańcy Nowego Amsterdamu wciąż nazywali jego
wielką posiadłość "ziemią Junkra", jakby ich ziomek wciąż był wśród
żywych. A jego przykład tak skaził kupców, że zdaniem Margarethy
Stuyvesant nie mógł już ufać nikomu.
Gubernator nie spuszczał z niej wzroku.
-?Greet, mogę na tobie polegać?
Serce zabiło jej mocniej.
-?Tak.
To prawda, był szczęśliwym małżonkiem. W każdym razie miała powody tak
sądzić. On i Judith Bayard mieszkali na bouwerie, jak Holendrzy nazywali
swoje farmy, zachowując pozory dobrego związku. Judith była starsza od
Petera. Opiekowała się nim, gdy stracił nogę, a potem wyszła za niego za
mąż. O ile wiedziała Margaretha, Stuyvesant miał wcześniej tylko jeden
romans, gdy był bardzo młody, na długo przedtem, nim poznał Judith. Taki
mały skandal. Co właściwie wyszło mu na dobre. Gdyby nie to, zostałby
pewnie kalwińskim pastorem jak jego ojciec, a tak dołączył do Kompanii
Zachodnioindyjskiej i wyruszył szukać szczęścia na dalekich morzach.
-?A twój mąż? Na nim też mogę polegać?
-?Mój mąż? -?Ciągle go nie było. Jakby od niej stronił.
Ale to miało się zmienić. Pod jego nieobecność wszystko sobie
przemyślała i zaplanowała przyszłość, dużo bardziej zadowalającą. Na
szczęście holenderska tradycja dawała kobietom większą swobodę -?oraz
władzę -?niż kobietom z innych narodów. I Bogu dzięki za intercyzy. Tak,
Margaretha miała wobec Dirka van Dycka jasno sprecyzowane plany.
-?O tak -?potwierdziła. -?Zrobi, co mu każę.
-?Idę teraz do fortu -?powiedział Stuyvesant. -?Zechcesz mi towarzyszyć?
* * *
Londyn. Wiosenny pogodny dzień. Tamiza zatłoczona statkami. Thomas
Master patrzył na stojący przed nim żaglowiec. Musiał podjąć decyzję.
W ręku trzymał list od swojego brata Eliota z wiadomością o śmierci
ojca. Tom nawet nie udawał żalu, był na to zbyt uczciwy. Miał
dwadzieścia dwa lata i w końcu odzyskał wolność.
Co wybrać? Anglię czy Amerykę?
Po lewej stronie majaczyła potężna szara sylwetka Tower, milcząca i strzegąca swoich tajemnic. Zerknął za siebie. Długi, wysoki dach starej
katedry Świętego Pawła przywodził na myśl potępienie. Potępienie czego?
Jego oczywiście. Przecież zesłano go do Londynu w niesławie.
Adam Master ze wschodniej Anglii i Abigail Eliot z zachodu poznali się w Londynie trzydzieści lat wcześniej. Jako żarliwi purytanie uznali
zgodnie, że stolica stała się przerażającym miastem. Na tronie zasiadał
Karol I, ożeniony z Francuzką, do tego katoliczką. Próbował wprowadzić
władzę absolutną i wraz ze swoim poplecznikiem arcybiskupem Laudem
usiłował wymusić na poddanych posłuszeństwo wobec butnego Kościoła
anglikańskiego -?który wbrew nazwie był uległy wobec papieża. Po ślubie
Adam i Abigail wytrwali w Londynie kilka lat z nadzieją, że sytuacja
zmieni się na lepsze. Jednak dla purytanów nastały bardzo złe czasy.
Dlatego Adam i Abigail Masterowie wyemigrowali do Ameryki.
Już dwa pokolenia wcześniej Anglicy zaczęli wyjeżdżać do Wirginii. Gdy
na deskach położonego nad Tamizą teatru Globe Shakespeare wystawiał
swoje sztuki, połowa londyńczyków paliła już w glinianych fajkach
wirginijski tytoń. Ale życie w Wirginii wybrało niewielu. Najodważniejsi
wyprawiali się do Massachusetts, powstawały też inne osady. Jednak
trudno było to nazwać emigracją.
W późniejszych latach panowania Karola zaszła radykalna zmiana.
Purytanie zaczęli masowo opuszczać Anglię. Wyjeżdżali z południa, ze
wschodu, z zachodu, całe grupy, rodziny, a nawet całe wioski wsiadały na
statki płynące przez Atlantyk. Z każdego portu co tydzień wyruszał jakiś
żaglowiec. Od połowy lat trzydziestych XVII wieku król Karol stracił w ten sposób co pięćdziesiątego poddanego. Szlachcice pokroju Winthropa,
majętni młodzi ludzie jak John Harvard, kupcy, rzemieślnicy, pracownicy
najemni, pastorzy z żonami, dziećmi i służbą -?wszyscy wypływali
statkami do Ameryki, byle jak najdalej od króla i jego arcybiskupa. W ciągu niecałej dekady amerykańskie kolonie zaludniła ogromna fala
osadników.
Karol I nie dostrzegał w tym żadnej straty. Wręcz przeciwnie, takie
rozwiązanie było dla niego korzystne. Nie dość, że emigranci przestali
sprawiać mu problemy w ojczyźnie -?gdzie próbował ustanowić autorytarne
rządy -?to jeszcze chętnie poszerzali granice jego królestwa. Wciąż byli
jego poddanymi, więc zasiedlane przez nich ogromne połacie niezbadanego
kontynentu amerykańskiego stawały się własnością Anglii. A wolność
wyznania? No cóż, ten problem można przecież rozwiązać później.
Adam i Abigail udali się do Bostonu. Tam znaleźli pokrewną ich
przekonaniom wspólnotę wiernych o surowych, bogobojnych zasadach. Nie
chodziło przecież o tolerancję, lecz o ustanowienie Bożego królestwa.
Ich starszy syn Eliot podążał wiernie za ich przykładem. Sumienny,
roztropny, oddany wierze, wymarzony syn każdego ojca w Bostonie.
Niestety, młodszy syn bardzo się od niego różnił.
Tom Master był blondynem o niebieskich oczach. Mimo lekko wystających
zębów miał u kobiet powodzenie. Już jako mały chłopiec odznaczał się
niezwykłą pomysłowością. A gdy wkroczył w wiek dorosły, swoim
zachowaniem dowodził bystrego umysłu i niepozbawionej poczucia humory
przenikliwości. Rozsadzała go energia. Ale jego postępowanie, a zwłaszcza dobór przyjaciół, pozostawiały wiele do życzenia.
Już w początkowym okresie osadnictwa do Massachusetts przybywali ludzie
-?żeglarze, rybacy, kupcy, farmerzy, nie mówiąc o zwykłym pospólstwie -
którym bardziej zależało na zbiciu fortuny niż na zbawieniu duszy. Zbór
próbował trzymać ich twardą ręką, ale wielu zeszło na złą drogę.
A młody Tom, ku rozpaczy rodziców i Eliota, zmierzał wprost do piekła!
Nie chciał się kształcić. Owszem, był zdolny, ale nie przykładał się do
nauki. Sięgał po alkohol. Obracał się w złym towarzystwie. Ojciec nie
szczędził mu kija, ale po jakimś czasie zrozumiał, że nie jest to
kwestia dyscypliny czy przekonań. Tom miał w sobie coś, czego nie dało
się zmienić.
Adam Master prowadził renomowaną praktykę prawniczą. Kupił gospodarstwo.
Miał własny statek. Eliot studiował prawo i chciał zostać pastorem. Tom
został przyjęty do terminu u jednego z kupców i okazał się dość pojętny
w interesach. Przynajmniej tyle.
Jednak potem nastąpiły dwa wydarzenia, które złamały Adamowi serce.
Abigail leżała na łożu śmierci. Posłała po młodszego syna i w obecności
ojca błagała go, żeby zmienił swoje życie. Ze względu na siebie i ze
względu na nią, bo chciała odejść z tego świata w pokoju, prosiła go, by
przysiągł, że nigdy więcej nie weźmie kropli alkoholu do ust. Miała
nadzieję, że będzie to jego pierwszy krok na drodze do nawrócenia. I co
od niego usłyszała? "Do diabła, mamo! Nie mogę ci tego obiecać".
Powiedział to własnej matce, leżącej na łożu śmierci. Adam nigdy mu tego
nie wybaczył. Nie kłócił się z Tomem, bo wiedział, że Abigail by tego
nie chciała. Traktował go łagodnie. Robił to, co powinien robić ojciec.
Ale wiedział, że z Toma już nic dobrego nie będzie.
Kiedy Tom, w wieku dziewiętnastu lat, wdał się w swój pierwszy romans z żoną zacnego kapitana, który akurat wypłynął w daleki rejs -?kapitana
statku będącego własnością Adama! -?ojciec zachował milczenie ze względu
na Eliota. Ale przymusił młodszego syna do natychmiastowego wyjazdu z Massachusetts. Posłał go z dość chłodnym listem polecającym do znajomego
kupca w Londynie. I zakazał powrotu.
Tom został przepędzony do Starego Świata. Na Nowy nie zasługiwał.
Spodobało mu się w Londynie. Wprawdzie Cromwell i purytanie władali
Anglią przez dziesięć lat, jednak wielki eksperyment rządów bez króla
skończył się chaosem i wprowadzeniem stanu wojennego. Kiedy Tom przybył
do Anglii, na tronie zasiadał już syn zmarłego króla, Karol II. A ten
był bardzo wesołym człowiekiem. A także ugodowym i roztropnym, w odróżnieniu od swojego młodszego brata Jakuba, księcia Yorku, który
uchodził za dumnego sztywniaka. Karol II nie zamierzał podzielić losu
swojego ojca. Po latach spędzonych na wygnaniu pragnął zabaw i tego
samego życzył poddanym. Uganiał się za kobietami, uwielbiał wyścigi
konne i wyjścia do teatru. A do tego poważnie interesował się nauką.
Tom pojawił się w Londynie, gdy miasto znajdowało się na granicy dwóch
światów: średniowiecza i nowoczesności. Brytyjskie dominia rozrastały
się, dzięki czemu londyńscy kupcy zbijali wielkie fortuny. Szlachta i arystokracja dyktowały trendy w modzie. Kwitły rozmaite formy rozrywki.
Przez pierwszy rok Tom był w Londynie szczęśliwy.
Jednak po pewnym czasie zaczął tęsknić za Ameryką. Nie za Bostonem czy
swoją purytańską rodziną, ale za czymś, co trudno mu było określić. Za
przestrzenią, za nieznanym lądem, za światem, który można było zbudować
od nowa.
* * *
Daleko na północy odezwał się grzmot. Ale z przodu, tam gdzie wielka
rzeka docierała do rozległej przystani, gładka tafla wody przypominała
płynne złoto.
Poprzedniego wieczoru van Dyck próbował opisać Białej Łani znaczenie
miasta, posługując się własnoręcznie narysowaną mapą. Wskazując kolejne
miejsca ustnikiem fajki, tłumaczył:
-?Ta linia biegnąca z góry na dół to Rzeka Północna. O kilka dni drogi w górę rzeki znajdują się wielkie jeziora i liczne szlaki wodne, które
ciągną się aż do krainy lodów. Na lewo od rzeki -?przesunął fajkę po
kartce -?leży cały kontynent Ameryki. Na prawo -?wskazał wielki obszar w kształcie trójkąta wcinającego się wierzchołkiem w wody Atlantyku -?są
terytoria Connecticut, Massachusetts i wiele innych miast. Zza tego
wielkiego oceanu przybyli moi rodacy. -?Przesunął fajkę na południe.
Była tam wyspa długa na sto mil i szeroka na dwadzieścia, jak gdyby
zacumowana przy krawędzi trójkąta. Pomiędzy nią a stałym lądem leżała
wąska, osłonięta cieśnina. -?Na tym obszarze -?wskazał kawałek lądu i najbliższy mu skrawek wyspy -?przez wiele lat mieszkały twoje plemiona.
A tu -?postukał fajką w najbardziej wysunięty na południe cypel -?jest
Manhattan.
Manna hata. Stara indiańska nazwa. Zdaje się, że oznaczała po prostu
"wyspę". Tak naprawdę był to wąski półwysep przecięty na północy stromym
wąwozem, przez który wody Rzeki Północnej sączyły się do cieśniny.
Gdyby nie potężny falochron w postaci długiej wyspy, Manhattan byłby
narażony na potęgę wściekłego Atlantyku. Dogodne położenie geograficzne
sprawiło, że Rzeka Północna, docierając do jego krańca, wpływała do
spokojnej, osłoniętej przystani, szerokiej na cztery mile i długiej na
siedem -?to wielkie kotwicowisko marynarze nazywali Górną Zatoką. Co
więcej, za przesmykiem prowadzącym na Atlantyk znajdowały się dwie
ogromne mielizny, stanowiące zewnętrzne bariery powstrzymujące napór
fal. Dzięki nim powstała Dolna Zatoka, tak wielka, że mogłyby w niej
zarzucić kotwicę wszystkie statki świata.
-?To są wrota na północ -?tłumaczył van Dyck. Ale Biała Łania nie
rozumiała. I mimo że opowiedział jej o handlu futrami i szlaku
przewozowym, nie pojmowała, czym są mapy kreślone przez białych ludzi.
Biali przybywali od czasów Krzysztofa Kolumba. Najpierw szukali złota i próbowali odkryć drogę na Wschód. Jeden z nich, Verrazano, który
przypłynął w 1524 roku, został zapamiętany z nazwiska, inni odeszli w niepamięć. Nie wszyscy byli biali; portugalski kapitan Gómez miał czarną
skórę. Pojawił się, pojmał prawie sześćdziesięciu Indian, żeby sprzedać
ich jako niewolników, i zniknął za widnokręgiem. Lecz życie plemion
zamieszkujących tereny wokół zatoki i Rzeki Północnej tak naprawdę
odmieniło przybycie jednego człowieka.
Henry Hudson był Anglikiem, ale służył Holendrom i miał dla nich
odnaleźć krótszą drogę do Chin, żeglując na wschód. Zbadawszy legendarne
Przejście Północno-Wschodnie powyżej Rosji, uznał je za nieprzydatne,
zignorował wszystkie rozkazy i wyruszył w drogę powrotną przez Atlantyk,
szukając Przejścia Północno-Zachodniego. To właśnie Hudson dotarł do
zatoki poniżej Manhattanu, a następnie przez kilka dni płynął w górę
rzeki. "To nie jest droga do Chin", orzekł w końcu.
"To nie jest droga do Chin -?obwieścił po powrocie mocodawcom. -?Ale
ciągnie się tam wspaniała kraina. Pełna bobrów".
"Bóbr -?tłumaczył van Dyck swoim dzieciom -?to najbardziej użyteczne
zwierzę. Bobrze sadło pomaga na reumatyzm, ból zębów i bóle brzucha. A bobrze jądra, starte na proszek i rozpuszczone w wodzie, przywracają
szaleńcowi zmysły. Futro bobra jest gęste i ciepłe". Ale tak naprawdę
najbardziej pożądane było miękkie włosie rosnące pod futrem. Dlaczego?
Bo można je było przerobić na filc.
Kapelusze. Każdy chciał mieć kapelusz z takiego filcu -?szczyt mody -
chociaż stać było jedynie bogaczy. Kapelusznicy, którzy wyrabiali takie
nakrycia głowy, popadali czasem w szaleństwo w wyniku zatrucia rtęcią
używaną do oddzielania miękkiego włosia od sztywniejszej sierści. A może
-?jak czasem myślał van Dyck -?to wszystko było szaleństwem: ludzie
ryzykowali życie i gotowi byli zabijać, zbudowali wielką kolonię, a nawet prawdziwe imperium -?wszystko z powodu mody na kapelusze z bobrowego futra. Ale taki był ten świat. Północno-wschodnie wybrzeże
Ameryki zostało skolonizowane z powodu handlu rybami, lecz wielki port w Nowym Amsterdamie i brzegi potężnej Rzeki Północnej zasiedlono w pogoni
za bobrowym filcem.
Z wdzięczności dla nieustraszonego podróżnika van Dyck i inni handlarze
futrami nazywali wielką rzekę nie Rzeką Północną, ale Rzeką Hudsona.
* * *
-?Oto Nowy Amsterdam. -?Van Dyck uśmiechnął się, widząc u córki dreszcz
podniecenia. Południowy cypel Manhattanu wcinał się w wody ogromnego
portu. Nad małymi falami unosiły się chmary ptactwa. Powietrze miało
rześką słonawą nutę.
Biała Łania patrzyła na wielkie skrzydła wiatraka i potężny fort
wznoszący się nad otwartym nabrzeżem. Gdy okrążyli cypel, z domami
kupców w mniej więcej równych rzędach, van Dyck zaczął pokazywać jej
najciekawsze miejsca.
-?Widzisz ten dom przy brzegu? Zanim pojawili się biali, twoi ludzie
mieli tam obóz. Zostawili po sobie tak wielkie sterty muszli po
ostrygach, że nazwaliśmy to miejsce De Peral Straet, Perłową Ulicą. A tamten jasny dom należy do Stuyvesanta. Nazywamy go Białym Dworem.
Minąwszy cypel, skierowali się do szerokiego kanału biegnącego po
wschodniej stronie Manhattanu. Mówili o nim Rzeka Wschodnia, choć nie
był w rzeczywistości rzeką. Van Dyck wskazał przeciwległy brzeg.
-?To jest Brooklyn. -?Holendrzy nadali mu nazwę miasta leżącego
nieopodal Amsterdamu.
-?Ziemia mojego plemienia -?powiedziała dziewczynka.
-?Tak, kiedyś była waszą ziemią.
Kanoe płynęło ku wschodniej stronie cypla, gdzie zbudowano keję. Kilka
statków stało na kotwicy na Rzece Wschodniej. Gdy van Dyck i jego załoga
dobili do lądu, ludzie zaczęli im się przyglądać z ciekawością.
Skóry od razu załadowano na dwa duże wózki i przetransportowano do
wielkiego magazynu Kompanii Zachodnioindyjskiej. Van Dyck szedł obok
wózków, z Białą Łanią za plecami. Skinął głową kilku znajomym na
powitanie. Na przystani kręciło się mnóstwo ludzi -?marynarze w rozpiętych koszulach, kupcy w obszernych pantalonach, a nawet pastor w czarnych szatach i wysokim stożkowatym kapeluszu z szerokim rondem. Van
Dyck natknął się na dwóch holenderskich kupców, Springsteena i Steenburgena, którzy cieszyli się w mieście sporym poważaniem, więc
należało zatrzymać się i pogawędzić z nimi chwilę.
-?Wasza żona rozmawiała ze Stuyvesantem koło fortu, meinheer van Dyck -
powiedział Springsteen.
-?Pewnie zaraz ją zobaczycie -?dorzucił Steenburgen.
Van Dyck zaklął pod nosem. Wczoraj plan wydawał się całkiem dobry. Po
rozładunku łodzi Indianie musieli zaczekać na popołudniowy przypływ. On
w tym czasie chciał oprowadzić Białą Łanię po mieście i kupić jej trochę
holenderskich ciasteczek -?to miało być radosne ukoronowanie ich
spędzonego wspólnie czasu. Potem Indianie zabraliby ją ze sobą w górę
rzeki, a on wróciłby do żony i dzieci.
Margaretha wiedziała, że po przybiciu do przystani mąż musi załatwić
liczne formalności w składzie celnym, więc nawet jeśli słyszała o jego
powrocie, zapewne czeka w domu. Van Dyck raczej nie spodziewał się, że
spotka ją w forcie.
No cóż, dotrzyma obietnicy złożonej córce. Ale należało uważać.
-?Chodźmy, Biała Łanio -?powiedział.
Wypatrywanie żony i jednoczesne oprowadzanie dziewczynki po okolicy nie
było łatwe. Ale córka i tak wyglądała na uszczęśliwioną. Van Dyck był
dumny ze swojego miasta. Musiał przyznać, że Stuyvesant wykonał kawał
dobrej roboty. Szerokie błotniste nabrzeże zostało częściowo
wybrukowane. Nawet w najbardziej ruchliwym rejonie, niedaleko rynku, na
tyłach wysokich domów ze spadzistymi dachami znajdowały się duże, dobrze
utrzymane ogrody. Podążając na północ, przeszli na drugą stronę
niewielkiego kanału i dotarli do ratusza, Stadt Huys. Był to spory
budynek z wejściem od frontu, trzema rzędami okien, podwójnym oknem w stromym, mansardowym dachu i małym tarasem u góry. Obok stało kilka
innych domów wpatrzonych obojętnie, niczym holenderscy kupcy, w Rzekę
Wschodnią. Przed ratuszem ustawiono podwójne dyby przeznaczone do
karania przestępców. Van Dyck wytłumaczył Białej Łani, że służyły do
zakuwania tych, którzy zasłużyli na publiczne upokorzenie.
-?A tam -?wskazał brzeg rzeki -?mamy szubienicę, na której wieszamy na
sznurze największych zbrodniarzy.
-?My nie mamy takiego zwyczaju -?zauważyła dziewczynka.
-?Wiem -?powiedział dobrotliwie. -?Ale my tak.
Zatrzymali się na chwilę przed gospodą, w której piło kilku marynarzy,
gdy nagle zza rogu wyłoniła się Margaretha van Dyck w luźnej sukni i z fajką w ręku.
* * *
Wpatrywała się w męża i towarzyszącą mu dziewczynkę. Kilka minut
wcześniej żona meinheera Steenburgena powiedziała jej, że van Dyck jest
w mieście. Margaretha zauważyła wtedy w jej oczach -?choć może to tylko
wyobraźnia spłatała jej figla -?szczególny błysk, spojrzenie, którym
obdarza się żonę mężczyzny widzianego z inną kobietą. Wzbudziło to jej
czujność.
Czy Dirk gotów byłby narazić ją na coś takiego? Owładnął nią lodowaty
lęk, ale się opanowała, uśmiechnęła nawet, jakby powrót męża nie był dla
niej zaskoczeniem.
A teraz stał przed nią w towarzystwie małej Indianki. Nie, nie kochanki.
Dziewczynki, która... miała zbyt jasną skórę jak na Indiankę czystej krwi.
-?Wróciłeś. -?Przytuliła się do niego lekko i zaraz zrobiła krok do
tyłu.
-?Tak. Wyładowujemy towar w składzie celnym.
Czy on jest podenerwowany? Być może.
-?Podróż się udała?
-?Bardzo. Kupiłem tyle skór, że musiałem zabrać drugie kanoe.
-?To dobrze. -?Popatrzyła na Białą Łanię. -?Co to za dziewczynka?
Dirk van Dyck zerknął na małą, nie wiedząc, czy zrozumiała jego
wcześniejsze słowa. Nie był pewien. Niektórzy Indianie znali
niderlandzki, ale on zawsze rozmawiał z córką w jej ojczystym języku.
Pomodlił się w myślach.
-?Przypłynęła czółnem z Indianami -?powiedział spokojnie. -?Jest z Klanu
Żółwia. -?Wśród miejscowych ludów przynależność do rodu dziedziczyło się
w linii żeńskiej. Każdy należał do rodziny swojej matki. -?Mam z nimi
dobre stosunki.
Margaretha z uwagą przyglądała się Białej Łani.
-?Znasz jej matkę?
-?Nie. -?Van Dyck pokręcił głową. -?Jej matka zmarła.
-?Wygląda mi na mieszańca.
Domyśliła się? Poczuł ukłucie lęku, ale szybko stłumił w sobie to
doznanie.
-?Też mi się tak wydaje.
-?A ojciec?
-?Kto to wie? -?Wzruszył ramionami.
Jego żona zaciągnęła się fajką.
-?Wszystkie Indianki są takie same.
Dziwne, pomyślał van Dyck. Wbrew nakazom Kościoła kalwińskiego wiele
Holenderek miało kochanków przed ślubem, co powszechnie tolerowano. Ale
Indianki, wypędzone ze swymi plemionami z ojczystych ziem przez białego
człowieka i sprzedające się w faktoriach za niewielkie sumy pieniędzy,
których wartości nie pojmowały, uchodziły w oczach Margarethy za zwykłe
ladacznice.
-?Nie wszystkie -?powiedział cicho.
-?Ładne z niej dziecko. -?Wydmuchnęła dym kącikiem ust. -?Szkoda, że jej
uroda szybko przeminie.
Naprawdę tak będzie? Uroda jego córki zblednie jeszcze za jego życia?
Zauważył, że Biała Łania patrzy nieruchomo przed siebie. Boże, czyżby
wszystko zrozumiała? A może tylko domyśliła się znaczenia słów z tonu
ich głosów?
Dirk van Dyck kochał swoją żonę. Może nie aż tak, jak powinien, ale na
swój sposób była dobrą kobietą i dobrą matką. Podejrzewał, że żadne
małżeństwo nie jest idealne, a winę za braki i niepowodzenia ponoszą
obie strony. Nie zdradzał jej -?wyjątkiem była matka Białej Łani.
Mimo wszystko Margaretha nie miała żadnego powodu przypuszczać, że
dziewczynka jest jego córką. Żadnego poza swoim kobiecym instynktem.
-?Tylko nie przyprowadzaj jej do domu -?przykazała cicho.
-?Oczywiście, że nie -?powiedział wbrew sobie.
Domyśliła się. Był niemal pewny. Zarzuci mu niewierność po powrocie do
domu? Zrobi awanturę? Być może. Ale on wtedy zaprzeczy, a ona wyjdzie na
idiotkę. A może ma w sobie zbyt dużo dumy?
Żałował teraz, że swoim postępowaniem naraża ją na cierpienie.
-?Odeślij ją -?powiedziała Margaretha stanowczo. -?Dzieci na ciebie
czekają. -?Odwróciła się, żeby odejść.
Nie mógł mieć do niej żalu. W pewnym sensie ją podziwiał. Zachowała
godność, chroniąc swoją rodzinę. Po chwili spojrzał na Białą Łanię.
Wciąż patrzyła przed siebie, ale jej pobladła twarz była aż nadto
wymowna. Nie musiała rozumieć słów. Wystarczyły ton głosów i spojrzenia.
Wyparł się jej, choć tego nie chciał. Zalała go potężna fala wyrzutów
sumienia. Nie może tak zostawić swojej córki!
Sprawił żonie ból, ale tego nie dało się już cofnąć. Poza tym była
dorosłą, silną kobietą. A obok stało niewinne dziecko. Błyskawicznie
podjął decyzję.
-?Gdy Indianie odpłyną, będę musiał załatwić kilka spraw! -?zawołał za
Margarethą. -?Muszę pojechać na bouwerie Smita. Jedna czwarta skór jest
dla niego, pamiętasz. -?Rzeczywiście musiał zobaczyć się z farmerem, ale
nie zamierzał jechać tego dnia. -?Powiedz dzieciom, że będę w domu
jutro.
Odwróciła się w jego stronę.
-?A kiedy planujesz znów wyjechać?
-?Wyjechać? -?Uśmiechnął się. -?Za parę miesięcy.
Skinęła głową. Dała się udobruchać?
-?W takim razie do jutra -?powiedziała.
Przez dłuższą chwilę ani on, ani Biała Łania nie odezwali się ani
słowem. Zapragnął otoczyć ją ramieniem, pocieszyć, ale zabrakło mu
odwagi. Ruszyli ulicą w milczeniu.
-?To twoja żona? -?spytała w końcu dziewczynka.
-?Tak.
-?Jest dobrą kobietą?
-?Tak, dobrą kobietą.
Przeszli kilka kroków.
-?Odeślesz mnie teraz z powrotem?
-?Nie. -?Uśmiechnął się. -?Chodź, moja córko -?powiedział.
* * *
Przygotowania zabrały mu mniej niż godzinę. Posłał jednego ze swoich
ludzi po konia. Kupił też trochę jedzenia i dwie derki. Wydał ostatnie
polecenia Indianom, po czym wyruszyli z Białą Łanią w drogę.
Głównym gościńcem wychodzącym z Nowego Amsterdamu był szeroki trakt,
który zaczynał się na rynku przed fortem i prowadził przez zachodnią
część miasta do murów.
Van Dyck jechał powoli. Biała Łania szła zadowolona obok niego. Wkrótce
holenderskie domy ustąpiły miejsca ogrodom i sadom. Dotarli do muru i przekroczyli bramę z kamiennym bastionem. Dalej szeroka droga biegła
prosto, obok cmentarza i wiatraka, a potem skręcała w prawo. Po stronie
Rzeki Wschodniej minęli małą plantację tytoniu i bagno. Wkrótce po lewej
stronie pojawił się duży staw. Od tego miejsca szlak biegł na północ aż
do krańca wyspy.
Wyspa Manhattan miała dziwny kształt: szeroka na jedną milę, a długa na
trzynaście. Dzikie okolice składające się z moczarów, łąk i lasów
usianych pagórkami i skałami stanowiły kiedyś wspaniałe tereny łowieckie
Indian. I to Indianie wytyczyli dawno temu szlak, po którym teraz
wędrował van Dyck.
Wcześniej wyspę zamieszkiwali Manhattanowie. Byli jednym z wielu
osiadłych w tym rejonie szczepów mówiących w języku Algonkinów. Indianie
Canarsee żyli po drugiej stronie Rzeki Wschodniej na Brooklynie; po
przeciwnej stronie portu, na rozległym obszarze ziemi zwanym przez
Holendrów wyspą Staten, mieszkali Raritanowie. Płynąc z biegiem wielkiej
rzeki na północ, można było natknąć się na Hackensacków i Tappanów. Tych
nazw było co najmniej dwadzieścia. Już na samym początku biali
zauważyli, że tubylcy odznaczali się szczególną urodą -?mężczyźni byli
wysocy, a kobiety miały piękne rysy. Van Dyck poczuł dumę, patrząc na
idącą obok córkę.
Ale niewielu białych chciało poznać zwyczaje Indian. Czy on też
zachowywałby się tak samo, gdyby nie matka dziewczynki?
Nawet osadnictwo na Manhattanie było wynikiem pomyłki. Gdy miejscowi
Indianie przyjęli z rąk Pierre'a Minuita pakunek z towarami, zrozumieli
to w sposób dla nich oczywisty: biali składali zwyczajowe dary za prawo
do korzystania z terenów łowieckich przez rok czy dwa. W europejskich
kategoriach można by to nazwać opłatą za dzierżawę. Indianie nie
uznawali ziemi za swoją własność, więc pomysł, że Minuit kupuje ją od
nich na zawsze, nie przyszedł im do głowy. Ale stateczni obywatele
Nowego Amsterdamu niespecjalnie by się tym przejęli, nawet gdyby zdawali
sobie z tego sprawę, pomyślał cierpko van Dyck. Holendrzy podchodzili do
prawa własności w sposób praktyczny: ziemia należy do tego, kto się na
niej osiedlił.
Nic dziwnego, że w ciągu tych lat dochodziło do wielu utarczek. Oburzeni
Indianie atakowali białych. Osiedla położone najdalej na północ zostały
opuszczone. Nawet tu, na Manhattanie, dwie holenderskie wioski -
Bloomingdale, położona kilka mil na zachód, i Harlem na północy -
doznały poważnych zniszczeń.
Ale biały człowiek i tak zajmował coraz więcej terenów. Wielkie obszary
ziemi ciągnące się w górę rzeki przekazano holenderskim właścicielom
ziemskim, patroonom. Duńczyk nazwiskiem Bronck zapłacił miejscowym
Indianom za wyniesienie się z jego wielkiej posiadłości na północy. Małe
grupki wciąż próbowały przetrwać na jego ziemi i w najdzikszych
zakątkach Manhattanu. Ale to wszystko.
Po przebyciu pięciu mil dotarli do lasu porastającego środek wyspy. Van
Dyck uznał, że czas się posilić. Skręcili w wąską ścieżkę wiodącą na
zachód, minęli parę kotlinek i skalnych wzniesień, aż w końcu znaleźli
się na polanie porośniętej trawą i poziomkami. Van Dyck zsiadł z konia i przywiązał go do młodego drzewka. Rozłożył na ziemi derkę i dał znak
Białej Łani, żeby usiadła.
-?A teraz -?powiedział z uśmiechem -?zobacz, co ci ojciec przygotował.
Bez trudu udało mu się kupić płatki kukurydzy, rodzynki, orzeszki hikory
i kilka kawałków wędzonego mięsa -?taką mieszankę Indianie nazywali
"pimekan". Miał też holenderską sałatkę z kapusty i chleb żytni. Oraz
holenderskie przysmaki, czekoladki i ciasteczka, uwielbiane przez
wszystkie dzieci. Usiedli obok siebie, ojciec i córka, i zaczęli ze
smakiem jeść posiłek. Biała Łania połknęła pierwsze ciasteczko i zwróciła się do ojca z pytaniem:
-?Jak myślisz, mam sobie zrobić tatuaż?
Nie odpowiedział od razu. Była taka śliczna. Jej drobne stopy były obute
w mokasyny, długie ciemne włosy związała z tyłu głowy rzemieniem. Jak
większość indiańskich dziewczynek w tym wieku i o tej porze roku miała
na sobie jedynie sięgającą do kolan spódnicę ze skóry jelenia. Na nagiej
piersi wisiał amulet; biust nie zaczął jeszcze rosnąć. Miała idealną
skórę, chronioną przed słońcem i komarami cienką warstwą tłuszczu z szopa. Gdy dorośnie, zapewne zacznie się malować -?odrobina czerwonej
farby na policzkach i czarnej wokół oczu. Van Dyck miał nadzieję, że do
tego czasu pozostanie taką samą cudowną dziewczynką. Indianki nie robiły
sobie takich wielkich tatuaży jak mężczyźni, ale mimo wszystko...
-?Lepiej będzie, jak z tym zaczekasz -?powiedział ostrożnie. -?Dopóki
nie wyjdziesz za mąż. Wtedy wybierzesz sobie tatuaż, który spodoba się
także mężowi.
Zamyśliła się na chwilę i skinęła głową.
-?Zaczekam.
Siedziała w milczeniu, jakby się nad czymś zastanawiała.
-?Zabiłeś kiedyś niedźwiedzia? -?spytała w końcu.
Rytuał inicjacji. Wśród jej współplemieńców każdy chłopiec, chcąc stać
się mężczyzną, musiał zabić jelenia. Miało to głęboki sens. Chłopak
pokazywał w ten sposób, że będzie w stanie wyżywić rodzinę. Ale żeby
wykazać się męstwem, musiał wypełnić dużo trudniejsze i niebezpieczniejsze zadanie: zabić niedźwiedzia. Mężczyzna, któremu się
to udało, stawał się prawdziwym wojownikiem.
-?Zabiłem -?powiedział. Siedem lat wcześniej, na ziemiach Irokezów.
Miejscowi Indianie przestrzegli go, że na górskim szlaku, którym
zamierzał podążyć, doszło ostatnio do kilku wypadków. Ataki niedźwiedzi,
choć zdarzały się rzadko, budziły grozę. Ale był na to przygotowany.
Jednak miał dużo szczęścia, bo gdy zwierzę pojawiło się nagle i go
zaatakowało, zabił je jednym strzałem z muszkietu. -?To był czarny
niedźwiedź. W górach.
-?Sam go zabiłeś?
-?Sam.
Nie odezwała się, ale zauważył, że jest zadowolona: jej ojciec był
prawdziwym wojownikiem.
Było wczesne popołudnie. Promienie słońca przenikały przez liście drzew
i padały na trawiaste skarpy porośnięte poziomkami. Van Dyck wyciągnął
się na derce, czując ogarniający go spokój. Plan, który tak nagle
przyszedł mu do głowy, pozwoli mu spędzić z córką cały dzień. Rano
spotka się na północnym krańcu wyspy z Indianami odprowadzającymi kanoe
i odda im Białą Łanię. Potem zajrzy na bouwerie Smita i jeszcze przed
zmrokiem wróci do domu. Tak, to był dobry plan, mieli dużo czasu.
Zamknął oczy.
Drzemał może kilka minut. Gdy się obudził, Białej Łani nie było.
Rozejrzał się dokoła. Ani śladu dziewczynki. Ogarnął go lęk. A jeśli coś
jej się stało? Już miał ją zawołać, gdy kątem oka uchwycił jakiś ruch.
Wśród drzew, jakieś sto metrów dalej, podniósł głowę jeleń. Van Dyck
znieruchomiał instynktownie, nie wydając z siebie głosu. Zwierzę
patrzyło w jego kierunku, ale go nie zauważyło i opuściło łeb.
Dostrzegł Białą Łanię. Kryła się za drzewem, na prawo od jelenia, stojąc
pod wiatr. Położyła palec na ustach, nakazując mu milczenie, i wyszła ze
swojej kryjówki.
Wiele razy był świadkiem tropienia jeleni, sam też to robił. Ale nigdy w ten sposób. Biała Łania, przemykając między drzewami, wydawała się
lżejsza niż cień. Jej stąpające po mchu mokasyny nie wydawały
najmniejszego szmeru. Gdy znalazła się blisko jelenia, przypadła do
ziemi niczym kot -?posuwała się coraz wolniej, zamierając co chwila,
sunęła nad ziemią jak leciutki włos. Znalazła się za jeleniem, może w odległości piętnastu metrów... potem dziesięciu... pięciu. Zwierzę nadal nie
poczuło jej zapachu. Van Dyck patrzył z niedowierzaniem. Dziewczynka
stała za drzewem, trzy kroki od jelenia, skubiącego trawę. Czekała.
Zwierzę podniosło łeb, znieruchomiało i znów zaczęło się paść. Biała
Łania wystrzeliła do przodu. Przecięła powietrze jak błyskawica. Jeleń
podskoczył i rzucił się do ucieczki, ale wcześniej dziewczynka zdążyła
dotknąć jego grzbietu, wydając przy tym okrzyk radości.
Podbiegła ze śmiechem do ojca, który chwycił ją w ramiona. Dirk van Dyck
zdał sobie sprawę, że z żadnego ze swoich dzieci nigdy nie był i nie
będzie tak dumny, jak dumny był ze ślicznej indiańskiej córki.
-?Dotknęłam go! -?zawołała wesoło.
-?Rzeczywiście. -?Przytulił ją. I pomyśleć, że jest ojcem takiego
cudownego dziecka! Pokręcił ze zdziwieniem głową.
Przez jakiś czas siedzieli obok siebie na derce. Van Dyck prawie się nie
odzywał, ale dziewczynce to nie przeszkadzało. Pomyślał, że czas ruszyć
dalej, lecz wtedy Biała Łania odwróciła się do niego.
-?Opowiedz mi o mojej matce.
-?No cóż -?zaczął niepewnie. -?Była piękna. Jesteś do niej podobna.
Wrócił myślami do ich pierwszego spotkania w obozie nad cieśniną, gdzie
jej ziomkowie zbierali latem małże. Rozstawiali nad brzegiem wigwamy, a nie długie, indiańskie domy. Zebrane małże suszyli, wyskrobywali je z muszli, które potem zakopywali, a mięso wykorzystywali do gotowania
zupy. Dlaczego właśnie ta młoda kobieta tak go zafascynowała? Bo była
wolna? Być może. Jej mąż i dziecko zginęli. A może przyciągnął go
szczególny błysk zaciekawienia w jej oczach? To też. Zatrzymał się tam
na dwa dni, przegadali razem cały wieczór. Czuli do siebie pociąg, ale
on miał do załatwienia pilne sprawy, więc skończyło się jedynie na
rozmowie.
Wrócił po tygodniu.
Dopiero u jej boku naprawdę poznał Indian. Zrozumiał, dlaczego wielu
pierwszych holenderskich osadników, nie mając swoich kobiet, żeniło się
z Indiankami, a potem nie chciało ich oddalić mimo silnych nacisków ze
strony pastorów. Matka Białej Łani była zwinna jak dzikie zwierzę, ale
gdy on był zły albo zmęczony, stawała się łagodna jak gołębica.
-?Bardzo ją kochałeś?
-?Bardzo. -?To była prawda.
-?A potem ja się urodziłam.
Zgodnie ze zwyczajami tego ludu w klanie matki zawsze było miejsce dla
dzieci takich jak ona.
-?Gdybyś nie miał żony w forcie białych ludzi, ożeniłbyś się z moją
matką, prawda?
-?Oczywiście. -?Kłamstwo. Ale niewinne.
-?Zawsze do niej przyjeżdżałeś.
Tak, do tamtej strasznej wiosny trzy lata wcześniej. Kiedy pojawił się w wiosce, dowiedział się, że matka Białej Łani jest chora. "Była w szałasie potu -?powiedziano mu. -?Ale nic nie pomogło. Teraz są u niej
szamani".
Znał ich zwyczaje. Nawet przy wysokiej gorączce Indianin szedł do
maleńkiej chatki, w której za sprawą rozgrzanych do czerwoności kamieni
było jak w piecu. Gdy chory był dosłownie zlany potem, wychodził,
zanurzał się w chłodnej rzece, a potem sechł przy ogniu zawinięty w ciepły pled. Taka terapia często pomagała. A jeśli nie przynosiła
oczekiwanych rezultatów, byli jeszcze znający się na ziołach szamani.
Gdy zbliżył się do chaty, w której leżała matka Białej Łani, wyszedł mu
na spotkanie stary Indianin. "Tylko meteinu mogą jej pomóc",
powiedział ze smutkiem. Meteinu mieli dużo większą moc niż zwykli
szamani. Potrafili przenosić się do świata duchów i znali tajemne
zaklęcia. Jeśli tylko oni mogli jej pomóc, to znaczy, że kobieta była
bliska śmierci. "Na co zachorowała?" -?spytał van Dyck.
"Na gorączkę. -?Starzec skrzywił się niepewnie. -?Na skórze ma...".
Wskazał blizny po ospie i odszedł w milczeniu.
Blizny po ospie. Van Dyck poczuł na plecach zimny dreszcz. Choroby
przywleczone przez białych ludzi do Ameryki, największe przekleństwo.
Grypa, odra, ospa wietrzna były w Europie powszechne, ale Indianie nie
mieli na nie żadnej odporności. Nieraz całe wioski padały ich ofiarą. Z tego powodu rdzenna ludność w tych okolicach zmniejszyła się niemal o połowę. Biali ludzie przywieźli na swoich statkach malarię i syfilis.
Ale największy lęk budziła ospa. Poprzedniego roku ta potworna plaga
wybiła niemal całe plemię na południe od Nowych Niderlandów, a potem
choroba pojawiła się nawet w Nowym Amsterdamie.
Czy to rzeczywiście ospa?
Potem zrobił coś strasznego. Oczywiście miał wiele na swoje
usprawiedliwienie. Musiał myśleć o sobie, o swojej żonie i dzieciach, o mieszkańcach Nowego Amsterdamu. Nawet pastor by mu powiedział: wybierz
większe dobro. Tak, czuł się usprawiedliwiony. Postąpił słusznie, kiedy
po krótkim wahaniu popędził do łodzi i nie zobaczywszy się nawet z Białą
Łanią, popłynął w dół rzeki.
A może powinien był zaczekać, zamiast uciekać jak tchórz? Rodzina
zgromadziła się przy niej, ale on ją opuścił. Mógł przynajmniej
porozmawiać z dzieckiem. Do tej pory odczuwał z tego powodu ból i przeraźliwy lodowaty wstyd. Kilka razy w roku budził się w środku nocy i płakał nad swoją podłością.
Kiedy wrócił po miesiącu, znalazł Białą Łanię pod dobrą opieką dalszych
krewnych. Jej matka zmarła następnego dnia po jego ucieczce -?nie na
ospę, lecz na odrę.
Ze wszystkich sił starał się to córce wynagrodzić. Pojawiał się w obozie
co roku, gdy Indianie obchodzili święto zmarłych. Zazwyczaj nie
rozmawiało się o tych, którzy odeszli, ale podczas święta należało o nich mówić i modlić się za ich dusze. Właśnie to robił przez ostatnie
kilka dni, a potem zabrał Białą Łanię do Nowego Amsterdamu.
-?A jaka byłam jako dziecko? -?spytała dziewczynka.
-?Musimy ruszać dalej -?odparł. -?Ale opowiem ci po drodze.
Opuścili porośniętą poziomkami polanę i znów znaleźli się na starym
indiańskim szlaku. Posuwali się powoli, a van Dyck starał się przywołać
jak najwięcej wspomnień z tamtych dni, gdy był z nią i z jej matką.
Biała Łania wyglądała na zadowoloną. Po jakimś czasie posadził ją przed
sobą na koniu, choć nie uskarżała się na zmęczenie.
Przed zmierzchem dotarli na skraj Manhattanu i rozbili obóz na
niewielkim wzniesieniu powyżej indiańskich jaskiń. Owinęli się derkami i leżąc na wznak, patrzyli na bezchmurne, rozgwieżdżone niebo.
-?Wiesz, gdzie jest teraz moja mama? -?spytała dziewczynka.
-?Tak. -?Wiedział, w co wierzą Indianie. Podniósł rękę, wskazując Drogę
Mleczną. -?Jej dusza wędrowała gwiezdną ścieżką, aż dotarła do
dwunastego nieba. Teraz jest u Stwórcy wszystkich rzeczy.
Milczała tak długo, że uznał, że zasnęła.
-?Często o tobie myślę -?powiedziała nagle sennym głosem.
-?Ja też o tobie myślę.
-?Wiesz, że jak jestem daleko, to zawsze możesz mnie usłyszeć?
-?W jaki sposób?
-?Kiedy wieje lekki wiatr, wsłuchuj się w jego oddech pośród sosen.
Wtedy mnie usłyszysz.
-?Będę słuchał.
Rano dotarli do rzeki, gdzie czekali już dwaj Indianie z dużym kanoe.
Pożegnali się i Dirk van Dyck pojechał do domu.
* * *
Margaretha van Dyck zwlekała trzy tygodnie. Nastało niedzielne
popołudnie. Mąż czytał w salonie dzieciom i Quashowi, małemu
niewolnikowi, a ona obserwowała ich z fotela. W takich sytuacjach
podobał się jej najbardziej. Ich syn Jan, trzynastoletni silny chłopiec
z czupryną ciemnych włosów, uwielbiał ojca i chciał pójść w jego ślady.
Dirk zabierał go czasem do składu celnego, wyjaśniał, jak są zbudowane
żaglowce, opowiadał o dalekich portach i morskich wiatrach, które
wyznaczały trasy podróży. Ale Jan przypominał też Margarecie jej
własnego ojca. Nie był tak krnąbrny i samowolny jak Dirk, wolał spędzać
czas w kantorze. Dobrze się zapowiadał.
Kilka lat wcześniej z powodu febry stracili dwoje dzieci. To był dla
nich straszny cios. Los im to wynagrodził, dając Clarę. Miała teraz pięć
lat, jasnowłosa i niebieskooka wyglądała jak aniołek. Była rozkosznym
dzieckiem. Ojciec ją uwielbiał.
Niewolnik Quash też dobrze się sprawował. Miał tyle samo lat co Jan,
więc bawili się razem jako małe dzieci. I dobrze się odnosił do Clary.
Ale znał swoje miejsce.
Patrząc na męża czytającego na głos całej rodzinie, Margaretha
pomyślała, że jej małżeństwo ma szansę przerodzić się w szczęśliwy
związek pod warunkiem, że uda jej się dokonać małych zmian.
Kiedy więc wspólna lektura dobiegła końca, dzieci pobiegły do sąsiadów,
a mąż wspomniał o czekającej go wkrótce kolejnej wyprawie w górę rzeki,
skinęła spokojnie głową. A potem zastawiła swoją pułapkę.
-?Chyba powinieneś w końcu dołączyć do syndykatu.
Rzucił jej szybkie spojrzenie i wzruszył ramionami.
-?Nie stać mnie na to.
Zauważyła jednak, że wzbudziła jego zainteresowanie.
Dirk van Dyck odnosił duże sukcesy w handlu futrami. Ćwierć wieku
wcześniej, gdy Kompania Zachodnioindyjska była monopolistą w porcie,
mógłby odgrywać naprawdę znaczącą rolę. Ale od tamtego czasu gospodarka
Nowego Amsterdamu rozwinęła się i stała bardziej otwarta. No i zawiązał
się złoty krąg najważniejszych rodów -?Beekmanów, van Rensselaerów, van
Cortlandtów i kilku innych -?które stworzyły syndykaty finansujące
przewóz tytoniu, cukru, niewolników i innych towarów. Właśnie na tym
można było zbić fortunę. O ile miało się odpowiednią sumę na wpisowe.
-?Mamy więcej pieniędzy, niż myślisz -?powiedziała spokojnie. My: mąż i żona. Jakby te pieniądze były ich wspólną własnością. Ale oboje
wiedzieli, że to nieprawda. Pół roku wcześniej Margaretha odziedziczyła
majątek po ojcu, a zgodnie z intercyzą jej mąż nie miał nad nim
kontroli. Nie zamierzała też zdradzać, ile ten majątek jest wart. -
Myślę, że moglibyśmy zainwestować trochę w syndykat.
-?To dość ryzykowne -?zaoponował.
Spodziewała się tego. Największymi inwestorami w całej kolonii były
bogate wdowy i żony. Rozmawiała już ze wszystkimi.
-?Owszem. Ale wierzę w twój zmysł. -?Patrzyła, jak van Dyck się
zastanawia. Przejrzał jej plan? Być może. Ale taką ofertę trudno
odrzucić. Uśmiechnął się po chwili.
-?Moja kochana żono -?powiedział z czułością w głosie. -?Czuję się
zaszczycony twoim zaufaniem i przyrzekam, że zrobię wszystko dla dobra
naszej rodziny.
"Nie próbuj rządzić swoim mężem. Przeprowadź wszystko tak, by to on
podjął decyzję". Tej rady udzieliła jej najbogatsza kobieta w kolonii,
która właśnie wzięła sobie trzeciego młodszego męża. Margaretha uznała,
że van Dyck szybko rozsmakuje się w większych transakcjach i interesach.
Oraz w bogatym życiu towarzyskim, które się z tym wiązało. Niedługo
będzie tak zajęty w Nowym Amsterdamie, że zapomni o uganianiu się za
Indiankami. A gdy już przywyknie do nowego życia, nie popełni żadnego
błędu, bojąc się, że żona obetnie mu fundusze.
-?I tak muszę wyruszyć w górę rzeki -?rzucił.
-?Naprawdę? -?Zmarszczyła brwi.
-?Nie mogę z dnia na dzień rzucić handlu futrami. W każdym razie nie
teraz. Te pieniądze wciąż są nam potrzebne.
Zawahała się. To prawda, jego dochody przydawały się w gospodarstwie.
Zwłaszcza że wciąż utrzymywała w tajemnicy wysokość odziedziczonej sumy.
Ale rozszyfrowała jego grę. Próbował wyślizgnąć się z pułapki. Do diabła
z nim.
Czyżby miał inną kobietę? A może nawet kilka? Tamto indiańskie dziecko
na pewno było jego sprawką. Co oznaczało, że mógł się wpakować w niezłe
tarapaty. Stuyvesant, jako żarliwy obrońca porządku moralnego, ogłosił,
że wszelkie kontakty seksualne z Indianami są sprzeczne z prawem. Ale
postawienie męża przed gubernatorskim sądem niczego by nie rozwiązało,
nie mówiąc już o uczuciach Margarethy. Nie, zachowanie spokoju będzie
najlepszym rozwiązaniem. Niech van Dyck wykręca się, ile chce, ona i tak
go przechytrzy. Da mu tyle zajęć, że zaniecha długich wyjazdów.
-?Masz rację -?powiedziała potulnie. Niech myśli, że postawił na swoim.
* * *
Kolejne tygodnie były dla Dirka van Dycka bardzo udane. Zawarł bliższą
znajomość z grupą poważnych kupców przewożących tytoń na drugą stronę
Atlantyku do wytwarzających mieszanki manufaktur w starym Amsterdamie.
Jego i Margarethę zapraszano do zamożnych domów, w których wcześniej nie
bywali. Kupił sobie nowy kapelusz i kilka par cienkich jedwabnych
pończoch. Piec w salonie został obłożony pięknymi niebiesko-białymi
kaflami. A Quashowi, małemu niewolnikowi, który kręcił się po obejściu i wykonywał drobne prace, Margaretha sprawiła odpowiednie odzienie i przyuczyła go do podawania do stołu. Gdy stary pastor zaszczycił ich
wizytą, wyraził szczególne uznanie dla umiejętności chłopca.
Któregoś czerwcowego dnia, po zakończeniu partii kręgli w gospodzie,
jakiś młody kupiec nazwał Dirka baas, czyli pryncypałem. Baas -?to
holenderskie słowo oznaczało kogoś poważanego. Dirk poczuł się pewny
siebie; jego żona wyglądała na uszczęśliwioną.
Dlatego późniejsza kłótnia tak bardzo go zaskoczyła.
Był lipcowy wieczór. Następnego dnia Dirk miał wyruszyć w górę rzeki.
Margaretha wiedziała o tym już od jakiegoś czasu. Więc jej nagłe słowa
wydały mu się bezsensowne.
-?Nie powinieneś jutro wyjeżdżać -?powiedziała.
-?Dlaczegóż to? Wszystko przygotowane.
-?Bo nie powinieneś zostawiać rodziny w takich niebezpiecznych czasach.
-?Niebezpiecznych?
-?Przecież wiesz. Anglicy.
-?Co tam Anglicy. -?Wzruszył ramionami.
Miała trochę racji. Springsteen, z którego zdaniem bardzo się liczył,
objaśnił mu to kilka dni temu. "To prawda, Anglicy chcą przejąć handel
futrami i niewolnikami. Na dodatek co roku w naszym porcie przeładowuje
się tytoń o wartości dziesięciu tysięcy funtów, i na tym też chętnie
położyliby rękę. Ale najważniejszy, przyjacielu, jest Nowy Amsterdam.
Ten, kto go ma, ma i rzekę, czyli może kontrolować wszystkie tereny na
północy".
Anglicy stawali się coraz bardziej napastliwi. Kontrolowali zachodni
skrawek długiej wyspy, a część położoną bliżej Manhattanu zostawili
Holendrom. Jednak zeszłego roku Winthrop, gubernator Connecticut,
zażądał od niektórych holenderskich osadników płacenia podatków. Nie
wszyscy mieli odwagę odmówić.
A niedawno pojawiły się podstawy do jeszcze większych obaw.
Król Anglii Karol II był może zabawnym hultajem, ale jego młodszy brat
Jakub, książę Yorku, stanowił przeciwieństwo. Niewielu darzyło go
sympatią. Uchodził za człowieka dumnego, upartego i ambitnego. Dlatego
wieść o tym, że "król przekazał bratu amerykańskie kolonie, od
Massachusetts aż po Maryland", wywołała wielkie poruszenie. Na tym
terytorium leżały Nowe Niderlandy. Książę Yorku wysyłał do Ameryki
flotę, żeby wyegzekwować swoje prawa.
Stuyvesant wziął się ostro do roboty. Wzmacniał obronę i rozmieszczał
nowe posterunki. Kompania Zachodnioindyjska kazała mu bronić kolonii,
choć nie dała mu ani wojska, ani pieniędzy. Waleczny gubernator gotów
był utrzymać Nowy Amsterdam za wszelką cenę.
Tymczasem z Holandii przyszła też inna wiadomość. Brytyjski gubernator
dał Holendrom solenne zapewnienie, że nie muszą się obawiać o swoje
kolonie. Angielska flota miała płynąć tylko do Bostonu. Statki
rzeczywiście tam się zatrzymały. Kryzys został zażegnany. Stuyvesant
wyruszył w górę rzeki, żeby uporać się z problemami stwarzanymi przez
Mohawków.
Kiedy więc Margaretha posłużyła się argumentem o angielskim zagrożeniu,
van Dyck przejrzał jej grę: chciała mu dyktować, co ma robić. Nie mógł
do tego dopuścić.
-?A moje interesy? -?spytał.
-?Zaczekają.
-?Wątpię. -?Umilkł, czując na sobie jej baczne spojrzenie. -?Tobie i dzieciom nic nie grozi -?dodał.
-?Ty tak uważasz.
-?Bo to prawda.
-?To znaczy, że nie zostaniesz z nami?
-?Nawet Moskiewski Książę uważa, że jest bezpiecznie -?rzucił swobodnie.
Tak mieszkańcy Nowego Amsterdamu nazywali Stuyvesanta, mając mu za złe
dyktatorskie zapędy.
-?Nie musisz używać tego głupiego przezwiska -?powiedziała ze złością.
-?Dobrze. -?Wzruszył ramionami. -?Jak dla mnie może być Kuternoga.
Tak naprawdę większość kupców, łącznie z bogatymi przyjaciółmi jego
żony, nie lubiła ani Stuyvesanta, ani Kompanii Zachodnioindyjskiej. Van
Dyck podejrzewał, że niektórym jest wręcz wszystko jedno, w czyich
rękach znajdzie się kolonia, byle ich interesy nie ucierpiały. Wydało mu
się nieco zabawne, że przyjaciele Margarethy podzielali raczej jego
poglądy, a nie jej.
-?On jeden jest wart więcej niż was dziesięciu! -?krzyknęła
rozwścieczona.
-?Mój Boże! -?roześmiał się. -?Gotów jestem pomyśleć, że się w nim
zakochałaś.
Posunął się za daleko. Wybuch był nieunikniony.
-?Tylko to ci chodzi po głowie? Nie sądź innych własną miarą. A skoro
już mowa o twoich wyprawach do Indian... -?Gorzka pogarda w jej głosie
była aż nadto wyraźna. -?Radzę ci wrócić w ciągu trzech tygodni, jeśli
chcesz nadal wydawać moje pieniądze! -?Wykrzyczała tę groźbę, zrywając
się z miejsca. Jej oczy rzucały gniewne błyski.
-?Wrócę -?zaczął z lodowatym spokojem -?gdy załatwię wszystkie sprawy.
Ale Margaretha była już za drzwiami.
Wyjechał nazajutrz o świcie, nawet się z nią nie pożegnawszy.
* * *
Był pogodny letni ranek. Szeroka łódź z poszyciem klinkierowym,
napędzana przez czterech wioślarzy, kierowała się na północ. Jednak tego
dnia van Dyck nie wypłynął na wielką Rzekę Hudsona, lecz rozpoczął
wyprawę po drugiej stronie Manhattanu, na Rzece Wschodniej. Na środku
pokładu leżał ogromny stos kurtek z grubej, sztywnej wełny. Taki ładunek
powinien zwieść podejrzliwe spojrzenia.
Wokół panowała cisza. Powoli minęli długi, niski skrawek lądu na środku
rzeki i znalazłszy się w odległości ośmiu mil od nabrzeża Nowego
Amsterdamu, skręcili w prawo, ku małej przystani po wschodniej stronie,
gdzie czekała na nich grupka mężczyzn z wozem pełnym beczułek. To był
ich prawdziwy ładunek.
Przeniesienie go na łódź zabrało im dłuższą chwilę. Korpulentny osadnik,
najwyraźniej przywódca całej grupy, zapytał, czy van Dyck chce sprawdzić
jakość.
-?Taka sama jak ostatnio?
-?Taka sama.
-?Mam do was zaufanie. -?Wiele razy robili interesy.
Brandy. Indianie kupowali ją w każdej ilości, choć taki handel był
zakazany prawem. "Ale przestępstwo jest mniejsze -?tłumaczył dobrotliwie
osadnik -?bo ją rozwodniłem". Tylko trochę -?Indianie nie wyczuwali
różnicy -?ale wystarczająco, żeby dołożyć parę groszy do zarobków van
Dycka. Po załadowaniu całego towaru łódź wpłynęła w główny nurt.
W tym przedsięwzięciu była tylko jedna trudność: towar odbierało się na
Rzece Wschodniej. Stąd van Dyck mógł albo wrócić do Nowego Amsterdamu,
albo płynąć wzdłuż wschodniego brzegu Manhattanu i dotrzeć do Rzeki
Hudsona nieco dalej na północ. A to było dość niebezpieczne.
Na końcu Rzeki Wschodniej nurt się rozwidlał. Na lewo wąski kanał
okrążał północny czubek Manhattanu. Szerszy kanał po prawej stronie
prowadził na wschód, ku dużej cieśninie, której gładkie wody, osłaniane
przez długą wyspę, ciągnęły się przez blisko sto mil. Niebezpieczne było
samo rozwidlenie. Nurt we wszystkich trzech odnogach wydawał się
spokojny, ale spotykały się tu rozmaite prądy i pływy, wywołując silne
wiry, których wypatrzenie utrudniały liczne małe wysepki. Nawet w najbardziej bezwietrzne dni, gdy wydawało się, że leniwy nurt ledwo
porusza trzcinami, łodzie niedoświadczonych przewoźników wpadały nagle w odmęty i roztrzaskiwały się o ścianę wody, która wyłaniała się z głębin
niczym rozgniewany bóg. To miejsce nazywano Wrotami Piekieł. I najlepiej
było go unikać.
Z największą ostrożnością, trzymając się blisko brzegu Manhattanu,
wpłynęli do wąskiego kanału po lewej stronie i pokonali go bezpiecznie
mimo kilku gwałtownych uderzeń fal.
Po lewej ręce leżało niewielkie osiedle Harlem. Najbardziej wysunięta na
północ część Manhattanu miała zaledwie milę szerokości, ale wznosiła się
na imponującą wysokość. Z prawej strony zaczynały się ziemie Broncka.
Wąski kanał ciągnął się jeszcze przez kilka mil, mijając stare
indiańskie jaskinie i obozowiska, i przez kręty wąwóz dochodził do
wielkiej Rzeki Północnej. Tam trzeba było pokonać kolejne niebezpieczne
miejsce pełne poprzecznych prądów. Znalazłszy się na wielkiej rzece, van
Dyck odetchnął z ulgą.
Dalej podróż była już łatwa. Kiedy przypływ Atlantyku wdzierał się do
zatoki, łagodnie cofał nurt rzeki. Teraz przypływ działał na ich
korzyść, ze wstecznym prądem mogli płynąć przez wiele mil. Wyładowane
łodzie posuwały się szybko na północ przy niewielkim wysiłku wioślarzy.
Po prawej stronie minęli posiadłość Junkra. Po lewej ciągnęły się
wysokie nadrzeczne skały zachodniego brzegu, ustępując w końcu łagodnym
wzgórzom. Wreszcie van Dyck zobaczył swój cel -?indiańską wioskę na
wschodnim brzegu.
-?Tu zostaniemy na odpoczynek do rana -?powiedział wioślarzom.
* * *
Jego przyjazd ją ucieszył, z radością więc oprowadzała go po wiosce,
żeby mógł przywitać się ze wszystkimi rodzinami. Domy, zrobione z młodych drzewek, wygiętych, powiązanych i pokrytych korą, niechronione
żadną palisadą, stały na ziemnej półce nad brzegiem. Największy dom,
długi i wąski, zamieszkiwało pięć rodzin. Obok rosły dwa kasztanowce, a w zaroślach z tyłu krzaki dzikich winogron. Nad wodą stały ramy z nawiniętymi sieciami rybackimi. Na płyciznach w pobliżu trzcin żerowały
łabędzie i kaczki krzyżówki.
Może i moja córka jest biedna, ale jej życie nie jest gorsze od mojego,
pomyślał van Dyck.
Późnym popołudniem zjedli posiłek -?mięsistą rybę wyłowioną z rzeki. Do
zmierzchu pozostało jeszcze kilka godzin, więc Biała Łania poprosiła go,
by poszedł z nią na skałę na szczycie wzgórza, skąd roztaczał się piękny
widok na rzekę. Zauważył, że dziewczynka niesie jakiś mały przedmiot
zawinięty w liście. Rozsiedli się wygodnie w popołudniowym słońcu i patrzyli na krążące w górze orły.
-?Mam dla ciebie podarunek -?powiedziała po dłuższej chwili. -?Sama go
zrobiłam.
-?Mogę zobaczyć?
Podała mu zawiniątko. Rozplątał liście i uśmiechnął się z zachwytem.
-?Wampum! -?zawołał. -?Piękny. -?Bóg wie, ile godzin poświęciła, żeby go
wykonać.
Wampum. Maleńkie muszelki z dziurkami w środku nawleczone na sznurki.
Białe muszle pobrzeżek, fioletowe i czarne sercówek. Splecione sznurki
służyły jako pasy, opaski na włosy i inne ozdoby.
Oraz jako środek płatniczy. Wśród Indian wampumami płaciło się za
rozmaite towary, spłacało daniny i posagi. Biały oznaczał pokój i życie,
czarny -?wojnę i śmierć. Ale wampumy miały też skomplikowane wzory i geometryczne piktogramy, które dawało się odczytać. Wielkie,
ceremonialne pasy, długie na ponad metr, uświetniały ważne uroczystości
albo zawieranie traktatów. Święci mężowie nosili wampumy bogate w symbolikę o głębokim znaczeniu.
Holendrzy dość szybko zauważyli, że mogą kupować futra za wampumy, na
które mówili "sewan". Ale angielscy purytanie z Massachusetts posunęli
się jeszcze dalej. Zgodnie z tradycją Indianie latem wykopywali muszle z piasku, a zimą wykonywali żmudną pracę wiercenia otworów kamiennym
świdrem. Wykorzystanie stalowych świdrów przyśpieszyło produkcję i Anglicy zaczęli wyrabiać własne wampumy, eliminując w ten sposób
miejscowych Indian. W rezultacie wartość wampumów malała, bo ich podaż
ciągle rosła. Dla holenderskich i angielskich kupców taka inflacja była
czymś normalnym, ale Indianie, ceniąc piękno i rzeczywistą wartość
swoich wyrobów, uważali, że biali ludzie chcą ich oszukać.
Van Dyck trzymał w dłoniach pas, który miał siedem centymetrów
szerokości, ale był długi na prawie dwa metry, mógł się nim więc owinąć
w pasie co najmniej dwa razy. Na tle z białych muszelek widniały drobne,
geometryczne figury zaznaczone fioletowym kolorem. Dziewczynka wskazała
z dumą.
-?Wiesz, co to znaczy? -?spytała.
-?Nie -?przyznał.
-?Tu jest napisane -?przeciągnęła palcem -?ojciec Białej Łani. -
Uśmiechnęła się. -?Będziesz go nosił?
-?Tak, zawsze -?obiecał.
-?To dobrze. -?Patrzyła z radością, jak van Dyck zakłada pas. Potem
siedzieli długo w milczeniu, obserwując słońce, które powoli
czerwieniało, a wreszcie skryło się za lasem po drugiej stronie rzeki.
Rano, przy odjeździe, van Dyck obiecał córce, że w drodze powrotnej znów
ją odwiedzi.
* * *
Miał tego lata przyjemną podróż. Pogoda mu sprzyjała. Na zachodnim
brzegu ciągnęły się ogromne, zalesione tereny znajdujące się pod
kontrolą plemion mówiących po algonkeńsku, tak jak lud jego córki. Mijał
dobrze sobie znane strumienie. Lubił mówić, że podróżuje jako gość tej
rzeki. Puls potężnego oceanicznego przypływu docierał na odległość stu
pięćdziesięciu mil w głąb lądu, prawie do fortu Orange. Latem słona
morska woda pojawiała się nawet sześćdziesiąt mil od ujścia. Dlatego van
Dyck mógł płynąć, leniwie niesiony przez prąd aż do swojego celu na
terytorium Mohawków.
Mohawkowie wzbudzali w wielu ludziach lęk. Indianie zamieszkujący tereny
wokół Manhattanu mówili w języku Algonkinów, ale potężne plemiona, takie
jak Mohawkowie, kontrolujące wielkie obszary na północy, władali
irokeskim. Mohawkowie nie darzyli miłością Algonkinów. Od blisko
czterdziestu lat prowadzili z nimi wojny. Najeżdżali ich wioski i wymuszali daniny. Choć otaczała ich groźna aura, Holendrzy traktowali
relacje z nimi trzeźwo i pragmatycznie.
"To nawet lepiej. Jeśli szczęście dopisze, Angolkinowie będą zajęci
walką z Mohawkami i nas zostawią w spokoju". Holendrzy sprzedawali
Mohawkom nawet broń.
W opinii van Dycka takie postępowanie było dość ryzykowne. Północne
placówki należące do Nowych Niderlandów, fort Orange i Schenectady,
leżały na terytoriach Mohawków, a ci czasem sprawiali problemy. Właśnie
z tego powodu Stuyvesant udał się niedawno do fortu Orange. Van Dyck nie
darzył go szczególną sympatią, ale był pewien, że stary gubernator
poradzi sobie z Indianami. Mohawkowie byli wojowniczy, lecz chętnie
przystępowali do rokowań, bo te leżały w ich interesie.
Van Dyck nie obawiał się Indian. Mówił w języku Irokezów i znał ich
obyczaje. Nie wyprawiał się zresztą aż do fortu Orange, lecz do małej
faktorii leżącej nad mniejszą rzeką o godzinę drogi na południe. Wiele
razy się przekonał, że kupców zawsze witano mile, bez względu na toczące
się wokół wydarzenia. Dotrze więc do dzikich terenów, sprzeda Mohawkom
oszukaną brandy i wróci z dużym ładunkiem futer.
"Cała nadzieja w handlu -?mawiał. -?Królestwa będą upadać, ale handel
zawsze przetrwa".
Żałował nieco, że musi prowadzić interesy z Mohawkami. Dużo bardziej
lubił Algonkinów. Ale co mógł na to poradzić? Zachłanność białego
człowieka na futra i gorliwe dostarczanie ich przez Indian doprowadziły
do tego, że w dolnym biegu Rzeki Hudsona zostało już niewiele bobrów i Algonkinowie nie mieli czego sprzedawać. Nawet Mohawkowie, chcąc
zaspokoić niekończące się potrzeby białych, zapuszczali się coraz dalej
na północ, na terytoria Huronów. I to oni dostarczali towar. Więc van
Dyck z nimi głównie handlował.
Podróż zajęła mu dziesięć dni i przebiegała bez żadnych incydentów.
Faktoria Mohawków, w odróżnieniu od większości wiosek Angolkinów, była
otoczona solidną palisadą. Tutejsi Indianie byli twardzi i nieustępliwi,
lecz przyjęli jego brandy.
-?Chociaż byłoby lepiej, gdybyś przywiózł też strzelby -?stwierdzili.
Wracał z największym ładunkiem skór, jaki kiedykolwiek udało mu się
kupić. Ale mimo to wcale nie śpieszył się z powrotem na Manhattan.
Zamierzał zatrzymywać się po drodze, dzień tu, dzień tam.
Chciał, żeby Margaretha na niego czekała.
Niezbyt długo. Obliczył to sobie starannie. Wyznaczyła mu termin, więc
nie mógł go dotrzymać. Naturalnie powie jej, że interesy zatrzymały go
dłużej, niż się spodziewał. Ona będzie podejrzewać kłamstwo, ale nic nie
zrobi. Zostawić ją w niepewności, tak, to było najlepsze wyjście. Kochał
swoją żonę, ale musiał jej pokazać, że nie pozwoli sobą rządzić. Tydzień
powinien wystarczyć. Dlatego powiedział wioślarzom, że w drodze
powrotnej na południe nie muszą się szczególnie wysilać. Dirk van Dyck
spokojnie liczył mijające dni.
Martwiła go tylko jedna rzecz -?to, czego nie dopełnił. Niby drobiazg,
ale ciągle o tym myślał.
Nie miał podarunku dla córki.
Ten wampum, który mu dała. Naturalnie miał swoją cenę. Ale jednocześnie
był bezcenny. Córka zrobiła go dla niego, własnymi rękami nawlekała
koraliki, splatała je całymi godzinami, tworząc z nich proste przesłanie
miłości.
Jak miał się jej odwdzięczyć? Co dać w zamian? Dłoniom brakowało
zręczności. Nie umiał rzeźbić, obrabiać drewna, tkać. Nigdy nie
nauczyłem się tych pradawnych umiejętności, pomyślał. Potrafię jedynie
kupować i sprzedawać. Jak mam okazać jej miłość, jeśli nie kosztownymi
darami?
O mało nie kupił kurtki uszytej przez Mohawków. Ale zapewne by się jej
nie spodobała. Poza tym chciał jej dać coś, co pochodziłoby od jego
ludu, w końcu krew Holendrów też płynęła w jej żyłach. Gryzło go to
nieustannie, ale żaden pomysł nie przychodził mu do głowy i problem
pozostał nierozwiązany.
Wpłynęli na terytorium Algonkinów. Nakazał swoim ludziom przybić do
zachodniego brzegu, do wioski, w której wcześniej robił interesy.
Chętnie podtrzymywał te kontakty, poza tym mógł w ten sposób opóźnić
powrót do domu.
Powitano go przyjaźnie. Mieszkańcy byli zajęci przy zbiorach. Jak
większość miejscowych plemion, siali w marcu kukurydzę, a w maju
czerwoną fasolę, dla której doskonałą podporę stanowiły kukurydziane
łodygi. Teraz zbierano jedno i drugie. Van Dyck i jego ludzie zatrzymali
się w wiosce na dwa dni, pomagali przy żniwach. Praca była ciężka, w upale, mimo to sprawiała mu przyjemność. Algonkinowie nie handlowali już
skórami, ale mieli na sprzedaż kukurydzę, więc van Dyck obiecał, że
wróci za miesiąc i przewiezie ich ładunek w dół rzeki.
Zbiory przebiegły sprawnie. Trzeciego dnia wszyscy zasiedli do
wieczornego posiłku, a kobiety zaczęły wnosić jedzenie, gdy nagle na
rzece pojawiła się mała łódka. Wiosłował jeden człowiek.
Van Dyck z uwagą obserwował zbliżającą się łódź. Gdy przybiła do brzegu,
wyskoczył z niej młody mężczyzna i wciągnął ją na ląd. Mężczyzna był
jasnym blondynem, najwyżej dwudziestoparoletnim, z lekko wystającymi
zębami. Miał przystojną, ale nieco zawziętą twarz. Pomimo ciepłej pogody
ubrany był w buty do konnej jazdy i opryskany błotem czarny płaszcz.
Niebieskie oczy patrzyły czujnie. Wyjął z łódki skórzaną torbę i zarzucił ją sobie na ramię.
Indianie przyglądali mu się podejrzliwie. Jeden zwrócił się do niego z pytaniem, ale mężczyzna najwyraźniej nie mówił w języku Algonkinów.
Gestami wyjaśnił, że prosi o jedzenie i schronienie. Algonkinowie nie
odmawiali takim prośbom. Van Dyck wskazał miejsce obok siebie.
Po kilku chwilach okazało się, że przybysz nie mówi też po niderlandzku.
Był Anglikiem. Na szczęście van Dyck całkiem dobrze znał angielski.
Jednak jasnowłosy mężczyzna w ciemnym płaszczu uważnie dobierał słowa,
jakby nie chciał powiedzieć za wiele.
-?Skąd jesteś? -?spytał van Dyck.
-?Z Bostonu.
-?A czym się zajmujesz?
-?Handlem.
-?Co cię tu sprowadza?
-?Byłem w Connecticut. Okradli mnie. Straciłem konia. Pomyślałem, że
udam się w dół rzeki. -?Wziął podaną mu miskę z kukurydzą i zaczął jeść,
unikając dalszych pytań.
Van Dyck znał dwa rodzaje bostończyków. Pierwszym byli ludzie bogobojni,
surowi purytanie, których zbory żyły zgodnie z zaleceniami Pana Boga.
Zalecenia te były jednak dość surowe. Jeśli Stuyvesant uchodził za
nietolerancyjnego wobec obcych, takich jak kwakrzy, bo gdy tylko mógł,
wyrzucał ich z miasta, jego postępowanie i tak wydawało się łagodne w porównaniu z tym, co działo się w Massachusetts. Wieść niosła, że
kwakrów chłostano tam niemal na śmierć. Młodzieniec nie wyglądał jednak
na pobożnego człowieka. Drugą grupę stanowili ci, którzy przybywali do
Nowej Anglii, by dorobić się fortuny na handlu i łowieniu ryb. Twardzi,
zahartowani mężczyźni. Być może nieznajomy młodzieniec był jednym z takich.
Jego opowieść nie brzmiała wiarygodnie. Zbieg, który ucieka na zachód,
żeby zgubić pogoń? Łódź była zapewne kradziona. Van Dyck postanowił nie
spuszczać z mężczyzny oka.
* * *
Tom Master miał za sobą ciężkie chwile. Podczas rejsu do Bostonu jego
statek napotkał liczne sztormy. Kiedy po zawinięciu do portu udał się do
rodzinnego domu, obecnie zajmowanego przez brata, Eliot przeraził się na
jego widok, a potem nie odzywał się przez wiele godzin, co dla Toma było
nawet gorsze niż morskie burze. Brat wprawdzie nie wyrzucił go na ulicę,
ale na swój milczący sposób dał mu jasno do zrozumienia, że wolę ojca
należy szanować nawet po jego śmierci. A Tom złamał wszelkie zasady
przyzwoitości, próbując powrócić na łono rodziny.
Początkowo był dotknięty, potem zły. Trzeciego dnia postanowił
potraktować całą sprawę jak żart; śmiał się wręcz za plecami brata.
Jednak znalezienie zajęcia w Bostonie nie było już takie zabawne. Nie
wiadomo, czy to z powodu swojej kiepskiej reputacji, czy dlatego, że
Eliot zdążył ostrzec przed nim całe miasto, Tom nie usłyszał dobrego
słowa od żadnego ze znajomych kupców. Wszystko wskazywało na to, że
życie w Bostonie nie będzie łatwe.
Zastanawiał się też, czy ojciec zapisał mu coś w testamencie. Zapytał o to wprost, a Eliot odpowiedział: "Tak, ale pod pewnymi warunkami,
których nie spełniasz". Zrozumiał, że jest na przegranej pozycji.
Co powinien zrobić? Wrócić do Londynu? Eliot na pewno zapłaciłby za tę
podróż, bo w ten sposób pozbyłby się go z Bostonu na zawsze. Ale Tom
wściekał się na samą myśl, że własny brat miałby go wypędzić z miasta.
Poza tym w Ameryce zatrzymywały go też inne powody.
Do Bostonu zawinęła flota księcia Yorku. Jej dowódca ostentacyjnie
wypełniał przypisane mu obowiązki reprezentacyjne. Jednak Tom żywił
pewne podejrzenia, a rozmowa z jednym z młodych oficerów tylko je
potwierdziła. Flota miała wkrótce wyruszyć do Nowego Amsterdamu. "Jeśli
królowi uda się przejąć Nowe Niderlandy, mój pan stanie się władcą
tutejszego imperium -?mówił oficer. -?Mamy wystarczająco dużo dział i prochu, żeby obrócić Nowy Amsterdam w perzynę". Zapewnienia składane
Holendrom przez króla Anglii były jedynie ulubioną taktyką monarchów:
bezwstydnym kłamstwem.
Gdyby słowa młodego oficera okazały się prawdą, przed młodymi Anglikami
z amerykańskich kolonii otwarłyby się nowe możliwości. Głupotą byłoby
wracać do Anglii. Tom potrzebował jedynie dobrego planu.
Pomysł przyszedł mu do głowy następnego dnia. Jak większość jego
pomysłów był bezczelny, ale nie pozbawiony poczucia humoru. Już
wcześniej Tom spotkał w karczmie młodą kobietę o dość marnej reputacji,
którą pamiętał z dawnych czasów, i wdał się z nią w krótką pogawędkę.
Nazajutrz wrócił, by porozmawiać z nią jeszcze raz. Gdy powiedział jej,
czego od niej chce, i wymienił sumę, którą gotów był zapłacić, zgodziła
się ze śmiechem.
Wieczorem odbył rozmowę z bratem.
Zaczął od przeprosin. A potem wyraził skruchę z powodu swoich dawnych
występków. Reakcją było milczenie. Zaraz więc wyjaśnił, że chce się
ustatkować, żyć nader skromnie, za to cnotliwie.
-?Ale mam nadzieję, że nie tutaj -?powiedział na to Eliot.
Tom przyznał, że właśnie Boston obrał za swoje miasto. A na dodatek
znalazł sobie żonę. Słysząc to, Eliot spojrzał na niego w osłupieniu.
Tom tłumaczył, że zna tę kobietę od dawna; ona też wiodła życie dalekie
od doskonałości, ale teraz żałuje za swoje grzechy. Dlatego postanowił
ją ocalić, widząc w tym wyraz prawdziwej chrześcijańskiej pokory i przebaczenia.
-?Co to za kobieta? -?spytał Eliot chłodno.
Tom podał mu imię dziewczyny i nazwę oberży, w której pracowała.
-?Miałem nadzieję -?powiedział -?że zechcesz nam pomóc.
W południe następnego dnia Eliot wiedział już wszystko. Dziewczyna była
zwykłą ladacznicą. Owszem, powiedziała, chętnie wyjdzie za mąż za Toma,
da się ocalić i będzie wiodła w Bostonie życie skromne i pokorne. Bo nie
ma nic gorszego niż jej obecny upadek. Eliot natychmiast zorientował
się, że to oszustwo, w dodatku nie zobaczył w nim niczego śmiesznego. To
jednak nie miało większego znaczenia. Tom najwyraźniej zamierzał
sprawiać mu kłopoty i wystawiać na pośmiewisko. Albo też, jak
przypuszczał Eliot, gotów był wyjechać -?za określoną cenę. Tego
wieczoru odbyli kolejną rozmowę.
Przebiegała w grobowym nastroju, w którym Eliot najwyraźniej się
lubował. Siedzieli w małym kwadratowym pokoju służącym za kantor. Na
oddzielającym ich biurku stał kałamarz, obok leżała Biblia, jakaś księga
prawnicza, gilotyna do papieru i sosnowe pudełeczko ze świeżo wybitym
srebrnym dolarem.
Eliot złożył ofertę w postaci spadku, który Adam Master zapisał
młodszemu synowi -?pod warunkiem że ten dowiedzie swoim zachowaniem
powrotu na drogę cnoty.
-?Dając ci te pieniądze, okazuję ojcu nieposłuszeństwo -?oznajmił Eliot
szczerze.
-?Błogosławieni są ludzie miłosiernego serca -?powiedział Tom
uroczyście.
-?Odmawiasz powrotu do Anglii?
-?Odmawiam.
-?W takim razie na podstawie tego pisma wypłacisz pieniądze u pewnego
kupca w Hartford w Connecticut. Oni tam są bardziej tolerancyjni wobec
ludzi takich jak ty -?stwierdził Eliot cierpko. -?Ale jest jeden
warunek: nie wolno ci nigdy wrócić do Massachusetts. Nawet na jeden
dzień.
-?Ewangelia głosi, że nawet syn marnotrawny został w domu serdecznie
przyjęty -?zauważył Tom łagodnie.
-?On wrócił do domu raz. Nie dwa.
-?Będę potrzebował pieniędzy na podróż. List zapewnia mi fundusze
dopiero po przybyciu do Hartford.
-?To wystarczy? -?Eliot podał mu parę wampumów i sakiewkę z kilkoma
szylingami.
Tom uznał, że po opłaceniu dziewczyny z karczmy reszta wystarczy na
drogę.
-?Dziękuję.
-?Lękam się o twoją duszę.
-?Wiem.
-?Przysięgnij mi, że więcej tu nie wrócisz.
-?Przysięgam.
-?Będę się za ciebie modlił -?powiedział Eliot, nie mając większego
przekonania, że to przyniesie jakiś skutek.
Tom wyjechał nazajutrz o świcie. Wcześniej wślizgnął się do kantorka
brata i ukradł pudełeczko ze srebrnym dolarem. Żeby zrobić Eliotowi na
złość.
Jechał nieśpiesznie przez Massachusetts na zachód, zatrzymując się po
drodze w kolejnych gospodarstwach. Dotarł do rzeki Connecticut, a tam
powinien był skręcić na południe, żeby znaleźć się w Hartford. Ale
złościło go, że musi słuchać poleceń brata, więc bez żadnego
szczególnego powodu przez kilka następnych dni podążał dalej na zachód.
Sądził, że pieniądze, które trzymał w małym chlebaku, wystarczą na jakiś
czas. Wiele razy słyszał, że wielka Rzeka Północna jest piękna.
Postanowił więc, że dopiero nad jej brzegiem zawróci i skieruje się do
Hartford.
Opuściwszy Connecticut, wjechał na terytorium holenderskie. Nigdzie
żywej duszy. Wypatrując Indian, posuwał się ostrożnie dalej przez
kolejne dwa dni. Drugiego dnia po południu teren zaczął opadać i wkrótce
Tom zobaczył rzekę. Na szerokim wypłaszczeniu powyżej brzegu stały
zabudowania gospodarstwa. Były niepozorne: niewielka chata z szerokim
gankiem, po jednej stronie stodoła, a po drugiej stajnia i niska
przybudówka. Łąka dochodziła do samej rzeki, a tam znajdował się
drewniany pomost z zacumowaną łódką.
Na spotkanie wyszedł mu chudy mężczyzna ze skwaszoną miną, może
sześćdziesięcioletni, niemówiący ani słowa po angielsku. Gdy Tom
wyjaśnił, że szuka noclegu, mężczyzna niechętnie pokazał mu, że zjeść
może w chacie, ale spać musi w stajni.
Tom przywiązał konia i wszedł do domu. Zastał tam już gospodarza, dwóch
mężczyzn, których wziął za robotników na indenturze, oraz Murzyna,
zapewne niewolnika. Wszyscy czekali na kolację. Gospodyni, niska,
jasnowłosa kobieta, znacznie młodsza od osadnika, kazała im usiąść,
wskazując Tomowi jego miejsce. Nie zauważył żadnych dzieci. Słyszał już
wcześniej, że holenderscy rolnicy jadają ze swoimi niewolnikami.
Najwidoczniej w tej rodzinie też wszyscy zasiadali przy jednym stole.
Kobieta była znakomitą kucharką. Duszone mięso, popijane piwem, miało
doskonały smak. Potem podano wielki placek z owocami. Nie rozmawiano
dużo przy posiłku, ale Tom i tak nie znał niderlandzkiego.
Kobieta budziła jego ciekawość. Wyszła za mąż za starszego od siebie
wdowca? Była jego córką? A może odgrywała tu tylko rolę gospodyni? Mimo
drobnej figury miała obfite piersi i rozsiewała wokół siebie zmysłową
aurę. Mężczyźni traktowali ją z szacunkiem. Siwy gospodarz zwracał się
do niej po imieniu -?Annetie -?ale wyczuwało się między nimi wyraźne
napięcie. On ignorował ją w rozmowie, zwracając się jedynie do
robotników, a kiedy ona podawała mu miskę z mięsem, odsunął się
nieznacznie, co Tom od razu zauważył. Przysłuchiwała się rozmowie w milczeniu, ale na jej twarzy pojawiał się wyraz tłumionej irytacji. Raz
lub dwa razy, gdy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnęła się lekko do
Toma.
Po skończonym posiłku robotnicy i niewolnik udali się do przybudówki na
spoczynek, a Tom poszedł do stodoły. W zapadającym zmroku znalazł kilka
snopków słomy i rozłożył na nich płaszcz. Już miał się położyć, gdy
zauważył zbliżającą się postać z lampą.
Była to Annetie. Przyniosła mu dzbanek z wodą i kilka ciastek
zawiniętych w serwetkę. Podając mu je, dotknęła jego ramienia.
Spojrzał na nią zaskoczony. Umiał rozpoznać kobiece zaloty. Obserwował
ją uważnie w świetle lampy. Ile mogła mieć lat? Trzydzieści pięć? Była
całkiem ładna. Z uśmiechem spojrzał jej w oczy. Uścisnęła mu lekko ramię
i odwróciła się. Odprowadził ją spojrzeniem, gdy szła przez podwórze do
domu. Zjadł ciastka, wypił trochę wody i się położył. Noc była ciepła.
Wrota do stodoły zostawił otwarte. Dzięki temu widział światło sączące
się przez okiennice w chacie. Po jakimś czasie światło zgasło.
Ze snu wybudził go jakiś dźwięk. Był głośny, dochodził z chaty.
Chrapanie właściciela farmy. Z pewnością docierało aż na drugi brzeg
rzeki. Tom zasłonił sobie uszy, próbując ponownie zasnąć, ale nagle
zauważył, że ma towarzystwo. Ktoś zamknął drzwi do stodoły. Obok niego
leżała Annetie. Miała ciepłe ciało. Z chaty wciąż dobiegało chrapanie.
Obudził się tuż przed świtem. Przed drzwiami stodoły zauważył nikły
blask. Annetie spała obok. Chrapanie ucichło. Czyżby gospodarz już
wstał? Trącił łokciem Annetie. Kiedy przekręcała się na drugi bok,
zaskrzypiały wrota. Zalało ich chłodne światło.
W drzwiach stał stary rolnik. W rękach trzymał skałkówkę. Celował w Toma.
Annetie popatrzyła na niego zaskoczona. Ale mężczyzna skierował całą
uwagę na Toma. Gestem nakazał mu wstać. Tom usłuchał, wciągając na
siebie ubranie i zgarniając płaszcz i chlebak. Kolejnym gestem gospodarz
kazał mu wyjść na zewnątrz. Zamierzał go zastrzelić? Gdy znaleźli się na
podwórzu, wskazał tylko ścieżkę prowadzącą na szczyt wzniesienia.
Przekaz był jasny: wynoś się.
Tom wskazał stajnię, gdzie przywiązał swojego konia. Rolnik odciągnął
kurek strzelby. Tom zrobił kolejny krok. Mężczyzna wycelował w niego.
Ten stary Holender naprawdę chce go zabić? Byli na odludziu. Nikt nie
zauważyłby jego zniknięcia. Tom niechętnie ruszył ścieżką w stronę lasu.
Zatrzymał się, gdy tylko zniknął z pola widzenia. Odczekał jakiś czas i zaczął skradać się z powrotem w kierunku zabudowań. W gospodarstwie
panowała cisza. Żadnego ruchu. Tom okrążył chatę, chcąc wślizgnąć się do
stajni.
Aż podskoczył, słysząc głośny huk. Kula minęła jego głowę i wbiła się w stajenne wrota. Odwrócił się. Gospodarz stał na ganku i właśnie ładował
strzelbę.
Tom rozejrzał się, szukając drogi ucieczki. Rzucił się biegiem w kierunku rzeki. Udało mu się wpaść na pomost, w okamgnieniu odcumował
łódkę. Dzięki Bogu w środku było wiosło. Ledwo wskoczył do łodzi,
rozległ się drugi strzał. Rozbryzg na wodzie wskazywał, że gospodarz
chybił zaledwie o kilkadziesiąt centymetrów. Tom chwycił wiosło,
odepchnął się od pomostu i zaczął jak szalony płynąć w dół rzeki.
Dopiero gdy pokonał ćwierć mili, odważył się zatrzymać i spojrzeć za
siebie. Płynął dalej z prądem, a za zakrętem przybił do brzegu, żeby
odpocząć.
Przyszło mu wtedy do głowy, że wciąż nie wie, czy Annetie była córką
starego rolnika, jego żoną, czy może łączyła ich inna relacja. Jedno
było pewne: mężczyzna miał jego konia. A koń był znacznie więcej wart
niż mała łódka.
Ta myśl bardzo Tomowi doskwierała.
* * *
Van Dyck pozwolił Tomowi zjeść w milczeniu. A potem zapytał młodzieńca,
czy widział w Bostonie angielską flotę. Tom z wahaniem przyznał, że tak,
widział okręty.
-?A po co Anglicy się tam zjawili? -?dociekał van Dyck.
Młody człowiek znów się zawahał i wzruszył ramionami.
-?Gdy wyjeżdżałem, mieli jakieś sprawy w Bostonie. -?Ugryzł kawałek
placka kukurydzianego i przez kilka chwil przeżuwał w milczeniu, patrząc
w ziemię.
Van Dyck podejrzewał, że Tom wie więcej, niż mówi. Indianie zapytali go,
czy nieznajomy jest dobrym człowiekiem.
-?Nie wiem -?odpowiedział w języku Algonkinów. -?Lepiej mieć na niego
oko.
Indianie zaprosili go ponownie do wioski pod koniec lata na polowanie.
Już wcześniej wyruszał z nimi na łowy. Wielkie polowania sprawiały mu
przyjemność, ale były okrutne. Po wytropieniu jeleni gromada ludzi -?im
więcej, tym lepiej -?szła wielkim łukiem przez las, uderzeniami w pnie
drzew płosząc zwierzęta i zaganiając nad rzekę. W wodzie jelenie musiały
zwolnić i łatwo było je ustrzelić. Stada zapewniały Algonkinom dobre
życie. Van Dyck obiecał, że się zjawi. Przez jakiś czas rozmawiali
jeszcze, śmiejąc się.
Było jasne, że zażyłość między van Dyckiem i Indianami zaintrygowała
młodego Anglika. Zapytał, czy wszyscy Holendrzy utrzymują z miejscowymi
tak bliskie stosunki.
-?A wy, Anglicy, nie chcecie poznawać zwyczajów Indian? -?zdziwił się
van Dyck.
Młodzieniec pokręcił głową.
-?Bostończycy robią wszystko, żeby się Indian pozbyć. Co nie jest
trudne. Mają na to swój sposób.
-?Jaki?
-?Wampumy. -?Młody mężczyzna uśmiechnął się kwaśno. -?Bostończycy każą
Indianom płacić daniny w tej walucie. A wysokość opłat zależy od liczby
mężczyzn, kobiet i dzieci. Tylko że Indianie nie są w stanie tak szybko
zrobić wampumów, więc zamiast tego dają nam ziemię. Z każdym rokiem jest
ich u nas coraz mniej.
-?A jeśli mimo wszystko uda im się zapłacić?
-?Wtedy nasi sędziowie pokoju wymierzają im kary za różne przestępstwa.
-?Jakie przestępstwa?
-?To zależy. -?Tom wzruszył ramionami. -?W Massachusetts zawsze można
coś wymyślić. Któregoś dnia Indianie po prostu znikną.
-?Rozumiem. -?Van Dyck spojrzał na młodego Anglika z niechęcią. Wręcz
miał ochotę go uderzyć. Ale nagle przyszło mu do głowy, że Holendrzy
wcale nie są lepsi. Liczba Algonkinów w Nowych Niderlandach malała z każdym rokiem. Ich tereny łowieckie na Manhattanie niemal przestały
istnieć. Indianie byli wypierani ze swoich ziem, leżących na terenie
posiadłości Broncka i Junkra. To samo działo się na Długiej Wyspie.
Przyjdzie taki dzień, że Algonkinowie zostaną wyparci nawet z tych
terenów w górze rzeki, gdzie Holendrzy mieli dziś tylko kilka placówek.
Do tego dochodziły spustoszenia w wyniku przyniesionych z Europy chorób
-?odry, ospy i innych. Niestety, pomyślał van Dyck ze smutkiem,
nieważne, skąd jesteśmy, biały człowiek prędzej czy później doprowadzi
do zagłady Indian.
Te rozmyślania ostudziły nieco jego emocje, ale i tak postanowił
przywołać młodzieńca do porządku. Gdy Tom stwierdził, że wampumy są
dobre dla Indian, natomiast w Bostonie wszystkie rozliczenia prowadzone
są w funtach, van Dyck natychmiast wykorzystał tę sposobność.
-?Anglicy tylko o funtach gadają, ale w ręku nie mają nic. A Indianie
mają przynajmniej swoje wampumy. Coś mi się wydaje -?dorzucił oschle -
że pod tym względem wciąż was wyprzedzają.
Nie mijał się z prawdą. W Anglii w obiegu były pensy, szylingi i złote
floreny, monety o wyższej wartości zdarzały się rzadko. W koloniach
obowiązywały wręcz prymitywne zasady. Na przykład w Wirginii walutą był
tytoń i najczęściej prowadzono handel wymienny. W Nowej Anglii kupcy
rozliczali się między sobą w funtach i wystawiali własne banknoty, ale
angielskie monety, zarówno złote, jak i srebrne, były praktycznie
niedostępne.
Młody Anglik wcale się nie przejął, tylko wybuchnął śmiechem.
-?Nie da się zaprzeczyć. Oto jedyny pieniądz, któremu ufam. -?Z kieszeni
płaszcza wyjął małe płaskie pudełko, popukał w nie lekko i podał je van
Dyckowi. Sosnowa szkatułka mieściła się w dłoni. Holender otworzył
wieczko. Na wyściółce z kawałka tkaniny leżała moneta, w której odbijało
się gasnące światło dnia.
Był to srebrny dolar, który Tom ukradł bratu.
Holendrzy używali nazwy "daalder", co brzmiało trochę jak niemieckie
"talar". Kupcy posługiwali się tą walutą od prawie stu pięćdziesięciu
lat, a większość monet krążących w Nowym Świecie bili właśnie Holendrzy.
W obiegu były trzy rodzaje. Dukaton z koniem i jeźdźcem, znany jako
dukat, miał wartość sześciu angielskich szylingów. Był też rijksdaalder,
zwany przez Anglików "rix dolarem", o wartości pięciu szylingów albo -
gdy docierało się na południe -?ośmiu hiszpańskich reali. Jednak
najbardziej powszechny był dolar z lwem.
Miał nieco mniejszą wartość niż pozostałe, ale był najładniejszy. Na
awersie widniał rycerz z tarczą, na której lew czaił się do skoku.
Monety miały pewną wadę: nie zawsze były dobrze wybite. Ale nie zwracano
na to uwagi. Piękny holenderski dolar z lwem krążył od Nowej Anglii po
Hiszpański Ląd nad Zatoką Meksykańską i Morzem Karaibskim.
-?Holenderski pieniądz -?powiedział Tom z uśmiechem.
Van Dyck wyjął monetę z pudełka i uważnie ją obejrzał.
Zazwyczaj dolary z lwem były wytarte, ale ten nie miał nawet
najmniejszej rysy. Był nowiuteńki. Doskonale odbijał światło. Nagle van
Dyckowi przyszła do głowy pewna myśl.
Wstał i podszedł do siedzących niedaleko dwóch dziewczynek, mniej więcej
w wieku Białej Łani. Pokazał im monetę, pozwolił im wziąć ją do ręki.
Obracały w palcach błyszczący krążek, podziwiając wybity na nim
wizerunek i patrząc, jak odbija promienie słońca, a na ich twarzach
malował się zachwyt. Dlaczego złote i srebrne przedmioty tak fascynują
człowieka?, zastanawiał się van Dyck w myślach.
-?Jest piękny -?powiedziały dziewczynki.
Wrócił na swoje miejsce.
-?Chcę go kupić -?powiedział do młodego bostończyka.
-?Musisz mi dać... -?Tom zastanawiał się przez chwilę. -?Dukata i bobrową
skórkę.
-?Co? To rozbój!
-?Dorzucę jeszcze pudełko -?powiedział Tom wesoło.
-?Niezły z ciebie szubrawiec -?stwierdził van Dyck z rozbawieniem. -
Dobra, biorę. -?Nie zamierzał się dłużej targować. Właśnie rozwiązał
swój problem. Chętnie poświęcił bobrowe futro. Nareszcie miał prezent
dla córki.
Tę noc przespał w łodzi, żeby mieć pewność, że Tom niczego nie ukradnie.
Leżał na stosie futer, czując sosnowe pudełeczko w sakiewce przy pasku.
Wsłuchiwał się w szum wiatru w gałęziach drzew i wyobrażał sobie, że
słyszy głos córki. Uśmiechnął się z zadowoleniem.
* * *
Rano van Dyck pożegnał się z młodym Anglikiem. Pod wieczór powinien
dotrzeć do wioski Białej Łani. Pozostanie tam do jutra, a następnie
wyruszy do Manhattanu.
Było ciepło. Miał na sobie rozpiętą koszulę. Zamiast skórzanego pasa,
który zawsze nosił, założył wampum, dar od córki. Zwisała z niego mała
sakiewka ze srebrnym dolarem.
Rzeka była niemal pusta. Na płyciznach z rzadka widywali indiańskie
czółna, ale cały wielki szlak wodny mieli tylko dla siebie. Wysoki
zachodni brzeg osłaniał ich przed wiatrem. Woda była spokojna. Otaczał
ich niemal nieziemski spokój. Po jakimś czasie minęli zakręt, przy
którym z prawego brzegu wystawał wysoki cypel wyglądający jak wartownik.
Van Dyck nadawał takim szczególnym miejscom własne nazwy. To na przykład
był Zachodni Cypel. Nieco dalej rzeka opływała wzgórze, które z powodu
spłaszczonego grzbietu van Dyck nazwał Górą Niedźwiedzią. W końcu koryto
rozlewało się na szerokość prawie trzech mil, a piętnaście mil dalej
zwężało się w długi kanał, który przepływał wzdłuż Manhattanu i docierał
do ogromnej zatoki.
Czas mijał, do kanału zostało im jeszcze kilka mil. Nagle jeden z wioślarzy kiwnął głową, dając van Dyckowi znak, żeby się odwrócił. W oddali pojawiła się inna łódź, która zbliżała się do nich w szybkim
tempie.
-?Musi im się śpieszyć -?zauważył van Dyck bez specjalnego
zainteresowania.
Pół godziny później, gdy znajdowali się przy wejściu do kanału, zerknął
do tyłu jeszcze raz. Zdziwiło go, że przez ten czas łódź pokonała tak
dużą odległość. Była sporo większa, miała na pokładzie maszt. Jednak
wiatr wiał z południa, więc tamci nie mogli zrobić z żagla użytku.
Dystans między łodziami zmniejszył się o połowę. Van Dyck nie mógł
dojrzeć, ilu wioślarzy znajduje się na pokładzie, ale jedno było pewne:
bardzo im się śpieszyło.
-?Wiosłują jak szaleni -?zauważył.
Wpływali właśnie do wąskiego kanału, więc nakazał swoim ludziom zwolnić.
Posuwali się zachodnim skrajem nurtu. Promienie popołudniowego słońca
padały na palisadę niebosiężnych klifów. Woda zaczynała się lekko
burzyć. Van Dyck spojrzał przez ramię, ale druga łódź, która -?jak
mniemał -?również kierowała się do kanału, skryła się za zakrętem.
Nagle ją zobaczył. Zbliżała się szybko, widział więc coraz więcej
szczegółów. Był to duży barkas z poszyciem klinkierowym. Ze środkowej
części, pokrytej daszkiem, wznosił się maszt. Cztery pary wioseł
obsługiwało ośmiu ludzi. Burty wystawały wysoko nad wodę, co znaczyło,
że statek nie przewoził żadnego ładunku. Na rufie stała jakaś postać.
Barkas zbliżał się coraz bardziej. Znajdował się już tylko o kilka
długości z tyłu, w końcu zrównał się z łodzią van Dycka. Ten spojrzał z ciekawością na mężczyznę na rufie.
Zobaczył znajomą twarz. Należała do człowieka, którego -?jak
podpowiadała mu intuicja -?powinien się wystrzegać.
Stuyvesant.
Odwrócił wzrok, ale było za późno.
Nad wodą rozległ się ostry głos:
-?Dirk van Dyck!
-?Dzień dobry, gubernatorze! -?zawołał. Nic innego nie przychodziło mu
do głowy.
-?Pośpieszcie się! Czemu się tak wleczecie? -?Łodzie płynęły burta w burtę. Nie czekając na odpowiedź, gubernator zwrócił się do ludzi van
Dycka: -?Wiosłować szybciej! -?huknął. -?Mocniej! -?Wioślarze,
rozpoznając groźny głos, natychmiast wykonali polecenie i łódź pomknęła
do przodu. -?Tak trzymać! Dobra robota! Za mną. Popłyniemy razem.
-?Dlaczego? -?zawołał van Dyck. Barkas wysunął się nieznacznie do
przodu, ale łodzie utrzymywały podobną prędkość, więc mężczyźni słyszeli
siebie nawzajem.
-?Nie wiesz? Anglicy są w zatoce przy Manhattanie. Cała flota!
Więc jednak przypłynęli. Nie słyszał o tym po drodze, ale to nic
dziwnego. Mieszkańcy Nowego Amsterdamu zapewne wysłali dobrego jeźdźca
do fortu Orange z wiadomością dla gubernatora, który teraz wracał
pośpiesznie na południe, korzystając ze sprzyjającego pływu. Wieść
rozniesie się też wśród Indian, ale to trochę potrwa.
A więc Anglicy kłamali. Przypomniał sobie młodzieńca z Bostonu. Czy
wiedział o planach floty? Na pewno. Dlatego zawahał się, gdy van Dyck
zapytał go o angielskie okręty.
-?Co zamierzacie zrobić? -?krzyknął do Stuyvesanta.
-?Walczyć, van Dyck! Walczyć. Potrzebujemy ludzi.
Miał zawziętą, kamienną twarz. Stał na drewnianej nodze, wyprostowany, z wysoko uniesioną głową. Jeszcze nigdy nie biła od niego tak wielka
odwaga. Naprawdę budził podziw. Ale jeśli z Bostonu przypłynęła cała
angielska flota, to oznaczało, że mieli przeciwko sobie ogromną potęgę.
Okręty były uzbrojone w działa. Pomimo ostatnich starań Stuyvesanta
nadbrzeżne umocnienia Nowego Amsterdamu nie wytrzymałyby długo. Jeśli
gubernator zamierzał walczyć, to wziął na swoje barki misję
niebezpieczną i właściwie skazaną na niepowodzenie.
Chmura zakryła słońce, jakby dostrajając się do czarnych myśli Dirka, a nadbrzeżne skały przybrały kolor groźnej posępnej szarości.
Przez głowę van Dycka przemknęła jeszcze jedna myśl: jeśli on sam uznał
opór za bezsensowny, to zapewne do podobnego wniosku doszli też inni
kupcy. Czy mieszkańcy Nowego Amsterdamu staną po stronie swojego
gubernatora przeciwko Anglikom? Chyba nie, jeśli siła Anglików okaże się
znaczna. Czy rodzina van Dycka znalazła się w niebezpieczeństwie? Mało
prawdopodobne. Czy Anglicy będą chcieli zniszczyć miasto i uczynić z holenderskich kupców swoich wrogów? Też wątpliwe. Anglikom zależało na
bogatym porcie, a nie na wrogim mieście obróconym w ruinę. Mogli
zaoferować bardzo korzystne warunki. Van Dyck uważał, że człowiek staje
się niebezpieczny za sprawą polityki i religii. Handel natomiast
sprawiał, że ludzie mądrzeli. Przypuszczał więc, że z Anglikami można
dojść do porozumienia, bez względu na działania Stuyvesanta.
Po co więc miałby pędzić na Manhattan z gubernatorem jak anioł zemsty?
Spojrzał na rzekę. Przy tej prędkości za godzinę znajdą się przy
północnym skraju Manhattanu. Zerknął na swoich wioślarzy. Dadzą radę
utrzymać tempo? Raczej nie. Tym lepiej. Gdyby został z tyłu, nie
wpłynąłby do Nowego Amsterdamu razem z Kuternogą.
Czekał. Barkas gubernatora wyprzedzał ich już o kilka długości.
-?Trzymaj się mnie! -?krzyknął Stuyvesant. Musiał się odwrócić, żeby nie
stracić łodzi z oczu.
-?Jestem z tobą, generale! -?odkrzyknął van Dyck. Na te słowa jego
ludzie zaczęli wiosłować jeszcze mocniej i przez chwilę nadążali za
większą łodzią. Dobrze, niech się zmęczą. Najważniejsze to przypodobać
się teraz gubernatorowi.
Dziób napotkał niewielkie fale, łódź się zakołysała i van Dyck musiał
się pochylić. Kiedy się prostował, poczuł na udzie uderzenie
przymocowanej do pasa sakiewki. Spojrzał na nią, przypominając sobie o ukrytym w niej pudełeczku ze srebrnym dolarem, i nagle uświadomił sobie
ze zgrozą, że znajdują się w pobliżu wioski Białej Łani. Wskutek
nieoczekiwanego spotkania ze Stuyvesantem zapomniał o córce.
Biała Łania. I co teraz?
Stuyvesant obserwował go uważnie. To nie jest dobry moment, żeby
przybijać do brzegu. Van Dyck wiedział doskonale, że gubernator
zawróciłby i zmusił go do wspólnej podróży. Z pewnością był do tego
zdolny.
Upływały kolejne minuty. Dwie łodzie, jakby połączone siłą woli
Stuyvesanta, płynęły szybko z prądem. Właśnie mijali wieś położoną na
odległym, wschodnim brzegu. Van Dyck widział indiańskie sieci na
płyciznach. Ze wzniesienia obserwowały ich jakieś postacie, zapewne
kobiety. Czy Biała Łania jest wśród nich? Nie mógł jej dostrzec. Patrzy
na niego? Widzi, że przepływa obok, nie zatrzymując się wbrew złożonej
obietnicy? Pomyśli, że ojciec odwrócił się od niej?
Wpatrywał się w daleki brzeg, a potem odwrócił głowę. Jeśli tam stoi
jego córka, to nie chciał, żeby zobaczyła jego twarz. Co za głupota!
Przecież nawet z doskonałym wzrokiem nie rozpoznałaby rysów twarzy z takiej odległości. Opuścił głowę, wpatrując się w leżące na pokładzie
skóry, i poczuł, jak zalewa go wstyd. Indiańska wioska powoli znikała w tyle. Spojrzał za siebie. Wciąż widział grupkę kobiet, teraz już
niewyraźną i zamazaną.
Przepłynęli kolejne sto metrów. I drugie sto.
-?Do brzegu! -?rozkazał.
Wioślarze mieli zaskoczone miny.
-?Ale panie... -?odezwał się jeden.
-?Do brzegu! -?Pokazał na wschód. On tu rozkazywał. Niechętnie wykonali
jego polecenie.
Stuyvesant natychmiast zauważył, że łódź skręca.
-?Co ty robisz, do diabła? -?krzyknął nad wodą.
Van Dyck się zawahał. Ma odpowiedzieć? Zastanawiał się gorączkowo.
-?Zaraz was dogonimy! -?zawołał w nadziei, że tonem swojego głosu wyraża
lojalność wobec gubernatora.
-?Trzymać kurs! -?ryknął Stuyvesant. Po chwili znowu rozległ się jego
krzyk: -?Daj sobie spokój z tym indiańskim bękartem! Myśl o kraju!
Skąd wiedział o Białej Łani? Van Dyck przeklął gubernatora w myśli.
Popełnił błąd, zabierając dziewczynkę do Nowego Amsterdamu. Nie powinien
był tego robić.
-?Masz płynąć za mną, Dirku van Dyck! Zapomnij o swoim mieszańcu albo
powiem wszystko twojej żonie, przekonasz się!
Van Dyck zaklął znowu. Czyżby gubernator i Margaretha rozmawiali o dziewczynce? Co łączy jego żonę z gubernatorem? Kto wie? Groźbę, że
dowie się o wszystkim, należało potraktować poważnie. Mógł wyjechać, nie
mówiąc żonie, dokąd się wybiera ani kiedy wróci. Ale jeśli ona dowie
się, że wypowiedział posłuszeństwo gubernatorowi, że zwlekał z przyjściem z pomocą własnej rodzinie -?bo z pewnością tak to będzie
wyglądało -?a wszystko z powodu córki półkrwi... Podobne oskarżenia
miałyby poważne konsekwencje. Margaretha nie puściłaby tego płazem.
Mogłyby na tym ucierpieć jego interesy, nie mówiąc o rodzinie. Przeklęty
Kuternoga. Do diabła z nim! Skinął na swoich ludzi.
-?Płyniemy za nimi -?powiedział z rezygnacją.
Łódź znów wykonała skręt, kierując się w dół rzeki.
Van Dyck patrzył przed siebie. Wszystko na nic. Czy będzie musiał
podążać za Kuternogą aż do końca? Właśnie tego chciał uniknąć.
Wskutek jego wahań zwiększył się dystans między obiema łodziami. Van
Dyck pomyślał o angielskiej flocie stojącej w zatoce, o upartym,
przewrotnym gubernatorze, o zbolałej i rozzłoszczonej żonie. Pomyślał o czekającej na niego niewinnej, bezbronnej córeczce. Miał wrażenie, że
plusk wody odbija się od szarych skał echem bezgłośnego płaczu. Znów
zerknął przez ramię. Wioska zniknęła za drzewami. Zamierzał zobaczyć się
z córką, a ominął jej wioskę jak tchórz.
-?Zawracać.
-?Panie?
-?Zawracamy -?rozkazał. Wioślarze popatrzyli na siebie niepewnie. -
Wolicie walczyć z Anglikami?! -?krzyknął.
Mężczyźni znów spojrzeli po sobie. Usłuchali polecenia. Dziób łodzi
skierował się w stronę wschodniego brzegu.
Stuyvesant obserwował ich przez cały czas. Zrozumiał, co się dzieje.
Jego donośny głos zadudnił na rzece:
-?Zdrajca! -?To słowo uderzyło van Dycka jak grom. Miał wrażenie, że
niesie się daleko na północ, aż do źródeł wielkiej rzeki. -?Zdrajca!
Patrzył na łódź gubernatora, ale nie zmienił kursu. Obaj wiedzieli, że
ich drogi się rozchodzą. Potężny nurt rzeki niósł Stuyvesanta na
południe, a van Dyck, wolny przynajmniej na chwilę, zawracał, żeby
zawieźć córce srebrną monetę.
Nowy Jork
Nazywam się Quash, co oznacza, że
urodziłem się w niedzielę. W Afryce, skąd pochodzi mój lud, dziecku daje
się imię od dnia tygodnia, w którym przyszło na świat. W Afryce
nazywałbym się Kwasi. Gdybym urodził się w piątek, wołaliby na mnie
Kofi, po angielsku Cuffe. Dzieci z poniedziałku to Kojo, po angielsku
Cudjo. Podobnych imion jest wiele.
Wydaje mi się, że urodziłem się w roku Pańskim 1650. Moich rodziców
wywieziono z Afryki i sprzedano jako niewolników do pracy na Barbados.
Kiedy miałem pięć lat, mnie i mamę ponownie wystawiono na sprzedaż. Na
targu rozdzielono nas i do dziś nie wiem, co się z nią stało. Mnie kupił
kapitan holenderskiego statku, co okazało się dla mnie szczęśliwym
zrządzeniem losu, bo znalazłem się w Nowym Amsterdamie, jak wówczas
nazywano to miasto. Gdybym pozostał w swoim dawnym domu, z pewnością bym
już nie żył. W Nowym Amsterdamie kapitan sprzedał mnie i tak stałem się
własnością wielmożnego pana Dirka van Dycka. Miałem wtedy sześć lat.
Ojca nie pamiętam w ogóle, a matkę tylko trochę. Myślę, że oboje dawno
pomarli.
Już jako dziecko marzyłem, że pewnego dnia będę wolny.
Tę myśl zaszczepił mi pewien stary Murzyn, którego poznałem, mając osiem
lub dziewięć lat. W tamtych czasach w całych Nowych Niderlandach było
nie więcej niż sześciuset niewolników, z czego połowa żyła w granicach
miasta. Część należała do rodzin, pozostali do Holenderskiej Kompanii
Zachodnioindyjskiej. Pewnego dnia na targu zobaczyłem starego Murzyna.
Siedział na wozie, miał wielki słomiany kapelusz, uśmiechał się, jakby
był z siebie bardzo zadowolony. Podszedłem do niego, bo jako dziecko
byłem dość śmiały.
-?Wyglądasz na szczęśliwego, staruszku -?powiedziałem. -?Kto jest twoim
panem?
A on na to:
-?Nie mam pana. Jestem wolny. -?A potem opowiedział mi swoją historię.
Otóż wiele lat wcześniej Holenderska Kompania Zachodnioindyjska
sprowadzała całe transporty niewolników, których wykorzystywano do robót
publicznych, takich jak wznoszenie fortu czy brukowanie ulic. Ci, którzy
pracowali najdłużej i najlepiej i należeli do Kościoła, otrzymali po
kawałku ziemi oraz -?pod warunkiem dalszej służby -?wolność. Nazywano
ich wyzwoleńcami. Zapytałem, czy jest ich wielu.
-?Nie, niewielu -?odpowiedział mężczyzna.
Część mieszkała tuż za murem, inni trochę bardziej na północ, po
wschodniej stronie wyspy, a pozostali na drugim brzegu północnej rzeki w okolicy, którą nazwali Pavonia. Miałem niewielką nadzieję, że coś
takiego przydarzy się również mnie, bo uważałem, że każdy człowiek
powinien być wolny.
Dopisało mi szczęście, bo trafiłem do dobrego domu. Pan van Dyck był
pełnym wigoru mężczyzną, lubił prowadzić handel i wyprawiać się w górę
rzeki. Jego żona, piękna postawna kobieta, należała do Holenderskiego
Kościoła Reformowanego i była zwolenniczką pastorów i gubernatora
Stuyvesanta. Miała złe zdanie o Indianach i nie lubiła, gdy pan do nich
jeździł.
Kiedy pojawiłem się u nich, w domu był także kucharz i służąca na
indenturze, Anna. Państwo opłacili jej podróż przez ocean, a ona musiała
to odpracowywać przez siedem lat. Po tym terminie miała otrzymać pewną
sumę pieniędzy oraz wolność. Ja byłem jedynym niewolnikiem.
Meinheer van Dyck i jego żona zawsze troszczyli się o swoją rodzinę.
Rzadko byliśmy świadkami ich kłótni, a największą przyjemność sprawiało
im, gdy cała rodzina zbierała się razem. Pracowałem w domu, więc dużo
czasu spędzałem z ich dziećmi, dzięki czemu wkrótce mówiłem po
niderlandzku tak jak one.
Ich syn Jan miał tyle samo lat co ja. Był ładnym chłopcem z bujną ciemną
czupryną. Przypominał swojego ojca, ale chyba po matce odziedziczył
nieco tęższą figurę. Kiedy byliśmy mali, często bawiliśmy się razem i bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Jego młodsza siostra Clara była
najładniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziałem, miała złote
włoski i jasnoniebieskie oczy. Kiedy była mała, nosiłem ją na ramionach.
Prosiła mnie o to nawet wtedy, gdy miała już dziesięć czy jedenaście
lat, i śmiała się przy tym, bo -?jak mawiała -?chciała mi trochę
podokuczać. Uwielbiałem ją.
Zawsze szybko biegałem. Czasem meinheer van Dyck bawił się ze mną i dziećmi w wyścigi. Jan startował dużo przede mną, a Clara tuż przy
mecie. Zazwyczaj wyprzedzałem Jana, ale gdy doganiałem Clarę,
zwalniałem, pozwalałem jej wygrać. Była zachwycona.
Niektórzy holenderscy panowie traktowali swoich niewolników okrutnie,
ale meinheer van Dyck i jego małżonka okazywali mi dużo dobroci. Gdy
byłem mały, wyznaczali mi tylko lekkie prace. A gdy dorosłem, meinheer
van Dyck dawał mi rozmaite zadania. Ciągle coś przynosiłem albo
zanosiłem. Wychłostał mnie tylko raz, kiedy z Janem wybiliśmy szybę. A i wtedy dostało nam się po równo.
* * *
Kiedy miałem jakieś czternaście lat, meinheer van Dyck stał się wśród
miejscowych kupców znaczącą postacią i wszyscy zaczęli zwracać się do
niego baas, ja też. Więc od teraz będę tak go nazywał. W tym czasie pani
wpadła na pomysł, że powinienem nosić liberię jak służący z bogatego
domu. Baas śmiał się z tego, ale nie sprzeciwiał się, a ja wyglądałem w niebieskiej liberii bardzo dobrze. Byłem z siebie dumny. Pani pokazała
mi, jak należy otwierać drzwi przed gośćmi, i nauczyła mnie podawać do
stołu, co robiłem z wielką przyjemnością. Powiedziała też: "Quash, masz
piękny uśmiech", więc starałem się uśmiechać przez cały czas, a pani
bardzo mnie chwaliła, baas zresztą też. Pewnego dnia przyszedł do nas
stary pastor Cornelius, bardzo ważna osobistość. Był wysoki, zawsze
ubrany na czarno, i pomimo zaawansowanego wieku trzymał się prosto.
Pochwalił nawet mój elegancki wygląd przed żoną baasa. Po czymś takim
nie mogłem jej zawieść. Podejrzewam, że to z powodu tego dobrego
traktowania nabrałem o sobie zbyt wysokiego mniemania. Uważałem się
bardziej za służącego na indenturze niż za niewolnika. I często
myślałem, co mógłbym zrobić, żeby jeszcze bardziej szanowano mnie w rodzinie.
Miesiąc po tej wizycie akurat załatwiałem dla pani jakieś sprawy, gdy
zobaczyłem na ulicy pastora, jak zwykle w czerni i wysokim kapeluszu z szerokim rondem. Tak się złożyło, że kilka dni wcześniej narodził się
pomysł, jak zasłużyć sobie na większe poważanie baasa i jego rodziny.
Przypomniałem sobie bowiem opowieść starego Murzyna o tym, że wyzwoleńcy
mogli dołączyć do Kościoła holenderskiego. Więc gdy tylko ujrzałem
pastora, podszedłem do niego i powiedziałem z wielkim szacunkiem:
-?Dzień dobry, panie.
Spojrzał na mnie surowo, bo wyrwałem go z zamyślenia, ale poznał mnie i odrzekł:
-?Jesteś młodym niewolnikiem van Dycków.
-?Tak, panie. I chciałbym o coś zapytać waszą wielebność.
-?A o cóż to?
-?Czy mógłbym dołączyć do Kościoła?
Spojrzał na mnie, jakby go piorun strzelił.
-?Chciałbyś zostać członkiem mojego zboru?
-?Tak, panie.
Przez chwilę nie mówił nic, tylko patrzył na mnie z zimną uwagą. W końcu
odezwał się cichym głosem.
-?Wiem, co się w tobie kryje -?powiedział. A ja, młody i naiwny,
sądziłem, że czeka mnie coś dobrego. -?Chcesz wieść lepsze życie?
-?Tak, panie -?przyznałem z uśmiechem.
-?Tego się spodziewałem -?mruknął, bardziej do siebie niż do mnie.
Pokiwał głową. -?Ci, którzy dołączają do zboru, robią to z miłości do
Boga, a nie w oczekiwaniu na nagrodę.
Mieszkałem przez wiele lat z rodziną van Dycków i patrzyłem, jak
wychowują dzieci, więc uznałem, że mam niejaką wiedzę o chrześcijaństwie. Zapominając, że jestem zwykłym niewolnikiem, a on
pastorem, zacząłem się z nim spierać.
-?Ale przecież robią to, żeby uniknąć ognia piekielnego -
odpowiedziałem.
-?Mylisz się. -?Najwyraźniej nie miał ochoty na rozmowę ze mną, ale jako
pastor musiał pouczyć nawet niewolnika. -?Już zostało przeznaczone, kto
trafi do piekła, a kto zostanie zbawiony -?powiedział. -?Pobożny
człowiek służy Panu dla Niego samego, a nie dla swoich korzyści. -
Wskazał mnie palcem. -?Ceną za wstąpienie do Kościoła jest, młody
człowieku, posłuszeństwo. Zrozumiałeś?
-?Tak, panie.
-?Nie jesteś pierwszym niewolnikiem, któremu wydaje się, że wstąpienie
do Kościoła okaże się drogą do wolności. Ale na to nigdy nie będzie
przyzwolenia. Poddajemy się Bogu, bo On jest dobrem. A nie po to, by
sobie ulżyć. -?Mówił coraz głośniej, więc mijający nas przechodnie
odwracali głowy w naszym kierunku. -?Boga nie da się oszukać, młody
człowieku! -?krzyknął i odszedł, rzuciwszy mi gniewne spojrzenie.
Kilka dni później baas odciągnął mnie na stronę.
-?Podobno rozmawiałeś z pastorem Corneliusem -?powiedział, patrząc na
mnie nieco dziwnie.
-?Tak -?przyznałem. Ale od tamtej pory bardzo się pilnowałem, żeby nic
nie mówić na temat religii.
* * *
Wkrótce nastąpiły wydarzenia znacznie większej wagi niż zbawienie mojej
duszy. Tamtego lata, gdy baas udał się po raz kolejny w górę rzeki,
przybyli Anglicy.
Akurat byłem zajęty w kuchni, gdy Jan wpadł z wiadomością.
-?Szybko, Quash! -?krzyknął. -?Nad wodę! Chodź coś zobaczyć!
Nie wiedziałem, czy pani mi pozwoli, ale ona też poszła z nami, zabrała
nawet małą Clarę. Pamiętam, że Clara była bardzo podekscytowana.
Poszliśmy wszyscy na nabrzeże przy forcie. Dzień był pogodny, więc wzrok
sięgał daleko przez całą zatokę. A tam widać było dwa angielskie żagle.
Okręty stały u wejścia do portu, tak że żaden statek nie mógł się
przecisnąć. Nagle pojawił się obłok białego dymu. Potem była długa cisza
i wreszcie rozległ się dźwięk działa, który brzmiał jak cichy grzmot, bo
dzieliła nas odległość siedmiu mil. Ludzie na brzegu zaczęli krzyczeć.
Pojawiły się pogłoski, że angielscy osadnicy pod Brooklynem zaczynają
chwytać za broń, ale nikt nie wiedział tego na pewno. Ludzie na murach
fortu wycelowali działo w zatokę, ale pod nieobecność gubernatora nikt
nimi nie dowodził, co wzbudziło w mojej pani odrazę. Chyba sama miała
ochotę przejąć przywództwo.
Wysłano posłańca z ostrzeżeniem do gubernatora. Ale on wrócił dopiero po
dwóch dniach. Przez ten czas angielskie okręty stały w tym samym
miejscu.
Gubernator pojawił się wieczorem, a pani, gdy tylko dowiedziała się o tym, natychmiast poszła się z nim zobaczyć. Po powrocie wyglądała na
zagniewaną, ale nic nie mówiła. Następnego ranka baas też wrócił do
domu.
Gdy stanął w drzwiach, pani stwierdziła, że bardzo długo go nie było. A on odpowiedział, że wrócił najszybciej, jak mógł. Na co ona, że
gubernator twierdzi coś innego. Doszły ją słuchy, że pan zatrzymał się w górnym brzegu rzeki. Spojrzała na niego z gniewem. Anglicy napadają jego
rodzinę, a on robi sobie postój?
-?Tak właśnie było -?przyznał z uśmiechem. -?I powinnaś się z tego
cieszyć.
Słuchając tych słów, popatrzyła na niego surowo, ale on nie zwracał na
to uwagi.
-?Pomyśl tylko -?mówił. -?Kiedy Stuyvesant powiedział, że przypłynęli
Anglicy, nie miałem pojęcia, jak sprawy stoją. Miałem podstawy
przypuszczać, że zdążyli wkroczyć do miasta, zrabowali nasze dobra i wygnali was z domu. Miałem pozwolić, żeby nasz ładunek, i to taki cenny,
wpadł w ich łapy? To mógł być nasz jedyny majątek. Dlatego postanowiłem
schować go w bezpiecznej kryjówce. Pilnuje go wódz indiańskiej wioski,
do której popłynąłem na oczach Stuyvesanta. Greet, znam tego Indianina
od lat. Jest jedną z niewielu osób, którym ufam. Zgodzisz się chyba ze
mną, że towar powinien tam zostać, dopóki sprawy się nie unormują.
Pani nie odezwała się już ani słowem, a ja zobaczyłem, jak dobrym
człowiekiem jest baas, bo zawsze myśli o swojej rodzinie.
Tamtego dnia w Nowym Amsterdamie panowało wielkie zamieszanie. Łodzie
pływały w tę i z powrotem, przewożąc listy między dowódcą Anglików,
komandorem Nicollsem, a gubernatorem Stuyvesantem. Nikt nie wiedział, co
w tych listach napisano, a gubernator nie zdradzał się ani słowem.
Jednak angielskie okręty wciąż stały w przesmyku.
Następnego dnia poszliśmy z baasem i Janem na nabrzeże, gdzie zgromadził
się już tłum ludzi. Wszyscy pokazywali na lewo, na Brooklyn. Obok
przystani, gdzie zgromadziły się angielskie oddziały, widać było
migotanie broni. Ktoś wskazał palcem w kierunku przesmyku, mówiąc, że po
zachodniej stronie, na dużym wzniesionym terenie nazywanym przez
Holendrów wyspą Staten, Anglicy wysadzili jeszcze więcej wojska.
Był tam też meinheer Springsteen.
-?W forcie mamy stu pięćdziesięciu ludzi -?powiedział do baasa. -?W mieście zbierzemy może kolejnych dwustu pięćdziesięciu zdolnych do
walki. Razem z niewolnikami da to co najwyżej pięciuset mężczyzn.
Dowódca Anglików ma dwa razy tyle wyszkolonych żołnierzy. I podobno
osadnicy angielscy na długiej wyspie też formują oddziały.
-?Mamy działo w forcie -?zauważył baas.
-?Ale mało prochu. I amunicji. Jeśli angielskie okręty podpłyną bliżej,
rozniosą nas w puch. -?Wziął baasa za ramię. -?Krążą pogłoski, że
zażądali poddania miasta i że Stuyvesant nie chce ustąpić.
Meinheer Springsteen odszedł, a wtedy Jan spytał ojca, czy Anglicy nas
zniszczą.
-?Wątpię, synu. Dla nich mamy większą wartość jako żywi. -?Roześmiał
się. -?Chociaż nigdy nic nie wiadomo -?dorzucił i poszedł porozmawiać z innymi kupcami.
Po powrocie do domu powiedział pani, że żaden z kupców nie chce walczyć,
a ona wpadła w złość i nazwała ich tchórzami.
Nazajutrz przypłynął Winthrop, gubernator Connecticut. Widziałem go. Był
niskim mężczyzną o śniadej cerze. Przywiózł kolejny list od komandora
Nicollsa. Poszli ze Stuyvesantem do gospody, żeby się naradzić. Wszyscy
kupcy zgromadzili się już wówczas na nabrzeżu, domagając się wiadomości,
więc baas do nich dołączył. Gdy wrócił do domu, powiedział, że jacyś
kupcy dowiedzieli się od ludzi Winthropa, że Anglicy proponują
Stuyvesantowi bardzo dogodne warunki kapitulacji; po odpłynięciu
Winthropa kupcy zażądali, by Stuyvesant pokazał im list. Ale gubernator
podarł pismo i rzucił im je w twarz, co mocno ich rozgniewało. Zebrali
jednak kawałki i złożyli w całość, dzięki czemu dowiedzieli się, że
Anglicy pozwolą Holendrom zachować ich obyczaje, majątki i dotychczasowe
życie, o ile gubernator Stuyvesant podda miasto. Wszyscy gotowi byli
przyjąć takie warunki. Oczywiście z wyjątkiem Stuyvesanta.
Pani popierała go całym sercem.
-?Słusznie uczynił! -?krzyczała. -?On jest tutaj jedynym prawdziwym
mężczyzną. -?Nazwała kupców stadem kundli, użyła też innych wyzwisk,
których nie będę powtarzał.
I wtedy na ulicy rozległ się krzyk:
-?Anglicy nadchodzą!
Wybiegliśmy z domu na nabrzeże i zobaczyliśmy płynące w naszym kierunku
angielskie okręty. Po jakimś czasie zatrzymały się na wysokości miasta,
z wycelowanymi działami. Po prostu stały, pokazując, co mogłyby zrobić,
gdyby tylko chciały.
Następnego dnia wszyscy kupcy podpisali petycję nakazującą gubernatorowi
poddanie miasta. Pani zapytała baasa, czy też ją podpisze, na co
odpowiedział:
-?Tak zrobię.
Swój podpis złożył nawet syn Stuyvesanta, co musiało być bolesnym ciosem
dla gubernatora. Ale mimo to dowódca nie chciał ulec. Poszliśmy do
fortu, na murach stał samotny Stuyvesant, a wiatr rozwiewał jego siwe
włosy.
-?Do diabła! -?powiedział baas. -?On chyba zamierza sam wystrzelić z działa.
Zaraz potem zobaczyliśmy dwóch pastorów, którzy poszli błagać
gubernatora, żeby tego nie robił, bo ściągnie nieszczęście na
wszystkich. W końcu, jako że byli duchownymi, udało im się go przekonać.
W ten sposób Anglicy przejęli miasto.
* * *
Za oceanem Anglicy byli tak uszczęśliwieni odniesionym zwycięstwem, że
wypowiedzieli Holendrom wojnę, licząc na zajęcie ich kolejnych
posiadłości. Ale wkrótce Holendrzy się odpłacili, odbierając im część
bogatych kolonii w tropikach. Następnego roku Londyn nawiedziła straszna
zaraza, a miasto zniszczył wielki pożar. Rok później Holendrzy wpłynęli
Tamizą do Londynu, przejęli najlepszy królewski okręt wojenny i zabrali
go ze sobą. Anglicy byli wówczas tak osłabieni, że nie mogli się temu
przeciwstawić. Zawarli więc pokój. Holendrzy dostali z powrotem przejęte
przez Anglików kolonie tropikalne, głównie ze względu na niewolników i handel cukrem. Za to Anglicy zatrzymali Manhattan. Moja pani nie była z tego zadowolona, ale baasowi to nie przeszkadzało.
-?Greet, my jesteśmy tylko pionkami w większej grze -?tłumaczył.
Komandor Nicolls, który został nowym gubernatorem, powiedział Holendrom,
że mogą opuścić miasto, jeśli taka jest ich wola, zarazem obiecał, że
jeśli zostaną, to bez względu na okoliczności nigdy nie będą musieli
walczyć przeciwko Niderlandom. Na cześć księcia Yorku zmienił nazwę
miasta na Nowy Jork, a ziemie wokół nazwał Yorkshire. Potem dał nam
burmistrza i radę miasta, tak jak w Anglii. Rajcami zostali głównie
holenderscy kupcy, nic więc dziwnego, że byli bardziej zadowoleni z rządów Nicollsa, który zawsze pytał ich o zdanie, niż z rządów
Stuyvesanta. W dodatku Nicolls był bardzo miłym człowiekiem -?kiedy
widział moją panią na ulicy, zawsze uchylał kapelusza. Zaczął też
urządzać w mieście wyścigi koni, co bardzo się ludziom spodobało.
Niedługo potem na swoją bouwerie wrócił gubernator Stuyvesant, który
musiał był popłynąć do Niderlandów, żeby wytłumaczyć się z utraty
miasta. Komandor Nicolls potraktował go z wielkim szacunkiem i wkrótce
bardzo się zaprzyjaźnili. Angielski gubernator, gdy tylko mógł, jeździł
na gospodarstwo Stuyvesanta. Moja pani nadal nie darzyła Anglików
sympatią.
-?Nie mogę jednak zaprzeczyć -?mówiła -?że Nicolls jest uprzejmy.
Następny gubernator był taki sam. Uruchomił usługi pocztowe do Bostonu.
Oczywiście znaczna część zysku trafiała do niego. Bogatym kupcom to nie
przeszkadzało, ale biedniejsi Holendrzy, którzy stanowili większość
mieszkańców, byli coraz bardziej niezadowoleni z angielskich rządów,
głównie z powodu obecności żołnierzy, na których utrzymanie musieli
łożyć.
* * *
Kiedy byłem chłopcem, większość niewolników należących do Kompanii
Zachodnioindyjskiej pracowała przy budowach. Niewolnicy kupców zajmowali
się ogrodnictwem i przeładunkiem towarów na przystani. Niektórzy pływali
też na statkach jako dodatkowa załoga. Wśród niewolników były również
kobiety. Najczęściej służyły w pralniach albo wykonywały cięższe prace
domowe, ale tylko niektóre gotowały. Wieczorami, po zapadnięciu zmroku,
można było zobaczyć, jak idący ulicą mężczyźni zagadują niewolnice nad
ogrodzeniami domów. Jak się łatwo domyślić, owocem takich rozmów bywały
często dzieci. A właścicielom wcale to nie przeszkadzało, mimo że ich
religia potępiała takie zachowania. Przyczyna była oczywista.
Handel niewolnikami przynosił duże zyski. Niewolnika kupionego w Afryce
sprzedawano na nabrzeżu na Manhattanie za dziesięciokrotnie wyższą cenę,
a w innych miastach jeszcze drożej. Więc jeśli nawet podczas podróży
część ładunku przepadała, to i tak kupiec świetnie na tym zarabiał. Z tego właśnie powodu zarówno gubernatorowi Stuyvesantowi, jak i naszemu
nowemu władcy, księciu Yorku, bardzo zależało na tym, żeby Manhattan
stał się wielkim rynkiem handlu niewolnikami. I rzeczywiście, za czasów
Stuyvesanta i później do Nowego Amsterdamu przywieziono setki
niewolników, część wprost z Afryki. Jedni zostali w naszych okolicach,
innych sprzedano na plantacje w Wirginii. Gdy więc jakiś niewolnik w Nowym Jorku miał dzieci, jego właściciel czekał, aż podrosną, a potem je
sprzedawał. Czasem je zatrzymywał i przyuczał do jakichś prac, a sprzedawał ich matkę, żeby ich za bardzo nie rozpieszczała.
W mieście było sporo młodych kobiet, więc coraz bardziej się nimi
interesowałem, a po przybyciu Anglików bardzo chciałem stać się w końcu
mężczyzną, jeśli wiecie, co mam na myśli. Rozglądałem się więc, szukając
jakiejś młodej niewolnicy, za której przyzwoleniem mógłbym nabrać
pewnego doświadczenia. W każdą niedzielę, gdy baas i wszystkie inne
rodziny szli do kościoła, Murzyni wychodzili na ulice, żeby się trochę
zabawić. To właśnie wtedy zawierałem znajomości z dziewczętami z innych
części miasta. Poznałem nawet bliżej dwie lub trzy, ale nic z tego nie
wyszło. Dwukrotnie goniono mnie po ulicy, bo próbowałem wejść do domu
właściciela dziewczyny, a jedna z nich dostała baty za to, że ze mną
rozmawiała. Sami więc widzicie, że nie było to łatwe.
Oczywiście w naszym mieście, jak w każdym porcie, były też kobiety,
które za odpowiednią opłatą dawały mężczyźnie to, czego chciał. A ja
miałem trochę pieniędzy. Gdy baas był ze mnie zadowolony, czasem dawał
mi drobną monetę. Gdy mnie wynajmował na cały dzień, co zdarzało się
dość często, oddawał mi małą część należnej zapłaty. Odkładałem te
pieniądze w bezpiecznym miejscu. I pomyślałem sobie, że mogę trochę
wydać na damę, która uczyni ze mnie mężczyznę.
Któregoś wieczoru wymknąłem się z domu i dołączyłem do innych
niewolników. Zaprowadzili mnie do północnej części miasta, gdzie
mieszkało dużo czarnych wyzwoleńców.
Weszliśmy do drewnianego domu, większego od innych, przypominającego
gospodę. Właściciel, wysoki mężczyzna, podał nam słodkie ciastka i rum.
W środku siedziało kilkunastu Murzynów, niektórzy byli niewolnikami. W kącie zobaczyłem śpiącego starca w słomianym kapeluszu. To był ten sam
mężczyzna, którego w dzieciństwie spotkałem na targu; właśnie po
rozmowie z nim postanowiłem, że kiedyś będę wolny. Zapytałem
właściciela, kim jest.
-?To mój ojciec -?powiedział.
Rozmawialiśmy przez chwilę. Bardzo mi zaimponował. Miał dom, trochę
ziemi i robotników, którzy dla niego pracowali. Był wolny jak biały
człowiek i nie skarżył się na brak pieniędzy. Nazywał się Cudjo.
Popijałem sobie potem rum. Wtem zobaczyłem, że do domu wchodzi
dziewczyna mniej więcej w moim wieku. Usiadła cicho w kącie obok
śpiącego starca, nie zwracając na siebie żadnej uwagi. Zerknąłem na nią
kilka razy, byłem ciekaw, czy mnie zauważyła. W końcu odwróciła głowę i spojrzała wprost na mnie. Wydawało mi się, że ma roześmiane oczy,
uśmiechnęła się do mnie ciepło.
Już chciałem do niej podejść, ale Cudjo chwycił mnie za rękę.
-?Lepiej zostaw ją w spokoju -?powiedział cicho.
-?Dlaczego? -?spytałem. -?To twoja kobieta?
-?Nie.
-?Jesteś jej ojcem?
-?Nie. -?Pokręcił głową. -?To moja niewolnica.
W pierwszej chwili nie uwierzyłem. Nie wiedziałem, że czarni mogą
posiadać niewolników. Wydało mi się dziwne, że człowiek, którego ojciec
otrzymał wolność, ma niewolnicę. Ale tak właśnie było.
-?Szukasz kobiety, młodzieńcze? -?spytał Cudjo. Potwierdziłem. -?A miałeś kiedyś jakąś przyjaciółkę? -?dociekał.
Przyznałem, że nie.
-?Poczekaj chwilę -?powiedział i wyszedł.
Wrócił niedługo potem z młodą kobietą. Na moje oko miała jakieś
dwadzieścia, może dwadzieścia pięć lat. Była niemal mojego wzrostu, a jej powolny, swobodny krok zdawał się mówić, że bez względu na to, jak
czują się inni, ona jest z siebie zadowolona. Usiadła obok mnie na ławie
i spytała, jak się nazywam. Rozmawialiśmy przez chwilę, popijając. Potem
spojrzała na Cudja i skinęła lekko głową.
-?Chodź ze mną, skarbie -?powiedziała.
Wyszliśmy. Kiedy stanąłem w drzwiach, Cudjo rzucił z uśmiechem:
-?Wszystko będzie dobrze!
Tej nocy zostałem mężczyzną.
W ciągu kolejnych lat zawarłem bliższą znajomość z wieloma niewolnicami
w mieście. Kilka razy baas mówił, że jakiś meinheer skarży się, bo jego
niewolnica jest przy nadziei i to moja sprawka. A niektórzy sąsiedzi
uważali, że powinien wysłać mnie do pracy na jakieś gospodarstwo za
miastem. Ale tego nie zrobił.
* * *
Na ogół starałem się po równo zadowolić baasa i panią. Ale czasem nie
było to łatwe, bo nie zawsze zgadzali się ze sobą.
Na przykład pani nie darzyła sympatią niektórych przyjaciół baasa.
Najpierw na jej niechęć zasłużył meinheer Philipse. Co było dość dziwne,
bo był Holendrem, a jego żona i moja pani przyjaźniły się ze sobą. No i byli bogaci. Ale pani mówiła, że jak dla niej meinheer Philipse za
bardzo się zangielszczył i zapomniał, że jest Holendrem. Jednak baas
bardzo go lubił.
Kolejny taki znajomy pojawił się w naszym życiu w następujących
okolicznościach.
Baas uwielbiał pływać po rzece. I zawsze znalazł jakiś pretekst, żeby
wsiąść do łodzi. Czasem zabierał ze sobą rodzinę. Jednego razu
popłynęliśmy na małą wyspę u czubka Manhattanu, nazywaną Wyspą
Orzechową, zabraliśmy ze sobą wielki kosz z piciem i jedzeniem i spędziliśmy tam całe popołudnie. A innym razem wybraliśmy się dalej, na
drugą stronę zatoki, na Wyspę Ostryg.
Któregoś dnia baas oznajmił, że jedzie do jakiejś wsi na długiej wyspie
i że Jan i ja mamy mu towarzyszyć.
Wyruszyliśmy z portu i popłynęliśmy Rzeką Wschodnią. Gdy znaleźliśmy się
na rozwidleniu i skierowaliśmy do kanału prowadzącego na wschód, woda
zaczęła się burzyć tak gwałtownie, że ogarnął mnie strach. Nawet Jan
pobladł, choć próbował to ukryć. Ale baas roześmiał się tylko i rzekł:
-?To Wrota Piekieł, chłopcy. Nie bójcie się.
Zaraz potem wody się uspokoiły, a baas zwrócił się do mnie:
-?Tu jest cieśnina. A tam... -?wskazał na lewo -?wybrzeże ciągnie się aż
do Connecticut i Massachusetts. Tam... -?wskazał na prawo -?jest Długa
Wyspa, ma sto mil. Cieszysz się, że cię tu zabrałem?
Nigdy w życiu nie widziałem tak pięknego miejsca. Nad nami było czyste
błękitne niebo; czułem na sobie promienie słońca. Wszędzie wokół woda
była spokojna, brzeg wznosił się łagodnie, raz jako piaszczysta plaża,
kiedy indziej był porośnięty trzcinami, a ponad falami szybowały stada
ptaków. Wydawało mi się, że znalazłem się w raju.
Po kilku godzinach dobiliśmy do małej wioski na wyspie nad cieśniną. Na
przystani załadowaliśmy na łódź towary, które baas zamierzał sprzedać w mieście. Kończyliśmy już pracę, gdy podszedł do nas jakiś mężczyzna. Był
angielskim kupcem. Przez chwilę przyglądał się uważnie baasowi, wreszcie
powiedział:
-?Nie sprzedałem wam kiedyś srebrnego dolara?
-?Rzeczywiście tak było -?potwierdził baas.
Rozmawiali potem chyba z pół godziny. Nie wszystko słyszałem, ale byłem
akurat w pobliżu, kiedy Anglik mówił, że dwa lata wcześniej ożenił się i jest wielce szczęśliwy, że przybył tu z Londynu. A gdy odpływaliśmy,
baas powiedział nowemu znajomemu, żeby przeniósł się do Nowego Jorku, bo
tam będzie mu się dobrze wiodło. Anglik przyznał mu rację.
Na nazwisko miał Master. I w przyszłości miał przysporzyć mojej pani
wiele zgryzot.
* * *
Pewnego razu zaskarbiłem sobie wielką przychylność mojej pani.
W amerykańskich koloniach wszyscy wiedzieli, że o naszym losie decydują
spory władców za oceanem. Pięć lat po zakończeniu ostatniego zatargu
Anglików z Holendrami zaczęły się nowe problemy. Tym razem dotknęło to
naszą rodzinę.
Król Anglii Karol II utrzymywał bliskie stosunki ze swoim kuzynem
Ludwikiem XIV, królem Francji. I cały czas pamiętał lanie, które mu
sprawili Holendrzy. Kiedy więc Ludwik zaatakował w 1672 roku Niderlandy,
Karol dołączył do niego. Ale sprawy nie ułożyły się po ich myśli, bo gdy
wszystkie wojska francuskie wkroczyły do Niderlandów, Holendrzy
otworzyli zapory, woda zalała tereny i Francuzi nie mogli nacierać.
Następnego lata doszły nas słuchy, że wzdłuż wybrzeża płyną holenderskie
okręty, paląc po drodze angielskie statki z tytoniem i powodując potężne
zamieszanie. Pod koniec lipca okręty stanęły na kotwicy przy wyspie
Staten.
W mieście mieszkał już wtedy młody dżentelmen nazwiskiem Leisler. O ile
wiem, był Niemcem, a po przybyciu na Manhattan ożenił się z bogatą
holenderską wdową i odtąd prowadził udane interesy. Nosił się i zachowywał jak Holender, dlatego miał u mojej pani pewne względy.
Pojawił się u nas z wizytą pod nieobecność baasa. Słyszałem, jak mówi
mojej pani, że wiele osób zastanawia się, czy nie przyjąć ciepło
Holendrów i nie powiedzieć im, że jeśli mają taką wolę, to mogą wyrzucić
Anglików z Manhattanu.
-?Część kupców uważa, że należy wysłać poselstwo na Staten -?oznajmił. -
Ale martwią mnie działa w forcie. Ta czterdziestosześciofuntowa armata
mogłaby wyrządzić wiele szkód holenderskim okrętom.
Po wyjściu Leislera pani wyglądała na zatroskaną. Gdy baas wrócił, o wszystkim mu opowiedziała. Znał już te plotki i kazał wszystkim pozostać
w domu, a sam wyszedł, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.
Niedługo potem pani zawołała do mnie:
-?Quash, masz młotek?
Oczywiście, że miałem, w warsztacie na tyłach domu. Rozejrzała się po
warsztacie i zobaczyła cienkie, metalowe kołki, których baas używał do
przymocowania namiotu.
-?Je też zabierz -?powiedziała. -?I chodź ze mną.
Bałem się, nie wiedząc, co baas na to powie, lecz nie śmiałem
zaprotestować. Udaliśmy się do fortu.
Słońce stało już nisko, ale wszędzie kręciło się dużo ludzi. Kapitan
fortu był na służbie. Miał żołnierzy, ale próbował zebrać też
ochotników, którzy stali teraz przy Bowling Green niedaleko fortu. Pani,
nie zważając na kapitana, weszła ze mną do fortu i przywołała kilku
ochotników. Razem było nas ze dwudziestu ludzi. Skierowała się wprost do
armat i zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, wzięła ode mnie młotek
i zabrała się do wbijania kołka do otworu zapałowego, żeby z działa nie
dało się już wystrzelić. Żołnierze zaczęli krzyczeć, próbowali jej
przeszkodzić, ale ona, nie zważając na nic, wbiła kołek tak mocno, że
nie dało się go wyciągnąć. To się nazywa zagwożdżenie działa.
Żołnierze byli wzburzeni. Nie byli dobrze wyszkolonym wojskiem. Ruszyli
ku nam, krzycząc do ochotników, żeby powstrzymali moją panią. Ale ci,
będąc Holendrami, wcale się do tego nie kwapili. Moja pani zabrała się
za drugie działo.
W tym momencie dobiegł do niej jakiś żołnierz, wymachując muszkietem.
Bez namysłu rzuciłem się na niego i go obaliłem. Uderzył głową o ziemię
tak mocno, że już się nie podniósł. Ale przy mnie wyrósł już drugi
żołnierz i mierzył do mnie z wielkiego pistoletu. Pociągnął za spust.
Myślałem, że zginę. Na szczęście broń była licho naładowana i nie
wystrzeliła. Pani widziała to wszystko i krzyknęła na ochotników, żeby
zatrzymali innych żołnierzy. Tak też się stało.
Wybuchło okropne zamieszanie, żołnierze nie wiedzieli, co robić, w forcie gromadziło się coraz więcej ochotników gotowych przyjść mojej
pani z pomocą, a kapitan odchodził od zmysłów na widok tego, co się
dzieje. Moja pani zagwożdżała kolejne działa, aż w końcu zabrakło jej
kołków. Zostawiła więc młotek ochotnikom, mówiąc, że teraz oni mają się
tym zająć.
Następnego dnia na otwartym terenie powyżej muru wylądowało sześciuset
holenderskich żołnierzy. Wmaszerowali do miasta, całkiem dużo Holendrów
wiwatowało na ich widok, a angielski kapitan musiał się poddać. Nie miał
innego wyjścia.
Od tamtej pory pani traktowała mnie bardzo przychylnie. Trochę się
bałem, że baas będzie na mnie zły za niewykonanie jego polecenia i pójście do fortu, ale powiedział tylko:
-?Pani mówi, że uratowałeś jej życie.
-?Tak, panie.
Wtedy się roześmiał.
-?Chyba powinienem być ci wdzięczny.
I nie miałem z tego powodu żadnych kłopotów.
* * *
W ten sposób Nowy Jork znów znalazł się w rękach Holendrów. Tym razem
nazwali go Nowe Oranje. Ale trwało to tylko rok. Po drugiej stronie
oceanu nasi władcy zawarli nowy pakt i z powrotem oddano nas Anglikom,
co wcale nie spodobało się pani.
Przez jakiś czas żyło nam się spokojnie. Manhattan znów nazywał się Nowy
Jork, ale obecny gubernator nazwiskiem Andros mówił po niderlandzku i wspierał kupców, zwłaszcza bogatych. Kazał zasypać kanał biegnący przez
miasto. Pani twierdziła, że zrobił to, bo kanał przypominał ludziom
Amsterdam. Ale z rowu po prostu śmierdziało i według mnie to był główny
powód. W tym miejscu zrobiono piękną aleję, którą Anglicy nazwali Broad
Street, ulicą szeroką.
Właśnie w tym czasie w Nowym Jorku osiedlił się pan Master, którego
poznaliśmy na Długiej Wyspie. On i baas często robili razem interesy.
Baas lubił swoje wyprawy po futra w górę rzeki, ale teraz szybko
rozwijał się handel z plantacjami trzciny cukrowej w Indiach Zachodnich.
Tym właśnie zajmował się pan Master. Baas miał udziały w niektórych jego
przedsięwzięciach, podobnie jak meinheer Philipse.
I baas zrobił coś, co bardzo panią uszczęśliwiło. Jan był już w wieku do
ożenku, więc baas wyswatał go z dziewczyną z dobrej holenderskiej
rodziny. Nazywała się Lysbet Petersen i miała znaczny majątek. Widywałem
ją w mieście, ale po raz pierwszy rozmawiałem z nią w dniu, w którym
ogłoszono zaręczyny.
-?To jest Quash -?powiedział Jan, uśmiechając się do mnie życzliwie, a młoda dama skinęła mi głową. Ucieszyło mnie, gdy panna Clara dodała: -
Quash był z nami zawsze. To mój najlepszy przyjaciel.
Młoda dama uśmiechnęła się do mnie ciepło, zrozumiawszy, że powinna mnie
dobrze traktować.
Miałem też przyjemność być na ich ślubie, widziałem uśmiechniętego
pastora, a baas i pani stali tuż obok siebie i byli bardzo szczęśliwi.
* * *
Rok później przysłużyłem się baasowi w sposób, który miał odmienić moje
życie.
W 1675 roku wybuchło wielkie powstanie Indian. Dowodził nim wódz
imieniem Metacom, chociaż niektórzy mówili na niego król Filip. Nie
bardzo wiem, co było zarzewiem, ale w sercach Indian wezbrały gorycz i żal do białych ludzi za odebranie im ziem. Najpierw zaczęły się
niepokoje w Massachusetts i na dalekich rubieżach Connecticut, a niedługo potem biali i Indianie zabijali się na potęgę. Mieszkańcy
Nowego Jorku byli przerażeni.
Buntownicze plemiona należały do rodziny Algonkinów, więc było bardzo
prawdopodobne, że Indianie mieszkający wokół nas również dołączą do
walki. Zostali już nieco wytrzebieni, ale w górnym biegu rzeki i na
Długiej Wyspie było ich wciąż dużo.
Jednak gubernator Andros wiedział, co robić. Zebrał tych wszystkich
Indian i kazał im przysiąc, że nie przystąpią do wojny. Większość
musiała zamieszkać w obozie pod miastem, żeby gubernator miał na nich
oko. Potem Andros udał się w górę rzeki do Mohawków, obiecał im dużo
towarów, ale pod jednym warunkiem: gdyby Algonkinowie wokół Nowego Jorku
zaczęli się burzyć, Mohawkowie przybędą i się z nimi rozprawią. To był
dobry pomysł, bo dzięki temu nie mieliśmy u siebie żadnych niepokojów.
W tamtym okresie baas zabrał mnie w jedno miejsce na środku Manhattanu,
gdzie obozowali Indianie. Powiedział, że zna tych ludzi od dawna,
jeszcze z czasów, gdy prowadził z nimi handel. Na skraju polany
rozstawili kilka wigwamów. Było tam bardzo ładnie. W trawie rosły
poziomki. Baas przez jakiś czas rozmawiał z Indianami w ich języku.
Widać było, że jego przyjazd ich ucieszył. Zauważyłem jednak, że
niektórzy chorowali. Zaraz potem baas podszedł do mnie i powiedział:
-?Quash, boisz się febry?
Febra pojawiała się czasem w mieście. Kiedy miałem z osiemnaście lat,
choroba była naprawdę groźna, umierały dzieci i starsi ludzie. Ale mnie
nigdy nie dopadła.
-?Nie, nie boję się.
-?To dobrze. Zostaniesz z tymi ludźmi przez jakiś czas i dopilnujesz,
żeby mieli wszystko, czego potrzebują. Gdyby zabrakło jedzenia albo
lekarstw, przyjedziesz do mnie do miasta.
Mieszkałem tam przez blisko miesiąc. Niektóre rodziny rzeczywiście
ciężko przechodziły chorobę. Zwłaszcza jedna z kobiet, o nieco
jaśniejszej skórze niż reszta. Najpierw zmarł jej mąż, a potem o mało
nie straciła też dzieci. Ale pomogłem jej zanieść dzieci nad rzekę,
gdzie je ochłodziliśmy, a potem pojechałem do miasta po płatki owsiane i inne rzeczy. Tak sobie myślę, że gdybym jej nie pomógł, to te dzieci też
by umarły. Opowiedziałem o tym baasowi, a on powiedział, że dobrze się
sprawiłem.
Ale gdy choroba minęła i wróciłem do domu, ledwo przekroczyłem próg,
naskoczyła na mnie moja pani.
-?Traciłeś tylko czas na tych Indian! -?krzyczała. -?Zajmij się swoją
robotą, masz wysprzątać cały dom, bo przez ten miesiąc zdążyłeś go
zapuścić. -?Wiedziałem, że pogardza Indianami, ale to przecież nie moja
wina, że im pomagałem. Baas uspokajał mnie, żebym się tym nie
przejmował, jednak pani już chyba zapomniała, że uratowałem jej życie,
bo przez jakiś czas odnosiła się do mnie bardzo chłodno.
Te wydarzenia uświadomiły mi, że można przeżyć z kimś całe życie, a i tak nie pozna się go do końca.
* * *
Z pewnością zaskarbiłem sobie wielką wdzięczność baasa. Jakiś miesiąc
potem zawołał mnie do izby, w której zwykle pracował, i kazał zamknąć za
sobą drzwi. Palił fajkę. Patrzył na mnie z powagą, więc przez chwilę
myślałem, że czekają mnie kłopoty.
-?Quash -?odezwał się po jakiejś minucie albo dwóch. -?Nikt nie żyje
wiecznie. Któregoś dnia ja też umrę. Zacząłem się zastanawiać, co się
wtedy z tobą stanie.
Pomyślałem, że będę zapewne potem pracował dla jego syna Jana. Ale nie
odzywałem się, tylko słuchałem z szacunkiem.
-?Postanowiłem więc, że odzyskasz wolność.
Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Dawno temu wszyscy znani mi
wyzwoleńcy pracowali dla Kompanii Zachodnioindyjskiej. Rzadko się
słyszało, żeby prywatni właściciele wyzwalali swoich niewolników.
Więc gdy to powiedział, byłem wniebowzięty.
-?Dziękuję z całego serca, panie.
Przez chwilę pykał fajkę.
-?Ale dopóki żyję, będę cię potrzebował -?dorzucił. Musiałem dziwnie na
niego spojrzeć, bo zaczął się śmiać. -?Pewnie teraz zastanawiasz się,
ile mi jeszcze zostało, co?
-?Nie -?zaprzeczyłem, ale obaj wiedzieliśmy, że to nieprawda. Zaczął
śmiać się jeszcze głośniej.
-?No cóż, jeszcze mi się nie śpieszy na tamten świat -?powiedział. A potem uśmiechnął się dobrotliwie. -?Może będziesz musiał długo poczekać,
ale nie zapomnę o tobie.
Uwierzyłem, że któregoś dnia spełni się moje marzenie o wolności.
* * *
Nie spodziewałem się więc, że niedługo potem będę miał powód do jeszcze
większej radości.
Po wojnie z Indianami w Nowym Jorku znów zapanował spokój. Mieszkali już
wtedy u nas bogaci angielscy plantatorzy, którzy przybyli z Barbadosu i innych miejsc. Zajmowali duże domy przy nabrzeżu Rzeki Wschodniej, a niektórzy nie mówili nawet po niderlandzku. Ale Holendrzy i tak trzymali
się razem. W ogóle można było odnieść wrażenie, że gubernator Stuyvesant
wciąż jest na stanowisku, bo w mieście przeważały holenderskie domy, a na ulicach słychać było głównie język niderlandzki.
Meinheer Leisler był już wtedy ważną figurą w mieście, a Holendrzy z niższych warstw bardzo go lubili. Często zaglądał też do mojej pani,
zawsze był miły i schludnie ubrany, w kapeluszu miał pióro. Jego
zainteresowanie sprawiało pani wielką przyjemność. A to dlatego, że -
choć wciąż była piękną kobietą -?zbliżała się do wieku, w którym nie
rodzi się już dzieci, i czasem była nieco przygnębiona. Baas o tym
wiedział, więc zawsze był dla niej czuły i starał się sprawiać jej różne
przyjemności.
Niestety nie dało się tego powiedzieć o panience Clarze. Po ślubie
swojego brata moja ukochana dziewczynka zamieniła się w potwora. Aż nie
mogłem w to uwierzyć. Na pozór była wciąż tą samą śliczną jasnowłosą
dziewczynką. Mnie traktowała dobrze, a do ojca odnosiła się prawie
zawsze z szacunkiem. Ale dla matki była diablicą. Gdy pani prosiła ją o pomoc w gotowaniu albo pójście na targ, zaczynała narzekać, że obiecała
odwiedzić przyjaciółkę, przecież matka o tym dobrze wie, a teraz się z nią nie liczy. Gdy pani coś powiedziała, panienka Clara od razu jej
zaprzeczała. Gdy coś szło nie tak, winą obarczała matkę. Czasem pani nie
mogła tego wytrzymać. Baas brał Clarę na rozmowę i groził, że ją ukarze.
Ale wkrótce panienka znów zaczynała swoje fochy. Bardzo współczułem
swojej pani.
Pewnego dnia przyszedł do nas pan Master w towarzystwie jednego z angielskich plantatorów. Rozmawiali po angielsku, ale znałem już wtedy
trochę słów w tym języku, więc co nieco zrozumiałem.
Zaraz na początku baas poprosił mnie po niderlandzku, żebym mu czegoś
poszukał. Spełniłem polecenie. Poprosił mnie o kolejną rzecz, którą
równie szybko znalazłem, przy okazji rzuciłem jakąś uwagę, która go
rozśmieszyła. Wróciłem na swoje miejsce. Zauważyłem jednak, że plantator
przygląda mi się uważnie, a potem mówi do baasa po angielsku, że nie
powinien mnie tak łagodnie traktować, bo na plantacjach mają z niewolnikami wiele problemów i jedynym na to sposobem jest trzymanie
broni pod ręką i wymierzanie chłosty za najmniejszą zuchwałość. Wbiłem
wzrok w podłogę, udając, że nie rozumiem, a baas roześmiał się i powiedział, że sobie to zapamięta.
Ich rozmowa dotyczyła niewolników. Pan Master wrócił właśnie do Nowego
Jorku ze świeżym ładunkiem, miał też kilku Indian. Inne kraje skarżyły
się, że do niewoli trafiają ich ludzie, więc gubernator Andros wydał
dekret, na mocy którego na targu można sprzedawać tylko czarnych -
wszystkie kraje były zgodne, że Murzyni powinni być niewolnikami. To
jednak było dla pana Mastera pewną niedogodnością.
-?Zamierzam sprzedać tych Indian w prywatne ręce -?powiedział. -?Mam
ładną młodą Indiankę i pomyślałem sobie, że zechcecie ją kupić.
W tym momencie do pokoju weszła pani. Była bardzo zirytowana, więc
domyśliłem się, że panienka Clara znów wyrządziła jej przykrość. Pani
czasem udawała, że nie rozumie angielskiego, ale tym razem zaczęła
krzyczeć:
-?Nie chcę w swoim domu żadnych śmierdzących Indian! -?Potem zwróciła
się do baasa: -?Ale potrzebna mi dziewczyna do pomocy. Kup jakąś czarną.
Baas chętnie korzystał ze sposobności, żeby sprawiać pani przyjemność,
więc już nazajutrz kupił jej młodą niewolnicę. Miała na imię Naomi.
* * *
Miałem wtedy jakieś trzydzieści lat. Naomi była o dziesięć lat młodsza
ode mnie. Ale jak na swój wiek była bardzo mądra. Miała okrągłą twarz,
była drobna i nieco pulchna, co akurat mi się podobało. Na początku
czuła się w domu obco, więc niewiele mówiła. Ze mną jednak rozmawiała.
Dni mijały, a my zawieraliśmy ze sobą coraz bliższą znajomość,
opowiadaliśmy sobie o swoim życiu. Ona mieszkała wcześniej na plantacji,
ale miała szczęście, bo pracowała w domu jako służąca. Gdy właściciel
plantacji po śmierci pierwszej żony ożenił się ponownie, nowa pani
oznajmiła, że chce mieć nowych niewolników, a wszystkich starych należy
sprzedać. W ten sposób Naomi trafiła do handlarza, który przywiózł ją do
Nowego Jorku, gdzie ceny za niewolników były wysokie.
Powiedziałem jej, że trafiła do dobrego domu, co ją trochę uspokoiło.
Nieźle nam się ze sobą układało. Czasem pomagałem jej przy cięższych
pracach, a gdy byłem zmęczony, ona pomagała mnie. Kiedy przez kilka dni
chorowałem, opiekowała się mną. Była bardzo dobra i z tego powodu
zacząłem darzyć ją coraz większym uczuciem.
Pomyślałem nawet, że mogłaby zostać moją żoną.
Nigdy nie narzekałem na brak przyjaciółek. Miałem znajome w mieście, ale
szczególnie chętnie zaglądałem do dziewczyny, która mieszkała w małej
wiosce nad Rzeką Wschodnią niedaleko Świńskiej Wyspy. Nazywała się
Violet. Letnimi wieczorami, kiedy baas już mnie nie potrzebował,
wymykałem się do niej. Violet miała kilkoro dzieci -?być może byłem
ojcem któregoś.
Ale Naomi była inna niż te kobiety. Zależało mi na niej. Gdybym miał
zawrzeć z nią związek, musiałbym się ustatkować, a wcześniej nie
przychodziło mi to do głowy. Więc przez jakiś czas pilnowałem się, aby
nasza przyjaźń nie przerodziła się w nic głębszego. Wkrótce zauważyłem,
że moje zachowanie ją zastanawia, ale nic nie mówiła, a ja nie
zwierzałem się jej ze swoich przemyśleń.
Pewnego wieczoru, a było to zimą, zobaczyłem, że Naomi cała się trzęsie.
To była jej pierwsza zima w Nowym Jorku. Pochodziła z ciepłych krajów,
nie spodziewała się więc, że będzie marznąć. Usiadłem obok niej i otoczyłem ją ramieniem. I oczywiście na tym się nie skończyło. Po tamtej
nocy dość szybko zaczęliśmy żyć z sobą jak mąż i żona.
Baas i pani musieli o tym wiedzieć, ale nic nie mówili.
* * *
Przyszła wiosna. Któregoś dnia baas zabrał mnie ze sobą w górę Rzeki
Hudsona. Zawsze chciałem zobaczyć tę wielką rzekę, więc wyjazd mnie
ucieszył, mimo że oznaczał rozłąkę z Naomi. Zazwyczaj baas wyprawiał się
na północ kilka tygodni później, ale Clara i pani ciągle się ze sobą
kłóciły, więc podejrzewam, że chciał mieć od nich trochę spokoju.
Tuż przed naszym wyjazdem baas i pani odbyli przykrą rozmowę. Pani nigdy
nie lubiła wypraw męża, a teraz zaczęła go winić za zachowanie Clary.
Zamknęli drzwi, więc nie wszystko słyszałem, ale gdy odbiliśmy od
brzegu, baas patrzył w ziemię i prawie się nie odzywał.
Miał na sobie swój wampum. Zauważyłem już wcześniej, że zakłada go
zawsze, gdy wybiera się w górę rzeki. Podejrzewam, że podarował mu go
jakiś indiański wódz.
Mieliśmy czterech wioślarzy; baas oddał mi rumpel. Po godzinie od
wypłynięcia z przystani wrócił mu dobry nastrój. Mieliśmy przeciwko
sobie odpływ i wiatr, więc tego dnia przebyliśmy niewielką odległość,
ale baas się tym nie martwił. Chyba po prostu był szczęśliwy, że znów
jest na szlaku. Wciąż widzieliśmy w tyle Manhattan, gdy przybiliśmy do
brzegu na biwak.
Następnego dnia, gdy nie odpłynęliśmy jeszcze daleko, baas spogląda na
mnie i mówi:
-?Coś mi się wydaje, Quash, że wziąłeś sobie Naomi za żonę. Nie wiesz,
że powinieneś zapytać mnie o zgodę?
-?Chyba nie można jej nazwać moją żoną -?odpowiedziałem. -?Żeby mieć
żonę, trzeba wziąć ślub w kościele. -?Byłem ciekaw, co na to odrzeknie.
-?Anglicy mają na to odpowiednie określenie. Ponieważ mieszkacie razem
jak małżonkowie, to zgodnie z angielskim prawem, któremu przecież
powinniśmy podlegać, należy ją nazywać twoją konkubiną. A więc -
uśmiechnął się -?masz być dla niej dobry.
-?Więc nie jesteście na mnie źli, panie? -?spytałem. Pokręcił głową z uśmiechem. -?A pani?
-?Nie bój się. -?Westchnął. -?Przynajmniej w tym się zgadzamy.
Przez jakiś czas patrzył na rzekę, wystawiając twarz do wiatru.
Przyglądałem mu się, chcąc zgadnąć, czy nadal jest w dobrym humorze. W końcu odwrócił się do mnie z uśmiechem.
-?Panie, mogę was o coś zapytać?
-?Pytaj.
-?Sprawa jest taka. Powiedzieliście mi, że któregoś dnia będę wolny. Ale
Naomi nadal będzie niewolnicą, mimo że jest moją konkubiną.
Milczał.
-?Bo widzicie, panie, zastanawiam się, co będzie, jeśli tak się zdarzy,
że urodzą nam się dzieci.
Nadal nie odpowiadał, a po chwili skinął głową jakby do swoich myśli.
-?No cóż, Quash -?rzekł w końcu. -?To wymaga namysłu.
Zrozumiałem, że nie chce rozmawiać na ten temat.
* * *
Jeszcze tego samego popołudnia przybiliśmy do brzegu. Była tam indiańska
wioska. Baas kazał mi zostać w łodzi, a sam poszedł porozmawiać z Indianami. Nie było go dość długo, a kiedy wrócił, wsiadł i kazał
wioślarzom ruszać w górę rzeki. Widać było, że coś go gnębi, więc
siedziałem cicho i pilnowałem steru.
Po półgodzinie, gdy minęliśmy zakręt, odezwał się do mnie:
-?Pamiętasz te indiańskie dzieci, którym uratowałeś życie?
-?Tak, panie.
-?Ich matka zmarła. Na febrę.
Ta kobieta była mi obojętna, ale włożyłem dużo wysiłku, żeby uratować
jej dzieciaki, więc spytałem, czy im nic się nie stało.
-?Nie -?powiedział. -?Dzieci żyją.
-?To dobrze.
* * *
Wieczorem rozbiliśmy obozowisko. Zjedliśmy razem posiłek przy ognisku,
baas, ja i czterej wioślarze. Baas zawsze dobrze traktował swoich ludzi.
Szanowali go, a on potrafił usiąść z nimi i pożartować. I nawet jeśli
miał inne sprawy na głowie, zawsze poświęcił im choć chwilę.
Tym razem zabrał ze sobą dobre zapasy i beczułkę piwa. Gdy już się
najedliśmy i trochę popiliśmy, wszyscy zaczęli sobie ze mnie żartować,
że niby wziąłem sobie kobietę. I tak rozmowa zeszła na kobiety w ogóle.
Jeden z wioślarzy roześmiał się i przyznał, że boi się mojej pani.
-?Nie chciałbym popaść u niej w niełaskę -?powiedział. Zupełnie
niepotrzebnie to powiedział, zważywszy na to, że przed odjazdem moi
państwo się pokłócili. Zauważyłem, że baas sposępniał, ale zaraz się
uśmiechnął.
-?Najlepiej nie narażać się żadnej kobiecie -?rzucił żartobliwie.
Wszyscy się z nim zgodzili. Zaraz potem dodał: -?Chyba czas pójść spać.
Wkrótce wszyscy w obozowisku drzemali, ja też się położyłem.
Lecz baas nie mógł zasnąć. Siedział przy ogniu, wpatrując się w rzekę.
Wyglądał na zatroskanego, więc pomyślałem, że rozmyśla o przykrej
sprzeczce z żoną. Nie odzywałem się.
Siedział tak dosyć długo. Ogień powoli przygasał. Gwiazdy nad rzeką
świeciły jasno, ale tu i tam przesłaniały je chmury; po jakimś czasie
lekki wiatr zaczął szumieć wśród drzew, delikatnie, jakby szeptał. Ten
dźwięk był kojący jak kołysanka, gdy się w niego wsłuchiwałem. Ogarnęła
mnie senność. Ale baas wcale nie szykował się do snu.
Chciałem odciągnąć jego myśli od przykrych spraw, żeby mógł w końcu
zasnąć, więc powiedziałem:
-?Posłuchajcie wiatru, panie.
-?Jeszcze nie śpisz? -?spytał.
-?Może to wam pomoże zasnąć.
-?Może.
-?Ten wiatr jest taki cichy -?mówiłem dalej. -?Jakby jakiś głos unosił
się wśród sosen. Spróbujcie, panie, na pewno uda się wam go usłyszeć.
Milczał. Ale po chwili zobaczyłem, że przechylił głowę, więc może
nasłuchiwał? A gdy przez jakiś czas nie ruszał się, uznałem, że zasnął.
Jednak po chwili wstał powoli i spojrzał ku mnie.
Udawałem, że śpię.
Baas ruszył w ciemnościach wzdłuż rzeki.
Długo leżałem, czekając na jego powrót. W końcu zacząłem się niepokoić.
W lasach było dużo niedźwiedzi, chociaż gdyby bestia odważyła się
zaatakować, usłyszałbym krzyk. Ale gdy baas nadal nie wracał, wstałem i poszedłem za nim. Stąpałem bardzo ostrożnie, nie wydając żadnego szmeru.
Nigdzie go nie było. Nie chciałem go wołać, więc nie pozostawało nic
innego, jak iść dalej. Przeszedłem chyba pół mili, gdy go w końcu
zobaczyłem.
Siedział na skrawku trawy nad wodą, nad nim świeciły gwiazdy. Obejmował
ramionami przyciśnięte do piersi kolana. Płakał. Cały się trząsł i zanosił się szlochem. Nigdy nie widziałem, żeby mężczyzna tak łkał. Nie
miałem śmiałości pójść dalej, ale nie chciałem zostawiać go w tym
stanie, więc zatrzymałem się, a on płakał, jakby serce miało mu pęknąć.
Minęło dość dużo czasu, wiatr przybrał na sile, ale on tego nie
zauważał. A potem wiatr ustał i pod gwiazdami zapanowała niesamowita
cisza. Baas uspokoił się trochę. Nie chciałem, żeby mnie zobaczył, więc
oddaliłem się niepostrzeżenie.
Wróciłem do ogniska i próbowałem zasnąć, ale jednocześnie wyczekiwałem,
czy nie usłyszę jego kroków. Pojawił się w obozie tuż przed świtem.
* * *
Płynęliśmy Rzeką Hudsona przez kolejne dni, po drodze zaglądaliśmy do
wiosek Mohawków z drewnianymi domami i palisadami. Baas kupił od nich
bardzo dużo skór. A gdy tylko wróciliśmy, wbiegłem do domu, żeby
przywitać się z Naomi. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że
będziemy mieli dziecko, co mnie wielce uradowało. A niedługo potem
nawiedziła mnie myśl, że jeśli to będzie chłopiec, dam mu na imię
Hudson, na pamiątkę mojej wyprawy.
Dowiedziałem się też od Naomi, że tego ranka pani i Clara bardzo się
pokłóciły i dziewczyna wybiegła z domu.
-?Pani jest w okropnym humorze -?uprzedziła mnie Naomi.
Baas wszedł do salonu, a ja akurat przechodziłem obok otwartych drzwi,
więc usłyszałem, jak mówi pani o futrach kupionych u Mohawków, ale ona
nic na to nie odpowiedziała.
-?Gdzie Clara? -?spytał.
-?Wyszła. -?Umilkła na chwilę. -?Podejrzewam, że zajrzałeś też do swoich
indiańskich przyjaciół.
-?Tylko na krótko -?przyznał. -?Nie mieli futer.
Pani się nie odezwała.
-?A skoro już o nich mowa. Biała Łania nie żyje -?powiedział baas.
Stałem przy drzwiach już od dobrych paru chwil i pomyślałem, że lepiej
będzie, jak sobie pójdę, ale usłyszałem jeszcze głos pani:
-?I po co mi to mówisz? Przecież to była tylko śmierdząca Indianka.
Po tych słowach zapadła cisza. W końcu baas odezwał się cichym głosem:
-?Jesteś okrutna. Jej matka była lepszą kobietą niż ty.
Usłyszałem, że zbliża się do drzwi, więc oddaliłem się pośpiesznie.
Od tamtej pory stosunki między nimi zrobiły się chłodne, jakby coś
umarło.
* * *
Później często rozmyślałem o tych słowach i chyba odgadłem, co znaczyły.
Ale nieszczególnie mnie to obchodziło. Troszczyłem się przede wszystkim
o swoją rodzinę.
Z każdym mijającym rokiem coraz mocniej docierało do mnie, jakim
szczęściarzem byłem, żeniąc się z Naomi. Cały czas ciężko pracowała w domu, nawet gdy miała wielki brzuch, ale nigdy się nie skarżyła.
Wiedziałem, ile ma do roboty, więc pomagałem jej, gdy tylko mogłem. A ona zawsze miała dla mnie miły uśmiech. Mówiliśmy sobie o wszystkim, a uczucie, które nas łączyło, było coraz silniejsze, po kilku latach nie
umiałem sobie wyobrazić życia bez niej.
Mały Hudson był chyba najbardziej ruchliwym dzieckiem na świecie.
Uwielbiałem się z nim bawić, a baas też czasem do nas dołączał. Hudson
myślał chyba przez jakiś czas, że baas jest jego dziadkiem czy kimś
takim. Kiedy miał dwa latka, Naomi urodziła drugie dziecko, dziewczynkę.
Ale to maleństwo było bardzo słabe i umarło. Jednak po dwóch latach
urodziła kolejną córeczkę, daliśmy jej na imię Martha. Miała okrągłą
buzię jak jej mama, a gdy dorastała, widać było, że odziedziczyła po
niej także charakter.
Czas płynął szybko i wkrótce Hudson skończył pięć lat. Nic, tylko
wszędzie biegał. Baas mówił, że nie daje rady go dogonić. A Naomi
mówiła, że Hudson jest podobny do mnie. Sadzałem go sobie na ramiona i zabierałem do miasta, gdy miałem jakieś sprawy do załatwienia. A gdy
tylko czas na to pozwalał, szliśmy na nabrzeże, bo uwielbiał patrzeć na
statki. Najbardziej był zachwycony, gdy słychać było łopot stawianych
żagli.
Pewnego dnia pan Master, który przyszedł do nas z wizytą, zapytał
Hudsona, co chciałby kiedyś robić. A Hudson na to, że chciałby być
żeglarzem.
-?Ha! -?zawołał pan Master do baasa. -?W takim razie powinien pracować u mnie.
Baas się roześmiał. Ale ja przypomniałem sobie te wszystkie ładunki
niewolników, których pan Master sprowadzał do Nowego Jorku, i pomyślałem, że nie chcę, by mój syn pływał na takich statkach.
Martha była najczulszym dzieckiem. Gdy wracałem do domu, rzucała mi się
na szyję i mówiła, że nie puści, dopóki nie opowiem jej jakiejś bajki.
Nie znałem żadnych bajek, więc musiałem je wymyślać. I wkrótce
opowiadałem jej historie o wielkim myśliwym imieniem Hudson, który miał
bardzo mądrą siostrę Marthę. I oboje przeżywali niezwykłe przygody w lasach pełnych dzikich zwierząt.
* * *
W tym samym czasie baas znalazł dla Clary odpowiedniego męża. Oboje z panią byli chyba zadowoleni, że mogą pozbyć się córki z domu. Pani była
uszczęśliwiona, że baas wybrał porządną holenderską rodzinę. Ślubu
udzielił panience pastor, w holenderskim kościele, tak jak Janowi.
Państwo młodzi zamieszkali na Długiej Wyspie, więc nie widywaliśmy
panienki zbyt często. Ale pani od czasu do czasu jeździła do Clary, a ich relacje bardzo się poprawiły.
Baas i pani mieszkali pod jednym dachem, ale każde z nich miało swoje
życie, więc nawet się ze sobą nie kłócili.
Za to baas bardzo zaprzyjaźnił się z panem Masterem. Pan Master należał
do tych ludzi, których czas się nie ima. Wciąż miał taką samą pociągłą
twarz, jasne włosy i niebieskie oczy i tylko zmarszczki na twarzy
zdradzały jego wiek. Miał przyjemne maniery i zawsze był czymś zajęty.
Gdy przychodził, za każdym razem mówił:
-?Dobry z ciebie człowiek, Quash. -?I patrzył na mnie tymi swoimi
niebieskimi oczami. A czasem mówił do baasa: -?Quash to mój przyjaciel.
Prawda, Quash?
A ja odpowiadałem:
-?Tak, panie.
W tamtym czasie angielscy gubernatorzy, chcąc zapewnić sobie
przychylność bogatych holenderskich rodów i czerpać z nich profity,
rozdawali hojną ręką nadania ziemskie. Angielskim kupcom też się dobrze
wiodło. Pan Master namawiał baasa do nabycia ziemi. Bo w Anglii, mawiał,
dżentelmenem jest tylko ten, kto ma dużo gruntów. A inni ważni panowie,
jak meinheer Philipse i van Cortlandtowie, do których należały duże
posiadłości na północ od miasta, robili wszystko, żeby jak najszybciej
stać się dżentelmenami. Ich żony upinały sobie włosy i wkładały piękne
suknie, które spłaszczały brzuchy i wypychały biust.
Widziałem, że baas coraz bardziej skłania się do tego pomysłu. Jan też
czasem mówił, że powinni kupić trochę ziemi. Ale pani tego nie
pochwalała. Nadal nosiła prosty, okrągły czepek i luźną suknię jak inne
Holenderki. Ale holenderskie damy kochały klejnoty jeszcze bardziej niż
Angielki. Nasza pani miała w uszach wielkie kolczyki i pierścionek na
każdym palcu. I cały czas paliła fajkę.
A wszystko, co angielskie, budziło jej coraz większą niechęć."To naród
godny pogardy -?mawiała. -?Pozwalają, by rządzili nimi papiści".
Wyszło bowiem na jaw, że nasz władca, książę Yorku, przez cały czas był
katolikiem. Ludzie podejrzewali, że król Karol II też jest w tajemnicy
katolikiem, ale on zaprzeczył. Książę Yorku tego nie ukrywał. Wspierał
katolików, a nawet wysłał do Nowego Jorku katolickiego gubernatora. W naszym mieście można było wyznawać dowolną religię. A mówią nawet, że
połowa mieszkańców w nic nie wierzyła. Ale wszyscy bali się katolików.
Ten katolicki gubernator ogłosił, że w całej prowincji będą się odbywać
wolne wybory i że bez zgody tych, którzy zostaną wybrani, nie będą
podnoszone podatki. Więc nawet część religijnych Holendrów uznała, że
nie jest taki zły. Ale na mojej pani nie zrobiło to żadnego wrażenia.
-?Anglikowi nie wolno ufać -?oznajmiła. -?Tak samo jak papiście.
* * *
Koniec 1684 roku był wyjątkowo mroźny. Wielki staw na północ od miasta
zamarzł na całe trzy miesiące. Baas, podobnie jak większość Holendrów,
lubił jeździć na łyżwach, dlatego pewnego ranka wybraliśmy się na
ślizgawkę z Janem i jego dwiema córeczkami.
Jan pracował u swojego ojca, ale wtedy najlepszym interesem było
destylowanie rumu z melasy. Już od jakiegoś czasu na wyspie Staten
działała gorzelnia, ale Jan wspólnie z panem Masterem założył w mieście
nową. Handlował też alkoholami sprowadzanymi z Holandii, między innymi
ginem, który nazywał się Genever.
Nad staw wybrała się też pani i panienka Clara z mężem. Nie mieli
dzieci, ale panienka wyglądała pięknie jak nigdy. Baas pokazał wszystkim
dzieciom, także mojemu Hudsonowi, jak się jeździ na łyżwach, a pani
ciągle się uśmiechała i powiedziała, że ci wszyscy ludzie na wielkim
stawie wyglądają jak na holenderskim obrazie. Nie przeszkadzało jej
nawet, gdy pojawił się pan Master z rodziną.
Pan Master miał syna imieniem Henry, który w tamtym czasie musiał mieć
jakieś osiemnaście lat. Był bardzo podobny do swojego ojca. A kiedy
zobaczył panienkę Clarę, pięknie zarumienioną od mroźnego powietrza, nie
mógł oderwać od niej oczu. I razem jeździli na łyżwach. Nawet panią to
rozbawiło.
-?Ten chłopak się w tobie zakochał -?powiedziała do córki.
Ten radosny dzień na zawsze zapisał się w mojej pamięci.
* * *
Nieszczęście przyszło w 1685 roku. Wieść rozniosła się po Nowym Jorku
lotem błyskawicy. Zmarł Karol II, a na tronie zasiadł jego brat, książę
Yorku. Jakub II, katolik.
Nowy Jork miał katolickiego króla. Który natychmiast przekazał rządy
katolikom. A potem podarł dokument ustanawiający wybory w naszej
prowincji.
-?A nie mówiłam! -?zżymała się pani. -?Nigdy nie wolno ufać katolikowi.
Ale nie to było najgorsze. Król Ludwik IV postanowił wygnać z Francji
wszystkich protestantów. A było ich naprawdę wielu. Musieli pakować
dobytek i uciekać. Część udała się do Niderlandów, a wkrótce zaczęli też
przybywać do Nowego Jorku. Mówili na nich hugenoci.
Pewnego dnia zawitał do nas meinheer Leisler w towarzystwie jednego z nich, monsieur Jaya. To monsieur Jay powiedział nam, że król Jakub
wysłał królowi Ludwikowi list z gratulacjami. I że w Anglii wzbierało
niezadowolenie z władcy. Baas był wstrząśnięty, a pani od tej pory
rozmawiała tylko o tym. Mówiła, że Anglicy powinni się zbuntować i wygnać króla. Tak właśnie zrobili Holendrzy, będąc pod panowaniem
hiszpańskiego króla. Jednak baas zauważył, że Anglicy będą woleli
poczekać. Jakub nie miał syna, a jego obie córki były protestantkami. W swoim czasie, powtarzał baas, wszystko wróci do normy. Ale pani wcale
nie była tym usatysfakcjonowana.
Przez następne dwa lata wszyscy w Nowym Jorku narzekali na króla.
Któregoś dnia wiosną 1689 roku pani wpadła do domu z szerokim uśmiechem
na twarzy, mówiąc, że Anglicy wygnali Jakuba II z kraju.
-?Stała się wola boska! -?zawołała.
A wszystko z powodu dziecka. Po wielu latach królowi nagle urodził się
syn, który miał zostać katolikiem.
-?Tego już nawet Anglicy nie zdzierżyli -?stwierdziła pani.
Wygnali go niemal natychmiast i posłali po jego starszą córkę Marię.
Nazwali to "chwalebną rewolucją".
-?Maria jest nie tylko protestantką, ale też żoną Wilhelma, władcy
Niderlandów -?mówiła. -?A teraz będą wspólnie rządzić Anglią. -?Niemal
tańczyła z radości na myśl o tym, że znowu trafiliśmy pod holenderskie
panowanie.
Niedługo po chwalebnej rewolucji dotarły do nas wieści, że Holendrzy i Anglicy wypowiedzieli wojnę królowi Francji Ludwikowi. Ludzie nazwali to
wojną króla Wilhelma. Obawialiśmy się, że francuscy katolicy z północy
zmówią się z Irokezami i dotrą aż do Nowego Jorku. Rzeczywiście, razem
zaatakowali kilku holenderskich osadników w górnym biegu rzeki. Ale dla
kupców takich jak baas i pan Master wojna stanowiła też okazję do
zarobku.
Zawsze będę pamiętał ten słoneczny dzień, gdy baas zabrał nas na
nabrzeże. Pozwolił mi wziąć ze sobą Hudsona. Na miejscu czekali już na
nas Jan, pan Master i jego syn Henry. Wiosłową łódką dopłynęliśmy na
statek stojący na kotwicy na Rzece Wschodniej. To był naprawdę piękny
okręt, miał wysokie maszty i kilka dział. Pan Master oprowadzał nas po
pokładzie. Hudson przyglądał się wszystkiemu z ciekawością, jeszcze
nigdy nie widziałem, żeby był tak ożywiony. Okręt był wspólną inwestycją
kilku kupców, a że byliśmy z Francją w stanie wojny, miał w czasie
rejsów atakować francuskie statki handlowe i przejmować ich ładunki. Pan
Master miał jedną ósmą udziałów, a baas i Jan tak samo. Nawet ja
widziałem, że okręt mógł osiągać znaczną prędkość.
-?Przegoni każdego Francuza -?powiedział pan Master, bardzo z siebie
zadowolony. -?Kapitan jest świetnym korsarzem. Jeśli szczęście nam
dopisze, zdobędziemy fortunę.
Hudson chciał o coś zapytać i zaczął ciągnąć mnie za rękaw. Kazałem mu
być cicho. Ale pan Master powiedział:
-?Pozwól mu mówić.
Więc Hudson na to:
-?Panie, powiedzcie proszę, jaka jest różnica między korsarzem a piratem?
Baas i pan Master spojrzeli na siebie i się roześmiali.
-?Jeśli jakiś statek okrada nas, to jest piratem -?wyjaśnił baas. -?Ale
jeśli okrada wroga, to jest korsarzem.
* * *
Niedługo po wypłynięciu okrętu mąż panienki Clary rozchorował się i umarł. Nie mieli dzieci, więc panienka wróciła do rodzinnego domu.
Spodziewałem się kłótni, ale lata mijały, a ona dobrze dogadywała się z matką. Oczywiście przez jakiś czas była w żałobie, ale kiedyś
usłyszałem, jak pani mówi do baasa:
-?Musimy jej znaleźć męża.
Myślę jednak, że była zadowolona z obecności córki w domu.
Moja Naomi dobrze posługiwała się igłą, więc wszystko cerowała i robiła
inne poprawki. Zaczęła też uczyć szycia Marthę. Mała miała szybkie i zwinne paluszki, aż dziw, co potrafiła nimi robić. Wkrótce panienka
Clara też to zauważyła i była zaskoczona, że dzieciak może być taki
zdolny.
-?Ta mała to prawdziwy skarb -?mówiła.
Zabierała Marthę na spacery. A pani wcale się temu nie sprzeciwiała.
* * *
Wysyłanie korsarzy na wrogów okazało się łatwiejsze niż rządzenie
prowincją. Przez jakiś czas panowało u nas spore zamieszanie. W Bostonie
gubernator króla Jakuba został wtrącony do więzienia. W Nowym Jorku nikt
nie wiedział, komu należy się władza. I w tym właśnie czasie meinheer
Leisler zapisał się na kartach historii. Jako że był jednym z dowódców
straży miejskiej, ojcowie miasta poprosili go, by przejął stery do
czasu, aż sprawy się unormują.
Możecie sobie pewnie wyobrazić, że pani była z tego bardzo zadowolona.
Leislera wspierało wielu znaczących Holendrów, między innymi doktor
Beekman i niektórzy Stuyvesantowie. Miał też za sobą drobnych kupców,
rzemieślników i holenderską biedotę, bo był Holendrem. Zaskarbił sobie
również względy hugenotów, którzy przybywali niemal na każdym statku.
Pomógł im założyć osiedle, które nazwali Nowe Rochelle, na pamiątkę
miasta we Francji, z którego ich wygnano. Leislera lubiło też wielu
Anglików, zwłaszcza z Długiej Wyspy, bo nienawidzili katolików, a Leisler był porządnym protestantem. A najbardziej religijni mieszkańcy
mówili nawet, że chwalebna rewolucja była dowodem na to, że zbliża się
Królestwo Boże.
Tak oto meinheer Leisler rządził w Nowym Jorku przez jakiś czas. Ale nie
miał łatwego zadania. Pamiętam, jak któregoś razu złożył mojej pani
wizytę i skarżył się, że utrzymanie porządku nie jest proste.
-?Będę musiał podnieść podatki -?mówił. -?A to nie będzie dobrze
przyjęte. -?Zazwyczaj na jego twarzy malowała się beztroska wesołość,
ale teraz wyglądał na zmęczonego i strapionego. -?Jedno mogę wam
obiecać: nigdy nie oddam miasta żadnemu katolikowi.
Meinheer Leisler rządził miastem przez półtora roku.
Pani popierała go całym sercem, ale baas był bardziej ostrożny.
Zacząłem się domyślać, w czym rzecz, gdy pewnego dnia szliśmy główną
ulicą biegnącą od fortu do bramy miejskiej. Anglicy nazwali ją Broadway.
W tej części miasta mieszkali biedniejsi Holendrzy: stolarze, wozacy,
strycharze, szewcy, marynarze. Wszyscy kochali Leislera. Rzuciłem jakąś
uwagę, że meinheer Leisler jest bardzo popularny.
-?No cóż -?powiedział baas. -?Nie wyjdzie mu to na dobre.
-?Dlaczego? -?spytałem. Ale nie odpowiedział.
Jednak wkrótce wszystko stało się jasne. Meinheer Leisler zaczął
obsadzać różne stanowiska prostymi ludźmi. A to się nie podobało wielkim
holenderskim kupcom. Oraz niektórym pastorom.
Pani nie zwracała uwagi na te narzekania. Za każdym razem stawała po
stronie Leislera.
-?Jest Holendrem, a my mamy teraz holenderskiego króla -?mówiła.
-?Ale on jest też królem Anglii -?zauważył kiedyś baas. -?I ma dwór w Londynie. Wielcy kupcy mają tam swoich przyjaciół, a Leisler nie. -?I kazał jej uważać na to, co mówi.
Po kilku miesiącach opozycja urosła w taką siłę, że meinheer Leisler
musiał uderzyć. Aresztował meinheera Bayarda. I domagał się rękojmi od
van Cortlandta i paru innych. Prosty lud, który kochał Leislera,
dopuścił się nawet kilku ataków na domy największych panów. Baas był
bogaty, więc obawiał się, że i nas mogą spalić. Któregoś wieczoru wrócił
do domu z wiadomością, że na ulicach robi się niespokojnie. A kiedy
dowiedział się, że pani wyszła, powiedział:
-?Chodź ze mną, Quash. Musimy sprawdzić, czy nic jej nie grozi.
Zaczęliśmy krążyć po mieście. U zbiegu Beaver Street i Broadwayu
zobaczyliśmy jakąś setkę kobiet. Maszerowały w kierunku fortu, chcąc
okazać poparcie Leislerowi. A na samym czele szła moja pani. Baas wpadł
w taką złość, że przez chwilę wydawało mi się, że siłą zawlecze ją do
domu, ale zaraz się roześmiał.
-?No cóż, Quash -?powiedział. -?Przynajmniej nie zaatakują naszego domu.
Jednak w końcu okazało się, że miał słuszność, ostrzegając nas przed
Leislerem. Z Londynu przybył statek z żołnierzami, którzy mieli przejąć
miasto. Meinheer Leisler, wiedząc, ilu ma wrogów, bronił się w forcie,
mówiąc, że nie podda miasta bez rozkazu samego króla Wilhelma. Wkrótce
takie rozkazy nadeszły. Leisler został aresztowany, bo przedstawiono go
królowi jako groźnego buntownika.
-?Twoi przyjaciele to uknuli -?powiedziała pani z wyrzutem do baasa.
-?Ciesz się, że ciebie też nie aresztowali -?odparł.
Ale gdy dowiedział się, że rajcy zwrócili się do króla Wilhelma z prośbą
o zgodę na egzekucję Leislera, stwierdził, że to hańba.
* * *
Niedługo potem do portu zawinął korsarz baasa i pana Mastera. Zdobył
jakieś łupy, ale zysk z nich był nieduży. Przywiózł też trochę
niewolników. Nie spodobał mi się ich wygląd.
-?Oni są chorzy -?powiedział pan Master. -?Lepiej sprzedajmy ich jak
najszybciej. -?I pozbył się ich już następnego dnia.
Przez ten cały czas meinheer Leisler siedział w więzieniu, nie wiedząc,
jaki los go czeka. Większość mieszkańców była w szoku. W naszym domu
panował ponury nastrój. Pani prawie się nie odzywała. Na początku maja
jedna z kobiet, która maszerowała z panią do fortu, poprosiła o wypożyczenie Naomi na kilka dni. Miała dla niej jakieś prace krawieckie
u siebie na gospodarstwie. Pani się zgodziła. Noami chyba była
zadowolona z wyjazdu. W domu było smutno, więc powiedziałem:
-?Zabierz ze sobą Marthę.
I pojechały na tę bouwerie, zaledwie dwie mile na północ od miasta.
Zostały tam przez dziesięć dni.
Pogoda była wtedy bardzo zmienna. Raz było duszno i gorąco, na ulicach
cuchnęło końskim łajnem, a zaraz potem robiło się zimno i padał deszcz.
Wszyscy źle to znosili. Na ogół mam dobry humor, ale wtedy ogarniało
mnie przygnębienie. Ledwo mogłem pracować. W końcu Naomi i Martha
wróciły do domu. Był późny wieczór, nie rozmawialiśmy wiele, a one były
takie zmęczone, że od razu poszły spać.
Następnego ranka wybrałem się z baasem na nabrzeże. Pan Master i inni
kupcy rozliczali się po ostatnim rejsie korsarza, zastanawiali się, czy
wysłać go znów na morze. Potem poszliśmy do fortu, bo baas i pan Master
chcieli zasięgnąć wieści o Leislerze. Gdy stamtąd wyszli, baas pokręcił
głową.
-?Bayard chce go zniszczyć -?powiedział. -?Podejrzewam, że nie będą się
nawet oglądać na króla Wilhelma.
Zbliżaliśmy się akurat do gospody, gdy zobaczyliśmy biegnącego w naszą
stronę Hudsona.
-?Co się stało? -?spytał baas.
-?Martha, panie! -?krzyknął. -?Ona chyba umiera.
* * *
Biedne dziecko było rozpalone gorączką. Wyglądało strasznie. Naomi też
sprawiała wrażenie chorej, miała dreszcze.
-?To przez tych niewolników ze statku baasa -?powiedziała. -?Sprzedali
ich na tamto gospodarstwo. Kiedy przyjechałyśmy, już byli chorzy, a jeden nawet umarł. Jestem pewna, że to przez nich.
Nikt nie wiedział, co to za choroba. Moja mała Martha gorączkowała całą
noc, a rano ledwo oddychała. Ja i Naomi opiekowaliśmy się nią przez cały
czas, ale gdzieś około północy Naomi była już tak samo chora. Obmywałem
je chłodną wodą, żeby zbić gorączkę, ale nie na wiele się to zdało.
Rano w drzwiach stanęła Clara.
-?Niech panienka tu nie wchodzi -?powiedziałem. -?Może się panienka
zarazić.
-?Wiem, Quash. Ale chcę się nią opiekować.
O mało się nie udławiłem, słysząc te słowa. Ale zawołałem do pani, żeby
nie pozwoliła panience wchodzić. Pani próbowała ją powstrzymać, lecz
Clara zawsze umiała postawić na swoim. Nie posłuchała ani baasa, ani
matki. Powiedziała, że nie odejdzie, dopóki nie da Marcie naparu z ziół,
które przyniosła ze sobą. Wtedy baas powiedział:
-?Daj też Quashowi.
Ale ona mi nie dała.
A potem wzięła Marthę za rączkę i podała jej lekarstwo. Mała ledwo je
połknęła, ale musiało jej pomóc, bo trochę się uspokoiła. Dopiero wtedy
panienka zgodziła się wyjść.
Niestety, moja mała Martha zmarła o zmierzchu. Jej matka była wyczerpana
i przedtem zapadła w niespokojny sen. Nie chciałem, żeby spała obok
martwego dziecka, więc wziąłem Marthę na ręce i wyniosłem ją na
podwórze. Baas powiedział, żebym położył ją w stodole i że trzeba ją
pochować jeszcze dziś.
Gdy wróciłem, Naomi próbowała wstać. Spytała o Marthę.
-?Gdzie ona?! -?krzyczała.
-?Na dworze jest chłodniej -?powiedziałem. Nie potrafiłem wyznać jej
prawdy. -?Niech sobie trochę odpocznie. -?Ale za oknem rozległ się płacz
Clary. Widocznie jej powiedzieli.
-?Ona nie żyje, prawda? -?spytała Naomi. -?Moja córeczka nie żyje.
Nie wiem, co mi się stało, ale nie mogłem wydusić z siebie słowa. Naomi
opadła na łóżko i zamknęła oczy.
W nocy bardzo źle znosiła gorączkę. Była rozpalona i targały nią
dreszcze.
-?Ja umieram, Quash -?powiedziała. -?Umrę jeszcze dziś.
-?Musisz się trzymać, jesteś nam potrzebna, mnie i Hudsonowi.
-?Wiem.
Nazajutrz się rozpadało. Drobny, ciągły deszcz. Nie miałem głowy do
niczego, nie wiedziałem, co się dzieje na świecie, bo opiekowałem się
Naomi. Ale po południu przyszedł baas. Zapytał o jej zdrowie, a potem
powiedział:
-?Słyszałeś najnowsze wieści? Stracili biednego Leislera.
-?Przykro mi, panie.
-?Pani bardzo źle to zniosła. Skazali go na śmierć jako zdrajcę.
Wiedziałem, co to znaczy. Wieszają człowieka, ale nie tak, żeby umarł, a potem wydzierają mu wnętrzności i obcinają głowę. Aż trudno sobie
wyobrazić, że coś podobnego spotkało takiego dżentelmena jak meinheer
Leisler.
-?Nie był większym zdrajcą niż ja -?powiedział baas. -?A ludzie biorą
sobie kawałki jego ubrania jako relikwie. Mówią, że jest męczennikiem. -
Westchnął. -?Chyba lepiej, żeby Hudson spał dzisiaj w kuchni.
-?Jak pan każe.
Padało przez całą noc. Myślałem, że chłód pomoże Naomi, ale tak się nie
stało. O północy rzucała się i krzyczała w gorączce. Potem trochę się
uspokoiła. Miała zamknięte oczy i nie wiedziałem, czy czuje się lepiej,
czy przestała już walczyć. Tuż przed świtem zauważyłem, że deszcz ustał.
Naomi oddychała płytko i była bardzo słaba. Nagle otworzyła oczy.
-?Gdzie Hudson? -?spytała.
-?Nic mu nie jest -?powiedziałem.
-?Chcę go zobaczyć -?szepnęła.
-?Lepiej nie.
Jakby zapadła się w sobie. Gdy zaczęło świtać, wyszedłem na chwilę na
dwór, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza i popatrzeć na niebo. Było
bezchmurne. Na wschodzie świeciła gwiazda zaranna.
Gdy wróciłem do domu, Naomi już nie żyła.
* * *
Przez kolejne dni po pogrzebie baas i pani byli dla mnie bardzo dobrzy.
Baas pilnował, żebym miał coś do roboty, dawał też jakieś zajęcia
Hudsonowi. Miał rację. Pani prawie się nie odzywała, ale widać było, że
wciąż nie może otrząsnąć się po śmierci meinheera Leislera.
Pewnego dnia, gdy pracowałem w ogrodzie, przyszła pani i stanęła obok
mnie. Wyglądała na zasmuconą. Po chwili powiedziała:
-?Ty i Naomi byliście ze sobą szczęśliwi, prawda?
-?Nigdy nie powiedzieliśmy sobie przykrego słowa.
Milczała przez chwilę. W końcu odezwała się:
-?Tak, okrutne słowa to straszna rzecz. Czasem człowiek ich żałuje. Ale
jak już coś zostało powiedziane, to nie da się tego cofnąć.
Nie wiedziałem, co na to odrzec. Po dłuższej chwili pani pokiwała głową
do siebie i weszła do domu.
* * *
Pod koniec tego roku pani kupiła nową niewolnicę w miejsce Naomi. Chyba
myślała, że się z nią zwiążę. Ale nie umieliśmy się dogadać, chociaż nie
była złą kobietą. A tak prawdę powiedziawszy, nie sądzę, żeby ktokolwiek
mógł mi zastąpić Naomi.
Hudson był dla mnie wielką pociechą. Mieliśmy tylko siebie, więc
spędzaliśmy razem dużo czasu. Był ładnym chłopcem i dobrym synem. I potrafił cały czas siedzieć na nabrzeżu. Uprosił marynarzy, żeby
nauczyli go wiązać węzły. Nabrał w tym takiej biegłości, że wiązał liny
na najróżniejsze sposoby, a nawet robił z nich różne wzory. Uczyłem go
wszystkiego, co sam umiałem. Powiedziałem mu też, że być może pewnego
dnia, jeśli taka będzie wola baasa, odzyskamy wolność. Ale nie wracałem
często do tego tematu, żeby nie rozbudzać w nim nadmiernych nadziei lub
nie skazywać na rozczarowanie, gdyby okazało się, że musimy na tę
wolność długo czekać. Bardzo lubiłem, kiedy chodziliśmy gdzieś razem.
Mówiąc coś do niego, opierałem mu dłoń na ramieniu; gdy urósł, wtedy to
on czasem kładł dłoń na moim.
Dla pani nadszedł bardzo trudny czas. Wciąż była piękną kobietą. Jej
jasne włosy posiwiały, ale twarz niewiele się zmieniła. I właśnie wtedy
zaczęło się u niej pojawiać coraz więcej zmarszczek, a kiedy była
smutna, wyglądała staro. Wydawało się, że wszystko się przeciwko niej
sprzysięgło. Większość mieszkańców Nowego Jorku nadal mówiła po
niderlandzku, ale z każdym rokiem mieliśmy coraz więcej angielskich
praw.
Doszło do tego, że Anglicy chcieli, by ich Kościół -?nazywali go
Kościołem anglikańskim -?był główną religią w mieście. A gubernator
ogłosił, że bez względu na to, do jakiego Kościoła ktoś przynależy, i tak musi płacić na utrzymanie angielskich duchownych. Wielu ludzi to
oburzyło, zwłaszcza moją panią. Ale niektórzy pastorzy chcieli się
przypodobać gubernatorowi, więc się nie skarżyli, a nawet zgodzili się
udostępnić anglikanom swoje świątynie, dopóki tamci nie zbudują sobie
własnych.
Pani miała przynajmniej rodzinę. Ale baas, mimo że miał już ponad
sześćdziesiąt lat, ciągle był zajęty. Wojna króla Wilhelma przeciwko
Francji trwała, więc wyruszało wiele wypraw korsarskich. Baas i pan
Master właśnie tym się zajmowali. Czasem baas udawał się na północ po
futra. A raz wyprawił się z panem Masterem do Wirginii.
Moja pani często zaglądała do Jana, który miał dom niedaleko, i spotykała się z wnukami. Clara też była dla niej pociechą, ale dużo
czasu spędzała poza domem, więc pani czuła się chyba samotna.
Jakoś niedługo po powrocie baasa i pana Mastera z Wirginii cała rodzina
zebrała się na obiad. Przyszedł Jan z żoną Lysbet i dziećmi, była też
panienka. Ja i Hudson usługiwaliśmy przy stole. Wszyscy byli weseli.
Akurat podaliśmy maderę po posiłku, gdy panienka wstała i powiedziała,
że chce coś ogłosić.
-?Mam dla was dobrą wiadomość -?oznajmiła, spoglądając dookoła na
wszystkich. -?Wychodzę za mąż.
Pani była bardzo zdziwiona. Zapytała za kogo.
-?Za Henry'ego Mastera.
O mało nie upuściłem talerza, który trzymałem w ręku. A pani patrzyła na
panienkę Clarę z niedowierzaniem.
-?Za tego chłopca?! -?krzyknęła. -?Ale on przecież nie jest Holendrem.
-?Wiem -?powiedziała Clara.
-?I jest od ciebie dużo młodszy.
-?Wiele kobiet w naszym mieście ma młodszych mężów -?zauważyła panienka.
I wspomniała jedną holenderską damę, która miała już trzech młodych
oblubieńców.
-?Rozmawiałaś z pastorem?
-?Pastor nie ma tu nic do gadania. Zamierzamy wziąć ślub w Kościele
anglikańskim, przed panem Smithem.
-?Anglikańskim? -?Pani aż dech odebrało. -?Jego rodzina ośmieliła się
postawić takie żądanie?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki