Nowy Jork - Edward Rutherfurd

Reflow text when sidebars are open.
Nowy Jork jest przede wszystkim powieścią. Wszystkie przedstawione tu rodziny są fikcyjne, tak samo jak ich udział w wydarzeniach historycznych. Jednak opowiadając na tle kolejnych stuleci losy tych bohaterów, próbowałem osadzić je wśród postaci i okoliczności, które były albo mogły być prawdziwe.
Nazwiska głównych rodów występujących w tej książce zostały dobrane tak, by mogły uchodzić za reprezentatywne dla danej kultury. Van Dyck jest częstym i łatwym do zapamiętania nazwiskiem holenderskim. Angielskie nazwisko Master też jest dość powszechne, choć przyznaję, że gdy obmyślałem dzieje tej rodziny kupców i maklerów z Wall Street, określenie "Master of the Universe" samo przychodziło mi do głowy. Innym typowym angielskim nazwiskiem jest White. Keller to piętnaste pod względem popularności nazwisko niemieckie, oznaczające "człowiek z piwnicy". O'Donnell to charakterystyczne nazwisko irlandzkie, słynne włoskie nazwisko Caruso wywodzi się z południowych Włoch, natomiast nazwisko Adler - czyli po niemiecku "orzeł" - można spotkać w całej Europie Środkowej. Jeśli idzie o postacie przelotnie przewijające się na kartach książki, to nazwisko rodu Riversów zostało przeze mnie wymyślone, a rodzina Albionów pojawiła się w mojej książce The Forest. Inspiracją dla imienia i nazwiska Juan Campos był słynny portorykański kompozytor Juan Morel Campos. O ile mi wiadomo, nazwisko Humblay nie istnieje, ale jest starą, występującą w szesnastowiecznych książkach modlitewnych formą zapisu słowa humbly. Natomiast pochodzenie nazwisk Vorpal i Bandersnatch czytelnik może znaleźć w wierszu Lewisa Carrolla Jabberwocky.
Prowadzenie narracji nie wymagało ode mnie wymyślania wydarzeń historycznych. W kilku miejscach, dla podtrzymania toku opowieści, dokonałem pewnych uproszczeń skomplikowanych zjawisk i szczegółów, ale w moim przekonaniu nie wypaczyły one prawdy historycznej. W tym miejscu muszę jednak dodać kilka uwag w sprawie interpretacji.
Chodzi mi o plemiona amerykańskich Indian. Rejon Nowego Jorku zamieszkiwało mnóstwo plemion, między innymi Tappanowie czy Hackensackowie - nazwy te przetrwały w miejscowej topografii - jednak wymienianie ich wszystkich mogłoby być dla czytelnika zbyt zawiłe. Dlatego wspominając o tych plemionach, posługuję się - zgodnie z powszechną praktyką - nazwą wspólnej im wszystkim grupy językowej: Algonkinowie. Z tego samego powodu plemiona żyjące nieco dalej na północ nazywam Irokezami, chociaż tam, gdzie wydało mi się właściwe, wymieniam też pojedyncze plemiona, na przykład Mohawków. Niektórym czytelnikom może się wydawać dziwne, że w pierwszej części książki nie pojawia się nazwa Lenape, oznaczająca pierwotnych mieszkańców Manhattanu. Jednak termin ten pojawił się w późniejszym okresie historycznym i opisywane przeze mnie ludy nie mogły go używać.
W niektórych nowszych pracach, a zwłaszcza w The Island at the Center of the World, wspaniałej książce Russella Shorto o Nowym Amsterdamie, zwraca się uwagę na tradycję wolności obywatelskich, którą wprowadzili do Nowego Jorku Holendrzy. Starałem się zobrazować to w swojej książce, pokazując jednak, że tradycja ta ma również korzenie w średniowiecznej Anglii i innych krajach Europy.
Moje pierwotne przekonanie, że Anglicy traktowali niewolników z większym okrucieństwem niż Holendrzy, zostało skorygowane po rozmowach z profesorem Grahamem Hodgesem, który w książce Root & Branch omawia tę kwestię bardzo szczegółowo.
Wedle mojej oceny angielski gubernator lord Cornbury rzeczywiście był transwestytą. Kilku wybitnych historyków potwierdziło taką opinię.
Moje spojrzenie na zmieniające się relacje pomiędzy Anglikami i Amerykanami ewoluowało w toku narracji, a to za sprawą rozmów z profesorem Edwinem G. Burrowsem, wybitnym współautorem Gotham i autorem książki Forgotten Patriots, która ukazała się, gdy pisałem tę powieść.
Nowy Jork to chyba najbardziej skomplikowane miasto na świecie. Każdy powieściopisarz opisujący jego bogatą historię musi dokonywać wielu wyborów. Mam jednak nadzieję, że udało mi się oddać przynajmniej jakąś część dziejów i ducha miasta, które darzę wielką miłością.
A więc tak smakuje wolność.
Kanoe płynęło z nurtem rzeki, woda uderzała o dziób. Dirk van Dyck spojrzał z niepokojem na dziewczynkę. Może ta podróż to jednak straszny błąd?
Wielka rzeka przyzywała go na północ. Wielkie niebo przyzywało go na zachód. Kraina wielu rzek, kraina wielu gór, kraina wielu lasów. Jak daleko mogła się ciągnąć? Tego nie wiedział nikt. W każdym razie nie wiedział na pewno. Jedynie słońce, zawieszone wyżej niż orły, w swojej wędrówce na zachód widziało ją w całości.
Tak, na tych dzikich przestrzeniach van Dyck odnalazł wolność. I miłość. Był potężnym mężczyzną. Miał na sobie holenderskie pantalony, buty z wywiniętymi cholewami i skórzaną kamizelkę narzuconą na koszulę. Zbliżali się do portu, więc włożył kapelusz z piórem i szerokim rondem. Cały czas obserwował dziewczynkę.
Jego córka. Owoc grzechu. Grzechu, za który - jak głosiła jego religia - będzie musiał ponieść karę.
Ile miała lat? Dziesięć? Jedenaście? Ucieszyła się, gdy zgodził się zabrać ją ze sobą. Miała oczy swojej matki. Śliczne indiańskie dziecko. U swoich nosiła imię Biała Łania. Jedynie jaśniejsza skóra zdradzała sekret jej życia.
- Niedługo będziemy na miejscu. - Holender mówił w języku Algonkinów, miejscowych plemion.
Nowy Amsterdam. Faktoria. Fort i miasteczko ukryte za palisadą. A jednocześnie ważne miejsce na mapie obejmującego cały świat handlowego imperium Holendrów.
Van Dyck czuł się dumny z bycia Holendrem. Mały kraj, który umiał przeciwstawić się królestwu Hiszpanii i zdobyć niepodległość. To Holendrzy zbudowali wielkie groble i wydarli morzu ogromne połacie żyznej ziemi. Ich nadmorskie prowincje tworzyły handlową potęgę, której zazdrościły im inne narody. A w złotym wieku Rembrandta i Vermeera niderlandzkie miasta - Amsterdam, Delft, Antwerpia - z rzędami wysokich domów ze spadzistymi dachami, stojącymi nad okazałymi kanałami, były mekką artystów, uczonych i wolnomyślicieli z całej Europy. Tak, van Dyck był dumny, że jest Holendrem.
Pływy oceanu docierały do dolnego biegu rzeki. Tego ranka nurt ciągnął w kierunku morza. Ale po południu prąd zawróci i podąży na północ.
Dziewczynka patrzyła w dół rzeki, przed siebie. Van Dyck siedział zwrócony do niej twarzą, opierając się o wielki stos skór, głównie bobrowych, zajmujący całą środkową część łodzi. Wiosłowało czterech Indian, dwóch na dziobie i dwóch na rufie. Tuż za nimi płynęło drugie czółno z indiańską załogą. Van Dyck musiał je zabrać, żeby przewieźć wszystkie zakupione towary. W górnym biegu rzeki późnowiosenne niebo wydawało grzmiące pomruki; teraz mieli nad sobą szare chmury. A z przodu spokojną wodę.
Nagle zza chmur przedarły się promienie słońca. Stukanie wody o burtę zabrzmiało jak indiański bęben niosący ostrzeżenie. Van Dyck poczuł na twarzy łaskotanie wiatru, lekkie jak musujące wino. Nie chciał zrobić dziewczynce przykrości, ale przecież musiał to powiedzieć.
- Nie wolno ci wspomnieć, że jestem twoim ojcem.
Spojrzała na kamienny wisiorek, który miała na szyi. Zawieszono go po indiańsku, do góry nogami. To było logiczne, bo kiedy trzymała go przed oczami, widziała go we właściwej pozycji. Amulet na szczęście. Zamaskowany, Pan Lasu, strażnik równowagi w przyrodzie.
Biała Łania nie odpowiedziała, patrzyła jedynie na oblicze indiańskiego bożka. O czym ona myśli? Zrozumiała jego słowa? Van Dyck nie wiedział.
Zza skał, które ciągnęły się wzdłuż lewego brzegu jak wysoki, kamienny ostrokół, dobiegł odległy pomruk. Dziewczynka się uśmiechnęła. Van Dyck pomyślał, że jego rodacy, jako ludzie morza, nie lubią grzmotów, bo te zwiastowały dla nich lęk i zniszczenie. Ale Indianie byli mądrzejsi. Umieli odczytać mowę gromu: oto bogowie zamieszkujący najniższy z dwunastu poziomów niebios chronią świat przed złem.
Przez chwilę dźwięk niósł się echem po rzece, a potem rozpłynął w oddali. Biała Łania puściła wisiorek, poruszając z gracją ręką. Podniosła wzrok.
- Poznam twoją żonę?
Dirk van Dyck wciągnął powietrze. Jego żona Margaretha nie spodziewała się go. Nie uprzedził jej o swoim powrocie. Liczył, że uda mu się wysadzić dziewczynkę na brzeg, ukryć ją przed żoną. Co za głupota. Odwrócił się z zakłopotaniem i popatrzył na rzekę. Dotarli już do północnego skrawka wąskiego terytorium zwanego Manhattanem. Płynęli z prądem. Za późno, żeby zawrócić.
Margaretha de Groot powoli zaciągnęła się dymem z glinianej fajki, trzymanej w zmysłowych ustach. Patrzyła badawczo na mężczyznę z drewnianą nogą, zastanawiając się, jaki byłby w łóżku.
Wysoki, wyprostowany, o przenikliwym spojrzeniu, pomimo siwych włosów zdradzających mocno dojrzały wiek nieustraszony. Drewniana proteza była medalem za odwagę, świadectwem stoczonych bitew. Dla wielu taka rana zakończyłaby się śmiercią, ale nie dla Petera Stuyvesanta. Szedł ulicą zadziwiająco szybko. Patrząc na twarde, wypolerowane drewno, Margaretha poczuła lekki dreszcz, ale on tego nie zauważył.
Co on o niej myśli? Na pewno mu się podobała. Bo czemuż by nie? Była ładną, trzydziestoparoletnią kobietą z dużym biustem, okrągłą twarzą i jasnymi włosami. Nie roztyła się jak wiele innych Holenderek. Zachowała zgrabną figurę i miała w sobie coś pociągającego. A fajkę palili prawie wszyscy Holendrzy, kobiety i mężczyźni.
Zauważył ją, zatrzymał się i uśmiechnął.
- Dzień dobry, Greet. - Greet. Dość poufała forma. Margaretha van Dyck, jak większość Holenderek, była znana pod panieńskim nazwiskiem, Margaretha de Groot. On jednak zwrócił się do niej inaczej. To prawda, znał ją od dziecka. Ale mimo to... Zwykle zachowywał się oficjalnie. Prawie się zaczerwieniła. - Wciąż jesteś sama?
Stała przed swoim domem. Był to typowy holenderski dom, prosta, prostokątna siedziba, jednopiętrowa, drewniana po bokach, ze szczytową ścianą od frontu, na której widniał kunsztowny wzór z żółtych i czarnych cegieł. Krótkie schodki prowadziły do drzwi wejściowych, dużych i ocienionych gankiem, prawdziwym holenderskim stoopem. Okna nie były duże, ale całość tworzyła imponujące wrażenie za sprawą tak lubianej przez Holendrów schodkowej ściany szczytowej i wiatrowskazu na krawędzi dachu.
- Twój mąż jest jeszcze w górze rzeki? - ponowił pytanie Stuyvesant. Skinęła głową. - Kiedy wraca?
- A kto to wie? - Wzruszyła ramionami. Nie skarżyła się na częste wypady męża na północ.
Handel futrami, zwłaszcza skórami bobrów, rozwinął się tak bardzo, że Indianie niemal wytępili miejscowe zwierzęta. Van Dyck musiał zapuszczać się coraz dalej w głąb lądu i kupować towar od Irokezów. Trzeba przyznać, że radził sobie całkiem nieźle.
Naprawdę musiał wyjeżdżać na tak długo? W pierwszych latach małżeństwa jego ekspedycje trwały dwa tygodnie, jednak potem zaczęły się wydłużać. W domu był dobrym mężem, troszczył się o żonę i o dzieci. Ale mimo to czuła się zaniedbana. A dziś rano młodsza córka spytała, kiedy tatuś wróci.
"Jak tylko będzie mógł - odpowiadała Margaretha z uśmiechem. - Na pewno wróci".
A może jednak jej unika? Może ma inne kobiety?
Dla Margarethy de Groot wierność była ważna. Nic więc dziwnego, że podejrzewając męża o zdrady, dopatrywała się w nim słabości charakteru i marzyła o znalezieniu pocieszenia w bardziej zacnych ramionach, wsłuchiwała się w wewnętrzny głos podszeptujący: "Gdyby był takim mężczyzną jak gubernator Stuyvesant".
- Nadeszły ciężkie czasy, Greet. - W jego głosie usłyszała smutek, choć twarz niczego nie zdradzała. - Mam wielu wrogów.
Zwierzał się jej. Poczuła dreszcz podniecenia. Najchętniej położyłaby mu dłoń na ramieniu, ale zabrakło jej śmiałości.
- Ci przeklęci Anglicy.
Skinęła głową.
Imperium handlowe Holendrów rozciągało się od Orientu po obie Ameryki, ale angielscy kupcy nie pozostawali w tyle. Czasem te dwa protestanckie narody występowały razem przeciwko wspólnym wrogom, katolickim królestwom Hiszpanii i Portugalii, jednak najczęściej rywalizowały ze sobą. Piętnaście lat temu, kiedy Oliver Cromwell i jego bogobojne wojsko pozbawili króla Karola korony wraz z głową, rywalizacja zaogniła się jeszcze bardziej. Holendrzy prowadzili lukratywny handel niewolnikami między Afryką a Karaibami. Zamiary Cromwella były jasne: "Handel niewolnikami musi należeć do Anglii".
Wielu uczciwych Holendrów uważało sprzedawanie ludzi za okrutny proceder, natomiast dobrzy purytanie z Anglii nie mieli takich obiekcji. Cromwell przejął od Hiszpanów Jamajkę, która miała służyć jako baza handlu niewolnikami. Po jego śmierci cztery lata temu na tronie zasiadł kolejny król, Karol II, jednak kierunek angielskiej polityki się nie zmienił. Do Nowego Amsterdamu dotarły już wieści, że Anglicy zaatakowali holenderskie porty u afrykańskich wybrzeży Gwinei. A po oceanach krążyły pogłoski, jakoby celem Anglików było przejęcie nie tylko handlu niewolnikami, ale także samego Nowego Amsterdamu.
Nowy Amsterdam nie był duży: fort, dwa wiatraki, kościół ze spiczastą wieżą, coś w rodzaju małego kanału, który bardziej przypominał duży rów, kilka ulic zabudowanych domami ze szczytową ścianą od frontu, a wszystko to, wraz z paroma niepozornymi sadami i ogródkami, otaczał mur biegnący z zachodu na wschód przez południowy cypel Manhattanu. Jednak to miejsce miało swoją historię. Dziesięć lat przedtem, zanim na "Mayflower" podniesiono żagle, Holenderska Kompania Zachodnioindyjska, doceniwszy wartość ogromnej naturalnej przystani, założyła tu faktorię. W ciągu pół wieku Nowy Amsterdam stał się ruchliwym portem, a ludzkie osiedla ciągnęły się wokół w promieniu dziesiątek mil. Terytorium to Holendrzy nazywali Nowymi Niderlandami.
Miało ono swój charakter. Dwa pokolenia Holendrów oraz ich protestanckich sąsiadów, francuskojęzycznych Walonów, walczyły o niepodległość pod panowaniem katolickiej Hiszpanii. I wreszcie odnieśli zwycięstwo. Jedni i drudzy osiedlali się teraz w Nowym Amsterdamie. Czterdzieści lat temu to właśnie Walon, Pierre Minuit - którego nazwisko nadal wymawiano z francuska - wytargował od miejscowych Indian prawo do założenia osady. Duch niezależności i nieustępliwości protestanckich kupców unosił się tutaj do dziś.
Jednak o wszystkim decydowało położenie. Sam fort, choć niepozorny w oczach żołnierza, górował nad południowym cyplem Manhattanu, który wcinał się w szerokie wody doskonale osłoniętego portu. Strzegł wejścia do wielkiej Rzeki Północnej.
A fortem dowodził Peter Stuyvesant.
Nieprzyjaciel był blisko. Anglicy z kolonii w Nowej Anglii - z Massachusetts, a zwłaszcza z Connecticut - i ich przebiegły gubernator Winthrop nieustannie próbowali odebrać Holendrom najdalej położone terytoria. Kiedy Stuyvesant nakazał zbudowanie mocnego muru i palisady w północnej części miasteczka, Anglikom tłumaczono chytrze, że mur ma "powstrzymać Indian". Ale nikt nie dał się zwieść. Chodziło o powstrzymanie Anglików.
Gubernator wciąż uważnie przyglądał się Margarecie.
- Nie tylko Anglicy są moimi wrogami.
Biedak! Podli mieszkańcy Nowego Amsterdamu nie zasługiwali na tak zacnego człowieka.
Społeczność miasteczka liczyła tysiąc pięćset ludzi. Sześć setek Holendrów i Walonów, trzy setki Niemców i prawie drugie tyle Anglików, którzy wybrali niderlandzkie panowanie. Reszta pochodziła z najrozmaitszych zakątków świata. Znalazło się nawet trochę Żydów. A ilu wśród nich wszystkich było ludzi prawych i uczciwych? Zdaniem Margarethy niewielu.
Sama nie należała do gorliwych chrześcijan. Holenderski Kościół Reformowany był surową odmianą kalwinizmu, a ona nie zawsze przestrzegała jego wskazań. Podziwiała jednak tych nielicznych silnych mężczyzn, którzy umieli się im podporządkować, takich jak stary kaznodzieja Bogard czy Stuyvesant. Przynajmniej stali na straży porządku.
Gdy Stuyvesant zakazał pijaństwa w mieście, gdy zabronił obchodzenia pogańskich świąt i próbował usunąć z miasteczka tych głupawych kwakrów i parszywych anabaptystów, czy któryś z kupców go wsparł? Prawie żaden. Stuyvesant nie mógł nawet ufać Kompanii Zachodnioindyjskiej, której przecież służył. Gdy pojawiła się banda sefardyjskich Żydów z Brazylii, kazał im się wynosić, ale Kompania postanowiła inaczej: "Wpuść ich. Oni umieją robić interesy".
Nikt nie mógł zaprzeczyć, że Stuyvesant jest dobrym gubernatorem. Przed nim to stanowisko zajmowali sprzedajni bufoni. Jeden z takich idiotów rozpoczął niepotrzebną wojnę z Indianami, która o mało nie doprowadziła do zniszczenia miasta. Stuyvesant rządził mądrze. Na północy trzymał Anglików z daleka, na południu szybko uporał się ze sprawiającymi problemy parweniuszami ze szwedzkiej kolonii nad rzeką Schuylkill. Wspierał handel cukrem i sprowadził większą liczbę niewolników. Każdy statek z Niderlandów przywoził jako balast najlepszą holenderską cegłę pod budowę domów w miasteczku. Ulice były czyste, powstał mały szpital, a szkoła miała nauczyciela łaciny.
Ale czy spotkała go za to jakaś wdzięczność? Żadna. Ludziom nie podobały się takie rządy. Uważali wręcz, że mogą sami stanowić o sobie. Głupcy! Czy którykolwiek z nich nadawał się do tego?
Najgorszy był ten jurysta, dwulicowy van der Donck. Junkier, wielmożny pan, jak się do niego zwracali. To on knuł za plecami gubernatora, wysyłał listy do Kompanii Zachodnioindyjskiej i składał skargi - a wszystko po to, żeby pozbyć się Stuyvesanta. W imię czego? "Junkier kocha wolność", mawiał mąż Margarethy. "Ale z was głupcy! - krzyczała w odpowiedzi. - On kocha tylko siebie. Dajcie mu palec, a odgryzie wam rękę i będzie wami rządził zamiast Stuyvesanta".
Na szczęście Junkrowi nie udało się zniszczyć gubernatora, ale położył łapy na dużej posiadłości na północy miasta. Napisał nawet książkę o historii Nowych Niderlandów, dobrą, jak zapewnił ją mąż. Dzięki Bogu parszywiec zmarł. Ale mieszkańcy Nowego Amsterdamu wciąż nazywali jego wielką posiadłość "ziemią Junkra", jakby ich ziomek wciąż był wśród żywych. A jego przykład tak skaził kupców, że zdaniem Margarethy Stuyvesant nie mógł już ufać nikomu.
Gubernator nie spuszczał z niej wzroku.
- Greet, mogę na tobie polegać?
Serce zabiło jej mocniej.
- Tak.
To prawda, był szczęśliwym małżonkiem. W każdym razie miała powody tak sądzić. On i Judith Bayard mieszkali na bouwerie, jak Holendrzy nazywali swoje farmy, zachowując pozory dobrego związku. Judith była starsza od Petera. Opiekowała się nim, gdy stracił nogę, a potem wyszła za niego za mąż. O ile wiedziała Margaretha, Stuyvesant miał wcześniej tylko jeden romans, gdy był bardzo młody, na długo przedtem, nim poznał Judith. Taki mały skandal. Co właściwie wyszło mu na dobre. Gdyby nie to, zostałby pewnie kalwińskim pastorem jak jego ojciec, a tak dołączył do Kompanii Zachodnioindyjskiej i wyruszył szukać szczęścia na dalekich morzach.
- A twój mąż? Na nim też mogę polegać?
- Mój mąż? - Ciągle go nie było. Jakby od niej stronił.
Ale to miało się zmienić. Pod jego nieobecność wszystko sobie przemyślała i zaplanowała przyszłość, dużo bardziej zadowalającą. Na szczęście holenderska tradycja dawała kobietom większą swobodę - oraz władzę - niż kobietom z innych narodów. I Bogu dzięki za intercyzy. Tak, Margaretha miała wobec Dirka van Dycka jasno sprecyzowane plany.
- O tak - potwierdziła. - Zrobi, co mu każę.
- Idę teraz do fortu - powiedział Stuyvesant. - Zechcesz mi towarzyszyć?
Londyn. Wiosenny pogodny dzień. Tamiza zatłoczona statkami. Thomas Master patrzył na stojący przed nim żaglowiec. Musiał podjąć decyzję.
W ręku trzymał list od swojego brata Eliota z wiadomością o śmierci ojca. Tom nawet nie udawał żalu, był na to zbyt uczciwy. Miał dwadzieścia dwa lata i w końcu odzyskał wolność.
Co wybrać? Anglię czy Amerykę?
Po lewej stronie majaczyła potężna szara sylwetka Tower, milcząca i strzegąca swoich tajemnic. Zerknął za siebie. Długi, wysoki dach starej katedry Świętego Pawła przywodził na myśl potępienie. Potępienie czego? Jego oczywiście. Przecież zesłano go do Londynu w niesławie.
Adam Master ze wschodniej Anglii i Abigail Eliot z zachodu poznali się w Londynie trzydzieści lat wcześniej. Jako żarliwi purytanie uznali zgodnie, że stolica stała się przerażającym miastem. Na tronie zasiadał Karol I, ożeniony z Francuzką, do tego katoliczką. Próbował wprowadzić władzę absolutną i wraz ze swoim poplecznikiem arcybiskupem Laudem usiłował wymusić na poddanych posłuszeństwo wobec butnego Kościoła anglikańskiego - który wbrew nazwie był uległy wobec papieża. Po ślubie Adam i Abigail wytrwali w Londynie kilka lat z nadzieją, że sytuacja zmieni się na lepsze. Jednak dla purytanów nastały bardzo złe czasy. Dlatego Adam i Abigail Masterowie wyemigrowali do Ameryki.
Już dwa pokolenia wcześniej Anglicy zaczęli wyjeżdżać do Wirginii. Gdy na deskach położonego nad Tamizą teatru Globe Shakespeare wystawiał swoje sztuki, połowa londyńczyków paliła już w glinianych fajkach wirginijski tytoń. Ale życie w Wirginii wybrało niewielu. Najodważniejsi wyprawiali się do Massachusetts, powstawały też inne osady. Jednak trudno było to nazwać emigracją.
W późniejszych latach panowania Karola zaszła radykalna zmiana. Purytanie zaczęli masowo opuszczać Anglię. Wyjeżdżali z południa, ze wschodu, z zachodu, całe grupy, rodziny, a nawet całe wioski wsiadały na statki płynące przez Atlantyk. Z każdego portu co tydzień wyruszał jakiś żaglowiec. Od połowy lat trzydziestych XVII wieku król Karol stracił w ten sposób co pięćdziesiątego poddanego. Szlachcice pokroju Winthropa, majętni młodzi ludzie jak John Harvard, kupcy, rzemieślnicy, pracownicy najemni, pastorzy z żonami, dziećmi i służbą - wszyscy wypływali statkami do Ameryki, byle jak najdalej od króla i jego arcybiskupa. W ciągu niecałej dekady amerykańskie kolonie zaludniła ogromna fala osadników.
Karol I nie dostrzegał w tym żadnej straty. Wręcz przeciwnie, takie rozwiązanie było dla niego korzystne. Nie dość, że emigranci przestali sprawiać mu problemy w ojczyźnie - gdzie próbował ustanowić autorytarne rządy - to jeszcze chętnie poszerzali granice jego królestwa. Wciąż byli jego poddanymi, więc zasiedlane przez nich ogromne połacie niezbadanego kontynentu amerykańskiego stawały się własnością Anglii. A wolność wyznania? No cóż, ten problem można przecież rozwiązać później.
Adam i Abigail udali się do Bostonu. Tam znaleźli pokrewną ich przekonaniom wspólnotę wiernych o surowych, bogobojnych zasadach. Nie chodziło przecież o tolerancję, lecz o ustanowienie Bożego królestwa. Ich starszy syn Eliot podążał wiernie za ich przykładem. Sumienny, roztropny, oddany wierze, wymarzony syn każdego ojca w Bostonie. Niestety, młodszy syn bardzo się od niego różnił.
Tom Master był blondynem o niebieskich oczach. Mimo lekko wystających zębów miał u kobiet powodzenie. Już jako mały chłopiec odznaczał się niezwykłą pomysłowością. A gdy wkroczył w wiek dorosły, swoim zachowaniem dowodził bystrego umysłu i niepozbawionej poczucia humory przenikliwości. Rozsadzała go energia. Ale jego postępowanie, a zwłaszcza dobór przyjaciół, pozostawiały wiele do życzenia.
Już w początkowym okresie osadnictwa do Massachusetts przybywali ludzie - żeglarze, rybacy, kupcy, farmerzy, nie mówiąc o zwykłym pospólstwie - którym bardziej zależało na zbiciu fortuny niż na zbawieniu duszy. Zbór próbował trzymać ich twardą ręką, ale wielu zeszło na złą drogę.
A młody Tom, ku rozpaczy rodziców i Eliota, zmierzał wprost do piekła! Nie chciał się kształcić. Owszem, był zdolny, ale nie przykładał się do nauki. Sięgał po alkohol. Obracał się w złym towarzystwie. Ojciec nie szczędził mu kija, ale po jakimś czasie zrozumiał, że nie jest to kwestia dyscypliny czy przekonań. Tom miał w sobie coś, czego nie dało się zmienić.
Adam Master prowadził renomowaną praktykę prawniczą. Kupił gospodarstwo. Miał własny statek. Eliot studiował prawo i chciał zostać pastorem. Tom został przyjęty do terminu u jednego z kupców i okazał się dość pojętny w interesach. Przynajmniej tyle.
Jednak potem nastąpiły dwa wydarzenia, które złamały Adamowi serce. Abigail leżała na łożu śmierci. Posłała po młodszego syna i w obecności ojca błagała go, żeby zmienił swoje życie. Ze względu na siebie i ze względu na nią, bo chciała odejść z tego świata w pokoju, prosiła go, by przysiągł, że nigdy więcej nie weźmie kropli alkoholu do ust. Miała nadzieję, że będzie to jego pierwszy krok na drodze do nawrócenia. I co od niego usłyszała? "Do diabła, mamo! Nie mogę ci tego obiecać". Powiedział to własnej matce, leżącej na łożu śmierci. Adam nigdy mu tego nie wybaczył. Nie kłócił się z Tomem, bo wiedział, że Abigail by tego nie chciała. Traktował go łagodnie. Robił to, co powinien robić ojciec. Ale wiedział, że z Toma już nic dobrego nie będzie.
Kiedy Tom, w wieku dziewiętnastu lat, wdał się w swój pierwszy romans z żoną zacnego kapitana, który akurat wypłynął w daleki rejs - kapitana statku będącego własnością Adama! - ojciec zachował milczenie ze względu na Eliota. Ale przymusił młodszego syna do natychmiastowego wyjazdu z Massachusetts. Posłał go z dość chłodnym listem polecającym do znajomego kupca w Londynie. I zakazał powrotu.
Tom został przepędzony do Starego Świata. Na Nowy nie zasługiwał.
Spodobało mu się w Londynie. Wprawdzie Cromwell i purytanie władali Anglią przez dziesięć lat, jednak wielki eksperyment rządów bez króla skończył się chaosem i wprowadzeniem stanu wojennego. Kiedy Tom przybył do Anglii, na tronie zasiadał już syn zmarłego króla, Karol II. A ten był bardzo wesołym człowiekiem. A także ugodowym i roztropnym, w odróżnieniu od swojego młodszego brata Jakuba, księcia Yorku, który uchodził za dumnego sztywniaka. Karol II nie zamierzał podzielić losu swojego ojca. Po latach spędzonych na wygnaniu pragnął zabaw i tego samego życzył poddanym. Uganiał się za kobietami, uwielbiał wyścigi konne i wyjścia do teatru. A do tego poważnie interesował się nauką.
Tom pojawił się w Londynie, gdy miasto znajdowało się na granicy dwóch światów: średniowiecza i nowoczesności. Brytyjskie dominia rozrastały się, dzięki czemu londyńscy kupcy zbijali wielkie fortuny. Szlachta i arystokracja dyktowały trendy w modzie. Kwitły rozmaite formy rozrywki. Przez pierwszy rok Tom był w Londynie szczęśliwy.
Jednak po pewnym czasie zaczął tęsknić za Ameryką. Nie za Bostonem czy swoją purytańską rodziną, ale za czymś, co trudno mu było określić. Za przestrzenią, za nieznanym lądem, za światem, który można było zbudować od nowa.
Daleko na północy odezwał się grzmot. Ale z przodu, tam gdzie wielka rzeka docierała do rozległej przystani, gładka tafla wody przypominała płynne złoto.
Poprzedniego wieczoru van Dyck próbował opisać Białej Łani znaczenie miasta, posługując się własnoręcznie narysowaną mapą. Wskazując kolejne miejsca ustnikiem fajki, tłumaczył:
- Ta linia biegnąca z góry na dół to Rzeka Północna. O kilka dni drogi w górę rzeki znajdują się wielkie jeziora i liczne szlaki wodne, które ciągną się aż do krainy lodów. Na lewo od rzeki - przesunął fajkę po kartce - leży cały kontynent Ameryki. Na prawo - wskazał wielki obszar w kształcie trójkąta wcinającego się wierzchołkiem w wody Atlantyku - są terytoria Connecticut, Massachusetts i wiele innych miast. Zza tego wielkiego oceanu przybyli moi rodacy. - Przesunął fajkę na południe. Była tam wyspa długa na sto mil i szeroka na dwadzieścia, jak gdyby zacumowana przy krawędzi trójkąta. Pomiędzy nią a stałym lądem leżała wąska, osłonięta cieśnina. - Na tym obszarze - wskazał kawałek lądu i najbliższy mu skrawek wyspy - przez wiele lat mieszkały twoje plemiona. A tu - postukał fajką w najbardziej wysunięty na południe cypel - jest Manhattan.
Manna hata. Stara indiańska nazwa. Zdaje się, że oznaczała po prostu "wyspę". Tak naprawdę był to wąski półwysep przecięty na północy stromym wąwozem, przez który wody Rzeki Północnej sączyły się do cieśniny.
Gdyby nie potężny falochron w postaci długiej wyspy, Manhattan byłby narażony na potęgę wściekłego Atlantyku. Dogodne położenie geograficzne sprawiło, że Rzeka Północna, docierając do jego krańca, wpływała do spokojnej, osłoniętej przystani, szerokiej na cztery mile i długiej na siedem - to wielkie kotwicowisko marynarze nazywali Górną Zatoką. Co więcej, za przesmykiem prowadzącym na Atlantyk znajdowały się dwie ogromne mielizny, stanowiące zewnętrzne bariery powstrzymujące napór fal. Dzięki nim powstała Dolna Zatoka, tak wielka, że mogłyby w niej zarzucić kotwicę wszystkie statki świata.
- To są wrota na północ - tłumaczył van Dyck. Ale Biała Łania nie rozumiała. I mimo że opowiedział jej o handlu futrami i szlaku przewozowym, nie pojmowała, czym są mapy kreślone przez białych ludzi.
Biali przybywali od czasów Krzysztofa Kolumba. Najpierw szukali złota i próbowali odkryć drogę na Wschód. Jeden z nich, Verrazano, który przypłynął w 1524 roku, został zapamiętany z nazwiska, inni odeszli w niepamięć. Nie wszyscy byli biali; portugalski kapitan Gómez miał czarną skórę. Pojawił się, pojmał prawie sześćdziesięciu Indian, żeby sprzedać ich jako niewolników, i zniknął za widnokręgiem. Lecz życie plemion zamieszkujących tereny wokół zatoki i Rzeki Północnej tak naprawdę odmieniło przybycie jednego człowieka.
Henry Hudson był Anglikiem, ale służył Holendrom i miał dla nich odnaleźć krótszą drogę do Chin, żeglując na wschód. Zbadawszy legendarne Przejście Północno-Wschodnie powyżej Rosji, uznał je za nieprzydatne, zignorował wszystkie rozkazy i wyruszył w drogę powrotną przez Atlantyk, szukając Przejścia Północno-Zachodniego. To właśnie Hudson dotarł do zatoki poniżej Manhattanu, a następnie przez kilka dni płynął w górę rzeki. "To nie jest droga do Chin", orzekł w końcu.
"To nie jest droga do Chin - obwieścił po powrocie mocodawcom. - Ale ciągnie się tam wspaniała kraina. Pełna bobrów".
"Bóbr - tłumaczył van Dyck swoim dzieciom - to najbardziej użyteczne zwierzę. Bobrze sadło pomaga na reumatyzm, ból zębów i bóle brzucha. A bobrze jądra, starte na proszek i rozpuszczone w wodzie, przywracają szaleńcowi zmysły. Futro bobra jest gęste i ciepłe". Ale tak naprawdę najbardziej pożądane było miękkie włosie rosnące pod futrem. Dlaczego? Bo można je było przerobić na filc.
Kapelusze. Każdy chciał mieć kapelusz z takiego filcu - szczyt mody - chociaż stać było jedynie bogaczy. Kapelusznicy, którzy wyrabiali takie nakrycia głowy, popadali czasem w szaleństwo w wyniku zatrucia rtęcią używaną do oddzielania miękkiego włosia od sztywniejszej sierści. A może - jak czasem myślał van Dyck - to wszystko było szaleństwem: ludzie ryzykowali życie i gotowi byli zabijać, zbudowali wielką kolonię, a nawet prawdziwe imperium - wszystko z powodu mody na kapelusze z bobrowego futra. Ale taki był ten świat. Północno-wschodnie wybrzeże Ameryki zostało skolonizowane z powodu handlu rybami, lecz wielki port w Nowym Amsterdamie i brzegi potężnej Rzeki Północnej zasiedlono w pogoni za bobrowym filcem.
Z wdzięczności dla nieustraszonego podróżnika van Dyck i inni handlarze futrami nazywali wielką rzekę nie Rzeką Północną, ale Rzeką Hudsona.
- Oto Nowy Amsterdam. - Van Dyck uśmiechnął się, widząc u córki dreszcz podniecenia. Południowy cypel Manhattanu wcinał się w wody ogromnego portu. Nad małymi falami unosiły się chmary ptactwa. Powietrze miało rześką słonawą nutę.
Biała Łania patrzyła na wielkie skrzydła wiatraka i potężny fort wznoszący się nad otwartym nabrzeżem. Gdy okrążyli cypel, z domami kupców w mniej więcej równych rzędach, van Dyck zaczął pokazywać jej najciekawsze miejsca.
- Widzisz ten dom przy brzegu? Zanim pojawili się biali, twoi ludzie mieli tam obóz. Zostawili po sobie tak wielkie sterty muszli po ostrygach, że nazwaliśmy to miejsce De Peral Straet, Perłową Ulicą. A tamten jasny dom należy do Stuyvesanta. Nazywamy go Białym Dworem.
Minąwszy cypel, skierowali się do szerokiego kanału biegnącego po wschodniej stronie Manhattanu. Mówili o nim Rzeka Wschodnia, choć nie był w rzeczywistości rzeką. Van Dyck wskazał przeciwległy brzeg.
- To jest Brooklyn. - Holendrzy nadali mu nazwę miasta leżącego nieopodal Amsterdamu.
- Ziemia mojego plemienia - powiedziała dziewczynka.
- Tak, kiedyś była waszą ziemią.
Kanoe płynęło ku wschodniej stronie cypla, gdzie zbudowano keję. Kilka statków stało na kotwicy na Rzece Wschodniej. Gdy van Dyck i jego załoga dobili do lądu, ludzie zaczęli im się przyglądać z ciekawością.
Skóry od razu załadowano na dwa duże wózki i przetransportowano do wielkiego magazynu Kompanii Zachodnioindyjskiej. Van Dyck szedł obok wózków, z Białą Łanią za plecami. Skinął głową kilku znajomym na powitanie. Na przystani kręciło się mnóstwo ludzi - marynarze w rozpiętych koszulach, kupcy w obszernych pantalonach, a nawet pastor w czarnych szatach i wysokim stożkowatym kapeluszu z szerokim rondem. Van Dyck natknął się na dwóch holenderskich kupców, Springsteena i Steenburgena, którzy cieszyli się w mieście sporym poważaniem, więc należało zatrzymać się i pogawędzić z nimi chwilę.
- Wasza żona rozmawiała ze Stuyvesantem koło fortu, meinheer van Dyck - powiedział Springsteen.
- Pewnie zaraz ją zobaczycie - dorzucił Steenburgen.
Van Dyck zaklął pod nosem. Wczoraj plan wydawał się całkiem dobry. Po rozładunku łodzi Indianie musieli zaczekać na popołudniowy przypływ. On w tym czasie chciał oprowadzić Białą Łanię po mieście i kupić jej trochę holenderskich ciasteczek - to miało być radosne ukoronowanie ich spędzonego wspólnie czasu. Potem Indianie zabraliby ją ze sobą w górę rzeki, a on wróciłby do żony i dzieci.
Margaretha wiedziała, że po przybiciu do przystani mąż musi załatwić liczne formalności w składzie celnym, więc nawet jeśli słyszała o jego powrocie, zapewne czeka w domu. Van Dyck raczej nie spodziewał się, że spotka ją w forcie.
No cóż, dotrzyma obietnicy złożonej córce. Ale należało uważać.
- Chodźmy, Biała Łanio - powiedział.
Wypatrywanie żony i jednoczesne oprowadzanie dziewczynki po okolicy nie było łatwe. Ale córka i tak wyglądała na uszczęśliwioną. Van Dyck był dumny ze swojego miasta. Musiał przyznać, że Stuyvesant wykonał kawał dobrej roboty. Szerokie błotniste nabrzeże zostało częściowo wybrukowane. Nawet w najbardziej ruchliwym rejonie, niedaleko rynku, na tyłach wysokich domów ze spadzistymi dachami znajdowały się duże, dobrze utrzymane ogrody. Podążając na północ, przeszli na drugą stronę niewielkiego kanału i dotarli do ratusza, Stadt Huys. Był to spory budynek z wejściem od frontu, trzema rzędami okien, podwójnym oknem w stromym, mansardowym dachu i małym tarasem u góry. Obok stało kilka innych domów wpatrzonych obojętnie, niczym holenderscy kupcy, w Rzekę Wschodnią. Przed ratuszem ustawiono podwójne dyby przeznaczone do karania przestępców. Van Dyck wytłumaczył Białej Łani, że służyły do zakuwania tych, którzy zasłużyli na publiczne upokorzenie.
- A tam - wskazał brzeg rzeki - mamy szubienicę, na której wieszamy na sznurze największych zbrodniarzy.
- My nie mamy takiego zwyczaju - zauważyła dziewczynka.
- Wiem - powiedział dobrotliwie. - Ale my tak.
Zatrzymali się na chwilę przed gospodą, w której piło kilku marynarzy, gdy nagle zza rogu wyłoniła się Margaretha van Dyck w luźnej sukni i z fajką w ręku.
Wpatrywała się w męża i towarzyszącą mu dziewczynkę. Kilka minut wcześniej żona meinheera Steenburgena powiedziała jej, że van Dyck jest w mieście. Margaretha zauważyła wtedy w jej oczach - choć może to tylko wyobraźnia spłatała jej figla - szczególny błysk, spojrzenie, którym obdarza się żonę mężczyzny widzianego z inną kobietą. Wzbudziło to jej czujność.
Czy Dirk gotów byłby narazić ją na coś takiego? Owładnął nią lodowaty lęk, ale się opanowała, uśmiechnęła nawet, jakby powrót męża nie był dla niej zaskoczeniem.
A teraz stał przed nią w towarzystwie małej Indianki. Nie, nie kochanki. Dziewczynki, która... miała zbyt jasną skórę jak na Indiankę czystej krwi.
- Wróciłeś. - Przytuliła się do niego lekko i zaraz zrobiła krok do tyłu.
- Tak. Wyładowujemy towar w składzie celnym.
Czy on jest podenerwowany? Być może.
- Podróż się udała?
- Bardzo. Kupiłem tyle skór, że musiałem zabrać drugie kanoe.
- To dobrze. - Popatrzyła na Białą Łanię. - Co to za dziewczynka?
Dirk van Dyck zerknął na małą, nie wiedząc, czy zrozumiała jego wcześniejsze słowa. Nie był pewien. Niektórzy Indianie znali niderlandzki, ale on zawsze rozmawiał z córką w jej ojczystym języku. Pomodlił się w myślach.
- Przypłynęła czółnem z Indianami - powiedział spokojnie. - Jest z Klanu Żółwia. - Wśród miejscowych ludów przynależność do rodu dziedziczyło się w linii żeńskiej. Każdy należał do rodziny swojej matki. - Mam z nimi dobre stosunki.
Margaretha z uwagą przyglądała się Białej Łani.
- Znasz jej matkę?
- Nie. - Van Dyck pokręcił głową. - Jej matka zmarła.
- Wygląda mi na mieszańca.
Domyśliła się? Poczuł ukłucie lęku, ale szybko stłumił w sobie to doznanie.
- Też mi się tak wydaje.
- A ojciec?
- Kto to wie? - Wzruszył ramionami.
Jego żona zaciągnęła się fajką.
- Wszystkie Indianki są takie same.
Dziwne, pomyślał van Dyck. Wbrew nakazom Kościoła kalwińskiego wiele Holenderek miało kochanków przed ślubem, co powszechnie tolerowano. Ale Indianki, wypędzone ze swymi plemionami z ojczystych ziem przez białego człowieka i sprzedające się w faktoriach za niewielkie sumy pieniędzy, których wartości nie pojmowały, uchodziły w oczach Margarethy za zwykłe ladacznice.
- Nie wszystkie - powiedział cicho.
- Ładne z niej dziecko. - Wydmuchnęła dym kącikiem ust. - Szkoda, że jej uroda szybko przeminie.
Naprawdę tak będzie? Uroda jego córki zblednie jeszcze za jego życia?
Zauważył, że Biała Łania patrzy nieruchomo przed siebie. Boże, czyżby wszystko zrozumiała? A może tylko domyśliła się znaczenia słów z tonu ich głosów?
Dirk van Dyck kochał swoją żonę. Może nie aż tak, jak powinien, ale na swój sposób była dobrą kobietą i dobrą matką. Podejrzewał, że żadne małżeństwo nie jest idealne, a winę za braki i niepowodzenia ponoszą obie strony. Nie zdradzał jej - wyjątkiem była matka Białej Łani.
Mimo wszystko Margaretha nie miała żadnego powodu przypuszczać, że dziewczynka jest jego córką. Żadnego poza swoim kobiecym instynktem.
- Tylko nie przyprowadzaj jej do domu - przykazała cicho.
- Oczywiście, że nie - powiedział wbrew sobie.
Domyśliła się. Był niemal pewny. Zarzuci mu niewierność po powrocie do domu? Zrobi awanturę? Być może. Ale on wtedy zaprzeczy, a ona wyjdzie na idiotkę. A może ma w sobie zbyt dużo dumy?
Żałował teraz, że swoim postępowaniem naraża ją na cierpienie.
- Odeślij ją - powiedziała Margaretha stanowczo. - Dzieci na ciebie czekają. - Odwróciła się, żeby odejść.
Nie mógł mieć do niej żalu. W pewnym sensie ją podziwiał. Zachowała godność, chroniąc swoją rodzinę. Po chwili spojrzał na Białą Łanię.
Wciąż patrzyła przed siebie, ale jej pobladła twarz była aż nadto wymowna. Nie musiała rozumieć słów. Wystarczyły ton głosów i spojrzenia. Wyparł się jej, choć tego nie chciał. Zalała go potężna fala wyrzutów sumienia. Nie może tak zostawić swojej córki!
Sprawił żonie ból, ale tego nie dało się już cofnąć. Poza tym była dorosłą, silną kobietą. A obok stało niewinne dziecko. Błyskawicznie podjął decyzję.
- Gdy Indianie odpłyną, będę musiał załatwić kilka spraw! - zawołał za Margarethą. - Muszę pojechać na bouwerie Smita. Jedna czwarta skór jest dla niego, pamiętasz. - Rzeczywiście musiał zobaczyć się z farmerem, ale nie zamierzał jechać tego dnia. - Powiedz dzieciom, że będę w domu jutro.
Odwróciła się w jego stronę.
- A kiedy planujesz znów wyjechać?
- Wyjechać? - Uśmiechnął się. - Za parę miesięcy.
Skinęła głową. Dała się udobruchać?
- W takim razie do jutra - powiedziała.
Przez dłuższą chwilę ani on, ani Biała Łania nie odezwali się ani słowem. Zapragnął otoczyć ją ramieniem, pocieszyć, ale zabrakło mu odwagi. Ruszyli ulicą w milczeniu.
- To twoja żona? - spytała w końcu dziewczynka.
- Tak.
- Jest dobrą kobietą?
- Tak, dobrą kobietą.
Przeszli kilka kroków.
- Odeślesz mnie teraz z powrotem?
- Nie. - Uśmiechnął się. - Chodź, moja córko - powiedział.
Przygotowania zabrały mu mniej niż godzinę. Posłał jednego ze swoich ludzi po konia. Kupił też trochę jedzenia i dwie derki. Wydał ostatnie polecenia Indianom, po czym wyruszyli z Białą Łanią w drogę.
Głównym gościńcem wychodzącym z Nowego Amsterdamu był szeroki trakt, który zaczynał się na rynku przed fortem i prowadził przez zachodnią część miasta do murów.
Van Dyck jechał powoli. Biała Łania szła zadowolona obok niego. Wkrótce holenderskie domy ustąpiły miejsca ogrodom i sadom. Dotarli do muru i przekroczyli bramę z kamiennym bastionem. Dalej szeroka droga biegła prosto, obok cmentarza i wiatraka, a potem skręcała w prawo. Po stronie Rzeki Wschodniej minęli małą plantację tytoniu i bagno. Wkrótce po lewej stronie pojawił się duży staw. Od tego miejsca szlak biegł na północ aż do krańca wyspy.
Wyspa Manhattan miała dziwny kształt: szeroka na jedną milę, a długa na trzynaście. Dzikie okolice składające się z moczarów, łąk i lasów usianych pagórkami i skałami stanowiły kiedyś wspaniałe tereny łowieckie Indian. I to Indianie wytyczyli dawno temu szlak, po którym teraz wędrował van Dyck.
Wcześniej wyspę zamieszkiwali Manhattanowie. Byli jednym z wielu osiadłych w tym rejonie szczepów mówiących w języku Algonkinów. Indianie Canarsee żyli po drugiej stronie Rzeki Wschodniej na Brooklynie; po przeciwnej stronie portu, na rozległym obszarze ziemi zwanym przez Holendrów wyspą Staten, mieszkali Raritanowie. Płynąc z biegiem wielkiej rzeki na północ, można było natknąć się na Hackensacków i Tappanów. Tych nazw było co najmniej dwadzieścia. Już na samym początku biali zauważyli, że tubylcy odznaczali się szczególną urodą - mężczyźni byli wysocy, a kobiety miały piękne rysy. Van Dyck poczuł dumę, patrząc na idącą obok córkę.
Ale niewielu białych chciało poznać zwyczaje Indian. Czy on też zachowywałby się tak samo, gdyby nie matka dziewczynki?
Nawet osadnictwo na Manhattanie było wynikiem pomyłki. Gdy miejscowi Indianie przyjęli z rąk Pierre'a Minuita pakunek z towarami, zrozumieli to w sposób dla nich oczywisty: biali składali zwyczajowe dary za prawo do korzystania z terenów łowieckich przez rok czy dwa. W europejskich kategoriach można by to nazwać opłatą za dzierżawę. Indianie nie uznawali ziemi za swoją własność, więc pomysł, że Minuit kupuje ją od nich na zawsze, nie przyszedł im do głowy. Ale stateczni obywatele Nowego Amsterdamu niespecjalnie by się tym przejęli, nawet gdyby zdawali sobie z tego sprawę, pomyślał cierpko van Dyck. Holendrzy podchodzili do prawa własności w sposób praktyczny: ziemia należy do tego, kto się na niej osiedlił.
Nic dziwnego, że w ciągu tych lat dochodziło do wielu utarczek. Oburzeni Indianie atakowali białych. Osiedla położone najdalej na północ zostały opuszczone. Nawet tu, na Manhattanie, dwie holenderskie wioski - Bloomingdale, położona kilka mil na zachód, i Harlem na północy - doznały poważnych zniszczeń.
Ale biały człowiek i tak zajmował coraz więcej terenów. Wielkie obszary ziemi ciągnące się w górę rzeki przekazano holenderskim właścicielom ziemskim, patroonom. Duńczyk nazwiskiem Bronck zapłacił miejscowym Indianom za wyniesienie się z jego wielkiej posiadłości na północy. Małe grupki wciąż próbowały przetrwać na jego ziemi i w najdzikszych zakątkach Manhattanu. Ale to wszystko.
Po przebyciu pięciu mil dotarli do lasu porastającego środek wyspy. Van Dyck uznał, że czas się posilić. Skręcili w wąską ścieżkę wiodącą na zachód, minęli parę kotlinek i skalnych wzniesień, aż w końcu znaleźli się na polanie porośniętej trawą i poziomkami. Van Dyck zsiadł z konia i przywiązał go do młodego drzewka. Rozłożył na ziemi derkę i dał znak Białej Łani, żeby usiadła.
- A teraz - powiedział z uśmiechem - zobacz, co ci ojciec przygotował.
Bez trudu udało mu się kupić płatki kukurydzy, rodzynki, orzeszki hikory i kilka kawałków wędzonego mięsa - taką mieszankę Indianie nazywali "pimekan". Miał też holenderską sałatkę z kapusty i chleb żytni. Oraz holenderskie przysmaki, czekoladki i ciasteczka, uwielbiane przez wszystkie dzieci. Usiedli obok siebie, ojciec i córka, i zaczęli ze smakiem jeść posiłek. Biała Łania połknęła pierwsze ciasteczko i zwróciła się do ojca z pytaniem:
- Jak myślisz, mam sobie zrobić tatuaż?
Nie odpowiedział od razu. Była taka śliczna. Jej drobne stopy były obute w mokasyny, długie ciemne włosy związała z tyłu głowy rzemieniem. Jak większość indiańskich dziewczynek w tym wieku i o tej porze roku miała na sobie jedynie sięgającą do kolan spódnicę ze skóry jelenia. Na nagiej piersi wisiał amulet; biust nie zaczął jeszcze rosnąć. Miała idealną skórę, chronioną przed słońcem i komarami cienką warstwą tłuszczu z szopa. Gdy dorośnie, zapewne zacznie się malować - odrobina czerwonej farby na policzkach i czarnej wokół oczu. Van Dyck miał nadzieję, że do tego czasu pozostanie taką samą cudowną dziewczynką. Indianki nie robiły sobie takich wielkich tatuaży jak mężczyźni, ale mimo wszystko...
- Lepiej będzie, jak z tym zaczekasz - powiedział ostrożnie. - Dopóki nie wyjdziesz za mąż. Wtedy wybierzesz sobie tatuaż, który spodoba się także mężowi.
Zamyśliła się na chwilę i skinęła głową.
- Zaczekam.
Siedziała w milczeniu, jakby się nad czymś zastanawiała.
- Zabiłeś kiedyś niedźwiedzia? - spytała w końcu.
Rytuał inicjacji. Wśród jej współplemieńców każdy chłopiec, chcąc stać się mężczyzną, musiał zabić jelenia. Miało to głęboki sens. Chłopak pokazywał w ten sposób, że będzie w stanie wyżywić rodzinę. Ale żeby wykazać się męstwem, musiał wypełnić dużo trudniejsze i niebezpieczniejsze zadanie: zabić niedźwiedzia. Mężczyzna, któremu się to udało, stawał się prawdziwym wojownikiem.
- Zabiłem - powiedział. Siedem lat wcześniej, na ziemiach Irokezów. Miejscowi Indianie przestrzegli go, że na górskim szlaku, którym zamierzał podążyć, doszło ostatnio do kilku wypadków. Ataki niedźwiedzi, choć zdarzały się rzadko, budziły grozę. Ale był na to przygotowany. Jednak miał dużo szczęścia, bo gdy zwierzę pojawiło się nagle i go zaatakowało, zabił je jednym strzałem z muszkietu. - To był czarny niedźwiedź. W górach.
- Sam go zabiłeś?
- Sam.
Nie odezwała się, ale zauważył, że jest zadowolona: jej ojciec był prawdziwym wojownikiem.
Było wczesne popołudnie. Promienie słońca przenikały przez liście drzew i padały na trawiaste skarpy porośnięte poziomkami. Van Dyck wyciągnął się na derce, czując ogarniający go spokój. Plan, który tak nagle przyszedł mu do głowy, pozwoli mu spędzić z córką cały dzień. Rano spotka się na północnym krańcu wyspy z Indianami odprowadzającymi kanoe i odda im Białą Łanię. Potem zajrzy na bouwerie Smita i jeszcze przed zmrokiem wróci do domu. Tak, to był dobry plan, mieli dużo czasu. Zamknął oczy.
Drzemał może kilka minut. Gdy się obudził, Białej Łani nie było.
Rozejrzał się dokoła. Ani śladu dziewczynki. Ogarnął go lęk. A jeśli coś jej się stało? Już miał ją zawołać, gdy kątem oka uchwycił jakiś ruch. Wśród drzew, jakieś sto metrów dalej, podniósł głowę jeleń. Van Dyck znieruchomiał instynktownie, nie wydając z siebie głosu. Zwierzę patrzyło w jego kierunku, ale go nie zauważyło i opuściło łeb.
Dostrzegł Białą Łanię. Kryła się za drzewem, na prawo od jelenia, stojąc pod wiatr. Położyła palec na ustach, nakazując mu milczenie, i wyszła ze swojej kryjówki.
Wiele razy był świadkiem tropienia jeleni, sam też to robił. Ale nigdy w ten sposób. Biała Łania, przemykając między drzewami, wydawała się lżejsza niż cień. Jej stąpające po mchu mokasyny nie wydawały najmniejszego szmeru. Gdy znalazła się blisko jelenia, przypadła do ziemi niczym kot - posuwała się coraz wolniej, zamierając co chwila, sunęła nad ziemią jak leciutki włos. Znalazła się za jeleniem, może w odległości piętnastu metrów... potem dziesięciu... pięciu. Zwierzę nadal nie poczuło jej zapachu. Van Dyck patrzył z niedowierzaniem. Dziewczynka stała za drzewem, trzy kroki od jelenia, skubiącego trawę. Czekała. Zwierzę podniosło łeb, znieruchomiało i znów zaczęło się paść. Biała Łania wystrzeliła do przodu. Przecięła powietrze jak błyskawica. Jeleń podskoczył i rzucił się do ucieczki, ale wcześniej dziewczynka zdążyła dotknąć jego grzbietu, wydając przy tym okrzyk radości.
Podbiegła ze śmiechem do ojca, który chwycił ją w ramiona. Dirk van Dyck zdał sobie sprawę, że z żadnego ze swoich dzieci nigdy nie był i nie będzie tak dumny, jak dumny był ze ślicznej indiańskiej córki.
- Dotknęłam go! - zawołała wesoło.
- Rzeczywiście. - Przytulił ją. I pomyśleć, że jest ojcem takiego cudownego dziecka! Pokręcił ze zdziwieniem głową.
Przez jakiś czas siedzieli obok siebie na derce. Van Dyck prawie się nie odzywał, ale dziewczynce to nie przeszkadzało. Pomyślał, że czas ruszyć dalej, lecz wtedy Biała Łania odwróciła się do niego.
- Opowiedz mi o mojej matce.
- No cóż - zaczął niepewnie. - Była piękna. Jesteś do niej podobna.
Wrócił myślami do ich pierwszego spotkania w obozie nad cieśniną, gdzie jej ziomkowie zbierali latem małże. Rozstawiali nad brzegiem wigwamy, a nie długie, indiańskie domy. Zebrane małże suszyli, wyskrobywali je z muszli, które potem zakopywali, a mięso wykorzystywali do gotowania zupy. Dlaczego właśnie ta młoda kobieta tak go zafascynowała? Bo była wolna? Być może. Jej mąż i dziecko zginęli. A może przyciągnął go szczególny błysk zaciekawienia w jej oczach? To też. Zatrzymał się tam na dwa dni, przegadali razem cały wieczór. Czuli do siebie pociąg, ale on miał do załatwienia pilne sprawy, więc skończyło się jedynie na rozmowie.
Wrócił po tygodniu.
Dopiero u jej boku naprawdę poznał Indian. Zrozumiał, dlaczego wielu pierwszych holenderskich osadników, nie mając swoich kobiet, żeniło się z Indiankami, a potem nie chciało ich oddalić mimo silnych nacisków ze strony pastorów. Matka Białej Łani była zwinna jak dzikie zwierzę, ale gdy on był zły albo zmęczony, stawała się łagodna jak gołębica.
- Bardzo ją kochałeś?
- Bardzo. - To była prawda.
- A potem ja się urodziłam.
Zgodnie ze zwyczajami tego ludu w klanie matki zawsze było miejsce dla dzieci takich jak ona.
- Gdybyś nie miał żony w forcie białych ludzi, ożeniłbyś się z moją matką, prawda?
- Oczywiście. - Kłamstwo. Ale niewinne.
- Zawsze do niej przyjeżdżałeś.
Tak, do tamtej strasznej wiosny trzy lata wcześniej. Kiedy pojawił się w wiosce, dowiedział się, że matka Białej Łani jest chora. "Była w szałasie potu - powiedziano mu. - Ale nic nie pomogło. Teraz są u niej szamani".
Znał ich zwyczaje. Nawet przy wysokiej gorączce Indianin szedł do maleńkiej chatki, w której za sprawą rozgrzanych do czerwoności kamieni było jak w piecu. Gdy chory był dosłownie zlany potem, wychodził, zanurzał się w chłodnej rzece, a potem sechł przy ogniu zawinięty w ciepły pled. Taka terapia często pomagała. A jeśli nie przynosiła oczekiwanych rezultatów, byli jeszcze znający się na ziołach szamani.
Gdy zbliżył się do chaty, w której leżała matka Białej Łani, wyszedł mu na spotkanie stary Indianin. "Tylko meteinu mogą jej pomóc", powiedział ze smutkiem. Meteinu mieli dużo większą moc niż zwykli szamani. Potrafili przenosić się do świata duchów i znali tajemne zaklęcia. Jeśli tylko oni mogli jej pomóc, to znaczy, że kobieta była bliska śmierci. "Na co zachorowała?" - spytał van Dyck.
"Na gorączkę. - Starzec skrzywił się niepewnie. - Na skórze ma...". Wskazał blizny po ospie i odszedł w milczeniu.
Blizny po ospie. Van Dyck poczuł na plecach zimny dreszcz. Choroby przywleczone przez białych ludzi do Ameryki, największe przekleństwo. Grypa, odra, ospa wietrzna były w Europie powszechne, ale Indianie nie mieli na nie żadnej odporności. Nieraz całe wioski padały ich ofiarą. Z tego powodu rdzenna ludność w tych okolicach zmniejszyła się niemal o połowę. Biali ludzie przywieźli na swoich statkach malarię i syfilis. Ale największy lęk budziła ospa. Poprzedniego roku ta potworna plaga wybiła niemal całe plemię na południe od Nowych Niderlandów, a potem choroba pojawiła się nawet w Nowym Amsterdamie.
Czy to rzeczywiście ospa?
Potem zrobił coś strasznego. Oczywiście miał wiele na swoje usprawiedliwienie. Musiał myśleć o sobie, o swojej żonie i dzieciach, o mieszkańcach Nowego Amsterdamu. Nawet pastor by mu powiedział: wybierz większe dobro. Tak, czuł się usprawiedliwiony. Postąpił słusznie, kiedy po krótkim wahaniu popędził do łodzi i nie zobaczywszy się nawet z Białą Łanią, popłynął w dół rzeki.
A może powinien był zaczekać, zamiast uciekać jak tchórz? Rodzina zgromadziła się przy niej, ale on ją opuścił. Mógł przynajmniej porozmawiać z dzieckiem. Do tej pory odczuwał z tego powodu ból i przeraźliwy lodowaty wstyd. Kilka razy w roku budził się w środku nocy i płakał nad swoją podłością.
Kiedy wrócił po miesiącu, znalazł Białą Łanię pod dobrą opieką dalszych krewnych. Jej matka zmarła następnego dnia po jego ucieczce - nie na ospę, lecz na odrę.
Ze wszystkich sił starał się to córce wynagrodzić. Pojawiał się w obozie co roku, gdy Indianie obchodzili święto zmarłych. Zazwyczaj nie rozmawiało się o tych, którzy odeszli, ale podczas święta należało o nich mówić i modlić się za ich dusze. Właśnie to robił przez ostatnie kilka dni, a potem zabrał Białą Łanię do Nowego Amsterdamu.
- A jaka byłam jako dziecko? - spytała dziewczynka.
- Musimy ruszać dalej - odparł. - Ale opowiem ci po drodze.
Opuścili porośniętą poziomkami polanę i znów znaleźli się na starym indiańskim szlaku. Posuwali się powoli, a van Dyck starał się przywołać jak najwięcej wspomnień z tamtych dni, gdy był z nią i z jej matką. Biała Łania wyglądała na zadowoloną. Po jakimś czasie posadził ją przed sobą na koniu, choć nie uskarżała się na zmęczenie.
Przed zmierzchem dotarli na skraj Manhattanu i rozbili obóz na niewielkim wzniesieniu powyżej indiańskich jaskiń. Owinęli się derkami i leżąc na wznak, patrzyli na bezchmurne, rozgwieżdżone niebo.
- Wiesz, gdzie jest teraz moja mama? - spytała dziewczynka.
- Tak. - Wiedział, w co wierzą Indianie. Podniósł rękę, wskazując Drogę Mleczną. - Jej dusza wędrowała gwiezdną ścieżką, aż dotarła do dwunastego nieba. Teraz jest u Stwórcy wszystkich rzeczy.
Milczała tak długo, że uznał, że zasnęła.
- Często o tobie myślę - powiedziała nagle sennym głosem.
- Ja też o tobie myślę.
- Wiesz, że jak jestem daleko, to zawsze możesz mnie usłyszeć?
- W jaki sposób?
- Kiedy wieje lekki wiatr, wsłuchuj się w jego oddech pośród sosen. Wtedy mnie usłyszysz.
- Będę słuchał.
Rano dotarli do rzeki, gdzie czekali już dwaj Indianie z dużym kanoe. Pożegnali się i Dirk van Dyck pojechał do domu.
Margaretha van Dyck zwlekała trzy tygodnie. Nastało niedzielne popołudnie. Mąż czytał w salonie dzieciom i Quashowi, małemu niewolnikowi, a ona obserwowała ich z fotela. W takich sytuacjach podobał się jej najbardziej. Ich syn Jan, trzynastoletni silny chłopiec z czupryną ciemnych włosów, uwielbiał ojca i chciał pójść w jego ślady. Dirk zabierał go czasem do składu celnego, wyjaśniał, jak są zbudowane żaglowce, opowiadał o dalekich portach i morskich wiatrach, które wyznaczały trasy podróży. Ale Jan przypominał też Margarecie jej własnego ojca. Nie był tak krnąbrny i samowolny jak Dirk, wolał spędzać czas w kantorze. Dobrze się zapowiadał.
Kilka lat wcześniej z powodu febry stracili dwoje dzieci. To był dla nich straszny cios. Los im to wynagrodził, dając Clarę. Miała teraz pięć lat, jasnowłosa i niebieskooka wyglądała jak aniołek. Była rozkosznym dzieckiem. Ojciec ją uwielbiał.
Niewolnik Quash też dobrze się sprawował. Miał tyle samo lat co Jan, więc bawili się razem jako małe dzieci. I dobrze się odnosił do Clary. Ale znał swoje miejsce.
Patrząc na męża czytającego na głos całej rodzinie, Margaretha pomyślała, że jej małżeństwo ma szansę przerodzić się w szczęśliwy związek pod warunkiem, że uda jej się dokonać małych zmian.
Kiedy więc wspólna lektura dobiegła końca, dzieci pobiegły do sąsiadów, a mąż wspomniał o czekającej go wkrótce kolejnej wyprawie w górę rzeki, skinęła spokojnie głową. A potem zastawiła swoją pułapkę.
- Chyba powinieneś w końcu dołączyć do syndykatu.
Rzucił jej szybkie spojrzenie i wzruszył ramionami.
- Nie stać mnie na to.
Zauważyła jednak, że wzbudziła jego zainteresowanie.
Dirk van Dyck odnosił duże sukcesy w handlu futrami. Ćwierć wieku wcześniej, gdy Kompania Zachodnioindyjska była monopolistą w porcie, mógłby odgrywać naprawdę znaczącą rolę. Ale od tamtego czasu gospodarka Nowego Amsterdamu rozwinęła się i stała bardziej otwarta. No i zawiązał się złoty krąg najważniejszych rodów - Beekmanów, van Rensselaerów, van Cortlandtów i kilku innych - które stworzyły syndykaty finansujące przewóz tytoniu, cukru, niewolników i innych towarów. Właśnie na tym można było zbić fortunę. O ile miało się odpowiednią sumę na wpisowe.
- Mamy więcej pieniędzy, niż myślisz - powiedziała spokojnie. My: mąż i żona. Jakby te pieniądze były ich wspólną własnością. Ale oboje wiedzieli, że to nieprawda. Pół roku wcześniej Margaretha odziedziczyła majątek po ojcu, a zgodnie z intercyzą jej mąż nie miał nad nim kontroli. Nie zamierzała też zdradzać, ile ten majątek jest wart. - Myślę, że moglibyśmy zainwestować trochę w syndykat.
- To dość ryzykowne - zaoponował.
Spodziewała się tego. Największymi inwestorami w całej kolonii były bogate wdowy i żony. Rozmawiała już ze wszystkimi.
- Owszem. Ale wierzę w twój zmysł. - Patrzyła, jak van Dyck się zastanawia. Przejrzał jej plan? Być może. Ale taką ofertę trudno odrzucić. Uśmiechnął się po chwili.
- Moja kochana żono - powiedział z czułością w głosie. - Czuję się zaszczycony twoim zaufaniem i przyrzekam, że zrobię wszystko dla dobra naszej rodziny.
"Nie próbuj rządzić swoim mężem. Przeprowadź wszystko tak, by to on podjął decyzję". Tej rady udzieliła jej najbogatsza kobieta w kolonii, która właśnie wzięła sobie trzeciego młodszego męża. Margaretha uznała, że van Dyck szybko rozsmakuje się w większych transakcjach i interesach. Oraz w bogatym życiu towarzyskim, które się z tym wiązało. Niedługo będzie tak zajęty w Nowym Amsterdamie, że zapomni o uganianiu się za Indiankami. A gdy już przywyknie do nowego życia, nie popełni żadnego błędu, bojąc się, że żona obetnie mu fundusze.
- I tak muszę wyruszyć w górę rzeki - rzucił.
- Naprawdę? - Zmarszczyła brwi.
- Nie mogę z dnia na dzień rzucić handlu futrami. W każdym razie nie teraz. Te pieniądze wciąż są nam potrzebne.
Zawahała się. To prawda, jego dochody przydawały się w gospodarstwie. Zwłaszcza że wciąż utrzymywała w tajemnicy wysokość odziedziczonej sumy. Ale rozszyfrowała jego grę. Próbował wyślizgnąć się z pułapki. Do diabła z nim.
Czyżby miał inną kobietę? A może nawet kilka? Tamto indiańskie dziecko na pewno było jego sprawką. Co oznaczało, że mógł się wpakować w niezłe tarapaty. Stuyvesant, jako żarliwy obrońca porządku moralnego, ogłosił, że wszelkie kontakty seksualne z Indianami są sprzeczne z prawem. Ale postawienie męża przed gubernatorskim sądem niczego by nie rozwiązało, nie mówiąc już o uczuciach Margarethy. Nie, zachowanie spokoju będzie najlepszym rozwiązaniem. Niech van Dyck wykręca się, ile chce, ona i tak go przechytrzy. Da mu tyle zajęć, że zaniecha długich wyjazdów.
- Masz rację - powiedziała potulnie. Niech myśli, że postawił na swoim.
Kolejne tygodnie były dla Dirka van Dycka bardzo udane. Zawarł bliższą znajomość z grupą poważnych kupców przewożących tytoń na drugą stronę Atlantyku do wytwarzających mieszanki manufaktur w starym Amsterdamie. Jego i Margarethę zapraszano do zamożnych domów, w których wcześniej nie bywali. Kupił sobie nowy kapelusz i kilka par cienkich jedwabnych pończoch. Piec w salonie został obłożony pięknymi niebiesko-białymi kaflami. A Quashowi, małemu niewolnikowi, który kręcił się po obejściu i wykonywał drobne prace, Margaretha sprawiła odpowiednie odzienie i przyuczyła go do podawania do stołu. Gdy stary pastor zaszczycił ich wizytą, wyraził szczególne uznanie dla umiejętności chłopca.
Któregoś czerwcowego dnia, po zakończeniu partii kręgli w gospodzie, jakiś młody kupiec nazwał Dirka baas, czyli pryncypałem. Baas - to holenderskie słowo oznaczało kogoś poważanego. Dirk poczuł się pewny siebie; jego żona wyglądała na uszczęśliwioną.
Dlatego późniejsza kłótnia tak bardzo go zaskoczyła.
Był lipcowy wieczór. Następnego dnia Dirk miał wyruszyć w górę rzeki. Margaretha wiedziała o tym już od jakiegoś czasu. Więc jej nagłe słowa wydały mu się bezsensowne.
- Nie powinieneś jutro wyjeżdżać - powiedziała.
- Dlaczegóż to? Wszystko przygotowane.
- Bo nie powinieneś zostawiać rodziny w takich niebezpiecznych czasach.
- Niebezpiecznych?
- Przecież wiesz. Anglicy.
- Co tam Anglicy. - Wzruszył ramionami.
Miała trochę racji. Springsteen, z którego zdaniem bardzo się liczył, objaśnił mu to kilka dni temu. "To prawda, Anglicy chcą przejąć handel futrami i niewolnikami. Na dodatek co roku w naszym porcie przeładowuje się tytoń o wartości dziesięciu tysięcy funtów, i na tym też chętnie położyliby rękę. Ale najważniejszy, przyjacielu, jest Nowy Amsterdam. Ten, kto go ma, ma i rzekę, czyli może kontrolować wszystkie tereny na północy".
Anglicy stawali się coraz bardziej napastliwi. Kontrolowali zachodni skrawek długiej wyspy, a część położoną bliżej Manhattanu zostawili Holendrom. Jednak zeszłego roku Winthrop, gubernator Connecticut, zażądał od niektórych holenderskich osadników płacenia podatków. Nie wszyscy mieli odwagę odmówić.
A niedawno pojawiły się podstawy do jeszcze większych obaw.
Król Anglii Karol II był może zabawnym hultajem, ale jego młodszy brat Jakub, książę Yorku, stanowił przeciwieństwo. Niewielu darzyło go sympatią. Uchodził za człowieka dumnego, upartego i ambitnego. Dlatego wieść o tym, że "król przekazał bratu amerykańskie kolonie, od Massachusetts aż po Maryland", wywołała wielkie poruszenie. Na tym terytorium leżały Nowe Niderlandy. Książę Yorku wysyłał do Ameryki flotę, żeby wyegzekwować swoje prawa.
Stuyvesant wziął się ostro do roboty. Wzmacniał obronę i rozmieszczał nowe posterunki. Kompania Zachodnioindyjska kazała mu bronić kolonii, choć nie dała mu ani wojska, ani pieniędzy. Waleczny gubernator gotów był utrzymać Nowy Amsterdam za wszelką cenę.
Tymczasem z Holandii przyszła też inna wiadomość. Brytyjski gubernator dał Holendrom solenne zapewnienie, że nie muszą się obawiać o swoje kolonie. Angielska flota miała płynąć tylko do Bostonu. Statki rzeczywiście tam się zatrzymały. Kryzys został zażegnany. Stuyvesant wyruszył w górę rzeki, żeby uporać się z problemami stwarzanymi przez Mohawków.
Kiedy więc Margaretha posłużyła się argumentem o angielskim zagrożeniu, van Dyck przejrzał jej grę: chciała mu dyktować, co ma robić. Nie mógł do tego dopuścić.
- A moje interesy? - spytał.
- Zaczekają.
- Wątpię. - Umilkł, czując na sobie jej baczne spojrzenie. - Tobie i dzieciom nic nie grozi - dodał.
- Ty tak uważasz.
- Bo to prawda.
- To znaczy, że nie zostaniesz z nami?
- Nawet Moskiewski Książę uważa, że jest bezpiecznie - rzucił swobodnie. Tak mieszkańcy Nowego Amsterdamu nazywali Stuyvesanta, mając mu za złe dyktatorskie zapędy.
- Nie musisz używać tego głupiego przezwiska - powiedziała ze złością.
- Dobrze. - Wzruszył ramionami. - Jak dla mnie może być Kuternoga.
Tak naprawdę większość kupców, łącznie z bogatymi przyjaciółmi jego żony, nie lubiła ani Stuyvesanta, ani Kompanii Zachodnioindyjskiej. Van Dyck podejrzewał, że niektórym jest wręcz wszystko jedno, w czyich rękach znajdzie się kolonia, byle ich interesy nie ucierpiały. Wydało mu się nieco zabawne, że przyjaciele Margarethy podzielali raczej jego poglądy, a nie jej.
- On jeden jest wart więcej niż was dziesięciu! - krzyknęła rozwścieczona.
- Mój Boże! - roześmiał się. - Gotów jestem pomyśleć, że się w nim zakochałaś.
Posunął się za daleko. Wybuch był nieunikniony.
- Tylko to ci chodzi po głowie? Nie sądź innych własną miarą. A skoro już mowa o twoich wyprawach do Indian... - Gorzka pogarda w jej głosie była aż nadto wyraźna. - Radzę ci wrócić w ciągu trzech tygodni, jeśli chcesz nadal wydawać moje pieniądze! - Wykrzyczała tę groźbę, zrywając się z miejsca. Jej oczy rzucały gniewne błyski.
- Wrócę - zaczął z lodowatym spokojem - gdy załatwię wszystkie sprawy.
Ale Margaretha była już za drzwiami.
Wyjechał nazajutrz o świcie, nawet się z nią nie pożegnawszy.
Był pogodny letni ranek. Szeroka łódź z poszyciem klinkierowym, napędzana przez czterech wioślarzy, kierowała się na północ. Jednak tego dnia van Dyck nie wypłynął na wielką Rzekę Hudsona, lecz rozpoczął wyprawę po drugiej stronie Manhattanu, na Rzece Wschodniej. Na środku pokładu leżał ogromny stos kurtek z grubej, sztywnej wełny. Taki ładunek powinien zwieść podejrzliwe spojrzenia.
Wokół panowała cisza. Powoli minęli długi, niski skrawek lądu na środku rzeki i znalazłszy się w odległości ośmiu mil od nabrzeża Nowego Amsterdamu, skręcili w prawo, ku małej przystani po wschodniej stronie, gdzie czekała na nich grupka mężczyzn z wozem pełnym beczułek. To był ich prawdziwy ładunek.
Przeniesienie go na łódź zabrało im dłuższą chwilę. Korpulentny osadnik, najwyraźniej przywódca całej grupy, zapytał, czy van Dyck chce sprawdzić jakość.
- Taka sama jak ostatnio?
- Taka sama.
- Mam do was zaufanie. - Wiele razy robili interesy.
Brandy. Indianie kupowali ją w każdej ilości, choć taki handel był zakazany prawem. "Ale przestępstwo jest mniejsze - tłumaczył dobrotliwie osadnik - bo ją rozwodniłem". Tylko trochę - Indianie nie wyczuwali różnicy - ale wystarczająco, żeby dołożyć parę groszy do zarobków van Dycka. Po załadowaniu całego towaru łódź wpłynęła w główny nurt.
W tym przedsięwzięciu była tylko jedna trudność: towar odbierało się na Rzece Wschodniej. Stąd van Dyck mógł albo wrócić do Nowego Amsterdamu, albo płynąć wzdłuż wschodniego brzegu Manhattanu i dotrzeć do Rzeki Hudsona nieco dalej na północ. A to było dość niebezpieczne.
Na końcu Rzeki Wschodniej nurt się rozwidlał. Na lewo wąski kanał okrążał północny czubek Manhattanu. Szerszy kanał po prawej stronie prowadził na wschód, ku dużej cieśninie, której gładkie wody, osłaniane przez długą wyspę, ciągnęły się przez blisko sto mil. Niebezpieczne było samo rozwidlenie. Nurt we wszystkich trzech odnogach wydawał się spokojny, ale spotykały się tu rozmaite prądy i pływy, wywołując silne wiry, których wypatrzenie utrudniały liczne małe wysepki. Nawet w najbardziej bezwietrzne dni, gdy wydawało się, że leniwy nurt ledwo porusza trzcinami, łodzie niedoświadczonych przewoźników wpadały nagle w odmęty i roztrzaskiwały się o ścianę wody, która wyłaniała się z głębin niczym rozgniewany bóg. To miejsce nazywano Wrotami Piekieł. I najlepiej było go unikać.
Z największą ostrożnością, trzymając się blisko brzegu Manhattanu, wpłynęli do wąskiego kanału po lewej stronie i pokonali go bezpiecznie mimo kilku gwałtownych uderzeń fal.
Po lewej ręce leżało niewielkie osiedle Harlem. Najbardziej wysunięta na północ część Manhattanu miała zaledwie milę szerokości, ale wznosiła się na imponującą wysokość. Z prawej strony zaczynały się ziemie Broncka. Wąski kanał ciągnął się jeszcze przez kilka mil, mijając stare indiańskie jaskinie i obozowiska, i przez kręty wąwóz dochodził do wielkiej Rzeki Północnej. Tam trzeba było pokonać kolejne niebezpieczne miejsce pełne poprzecznych prądów. Znalazłszy się na wielkiej rzece, van Dyck odetchnął z ulgą.
Dalej podróż była już łatwa. Kiedy przypływ Atlantyku wdzierał się do zatoki, łagodnie cofał nurt rzeki. Teraz przypływ działał na ich korzyść, ze wstecznym prądem mogli płynąć przez wiele mil. Wyładowane łodzie posuwały się szybko na północ przy niewielkim wysiłku wioślarzy. Po prawej stronie minęli posiadłość Junkra. Po lewej ciągnęły się wysokie nadrzeczne skały zachodniego brzegu, ustępując w końcu łagodnym wzgórzom. Wreszcie van Dyck zobaczył swój cel - indiańską wioskę na wschodnim brzegu.
- Tu zostaniemy na odpoczynek do rana - powiedział wioślarzom.
Jego przyjazd ją ucieszył, z radością więc oprowadzała go po wiosce, żeby mógł przywitać się ze wszystkimi rodzinami. Domy, zrobione z młodych drzewek, wygiętych, powiązanych i pokrytych korą, niechronione żadną palisadą, stały na ziemnej półce nad brzegiem. Największy dom, długi i wąski, zamieszkiwało pięć rodzin. Obok rosły dwa kasztanowce, a w zaroślach z tyłu krzaki dzikich winogron. Nad wodą stały ramy z nawiniętymi sieciami rybackimi. Na płyciznach w pobliżu trzcin żerowały łabędzie i kaczki krzyżówki.
Może i moja córka jest biedna, ale jej życie nie jest gorsze od mojego, pomyślał van Dyck.
Późnym popołudniem zjedli posiłek - mięsistą rybę wyłowioną z rzeki. Do zmierzchu pozostało jeszcze kilka godzin, więc Biała Łania poprosiła go, by poszedł z nią na skałę na szczycie wzgórza, skąd roztaczał się piękny widok na rzekę. Zauważył, że dziewczynka niesie jakiś mały przedmiot zawinięty w liście. Rozsiedli się wygodnie w popołudniowym słońcu i patrzyli na krążące w górze orły.
- Mam dla ciebie podarunek - powiedziała po dłuższej chwili. - Sama go zrobiłam.
- Mogę zobaczyć?
Podała mu zawiniątko. Rozplątał liście i uśmiechnął się z zachwytem.
- Wampum! - zawołał. - Piękny. - Bóg wie, ile godzin poświęciła, żeby go wykonać.
Wampum. Maleńkie muszelki z dziurkami w środku nawleczone na sznurki. Białe muszle pobrzeżek, fioletowe i czarne sercówek. Splecione sznurki służyły jako pasy, opaski na włosy i inne ozdoby.
Oraz jako środek płatniczy. Wśród Indian wampumami płaciło się za rozmaite towary, spłacało daniny i posagi. Biały oznaczał pokój i życie, czarny - wojnę i śmierć. Ale wampumy miały też skomplikowane wzory i geometryczne piktogramy, które dawało się odczytać. Wielkie, ceremonialne pasy, długie na ponad metr, uświetniały ważne uroczystości albo zawieranie traktatów. Święci mężowie nosili wampumy bogate w symbolikę o głębokim znaczeniu.
Holendrzy dość szybko zauważyli, że mogą kupować futra za wampumy, na które mówili "sewan". Ale angielscy purytanie z Massachusetts posunęli się jeszcze dalej. Zgodnie z tradycją Indianie latem wykopywali muszle z piasku, a zimą wykonywali żmudną pracę wiercenia otworów kamiennym świdrem. Wykorzystanie stalowych świdrów przyśpieszyło produkcję i Anglicy zaczęli wyrabiać własne wampumy, eliminując w ten sposób miejscowych Indian. W rezultacie wartość wampumów malała, bo ich podaż ciągle rosła. Dla holenderskich i angielskich kupców taka inflacja była czymś normalnym, ale Indianie, ceniąc piękno i rzeczywistą wartość swoich wyrobów, uważali, że biali ludzie chcą ich oszukać.
Van Dyck trzymał w dłoniach pas, który miał siedem centymetrów szerokości, ale był długi na prawie dwa metry, mógł się nim więc owinąć w pasie co najmniej dwa razy. Na tle z białych muszelek widniały drobne, geometryczne figury zaznaczone fioletowym kolorem. Dziewczynka wskazała z dumą.
- Wiesz, co to znaczy? - spytała.
- Nie - przyznał.
- Tu jest napisane - przeciągnęła palcem - ojciec Białej Łani. - Uśmiechnęła się. - Będziesz go nosił?
- Tak, zawsze - obiecał.
- To dobrze. - Patrzyła z radością, jak van Dyck zakłada pas. Potem siedzieli długo w milczeniu, obserwując słońce, które powoli czerwieniało, a wreszcie skryło się za lasem po drugiej stronie rzeki.
Rano, przy odjeździe, van Dyck obiecał córce, że w drodze powrotnej znów ją odwiedzi.
Miał tego lata przyjemną podróż. Pogoda mu sprzyjała. Na zachodnim brzegu ciągnęły się ogromne, zalesione tereny znajdujące się pod kontrolą plemion mówiących po algonkeńsku, tak jak lud jego córki. Mijał dobrze sobie znane strumienie. Lubił mówić, że podróżuje jako gość tej rzeki. Puls potężnego oceanicznego przypływu docierał na odległość stu pięćdziesięciu mil w głąb lądu, prawie do fortu Orange. Latem słona morska woda pojawiała się nawet sześćdziesiąt mil od ujścia. Dlatego van Dyck mógł płynąć, leniwie niesiony przez prąd aż do swojego celu na terytorium Mohawków.
Mohawkowie wzbudzali w wielu ludziach lęk. Indianie zamieszkujący tereny wokół Manhattanu mówili w języku Algonkinów, ale potężne plemiona, takie jak Mohawkowie, kontrolujące wielkie obszary na północy, władali irokeskim. Mohawkowie nie darzyli miłością Algonkinów. Od blisko czterdziestu lat prowadzili z nimi wojny. Najeżdżali ich wioski i wymuszali daniny. Choć otaczała ich groźna aura, Holendrzy traktowali relacje z nimi trzeźwo i pragmatycznie.
"To nawet lepiej. Jeśli szczęście dopisze, Angolkinowie będą zajęci walką z Mohawkami i nas zostawią w spokoju". Holendrzy sprzedawali Mohawkom nawet broń.
W opinii van Dycka takie postępowanie było dość ryzykowne. Północne placówki należące do Nowych Niderlandów, fort Orange i Schenectady, leżały na terytoriach Mohawków, a ci czasem sprawiali problemy. Właśnie z tego powodu Stuyvesant udał się niedawno do fortu Orange. Van Dyck nie darzył go szczególną sympatią, ale był pewien, że stary gubernator poradzi sobie z Indianami. Mohawkowie byli wojowniczy, lecz chętnie przystępowali do rokowań, bo te leżały w ich interesie.
Van Dyck nie obawiał się Indian. Mówił w języku Irokezów i znał ich obyczaje. Nie wyprawiał się zresztą aż do fortu Orange, lecz do małej faktorii leżącej nad mniejszą rzeką o godzinę drogi na południe. Wiele razy się przekonał, że kupców zawsze witano mile, bez względu na toczące się wokół wydarzenia. Dotrze więc do dzikich terenów, sprzeda Mohawkom oszukaną brandy i wróci z dużym ładunkiem futer.
"Cała nadzieja w handlu - mawiał. - Królestwa będą upadać, ale handel zawsze przetrwa".
Żałował nieco, że musi prowadzić interesy z Mohawkami. Dużo bardziej lubił Algonkinów. Ale co mógł na to poradzić? Zachłanność białego człowieka na futra i gorliwe dostarczanie ich przez Indian doprowadziły do tego, że w dolnym biegu Rzeki Hudsona zostało już niewiele bobrów i Algonkinowie nie mieli czego sprzedawać. Nawet Mohawkowie, chcąc zaspokoić niekończące się potrzeby białych, zapuszczali się coraz dalej na północ, na terytoria Huronów. I to oni dostarczali towar. Więc van Dyck z nimi głównie handlował.
Podróż zajęła mu dziesięć dni i przebiegała bez żadnych incydentów. Faktoria Mohawków, w odróżnieniu od większości wiosek Angolkinów, była otoczona solidną palisadą. Tutejsi Indianie byli twardzi i nieustępliwi, lecz przyjęli jego brandy.
- Chociaż byłoby lepiej, gdybyś przywiózł też strzelby - stwierdzili.
Wracał z największym ładunkiem skór, jaki kiedykolwiek udało mu się kupić. Ale mimo to wcale nie śpieszył się z powrotem na Manhattan. Zamierzał zatrzymywać się po drodze, dzień tu, dzień tam.
Chciał, żeby Margaretha na niego czekała.
Niezbyt długo. Obliczył to sobie starannie. Wyznaczyła mu termin, więc nie mógł go dotrzymać. Naturalnie powie jej, że interesy zatrzymały go dłużej, niż się spodziewał. Ona będzie podejrzewać kłamstwo, ale nic nie zrobi. Zostawić ją w niepewności, tak, to było najlepsze wyjście. Kochał swoją żonę, ale musiał jej pokazać, że nie pozwoli sobą rządzić. Tydzień powinien wystarczyć. Dlatego powiedział wioślarzom, że w drodze powrotnej na południe nie muszą się szczególnie wysilać. Dirk van Dyck spokojnie liczył mijające dni.
Martwiła go tylko jedna rzecz - to, czego nie dopełnił. Niby drobiazg, ale ciągle o tym myślał.
Nie miał podarunku dla córki.
Ten wampum, który mu dała. Naturalnie miał swoją cenę. Ale jednocześnie był bezcenny. Córka zrobiła go dla niego, własnymi rękami nawlekała koraliki, splatała je całymi godzinami, tworząc z nich proste przesłanie miłości.
Jak miał się jej odwdzięczyć? Co dać w zamian? Dłoniom brakowało zręczności. Nie umiał rzeźbić, obrabiać drewna, tkać. Nigdy nie nauczyłem się tych pradawnych umiejętności, pomyślał. Potrafię jedynie kupować i sprzedawać. Jak mam okazać jej miłość, jeśli nie kosztownymi darami?
O mało nie kupił kurtki uszytej przez Mohawków. Ale zapewne by się jej nie spodobała. Poza tym chciał jej dać coś, co pochodziłoby od jego ludu, w końcu krew Holendrów też płynęła w jej żyłach. Gryzło go to nieustannie, ale żaden pomysł nie przychodził mu do głowy i problem pozostał nierozwiązany.
Wpłynęli na terytorium Algonkinów. Nakazał swoim ludziom przybić do zachodniego brzegu, do wioski, w której wcześniej robił interesy. Chętnie podtrzymywał te kontakty, poza tym mógł w ten sposób opóźnić powrót do domu.
Powitano go przyjaźnie. Mieszkańcy byli zajęci przy zbiorach. Jak większość miejscowych plemion, siali w marcu kukurydzę, a w maju czerwoną fasolę, dla której doskonałą podporę stanowiły kukurydziane łodygi. Teraz zbierano jedno i drugie. Van Dyck i jego ludzie zatrzymali się w wiosce na dwa dni, pomagali przy żniwach. Praca była ciężka, w upale, mimo to sprawiała mu przyjemność. Algonkinowie nie handlowali już skórami, ale mieli na sprzedaż kukurydzę, więc van Dyck obiecał, że wróci za miesiąc i przewiezie ich ładunek w dół rzeki.
Zbiory przebiegły sprawnie. Trzeciego dnia wszyscy zasiedli do wieczornego posiłku, a kobiety zaczęły wnosić jedzenie, gdy nagle na rzece pojawiła się mała łódka. Wiosłował jeden człowiek.
Van Dyck z uwagą obserwował zbliżającą się łódź. Gdy przybiła do brzegu, wyskoczył z niej młody mężczyzna i wciągnął ją na ląd. Mężczyzna był jasnym blondynem, najwyżej dwudziestoparoletnim, z lekko wystającymi zębami. Miał przystojną, ale nieco zawziętą twarz. Pomimo ciepłej pogody ubrany był w buty do konnej jazdy i opryskany błotem czarny płaszcz. Niebieskie oczy patrzyły czujnie. Wyjął z łódki skórzaną torbę i zarzucił ją sobie na ramię.
Indianie przyglądali mu się podejrzliwie. Jeden zwrócił się do niego z pytaniem, ale mężczyzna najwyraźniej nie mówił w języku Algonkinów. Gestami wyjaśnił, że prosi o jedzenie i schronienie. Algonkinowie nie odmawiali takim prośbom. Van Dyck wskazał miejsce obok siebie.
Po kilku chwilach okazało się, że przybysz nie mówi też po niderlandzku. Był Anglikiem. Na szczęście van Dyck całkiem dobrze znał angielski. Jednak jasnowłosy mężczyzna w ciemnym płaszczu uważnie dobierał słowa, jakby nie chciał powiedzieć za wiele.
- Skąd jesteś? - spytał van Dyck.
- Z Bostonu.
- A czym się zajmujesz?
- Handlem.
- Co cię tu sprowadza?
- Byłem w Connecticut. Okradli mnie. Straciłem konia. Pomyślałem, że udam się w dół rzeki. - Wziął podaną mu miskę z kukurydzą i zaczął jeść, unikając dalszych pytań.
Van Dyck znał dwa rodzaje bostończyków. Pierwszym byli ludzie bogobojni, surowi purytanie, których zbory żyły zgodnie z zaleceniami Pana Boga. Zalecenia te były jednak dość surowe. Jeśli Stuyvesant uchodził za nietolerancyjnego wobec obcych, takich jak kwakrzy, bo gdy tylko mógł, wyrzucał ich z miasta, jego postępowanie i tak wydawało się łagodne w porównaniu z tym, co działo się w Massachusetts. Wieść niosła, że kwakrów chłostano tam niemal na śmierć. Młodzieniec nie wyglądał jednak na pobożnego człowieka. Drugą grupę stanowili ci, którzy przybywali do Nowej Anglii, by dorobić się fortuny na handlu i łowieniu ryb. Twardzi, zahartowani mężczyźni. Być może nieznajomy młodzieniec był jednym z takich.
Jego opowieść nie brzmiała wiarygodnie. Zbieg, który ucieka na zachód, żeby zgubić pogoń? Łódź była zapewne kradziona. Van Dyck postanowił nie spuszczać z mężczyzny oka.
Tom Master miał za sobą ciężkie chwile. Podczas rejsu do Bostonu jego statek napotkał liczne sztormy. Kiedy po zawinięciu do portu udał się do rodzinnego domu, obecnie zajmowanego przez brata, Eliot przeraził się na jego widok, a potem nie odzywał się przez wiele godzin, co dla Toma było nawet gorsze niż morskie burze. Brat wprawdzie nie wyrzucił go na ulicę, ale na swój milczący sposób dał mu jasno do zrozumienia, że wolę ojca należy szanować nawet po jego śmierci. A Tom złamał wszelkie zasady przyzwoitości, próbując powrócić na łono rodziny.
Początkowo był dotknięty, potem zły. Trzeciego dnia postanowił potraktować całą sprawę jak żart; śmiał się wręcz za plecami brata.
Jednak znalezienie zajęcia w Bostonie nie było już takie zabawne. Nie wiadomo, czy to z powodu swojej kiepskiej reputacji, czy dlatego, że Eliot zdążył ostrzec przed nim całe miasto, Tom nie usłyszał dobrego słowa od żadnego ze znajomych kupców. Wszystko wskazywało na to, że życie w Bostonie nie będzie łatwe.
Zastanawiał się też, czy ojciec zapisał mu coś w testamencie. Zapytał o to wprost, a Eliot odpowiedział: "Tak, ale pod pewnymi warunkami, których nie spełniasz". Zrozumiał, że jest na przegranej pozycji.
Co powinien zrobić? Wrócić do Londynu? Eliot na pewno zapłaciłby za tę podróż, bo w ten sposób pozbyłby się go z Bostonu na zawsze. Ale Tom wściekał się na samą myśl, że własny brat miałby go wypędzić z miasta.
Poza tym w Ameryce zatrzymywały go też inne powody.
Do Bostonu zawinęła flota księcia Yorku. Jej dowódca ostentacyjnie wypełniał przypisane mu obowiązki reprezentacyjne. Jednak Tom żywił pewne podejrzenia, a rozmowa z jednym z młodych oficerów tylko je potwierdziła. Flota miała wkrótce wyruszyć do Nowego Amsterdamu. "Jeśli królowi uda się przejąć Nowe Niderlandy, mój pan stanie się władcą tutejszego imperium - mówił oficer. - Mamy wystarczająco dużo dział i prochu, żeby obrócić Nowy Amsterdam w perzynę". Zapewnienia składane Holendrom przez króla Anglii były jedynie ulubioną taktyką monarchów: bezwstydnym kłamstwem.
Gdyby słowa młodego oficera okazały się prawdą, przed młodymi Anglikami z amerykańskich kolonii otwarłyby się nowe możliwości. Głupotą byłoby wracać do Anglii. Tom potrzebował jedynie dobrego planu.
Pomysł przyszedł mu do głowy następnego dnia. Jak większość jego pomysłów był bezczelny, ale nie pozbawiony poczucia humoru. Już wcześniej Tom spotkał w karczmie młodą kobietę o dość marnej reputacji, którą pamiętał z dawnych czasów, i wdał się z nią w krótką pogawędkę. Nazajutrz wrócił, by porozmawiać z nią jeszcze raz. Gdy powiedział jej, czego od niej chce, i wymienił sumę, którą gotów był zapłacić, zgodziła się ze śmiechem.
Wieczorem odbył rozmowę z bratem.
Zaczął od przeprosin. A potem wyraził skruchę z powodu swoich dawnych występków. Reakcją było milczenie. Zaraz więc wyjaśnił, że chce się ustatkować, żyć nader skromnie, za to cnotliwie.
- Ale mam nadzieję, że nie tutaj - powiedział na to Eliot.
Tom przyznał, że właśnie Boston obrał za swoje miasto. A na dodatek znalazł sobie żonę. Słysząc to, Eliot spojrzał na niego w osłupieniu.
Tom tłumaczył, że zna tę kobietę od dawna; ona też wiodła życie dalekie od doskonałości, ale teraz żałuje za swoje grzechy. Dlatego postanowił ją ocalić, widząc w tym wyraz prawdziwej chrześcijańskiej pokory i przebaczenia.
- Co to za kobieta? - spytał Eliot chłodno.
Tom podał mu imię dziewczyny i nazwę oberży, w której pracowała.
- Miałem nadzieję - powiedział - że zechcesz nam pomóc.
W południe następnego dnia Eliot wiedział już wszystko. Dziewczyna była zwykłą ladacznicą. Owszem, powiedziała, chętnie wyjdzie za mąż za Toma, da się ocalić i będzie wiodła w Bostonie życie skromne i pokorne. Bo nie ma nic gorszego niż jej obecny upadek. Eliot natychmiast zorientował się, że to oszustwo, w dodatku nie zobaczył w nim niczego śmiesznego. To jednak nie miało większego znaczenia. Tom najwyraźniej zamierzał sprawiać mu kłopoty i wystawiać na pośmiewisko. Albo też, jak przypuszczał Eliot, gotów był wyjechać - za określoną cenę. Tego wieczoru odbyli kolejną rozmowę.
Przebiegała w grobowym nastroju, w którym Eliot najwyraźniej się lubował. Siedzieli w małym kwadratowym pokoju służącym za kantor. Na oddzielającym ich biurku stał kałamarz, obok leżała Biblia, jakaś księga prawnicza, gilotyna do papieru i sosnowe pudełeczko ze świeżo wybitym srebrnym dolarem.
Eliot złożył ofertę w postaci spadku, który Adam Master zapisał młodszemu synowi - pod warunkiem że ten dowiedzie swoim zachowaniem powrotu na drogę cnoty.
- Dając ci te pieniądze, okazuję ojcu nieposłuszeństwo - oznajmił Eliot szczerze.
- Błogosławieni są ludzie miłosiernego serca - powiedział Tom uroczyście.
- Odmawiasz powrotu do Anglii?
- Odmawiam.
- W takim razie na podstawie tego pisma wypłacisz pieniądze u pewnego kupca w Hartford w Connecticut. Oni tam są bardziej tolerancyjni wobec ludzi takich jak ty - stwierdził Eliot cierpko. - Ale jest jeden warunek: nie wolno ci nigdy wrócić do Massachusetts. Nawet na jeden dzień.
- Ewangelia głosi, że nawet syn marnotrawny został w domu serdecznie przyjęty - zauważył Tom łagodnie.
- On wrócił do domu raz. Nie dwa.
- Będę potrzebował pieniędzy na podróż. List zapewnia mi fundusze dopiero po przybyciu do Hartford.
- To wystarczy? - Eliot podał mu parę wampumów i sakiewkę z kilkoma szylingami.
Tom uznał, że po opłaceniu dziewczyny z karczmy reszta wystarczy na drogę.
- Dziękuję.
- Lękam się o twoją duszę.
- Wiem.
- Przysięgnij mi, że więcej tu nie wrócisz.
- Przysięgam.
- Będę się za ciebie modlił - powiedział Eliot, nie mając większego przekonania, że to przyniesie jakiś skutek.
Tom wyjechał nazajutrz o świcie. Wcześniej wślizgnął się do kantorka brata i ukradł pudełeczko ze srebrnym dolarem. Żeby zrobić Eliotowi na złość.
Jechał nieśpiesznie przez Massachusetts na zachód, zatrzymując się po drodze w kolejnych gospodarstwach. Dotarł do rzeki Connecticut, a tam powinien był skręcić na południe, żeby znaleźć się w Hartford. Ale złościło go, że musi słuchać poleceń brata, więc bez żadnego szczególnego powodu przez kilka następnych dni podążał dalej na zachód. Sądził, że pieniądze, które trzymał w małym chlebaku, wystarczą na jakiś czas. Wiele razy słyszał, że wielka Rzeka Północna jest piękna. Postanowił więc, że dopiero nad jej brzegiem zawróci i skieruje się do Hartford.
Opuściwszy Connecticut, wjechał na terytorium holenderskie. Nigdzie żywej duszy. Wypatrując Indian, posuwał się ostrożnie dalej przez kolejne dwa dni. Drugiego dnia po południu teren zaczął opadać i wkrótce Tom zobaczył rzekę. Na szerokim wypłaszczeniu powyżej brzegu stały zabudowania gospodarstwa. Były niepozorne: niewielka chata z szerokim gankiem, po jednej stronie stodoła, a po drugiej stajnia i niska przybudówka. Łąka dochodziła do samej rzeki, a tam znajdował się drewniany pomost z zacumowaną łódką.
Na spotkanie wyszedł mu chudy mężczyzna ze skwaszoną miną, może sześćdziesięcioletni, niemówiący ani słowa po angielsku. Gdy Tom wyjaśnił, że szuka noclegu, mężczyzna niechętnie pokazał mu, że zjeść może w chacie, ale spać musi w stajni.
Tom przywiązał konia i wszedł do domu. Zastał tam już gospodarza, dwóch mężczyzn, których wziął za robotników na indenturze, oraz Murzyna, zapewne niewolnika. Wszyscy czekali na kolację. Gospodyni, niska, jasnowłosa kobieta, znacznie młodsza od osadnika, kazała im usiąść, wskazując Tomowi jego miejsce. Nie zauważył żadnych dzieci. Słyszał już wcześniej, że holenderscy rolnicy jadają ze swoimi niewolnikami. Najwidoczniej w tej rodzinie też wszyscy zasiadali przy jednym stole.
Kobieta była znakomitą kucharką. Duszone mięso, popijane piwem, miało doskonały smak. Potem podano wielki placek z owocami. Nie rozmawiano dużo przy posiłku, ale Tom i tak nie znał niderlandzkiego.
Kobieta budziła jego ciekawość. Wyszła za mąż za starszego od siebie wdowca? Była jego córką? A może odgrywała tu tylko rolę gospodyni? Mimo drobnej figury miała obfite piersi i rozsiewała wokół siebie zmysłową aurę. Mężczyźni traktowali ją z szacunkiem. Siwy gospodarz zwracał się do niej po imieniu - Annetie - ale wyczuwało się między nimi wyraźne napięcie. On ignorował ją w rozmowie, zwracając się jedynie do robotników, a kiedy ona podawała mu miskę z mięsem, odsunął się nieznacznie, co Tom od razu zauważył. Przysłuchiwała się rozmowie w milczeniu, ale na jej twarzy pojawiał się wyraz tłumionej irytacji. Raz lub dwa razy, gdy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnęła się lekko do Toma.
Po skończonym posiłku robotnicy i niewolnik udali się do przybudówki na spoczynek, a Tom poszedł do stodoły. W zapadającym zmroku znalazł kilka snopków słomy i rozłożył na nich płaszcz. Już miał się położyć, gdy zauważył zbliżającą się postać z lampą.
Była to Annetie. Przyniosła mu dzbanek z wodą i kilka ciastek zawiniętych w serwetkę. Podając mu je, dotknęła jego ramienia.
Spojrzał na nią zaskoczony. Umiał rozpoznać kobiece zaloty. Obserwował ją uważnie w świetle lampy. Ile mogła mieć lat? Trzydzieści pięć? Była całkiem ładna. Z uśmiechem spojrzał jej w oczy. Uścisnęła mu lekko ramię i odwróciła się. Odprowadził ją spojrzeniem, gdy szła przez podwórze do domu. Zjadł ciastka, wypił trochę wody i się położył. Noc była ciepła. Wrota do stodoły zostawił otwarte. Dzięki temu widział światło sączące się przez okiennice w chacie. Po jakimś czasie światło zgasło.
Ze snu wybudził go jakiś dźwięk. Był głośny, dochodził z chaty. Chrapanie właściciela farmy. Z pewnością docierało aż na drugi brzeg rzeki. Tom zasłonił sobie uszy, próbując ponownie zasnąć, ale nagle zauważył, że ma towarzystwo. Ktoś zamknął drzwi do stodoły. Obok niego leżała Annetie. Miała ciepłe ciało. Z chaty wciąż dobiegało chrapanie.
Obudził się tuż przed świtem. Przed drzwiami stodoły zauważył nikły blask. Annetie spała obok. Chrapanie ucichło. Czyżby gospodarz już wstał? Trącił łokciem Annetie. Kiedy przekręcała się na drugi bok, zaskrzypiały wrota. Zalało ich chłodne światło.
W drzwiach stał stary rolnik. W rękach trzymał skałkówkę. Celował w Toma.
Annetie popatrzyła na niego zaskoczona. Ale mężczyzna skierował całą uwagę na Toma. Gestem nakazał mu wstać. Tom usłuchał, wciągając na siebie ubranie i zgarniając płaszcz i chlebak. Kolejnym gestem gospodarz kazał mu wyjść na zewnątrz. Zamierzał go zastrzelić? Gdy znaleźli się na podwórzu, wskazał tylko ścieżkę prowadzącą na szczyt wzniesienia. Przekaz był jasny: wynoś się.
Tom wskazał stajnię, gdzie przywiązał swojego konia. Rolnik odciągnął kurek strzelby. Tom zrobił kolejny krok. Mężczyzna wycelował w niego. Ten stary Holender naprawdę chce go zabić? Byli na odludziu. Nikt nie zauważyłby jego zniknięcia. Tom niechętnie ruszył ścieżką w stronę lasu.
Zatrzymał się, gdy tylko zniknął z pola widzenia. Odczekał jakiś czas i zaczął skradać się z powrotem w kierunku zabudowań. W gospodarstwie panowała cisza. Żadnego ruchu. Tom okrążył chatę, chcąc wślizgnąć się do stajni.
Aż podskoczył, słysząc głośny huk. Kula minęła jego głowę i wbiła się w stajenne wrota. Odwrócił się. Gospodarz stał na ganku i właśnie ładował strzelbę.
Tom rozejrzał się, szukając drogi ucieczki. Rzucił się biegiem w kierunku rzeki. Udało mu się wpaść na pomost, w okamgnieniu odcumował łódkę. Dzięki Bogu w środku było wiosło. Ledwo wskoczył do łodzi, rozległ się drugi strzał. Rozbryzg na wodzie wskazywał, że gospodarz chybił zaledwie o kilkadziesiąt centymetrów. Tom chwycił wiosło, odepchnął się od pomostu i zaczął jak szalony płynąć w dół rzeki. Dopiero gdy pokonał ćwierć mili, odważył się zatrzymać i spojrzeć za siebie. Płynął dalej z prądem, a za zakrętem przybił do brzegu, żeby odpocząć.
Przyszło mu wtedy do głowy, że wciąż nie wie, czy Annetie była córką starego rolnika, jego żoną, czy może łączyła ich inna relacja. Jedno było pewne: mężczyzna miał jego konia. A koń był znacznie więcej wart niż mała łódka.
Ta myśl bardzo Tomowi doskwierała.
Van Dyck pozwolił Tomowi zjeść w milczeniu. A potem zapytał młodzieńca, czy widział w Bostonie angielską flotę. Tom z wahaniem przyznał, że tak, widział okręty.
- A po co Anglicy się tam zjawili? - dociekał van Dyck.
Młody człowiek znów się zawahał i wzruszył ramionami.
- Gdy wyjeżdżałem, mieli jakieś sprawy w Bostonie. - Ugryzł kawałek placka kukurydzianego i przez kilka chwil przeżuwał w milczeniu, patrząc w ziemię.
Van Dyck podejrzewał, że Tom wie więcej, niż mówi. Indianie zapytali go, czy nieznajomy jest dobrym człowiekiem.
- Nie wiem - odpowiedział w języku Algonkinów. - Lepiej mieć na niego oko.
Indianie zaprosili go ponownie do wioski pod koniec lata na polowanie. Już wcześniej wyruszał z nimi na łowy. Wielkie polowania sprawiały mu przyjemność, ale były okrutne. Po wytropieniu jeleni gromada ludzi - im więcej, tym lepiej - szła wielkim łukiem przez las, uderzeniami w pnie drzew płosząc zwierzęta i zaganiając nad rzekę. W wodzie jelenie musiały zwolnić i łatwo było je ustrzelić. Stada zapewniały Algonkinom dobre życie. Van Dyck obiecał, że się zjawi. Przez jakiś czas rozmawiali jeszcze, śmiejąc się.
Było jasne, że zażyłość między van Dyckiem i Indianami zaintrygowała młodego Anglika. Zapytał, czy wszyscy Holendrzy utrzymują z miejscowymi tak bliskie stosunki.
- A wy, Anglicy, nie chcecie poznawać zwyczajów Indian? - zdziwił się van Dyck.
Młodzieniec pokręcił głową.
- Bostończycy robią wszystko, żeby się Indian pozbyć. Co nie jest trudne. Mają na to swój sposób.
- Jaki?
- Wampumy. - Młody mężczyzna uśmiechnął się kwaśno. - Bostończycy każą Indianom płacić daniny w tej walucie. A wysokość opłat zależy od liczby mężczyzn, kobiet i dzieci. Tylko że Indianie nie są w stanie tak szybko zrobić wampumów, więc zamiast tego dają nam ziemię. Z każdym rokiem jest ich u nas coraz mniej.
- A jeśli mimo wszystko uda im się zapłacić?
- Wtedy nasi sędziowie pokoju wymierzają im kary za różne przestępstwa.
- Jakie przestępstwa?
- To zależy. - Tom wzruszył ramionami. - W Massachusetts zawsze można coś wymyślić. Któregoś dnia Indianie po prostu znikną.
- Rozumiem. - Van Dyck spojrzał na młodego Anglika z niechęcią. Wręcz miał ochotę go uderzyć. Ale nagle przyszło mu do głowy, że Holendrzy wcale nie są lepsi. Liczba Algonkinów w Nowych Niderlandach malała z każdym rokiem. Ich tereny łowieckie na Manhattanie niemal przestały istnieć. Indianie byli wypierani ze swoich ziem, leżących na terenie posiadłości Broncka i Junkra. To samo działo się na Długiej Wyspie. Przyjdzie taki dzień, że Algonkinowie zostaną wyparci nawet z tych terenów w górze rzeki, gdzie Holendrzy mieli dziś tylko kilka placówek. Do tego dochodziły spustoszenia w wyniku przyniesionych z Europy chorób - odry, ospy i innych. Niestety, pomyślał van Dyck ze smutkiem, nieważne, skąd jesteśmy, biały człowiek prędzej czy później doprowadzi do zagłady Indian.
Te rozmyślania ostudziły nieco jego emocje, ale i tak postanowił przywołać młodzieńca do porządku. Gdy Tom stwierdził, że wampumy są dobre dla Indian, natomiast w Bostonie wszystkie rozliczenia prowadzone są w funtach, van Dyck natychmiast wykorzystał tę sposobność.
- Anglicy tylko o funtach gadają, ale w ręku nie mają nic. A Indianie mają przynajmniej swoje wampumy. Coś mi się wydaje - dorzucił oschle - że pod tym względem wciąż was wyprzedzają.
Nie mijał się z prawdą. W Anglii w obiegu były pensy, szylingi i złote floreny, monety o wyższej wartości zdarzały się rzadko. W koloniach obowiązywały wręcz prymitywne zasady. Na przykład w Wirginii walutą był tytoń i najczęściej prowadzono handel wymienny. W Nowej Anglii kupcy rozliczali się między sobą w funtach i wystawiali własne banknoty, ale angielskie monety, zarówno złote, jak i srebrne, były praktycznie niedostępne.
Młody Anglik wcale się nie przejął, tylko wybuchnął śmiechem.
- Nie da się zaprzeczyć. Oto jedyny pieniądz, któremu ufam. - Z kieszeni płaszcza wyjął małe płaskie pudełko, popukał w nie lekko i podał je van Dyckowi. Sosnowa szkatułka mieściła się w dłoni. Holender otworzył wieczko. Na wyściółce z kawałka tkaniny leżała moneta, w której odbijało się gasnące światło dnia.
Był to srebrny dolar, który Tom ukradł bratu.
Holendrzy używali nazwy "daalder", co brzmiało trochę jak niemieckie "talar". Kupcy posługiwali się tą walutą od prawie stu pięćdziesięciu lat, a większość monet krążących w Nowym Świecie bili właśnie Holendrzy. W obiegu były trzy rodzaje. Dukaton z koniem i jeźdźcem, znany jako dukat, miał wartość sześciu angielskich szylingów. Był też rijksdaalder, zwany przez Anglików "rix dolarem", o wartości pięciu szylingów albo - gdy docierało się na południe - ośmiu hiszpańskich reali. Jednak najbardziej powszechny był dolar z lwem.
Miał nieco mniejszą wartość niż pozostałe, ale był najładniejszy. Na awersie widniał rycerz z tarczą, na której lew czaił się do skoku. Monety miały pewną wadę: nie zawsze były dobrze wybite. Ale nie zwracano na to uwagi. Piękny holenderski dolar z lwem krążył od Nowej Anglii po Hiszpański Ląd nad Zatoką Meksykańską i Morzem Karaibskim.
- Holenderski pieniądz - powiedział Tom z uśmiechem.
Van Dyck wyjął monetę z pudełka i uważnie ją obejrzał.
Zazwyczaj dolary z lwem były wytarte, ale ten nie miał nawet najmniejszej rysy. Był nowiuteńki. Doskonale odbijał światło. Nagle van Dyckowi przyszła do głowy pewna myśl.
Wstał i podszedł do siedzących niedaleko dwóch dziewczynek, mniej więcej w wieku Białej Łani. Pokazał im monetę, pozwolił im wziąć ją do ręki. Obracały w palcach błyszczący krążek, podziwiając wybity na nim wizerunek i patrząc, jak odbija promienie słońca, a na ich twarzach malował się zachwyt. Dlaczego złote i srebrne przedmioty tak fascynują człowieka?, zastanawiał się van Dyck w myślach.
- Jest piękny - powiedziały dziewczynki.
Wrócił na swoje miejsce.
- Chcę go kupić - powiedział do młodego bostończyka.
- Musisz mi dać... - Tom zastanawiał się przez chwilę. - Dukata i bobrową skórkę.
- Co? To rozbój!
- Dorzucę jeszcze pudełko - powiedział Tom wesoło.
- Niezły z ciebie szubrawiec - stwierdził van Dyck z rozbawieniem. - Dobra, biorę. - Nie zamierzał się dłużej targować. Właśnie rozwiązał swój problem. Chętnie poświęcił bobrowe futro. Nareszcie miał prezent dla córki.
Tę noc przespał w łodzi, żeby mieć pewność, że Tom niczego nie ukradnie. Leżał na stosie futer, czując sosnowe pudełeczko w sakiewce przy pasku. Wsłuchiwał się w szum wiatru w gałęziach drzew i wyobrażał sobie, że słyszy głos córki. Uśmiechnął się z zadowoleniem.
Rano van Dyck pożegnał się z młodym Anglikiem. Pod wieczór powinien dotrzeć do wioski Białej Łani. Pozostanie tam do jutra, a następnie wyruszy do Manhattanu.
Było ciepło. Miał na sobie rozpiętą koszulę. Zamiast skórzanego pasa, który zawsze nosił, założył wampum, dar od córki. Zwisała z niego mała sakiewka ze srebrnym dolarem.
Rzeka była niemal pusta. Na płyciznach z rzadka widywali indiańskie czółna, ale cały wielki szlak wodny mieli tylko dla siebie. Wysoki zachodni brzeg osłaniał ich przed wiatrem. Woda była spokojna. Otaczał ich niemal nieziemski spokój. Po jakimś czasie minęli zakręt, przy którym z prawego brzegu wystawał wysoki cypel wyglądający jak wartownik. Van Dyck nadawał takim szczególnym miejscom własne nazwy. To na przykład był Zachodni Cypel. Nieco dalej rzeka opływała wzgórze, które z powodu spłaszczonego grzbietu van Dyck nazwał Górą Niedźwiedzią. W końcu koryto rozlewało się na szerokość prawie trzech mil, a piętnaście mil dalej zwężało się w długi kanał, który przepływał wzdłuż Manhattanu i docierał do ogromnej zatoki.
Czas mijał, do kanału zostało im jeszcze kilka mil. Nagle jeden z wioślarzy kiwnął głową, dając van Dyckowi znak, żeby się odwrócił. W oddali pojawiła się inna łódź, która zbliżała się do nich w szybkim tempie.
- Musi im się śpieszyć - zauważył van Dyck bez specjalnego zainteresowania.
Pół godziny później, gdy znajdowali się przy wejściu do kanału, zerknął do tyłu jeszcze raz. Zdziwiło go, że przez ten czas łódź pokonała tak dużą odległość. Była sporo większa, miała na pokładzie maszt. Jednak wiatr wiał z południa, więc tamci nie mogli zrobić z żagla użytku. Dystans między łodziami zmniejszył się o połowę. Van Dyck nie mógł dojrzeć, ilu wioślarzy znajduje się na pokładzie, ale jedno było pewne: bardzo im się śpieszyło.
- Wiosłują jak szaleni - zauważył.
Wpływali właśnie do wąskiego kanału, więc nakazał swoim ludziom zwolnić. Posuwali się zachodnim skrajem nurtu. Promienie popołudniowego słońca padały na palisadę niebosiężnych klifów. Woda zaczynała się lekko burzyć. Van Dyck spojrzał przez ramię, ale druga łódź, która - jak mniemał - również kierowała się do kanału, skryła się za zakrętem.
Nagle ją zobaczył. Zbliżała się szybko, widział więc coraz więcej szczegółów. Był to duży barkas z poszyciem klinkierowym. Ze środkowej części, pokrytej daszkiem, wznosił się maszt. Cztery pary wioseł obsługiwało ośmiu ludzi. Burty wystawały wysoko nad wodę, co znaczyło, że statek nie przewoził żadnego ładunku. Na rufie stała jakaś postać.
Barkas zbliżał się coraz bardziej. Znajdował się już tylko o kilka długości z tyłu, w końcu zrównał się z łodzią van Dycka. Ten spojrzał z ciekawością na mężczyznę na rufie.
Zobaczył znajomą twarz. Należała do człowieka, którego - jak podpowiadała mu intuicja - powinien się wystrzegać.
Stuyvesant.
Odwrócił wzrok, ale było za późno.
Nad wodą rozległ się ostry głos:
- Dirk van Dyck!
- Dzień dobry, gubernatorze! - zawołał. Nic innego nie przychodziło mu do głowy.
- Pośpieszcie się! Czemu się tak wleczecie? - Łodzie płynęły burta w burtę. Nie czekając na odpowiedź, gubernator zwrócił się do ludzi van Dycka: - Wiosłować szybciej! - huknął. - Mocniej! - Wioślarze, rozpoznając groźny głos, natychmiast wykonali polecenie i łódź pomknęła do przodu. - Tak trzymać! Dobra robota! Za mną. Popłyniemy razem.
- Dlaczego? - zawołał van Dyck. Barkas wysunął się nieznacznie do przodu, ale łodzie utrzymywały podobną prędkość, więc mężczyźni słyszeli siebie nawzajem.
- Nie wiesz? Anglicy są w zatoce przy Manhattanie. Cała flota!
Więc jednak przypłynęli. Nie słyszał o tym po drodze, ale to nic dziwnego. Mieszkańcy Nowego Amsterdamu zapewne wysłali dobrego jeźdźca do fortu Orange z wiadomością dla gubernatora, który teraz wracał pośpiesznie na południe, korzystając ze sprzyjającego pływu. Wieść rozniesie się też wśród Indian, ale to trochę potrwa.
A więc Anglicy kłamali. Przypomniał sobie młodzieńca z Bostonu. Czy wiedział o planach floty? Na pewno. Dlatego zawahał się, gdy van Dyck zapytał go o angielskie okręty.
- Co zamierzacie zrobić? - krzyknął do Stuyvesanta.
- Walczyć, van Dyck! Walczyć. Potrzebujemy ludzi.
Miał zawziętą, kamienną twarz. Stał na drewnianej nodze, wyprostowany, z wysoko uniesioną głową. Jeszcze nigdy nie biła od niego tak wielka odwaga. Naprawdę budził podziw. Ale jeśli z Bostonu przypłynęła cała angielska flota, to oznaczało, że mieli przeciwko sobie ogromną potęgę. Okręty były uzbrojone w działa. Pomimo ostatnich starań Stuyvesanta nadbrzeżne umocnienia Nowego Amsterdamu nie wytrzymałyby długo. Jeśli gubernator zamierzał walczyć, to wziął na swoje barki misję niebezpieczną i właściwie skazaną na niepowodzenie.
Chmura zakryła słońce, jakby dostrajając się do czarnych myśli Dirka, a nadbrzeżne skały przybrały kolor groźnej posępnej szarości.
Przez głowę van Dycka przemknęła jeszcze jedna myśl: jeśli on sam uznał opór za bezsensowny, to zapewne do podobnego wniosku doszli też inni kupcy. Czy mieszkańcy Nowego Amsterdamu staną po stronie swojego gubernatora przeciwko Anglikom? Chyba nie, jeśli siła Anglików okaże się znaczna. Czy rodzina van Dycka znalazła się w niebezpieczeństwie? Mało prawdopodobne. Czy Anglicy będą chcieli zniszczyć miasto i uczynić z holenderskich kupców swoich wrogów? Też wątpliwe. Anglikom zależało na bogatym porcie, a nie na wrogim mieście obróconym w ruinę. Mogli zaoferować bardzo korzystne warunki. Van Dyck uważał, że człowiek staje się niebezpieczny za sprawą polityki i religii. Handel natomiast sprawiał, że ludzie mądrzeli. Przypuszczał więc, że z Anglikami można dojść do porozumienia, bez względu na działania Stuyvesanta.
Po co więc miałby pędzić na Manhattan z gubernatorem jak anioł zemsty?
Spojrzał na rzekę. Przy tej prędkości za godzinę znajdą się przy północnym skraju Manhattanu. Zerknął na swoich wioślarzy. Dadzą radę utrzymać tempo? Raczej nie. Tym lepiej. Gdyby został z tyłu, nie wpłynąłby do Nowego Amsterdamu razem z Kuternogą.
Czekał. Barkas gubernatora wyprzedzał ich już o kilka długości.
- Trzymaj się mnie! - krzyknął Stuyvesant. Musiał się odwrócić, żeby nie stracić łodzi z oczu.
- Jestem z tobą, generale! - odkrzyknął van Dyck. Na te słowa jego ludzie zaczęli wiosłować jeszcze mocniej i przez chwilę nadążali za większą łodzią. Dobrze, niech się zmęczą. Najważniejsze to przypodobać się teraz gubernatorowi.
Dziób napotkał niewielkie fale, łódź się zakołysała i van Dyck musiał się pochylić. Kiedy się prostował, poczuł na udzie uderzenie przymocowanej do pasa sakiewki. Spojrzał na nią, przypominając sobie o ukrytym w niej pudełeczku ze srebrnym dolarem, i nagle uświadomił sobie ze zgrozą, że znajdują się w pobliżu wioski Białej Łani. Wskutek nieoczekiwanego spotkania ze Stuyvesantem zapomniał o córce.
Biała Łania. I co teraz?
Stuyvesant obserwował go uważnie. To nie jest dobry moment, żeby przybijać do brzegu. Van Dyck wiedział doskonale, że gubernator zawróciłby i zmusił go do wspólnej podróży. Z pewnością był do tego zdolny.
Upływały kolejne minuty. Dwie łodzie, jakby połączone siłą woli Stuyvesanta, płynęły szybko z prądem. Właśnie mijali wieś położoną na odległym, wschodnim brzegu. Van Dyck widział indiańskie sieci na płyciznach. Ze wzniesienia obserwowały ich jakieś postacie, zapewne kobiety. Czy Biała Łania jest wśród nich? Nie mógł jej dostrzec. Patrzy na niego? Widzi, że przepływa obok, nie zatrzymując się wbrew złożonej obietnicy? Pomyśli, że ojciec odwrócił się od niej?
Wpatrywał się w daleki brzeg, a potem odwrócił głowę. Jeśli tam stoi jego córka, to nie chciał, żeby zobaczyła jego twarz. Co za głupota! Przecież nawet z doskonałym wzrokiem nie rozpoznałaby rysów twarzy z takiej odległości. Opuścił głowę, wpatrując się w leżące na pokładzie skóry, i poczuł, jak zalewa go wstyd. Indiańska wioska powoli znikała w tyle. Spojrzał za siebie. Wciąż widział grupkę kobiet, teraz już niewyraźną i zamazaną.
Przepłynęli kolejne sto metrów. I drugie sto.
- Do brzegu! - rozkazał.
Wioślarze mieli zaskoczone miny.
- Ale panie... - odezwał się jeden.
- Do brzegu! - Pokazał na wschód. On tu rozkazywał. Niechętnie wykonali jego polecenie.
Stuyvesant natychmiast zauważył, że łódź skręca.
- Co ty robisz, do diabła? - krzyknął nad wodą.
Van Dyck się zawahał. Ma odpowiedzieć? Zastanawiał się gorączkowo.
- Zaraz was dogonimy! - zawołał w nadziei, że tonem swojego głosu wyraża lojalność wobec gubernatora.
- Trzymać kurs! - ryknął Stuyvesant. Po chwili znowu rozległ się jego krzyk: - Daj sobie spokój z tym indiańskim bękartem! Myśl o kraju!
Skąd wiedział o Białej Łani? Van Dyck przeklął gubernatora w myśli. Popełnił błąd, zabierając dziewczynkę do Nowego Amsterdamu. Nie powinien był tego robić.
- Masz płynąć za mną, Dirku van Dyck! Zapomnij o swoim mieszańcu albo powiem wszystko twojej żonie, przekonasz się!
Van Dyck zaklął znowu. Czyżby gubernator i Margaretha rozmawiali o dziewczynce? Co łączy jego żonę z gubernatorem? Kto wie? Groźbę, że dowie się o wszystkim, należało potraktować poważnie. Mógł wyjechać, nie mówiąc żonie, dokąd się wybiera ani kiedy wróci. Ale jeśli ona dowie się, że wypowiedział posłuszeństwo gubernatorowi, że zwlekał z przyjściem z pomocą własnej rodzinie - bo z pewnością tak to będzie wyglądało - a wszystko z powodu córki półkrwi... Podobne oskarżenia miałyby poważne konsekwencje. Margaretha nie puściłaby tego płazem. Mogłyby na tym ucierpieć jego interesy, nie mówiąc o rodzinie. Przeklęty Kuternoga. Do diabła z nim! Skinął na swoich ludzi.
- Płyniemy za nimi - powiedział z rezygnacją.
Łódź znów wykonała skręt, kierując się w dół rzeki.
Van Dyck patrzył przed siebie. Wszystko na nic. Czy będzie musiał podążać za Kuternogą aż do końca? Właśnie tego chciał uniknąć.
Wskutek jego wahań zwiększył się dystans między obiema łodziami. Van Dyck pomyślał o angielskiej flocie stojącej w zatoce, o upartym, przewrotnym gubernatorze, o zbolałej i rozzłoszczonej żonie. Pomyślał o czekającej na niego niewinnej, bezbronnej córeczce. Miał wrażenie, że plusk wody odbija się od szarych skał echem bezgłośnego płaczu. Znów zerknął przez ramię. Wioska zniknęła za drzewami. Zamierzał zobaczyć się z córką, a ominął jej wioskę jak tchórz.
- Zawracać.
- Panie?
- Zawracamy - rozkazał. Wioślarze popatrzyli na siebie niepewnie. - Wolicie walczyć z Anglikami?! - krzyknął.
Mężczyźni znów spojrzeli po sobie. Usłuchali polecenia. Dziób łodzi skierował się w stronę wschodniego brzegu.
Stuyvesant obserwował ich przez cały czas. Zrozumiał, co się dzieje. Jego donośny głos zadudnił na rzece:
- Zdrajca! - To słowo uderzyło van Dycka jak grom. Miał wrażenie, że niesie się daleko na północ, aż do źródeł wielkiej rzeki. - Zdrajca!
Patrzył na łódź gubernatora, ale nie zmienił kursu. Obaj wiedzieli, że ich drogi się rozchodzą. Potężny nurt rzeki niósł Stuyvesanta na południe, a van Dyck, wolny przynajmniej na chwilę, zawracał, żeby zawieźć córce srebrną monetę.
Nazywam się Quash, co oznacza, że urodziłem się w niedzielę. W Afryce, skąd pochodzi mój lud, dziecku daje się imię od dnia tygodnia, w którym przyszło na świat. W Afryce nazywałbym się Kwasi. Gdybym urodził się w piątek, wołaliby na mnie Kofi, po angielsku Cuffe. Dzieci z poniedziałku to Kojo, po angielsku Cudjo. Podobnych imion jest wiele.
Wydaje mi się, że urodziłem się w roku Pańskim 1650. Moich rodziców wywieziono z Afryki i sprzedano jako niewolników do pracy na Barbados. Kiedy miałem pięć lat, mnie i mamę ponownie wystawiono na sprzedaż. Na targu rozdzielono nas i do dziś nie wiem, co się z nią stało. Mnie kupił kapitan holenderskiego statku, co okazało się dla mnie szczęśliwym zrządzeniem losu, bo znalazłem się w Nowym Amsterdamie, jak wówczas nazywano to miasto. Gdybym pozostał w swoim dawnym domu, z pewnością bym już nie żył. W Nowym Amsterdamie kapitan sprzedał mnie i tak stałem się własnością wielmożnego pana Dirka van Dycka. Miałem wtedy sześć lat. Ojca nie pamiętam w ogóle, a matkę tylko trochę. Myślę, że oboje dawno pomarli.
Już jako dziecko marzyłem, że pewnego dnia będę wolny.
Tę myśl zaszczepił mi pewien stary Murzyn, którego poznałem, mając osiem lub dziewięć lat. W tamtych czasach w całych Nowych Niderlandach było nie więcej niż sześciuset niewolników, z czego połowa żyła w granicach miasta. Część należała do rodzin, pozostali do Holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej. Pewnego dnia na targu zobaczyłem starego Murzyna. Siedział na wozie, miał wielki słomiany kapelusz, uśmiechał się, jakby był z siebie bardzo zadowolony. Podszedłem do niego, bo jako dziecko byłem dość śmiały.
- Wyglądasz na szczęśliwego, staruszku - powiedziałem. - Kto jest twoim panem?
A on na to:
- Nie mam pana. Jestem wolny. - A potem opowiedział mi swoją historię.
Otóż wiele lat wcześniej Holenderska Kompania Zachodnioindyjska sprowadzała całe transporty niewolników, których wykorzystywano do robót publicznych, takich jak wznoszenie fortu czy brukowanie ulic. Ci, którzy pracowali najdłużej i najlepiej i należeli do Kościoła, otrzymali po kawałku ziemi oraz - pod warunkiem dalszej służby - wolność. Nazywano ich wyzwoleńcami. Zapytałem, czy jest ich wielu.
- Nie, niewielu - odpowiedział mężczyzna.
Część mieszkała tuż za murem, inni trochę bardziej na północ, po wschodniej stronie wyspy, a pozostali na drugim brzegu północnej rzeki w okolicy, którą nazwali Pavonia. Miałem niewielką nadzieję, że coś takiego przydarzy się również mnie, bo uważałem, że każdy człowiek powinien być wolny.
Dopisało mi szczęście, bo trafiłem do dobrego domu. Pan van Dyck był pełnym wigoru mężczyzną, lubił prowadzić handel i wyprawiać się w górę rzeki. Jego żona, piękna postawna kobieta, należała do Holenderskiego Kościoła Reformowanego i była zwolenniczką pastorów i gubernatora Stuyvesanta. Miała złe zdanie o Indianach i nie lubiła, gdy pan do nich jeździł.
Kiedy pojawiłem się u nich, w domu był także kucharz i służąca na indenturze, Anna. Państwo opłacili jej podróż przez ocean, a ona musiała to odpracowywać przez siedem lat. Po tym terminie miała otrzymać pewną sumę pieniędzy oraz wolność. Ja byłem jedynym niewolnikiem.
Meinheer van Dyck i jego żona zawsze troszczyli się o swoją rodzinę. Rzadko byliśmy świadkami ich kłótni, a największą przyjemność sprawiało im, gdy cała rodzina zbierała się razem. Pracowałem w domu, więc dużo czasu spędzałem z ich dziećmi, dzięki czemu wkrótce mówiłem po niderlandzku tak jak one.
Ich syn Jan miał tyle samo lat co ja. Był ładnym chłopcem z bujną ciemną czupryną. Przypominał swojego ojca, ale chyba po matce odziedziczył nieco tęższą figurę. Kiedy byliśmy mali, często bawiliśmy się razem i bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Jego młodsza siostra Clara była najładniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziałem, miała złote włoski i jasnoniebieskie oczy. Kiedy była mała, nosiłem ją na ramionach. Prosiła mnie o to nawet wtedy, gdy miała już dziesięć czy jedenaście lat, i śmiała się przy tym, bo - jak mawiała - chciała mi trochę podokuczać. Uwielbiałem ją.
Zawsze szybko biegałem. Czasem meinheer van Dyck bawił się ze mną i dziećmi w wyścigi. Jan startował dużo przede mną, a Clara tuż przy mecie. Zazwyczaj wyprzedzałem Jana, ale gdy doganiałem Clarę, zwalniałem, pozwalałem jej wygrać. Była zachwycona.
Niektórzy holenderscy panowie traktowali swoich niewolników okrutnie, ale meinheer van Dyck i jego małżonka okazywali mi dużo dobroci. Gdy byłem mały, wyznaczali mi tylko lekkie prace. A gdy dorosłem, meinheer van Dyck dawał mi rozmaite zadania. Ciągle coś przynosiłem albo zanosiłem. Wychłostał mnie tylko raz, kiedy z Janem wybiliśmy szybę. A i wtedy dostało nam się po równo.
Kiedy miałem jakieś czternaście lat, meinheer van Dyck stał się wśród miejscowych kupców znaczącą postacią i wszyscy zaczęli zwracać się do niego baas, ja też. Więc od teraz będę tak go nazywał. W tym czasie pani wpadła na pomysł, że powinienem nosić liberię jak służący z bogatego domu. Baas śmiał się z tego, ale nie sprzeciwiał się, a ja wyglądałem w niebieskiej liberii bardzo dobrze. Byłem z siebie dumny. Pani pokazała mi, jak należy otwierać drzwi przed gośćmi, i nauczyła mnie podawać do stołu, co robiłem z wielką przyjemnością. Powiedziała też: "Quash, masz piękny uśmiech", więc starałem się uśmiechać przez cały czas, a pani bardzo mnie chwaliła, baas zresztą też. Pewnego dnia przyszedł do nas stary pastor Cornelius, bardzo ważna osobistość. Był wysoki, zawsze ubrany na czarno, i pomimo zaawansowanego wieku trzymał się prosto. Pochwalił nawet mój elegancki wygląd przed żoną baasa. Po czymś takim nie mogłem jej zawieść. Podejrzewam, że to z powodu tego dobrego traktowania nabrałem o sobie zbyt wysokiego mniemania. Uważałem się bardziej za służącego na indenturze niż za niewolnika. I często myślałem, co mógłbym zrobić, żeby jeszcze bardziej szanowano mnie w rodzinie.
Miesiąc po tej wizycie akurat załatwiałem dla pani jakieś sprawy, gdy zobaczyłem na ulicy pastora, jak zwykle w czerni i wysokim kapeluszu z szerokim rondem. Tak się złożyło, że kilka dni wcześniej narodził się pomysł, jak zasłużyć sobie na większe poważanie baasa i jego rodziny. Przypomniałem sobie bowiem opowieść starego Murzyna o tym, że wyzwoleńcy mogli dołączyć do Kościoła holenderskiego. Więc gdy tylko ujrzałem pastora, podszedłem do niego i powiedziałem z wielkim szacunkiem:
- Dzień dobry, panie.
Spojrzał na mnie surowo, bo wyrwałem go z zamyślenia, ale poznał mnie i odrzekł:
- Jesteś młodym niewolnikiem van Dycków.
- Tak, panie. I chciałbym o coś zapytać waszą wielebność.
- A o cóż to?
- Czy mógłbym dołączyć do Kościoła?
Spojrzał na mnie, jakby go piorun strzelił.
- Chciałbyś zostać członkiem mojego zboru?
- Tak, panie.
Przez chwilę nie mówił nic, tylko patrzył na mnie z zimną uwagą. W końcu odezwał się cichym głosem.
- Wiem, co się w tobie kryje - powiedział. A ja, młody i naiwny, sądziłem, że czeka mnie coś dobrego. - Chcesz wieść lepsze życie?
- Tak, panie - przyznałem z uśmiechem.
- Tego się spodziewałem - mruknął, bardziej do siebie niż do mnie. Pokiwał głową. - Ci, którzy dołączają do zboru, robią to z miłości do Boga, a nie w oczekiwaniu na nagrodę.
Mieszkałem przez wiele lat z rodziną van Dycków i patrzyłem, jak wychowują dzieci, więc uznałem, że mam niejaką wiedzę o chrześcijaństwie. Zapominając, że jestem zwykłym niewolnikiem, a on pastorem, zacząłem się z nim spierać.
- Ale przecież robią to, żeby uniknąć ognia piekielnego - odpowiedziałem.
- Mylisz się. - Najwyraźniej nie miał ochoty na rozmowę ze mną, ale jako pastor musiał pouczyć nawet niewolnika. - Już zostało przeznaczone, kto trafi do piekła, a kto zostanie zbawiony - powiedział. - Pobożny człowiek służy Panu dla Niego samego, a nie dla swoich korzyści. - Wskazał mnie palcem. - Ceną za wstąpienie do Kościoła jest, młody człowieku, posłuszeństwo. Zrozumiałeś?
- Tak, panie.
- Nie jesteś pierwszym niewolnikiem, któremu wydaje się, że wstąpienie do Kościoła okaże się drogą do wolności. Ale na to nigdy nie będzie przyzwolenia. Poddajemy się Bogu, bo On jest dobrem. A nie po to, by sobie ulżyć. - Mówił coraz głośniej, więc mijający nas przechodnie odwracali głowy w naszym kierunku. - Boga nie da się oszukać, młody człowieku! - krzyknął i odszedł, rzuciwszy mi gniewne spojrzenie.
Kilka dni później baas odciągnął mnie na stronę.
- Podobno rozmawiałeś z pastorem Corneliusem - powiedział, patrząc na mnie nieco dziwnie.
- Tak - przyznałem. Ale od tamtej pory bardzo się pilnowałem, żeby nic nie mówić na temat religii.
Wkrótce nastąpiły wydarzenia znacznie większej wagi niż zbawienie mojej duszy. Tamtego lata, gdy baas udał się po raz kolejny w górę rzeki, przybyli Anglicy.
Akurat byłem zajęty w kuchni, gdy Jan wpadł z wiadomością.
- Szybko, Quash! - krzyknął. - Nad wodę! Chodź coś zobaczyć!
Nie wiedziałem, czy pani mi pozwoli, ale ona też poszła z nami, zabrała nawet małą Clarę. Pamiętam, że Clara była bardzo podekscytowana. Poszliśmy wszyscy na nabrzeże przy forcie. Dzień był pogodny, więc wzrok sięgał daleko przez całą zatokę. A tam widać było dwa angielskie żagle. Okręty stały u wejścia do portu, tak że żaden statek nie mógł się przecisnąć. Nagle pojawił się obłok białego dymu. Potem była długa cisza i wreszcie rozległ się dźwięk działa, który brzmiał jak cichy grzmot, bo dzieliła nas odległość siedmiu mil. Ludzie na brzegu zaczęli krzyczeć. Pojawiły się pogłoski, że angielscy osadnicy pod Brooklynem zaczynają chwytać za broń, ale nikt nie wiedział tego na pewno. Ludzie na murach fortu wycelowali działo w zatokę, ale pod nieobecność gubernatora nikt nimi nie dowodził, co wzbudziło w mojej pani odrazę. Chyba sama miała ochotę przejąć przywództwo.
Wysłano posłańca z ostrzeżeniem do gubernatora. Ale on wrócił dopiero po dwóch dniach. Przez ten czas angielskie okręty stały w tym samym miejscu.
Gubernator pojawił się wieczorem, a pani, gdy tylko dowiedziała się o tym, natychmiast poszła się z nim zobaczyć. Po powrocie wyglądała na zagniewaną, ale nic nie mówiła. Następnego ranka baas też wrócił do domu.
Gdy stanął w drzwiach, pani stwierdziła, że bardzo długo go nie było. A on odpowiedział, że wrócił najszybciej, jak mógł. Na co ona, że gubernator twierdzi coś innego. Doszły ją słuchy, że pan zatrzymał się w górnym brzegu rzeki. Spojrzała na niego z gniewem. Anglicy napadają jego rodzinę, a on robi sobie postój?
- Tak właśnie było - przyznał z uśmiechem. - I powinnaś się z tego cieszyć.
Słuchając tych słów, popatrzyła na niego surowo, ale on nie zwracał na to uwagi.
- Pomyśl tylko - mówił. - Kiedy Stuyvesant powiedział, że przypłynęli Anglicy, nie miałem pojęcia, jak sprawy stoją. Miałem podstawy przypuszczać, że zdążyli wkroczyć do miasta, zrabowali nasze dobra i wygnali was z domu. Miałem pozwolić, żeby nasz ładunek, i to taki cenny, wpadł w ich łapy? To mógł być nasz jedyny majątek. Dlatego postanowiłem schować go w bezpiecznej kryjówce. Pilnuje go wódz indiańskiej wioski, do której popłynąłem na oczach Stuyvesanta. Greet, znam tego Indianina od lat. Jest jedną z niewielu osób, którym ufam. Zgodzisz się chyba ze mną, że towar powinien tam zostać, dopóki sprawy się nie unormują.
Pani nie odezwała się już ani słowem, a ja zobaczyłem, jak dobrym człowiekiem jest baas, bo zawsze myśli o swojej rodzinie.
Tamtego dnia w Nowym Amsterdamie panowało wielkie zamieszanie. Łodzie pływały w tę i z powrotem, przewożąc listy między dowódcą Anglików, komandorem Nicollsem, a gubernatorem Stuyvesantem. Nikt nie wiedział, co w tych listach napisano, a gubernator nie zdradzał się ani słowem. Jednak angielskie okręty wciąż stały w przesmyku.
Następnego dnia poszliśmy z baasem i Janem na nabrzeże, gdzie zgromadził się już tłum ludzi. Wszyscy pokazywali na lewo, na Brooklyn. Obok przystani, gdzie zgromadziły się angielskie oddziały, widać było migotanie broni. Ktoś wskazał palcem w kierunku przesmyku, mówiąc, że po zachodniej stronie, na dużym wzniesionym terenie nazywanym przez Holendrów wyspą Staten, Anglicy wysadzili jeszcze więcej wojska.
Był tam też meinheer Springsteen.
- W forcie mamy stu pięćdziesięciu ludzi - powiedział do baasa. - W mieście zbierzemy może kolejnych dwustu pięćdziesięciu zdolnych do walki. Razem z niewolnikami da to co najwyżej pięciuset mężczyzn. Dowódca Anglików ma dwa razy tyle wyszkolonych żołnierzy. I podobno osadnicy angielscy na długiej wyspie też formują oddziały.
- Mamy działo w forcie - zauważył baas.
- Ale mało prochu. I amunicji. Jeśli angielskie okręty podpłyną bliżej, rozniosą nas w puch. - Wziął baasa za ramię. - Krążą pogłoski, że zażądali poddania miasta i że Stuyvesant nie chce ustąpić.
Meinheer Springsteen odszedł, a wtedy Jan spytał ojca, czy Anglicy nas zniszczą.
- Wątpię, synu. Dla nich mamy większą wartość jako żywi. - Roześmiał się. - Chociaż nigdy nic nie wiadomo - dorzucił i poszedł porozmawiać z innymi kupcami.
Po powrocie do domu powiedział pani, że żaden z kupców nie chce walczyć, a ona wpadła w złość i nazwała ich tchórzami.
Nazajutrz przypłynął Winthrop, gubernator Connecticut. Widziałem go. Był niskim mężczyzną o śniadej cerze. Przywiózł kolejny list od komandora Nicollsa. Poszli ze Stuyvesantem do gospody, żeby się naradzić. Wszyscy kupcy zgromadzili się już wówczas na nabrzeżu, domagając się wiadomości, więc baas do nich dołączył. Gdy wrócił do domu, powiedział, że jacyś kupcy dowiedzieli się od ludzi Winthropa, że Anglicy proponują Stuyvesantowi bardzo dogodne warunki kapitulacji; po odpłynięciu Winthropa kupcy zażądali, by Stuyvesant pokazał im list. Ale gubernator podarł pismo i rzucił im je w twarz, co mocno ich rozgniewało. Zebrali jednak kawałki i złożyli w całość, dzięki czemu dowiedzieli się, że Anglicy pozwolą Holendrom zachować ich obyczaje, majątki i dotychczasowe życie, o ile gubernator Stuyvesant podda miasto. Wszyscy gotowi byli przyjąć takie warunki. Oczywiście z wyjątkiem Stuyvesanta.
Pani popierała go całym sercem.
- Słusznie uczynił! - krzyczała. - On jest tutaj jedynym prawdziwym mężczyzną. - Nazwała kupców stadem kundli, użyła też innych wyzwisk, których nie będę powtarzał.
I wtedy na ulicy rozległ się krzyk:
- Anglicy nadchodzą!
Wybiegliśmy z domu na nabrzeże i zobaczyliśmy płynące w naszym kierunku angielskie okręty. Po jakimś czasie zatrzymały się na wysokości miasta, z wycelowanymi działami. Po prostu stały, pokazując, co mogłyby zrobić, gdyby tylko chciały.
Następnego dnia wszyscy kupcy podpisali petycję nakazującą gubernatorowi poddanie miasta. Pani zapytała baasa, czy też ją podpisze, na co odpowiedział:
- Tak zrobię.
Swój podpis złożył nawet syn Stuyvesanta, co musiało być bolesnym ciosem dla gubernatora. Ale mimo to dowódca nie chciał ulec. Poszliśmy do fortu, na murach stał samotny Stuyvesant, a wiatr rozwiewał jego siwe włosy.
- Do diabła! - powiedział baas. - On chyba zamierza sam wystrzelić z działa.
Zaraz potem zobaczyliśmy dwóch pastorów, którzy poszli błagać gubernatora, żeby tego nie robił, bo ściągnie nieszczęście na wszystkich. W końcu, jako że byli duchownymi, udało im się go przekonać. W ten sposób Anglicy przejęli miasto.
Za oceanem Anglicy byli tak uszczęśliwieni odniesionym zwycięstwem, że wypowiedzieli Holendrom wojnę, licząc na zajęcie ich kolejnych posiadłości. Ale wkrótce Holendrzy się odpłacili, odbierając im część bogatych kolonii w tropikach. Następnego roku Londyn nawiedziła straszna zaraza, a miasto zniszczył wielki pożar. Rok później Holendrzy wpłynęli Tamizą do Londynu, przejęli najlepszy królewski okręt wojenny i zabrali go ze sobą. Anglicy byli wówczas tak osłabieni, że nie mogli się temu przeciwstawić. Zawarli więc pokój. Holendrzy dostali z powrotem przejęte przez Anglików kolonie tropikalne, głównie ze względu na niewolników i handel cukrem. Za to Anglicy zatrzymali Manhattan. Moja pani nie była z tego zadowolona, ale baasowi to nie przeszkadzało.
- Greet, my jesteśmy tylko pionkami w większej grze - tłumaczył.
Komandor Nicolls, który został nowym gubernatorem, powiedział Holendrom, że mogą opuścić miasto, jeśli taka jest ich wola, zarazem obiecał, że jeśli zostaną, to bez względu na okoliczności nigdy nie będą musieli walczyć przeciwko Niderlandom. Na cześć księcia Yorku zmienił nazwę miasta na Nowy Jork, a ziemie wokół nazwał Yorkshire. Potem dał nam burmistrza i radę miasta, tak jak w Anglii. Rajcami zostali głównie holenderscy kupcy, nic więc dziwnego, że byli bardziej zadowoleni z rządów Nicollsa, który zawsze pytał ich o zdanie, niż z rządów Stuyvesanta. W dodatku Nicolls był bardzo miłym człowiekiem - kiedy widział moją panią na ulicy, zawsze uchylał kapelusza. Zaczął też urządzać w mieście wyścigi koni, co bardzo się ludziom spodobało.
Niedługo potem na swoją bouwerie wrócił gubernator Stuyvesant, który musiał był popłynąć do Niderlandów, żeby wytłumaczyć się z utraty miasta. Komandor Nicolls potraktował go z wielkim szacunkiem i wkrótce bardzo się zaprzyjaźnili. Angielski gubernator, gdy tylko mógł, jeździł na gospodarstwo Stuyvesanta. Moja pani nadal nie darzyła Anglików sympatią.
- Nie mogę jednak zaprzeczyć - mówiła - że Nicolls jest uprzejmy.
Następny gubernator był taki sam. Uruchomił usługi pocztowe do Bostonu. Oczywiście znaczna część zysku trafiała do niego. Bogatym kupcom to nie przeszkadzało, ale biedniejsi Holendrzy, którzy stanowili większość mieszkańców, byli coraz bardziej niezadowoleni z angielskich rządów, głównie z powodu obecności żołnierzy, na których utrzymanie musieli łożyć.
Kiedy byłem chłopcem, większość niewolników należących do Kompanii Zachodnioindyjskiej pracowała przy budowach. Niewolnicy kupców zajmowali się ogrodnictwem i przeładunkiem towarów na przystani. Niektórzy pływali też na statkach jako dodatkowa załoga. Wśród niewolników były również kobiety. Najczęściej służyły w pralniach albo wykonywały cięższe prace domowe, ale tylko niektóre gotowały. Wieczorami, po zapadnięciu zmroku, można było zobaczyć, jak idący ulicą mężczyźni zagadują niewolnice nad ogrodzeniami domów. Jak się łatwo domyślić, owocem takich rozmów bywały często dzieci. A właścicielom wcale to nie przeszkadzało, mimo że ich religia potępiała takie zachowania. Przyczyna była oczywista.
Handel niewolnikami przynosił duże zyski. Niewolnika kupionego w Afryce sprzedawano na nabrzeżu na Manhattanie za dziesięciokrotnie wyższą cenę, a w innych miastach jeszcze drożej. Więc jeśli nawet podczas podróży część ładunku przepadała, to i tak kupiec świetnie na tym zarabiał. Z tego właśnie powodu zarówno gubernatorowi Stuyvesantowi, jak i naszemu nowemu władcy, księciu Yorku, bardzo zależało na tym, żeby Manhattan stał się wielkim rynkiem handlu niewolnikami. I rzeczywiście, za czasów Stuyvesanta i później do Nowego Amsterdamu przywieziono setki niewolników, część wprost z Afryki. Jedni zostali w naszych okolicach, innych sprzedano na plantacje w Wirginii. Gdy więc jakiś niewolnik w Nowym Jorku miał dzieci, jego właściciel czekał, aż podrosną, a potem je sprzedawał. Czasem je zatrzymywał i przyuczał do jakichś prac, a sprzedawał ich matkę, żeby ich za bardzo nie rozpieszczała.
W mieście było sporo młodych kobiet, więc coraz bardziej się nimi interesowałem, a po przybyciu Anglików bardzo chciałem stać się w końcu mężczyzną, jeśli wiecie, co mam na myśli. Rozglądałem się więc, szukając jakiejś młodej niewolnicy, za której przyzwoleniem mógłbym nabrać pewnego doświadczenia. W każdą niedzielę, gdy baas i wszystkie inne rodziny szli do kościoła, Murzyni wychodzili na ulice, żeby się trochę zabawić. To właśnie wtedy zawierałem znajomości z dziewczętami z innych części miasta. Poznałem nawet bliżej dwie lub trzy, ale nic z tego nie wyszło. Dwukrotnie goniono mnie po ulicy, bo próbowałem wejść do domu właściciela dziewczyny, a jedna z nich dostała baty za to, że ze mną rozmawiała. Sami więc widzicie, że nie było to łatwe.
Oczywiście w naszym mieście, jak w każdym porcie, były też kobiety, które za odpowiednią opłatą dawały mężczyźnie to, czego chciał. A ja miałem trochę pieniędzy. Gdy baas był ze mnie zadowolony, czasem dawał mi drobną monetę. Gdy mnie wynajmował na cały dzień, co zdarzało się dość często, oddawał mi małą część należnej zapłaty. Odkładałem te pieniądze w bezpiecznym miejscu. I pomyślałem sobie, że mogę trochę wydać na damę, która uczyni ze mnie mężczyznę.
Któregoś wieczoru wymknąłem się z domu i dołączyłem do innych niewolników. Zaprowadzili mnie do północnej części miasta, gdzie mieszkało dużo czarnych wyzwoleńców.
Weszliśmy do drewnianego domu, większego od innych, przypominającego gospodę. Właściciel, wysoki mężczyzna, podał nam słodkie ciastka i rum. W środku siedziało kilkunastu Murzynów, niektórzy byli niewolnikami. W kącie zobaczyłem śpiącego starca w słomianym kapeluszu. To był ten sam mężczyzna, którego w dzieciństwie spotkałem na targu; właśnie po rozmowie z nim postanowiłem, że kiedyś będę wolny. Zapytałem właściciela, kim jest.
- To mój ojciec - powiedział.
Rozmawialiśmy przez chwilę. Bardzo mi zaimponował. Miał dom, trochę ziemi i robotników, którzy dla niego pracowali. Był wolny jak biały człowiek i nie skarżył się na brak pieniędzy. Nazywał się Cudjo.
Popijałem sobie potem rum. Wtem zobaczyłem, że do domu wchodzi dziewczyna mniej więcej w moim wieku. Usiadła cicho w kącie obok śpiącego starca, nie zwracając na siebie żadnej uwagi. Zerknąłem na nią kilka razy, byłem ciekaw, czy mnie zauważyła. W końcu odwróciła głowę i spojrzała wprost na mnie. Wydawało mi się, że ma roześmiane oczy, uśmiechnęła się do mnie ciepło.
Już chciałem do niej podejść, ale Cudjo chwycił mnie za rękę.
- Lepiej zostaw ją w spokoju - powiedział cicho.
- Dlaczego? - spytałem. - To twoja kobieta?
- Nie.
- Jesteś jej ojcem?
- Nie. - Pokręcił głową. - To moja niewolnica.
W pierwszej chwili nie uwierzyłem. Nie wiedziałem, że czarni mogą posiadać niewolników. Wydało mi się dziwne, że człowiek, którego ojciec otrzymał wolność, ma niewolnicę. Ale tak właśnie było.
- Szukasz kobiety, młodzieńcze? - spytał Cudjo. Potwierdziłem. - A miałeś kiedyś jakąś przyjaciółkę? - dociekał.
Przyznałem, że nie.
- Poczekaj chwilę - powiedział i wyszedł.
Wrócił niedługo potem z młodą kobietą. Na moje oko miała jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia pięć lat. Była niemal mojego wzrostu, a jej powolny, swobodny krok zdawał się mówić, że bez względu na to, jak czują się inni, ona jest z siebie zadowolona. Usiadła obok mnie na ławie i spytała, jak się nazywam. Rozmawialiśmy przez chwilę, popijając. Potem spojrzała na Cudja i skinęła lekko głową.
- Chodź ze mną, skarbie - powiedziała.
Wyszliśmy. Kiedy stanąłem w drzwiach, Cudjo rzucił z uśmiechem:
- Wszystko będzie dobrze!
Tej nocy zostałem mężczyzną.
W ciągu kolejnych lat zawarłem bliższą znajomość z wieloma niewolnicami w mieście. Kilka razy baas mówił, że jakiś meinheer skarży się, bo jego niewolnica jest przy nadziei i to moja sprawka. A niektórzy sąsiedzi uważali, że powinien wysłać mnie do pracy na jakieś gospodarstwo za miastem. Ale tego nie zrobił.
Na ogół starałem się po równo zadowolić baasa i panią. Ale czasem nie było to łatwe, bo nie zawsze zgadzali się ze sobą.
Na przykład pani nie darzyła sympatią niektórych przyjaciół baasa. Najpierw na jej niechęć zasłużył meinheer Philipse. Co było dość dziwne, bo był Holendrem, a jego żona i moja pani przyjaźniły się ze sobą. No i byli bogaci. Ale pani mówiła, że jak dla niej meinheer Philipse za bardzo się zangielszczył i zapomniał, że jest Holendrem. Jednak baas bardzo go lubił.
Kolejny taki znajomy pojawił się w naszym życiu w następujących okolicznościach.
Baas uwielbiał pływać po rzece. I zawsze znalazł jakiś pretekst, żeby wsiąść do łodzi. Czasem zabierał ze sobą rodzinę. Jednego razu popłynęliśmy na małą wyspę u czubka Manhattanu, nazywaną Wyspą Orzechową, zabraliśmy ze sobą wielki kosz z piciem i jedzeniem i spędziliśmy tam całe popołudnie. A innym razem wybraliśmy się dalej, na drugą stronę zatoki, na Wyspę Ostryg.
Któregoś dnia baas oznajmił, że jedzie do jakiejś wsi na długiej wyspie i że Jan i ja mamy mu towarzyszyć.
Wyruszyliśmy z portu i popłynęliśmy Rzeką Wschodnią. Gdy znaleźliśmy się na rozwidleniu i skierowaliśmy do kanału prowadzącego na wschód, woda zaczęła się burzyć tak gwałtownie, że ogarnął mnie strach. Nawet Jan pobladł, choć próbował to ukryć. Ale baas roześmiał się tylko i rzekł:
- To Wrota Piekieł, chłopcy. Nie bójcie się.
Zaraz potem wody się uspokoiły, a baas zwrócił się do mnie:
- Tu jest cieśnina. A tam... - wskazał na lewo - wybrzeże ciągnie się aż do Connecticut i Massachusetts. Tam... - wskazał na prawo - jest Długa Wyspa, ma sto mil. Cieszysz się, że cię tu zabrałem?
Nigdy w życiu nie widziałem tak pięknego miejsca. Nad nami było czyste błękitne niebo; czułem na sobie promienie słońca. Wszędzie wokół woda była spokojna, brzeg wznosił się łagodnie, raz jako piaszczysta plaża, kiedy indziej był porośnięty trzcinami, a ponad falami szybowały stada ptaków. Wydawało mi się, że znalazłem się w raju.
Po kilku godzinach dobiliśmy do małej wioski na wyspie nad cieśniną. Na przystani załadowaliśmy na łódź towary, które baas zamierzał sprzedać w mieście. Kończyliśmy już pracę, gdy podszedł do nas jakiś mężczyzna. Był angielskim kupcem. Przez chwilę przyglądał się uważnie baasowi, wreszcie powiedział:
- Nie sprzedałem wam kiedyś srebrnego dolara?
- Rzeczywiście tak było - potwierdził baas.
Rozmawiali potem chyba z pół godziny. Nie wszystko słyszałem, ale byłem akurat w pobliżu, kiedy Anglik mówił, że dwa lata wcześniej ożenił się i jest wielce szczęśliwy, że przybył tu z Londynu. A gdy odpływaliśmy, baas powiedział nowemu znajomemu, żeby przeniósł się do Nowego Jorku, bo tam będzie mu się dobrze wiodło. Anglik przyznał mu rację.
Na nazwisko miał Master. I w przyszłości miał przysporzyć mojej pani wiele zgryzot.
Pewnego razu zaskarbiłem sobie wielką przychylność mojej pani.
W amerykańskich koloniach wszyscy wiedzieli, że o naszym losie decydują spory władców za oceanem. Pięć lat po zakończeniu ostatniego zatargu Anglików z Holendrami zaczęły się nowe problemy. Tym razem dotknęło to naszą rodzinę.
Król Anglii Karol II utrzymywał bliskie stosunki ze swoim kuzynem Ludwikiem XIV, królem Francji. I cały czas pamiętał lanie, które mu sprawili Holendrzy. Kiedy więc Ludwik zaatakował w 1672 roku Niderlandy, Karol dołączył do niego. Ale sprawy nie ułożyły się po ich myśli, bo gdy wszystkie wojska francuskie wkroczyły do Niderlandów, Holendrzy otworzyli zapory, woda zalała tereny i Francuzi nie mogli nacierać. Następnego lata doszły nas słuchy, że wzdłuż wybrzeża płyną holenderskie okręty, paląc po drodze angielskie statki z tytoniem i powodując potężne zamieszanie. Pod koniec lipca okręty stanęły na kotwicy przy wyspie Staten.
W mieście mieszkał już wtedy młody dżentelmen nazwiskiem Leisler. O ile wiem, był Niemcem, a po przybyciu na Manhattan ożenił się z bogatą holenderską wdową i odtąd prowadził udane interesy. Nosił się i zachowywał jak Holender, dlatego miał u mojej pani pewne względy. Pojawił się u nas z wizytą pod nieobecność baasa. Słyszałem, jak mówi mojej pani, że wiele osób zastanawia się, czy nie przyjąć ciepło Holendrów i nie powiedzieć im, że jeśli mają taką wolę, to mogą wyrzucić Anglików z Manhattanu.
- Część kupców uważa, że należy wysłać poselstwo na Staten - oznajmił. - Ale martwią mnie działa w forcie. Ta czterdziestosześciofuntowa armata mogłaby wyrządzić wiele szkód holenderskim okrętom.
Po wyjściu Leislera pani wyglądała na zatroskaną. Gdy baas wrócił, o wszystkim mu opowiedziała. Znał już te plotki i kazał wszystkim pozostać w domu, a sam wyszedł, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.
Niedługo potem pani zawołała do mnie:
- Quash, masz młotek?
Oczywiście, że miałem, w warsztacie na tyłach domu. Rozejrzała się po warsztacie i zobaczyła cienkie, metalowe kołki, których baas używał do przymocowania namiotu.
- Je też zabierz - powiedziała. - I chodź ze mną.
Bałem się, nie wiedząc, co baas na to powie, lecz nie śmiałem zaprotestować. Udaliśmy się do fortu.
Słońce stało już nisko, ale wszędzie kręciło się dużo ludzi. Kapitan fortu był na służbie. Miał żołnierzy, ale próbował zebrać też ochotników, którzy stali teraz przy Bowling Green niedaleko fortu. Pani, nie zważając na kapitana, weszła ze mną do fortu i przywołała kilku ochotników. Razem było nas ze dwudziestu ludzi. Skierowała się wprost do armat i zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, wzięła ode mnie młotek i zabrała się do wbijania kołka do otworu zapałowego, żeby z działa nie dało się już wystrzelić. Żołnierze zaczęli krzyczeć, próbowali jej przeszkodzić, ale ona, nie zważając na nic, wbiła kołek tak mocno, że nie dało się go wyciągnąć. To się nazywa zagwożdżenie działa.
Żołnierze byli wzburzeni. Nie byli dobrze wyszkolonym wojskiem. Ruszyli ku nam, krzycząc do ochotników, żeby powstrzymali moją panią. Ale ci, będąc Holendrami, wcale się do tego nie kwapili. Moja pani zabrała się za drugie działo.
W tym momencie dobiegł do niej jakiś żołnierz, wymachując muszkietem. Bez namysłu rzuciłem się na niego i go obaliłem. Uderzył głową o ziemię tak mocno, że już się nie podniósł. Ale przy mnie wyrósł już drugi żołnierz i mierzył do mnie z wielkiego pistoletu. Pociągnął za spust. Myślałem, że zginę. Na szczęście broń była licho naładowana i nie wystrzeliła. Pani widziała to wszystko i krzyknęła na ochotników, żeby zatrzymali innych żołnierzy. Tak też się stało.
Wybuchło okropne zamieszanie, żołnierze nie wiedzieli, co robić, w forcie gromadziło się coraz więcej ochotników gotowych przyjść mojej pani z pomocą, a kapitan odchodził od zmysłów na widok tego, co się dzieje. Moja pani zagwożdżała kolejne działa, aż w końcu zabrakło jej kołków. Zostawiła więc młotek ochotnikom, mówiąc, że teraz oni mają się tym zająć.
Następnego dnia na otwartym terenie powyżej muru wylądowało sześciuset holenderskich żołnierzy. Wmaszerowali do miasta, całkiem dużo Holendrów wiwatowało na ich widok, a angielski kapitan musiał się poddać. Nie miał innego wyjścia.
Od tamtej pory pani traktowała mnie bardzo przychylnie. Trochę się bałem, że baas będzie na mnie zły za niewykonanie jego polecenia i pójście do fortu, ale powiedział tylko:
- Pani mówi, że uratowałeś jej życie.
- Tak, panie.
Wtedy się roześmiał.
- Chyba powinienem być ci wdzięczny.
I nie miałem z tego powodu żadnych kłopotów.
W ten sposób Nowy Jork znów znalazł się w rękach Holendrów. Tym razem nazwali go Nowe Oranje. Ale trwało to tylko rok. Po drugiej stronie oceanu nasi władcy zawarli nowy pakt i z powrotem oddano nas Anglikom, co wcale nie spodobało się pani.
Przez jakiś czas żyło nam się spokojnie. Manhattan znów nazywał się Nowy Jork, ale obecny gubernator nazwiskiem Andros mówił po niderlandzku i wspierał kupców, zwłaszcza bogatych. Kazał zasypać kanał biegnący przez miasto. Pani twierdziła, że zrobił to, bo kanał przypominał ludziom Amsterdam. Ale z rowu po prostu śmierdziało i według mnie to był główny powód. W tym miejscu zrobiono piękną aleję, którą Anglicy nazwali Broad Street, ulicą szeroką.
Właśnie w tym czasie w Nowym Jorku osiedlił się pan Master, którego poznaliśmy na Długiej Wyspie. On i baas często robili razem interesy. Baas lubił swoje wyprawy po futra w górę rzeki, ale teraz szybko rozwijał się handel z plantacjami trzciny cukrowej w Indiach Zachodnich. Tym właśnie zajmował się pan Master. Baas miał udziały w niektórych jego przedsięwzięciach, podobnie jak meinheer Philipse.
I baas zrobił coś, co bardzo panią uszczęśliwiło. Jan był już w wieku do ożenku, więc baas wyswatał go z dziewczyną z dobrej holenderskiej rodziny. Nazywała się Lysbet Petersen i miała znaczny majątek. Widywałem ją w mieście, ale po raz pierwszy rozmawiałem z nią w dniu, w którym ogłoszono zaręczyny.
- To jest Quash - powiedział Jan, uśmiechając się do mnie życzliwie, a młoda dama skinęła mi głową. Ucieszyło mnie, gdy panna Clara dodała: - Quash był z nami zawsze. To mój najlepszy przyjaciel.
Młoda dama uśmiechnęła się do mnie ciepło, zrozumiawszy, że powinna mnie dobrze traktować.
Miałem też przyjemność być na ich ślubie, widziałem uśmiechniętego pastora, a baas i pani stali tuż obok siebie i byli bardzo szczęśliwi.
Rok później przysłużyłem się baasowi w sposób, który miał odmienić moje życie.
W 1675 roku wybuchło wielkie powstanie Indian. Dowodził nim wódz imieniem Metacom, chociaż niektórzy mówili na niego król Filip. Nie bardzo wiem, co było zarzewiem, ale w sercach Indian wezbrały gorycz i żal do białych ludzi za odebranie im ziem. Najpierw zaczęły się niepokoje w Massachusetts i na dalekich rubieżach Connecticut, a niedługo potem biali i Indianie zabijali się na potęgę. Mieszkańcy Nowego Jorku byli przerażeni.
Buntownicze plemiona należały do rodziny Algonkinów, więc było bardzo prawdopodobne, że Indianie mieszkający wokół nas również dołączą do walki. Zostali już nieco wytrzebieni, ale w górnym biegu rzeki i na Długiej Wyspie było ich wciąż dużo.
Jednak gubernator Andros wiedział, co robić. Zebrał tych wszystkich Indian i kazał im przysiąc, że nie przystąpią do wojny. Większość musiała zamieszkać w obozie pod miastem, żeby gubernator miał na nich oko. Potem Andros udał się w górę rzeki do Mohawków, obiecał im dużo towarów, ale pod jednym warunkiem: gdyby Algonkinowie wokół Nowego Jorku zaczęli się burzyć, Mohawkowie przybędą i się z nimi rozprawią. To był dobry pomysł, bo dzięki temu nie mieliśmy u siebie żadnych niepokojów.
W tamtym okresie baas zabrał mnie w jedno miejsce na środku Manhattanu, gdzie obozowali Indianie. Powiedział, że zna tych ludzi od dawna, jeszcze z czasów, gdy prowadził z nimi handel. Na skraju polany rozstawili kilka wigwamów. Było tam bardzo ładnie. W trawie rosły poziomki. Baas przez jakiś czas rozmawiał z Indianami w ich języku. Widać było, że jego przyjazd ich ucieszył. Zauważyłem jednak, że niektórzy chorowali. Zaraz potem baas podszedł do mnie i powiedział:
- Quash, boisz się febry?
Febra pojawiała się czasem w mieście. Kiedy miałem z osiemnaście lat, choroba była naprawdę groźna, umierały dzieci i starsi ludzie. Ale mnie nigdy nie dopadła.
- Nie, nie boję się.
- To dobrze. Zostaniesz z tymi ludźmi przez jakiś czas i dopilnujesz, żeby mieli wszystko, czego potrzebują. Gdyby zabrakło jedzenia albo lekarstw, przyjedziesz do mnie do miasta.
Mieszkałem tam przez blisko miesiąc. Niektóre rodziny rzeczywiście ciężko przechodziły chorobę. Zwłaszcza jedna z kobiet, o nieco jaśniejszej skórze niż reszta. Najpierw zmarł jej mąż, a potem o mało nie straciła też dzieci. Ale pomogłem jej zanieść dzieci nad rzekę, gdzie je ochłodziliśmy, a potem pojechałem do miasta po płatki owsiane i inne rzeczy. Tak sobie myślę, że gdybym jej nie pomógł, to te dzieci też by umarły. Opowiedziałem o tym baasowi, a on powiedział, że dobrze się sprawiłem.
Ale gdy choroba minęła i wróciłem do domu, ledwo przekroczyłem próg, naskoczyła na mnie moja pani.
- Traciłeś tylko czas na tych Indian! - krzyczała. - Zajmij się swoją robotą, masz wysprzątać cały dom, bo przez ten miesiąc zdążyłeś go zapuścić. - Wiedziałem, że pogardza Indianami, ale to przecież nie moja wina, że im pomagałem. Baas uspokajał mnie, żebym się tym nie przejmował, jednak pani już chyba zapomniała, że uratowałem jej życie, bo przez jakiś czas odnosiła się do mnie bardzo chłodno.
Te wydarzenia uświadomiły mi, że można przeżyć z kimś całe życie, a i tak nie pozna się go do końca.
Z pewnością zaskarbiłem sobie wielką wdzięczność baasa. Jakiś miesiąc potem zawołał mnie do izby, w której zwykle pracował, i kazał zamknąć za sobą drzwi. Palił fajkę. Patrzył na mnie z powagą, więc przez chwilę myślałem, że czekają mnie kłopoty.
- Quash - odezwał się po jakiejś minucie albo dwóch. - Nikt nie żyje wiecznie. Któregoś dnia ja też umrę. Zacząłem się zastanawiać, co się wtedy z tobą stanie.
Pomyślałem, że będę zapewne potem pracował dla jego syna Jana. Ale nie odzywałem się, tylko słuchałem z szacunkiem.
- Postanowiłem więc, że odzyskasz wolność.
Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Dawno temu wszyscy znani mi wyzwoleńcy pracowali dla Kompanii Zachodnioindyjskiej. Rzadko się słyszało, żeby prywatni właściciele wyzwalali swoich niewolników.
Więc gdy to powiedział, byłem wniebowzięty.
- Dziękuję z całego serca, panie.
Przez chwilę pykał fajkę.
- Ale dopóki żyję, będę cię potrzebował - dorzucił. Musiałem dziwnie na niego spojrzeć, bo zaczął się śmiać. - Pewnie teraz zastanawiasz się, ile mi jeszcze zostało, co?
- Nie - zaprzeczyłem, ale obaj wiedzieliśmy, że to nieprawda. Zaczął śmiać się jeszcze głośniej.
- No cóż, jeszcze mi się nie śpieszy na tamten świat - powiedział. A potem uśmiechnął się dobrotliwie. - Może będziesz musiał długo poczekać, ale nie zapomnę o tobie.
Uwierzyłem, że któregoś dnia spełni się moje marzenie o wolności.
Nie spodziewałem się więc, że niedługo potem będę miał powód do jeszcze większej radości.
Po wojnie z Indianami w Nowym Jorku znów zapanował spokój. Mieszkali już wtedy u nas bogaci angielscy plantatorzy, którzy przybyli z Barbadosu i innych miejsc. Zajmowali duże domy przy nabrzeżu Rzeki Wschodniej, a niektórzy nie mówili nawet po niderlandzku. Ale Holendrzy i tak trzymali się razem. W ogóle można było odnieść wrażenie, że gubernator Stuyvesant wciąż jest na stanowisku, bo w mieście przeważały holenderskie domy, a na ulicach słychać było głównie język niderlandzki.
Meinheer Leisler był już wtedy ważną figurą w mieście, a Holendrzy z niższych warstw bardzo go lubili. Często zaglądał też do mojej pani, zawsze był miły i schludnie ubrany, w kapeluszu miał pióro. Jego zainteresowanie sprawiało pani wielką przyjemność. A to dlatego, że - choć wciąż była piękną kobietą - zbliżała się do wieku, w którym nie rodzi się już dzieci, i czasem była nieco przygnębiona. Baas o tym wiedział, więc zawsze był dla niej czuły i starał się sprawiać jej różne przyjemności.
Niestety nie dało się tego powiedzieć o panience Clarze. Po ślubie swojego brata moja ukochana dziewczynka zamieniła się w potwora. Aż nie mogłem w to uwierzyć. Na pozór była wciąż tą samą śliczną jasnowłosą dziewczynką. Mnie traktowała dobrze, a do ojca odnosiła się prawie zawsze z szacunkiem. Ale dla matki była diablicą. Gdy pani prosiła ją o pomoc w gotowaniu albo pójście na targ, zaczynała narzekać, że obiecała odwiedzić przyjaciółkę, przecież matka o tym dobrze wie, a teraz się z nią nie liczy. Gdy pani coś powiedziała, panienka Clara od razu jej zaprzeczała. Gdy coś szło nie tak, winą obarczała matkę. Czasem pani nie mogła tego wytrzymać. Baas brał Clarę na rozmowę i groził, że ją ukarze. Ale wkrótce panienka znów zaczynała swoje fochy. Bardzo współczułem swojej pani.
Pewnego dnia przyszedł do nas pan Master w towarzystwie jednego z angielskich plantatorów. Rozmawiali po angielsku, ale znałem już wtedy trochę słów w tym języku, więc co nieco zrozumiałem.
Zaraz na początku baas poprosił mnie po niderlandzku, żebym mu czegoś poszukał. Spełniłem polecenie. Poprosił mnie o kolejną rzecz, którą równie szybko znalazłem, przy okazji rzuciłem jakąś uwagę, która go rozśmieszyła. Wróciłem na swoje miejsce. Zauważyłem jednak, że plantator przygląda mi się uważnie, a potem mówi do baasa po angielsku, że nie powinien mnie tak łagodnie traktować, bo na plantacjach mają z niewolnikami wiele problemów i jedynym na to sposobem jest trzymanie broni pod ręką i wymierzanie chłosty za najmniejszą zuchwałość. Wbiłem wzrok w podłogę, udając, że nie rozumiem, a baas roześmiał się i powiedział, że sobie to zapamięta.
Ich rozmowa dotyczyła niewolników. Pan Master wrócił właśnie do Nowego Jorku ze świeżym ładunkiem, miał też kilku Indian. Inne kraje skarżyły się, że do niewoli trafiają ich ludzie, więc gubernator Andros wydał dekret, na mocy którego na targu można sprzedawać tylko czarnych - wszystkie kraje były zgodne, że Murzyni powinni być niewolnikami. To jednak było dla pana Mastera pewną niedogodnością.
- Zamierzam sprzedać tych Indian w prywatne ręce - powiedział. - Mam ładną młodą Indiankę i pomyślałem sobie, że zechcecie ją kupić.
W tym momencie do pokoju weszła pani. Była bardzo zirytowana, więc domyśliłem się, że panienka Clara znów wyrządziła jej przykrość. Pani czasem udawała, że nie rozumie angielskiego, ale tym razem zaczęła krzyczeć:
- Nie chcę w swoim domu żadnych śmierdzących Indian! - Potem zwróciła się do baasa: - Ale potrzebna mi dziewczyna do pomocy. Kup jakąś czarną.
Baas chętnie korzystał ze sposobności, żeby sprawiać pani przyjemność, więc już nazajutrz kupił jej młodą niewolnicę. Miała na imię Naomi.
Miałem wtedy jakieś trzydzieści lat. Naomi była o dziesięć lat młodsza ode mnie. Ale jak na swój wiek była bardzo mądra. Miała okrągłą twarz, była drobna i nieco pulchna, co akurat mi się podobało. Na początku czuła się w domu obco, więc niewiele mówiła. Ze mną jednak rozmawiała. Dni mijały, a my zawieraliśmy ze sobą coraz bliższą znajomość, opowiadaliśmy sobie o swoim życiu. Ona mieszkała wcześniej na plantacji, ale miała szczęście, bo pracowała w domu jako służąca. Gdy właściciel plantacji po śmierci pierwszej żony ożenił się ponownie, nowa pani oznajmiła, że chce mieć nowych niewolników, a wszystkich starych należy sprzedać. W ten sposób Naomi trafiła do handlarza, który przywiózł ją do Nowego Jorku, gdzie ceny za niewolników były wysokie.
Powiedziałem jej, że trafiła do dobrego domu, co ją trochę uspokoiło.
Nieźle nam się ze sobą układało. Czasem pomagałem jej przy cięższych pracach, a gdy byłem zmęczony, ona pomagała mnie. Kiedy przez kilka dni chorowałem, opiekowała się mną. Była bardzo dobra i z tego powodu zacząłem darzyć ją coraz większym uczuciem.
Pomyślałem nawet, że mogłaby zostać moją żoną.
Nigdy nie narzekałem na brak przyjaciółek. Miałem znajome w mieście, ale szczególnie chętnie zaglądałem do dziewczyny, która mieszkała w małej wiosce nad Rzeką Wschodnią niedaleko Świńskiej Wyspy. Nazywała się Violet. Letnimi wieczorami, kiedy baas już mnie nie potrzebował, wymykałem się do niej. Violet miała kilkoro dzieci - być może byłem ojcem któregoś.
Ale Naomi była inna niż te kobiety. Zależało mi na niej. Gdybym miał zawrzeć z nią związek, musiałbym się ustatkować, a wcześniej nie przychodziło mi to do głowy. Więc przez jakiś czas pilnowałem się, aby nasza przyjaźń nie przerodziła się w nic głębszego. Wkrótce zauważyłem, że moje zachowanie ją zastanawia, ale nic nie mówiła, a ja nie zwierzałem się jej ze swoich przemyśleń.
Pewnego wieczoru, a było to zimą, zobaczyłem, że Naomi cała się trzęsie. To była jej pierwsza zima w Nowym Jorku. Pochodziła z ciepłych krajów, nie spodziewała się więc, że będzie marznąć. Usiadłem obok niej i otoczyłem ją ramieniem. I oczywiście na tym się nie skończyło. Po tamtej nocy dość szybko zaczęliśmy żyć z sobą jak mąż i żona.
Baas i pani musieli o tym wiedzieć, ale nic nie mówili.
Przyszła wiosna. Któregoś dnia baas zabrał mnie ze sobą w górę Rzeki Hudsona. Zawsze chciałem zobaczyć tę wielką rzekę, więc wyjazd mnie ucieszył, mimo że oznaczał rozłąkę z Naomi. Zazwyczaj baas wyprawiał się na północ kilka tygodni później, ale Clara i pani ciągle się ze sobą kłóciły, więc podejrzewam, że chciał mieć od nich trochę spokoju.
Tuż przed naszym wyjazdem baas i pani odbyli przykrą rozmowę. Pani nigdy nie lubiła wypraw męża, a teraz zaczęła go winić za zachowanie Clary. Zamknęli drzwi, więc nie wszystko słyszałem, ale gdy odbiliśmy od brzegu, baas patrzył w ziemię i prawie się nie odzywał.
Miał na sobie swój wampum. Zauważyłem już wcześniej, że zakłada go zawsze, gdy wybiera się w górę rzeki. Podejrzewam, że podarował mu go jakiś indiański wódz.
Mieliśmy czterech wioślarzy; baas oddał mi rumpel. Po godzinie od wypłynięcia z przystani wrócił mu dobry nastrój. Mieliśmy przeciwko sobie odpływ i wiatr, więc tego dnia przebyliśmy niewielką odległość, ale baas się tym nie martwił. Chyba po prostu był szczęśliwy, że znów jest na szlaku. Wciąż widzieliśmy w tyle Manhattan, gdy przybiliśmy do brzegu na biwak.
Następnego dnia, gdy nie odpłynęliśmy jeszcze daleko, baas spogląda na mnie i mówi:
- Coś mi się wydaje, Quash, że wziąłeś sobie Naomi za żonę. Nie wiesz, że powinieneś zapytać mnie o zgodę?
- Chyba nie można jej nazwać moją żoną - odpowiedziałem. - Żeby mieć żonę, trzeba wziąć ślub w kościele. - Byłem ciekaw, co na to odrzeknie.
- Anglicy mają na to odpowiednie określenie. Ponieważ mieszkacie razem jak małżonkowie, to zgodnie z angielskim prawem, któremu przecież powinniśmy podlegać, należy ją nazywać twoją konkubiną. A więc - uśmiechnął się - masz być dla niej dobry.
- Więc nie jesteście na mnie źli, panie? - spytałem. Pokręcił głową z uśmiechem. - A pani?
- Nie bój się. - Westchnął. - Przynajmniej w tym się zgadzamy.
Przez jakiś czas patrzył na rzekę, wystawiając twarz do wiatru. Przyglądałem mu się, chcąc zgadnąć, czy nadal jest w dobrym humorze. W końcu odwrócił się do mnie z uśmiechem.
- Panie, mogę was o coś zapytać?
- Pytaj.
- Sprawa jest taka. Powiedzieliście mi, że któregoś dnia będę wolny. Ale Naomi nadal będzie niewolnicą, mimo że jest moją konkubiną.
Milczał.
- Bo widzicie, panie, zastanawiam się, co będzie, jeśli tak się zdarzy, że urodzą nam się dzieci.
Nadal nie odpowiadał, a po chwili skinął głową jakby do swoich myśli.
- No cóż, Quash - rzekł w końcu. - To wymaga namysłu.
Zrozumiałem, że nie chce rozmawiać na ten temat.
Jeszcze tego samego popołudnia przybiliśmy do brzegu. Była tam indiańska wioska. Baas kazał mi zostać w łodzi, a sam poszedł porozmawiać z Indianami. Nie było go dość długo, a kiedy wrócił, wsiadł i kazał wioślarzom ruszać w górę rzeki. Widać było, że coś go gnębi, więc siedziałem cicho i pilnowałem steru.
Po półgodzinie, gdy minęliśmy zakręt, odezwał się do mnie:
- Pamiętasz te indiańskie dzieci, którym uratowałeś życie?
- Tak, panie.
- Ich matka zmarła. Na febrę.
Ta kobieta była mi obojętna, ale włożyłem dużo wysiłku, żeby uratować jej dzieciaki, więc spytałem, czy im nic się nie stało.
- Nie - powiedział. - Dzieci żyją.
- To dobrze.
Wieczorem rozbiliśmy obozowisko. Zjedliśmy razem posiłek przy ognisku, baas, ja i czterej wioślarze. Baas zawsze dobrze traktował swoich ludzi. Szanowali go, a on potrafił usiąść z nimi i pożartować. I nawet jeśli miał inne sprawy na głowie, zawsze poświęcił im choć chwilę.
Tym razem zabrał ze sobą dobre zapasy i beczułkę piwa. Gdy już się najedliśmy i trochę popiliśmy, wszyscy zaczęli sobie ze mnie żartować, że niby wziąłem sobie kobietę. I tak rozmowa zeszła na kobiety w ogóle. Jeden z wioślarzy roześmiał się i przyznał, że boi się mojej pani.
- Nie chciałbym popaść u niej w niełaskę - powiedział. Zupełnie niepotrzebnie to powiedział, zważywszy na to, że przed odjazdem moi państwo się pokłócili. Zauważyłem, że baas sposępniał, ale zaraz się uśmiechnął.
- Najlepiej nie narażać się żadnej kobiecie - rzucił żartobliwie. Wszyscy się z nim zgodzili. Zaraz potem dodał: - Chyba czas pójść spać.
Wkrótce wszyscy w obozowisku drzemali, ja też się położyłem.
Lecz baas nie mógł zasnąć. Siedział przy ogniu, wpatrując się w rzekę. Wyglądał na zatroskanego, więc pomyślałem, że rozmyśla o przykrej sprzeczce z żoną. Nie odzywałem się.
Siedział tak dosyć długo. Ogień powoli przygasał. Gwiazdy nad rzeką świeciły jasno, ale tu i tam przesłaniały je chmury; po jakimś czasie lekki wiatr zaczął szumieć wśród drzew, delikatnie, jakby szeptał. Ten dźwięk był kojący jak kołysanka, gdy się w niego wsłuchiwałem. Ogarnęła mnie senność. Ale baas wcale nie szykował się do snu.
Chciałem odciągnąć jego myśli od przykrych spraw, żeby mógł w końcu zasnąć, więc powiedziałem:
- Posłuchajcie wiatru, panie.
- Jeszcze nie śpisz? - spytał.
- Może to wam pomoże zasnąć.
- Może.
- Ten wiatr jest taki cichy - mówiłem dalej. - Jakby jakiś głos unosił się wśród sosen. Spróbujcie, panie, na pewno uda się wam go usłyszeć.
Milczał. Ale po chwili zobaczyłem, że przechylił głowę, więc może nasłuchiwał? A gdy przez jakiś czas nie ruszał się, uznałem, że zasnął. Jednak po chwili wstał powoli i spojrzał ku mnie.
Udawałem, że śpię.
Baas ruszył w ciemnościach wzdłuż rzeki.
Długo leżałem, czekając na jego powrót. W końcu zacząłem się niepokoić. W lasach było dużo niedźwiedzi, chociaż gdyby bestia odważyła się zaatakować, usłyszałbym krzyk. Ale gdy baas nadal nie wracał, wstałem i poszedłem za nim. Stąpałem bardzo ostrożnie, nie wydając żadnego szmeru. Nigdzie go nie było. Nie chciałem go wołać, więc nie pozostawało nic innego, jak iść dalej. Przeszedłem chyba pół mili, gdy go w końcu zobaczyłem.
Siedział na skrawku trawy nad wodą, nad nim świeciły gwiazdy. Obejmował ramionami przyciśnięte do piersi kolana. Płakał. Cały się trząsł i zanosił się szlochem. Nigdy nie widziałem, żeby mężczyzna tak łkał. Nie miałem śmiałości pójść dalej, ale nie chciałem zostawiać go w tym stanie, więc zatrzymałem się, a on płakał, jakby serce miało mu pęknąć. Minęło dość dużo czasu, wiatr przybrał na sile, ale on tego nie zauważał. A potem wiatr ustał i pod gwiazdami zapanowała niesamowita cisza. Baas uspokoił się trochę. Nie chciałem, żeby mnie zobaczył, więc oddaliłem się niepostrzeżenie.
Wróciłem do ogniska i próbowałem zasnąć, ale jednocześnie wyczekiwałem, czy nie usłyszę jego kroków. Pojawił się w obozie tuż przed świtem.
Płynęliśmy Rzeką Hudsona przez kolejne dni, po drodze zaglądaliśmy do wiosek Mohawków z drewnianymi domami i palisadami. Baas kupił od nich bardzo dużo skór. A gdy tylko wróciliśmy, wbiegłem do domu, żeby przywitać się z Naomi. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że będziemy mieli dziecko, co mnie wielce uradowało. A niedługo potem nawiedziła mnie myśl, że jeśli to będzie chłopiec, dam mu na imię Hudson, na pamiątkę mojej wyprawy.
Dowiedziałem się też od Naomi, że tego ranka pani i Clara bardzo się pokłóciły i dziewczyna wybiegła z domu.
- Pani jest w okropnym humorze - uprzedziła mnie Naomi.
Baas wszedł do salonu, a ja akurat przechodziłem obok otwartych drzwi, więc usłyszałem, jak mówi pani o futrach kupionych u Mohawków, ale ona nic na to nie odpowiedziała.
- Gdzie Clara? - spytał.
- Wyszła. - Umilkła na chwilę. - Podejrzewam, że zajrzałeś też do swoich indiańskich przyjaciół.
- Tylko na krótko - przyznał. - Nie mieli futer.
Pani się nie odezwała.
- A skoro już o nich mowa. Biała Łania nie żyje - powiedział baas.
Stałem przy drzwiach już od dobrych paru chwil i pomyślałem, że lepiej będzie, jak sobie pójdę, ale usłyszałem jeszcze głos pani:
- I po co mi to mówisz? Przecież to była tylko śmierdząca Indianka.
Po tych słowach zapadła cisza. W końcu baas odezwał się cichym głosem:
- Jesteś okrutna. Jej matka była lepszą kobietą niż ty.
Usłyszałem, że zbliża się do drzwi, więc oddaliłem się pośpiesznie.
Od tamtej pory stosunki między nimi zrobiły się chłodne, jakby coś umarło.
Później często rozmyślałem o tych słowach i chyba odgadłem, co znaczyły. Ale nieszczególnie mnie to obchodziło. Troszczyłem się przede wszystkim o swoją rodzinę.
Z każdym mijającym rokiem coraz mocniej docierało do mnie, jakim szczęściarzem byłem, żeniąc się z Naomi. Cały czas ciężko pracowała w domu, nawet gdy miała wielki brzuch, ale nigdy się nie skarżyła. Wiedziałem, ile ma do roboty, więc pomagałem jej, gdy tylko mogłem. A ona zawsze miała dla mnie miły uśmiech. Mówiliśmy sobie o wszystkim, a uczucie, które nas łączyło, było coraz silniejsze, po kilku latach nie umiałem sobie wyobrazić życia bez niej.
Mały Hudson był chyba najbardziej ruchliwym dzieckiem na świecie. Uwielbiałem się z nim bawić, a baas też czasem do nas dołączał. Hudson myślał chyba przez jakiś czas, że baas jest jego dziadkiem czy kimś takim. Kiedy miał dwa latka, Naomi urodziła drugie dziecko, dziewczynkę. Ale to maleństwo było bardzo słabe i umarło. Jednak po dwóch latach urodziła kolejną córeczkę, daliśmy jej na imię Martha. Miała okrągłą buzię jak jej mama, a gdy dorastała, widać było, że odziedziczyła po niej także charakter.
Czas płynął szybko i wkrótce Hudson skończył pięć lat. Nic, tylko wszędzie biegał. Baas mówił, że nie daje rady go dogonić. A Naomi mówiła, że Hudson jest podobny do mnie. Sadzałem go sobie na ramiona i zabierałem do miasta, gdy miałem jakieś sprawy do załatwienia. A gdy tylko czas na to pozwalał, szliśmy na nabrzeże, bo uwielbiał patrzeć na statki. Najbardziej był zachwycony, gdy słychać było łopot stawianych żagli.
Pewnego dnia pan Master, który przyszedł do nas z wizytą, zapytał Hudsona, co chciałby kiedyś robić. A Hudson na to, że chciałby być żeglarzem.
- Ha! - zawołał pan Master do baasa. - W takim razie powinien pracować u mnie.
Baas się roześmiał. Ale ja przypomniałem sobie te wszystkie ładunki niewolników, których pan Master sprowadzał do Nowego Jorku, i pomyślałem, że nie chcę, by mój syn pływał na takich statkach.
Martha była najczulszym dzieckiem. Gdy wracałem do domu, rzucała mi się na szyję i mówiła, że nie puści, dopóki nie opowiem jej jakiejś bajki. Nie znałem żadnych bajek, więc musiałem je wymyślać. I wkrótce opowiadałem jej historie o wielkim myśliwym imieniem Hudson, który miał bardzo mądrą siostrę Marthę. I oboje przeżywali niezwykłe przygody w lasach pełnych dzikich zwierząt.
W tym samym czasie baas znalazł dla Clary odpowiedniego męża. Oboje z panią byli chyba zadowoleni, że mogą pozbyć się córki z domu. Pani była uszczęśliwiona, że baas wybrał porządną holenderską rodzinę. Ślubu udzielił panience pastor, w holenderskim kościele, tak jak Janowi. Państwo młodzi zamieszkali na Długiej Wyspie, więc nie widywaliśmy panienki zbyt często. Ale pani od czasu do czasu jeździła do Clary, a ich relacje bardzo się poprawiły.
Baas i pani mieszkali pod jednym dachem, ale każde z nich miało swoje życie, więc nawet się ze sobą nie kłócili.
Za to baas bardzo zaprzyjaźnił się z panem Masterem. Pan Master należał do tych ludzi, których czas się nie ima. Wciąż miał taką samą pociągłą twarz, jasne włosy i niebieskie oczy i tylko zmarszczki na twarzy zdradzały jego wiek. Miał przyjemne maniery i zawsze był czymś zajęty. Gdy przychodził, za każdym razem mówił:
- Dobry z ciebie człowiek, Quash. - I patrzył na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami. A czasem mówił do baasa: - Quash to mój przyjaciel. Prawda, Quash?
A ja odpowiadałem:
- Tak, panie.
W tamtym czasie angielscy gubernatorzy, chcąc zapewnić sobie przychylność bogatych holenderskich rodów i czerpać z nich profity, rozdawali hojną ręką nadania ziemskie. Angielskim kupcom też się dobrze wiodło. Pan Master namawiał baasa do nabycia ziemi. Bo w Anglii, mawiał, dżentelmenem jest tylko ten, kto ma dużo gruntów. A inni ważni panowie, jak meinheer Philipse i van Cortlandtowie, do których należały duże posiadłości na północ od miasta, robili wszystko, żeby jak najszybciej stać się dżentelmenami. Ich żony upinały sobie włosy i wkładały piękne suknie, które spłaszczały brzuchy i wypychały biust.
Widziałem, że baas coraz bardziej skłania się do tego pomysłu. Jan też czasem mówił, że powinni kupić trochę ziemi. Ale pani tego nie pochwalała. Nadal nosiła prosty, okrągły czepek i luźną suknię jak inne Holenderki. Ale holenderskie damy kochały klejnoty jeszcze bardziej niż Angielki. Nasza pani miała w uszach wielkie kolczyki i pierścionek na każdym palcu. I cały czas paliła fajkę.
A wszystko, co angielskie, budziło jej coraz większą niechęć."To naród godny pogardy - mawiała. - Pozwalają, by rządzili nimi papiści".
Wyszło bowiem na jaw, że nasz władca, książę Yorku, przez cały czas był katolikiem. Ludzie podejrzewali, że król Karol II też jest w tajemnicy katolikiem, ale on zaprzeczył. Książę Yorku tego nie ukrywał. Wspierał katolików, a nawet wysłał do Nowego Jorku katolickiego gubernatora. W naszym mieście można było wyznawać dowolną religię. A mówią nawet, że połowa mieszkańców w nic nie wierzyła. Ale wszyscy bali się katolików.
Ten katolicki gubernator ogłosił, że w całej prowincji będą się odbywać wolne wybory i że bez zgody tych, którzy zostaną wybrani, nie będą podnoszone podatki. Więc nawet część religijnych Holendrów uznała, że nie jest taki zły. Ale na mojej pani nie zrobiło to żadnego wrażenia.
- Anglikowi nie wolno ufać - oznajmiła. - Tak samo jak papiście.
Koniec 1684 roku był wyjątkowo mroźny. Wielki staw na północ od miasta zamarzł na całe trzy miesiące. Baas, podobnie jak większość Holendrów, lubił jeździć na łyżwach, dlatego pewnego ranka wybraliśmy się na ślizgawkę z Janem i jego dwiema córeczkami.
Jan pracował u swojego ojca, ale wtedy najlepszym interesem było destylowanie rumu z melasy. Już od jakiegoś czasu na wyspie Staten działała gorzelnia, ale Jan wspólnie z panem Masterem założył w mieście nową. Handlował też alkoholami sprowadzanymi z Holandii, między innymi ginem, który nazywał się Genever.
Nad staw wybrała się też pani i panienka Clara z mężem. Nie mieli dzieci, ale panienka wyglądała pięknie jak nigdy. Baas pokazał wszystkim dzieciom, także mojemu Hudsonowi, jak się jeździ na łyżwach, a pani ciągle się uśmiechała i powiedziała, że ci wszyscy ludzie na wielkim stawie wyglądają jak na holenderskim obrazie. Nie przeszkadzało jej nawet, gdy pojawił się pan Master z rodziną.
Pan Master miał syna imieniem Henry, który w tamtym czasie musiał mieć jakieś osiemnaście lat. Był bardzo podobny do swojego ojca. A kiedy zobaczył panienkę Clarę, pięknie zarumienioną od mroźnego powietrza, nie mógł oderwać od niej oczu. I razem jeździli na łyżwach. Nawet panią to rozbawiło.
- Ten chłopak się w tobie zakochał - powiedziała do córki.
Ten radosny dzień na zawsze zapisał się w mojej pamięci.
Nieszczęście przyszło w 1685 roku. Wieść rozniosła się po Nowym Jorku lotem błyskawicy. Zmarł Karol II, a na tronie zasiadł jego brat, książę Yorku. Jakub II, katolik.
Nowy Jork miał katolickiego króla. Który natychmiast przekazał rządy katolikom. A potem podarł dokument ustanawiający wybory w naszej prowincji.
- A nie mówiłam! - zżymała się pani. - Nigdy nie wolno ufać katolikowi.
Ale nie to było najgorsze. Król Ludwik IV postanowił wygnać z Francji wszystkich protestantów. A było ich naprawdę wielu. Musieli pakować dobytek i uciekać. Część udała się do Niderlandów, a wkrótce zaczęli też przybywać do Nowego Jorku. Mówili na nich hugenoci.
Pewnego dnia zawitał do nas meinheer Leisler w towarzystwie jednego z nich, monsieur Jaya. To monsieur Jay powiedział nam, że król Jakub wysłał królowi Ludwikowi list z gratulacjami. I że w Anglii wzbierało niezadowolenie z władcy. Baas był wstrząśnięty, a pani od tej pory rozmawiała tylko o tym. Mówiła, że Anglicy powinni się zbuntować i wygnać króla. Tak właśnie zrobili Holendrzy, będąc pod panowaniem hiszpańskiego króla. Jednak baas zauważył, że Anglicy będą woleli poczekać. Jakub nie miał syna, a jego obie córki były protestantkami. W swoim czasie, powtarzał baas, wszystko wróci do normy. Ale pani wcale nie była tym usatysfakcjonowana.
Przez następne dwa lata wszyscy w Nowym Jorku narzekali na króla.
Któregoś dnia wiosną 1689 roku pani wpadła do domu z szerokim uśmiechem na twarzy, mówiąc, że Anglicy wygnali Jakuba II z kraju.
- Stała się wola boska! - zawołała.
A wszystko z powodu dziecka. Po wielu latach królowi nagle urodził się syn, który miał zostać katolikiem.
- Tego już nawet Anglicy nie zdzierżyli - stwierdziła pani.
Wygnali go niemal natychmiast i posłali po jego starszą córkę Marię. Nazwali to "chwalebną rewolucją".
- Maria jest nie tylko protestantką, ale też żoną Wilhelma, władcy Niderlandów - mówiła. - A teraz będą wspólnie rządzić Anglią. - Niemal tańczyła z radości na myśl o tym, że znowu trafiliśmy pod holenderskie panowanie.
Niedługo po chwalebnej rewolucji dotarły do nas wieści, że Holendrzy i Anglicy wypowiedzieli wojnę królowi Francji Ludwikowi. Ludzie nazwali to wojną króla Wilhelma. Obawialiśmy się, że francuscy katolicy z północy zmówią się z Irokezami i dotrą aż do Nowego Jorku. Rzeczywiście, razem zaatakowali kilku holenderskich osadników w górnym biegu rzeki. Ale dla kupców takich jak baas i pan Master wojna stanowiła też okazję do zarobku.
Zawsze będę pamiętał ten słoneczny dzień, gdy baas zabrał nas na nabrzeże. Pozwolił mi wziąć ze sobą Hudsona. Na miejscu czekali już na nas Jan, pan Master i jego syn Henry. Wiosłową łódką dopłynęliśmy na statek stojący na kotwicy na Rzece Wschodniej. To był naprawdę piękny okręt, miał wysokie maszty i kilka dział. Pan Master oprowadzał nas po pokładzie. Hudson przyglądał się wszystkiemu z ciekawością, jeszcze nigdy nie widziałem, żeby był tak ożywiony. Okręt był wspólną inwestycją kilku kupców, a że byliśmy z Francją w stanie wojny, miał w czasie rejsów atakować francuskie statki handlowe i przejmować ich ładunki. Pan Master miał jedną ósmą udziałów, a baas i Jan tak samo. Nawet ja widziałem, że okręt mógł osiągać znaczną prędkość.
- Przegoni każdego Francuza - powiedział pan Master, bardzo z siebie zadowolony. - Kapitan jest świetnym korsarzem. Jeśli szczęście nam dopisze, zdobędziemy fortunę.
Hudson chciał o coś zapytać i zaczął ciągnąć mnie za rękaw. Kazałem mu być cicho. Ale pan Master powiedział:
- Pozwól mu mówić.
Więc Hudson na to:
- Panie, powiedzcie proszę, jaka jest różnica między korsarzem a piratem?
Baas i pan Master spojrzeli na siebie i się roześmiali.
- Jeśli jakiś statek okrada nas, to jest piratem - wyjaśnił baas. - Ale jeśli okrada wroga, to jest korsarzem.
Niedługo po wypłynięciu okrętu mąż panienki Clary rozchorował się i umarł. Nie mieli dzieci, więc panienka wróciła do rodzinnego domu. Spodziewałem się kłótni, ale lata mijały, a ona dobrze dogadywała się z matką. Oczywiście przez jakiś czas była w żałobie, ale kiedyś usłyszałem, jak pani mówi do baasa:
- Musimy jej znaleźć męża.
Myślę jednak, że była zadowolona z obecności córki w domu.
Moja Naomi dobrze posługiwała się igłą, więc wszystko cerowała i robiła inne poprawki. Zaczęła też uczyć szycia Marthę. Mała miała szybkie i zwinne paluszki, aż dziw, co potrafiła nimi robić. Wkrótce panienka Clara też to zauważyła i była zaskoczona, że dzieciak może być taki zdolny.
- Ta mała to prawdziwy skarb - mówiła.
Zabierała Marthę na spacery. A pani wcale się temu nie sprzeciwiała.
Wysyłanie korsarzy na wrogów okazało się łatwiejsze niż rządzenie prowincją. Przez jakiś czas panowało u nas spore zamieszanie. W Bostonie gubernator króla Jakuba został wtrącony do więzienia. W Nowym Jorku nikt nie wiedział, komu należy się władza. I w tym właśnie czasie meinheer Leisler zapisał się na kartach historii. Jako że był jednym z dowódców straży miejskiej, ojcowie miasta poprosili go, by przejął stery do czasu, aż sprawy się unormują.
Możecie sobie pewnie wyobrazić, że pani była z tego bardzo zadowolona. Leislera wspierało wielu znaczących Holendrów, między innymi doktor Beekman i niektórzy Stuyvesantowie. Miał też za sobą drobnych kupców, rzemieślników i holenderską biedotę, bo był Holendrem. Zaskarbił sobie również względy hugenotów, którzy przybywali niemal na każdym statku. Pomógł im założyć osiedle, które nazwali Nowe Rochelle, na pamiątkę miasta we Francji, z którego ich wygnano. Leislera lubiło też wielu Anglików, zwłaszcza z Długiej Wyspy, bo nienawidzili katolików, a Leisler był porządnym protestantem. A najbardziej religijni mieszkańcy mówili nawet, że chwalebna rewolucja była dowodem na to, że zbliża się Królestwo Boże.
Tak oto meinheer Leisler rządził w Nowym Jorku przez jakiś czas. Ale nie miał łatwego zadania. Pamiętam, jak któregoś razu złożył mojej pani wizytę i skarżył się, że utrzymanie porządku nie jest proste.
- Będę musiał podnieść podatki - mówił. - A to nie będzie dobrze przyjęte. - Zazwyczaj na jego twarzy malowała się beztroska wesołość, ale teraz wyglądał na zmęczonego i strapionego. - Jedno mogę wam obiecać: nigdy nie oddam miasta żadnemu katolikowi.
Meinheer Leisler rządził miastem przez półtora roku.
Pani popierała go całym sercem, ale baas był bardziej ostrożny.
Zacząłem się domyślać, w czym rzecz, gdy pewnego dnia szliśmy główną ulicą biegnącą od fortu do bramy miejskiej. Anglicy nazwali ją Broadway. W tej części miasta mieszkali biedniejsi Holendrzy: stolarze, wozacy, strycharze, szewcy, marynarze. Wszyscy kochali Leislera. Rzuciłem jakąś uwagę, że meinheer Leisler jest bardzo popularny.
- No cóż - powiedział baas. - Nie wyjdzie mu to na dobre.
- Dlaczego? - spytałem. Ale nie odpowiedział.
Jednak wkrótce wszystko stało się jasne. Meinheer Leisler zaczął obsadzać różne stanowiska prostymi ludźmi. A to się nie podobało wielkim holenderskim kupcom. Oraz niektórym pastorom.
Pani nie zwracała uwagi na te narzekania. Za każdym razem stawała po stronie Leislera.
- Jest Holendrem, a my mamy teraz holenderskiego króla - mówiła.
- Ale on jest też królem Anglii - zauważył kiedyś baas. - I ma dwór w Londynie. Wielcy kupcy mają tam swoich przyjaciół, a Leisler nie. - I kazał jej uważać na to, co mówi.
Po kilku miesiącach opozycja urosła w taką siłę, że meinheer Leisler musiał uderzyć. Aresztował meinheera Bayarda. I domagał się rękojmi od van Cortlandta i paru innych. Prosty lud, który kochał Leislera, dopuścił się nawet kilku ataków na domy największych panów. Baas był bogaty, więc obawiał się, że i nas mogą spalić. Któregoś wieczoru wrócił do domu z wiadomością, że na ulicach robi się niespokojnie. A kiedy dowiedział się, że pani wyszła, powiedział:
- Chodź ze mną, Quash. Musimy sprawdzić, czy nic jej nie grozi.
Zaczęliśmy krążyć po mieście. U zbiegu Beaver Street i Broadwayu zobaczyliśmy jakąś setkę kobiet. Maszerowały w kierunku fortu, chcąc okazać poparcie Leislerowi. A na samym czele szła moja pani. Baas wpadł w taką złość, że przez chwilę wydawało mi się, że siłą zawlecze ją do domu, ale zaraz się roześmiał.
- No cóż, Quash - powiedział. - Przynajmniej nie zaatakują naszego domu.
Jednak w końcu okazało się, że miał słuszność, ostrzegając nas przed Leislerem. Z Londynu przybył statek z żołnierzami, którzy mieli przejąć miasto. Meinheer Leisler, wiedząc, ilu ma wrogów, bronił się w forcie, mówiąc, że nie podda miasta bez rozkazu samego króla Wilhelma. Wkrótce takie rozkazy nadeszły. Leisler został aresztowany, bo przedstawiono go królowi jako groźnego buntownika.
- Twoi przyjaciele to uknuli - powiedziała pani z wyrzutem do baasa.
- Ciesz się, że ciebie też nie aresztowali - odparł.
Ale gdy dowiedział się, że rajcy zwrócili się do króla Wilhelma z prośbą o zgodę na egzekucję Leislera, stwierdził, że to hańba.
Niedługo potem do portu zawinął korsarz baasa i pana Mastera. Zdobył jakieś łupy, ale zysk z nich był nieduży. Przywiózł też trochę niewolników. Nie spodobał mi się ich wygląd.
- Oni są chorzy - powiedział pan Master. - Lepiej sprzedajmy ich jak najszybciej. - I pozbył się ich już następnego dnia.
Przez ten cały czas meinheer Leisler siedział w więzieniu, nie wiedząc, jaki los go czeka. Większość mieszkańców była w szoku. W naszym domu panował ponury nastrój. Pani prawie się nie odzywała. Na początku maja jedna z kobiet, która maszerowała z panią do fortu, poprosiła o wypożyczenie Naomi na kilka dni. Miała dla niej jakieś prace krawieckie u siebie na gospodarstwie. Pani się zgodziła. Noami chyba była zadowolona z wyjazdu. W domu było smutno, więc powiedziałem:
- Zabierz ze sobą Marthę.
I pojechały na tę bouwerie, zaledwie dwie mile na północ od miasta. Zostały tam przez dziesięć dni.
Pogoda była wtedy bardzo zmienna. Raz było duszno i gorąco, na ulicach cuchnęło końskim łajnem, a zaraz potem robiło się zimno i padał deszcz. Wszyscy źle to znosili. Na ogół mam dobry humor, ale wtedy ogarniało mnie przygnębienie. Ledwo mogłem pracować. W końcu Naomi i Martha wróciły do domu. Był późny wieczór, nie rozmawialiśmy wiele, a one były takie zmęczone, że od razu poszły spać.
Następnego ranka wybrałem się z baasem na nabrzeże. Pan Master i inni kupcy rozliczali się po ostatnim rejsie korsarza, zastanawiali się, czy wysłać go znów na morze. Potem poszliśmy do fortu, bo baas i pan Master chcieli zasięgnąć wieści o Leislerze. Gdy stamtąd wyszli, baas pokręcił głową.
- Bayard chce go zniszczyć - powiedział. - Podejrzewam, że nie będą się nawet oglądać na króla Wilhelma.
Zbliżaliśmy się akurat do gospody, gdy zobaczyliśmy biegnącego w naszą stronę Hudsona.
- Co się stało? - spytał baas.
- Martha, panie! - krzyknął. - Ona chyba umiera.
Biedne dziecko było rozpalone gorączką. Wyglądało strasznie. Naomi też sprawiała wrażenie chorej, miała dreszcze.
- To przez tych niewolników ze statku baasa - powiedziała. - Sprzedali ich na tamto gospodarstwo. Kiedy przyjechałyśmy, już byli chorzy, a jeden nawet umarł. Jestem pewna, że to przez nich.
Nikt nie wiedział, co to za choroba. Moja mała Martha gorączkowała całą noc, a rano ledwo oddychała. Ja i Naomi opiekowaliśmy się nią przez cały czas, ale gdzieś około północy Naomi była już tak samo chora. Obmywałem je chłodną wodą, żeby zbić gorączkę, ale nie na wiele się to zdało.
Rano w drzwiach stanęła Clara.
- Niech panienka tu nie wchodzi - powiedziałem. - Może się panienka zarazić.
- Wiem, Quash. Ale chcę się nią opiekować.
O mało się nie udławiłem, słysząc te słowa. Ale zawołałem do pani, żeby nie pozwoliła panience wchodzić. Pani próbowała ją powstrzymać, lecz Clara zawsze umiała postawić na swoim. Nie posłuchała ani baasa, ani matki. Powiedziała, że nie odejdzie, dopóki nie da Marcie naparu z ziół, które przyniosła ze sobą. Wtedy baas powiedział:
- Daj też Quashowi.
Ale ona mi nie dała.
A potem wzięła Marthę za rączkę i podała jej lekarstwo. Mała ledwo je połknęła, ale musiało jej pomóc, bo trochę się uspokoiła. Dopiero wtedy panienka zgodziła się wyjść.
Niestety, moja mała Martha zmarła o zmierzchu. Jej matka była wyczerpana i przedtem zapadła w niespokojny sen. Nie chciałem, żeby spała obok martwego dziecka, więc wziąłem Marthę na ręce i wyniosłem ją na podwórze. Baas powiedział, żebym położył ją w stodole i że trzeba ją pochować jeszcze dziś.
Gdy wróciłem, Naomi próbowała wstać. Spytała o Marthę.
- Gdzie ona?! - krzyczała.
- Na dworze jest chłodniej - powiedziałem. Nie potrafiłem wyznać jej prawdy. - Niech sobie trochę odpocznie. - Ale za oknem rozległ się płacz Clary. Widocznie jej powiedzieli.
- Ona nie żyje, prawda? - spytała Naomi. - Moja córeczka nie żyje.
Nie wiem, co mi się stało, ale nie mogłem wydusić z siebie słowa. Naomi opadła na łóżko i zamknęła oczy.
W nocy bardzo źle znosiła gorączkę. Była rozpalona i targały nią dreszcze.
- Ja umieram, Quash - powiedziała. - Umrę jeszcze dziś.
- Musisz się trzymać, jesteś nam potrzebna, mnie i Hudsonowi.
- Wiem.
Nazajutrz się rozpadało. Drobny, ciągły deszcz. Nie miałem głowy do niczego, nie wiedziałem, co się dzieje na świecie, bo opiekowałem się Naomi. Ale po południu przyszedł baas. Zapytał o jej zdrowie, a potem powiedział:
- Słyszałeś najnowsze wieści? Stracili biednego Leislera.
- Przykro mi, panie.
- Pani bardzo źle to zniosła. Skazali go na śmierć jako zdrajcę.
Wiedziałem, co to znaczy. Wieszają człowieka, ale nie tak, żeby umarł, a potem wydzierają mu wnętrzności i obcinają głowę. Aż trudno sobie wyobrazić, że coś podobnego spotkało takiego dżentelmena jak meinheer Leisler.
- Nie był większym zdrajcą niż ja - powiedział baas. - A ludzie biorą sobie kawałki jego ubrania jako relikwie. Mówią, że jest męczennikiem. - Westchnął. - Chyba lepiej, żeby Hudson spał dzisiaj w kuchni.
- Jak pan każe.
Padało przez całą noc. Myślałem, że chłód pomoże Naomi, ale tak się nie stało. O północy rzucała się i krzyczała w gorączce. Potem trochę się uspokoiła. Miała zamknięte oczy i nie wiedziałem, czy czuje się lepiej, czy przestała już walczyć. Tuż przed świtem zauważyłem, że deszcz ustał. Naomi oddychała płytko i była bardzo słaba. Nagle otworzyła oczy.
- Gdzie Hudson? - spytała.
- Nic mu nie jest - powiedziałem.
- Chcę go zobaczyć - szepnęła.
- Lepiej nie.
Jakby zapadła się w sobie. Gdy zaczęło świtać, wyszedłem na chwilę na dwór, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza i popatrzeć na niebo. Było bezchmurne. Na wschodzie świeciła gwiazda zaranna.
Gdy wróciłem do domu, Naomi już nie żyła.
Przez kolejne dni po pogrzebie baas i pani byli dla mnie bardzo dobrzy. Baas pilnował, żebym miał coś do roboty, dawał też jakieś zajęcia Hudsonowi. Miał rację. Pani prawie się nie odzywała, ale widać było, że wciąż nie może otrząsnąć się po śmierci meinheera Leislera.
Pewnego dnia, gdy pracowałem w ogrodzie, przyszła pani i stanęła obok mnie. Wyglądała na zasmuconą. Po chwili powiedziała:
- Ty i Naomi byliście ze sobą szczęśliwi, prawda?
- Nigdy nie powiedzieliśmy sobie przykrego słowa.
Milczała przez chwilę. W końcu odezwała się:
- Tak, okrutne słowa to straszna rzecz. Czasem człowiek ich żałuje. Ale jak już coś zostało powiedziane, to nie da się tego cofnąć.
Nie wiedziałem, co na to odrzec. Po dłuższej chwili pani pokiwała głową do siebie i weszła do domu.
Pod koniec tego roku pani kupiła nową niewolnicę w miejsce Naomi. Chyba myślała, że się z nią zwiążę. Ale nie umieliśmy się dogadać, chociaż nie była złą kobietą. A tak prawdę powiedziawszy, nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł mi zastąpić Naomi.
Hudson był dla mnie wielką pociechą. Mieliśmy tylko siebie, więc spędzaliśmy razem dużo czasu. Był ładnym chłopcem i dobrym synem. I potrafił cały czas siedzieć na nabrzeżu. Uprosił marynarzy, żeby nauczyli go wiązać węzły. Nabrał w tym takiej biegłości, że wiązał liny na najróżniejsze sposoby, a nawet robił z nich różne wzory. Uczyłem go wszystkiego, co sam umiałem. Powiedziałem mu też, że być może pewnego dnia, jeśli taka będzie wola baasa, odzyskamy wolność. Ale nie wracałem często do tego tematu, żeby nie rozbudzać w nim nadmiernych nadziei lub nie skazywać na rozczarowanie, gdyby okazało się, że musimy na tę wolność długo czekać. Bardzo lubiłem, kiedy chodziliśmy gdzieś razem. Mówiąc coś do niego, opierałem mu dłoń na ramieniu; gdy urósł, wtedy to on czasem kładł dłoń na moim.
Dla pani nadszedł bardzo trudny czas. Wciąż była piękną kobietą. Jej jasne włosy posiwiały, ale twarz niewiele się zmieniła. I właśnie wtedy zaczęło się u niej pojawiać coraz więcej zmarszczek, a kiedy była smutna, wyglądała staro. Wydawało się, że wszystko się przeciwko niej sprzysięgło. Większość mieszkańców Nowego Jorku nadal mówiła po niderlandzku, ale z każdym rokiem mieliśmy coraz więcej angielskich praw.
Doszło do tego, że Anglicy chcieli, by ich Kościół - nazywali go Kościołem anglikańskim - był główną religią w mieście. A gubernator ogłosił, że bez względu na to, do jakiego Kościoła ktoś przynależy, i tak musi płacić na utrzymanie angielskich duchownych. Wielu ludzi to oburzyło, zwłaszcza moją panią. Ale niektórzy pastorzy chcieli się przypodobać gubernatorowi, więc się nie skarżyli, a nawet zgodzili się udostępnić anglikanom swoje świątynie, dopóki tamci nie zbudują sobie własnych.
Pani miała przynajmniej rodzinę. Ale baas, mimo że miał już ponad sześćdziesiąt lat, ciągle był zajęty. Wojna króla Wilhelma przeciwko Francji trwała, więc wyruszało wiele wypraw korsarskich. Baas i pan Master właśnie tym się zajmowali. Czasem baas udawał się na północ po futra. A raz wyprawił się z panem Masterem do Wirginii.
Moja pani często zaglądała do Jana, który miał dom niedaleko, i spotykała się z wnukami. Clara też była dla niej pociechą, ale dużo czasu spędzała poza domem, więc pani czuła się chyba samotna.
Jakoś niedługo po powrocie baasa i pana Mastera z Wirginii cała rodzina zebrała się na obiad. Przyszedł Jan z żoną Lysbet i dziećmi, była też panienka. Ja i Hudson usługiwaliśmy przy stole. Wszyscy byli weseli. Akurat podaliśmy maderę po posiłku, gdy panienka wstała i powiedziała, że chce coś ogłosić.
- Mam dla was dobrą wiadomość - oznajmiła, spoglądając dookoła na wszystkich. - Wychodzę za mąż.
Pani była bardzo zdziwiona. Zapytała za kogo.
- Za Henry'ego Mastera.
O mało nie upuściłem talerza, który trzymałem w ręku. A pani patrzyła na panienkę Clarę z niedowierzaniem.
- Za tego chłopca?! - krzyknęła. - Ale on przecież nie jest Holendrem.
- Wiem - powiedziała Clara.
- I jest od ciebie dużo młodszy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki