Prolog
- Świat, jaki wszyscy znamy, ulega ciągłym zmianom. Postęp
technologiczny z jednej strony ułatwia nasze życie: mamy inteligentne
zegarki, implanty płatnicze, większość z nas każdego dnia chodzi w inteligentnych soczewkach kontaktowych... - zaczął swoje przemówienie
mężczyzna na scenie. - Ba, część z nas chodzi i żyje tylko dlatego, że
nosi w swoim ciele wydrukowany sztuczny narząd albo jest po
ksenotransplantacji. Już to pokazuje, że technologia nie tylko wpływa na
nasze życie, lecz także w wielu przypadkach to życie w ogóle umożliwia.
Bez niej części z nas dzisiaj w ogóle by tutaj nie było - kontynuował
szpakowaty jegomość ubrany w czarny golf i jeansy.
- Każdego dnia stykamy się z ogromną dawką technologii, która tak bardzo
zagłębiła się w nasze życia, że przestaliśmy sobie zdawać sprawę z tego,
jak ważna jest ona dla nas oraz dla naszego ciągłego istnienia. Nie
rozumiemy nawet, że bez technologii przestajemy być tym gatunkiem,
którym jesteśmy. Homo technologicus, jak ja to nazywam. Mówią, że aby
ewolucja mogła trwać, potrzebna jest ciągła, silna i wydatna presja
środowiskowa na dany gatunek. Ciągłe zagrożenie lub nieprzychylne
warunki, które działają na gatunek, wymuszając jego dostosowanie się do
nich poprzez adaptację genetyczną - kontynuował mężczyzna, przechodząc
płynnie z tematu technologii na genetykę. - A jeśli to prawda, jeśli
naukowcy się nie mylą, chyba śmiało można stwierdzić, że ewolucja
naszego gatunku, w sensie czysto biologicznym, darwinowskim, uległa
zatrzymaniu. I tak, oczywiście powiecie, że wciąż zdarzają się porody
dzieci z ogonami, z sześcioma palcami u dłoni, autyzmem, a idąc dalej
również sawantyzmem, który niejeden naukowiec rozpatruje dziś w kontekście przyszłości rozwoju naszego gatunku! - zagrzmiał ze sceny
charyzmatyczny mówca.
- Ale to wszystko tylko wybryki natury, przypadki odosobnione. Ogólnie
jako gatunek zatrzymaliśmy naszą ewolucję. Żyjemy we względnie
bezpiecznym środowisku, w otoczeniu, w którym niczego nam nie brakuje.
Nie ma częstego głodu, nie jesteśmy każdego dnia narażeni na działanie
promieniowania ultrafioletowego, bo mieszkamy w domach. Ostatnia wojna
na naszej planecie toczyła się kilkadziesiąt lat temu, a wszelkie
konflikty zostały praktycznie zażegnane. Nie grozi nam też zimno ani
gorąco, bo nosimy ubrania. A przynajmniej większość z nas - zaśmiał się
jegomość, jednocześnie wzbudzając szmer śmiechów na sali.
Po chwili pauzy jednakże mężczyzna wrócił do swojego wykładu.
- A mówię o tym wszystkim, ponieważ w ostatnich latach nasza
technologia, technologia ludzkości, która w wymierny sposób wpłynęła na
zahamowanie naszego genetycznego rozwoju jako gatunku, rozwijała się w tempie, jakiego ten świat nie widział w swoim relatywnie krótkim
istnieniu.
- Czy ktokolwiek zastanawiał się, skąd wzięły się te wszystkie
elektroniczne gadżety? Jak do tego doszło, że jeszcze pięćdziesiąt lat
temu nie potrafiliśmy skutecznie wylądować na Księżycu bez rozbicia
lądownika, a dzisiaj latamy w głęboki kosmos, a pierwsze sondy zaczynają
przynosić nam informacje z innych gwiazd? Innych gwiazd! - prawie
wykrzyczał ze sceny. Po chwili jednak mówca uspokoił się, wziął głębszy
oddech, rozejrzał się po publiczności, próbując utrzymać kontakt
wzrokowy z każdym z osobna, po czym wznowił swój wykład. - Ja się nad
tym zastanawiam każdego dnia. Ludzka innowacyjność rośnie w tempie
wykładniczym i zdaje się, że temu rozwojowi nie ma końca. Co jednak
spowodowało, że niespodziewanie na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu
lat coś się zmieniło? - Tu zawiesił głos, dając każdemu na sali chwilę
do namysłu i na wyciągnięcie własnych wniosków.
- Kto dał nam tę całą technologię? - zadał pytanie z tezą. - Kto, niczym
mityczny Prometeusz, dał nam ten ogień i pomógł nie tylko go utrzymać,
lecz także rozpala go coraz żywszym ogniem? Komu zależy na tym, by
ludzkość rozwijała się tak szybko i w tym konkretnym kierunku? Dlaczego
to wszystko się dzieje? I najważniejsze pytania... Za jaką cenę? I kto tę
cenę zapłaci?
Po zaciemnionym pomieszczeniu rozszedł się głośny szmer szeptów i przyciszonych rozmów, które - po połączeniu wielu wątków - przez chwilę
zamieniły się w istną kakofonię głosów. To, co zaczęło się jako prywatne
dyskusje, szybko przeistoczyło się w istny potok i lawinę pytań oraz
krzyków, teorii i oskarżeń rzucanych w powietrze.
Mówca przypatrywał i przysłuchiwał się temu spektaklowi przez dłuższą
chwilę, a gdy nasycił swoje zmysły przyjemnym dźwiękiem strachu obecnego
w głosach widowni, uniósł rękę w geście ucieszenia. Na sali niemalże
natychmiast zapanowała cisza.
Po chwili mężczyzna ponownie zabrał głos.
- Dysponuję pewnymi niezaprzeczalnymi dowodami, że blisko pół wieku temu
nasi decydenci nawiązali kontakt z obcą inteligencją. I nie mam na myśli
wywiadu wojskowego innego kraju. - Tu uśmiechnął się pod nosem. -
Ludzkość porozumiała się z inteligencją, której wcale nie przyświeca
dobro naszego gatunku. Inteligencją, która chce wykorzystać homo
sapiens do własnych celów. Obcą inteligencją, która wpływa za kulisami
na rozwój naszego gatunku, efektywnie tworząc homo technologicus na
swój obraz. Inteligencją, która nie chce, by nasz gatunek rozwijał się
samodzielnie i biologicznie, za to został ukształtowany zgodnie z wyobrażeniami obcych agentów. A w jakim celu, zapytacie? - Tutaj
mężczyzna zawiesił na moment głos na wzmocnienia swojego przekazu. -
Żeby nas wszystkich zniewolić. Ale nie w sensie takim, jaki znamy z historycznych obrazków. Nikt nie chce, żebyśmy pracowali w kopalniach,
wydobywając dla kosmitów węgiel i diamenty - zaśmiał się pod nosem. -
Och nie, nic z tych rzeczy. Mam niezbite dowody na to, że ta starożytna
rasa, która zmanipulowała umysły wszystkich naszych decydentów, chce
wykorzystać nasz gatunek w swoich własnych galaktycznych konfliktach.
Mówiąc prościej: potrzebują mięsa armatniego na front swojej wojny. A my
jako gatunek coraz bardziej technologiczny mamy odgrywać tę rolę,
walcząc za nich. Technologia za lojalność. Taki jest układ.
Na sali znów zawrzało. Tym razem jednak mężczyzna nie uciszał gwaru i pozwolił mu trwać, upajając się przy tym wyczuwalną niemalże
elektrycznością płynącą z widowni. Poziom strachu i podekscytowania był
praktycznie namacalny. Po dłuższej chwili, gdy pierwszy szok po podanej
informacji zaczęły zastępować pytania: "Po co?", "Jaka wojna?", "Kim oni
są?", "W jakim celu?", "Skąd to w ogóle wiesz?!", mężczyzna ponownie
zabrał głos.
- Niektórzy nazywają mnie szaleńcem, nawet szarlatanem. Inni Mesjaszem i zbawicielem ludzkości. Ja jednak uważam się po prostu za, ekhm...
lokalnego patriotę. Nazywam się Robert Richardson Jr. i jestem
Terraninem. A wy znajdujecie się pośród pierwszych ludzi, którym dane
będzie na własne oczy zobaczyć niezaprzeczalne dowody na prawdziwość
moich słów!
Rozdział 1
Flota wiceadmirała Juroia Nakida składająca się z dwóch niszczycieli o długości ponad 200 metrów każdy, a także jednego krążownika
przypominającego swoim kształtem cygaro o wymiarach 500 na 120 metrów,
po długim, bo blisko pięćdziesięcioletnim locie, wyszła z bańki
Alcubierre'a w układzie Alfa Lyrae oddalonym o nieco ponad 25 lat
świetlnych od Ziemi. Słońce to na Ziemi znane jest również pod nazwą
Wegi - gorącej gwiazdy ciągu głównego, na której powierzchni temperatura
jest blisko dwukrotnie wyższa od temperatury panującej na powierzchni
Słońca. Sam układ planetarny, w którym flota się znalazła, był względnie
młody, gdyż miał raptem kilkaset milionów lat, co w skali kosmicznej
było śmiesznie niską wartością. Kilkaset milionów lat temu, gdy Wega się
dopiero formowała, na Ziemi żyły już wielokomórkowe organizmy, a z wody
na powierzchnię wychodziły pierwsze płazy i gady. Można powiedzieć, że
Wega we wszechświecie jest co najwyżej niemowlakiem, do tego
nieposiadającym jeszcze żadnych własnych planet. Cały układ gwiezdny
stanowią zatem centralna, młoda i rozgrzana gwiazda oraz obłok
protoplanetarny, z którego kiedyś, za miliardy lat może powstać ciało
niebieskie zdolne do wykształcenia istot żywych.
Na razie jednak Wega samotnie przemierza otchłań kosmosu, nie zachęcając
absolutnie niczym do jej odwiedzin czy poznania z bliska. Brak
jakichkolwiek planet skutecznie odstrasza wszelkich podróżników. A jednak załoga Sarassian, wysłana pięćdziesiąt lat wcześniej z drugiej
strony galaktyki, weszła właśnie do tego układu gwiezdnego i zatrzymała
się na jego obrzeżach.
Cała flota na tym etapie pilotowana była przez sztuczną inteligencję,
której rolą było przede wszystkim dopilnowanie osiągnięcia celu, a przy
okazji postaranie się, by jak największa część załogi, która kilka dekad
wcześniej złożyła głowy do hibernacyjnego snu, dotrwała do końca tej
podróży. Co prawda technologia hibernacji była już w użytku od blisko
trzydziestu tysięcy lat, a rasa Sarassian podbijała znany kosmos już
dwukrotnie dłużej, ale technologia ta wciąż nie była doskonała i w blisko dwóch procentach przypadków kończyła się śmiercią zahibernowanego
pasażera. Nie inaczej miało być w przypadku około stu sarassiańskich
żołnierzy i oficerów, którzy na pokładzie trzech okrętów mieli nadzieję
zbudzić się na miejscu, by nieść chwałę dla całej swojej rasy na drugim
końcu galaktyki, ale nie mieli na tyle szczęścia, a ich kapsuły
hibernacyjne po drodze po prostu zawiodły.
Sama technologia hibernacji nie była aż tak trudna do naprawy, jak
mogłoby się wydawać. Problem z nią polegał jednak na tym, że nikt nie
był zainteresowany inwestowaniem w jej modernizację. Skoro działała, to
działała. Statystyka wynosząca dwa procent śmiertelności była do
zaakceptowania przez Triadę Rządzącą całym Imperium. Tam, skąd
Sarassianie pochodzili, personelu było aż nadto. Cała rasa na tym etapie
rozwoju liczyła już kilka bilionów istnień, dlatego marny ułamek
procenta ofiar na tak długim dystansie nie stanowił większego problemu.
Akceptowalne straty. Nawet straty pożądane, bo każda gęba do wykarmienia
to niedogodność przy tej liczebności populacji.
Wiceadmirał został zbudzony przez komputer pokładowy okrętu flagowego
jako ostatni. Nie był on absolutnie niezbędny wcześniej, kiedy to
najniżsi rangą członkowie załogi uwijali się, doprowadzając okręty do
stanu gotowości do ewentualnej potyczki. Teraz, kiedy cała flota wysłana
przez Triadę Rządzącą do tej części galaktyki dotarła bezpiecznie na
miejsce, mogli rozpocząć poszukiwania źródła sygnału
hiperprzestrzennego, jaki dotarł do terytorium Sarassian niedługo przed
rozpoczęciem podróży przez Juroia Nakida.
Sam wiceadmirał nie cieszył się wśród swoich załogantów najwyższym
uznaniem. Stanowiska dochrapał się wyłącznie dzięki konotacjom rodzinnym
i politykowaniu. Jego talent wojskowy ograniczał się do nadzorowania
eksterminacji bezbronnej ludności rodzimych dwóch systemów gwiezdnych,
na które niegdyś natrafili Sarassianie w toku podboju znanej galaktyki.
Marne to było doświadczenie, szczególnie że przy jego okazji Juroi nie
tylko niczego pożytecznego się nie nauczył, ale cały proces podboju ku
chwale Imperium w praktyce oddelegował swoim podwładnym. Sam nie uważał,
by zniżanie się do poziomu swojego przeciwnika i rzeczywiste podjęcie
jakiejkolwiek walki było godne stanowiska wiceadmirała.
Juroi po przebudzeniu się, krótkim posiłku i założeniu munduru udał się
na mostek kapitański, gdzie aż wrzało. Na widok wiceadmirała wszyscy
załoganci ukłonili się w pas, po czym wrócili do własnych zadań.
- Meldować - powiedział w eter zły od samego przebudzenia wiceadmirał,
oczekując jednocześnie, że któryś z członków załogi, najpewniej jego
pierwszy oficer, zda raport, po którego usłyszeniu Juroi będzie mógł z czystym sumieniem udać się do swojej kajuty, oczekując zakończenia tego
nudnego przydziału, który nie tylko wyłączył go na kilkadziesiąt lat z bieżącej polityki Imperium, grzebiąc jego szanse na rychłe wzniesienie
się w hierarchii wojskowej Sarassian, ale także de facto zdegradował
go do wykonywania służby, jaką równie dobrze mogłaby wykonać
zautomatyzowana sonda z podstawową SI.
- Panie admirale - odparł pierwszy oficer Moklet Zopogorn, dla świętego
spokoju pomijając tytularny przedrostek "wice", licząc na to, że
podlizywanie się przełożonemu kiedyś doprowadzi go do awansu i objęcia
dowodzenia własną flotą. - Wyszliśmy z nadświetlnej na obrzeżach
systemu, do którego skierowała nas Triada Rządząca. Wszystko przebiegło
dobrze. Wszystkie okręty zgłaszają gotowość, żadnych nieprzewidzianych
usterek, a liczba zgonów w trakcie diapauzy delikatnie przekroczyła trzy
procenty.
- Trzy procenty? - zapytał zdziwiony Juroi. - Myślałem, że nasze kapsuły
hibernacyjne są odrobinę wydajniejsze? Ilu naszych załogantów straciło
życie podczas naszego idiotycznie długiego rejsu?
- Stu osiemdziesięciu dziewięciu, panie admirale. Nic, czego nie
będziemy w stanie uzupełnić po powrocie do Imperium. Na potrzeby
bieżącej misji pozostały kontyngent zdecydowanie powinien wystarczyć -
odparł Moklet. - W końcu to tylko misja zwiadowcza. Ktoś w niedalekiej
okolicy odkrył transmisję hiperprzestrzenną, więc musimy spróbować
zlokalizować teraz jej źródło i oznaczyć na mapach, żeby armada
kolonizacyjna mogła się tym światem lub światami zająć. Wszystko dla
Sarassian! - Pierwszy oficer odbębnił tradycyjny okrzyk, którym zwykło
się podkreślać znaczenie podejmowanych czynności dla dobra Imperium.
- Wszystko dla Sarassian... - odparł, mamrocząc pod nosem wiceadmirał. -
To co? Widzę, że w tym układzie nie ma planet, więc zakładam, że sygnał
nie dochodzi stąd. Jaki masz plan, pierwszy? - zapytał starszy oficer,
doskonale zdając sobie sprawę, że właśnie przerzucił na swojego
podwładnego ciężar określenia priorytetów i zaplanowania całej misji.
"Plusy bycia wyżej w hierarchii marynarki wojennej" - pomyślał Juroi.
Zaskoczony i zbity z pantałyku pierwszy oficer chwilę się zastanowił, po
czym dumnie wypiął pierś i odparł:
- Panie admirale, rekomenduję przeprowadzenie krótkiego serwisu naszych
okrętów i dokonanie drobnych napraw, a gdy tylko zostaną one zakończone,
myślę, że powinniśmy rozpocząć poszukiwania okolicznych systemów
gwiezdnych pod kątem obecności jakiegokolwiek życia. A co dopiero mówić
o inteligencji i technologii... - dodał pierwszy oficer. - Uważam, że
najefektywniej będzie rozpocząć poszukiwania po spirali, począwszy od
naszej bieżącej lokalizacji. To zmaksymalizuje nasz zasięg, a poza tym
będzie optymalne pod kątem zużycia paliwa i energii - z radością, dumny
z siebie zasugerował Moklet.
- Hmm - zamyślił się wiceadmirał. - Masz rację, musimy sprawdzić
pobliskie systemy. Mylisz się jednak, że mamy czas na dokładne
przeczesywanie każdej chmury pyłu w okolicy najbliższych kilkudziesięciu
lat świetlnych. Mamy tutaj ponad sto systemów potencjalnie planetarnych,
więc zamiast trajektorii spiralnej, będziemy skakać pomiędzy gwiazdami,
które osobiście wytypuję do inspekcji w pierwszej kolejności - odparł
wiceadmirał. "Trzeba utrzeć nosa temu zasmarkanemu i zbyt ambitnemu
podwładnemu" - pomyślał, po czym na głos dodał: - Dzięki mojemu planowi
mamy szansę szybciej trafić na układ, z jakiego nadano transmisję, która
wywołała całą tę przeklętą misję. A że nie zamierzam spędzić tu ani dnia
dłużej, niż jest to absolutnie niezbędne, chcę zmaksymalizować nasze
szanse na szybkie zakończenie tego przydziału - odparł. - Przeprowadźcie
wszystkie niezbędne naprawy, a następnie dajcie mi kilka godzin na
dokładne zaplanowanie naszej trasy - odparł wiceadmirał z wyższością, a następnie obrócił się na pięcie i wyszedł z mostka kapitańskiego, udając
się w kierunku własnej wygodnej kajuty.
Pierwszy oficer jedynie spojrzał na tył oddalającej się głowy
przełożonego, zastanawiając się, jak taki nieudolny i niekompetentny
oficer zdołał wyprzedzić go w hierarchii sarassiańskiej floty wojennej.
Czym sobie zasłużył, by służyć pod taką gnidą, która nie potrafiła
przeprowadzić prawidłowo nawet tak prostego zadania, jakim było
odnalezienie źródła sygnału radiowego od prymitywnej cywilizacji... Moklet
zaczął fantazjować, jak przyjemnie byłoby wbić sztylet w trzewia tego
bęcwała. Gdyby tylko rytualne pojedynki nie zostały zakazane przez
Triadę Rządzącą kilkanaście pokoleń temu, kiedy okazało się, że wskutek
działań zakulisowych i honorowych potyczek kadra zarządzająca
najwyższego szczebla zaczęła się niepokojąco szybko kurczyć, ustępując
miejsca ambitnym, ale niedoświadczonym oficerom... W kontekście całego
podboju znanej galaktyki może nie miało to jednak większego znaczenia,
bo sama liczebność armii i floty Sarassian sprawiała, że żadna rasa,
nawet zaawansowana technologicznie i zdolna do kosmicznych lotów, nie
była w stanie oprzeć się potędze choćby niekompetentnych sarassiańskich
dowódców.
Plan wiceadmirała miał większą szansę na kompletne przeoczenie źródła
sygnału niż jego znalezienie - przynajmniej w krótkim czasie. Bardziej
prawdopodobne, że wskutek niekompetentnych decyzji szefa całej floty
kilka tysięcy załogantów i oficerów spędzi tutaj kolejne miesiące, jeśli
nie lata, usiłując ustalić, kto i po co próbował kontaktować się z Imperium Sarassian po drugiej stronie galaktyki.
- Cóż - westchnął Moklet.
"Nie mam wyjścia, na razie muszę wykonywać rozkazy. Jeśli jednak uznam,
że brak wyobraźni wiceadmirała naraża nas na poważne niebezpieczeństwo,
albo co gorsza może narazić na szwank sukces bieżącej misji, przejmę
dowodzenie, a wiceadmirałowi pozwolimy podziwiać chmury pyłu gwiezdnego
z najlepszego miejsca: bezpośrednio z ich sąsiedztwa. Oczywiście
niekoniecznie z pokładu któregokolwiek z okrętów. Może bliskie spotkanie
z chmurą wodoru, w mniejszej lub większej próżni przestrzeni
międzygwiezdnej, nauczy dowódcę odrobiny pokory. Nawet jeśli będzie to
ostatnia nauka, jaką zdoła on wziąć w swoim życiu".
Rozdział 2
Marie pędziła na rowerze ruchliwą ulicą Bostonu. Z ogromną prędkością
mijała samochody stojące w korku raz z lewej, raz z prawej strony, i nie
zwracała uwagi na dźwięki klaksonów, ludzi wrzeszczących na nią z okien
mijanych pojazdów, ani przerażone westchnienia i nawoływania
przechodniów, których o mało co nie rozjechała na jednym czy drugim
przejściu dla pieszych.
Pędziła przed siebie, ile tylko miała sił w swoim dwudziestoletnim
ciele, i nie zważała na niebezpieczeństwa, jakie czyhały na nią na
trasie. A wszystko dlatego, że od dobrych kilku minut trwał
najważniejszy egzamin w jej dotychczasowym dorosłym i w pełni
samodzielnym życiu. Egzamin, na którym ewidentnie jej nie było, a być
powinna.
Poprzedniego dnia zamiast skoncentrować się na nauce, Marie uznała, że
ma lepszy na sposób na spędzanie czasu niż całonocne zakuwanie do
egzaminu. Zresztą każdy pomysł był lepszy od nauki. To zasada, która
przyświecała jej od co najmniej dziesięciu lat, kiedy to odkryła, że
uczy się o wiele szybciej niż jej rówieśnicy. Nigdy nie musiała uczyć
się do sprawdzianów, zawsze była przygotowana - i to mimo tego, iż
zobaczenie jej z książką graniczyło zwykle z cudem.
Marie fizykę po prostu znała i czuła całą sobą. Dlatego Teoria pola
kwantowego III - odwieczny wróg
zdecydowanej większości studentów ostatniego roku wydziału fizyki na
Harvardzie, a także ostatni kurs przed obroną pracy dyplomowej, był dla
Marie... nieskomplikowany. Może nie tyle łatwy, ile po prostu nie wymagał
od niej pracy umysłowej na najwyższych obrotach. Marie zawsze
fascynowała przyroda, zjawiska fizyczne i to wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu wiązało się z niewyjaśnionymi dotychczas i tajemniczymi zjawiskami kwantowymi. "Lekka lektura do poduszki" zwykła
żartować, gdy tylko ktoś pytał ją o to, co myśli na temat obranego przez
siebie kierunku naukowego rozwoju.
Wczoraj zamiast uczyć się przed egzaminem, Marie skończyła na jednej z wielu imprez, jakie organizowane były na kampusie uczelni praktycznie
każdego dnia. Gdzieś zawsze coś się działo, można było poznać kogoś
ciekawego i pogadać o przyziemnych rzeczach, czując się choć przez
chwilę jak normalny i naiwny człowiek - czyli ktoś, kim Marie
zdecydowanie nie była. Jej zrozumienie niuansów fizyki kwantowej, teorii
strun czy innych do niedawna czysto teoretycznych koncepcji sprawiało,
że niejeden profesor był pod wrażeniem jej wiedzy. Nieraz zdarzało się
jej także wywołać konsternację na twarzy wykładowcy, gdy na zadanego
przez niego skomplikowane pytanie potrafiła przypadkiem (lub nie)
wprawić w zakłopotanie nawet największych weteranów tej dziedziny
fizyki. Do tego stopnia, że na uczelni miała tyluż fanów wśród
studentów, iluż wrogów wśród kadry dydaktycznej, która nie przywykła do
tego, by zwykła studentka, do tego europejskiego pochodzenia, regularnie
ośmieszała przy rzeszach kolegów i koleżanek najwybitniejsze umysły
Harvardu.
Dzisiaj jednak, pędząc na rowerze na złamanie karku, ostatnią rzeczą,
jaka chodziła Marie po głowie, było to, co pomyślą jej wykładowcy, gdy
wreszcie uda się jej dotrzeć na egzamin. Nie, studentka doskonale
wiedziała, co pomyślą: "No i co, młoda pannico, wreszcie przyszła kryska
na Matyska! Na egzaminy powinno się przychodzić dziesięć minut przed
czasem, a nie po. Oblany!".
Marie powtarzała sobie w duchu, że ta imprezowa odskocznia dnia
poprzedniego była warta całego wiadra pomyj, jakie niechybnie wyleją się
na nią po przekroczeniu murów uczelni. O ile w ogóle zostanie
wpuszczona, bo z tego całego pośpiechu studentka nawet nie zdążyła się
przebrać, zjeść śniadania, a co dopiero umyć. Gdy dojeżdżała już do
budynku, w którym odbywał się egzamin, do którego zdecydowanie była
przygotowana, Marie zdała sobie sprawę, że w długie włosy wciąż ma
wplątane jakieś chipsy, które najwyraźniej walały się na podłodze w akademiku, gdzie spędziła noc. A właściwie parę ostatnich godzin, bo
spać poszła dopiero nad ranem.
- Ugh, fuuuuj! - Z obrzydzeniem wyjęła z włosów resztki jedzenia i czegoś lepkiego, po czym spróbowała wytrzeć wszystko o drzewo stojące
obok wejścia, przy którym właśnie odstawiła swój rower.
Marie z pędem przebiła się przez drzwi do budynku, które jedynie
zaskrzypiały, po czym studentka skierowała się po schodach na pierwsze
piętro do auli, w której od kilkudziesięciu minut wszyscy studenci z jej
kierunku spokojnie pisali egzamin.
Marie dobiegła do drzwi wejściowych, przeczesała dłonią zmierzwione i potargane wiatrem włosy, poprawiła wczorajszy strój, nie do końca
odpowiedni na egzamin tej rangi, ale jedyny, na jaki mogła sobie
pozwolić w tak krótkim czasie od porannej pobudki, po czym, nabrawszy
głęboko powietrza dla uspokojenia oddechu, pociągnęła za klamkę,
uchyliła drzwi i weszła do sali.
Jeśli Marie miała jakiekolwiek nadzieje na ciche zajęcie miejsca i napisanie tego nieszczęsnego egzaminu, to wszelkie jej marzenia prysły z chwilą przestąpienia progu pomieszczenia, kiedy to wraz z dźwiękiem
okropnie skrzypiących drzwi wszystkie oczy i uszy obecnych skierowały
się na jej osobę.
"To tyle, jeśli chodzi o wejście incognito..." - pomyślała zła na siebie
studentka.
- Pani Cousteau! - głośno powiedział niski, przysadzisty człowiek ubrany
w wyblakłą marynarkę z klasycznymi profesorskimi łatami na łokciach.
Jego krótką twarz z przydługim, spiczastym nosem zdobiły małe okulary,
jak gdyby pożyczone od mniejszego brata albo lalki, za którymi kryły się
jeszcze mniejsze i jakby nienaturalnie blisko siebie osadzone oczy.
- Profesorze Duncan - odparła Marie speszona i niegotowa na starcie,
jakie właśnie zbliżało się wielkimi krokami. - Przepraszam za
spóźnienie. Zaspałam. Ja...
- Czy chce pani powiedzieć, że ostatni egzamin z teorii pola kwantowego
nie był dla pani tak ważny, jak dobry sen po... - tu przyjrzał się jej
uważniej, dostrzegłszy jakieś nieczystości w jej fryzurze - ... udanym
buszowaniu w akademickim śmietniku? - dodał z wyrzutem.
Wypowiedź profesora wzbudziła na auli powszechny, przytłumiony chichot,
choć profesor zdawał się nie zwracać teraz uwagi na ten fakt. Większą
frajdą stało się dla niego dalsze upokarzanie spóźnionej studentki,
która nieraz wykazała się lepszym zrozumieniem wykładanego przez niego
przedmiotu niż on sam. Nie zmieniało to jednak faktu, że póki co to on
był tu wykładowcą. Alfą i omegą. Różnicą pomiędzy karierą naukową
wynikającą ze zdanego egzaminu a karierą w fast foodzie. A teraz, kiedy
wreszcie poczuł krew niczym pies na polowaniu, uznał, że nie odpuści,
dopóki ofiara nie przestanie się poruszać.
- Panie profesorze, jak wspominałam, to spóźnienie nie do końca wynika z mojej winy... - zaczęła się raz jeszcze tłumaczyć Marie, usiłując
jednocześnie nie wyjść na bardziej winną niż była w rzeczywistości.
- Cisza! - ryknął profesor niespodziewanie, nie mając najwyraźniej
ochoty na grę w kotka i myszkę.
Czasem zabawa z jedzeniem dawała mu mnóstwo przyjemności, ale w tym
konkretnym przypadku przysadzisty wykładowca uznał, że szybka
gratyfikacja zamiast powolnego pożerania ofiary będzie dla niego
wystarczająca. Szczególnie że stanie się to w auli wypełnionej po brzegi
studentami - jego małym królestwie, gdzie berło pana i władcy dzierży
właśnie on, i gdzie wszyscy zobaczą, że to on ma władzę i przewagę nad
tą krnąbrną studenciną.
- Jeśli wydaje się panience, że na moje wykłady i egzaminy nie trzeba
stawiać się punktualnie, to jest pani w ogromnym błędzie. Może i posiada
pani bogatą wiedzę, ale kultury, manier i ogłady nikt chyba pani nie
wpoił, dlatego ten obowiązek powziąłem na siebie ja. A nie ma lepszego
sposobu na wbicie pani do głowy odrobiny pokory niż pokazanie pani, że
nie znajduje się ponad zasadami, jakie obowiązują pozostałych studentów
tej uczelni. W końcu to Harvard, a nie jakiś Princeton czy Yale. Tutaj
mamy tradycję kształcenia najlepszych umysłów tego świata, a te z kolei
nie byłyby największymi umysłami bez odrobiny pokory właśnie - dodał z wyższością, patrząc na Marie, i wciąż znajdując się kilkanaście metrów
poniżej jej niewielkiej osoby, przy pulpicie w rogu auli.
- Dlatego, moja droga pani Cousteau, nie może pani przystąpić do
egzaminu, a tym samym oblała pani cały semestr. - Profesor z nieszczerym
uśmiechem oblizał usta, mrużąc przy tym swoje opuchnięte niczym u mopsa
oczy.
- Widzimy się - tu powiedział, po czym dodał niby mimochodem - ...lub też
nie... - tu puścił oko do siedzących w pierwszych rzędach - ...w kolejnym
semestrze, na poprawce. A teraz ma pani wolne. Proszę opuścić aulę i nie
przeszkadzać wszystkim zebranym tu sumiennym studentom, którzy zamiast
imprezować do samego rana, uczyli się na przedmiotowy egzamin.
Gdyby ktoś mógł w tym momencie odczytać, co kłębiło się w myślach Marie,
z pewnością szybko zrezygnowałby z podsłuchiwania jej wewnętrznego
dialogu, a jego uszy zwiędłyby od wszystkich soczystych epitetów, jakie
przyszły jej do głowy.
Studentka jednak wzięła głęboki oddech, uspokoiła się mentalnie, po czym
delikatnie uśmiechnęła i radosnym prawie tonem odparła:
- Ma pan profesor absolutną rację. Przepraszam za moją postawę, to się
już nie powtórzy - odparła. - Zresztą, nie mogę się już doczekać
kolejnych pięciu miesięcy naszych oświecających i długich rozmów przy
tablicy, panie profesorze. Każdą chwilę, którą dane mi było spędzić na
wymianie poglądów z panem profesorem, chowam w moim sercu bardzo głęboko
i cieszę się na kolejne dysputy - dodała z szerokim uśmiechem, doskonale
wiedząc, że właśnie odpłaciła wykładowcy pięknym za nadobne. - Jestem
pewna, że zarówno pan profesor, jak i kolejne pokolenie młodych
studentów z chęcią i niekłamaną satysfakcją będą się przysłuchiwać
każdemu słowu, jakie wymienimy na nadchodzących zajęciach.
Profesor Duncan jedynie zmrużył oczy i czoło, a jego twarz zaczęła
nabierać odcienia ciemnej purpury. Marie jednak nie dała mu okazji na
ripostę. Pragnęła zachować w tych niesprzyjających okolicznościach choć
pozory wygranej potyczki słownej, dlatego sprawnie obróciła się i skierowała do drzwi, którymi jeszcze parę chwil temu cichaczem wkroczyła
do pomieszczenia.
Po opuszczeniu auli Marie przyspieszyła kroku i w równym stopniu
wściekła zarówno na wykładowcę za publiczne obnażenie jej spóźnienia,
jak i na siebie za podjęcie takiego, a nie innego wyboru poprzedniego
dnia, udała się w kierunku pozostawionego przy drzewie roweru, a w dalszej kolejności do swojego małego mieszkania na przedmieściach
Bostonu, które razem z najlepszą przyjaciółką Giną - studentką
socjologii na tym samym uniwersytecie - wynajmowała już trzeci rok. O mieszkaniu w pobliżu uczelni mogła z pewnością zapomnieć, gdyż w okolicy
kampusu uczelnianego koszty najmu były horrendalnie wysokie i było na to
stać jedynie najzamożniejszych studentów, zwykle pochodzących z bogatych
rodzin prawników, dziedziców rodzinnych fortun, a czasami tych
zarabiających na swoje utrzymanie handlem przeróżnymi proszkami
wspomagającymi naukę.
Marie nie należała do żadnej z tych grup. Była zwykłą studentką, choć -
tego nie można jej było odmówić - dość błyskotliwą i inteligentną.
Najbliżej do celebrytki było jej może jedynie za zasługą sławnego
onegdaj dziadka, który kilka dekad wcześniej przeżył własną chwilę
sławy, gdy o mało co nie udało mu się razem z jakąś Amerykanką, której
imienia Marie nie mogła sobie przypomnieć, skutecznie wylądować dość
prymitywnym na dzisiejsze standardy pojazdem kosmicznym na Księżycu.
Pech chciał, że dziadek Marie, który podczas tamtej pechowej misji był
pilotem, dokonał swojego żywota w spektakularnej katastrofie lądownika
na tymże Księżycu, a następnie w potężnym wybuchu, który transmitowała
wtedy chyba każda stacja telewizyjna. Tak przynajmniej opowiadał jej
ojciec, który wówczas był małym dzieckiem i dziadka Marie zbyt dobrze
nie zapamiętał.
Marie miała zatem do pokonania na rowerze nie kilka przecznic, ale
blisko siedem mil. Czekała ją kilkudziesięciominutowa przejażdżka.
Wiedziała, że dzisiejszego niekorzystnego obrotu spraw nie zmieni już
nic, ale przecież nikt nie mówi, że przez tę niefortunną sytuację cały
dzień trzeba uznać za stracony.
Gdy tylko Marie odjechała i udała się w sobie tylko znanym kierunku,
osobowy elektryczny sedan zaparkowany nieopodal w ustronnym miejscu z dobrym widokiem na drzewo z opartym wcześniej o nie rowerem ruszył
powoli ulicą, podążając ospale za błyskotliwą studentką.
Rozdział 3
Na Księżycu prace przy rozbudowie cywilnej stacji księżycowej trwały w najlepsze. Lunonauci uwijali się sprawnie przy obsłudze wózków i pojazdów transportowych, przewożąc i przenosząc składniki przyszłej
instalacji w wyznaczone miejsca, montując je i przygotowując kolejne
elementy konstrukcji.
Na przestrzeni ostatniego półwiecza ludzkość wreszcie oficjalnie
skolonizowała naturalnego satelitę Ziemi, a kolejni koloniści
systematycznie zasiedlali nowe składniki habitatu praktycznie każdego
dnia. Obecnie populacja Księżyca przekraczała 20 milionów ludzi, co
jeszcze trzy lub cztery dekady temu wydawało się liczbą wprost
oszałamiającą. W dobie szybkiego postępu technologicznego oraz coraz
powszechniejszych lotów między Ziemią a Księżycem tempo rozwoju
pierwszego księżycowego miasta - Tycho - osiągnęło oszałamiające wprost
wartości.
Na Księżycu potrzeba było pracowników praktycznie każdej specjalności:
od inżynierów i konstruktorów, przez lekarzy, mechaników i operatorów
sprzętu ciężkiego, aż po fryzjerów, personel sprzątający czy pracowników
biurowych. Słowem Tycho rozwijało się jak każde ziemskie miasto - tylko
szybciej, bo parcie na opuszczenie zanieczyszczonej Ziemi i rozpoczęcie
nowego życia w kompletnie nowym otoczeniu było na tyle silne wśród
ziemskich emigrantów, że ludzie wprost masowo osiedlali się poza
granicami ojczystej planety. Świadomość tego, że przedstawiciele
właściwie każdego ziemskiego zawodu z miejsca i bez problemów znajdą na
Księżycu nie tylko zakwaterowanie, lecz także dobrze płatne zajęcie,
stanowiła zachętę dla wielu ludzi, by opuścić rodzinne strony i przenieść się na obcy, choć bliski ziemskiemu świat.
Samo miasto zlokalizowano po widocznej z Ziemi stronie Księżyca, gdzie
co prawda nie można było znaleźć lodu na powierzchni satelity, ale już
kopanie na głębokości zaledwie metra pod regolitem pozwalało na dostanie
się do praktycznie nieograniczonych pokładów kamiennego lodu, jaki
osiadł na powierzchni naturalnego księżyca Ziemi najprawdopodobniej
miliardy lat temu, niedługo po zderzeniu z Ziemią sporych rozmiarów
ciała obcego, w wyniku którego to zderzenia z płaszcza Ziemi oddzieliły
się masy, które na przestrzeni kolejnych milionów lat spowodowały
utworzenie Księżyca właśnie. Wraz z materiałem skalnym z Ziemi w kosmos
odleciała niemała ilość wody, którą to naturalny satelita rodzinnej
planety człowieka siłą grawitacji zdołał ściągnąć na swoją powierzchnię.
A że temperatura na powierzchni Księżyca zwykle jest bardzo niska, toteż
praktycznie cała masa ziemskiej wody została skuta lodem, a następnie
albo schowała się w nieoświetlonych światłem słonecznym wnętrzach
kraterów, szczególnie na biegunach albo pod powierzchnią regolitu,
metrowej grubości warstwą pokrywającą praktycznie całą powierzchnię tego
srebrnego globu. Taka ilość lodu była więcej niż wystarczająca dla
rozpoczęcia skutecznego procesu kolonizacji.
Pierwsze elementy Tycho zaczęły powstawać pod ziemią, w szczególności w zapadniętych fragmentach tub lawowych, będących pozostałością po młodych
latach istnienia Księżyca, gdy ten był jeszcze aktywnym wulkanicznie
obiektem. Sam Księżyc z racji o wiele mniejszej masy od Ziemi dość
szybko ostygł i już po kilkuset milionach lat ochłodził się w stopniu, w którym całkowita aktywność wulkaniczna, w tym formowanie nowych tub
lawowych, praktycznie ustały. Te struktury zaś, które pozostały po
bardziej aktywnym geologicznie okresie, mające nieraz po kilka
kilometrów szerokości, idealnie nadawały się do zasiedlenia, dając
mieszkańcom nie tylko ochronę przed słońcem i jego promieniowaniem, lecz
także stanowiąc niejednokrotnie idealną konstrukcję dla całego
księżycowego budownictwa, co drastycznie obniżało koszty budowy i przyspieszało tempo postępu prac konstrukcyjnych. To właśnie dzięki
rozpoczęciu budowy miasta w takiej lawowej tubie Tycho przeżywało
obecnie prawdziwy rozkwit.
Najnowsze prognozy szacowały, że do końca dwudziestego pierwszego wieku,
to jest na przestrzeni kolejnych 30 lat, w samym Tycho i najbliższym
jego otoczeniu schronienie znaleźć może nawet 100 milionów ludzkich
istnień. Biorąc pod uwagę, że ledwie 50 lat wcześniej ludzie po raz
pierwszy oficjalnie lądowali komercyjnie na Księżycu, i to jeszcze za
pierwszym razem nie w pełni skutecznie, liczby te musiały robić wrażenie
na każdym, komu zostały przedstawione.
Tycho rozwijało się w niesamowitym tempie, ale do tej pory niewielu
ludzi zdawało sobie sprawę, że nie było to jedyne ludzkie miasto na
Księżycu. Kilkadziesiąt lat przed oficjalnym pierwszym lądowaniem
człowieka na Księżycu w XXI wieku, jeszcze w czasach oficjalnego rządowego programu amerykańskiej agencji kosmicznej
NASA - Apollo, w zagłębieniu terenu po
ciemnej stronie Księżyca, niewidocznej z powierzchni Ziemi z racji
zlokalizowania wewnątrz sporego krateru, powstała tajna instalacja
wojskowa, którą nieprzerwanie zamieszkiwało kilka tysięcy ludzi -
głównie naukowców pracujących nad przełomowymi technologiami. Niewiele
osób zdawało sobie sprawę z tego, że celem tajnej bazy księżycowej było
nie tylko przesuwanie granic niemożliwych dla rodzaju ludzkiego, lecz
także prowadzenie badań nad elementami obcej technologii, jakie podczas
jednej z ostatnich oficjalnych misji programu Apollo znaleziono na
powierzchni naturalnego satelity Ziemi.
Tajna instalacja nie nosiła żadnej oficjalnej nazwy, a decydenci na
Ziemi nie odnosili się do niej inaczej, aniżeli Strefa 1 - w charakterze
nawiązania do słynnej Strefy 51 w Nevadzie w USA, gdzie swego czasu amerykańskie wojsko
testowało rozmaite technologie, wokół których na przestrzeni lat narosło
tyle legend i niestworzonych historii, że wojskowi postanowili przestać
im zaprzeczać i pozwolili ludziom wierzyć w to, co tylko chcieli.
Pozwolenie, by zwolennicy wszelkiej maści teorii spiskowych uwierzyli,
że na pustyni Mojave testowane są kosmiczne statki obcej cywilizacji,
było mniejszym złem, niż dopuszczenie do wycieku prawdziwych informacji.
A te wiązały się z regularnymi lądowaniami księżycowych pojazdów z tajnej bazy w Strefie 51 pod osłoną nocy.
Lepiej, by ludzie budowali wokół tajnej ziemskiej bazy niesamowite
opowieści o szybko poruszających się pojazdach kosmicznych, niż
dowiedzieli się, że Strefa 51 to nic innego jak przykrywka dla
kosmodromu prowadzącego do prawdziwego sekretu, jaki amerykański rząd
skrywał na Księżycu - ledwie dwieście tysięcy mil dalej.
Dzięki wykorzystaniu technologii przedłużającej życie, podarowanej przez
obcą cywilizację, z jaką ludzkości udało się nawiązać kontakt blisko
pięćdziesiąt lat wcześniej - przez Protagonistów, pracami Strefy 1 na
Księżycu przez cały ten okres dało się kierować jednej i wciąż tej samej
osobie: doktor Cassandrze Yeager.
Doktor Cassandra już w latach trzydziestych nie była najmłodszą kobietą,
choć niewątpliwie wieku dodawał jej fakt dowodzenia kompletnie sekretnym
programem wojskowym, o którego istnieniu na pewnym etapie jego
funkcjonowania nie wiedział nawet sam prezydent Stanów Zjednoczonych.
Świadomość konieczności dotrzymania tajemnicy tego niebywale ważnego
projektu nie tylko przez nią samą, lecz także dopilnowania, by sekretu
nie zdradzili jej podwładni, którzy przewijali się na przestrzeni lat
przez próg jej tajnego ośrodka, z pewnością nie odejmowała jej lat. A te
leciały nieubłaganie. I choć fizycznie doktor Yeager przekroczyła już
dobrze setkę, a przez ciężar, który każdego dnia nosiła na swych
barkach, czuła się na jeszcze więcej, to nikt nie dałby jej więcej niż
sześćdziesiąt kilka lat. Był to plus inżynierii genetycznej zamkniętej w magicznej niemalże kapsułce dostarczonej przez zaprzyjaźnioną starożytną
rasę podróżników międzygwiezdnych, którzy kilkanaście tysięcy lat temu
zbudowali w odosobnionym zakątku naszej planety swego rodzaju arkę, w której jej przedstawiciele zasnęli w hibernacji i zostali zbudzeni
dopiero parę dekad temu.
Dowodzenie tajną instalacją na Księżycu było nie lada wyzwaniem - i jeszcze zanim na scenie pojawili się Protagoniści, z pewnością nie
należało do najłatwiejszych i najmniej stresujących wydarzeń. Odkąd
jednak przybysze zawitali za kulisami rozwoju technologicznego ludzkości
na stałe, sprawy tylko się skomplikowały. I nabrały niebywałego rozpędu:
technologia komunikacji hiperprzestrzennej, choć jeszcze
nieskomercjalizowana, już pozwala na skrócenie czasu komunikacji z odległymi ośrodkami zamiejscowymi, jak zwykła nazywać ośrodki badawcze
na innych planetach Układu Słonecznego doktor Yeager. To jeden z przykładów zastosowania tego technologicznego cudu. Kontakty, które
niegdyś wymagały oczekiwania godzin, a nawet dni na przesłanie w jedną i w drugą stronę prostego sygnału, dzisiaj mogły być nawiązywane w czasie
rzeczywistym. I choć ludzkość zdawała sobie sprawę, że taka technologia
została opracowana, nikt nawet nie podejrzewał, że za jej szybkim
wdrożeniem w ludzkim programie kosmicznym stały nie tylko ludzkie
umysły, lecz także umysły tak obce od naszych, jak tylko można było
sobie wyobrazić.
No i podróże międzygwiezdne z prędkością nadświetlną. Co prawda
dotychczas żadna z takich podróży oficjalnie nie miała miejsca, ale
teoretyczne podwaliny pod opracowanie niezbędnej technologii blisko
siedemdziesiąt lat temu położył nieżyjący już profesor Alcubierre.
Zaledwie kilka lat temu doktor Yeager wraz z jej przełożonymi na Ziemi
uznali, że nadszedł czas, by podzielić się z resztą ludzkości przełomową
wiadomością: podróże międzygwiezdne z prędkościami wykraczającymi poza
prędkość światła przestały być jedynie teorią. Pierwszy ludzki pojazd,
właściwie sonda wykorzystująca przełomową technologię, został wysłany na
Plutona zaledwie kilka miesięcy temu. Lot, który jeszcze niedawno
zajmował nawet parę lat, pojazd pokonał w zaledwie kilka minut. I mimo
że sama sonda nigdy nie opuściła Układu Słonecznego, na wieść o przełomie technologicznym i o tym, że ludzkość wreszcie dysponuje metodą
przemieszczania się na wielkie odległości w rozsądnym czasie, wywołała
na rodzinnej planecie człowieka istną euforię.
Mało kto na Ziemi zdawał sobie jednak sprawę z tego, że w rzeczywistości
sondy nadświetlne ludzkość wysłała do innych gwiazd już parę dekad temu.
Nie była to wiedza powszechna, szczególnie że blisko 50 lat temu nikt
nie byłby w stanie w żaden logiczny sposób wyjaśnić opinii publicznej
przyczyn nagłego skoku technologicznego. Decydenci nie chcieli jeszcze
przyznawać się do kontaktu z zaawansowaną technologicznie obcą rasą.
Nikt nie chciał też ryzykować zbyt wczesnego i niekontrolowanego
wypłynięcia informacji na temat Sarassian - wrogów każdej istoty żywej w naszej galaktyce i jednocześnie rasy, która z dnia na dzień praktycznie
unicestwiła imperium Protagonistów po drugiej stronie galaktyki. Dzięki
wykorzystaniu technologii inżynierii genetycznej i zwiększania swojej
inteligencji, rasa ta postanowiła podbić nie tylko naszą galaktykę, lecz
także cały widoczny wszechświat. Bez względu na to, ile lat by jej to
zajęło, plan realizowała z maszynową skutecznością, eliminując
inteligentny gatunek za gatunkiem.
Sarassianie traktowali inne rasy tak, jak obecnie ludzie patrzyli na
mrówki: "Żyją? W porządku, nikt temu nie zaprzecza. Ale po co one
komu?". Przestrzeń życiowa we wszechświecie jest na wagę złota, planet
nadających się do zamieszkania bez poważnego terraformowania nie ma tak
wiele, jak ludziom mogłoby się zdawać, więc Sarassianie przyjęli
najprostszą z możliwych strategię pozyskania przestrzeni życiowej:
eksterminację dotychczasowych lokatorów.
Doktor Yeager, która była po spotkaniu ze swoimi doradcami naukowymi,
zbliżała się właśnie do gabinetu swojego zastępcy i jednocześnie prawej
ręki, człowieka odpowiedzialnego za kontakty z przedstawicielami
Protagonistów. Cassandra, pokonawszy kilkadziesiąt metrów dzielących jej
gabinet od pomieszczenia starego przyjaciela i zaufanego wicedyrektora,
zapukała szybko do drzwi, po czym nie czekając na nadchodzącą zza nich
odpowiedź, chwyciła za klamkę i pchnęła drzwi do środka.
- Cześć, Cas! - odparł siedzący za biurkiem mężczyzna, na oko dobrze po
sześćdziesiątce.
- Julius! - odparła z szerokim uśmiechem doktor Yeager. - Dobrze cię
widzieć! Nie byłeś na Księżycu już chyba ze cztery miesiące! - dodała.
- Zgadza się - odrzekł mężczyzna, wzdychając przy tym i jednocześnie
wstając od własnego biurka, podchodząc do dyrektor i po przyjacielsku ją
przytulając.
Blisko pięćdziesiąt lat współpracy to okres w praktyce prawie
niespotykany i siłą rzeczy w takim czasie relacje współdziałających ze
sobą kolegów zacieśniają się bardziej, aniżeli można by się tego
spodziewać w zwykłej korporacji.
- Ostatnich kilka miesięcy to intensywna praca nad przeniesieniem części
technologii Protagonistów na nasze podwórko - wyjaśnił. - Pracowaliśmy
nad adaptacją ich technologii napędu Alcubierre'a do większego pojazdu
pasażerskiego. Jak wiesz, małe sondy powstają już od dziesięcioleci, ale
dotychczas nie byliśmy w stanie zapewnić wystarczająco potężnego
zasilania, aby w napęd nadświetlny wyposażyć duży okręt - rzekł, po czym
uśmiechnął się szelmowsko i dodał: - Aż do teraz.
Julius Cousteau tak naprawdę był nieznacznie starszy od doktor Yeager.
Ponownie, technologia obcych przybyszów, do tego zastosowana w dość
wczesnym wieku, pozwalała praktycznie zatrzymać procesy starzenia się
ludzkiego organizmu. Nie działała ona co prawda na ludzi tak skutecznie,
jak na organizmy Protagonistów, w przypadku których pozwalała wydłużyć
życie nawet dziesięciokrotnie względem normalnego procesu starzenia, to
jednak wydłużenie życia człowieka dwu, a nawet trzykrotnie, było nie
lada wyczynem.
Wicedyrektor Strefy 1 na Księżycu poznał doktor Yeager kilka dekad
wcześniej w okolicznościach, z których do dzisiaj nieraz zdarzało mu się
żartować. I których do chwili obecnej nie wybaczył do końca swojej
obecnej przełożonej, a przynajmniej tak utrzymywał, pytany o to
zagadnienie, zważywszy, że wiązały się one z wydaniem rozkazu oddania do
niego "ognia" na pokładzie rozbitego księżycowego lądownika. Dość
stresująca sprawa, jeśli spytać samego zainteresowanego, nawet jeśli
"ogień" okazał się po prostu środkiem nasennym.
Tymczasem podekscytowany mężczyzna wrócił do swojego biurka, napisał coś
na komputerze, po czym z sufitu gabinetu zjechały małe holoprojektory,
które natychmiast zaczęły wyświetlać trójwymiarowy i realistyczny obraz
pojazdu kosmicznego.
- To Odkrywca - z dumą odrzekł Julius, napawając się widokiem tworu,
który wicedyrektor przywykł traktować jak swoje dziecko.
Miało to szczególnie znamienne znaczenie, biorąc pod uwagę, że blisko 50
lat temu Julius musiał z dnia na dzień porzucić swoją prawdziwą rodzinę
- żonę i małego trzyletniego synka. Rzecz jasna podjęcie tej decyzji
okazało się najtrudniejszym krokiem, jaki musiał zrobić w swoim życiu.
Świadomość, że było to jedyne właściwie rozwiązanie, od którego w tamtym
czasie zależało bezpieczeństwo nie tylko jego rodziny, lecz także w jakimś stopniu całej ludzkości, była odrobinę pomocna, ale pustka i ból
w sercu pozostały.
Julius jako osoba mająca dostęp do bezprecedensowych zasobów i możliwości, obserwował z daleka swoją rodzinę, która była przekonana, że
zginął bohaterską śmiercią na powierzchni Księżyca - interesował się nie
tylko tym, za kogo kilka lat po jego rzekomej śmierci postanowiła
ponownie wyjść za mąż jego ukochana, nieżyjąca już dzisiaj żona, ale
przede wszystkim przyglądał się dorastającemu synowi, jego życiowym
decyzjom i rozwojowi kariery zawodowej. Oczywiście jak tylko mógł,
pomagał swojej rodzinie - nie bezpośrednio, ponieważ niemożliwe było
przekazanie jej choćby eurocenta, nie wzbudzając niepotrzebnych pytań i nadziei. Julius jednak dopilnował, by jego rodzina otrzymała oficjalnymi
kanałami sowitą rentę z Europejskiej Agencji Kosmicznej - w końcu jako
jej członek rzekomo poniósł śmierć w toku wykonywania swoich zawodowych
obowiązków.
Ostatnimi czasy Julius coraz mocniej interesował się również swoją
wnuczką, która zdawała się wykazywać niebywały talent do nauk ścisłych.
Do tego stopnia nawet, że dostała się na prestiżową amerykańską uczelnię
i jeśli będzie przez nią szła jak burza w takim tempie, jak dotychczas,
ukończy ją przed standardowym czasem, do tego z honorami. Ta dziewczyna
miała po prostu talent. Wygląda na to, że geny po dziadku zyskały
mocniejszą ekspresję w drugim pokoleniu, omijając w dużym stopniu syna
Juliusa, ale dając o sobie bardzo mocno znać w przypadku wnuczki.
- Kiedy pojazd będzie gotowy do odbycia pierwszego lotu? - zapytała
dyrektor Yeager.
- To jest najpiękniejsze... - z błyskiem w oku odparł Julius. - Już jest!
Okręt jest ukończony, znajduje się na wysokiej orbicie okołoziemskiej na
wysokości około trzystu mil od powierzchni planety. Lada dzień będziemy
ładować na niego zapasy na kilkumiesięczną podróż - dodał. - Pozostało
nam właściwie zatwierdzenie składu załogi i możemy ruszać! - dokończył.
- To znakomite wieści, Julius! - radośnie odpowiedziała Cassandra. -
Dokąd pierwszy lot?
- Epsilon Eridani, trochę ponad dziesięć lat świetlnych od Ziemi. Według
informacji od Aurory jeden z księżyców gazowego giganta okrążającego
centralną gwiazdę tego układu może być odpowiedni do podtrzymania
ludzkiego życia - odparł podekscytowany wizją oficjalnego odkrycia
możliwej do zamieszkania planety.
- Czy wiadomo już, kto będzie dowodził tą misja? - zapytała dyrektor.
- Widzisz... - zaczął odrobinę niepewnie Julius - ...no nie do końca. Cała
załoga, z wyjątkiem dowodzącego, została już wybrana i zakwaterowana na
okręcie, i jest gotowa wyruszyć jak tylko zakończony zostanie załadunek
prowiantu - wyjaśnił Julius. - Jeśli jednak chodzi o głównodowodzącego,
nie mogłem samodzielnie podjąć tej decyzji, dlatego chciałem prosić cię
o pomoc...
Julius zaczerpnął głęboko powietrza.
- Ja chciałbym polecieć - wypalił. - Ostatnich kilkadziesiąt lat
poświęciłem na pośredniczenie we wdrażaniu technologii Protagonistów do
naszych własnych zastosowań oraz takim inspirowaniu niektórych
naukowców, żeby w przyspieszonym tempie przypadkiem dokonywali odkryć
zbieżnych z preferowanymi przez nas kierunkami rozwoju - wyjaśnił. -
Teraz jednak, gdy pierwszy lot międzygwiezdny jest zaledwie o krok, nie
wyobrażam sobie, żebym nadal miał tkwić za biurkiem. Kilka dekad ciężko
pracowałem, by doprowadzić do tego momentu, a teraz, gdy jest on
tuż-tuż... - Tu zawiesił głos. - Cas, pozwól mi lecieć. Nie każ mi błagać
o pozwolenie - odparł, po czym dodał: - A niech mnie, jeśli to
konieczne, to będę nawet błagał! - zażartował. - Tylko daj mi swoją
zgodę. Decydenci wezmą pod uwagę twoją rekomendację, a sama najlepiej
wiesz, że dzięki lekom Protagonistów mimo zaawansowanego wieku pozostaję
w idealnej kondycji zarówno fizycznej, jak i mentalnej. Jestem gotowy do
lotu choćby zaraz - zakończył swój wywód.
Dyrektor Yeager przypatrywała się Juliusowi przez dłuższą chwilę,
najwyraźniej przetrawiając dokładnie każde z wypowiedzianych przez niego
słów. Posłanie w potencjalnie niebezpieczną misję kogokolwiek nie
należało do łatwych decyzji. Posłanie w taki lot wieloletniego
przyjaciela, nawet tak doskonale przygotowanego do pełnienia tej służby,
nie należało jednak do najłatwiejszych decyzji.
- Julius... - zaczęła Cassandra. - Wiesz, jak bardzo cenię sobie twoją
przyjaźń. Szczególnie że trwa ona nieprzerwanie tyle lat, a zaczęła się
w tak specyficznych okolicznościach - zażartowała doktor Yeager,
nawiązując do historii, w której to na jej rozkaz kapitan został
postrzelony z broni załadowanej amunicją usypiającą podczas pierwszego
spotkania astronauty z przedstawicielami Strefy 1. - I jakkolwiek
chciałabym móc ci odmówić i powiedzieć, że znajdziemy lepszego
kandydata, bo jesteś mi niezbędny tutaj, tak... wiem, że jak nikt inny
zasłużyłeś na to, by uczestniczyć w tym locie. Dlatego nie odmówię ci
tego przywileju i jeśli tylko mój głos będzie miał jakiekolwiek
znaczenie, masz moją pełną rekomendację - odparła, uśmiechając się do
przyjaciela szeroko. - Gratuluję, kapitanie Cousteau!
Rozdział 4
Wiceadmirał Juroi Nakid przebywał w swojej kajucie i właśnie zapoznawał
się z raportem opracowanym przez pierwszego oficera na podstawie skanów
przeprowadzonych z pokładu okrętu flagowego po zakończonym powodzeniem
locie nadświetlnym do kolejnej gwiazdy. Ta była już piąta z kolei.
- Kolejny pusty układ planetarny - wysyczał z wściekłości przez
zaciśnięte zęby dowódca floty. - Już dwa miesiące spędziliśmy w tej
przeklętej części galaktyki, a jedyne, co udało się nam znaleźć, to pył
i niezamieszkane systemy! Głupotą było sądzić, że w tak mało
zagęszczonej części kosmosu rozwinie się jakiekolwiek życie. Ktoś musiał
się pomylić przy triangulacji odebranego sygnału. On nie mógł pochodzić
z tego rejonu, jestem tego pewien! - zagrzmiał Juroi, tak bardzo pewny
siebie, że gotów sprzeciwić się rozkazom i z miejsca zawrócić flotę do
centrum Imperium Sarassian.
- Panie wiceadmirale, jeśli mogę... - odparł ostrożnie pierwszy oficer i zastępca głównodowodzącego Moklet Zopogorn, stojący tuż obok drzwi do
kajuty przełożonego.
- Mów. - Machnął od niechcenia ręką admirał, wyraźnie znudzony rozmową.
- Pana strategia była słuszna, latanie od gwiazdy do gwiazdy byłoby zbyt
czasochłonne i nawet gdyby kilka dekad temu pojawił się tu jakiś sygnał,
głupotą byłoby sądzić, że do dzisiaj pozostanie on w jednym miejscu -
zaczął pierwszy oficer. - Proponuję zatem, by odrobinę zmodyfikować
genialny pomysł pana admirała i sprawdzać tylko potencjalnie
zamieszkiwalne systemy planetarne. Nie ma sensu tracić cennego czasu na
sprawdzanie każdego białego karła czy czerwonego nadolbrzyma, wiemy, że
w takich miejscach życie nie mogło się rozwinąć. A w każdym razie
rozwinąć i do dzisiaj przetrwać - dodał pospiesznie Moklet. - Jeśli
cokolwiek wyewoluowało w tej części galaktyki, to z pewnością taka
cywilizacja będzie przebywać w pobliżu stabilnej gwiazdy, jakiegoś
żółtego albo czerwonego karła. Gdzieś, gdzie panują stabilne warunki w dłuższym terminie - kontynuował oficer. - Dlatego myślę, że powinniśmy
nadal skakać pomiędzy systemami, ale za cel obierać tylko te, w których
szanse na pojawienie się życia są największe. Zminimalizujemy wtedy czas
zmarnowany na eksplorację tej nudnej części galaktyki, a gdy pan admirał
podejmie decyzję o powrocie do domu, będziemy mogli obronić ją przed
przełożonymi, udowadniając, że sprawdziliśmy każdy układ planetarny, w którym mógłby ktoś przebywać - zakończył Moklet.
Nie dodał oczywiście, że w jego opinii Juroi za decyzję o powrocie bez
sprawdzenia każdego systemu zostałby zdegradowany. Albo gorzej -
wyrzucony ze śluzy powietrznej za niewykonanie rozkazu. Ale to
przemyślenie postanowił pozostawić już dla siebie. Im większa szansa, że
jego przełożony przestanie nim być po powrocie do domu, tym lepiej - po
co podpowiadać wiceadmirałowi, co należy zrobić, skoro istnieje spore
prawdopodobieństwo, że swoją nieudolnością sam doprowadzi do realizacji
celu swojego podwładnego?
Wiceadmirał zmierzył wzrokiem Mokleta, a po chwili odwrócił go, by nie
okazać przypadkiem, że pomysł przypadł mu do gustu. Im mniej czasu
będzie musiał poświęcić na szukanie tego sygnału, tym lepiej dla niego i jego załogi. Nie mógł jednak zasygnalizować podwładnemu, że jego pomysł
spodobał mu się i chce go przyjąć bez najmniejszych modyfikacji.
- Sprawdzimy tylko żółte karły. Strefa ciekłej wody przy czerwonych
karłach znajduje się zbyt blisko macierzystej gwiazdy, a każda planeta
znajdująca się w niej musiałaby być zablokowana pływowo względem niej.
To drastycznie zmniejsza szanse na powstanie tam inteligentnego życia,
więc szkoda naszego czasu na takie układy - odparł z wyższością
wiceadmirał.
- Oczywiście, panie admirale. Jak zwykle ma pan rację - odparł Moklet, w duchu w pełni zgadzając się z tą decyzją.
Od początku wiedział, że wiceadmirał nie zgodzi się bezkrytycznie na
jego koncepcję, więc u podstaw wprowadził do niej element, który - jak
sądził - Juroi będzie czuł się zobligowany poprawić. "Czerwone karły" -
pomyślał pierwszy oficer, uśmiechając się pod nosem i jednocześnie
odwracając od wiceadmirała i opuszczając jego kajutę. Zamierzał
podzielić się z załogą decyzją przełożonego na mostku kapitańskim. Im
więcej gwiazd wiceadmirał postanowi pominąć, tym szybciej wrócą do domu
i z tym większym prawdopodobieństwem to właśnie Moklet zostanie
mianowany kolejnym dowódcą małej floty. Szkoda marnować czas na służenie
pod zidiociałym i zadufanym w sobie przełożonym, który bez koligacji
rodzinnych nigdy nie ukończyłby nawet gwiezdnej akademii...
Rozdział 5
Ciemna autonomiczna Tesla jechała powoli za poruszającą się na rowerze
Marie. Pojazd utrzymywał wystarczającą odległość od rowerzystki, aby nie
wzbudzać niczyich podejrzeń, ale jednocześnie raz czy dwa - dla zmylenia
wszelkich ewentualnych obserwatorów zewnętrznych - wyprzedził nawet
studentkę, po czym stawał w korku czy przystawał na poboczu. Główny
pasażer pojazdu doskonale wiedział, gdzie mieszka jego cel, więc w praktyce mógł nawet pojechać prosto pod jej mieszkanie i tam na nią
zaczekać, ale chciał mieć całkowitą pewność, że Marie po drodze nie
postanowi zrobić sobie nieprzewidzianego przystanku, opóźniając w realizacji jego misterny plan.
Nie pozostało już zbyt wiele czasu, a od idealnego zgrania wszystkich
elementów układanki zależało bardzo wiele. Nie mógł pozwolić sobie na
nawet najmniejszy poślizg czy pomyłkę. Swoje zadanie musiał wykonać
perfekcyjnie. Właśnie dzisiaj.
Tesla powoli, ale systematycznie posuwała się w kierunku mieszkania
niczego nieświadomej studentki, która rzeczywiście nie zatrzymała się po
drodze do domu nawet na chwilę. Siedem mil, jakie musiała pokonać, udało
się jej przejechać względnie szybko, zważywszy na fakt, iż większość
ruchu ulicznego odbywała się obecnie dobrych pięćdziesiąt metrów ponad
powierzchnią dróg i domów. Latające taksówki i prywatne samochody, ale
nawet pojazdy klasy ciężarowej powoli posuwały się po niebie, zdążając
ospale do swoich celów. Tylko niewielka część ruchu wciąż odbywała się
po starych drogach - rowerzyści, starsze samochody osobowe i ci
właściciele nowoczesnych pojazdów, którzy akurat poruszali się na
przysłowiowych oparach paliwa, a właściwie akumulatorów, i którzy nie
mogli sobie pozwolić na podjęcie ryzyka wzbicia się w przestworza, by
wkrótce w niekontrolowany sposób z nich spaść. Co prawda wszystkie
pojazdy latające w dzisiejszych czasach wyposażone były w multum
systemów bezpieczeństwa: od spadochronów, poprzez aktywne poduszki
powietrzne zabezpieczające zarówno pasażerów, jak i osoby postronne
przed skutkami kolizji powietrznej, a także zwykłe systemy, które nie
pozwalały na loty przy niewystarczającym poziomie naładowania, ale
wypadki nadal czasem się zdarzały.
Dlatego też z jednej strony Marie mogła poruszać się o tej porze dość
wygodnie po drodze i chodniku, czasem tylko w mało bezpieczny sposób
manewrując pomiędzy nielicznymi pojazdami, a z drugiej nie miała żadnego
powodu, by dziwić się jakiemukolwiek pojazdowi, który zdawałby poruszać
się po ulicy w tym samym kierunku, co ona.
Gdy Marie dotarła pod odpowiedni budynek, zatrzymała się pod klatką
wejściową do swojej części kamienicy i zaczęła powoli rozpinać
tradycyjny, lekko odrapany kask rowerowy. W międzyczasie czarna Tesla
zaparkowała w odległości kilkudziesięciu stóp od niej, a jej pasażer
ostrożnie i po cichu otworzył drzwi, po czym opuścił swój pojazd, cicho
i zwinnym krokiem kierując się do niczego niepodejrzewającej kobiety.
Gdy tylko mężczyzna znalazł się bezpośrednio za studentką, ta
niespodziewanie odwróciła się do niego i zarzuciła mu ręce na ramiona,
ze śmiechem przytulając się do jego klatki piersiowej:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki