Poniedziałek, 19 marca 2012, 9:15
Iza leży na plaży ukołysana szumem morskich fal. Piasek jest ciepły, mięciutki, w górze szybują mewy. Obok niej ktoś - mężczyzna, fantastyczny mężczyzna - czule łaskocze jej kark białym, zgubionym przez rybitwę piórem. Delikatna pieszczota podnieca ją, wywołuje dreszcze. Jest obietnicą, zapowiedzią czegoś większego, wspanialszego, co pewnie wydarzy się za chwilę. Tylko, zaraz, zaraz, kim jest ten nieznajomy? Dziwne, ale Iza nie potrafi przypomnieć sobie jego imienia ani twarzy. Zresztą, nieważne. Jest jej zbyt dobrze, bezpiecznie, czule, żeby zastanawiać się nad takimi drobiazgami. Najważniejsze, że to jest TEN facet. Któremu można zaufać, dać się ponieść, oddać... Dziewczyna leniwie przeciąga ciało, odwraca się - rozpalona, gotowa, niecierpliwa - i otwiera oczy. Widzi czarny, wilgotny nos, parę brązowych jak guziki oczu i rozdziawiony ze szczęścia, najeżony zębiskami pysk, z której zwisa długi chyba na ćwierć metra jęzor.
- Dżek! - krzyczy, podrywając się do pozycji siedzącej. A potem rozgląda się wokół, po schludnym, choć niskim i raczej ciasnym pokoju. Przez trzy okienka wlewa się rzeka słonecznego światła. W jego rozpryskujących się o pomalowane białą emulsją ściany promieniach, w jego złocistych kałużach rozlewających się po wyłożonej panelami podłodze, to zwyczajne i nieciekawe pomieszczenie wygląda jak królewska komnata. Iza uświadamia sobie, że odgłos morskich fal jest tak naprawdę szumem silników samochodów pędzących oddaloną o dwadzieścia metrów od jej okien warszawską trasą przelotową S-8, a pieszczota piórkiem to nic innego jak delikatne węszenie psiego nosa. Wybucha śmiechem. Tak, już wie, gdzie jest. No jasne!
Wstaje z łóżka, czy raczej wielkiego materaca, który jest jedynym meblem w tym położonym na trzecim piętrze wieżycy pokoju, wygładza piżamę i przy akompaniamencie radosnych popiskiwań Dżeka robi kilka kroków do drzwi. Otwiera je wprost na wąskie, strome, kręcone, żelazne schody.
Chichocze chyba już setny raz. Zupełnie jak w Ekstratelewizji - myśli.
Ale to nie Ekstratelewizja i nie ulica Inżynierska. Iza lekko zbiega po dudniących pod jej stopami schodkach piętro niżej. Przelotnie zerka na pomieszczenie widoczne z klatki schodowej - bokserski, mocno już sfatygowany ring, a za nim salka treningowa z workami wiszącymi na pordzewiałych, stalowych łańcuchach. Wszystko tutaj jest stare, spleśniałe, pokryte grubą warstwą kurzu, nieużywane od lat. Mimo to w powietrzu wciąż wisi kwaskowa woń potu wylewanego tu przez kilka pokoleń, ponoć swego czasu najlepszych w kraju kick bokserów. To tutaj mieścił się jeden z klubów sławnego Andrzeja Palacza, faceta, który był między innymi trenerem Witalija Kliczki. Oczywiście, w tych zamierzchłych czasach, kiedy Doktor Żelazna Pięść nie był jeszcze sławnym bokserskim mistrzem świata, ale zaledwie młodym, choć dobrze zapowiadającym się kick bokserem.
Nie zatrzymując się, Iza wraz z Dżekiem zbiegają jeszcze niżej. Na pierwszym piętrze owiewa ich zapach smażonej jajecznicy na szynce. Przez otwarte na oścież drzwi widać pokój z kominkiem, na którym płoną polana drewna. Za długim, wyłożonym ciężkim drzewem barkiem i stojącymi przy nim stołkami barowymi (też ponoć spuścizna z czasów klubu) jest aneks kuchenny, w którym właśnie krząta się Maciek. Dżek natychmiast tam skręca, przymilnie merdając ogonem, ale Iza osadza go krótkim gwizdnięciem. Psisko wraca jak niepyszne do pani, która rusza w dół, na parter, gdzie kiedyś mieściły się szatnie i natryski, a teraz jest wielka łazienka.
- Pospiesz się! - woła za nią Maciek. - Śniadanie prawie gotowe!
Na parterze Iza otwiera drzwi, wypycha Dżeka na zewnątrz, by załatwił swoje sprawy. W odległości kilku metrów od siebie widzi nieprzeniknioną ścianę budzącej się do życia zieleni. Gąszcz krzaków, drzew i bliżej nieokreślonych chaszczy. Na tym kłębowisku łodyg, pni i gałęzi pojawiają się już pierwsze pączki liści, dobiegają z niego liczne głosy ptaków, brzęczenie pierwszych owadów. Dalej za tym gąszczem, jak okiem sięgnąć, nie ma właściwie niczego. Tylko pomruk trasy przelotowej z lewej, tylko porośnięty trawą ślad starej uliczki na wprost, tylko jakieś majaczące w zaroślach ruiny opuszczonego magazynu, oddalonego o kilkadziesiąt metrów w prawo.
Aż trudno uwierzyć, że to niemal centrum Warszawy. Forty Bema, tereny należące do Centralnego Klubu Sportowego Legia. Jeszcze niewiele ponad dwadzieścia lat temu, kiedy armia hojnie łożyła na utrzymanie rozrzuconych po tym rozległym terenie obiektów, wokoło były stajnie, hale treningowe, hotele dla sportowców. Zatopione w zieleni budynki oplatała sieć uliczek, a bramy pilnowało wojsko. Gdy jednak rzeka pieniędzy zamieniła się w wątły strumyczek, życie tej sportowej wioski wycofało się do kilku najważniejszych obiektów. Pozostałe wynajęto prywatnym klubom lub skazano na powolne niszczenie. Brama pozostała już na zawsze otwarta...
Ostatnio wprawdzie Forty Bema znów mają swój lepszy czas. Zainteresowały się nimi władze miasta, odnowiły wiele budynków, do innych wrócili sportsmeni. Ale nie do starej "Wieżycy kick bokserów". Ten nietypowy obiekt przeznaczony został do wyburzenia. Dlaczego? Bo obok poprowadzono sześciopasmową trasę, którą przetacza się przez miasto ruch tranzytowy wschód-zachód. Domek o bardzo nietypowej konstrukcji - mała powierzchnia podstawy (raptem dwadzieścia na dziesięć metrów), za to wysoki aż na trzy piętra - od kilku lat czeka na wykonanie wyroku. Zdaje się jednak, że urzędnicy o egzekucji zapomnieli. Więc stoi, jak wyrzut sumienia, wśród wysokich na kilkanaście metrów liściastych drzew, górując nad nimi szarą, osypującą się elewacją niczym jakaś pradawna pogańska świątynia albo obserwatorium, z którego kapłani zapomnianej religii obserwowali podróżujących po niebieskim firmamencie bogów.
Dżek wślizguje się z powrotem do środka. Iza zamyka drzwi i idzie wziąć prysznic. Maciek dokonał w budynku tylko niezbędnych remontów - uszczelnił okna, do pokoi wstawił elektryczne grzejniki, wyposażył skromną kuchnię i łazienkę. Pewnie nie chciał wzbudzać niczyjej ciekawości - w końcu w zasadzie nielegalnie zasiedlił pustostan. "W zasadzie", bo przecież pozwolono mu zainstalować tutaj liczniki prądu i wody. Ot, polski paradoks. Dom został wprawdzie skreślony z listy miejskich nieruchomości, ale rachunki listonosz przynosi na poste restante bez zmrużenia oka...
Dziwny facet - myśli o Maćku Iza, kiedy po jej ciele spływa przyjemnie gorąca woda. Wkłada masę forsy w urządzenie dziwacznych miejsc położonych równocześnie i na odludziu, i w centrum miasta. Ta barka w zaniedbanym Porcie Czerniakowskim obok najruchliwszej arterii w mieście... I ten budynek niczym z horroru, tu na zdziczałej ziemi niczyjej, obok której tłoczą się osiedla mieszkaniowe, centra handlowe i największe warszawskie rondo... Niedaleko stąd jest Dworzec Gdański, Stare Miasto, szpital położniczy przy Inflanckiej. A równocześnie dom, w którym zamieszkał Maciek, otacza ściana drzew. Nie zapuszcza się tutaj nikt. Nawet dla pijaczków i bezdomnych za daleko stąd do monopolowego. Tak. Tajemniczy z niego mężczyzna. Może to naprawdę przestępca? Bo w jakim celu urządził sobie aż dwa mieszkania? Nie wystarczyła mu jedna, ekstrawagancka barka na Wiśle? Po co mu jeszcze ta wieżyca? Chyba że facet w różnych punktach miasta musi mieć kryjówki. Takie meliny, nory, gawry, do których można wpełznąć i zniknąć, kiedy robi się gorąco. Tak jak teraz...
Do licha, biorąc poranny prysznic w tym położonym w baśniowej scenerii "Strasznym Dworze", Izie aż trudno uwierzyć, że zaledwie trzy dni temu do niej strzelano. Że musiała uciekać, a nad jej głową gwizdały kule. To bezludne, uśpione jakby, zatrzymane w czasie miejsce, do którego trafiła w piątek rano, odseparowało ją nie tylko od przeżyć z tamtego strasznego poranka, ale i uwolniło od stresów, jakimi żyła przez ostatnie miesiące. Jakby znalazła się w innej rzeczywistości, w której co innego jest ważne...
Jak przez mgłę pamięta pierwsze chwile po ucieczce ze szpitala. Nie powtórzyli dokładnie numeru, jaki Narożniak wyciął w stanie wojennym esbecji. Jego przewieziono aż do budynku prosektorium i dopiero stamtąd dał nogę. Oni biegli podziemnym korytarzem o połowę krócej, do pierwszych prowadzących na górę schodów. Wiodły one do położonej już poza klinicznym kompleksem stołówki dla pracowników szpitala. Wydostali się z niej przez nikogo nie niepokojeni i poszli do przystanku przy ulicy Grójeckiej. Tam wsiedli w tramwaj, który zawiózł ich do placu Zawiszy, gdzie przesiedli się do innego jadącego Towarową i Okopową. Wysiedli przy cmentarzu Powązkowskim, złapali autobus kursujący Powązkowską i chwilę później mijali już bramę na teren ośrodka sportowego, tuż za kościołem pod wezwaniem Świętego Jozafata.
- Jeszcze tylko półtora kilometra spacerkiem i będziemy bezpieczni - powiedział jej tamtego poranka Maciek, wskazując na koszmarnie wyboistą i dziurawą alejkę, wiodącą obok hali bokserskiej.
Iza poszła za nim bez słowa. Mobilizacja ciała i umysłu, jaką osiągnęła w obliczu zagrożenia, już dawno zamieniła się w stan zwiotczenia i apatii. Czuła się skonana, niezdolna do ułożenia w głowie choćby jednej sensownej myśli. Więc dreptała za Maćkiem, człowiekiem, którego przecież kompletnie nie znała. Czterdzieści minut po tym, jak pociągnęła go za sobą do brawurowej ucieczki przez szpitalne trzewia, teraz zupełnie oddała mu inicjatywę. Zgodziła się nawet wyrzucić do ulicznego kosza swój podarowany przez ojca telefon (kartę pamięci oczywiście zachowała). Ale... do cholery! Ta apatia to chyba nic dziwnego? W końcu po raz pierwszy próbowano ją zabić. I pierwszy raz ktoś ścigał ją jak łowne zwierzę. Adrenalina, która jeszcze niedawno buzowała jej w żyłach, wypaliła się, pozostawiając zmęczenie i rezygnację. Więc szła, mijając halę, jakieś domki i Hotel Olimpijski, by w końcu skręcić za swym przewodnikiem w lewo, przecisnąć się pod oznaczającym koniec drogi szlabanem i wejść w gęste krzaki. Jeśli ten facet miał ją zabić, to było jej już wszystko jedno. Zresztą... Gdzie indziej miałaby pójść? Do swojego wynajmowanego mieszkanka na Pradze? Mogli ją tam łatwo namierzyć. Do rodziców? Po co ściągać na nich niebezpieczeństwo. Do Ekstratelewizji? Lolek pewnie szybciej wydałby ją policji, niż uwierzył w to, co właśnie przeszła. Stróże prawa z kolei podstawiliby ją pewnie na wabia tym strasznym bandytom, w których łapach omal nie zgniła za życia Andżelika. Brrr. Tylko nie to. Lepsze już te leśne ruiny. A poza tym... Czuła się przy Maćku bezpiecznie. Podtrzymywał ją ramieniem, kołysał pełnym spokoju, pewnym siebie głosem. I wiedział, co robić.
- Wygląda na to, że policja po raz drugi zrobiła sobie ze mnie przynętę - powiedział, kiedy już weszli na pierwsze piętro jego dziwnego schronienia, a w czajniku zaszumiała woda na herbatę. - Nie mogę więc nikomu ufać, muszę się ukryć.
- A ja? - spytała go wtedy słabiutkim głosem.
- Żyję dzięki tobie - powiedział po prostu. - Jestem twoim dłużnikiem. Możesz tu zostać, ile tylko chcesz. I będziesz mile widziana.
- Ale czy mnie... też coś grozi?
Nie odpowiedział od razu. Chwilę patrzył na nią tymi swoimi hipnotycznymi oczami.
- Nie wiem, być może jesteś bezpieczna, w końcu oni polują na mnie, ale...
- Ale?
- Ale ci, którzy dzisiaj do nas strzelali, to naprawdę źli, bezwzględni ludzie. Zabili już mojego przyjaciela, wcześniej zabijali innych... Może lepiej przyczaj się u mnie dzień, dwa. A ja spróbuję w tym czasie rozwiązać ten problem.
- Jak chcesz go rozwiązać?
- No... - zająknął się - znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji.
- Fajnie, dzięki. Tylko że nie mam tutaj żadnych ciuchów na zmianę... Ani do spania... I nic do mycia czy z kosmetyków. No i Dżek nie powinien sam siedzieć zbyt długo... - wydukała.
- Dżek to twój synek?
- Nie, to moje fatum. Pies.
- Daj mi klucze, przywiozę ci trochę rzeczy z twojego mieszkania. No i Dżeka. Tu niedaleko mam auto. Wynajmuję garaż... A ty w tym czasie się wykąp, odpocznij. Na samej górze jest sypialnia.
- Nie możesz pojechać po Dżeka - odparła, ziewając. - On nie toleruje obcych. To niebezpieczny wariat. Odmieniec.
- Zaufaj mi - uśmiechnął się wtedy Maciek. - Coś mi się zdaje, że się z nim dogadam.
* * *
Rozkładając jajecznicę na talerze, Maciek zerka na wchodzącą do salonu Izę. Naprędce wysuszone blond włosy spadają kaskadami na jej ramiona i plecy. Gruby, biały szlafrok frotté nie jest w stanie ukryć idealnej linii jej bioder, kształtnej pupy, zgrabnych nóg, smukłej talii, proporcjonalnych ramion. Piękna kobieta...
W pierwszej chwili, jeszcze w szpitalu, wziął ją za głupiutką laleczkę, telewizyjną pogodynkę z reporterskimi ambicjami. Że się pomylił, zrozumiał już kilka minut później - w czasie ich ucieczki. Umiała podejmować szybkie decyzje, przejąć inicjatywę we właściwej chwili. To zrobiło na nim wrażenie. Zwłaszcza że miała rację - uciekając wprost do głównego wyjścia, z pewnością wpadliby z deszczu pod rynnę. Ci, którzy na niego polowali, byli zawodowcami i na pewno zostawili pod szpitalem kogoś w odwodzie. Ona naprawdę go uratowała.
Początkowo po prostu był jej wdzięczny. Dał się dziewczynie wyspać - aż do sobotniego poranka. Przywiózł jej spod adresu, który mu dała, pół szafy ciuchów, półkę kosmetyków i psa. Dżek w pierwszej chwili, jak wszystkie psy na jego widok, podkulił pod siebie ogon. Kiedy jednak Maciek podrapał go za uchem i wytarmosił za pysk, zwierzę go pokochało. Bez problemu dało się więc zapakować wraz z resztą rzeczy do Maćkowego, kupionego z demobilu honkera 2,5 litra diesel o mocy 75 koni, rocznik 1993 i przewieźć przez pół miasta do swojej śpiącej królewny.
Plan Maćka na najbliższe dni był prosty. Zamierzał zabić - robiąc to tak jak zwykle - człowieka, który zamordował Prędkiego, a teraz usiłował pozbawić życia jego. Maciek nie wiedział, kim tamten jest, jak się nazywa ani do jakiego gangu należy - nie obchodziło go to. Znał natomiast na pamięć jego trop, unikatową woń, ślady odciśnięte w piasku zmywanym tylko prądem czasu. I choć nie czuł jeszcze głodu, był pewien, że znajdzie faceta w ciągu kilku, najwyżej kilkunastu godzin, niezależnie od miejsca, w którym tamten się przyczaił. Tak, trzeba było to zrobić. Już zbyt długo pozwolił tamtemu chodzić po świecie. Tej nonszalancji omal nie przypłacił życiem i dekonspiracją. Przeczuwał, że kiedyś to się stanie. Przez całe lata był jak wilk w stadzie nieświadomych jego obecności owiec. Taki fart nie może trwać jednak wiecznie. Na szczęście to przewidział. Dlatego przygotował sobie ten stary dom na uboczu. W pełni wyposażony, by zamieszkać w nim nawet na stałe. Dlatego wynajął w pobliżu garaż, jeden z wielu w XIX-wiecznych, ceglanych, carskich jeszcze fortyfikacjach - i trzymał w nim gotową do odjazdu terenówkę. Dlatego też znalazł dla swojej mamy dom z dala od miasta i ustalił z nią bezpieczny system łączności. Teraz, kiedy ścigali go bandyci i policja, kiedy nie mógł wrócić na swoją barkę ani do mieszkania na Stalowej, gdy jego telefon i dokumenty zostały w szpitalnym pokoju, wszystko, co zgromadził na czarną godzinę, bardzo się przydało. Miał bazę wypadową. Przyczółek, z którego mógł wyprowadzić kontratak. I zamierzał to zrobić. Był gotów.
Właśnie w stanie takiej gotowości minionej soboty wstał z łóżka. Umył się, ubrał, coś zjadł. Miał już wychodzić, gdy obudziła się Iza. Po przespaniu całej doby była nieco zdezorientowana. Wprawdzie kręcący się jej pod nogami Dżek odrobinę rozładował atmosferę, ale dziewczyna i tak wciąż rozglądała się wokół czujnie i mierzyła Maćka nieufnym spojrzeniem. W kilku słowach zapewnił ją więc, że nic jej tutaj nie grozi, ale jeśli chce, to w każdej chwili może odwieźć ją w dowolny punkt miasta. Poprosiła o podwody do najbliższej budki telefonicznej. Super. Tylko gdzie takiej szukać? W końcu znaleźli automat w rejonie pobliskiego centrum handlowego Arkadia. Iza zawisła na słuchawce, a on usiadł w kawiarni. Mimo że przyzwyczaił się przecież do życia obfitującego w niebezpieczne sytuacje, czuł się skołowany i wytrącony z równowagi. Jeszcze nigdy nie był tak blisko porażki jak teraz. Dwukrotnie otarł się o śmierć, ścigano go. Czy uda mu się wrócić do dotychczasowej, normalnej egzystencji? Rzecz jasna, normalnej według jego standardów. Oznaczającej ciągłe zmiany adresu, kluczenie, tropienie i co jakiś czas - zabijanie.
Radosny uśmiech, z jakim Iza wróciła do stolika, przewiał na chwilę z jego głowy ponure rozważania. Naprawdę ładnie się śmiała...
- Rodzice uspokojeni, chłopak udobruchany. Wyczekał się wczoraj na mnie w restauracji, biedak - zakomunikowała wesoło. - Dobra, to kto stawia kawę? - rzuciła, zerkając na efektowne caffe latte podawane właśnie do sąsiedniego stolika. - Dla ułatwienia dodam, że nie mam przy sobie ani grosza.
I tak zaczęli rozmawiać. O rzeczach banalnych, zwykłych, podświadomie unikając skrzętnie wszystkiego, co mogłoby się wiązać z zagrożeniem, które zawisło nad ich głowami. Imponowała mu. Humorem, inteligencją, szerokimi horyzontami. Ale to, w sumie, normalne. Był przecież człowiekiem, który nie ukończył nawet podstawówki, wychowankiem warszawskich slumsów, kimś, kto wzrastał w chorobie i biedzie. Mimo wiedzy i erudycji, jakie zyskał dzięki książkom, którymi obkładał się przez ostatnie lata samotnego życia, wciąż tkwił w nim kompleks parweniusza. W Izie najbardziej jednak spodobało mu się jej pozytywne podejście do życia. I siła charakteru. Ona - ukochana córeczka bogatego tatusia - tkwiła od miesięcy w zagrzybionej kawalerce na dobrze mu znanej Pradze, walcząc o prawo do samodzielnego układania sobie życia. I opowiadała o tym w żartobliwym tonie.
Ani się obejrzeli, jak zrobiło się popołudnie. Poszli więc na pizzę, potem na lody na Stare Miasto. Wieczór zastał ich na deptaku wzdłuż Nowego Światu. Znów rozmawiali. Pierwszy raz w życiu Maciek opowiedział komuś o swojej chorobie. O tym strasznym pragnieniu, żeby wstać z łóżka, zrobić trzy kroki i wyjrzeć przez okno na ulicę. O złości, jaka go ogarniała, gdy słyszał na schodach dudnienie biegnących na podwórko chłopaków z sąsiedztwa, i tęsknocie, która rozsadzała mu serce, kiedy obserwował kołujące po niebie gołębie... Doszli aż do placu Trzech Krzyży. Daleko. Mimo zaaferowania rozmową uwagi Maćka nie uszły tęskne spojrzenia mijanych facetów. To może głupie, ale zaimponowało mu to. Oto szedł sobie i gawędził z dziewczyną, o której marzyło pół ulicy. Jeden facet tak się oglądał, że wpadł popychanym przez siebie dziecięcym wózkiem na staruszkę, inny dostał kuksańca od żony, kolejny omal się nie zabił o zamykające się drzwi autobusu. Zrozumiał dlaczego, bodajże Marek Hłasko napisał, że "mężczyźni patrzą na swoje kobiety oczami innych mężczyzn". Tak, coś w tym było...
Kolację zjedli w domu, to znaczy w ponurej wieżycy Maćka. Puszka szprotek, paczka makaronu muszelki, słone paluszki i czerwone wino. On zapomniał, że dzisiaj miał w planach ruszyć na polowanie, ona wciąż odkładała podjęcie decyzji: wracać do domu czy ukrywać się w tej luksusowej odmianie squata? Poszli spać w wyśmienitych humorach. Ona na trzecim, on na pierwszym. Zachowywali się jak para dobrych przyjaciół. I choć oboje zaczynali już czuć, że nie o czystą przyjaźń im chodzi, żadne nie odważyło się zerwać tej łączącej ich ulotnej pajęczyny nieostrożnym ruchem, gestem czy słowem.
A następnego dnia była niedziela. Słońce wstało o ułamek minuty wcześniej niż wczoraj, grzało odrobinę mocniej. Maciek wyciągnął z garażu "odziedziczone" po jego poprzednim gospodarzu stare i pordzewiałe rowery, nasmarował je, podokręcał i ruszyli przed siebie. Najpierw narowistymi alejkami po Fortach Bema, potem przez Sady Żoliborskie do parku Żeromskiego. Zjechali trzy razy po wałach obronnych Cytadeli, popędzili na złamanie karku ścieżką opadającą ze skarpy, na której pyszni się Nowe Miasto, zmokli pod fontannami u podnóża Starówki. Po drodze coś zjedli, posiedzieli na ławce, wypili piwo z sokiem w leżącym nad Wisłą barku "Pod rurą" i przez Lasek Bielański wrócili do domu. Tym razem na kolację mieli już tylko słone paluszki. I resztkę wina. Nie szkodzi, i tak spać poszli nad ranem. Ona na trzecim, on na pierwszym...
No a teraz jest poniedziałek. Maciek wzniósł się na wyżyny, wyruszając rowerem o siódmej do sklepu po bagietkę, osełkę masła i jajka. Podając jajecznicę, gdzieś w głębi duszy czuje, że to nie może dalej tak trwać. Nie wolno mu przez kolejny dzień marnować czasu na przejażdżki po wertepach i pogaduszki o kwiatkach. Musi działać. Podjąć wreszcie wyzwanie rzucone przez tamtych. Bronić się. Ale Iza wygląda tak ślicznie w tym szlafroku... Tak promiennie się uśmiecha... Jej włosy pachną gorącym latem, w oczach tańczą wesołe iskierki...
* * *
Iza z lubością wbija zęby w chrupiącą, grubo posmarowaną masłem bagietkę. Ze zdziwieniem dostrzega, że jajecznica podana jest na prawdziwych talerzach (skąd Maciek takie w swoim kawalerskim gospodarstwie wytrzasnął?), na drewnianym blacie leży jakiś kawałek materiału imitujący obrus, a w szklance - i to już jest prawdziwy hit - stoją jakieś zebrane najwyraźniej jego ręką gałązki z pierwszymi, bladymi listkami. Skubiąc jajecznicę (trochę przesolona, ale i tak super, że to nie szprotki lub paluszki), zerka spod grzywki na siedzącego naprzeciw mężczyznę. Facet pałaszuje swoją porcję, co rusz, pomiędzy jednym widelcem a drugim, rzucając jej ukradkowe (w swoim mniemaniu) spojrzenia. Nie trzeba być Matą Hari, żeby zauważyć, że przystojny gospodarz ponurego zamczyska się nią interesuje.
Co ja właściwie tu robię? - zastanawia się Iza. Oficjalna odpowiedź brzmi, rzecz jasna - ukrywam się przed bandytami i policją, której kompletnie nie można zaufać. No jasne. Tyle tylko, że jeszcze w sobotę, kiedy zadzwoniła do rodziców, oni natychmiast zaproponowali jej zorganizowanie kryjówki u kogoś z przyjaciół albo rodziny, wynajęcie Rutkowskiego do ochrony i interwencję w jej sprawie u najwyższych władz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. To samo Alek. Jej OMC narzeczony, nie bacząc na niebezpieczeństwo, natychmiast zaproponował jej przeniesienie się do niego, gdzie - powiedzmy sobie szczerze - bandyci raczej by jej nie szukali. Bo przecież to nie Iza jest ich celem. Wplątała się w porachunki gangsterów z Maćkiem - facetem, który w akcie wielkiego poświęcenia usmażył dla niej dziś jajecznicę. Zarówno rodzicom, jak i swemu OMC, Iza odpowiedziała jednak, że zostaje, gdzie jest (a gdzie konkretnie, to nie może powiedzieć przez telefon, bo nie chce narażać nikogo na niebezpieczeństwo). Czy sama wierzy w takie wytłumaczenie? Hm, początkowo może i tak było. Przecież w sobotę rano Maciek zapewniał, że coś z tą zagmatwaną sprawą zrobi, jakoś rozwiąże ten węzeł i wszyscy będą mogli bezpiecznie wrócić do domów. Tyle tylko że do dzisiaj nie ruszył w tej sprawie nawet palcem. Czemu więc Iza nadal tkwi w tej ponurej "Wieżycy kick bokserów"? Sama chciałaby wiedzieć...
Znów mierzy spojrzeniem Maćka. Zebrał właśnie talerze, wrzucił do zlewu i nastawia kawę. Całkiem przystojny, całkiem inteligentny, niewątpliwie intrygujący i nietuzinkowy. Ale... znała już wielu facetów, którzy prezentowali się mniej więcej tak jak on. I z którymi tak samo ciekawie się jej rozmawiało. Zresztą, co tu daleko szukać, Alek jest mniej więcej taki. Trochę może płytszy, sztywniejszy, naiwnie w sobie zadufany i odrobinę mniej męski - ale to też całkiem fajowy gość. Dlaczego więc - znów bądźmy ze sobą szczerzy - do tamtych mężczyzn z Alkiem włącznie nie czuje raczej nic, a Maciek sprawia, że ciągle chciałaby przebywać w jego towarzystwie? Czy to wpływ niezwykłych okoliczności, w jakich się poznali? Aura tajemniczości, jaka go spowija? Niebezpieczeństwo, któremu musieli razem stawić czoło? A może po prostu... to jest TEN facet? Tyle że tego akurat Iza wcale nie jest pewna. Bo co właściwie można o kimś powiedzieć po kilku dniach znajomości? W dodatku o człowieku, który w najmniejszy sposób nie ujawnia się ze swoimi uczuciami. Może ma już kogoś, może gustuje w innych dziewczynach. Choć jego wzrok, te jego oczy psa husky zdają się mówić jednak co innego... No i druga kwestia - Alek. On tak bardzo się ostatnio stara, jest taki szarmancki, czuły. Czy wolno jej choćby tylko rozważać, choćby jedynie w teorii - rzucenie się w ramiona innego mężczyzny? Przecież to byłoby nie fair, nie w porządku. A do tego takie nierozsądne...
* * *
Maciek stawia na stół kubki parującej kawy. Są zwyczajne, metalowe. Dziś rano udało mu się wyprosić pożyczenie dwóch talerzy z kuchni pobliskiego hotelu. Ale filiżankami podzielić się już nie chcieli. Obserwuje, jak Iza kończy jeść, wstaje i odnosi naczynia do zlewu. Kiedy podnosi się z krzesła, poły szlafroka odsłaniają jej dekolt, to cudowne miejsce między piersiami. Gładka skóra, krągłe linie... Dziewczyna stąpa lekko bosymi stopami po betonowej posadzce, jej łydki naprężają się, a kolana odsłaniają, kiedy po umyciu talerzy podnosi się na palcach, by sięgnąć do suszarki. Jest taka naturalna, świeża, kobieca. Maciek bezwiednie zaczyna wyobrażać sobie, że sunie opuszkami palców po tej lśniącej, sprężystej skórze w górę, pod materiał szlafroka, do ud, bioder, pośladków... Jak obejmuje ją w talii i zjeżdża dłońmi do przodu w dół, mijając pępek, aż do linii miękkiego jak puch futerka otulającego... Nie, nie! Stop! Natychmiast stop! Takie myśli nie doprowadzą go do niczego dobrego. Co innego ma teraz do zrobienia, nie wolno mu się dekoncentrować. A poza tym... Ta kobieta jest niebezpieczna. No, może nie dosłownie, fizycznej krzywdy mu przecież nie zrobi. Ale to, jak na niego wpływa, jak sprawia, że jego proste dotychczas, konkretne i jasne niczym światło lasera myśli zaczynają się nagle kleić ze sobą, plątać, meandrować, rozpływać w różowawym blasku... Jak ze zdań oznajmiających, rozkazów prawie, zmieniają się w ckliwe, przenikające niepostrzeżenie do głowy pytania: "A może ja i ona, to my? Może jakoś by się nam razem udało?". Właśnie dlatego - czując podświadomie, że jeśli zrobi ku niej pierwszy krok, a ona go nie odrzuci, to nigdy nie będzie już umiał powiedzieć stop - trzyma się od tej kobiety na dystans. Nie pozwala sobie na dłuższe spojrzenia w oczy, przypadkowe nawet dotknięcia, waży słowa. Bo kto jak kto, ale on nie może z nikim się wiązać. Koniec, kropka. Żadnej dyskusji.
Z ogromnym wysiłkiem odkleja więc macki swojej wyobraźni od nagiego, choć zakrytego grubym frotté, ciała i przerzuca wzrok niczym szuflę granitowego tłucznia na blat barku. Spokojnie, tylko spokojnie. A więc dwie kawy. W kubkach. Mleko już w środku. Acha, jeszcze cukier. Ciągle zakotwiczony spojrzeniem w blacie stolika, Maciek zrywa się z krzesła, rusza do szafki i wpada prosto na wracającą na swoje miejsce Izę. Twarz w twarz, tors w tors, biodra w biodra.
- Przepraszam... - bąka, czując, jak tętno jedzie mu pod podziałkę z liczbą 200.
- Nie, to moja wina... - dziwnym, na poły schrypniętym, na poły zdyszanym głosem odpowiada Iza.
Jeszcze nigdy jej oczy nie były tak blisko jego oczu. Nigdy dotąd jego twarzy nie ogrzewał jej oddech. Ani razu z tak bliska nie czuł zapachu jej ciała. Delikatnego niczym ślad perfum w pustej windzie. Są blisko. Zbyt blisko siebie, by obrócić to w żart, zbyć śmiechem. Za blisko, żeby oderwać się od siebie i, jakby nigdy nic, zasiąść do siorbania kawy. Maciek ze zdziwieniem odkrywa, że jego dłonie już dotykają jej twarzy, że między palcami przelewają się jej jasne włosy. Iza, pod jego dotknięciem, najpierw lekko drży, potem odchyla nieco głowę i śmiało patrzy mu w oczy. Tego już nie da się zatrzymać. Dotyk jej ust na jego wargach przyprawia go niemal o zawrót głowy. Ciepłe, jędrne, o smaku słońca, lata, radości. Ich pierwsze pocałunki są jeszcze błądzeniem, pytaniem, odkrywaniem nieznanych lądów. Ale już po chwili wprowadzają ich, zdyszanych, nieprzytomnych z pożądania, w świat, którego granice wyznacza jedynie zasięg ich ramion. Dalej nie ma już nic. Jego dłonie szamoczą się przez chwilę z grubym frotté szlafroka. Coś trzeszczy w szwie rękawa, pęka szlufka od paska. I oto ma ją, całą, przed oczami. Naga, jeszcze zarumieniona po porannym prysznicu. Dwa nieduże, cudownie sterczące lekko na boki stożki piersi unoszą się w rytm szybkiego oddechu. Wąska, dziewczęca talia, miękka linia bioder, jasny blond puszek tam, gdzie zbiegają się wnętrza ud. Długie, zgrabne nogi. Jej włosy rozsypały się na ramionach. Spływają złocistą kaskadą na biust, jakby usiłowały zasłonić małe, różowe brodawki jej piersi.
- Długo jeszcze mam na ciebie czekać? - Iza uśmiecha się, błyskając drobnymi, bielutkimi ząbkami.
A potem sięga do jego koszulki i zaczyna ją rozpinać. Maciek nie chce jednak czekać tak długo. Jednym szarpnięciem wystrzeliwuje guziki we wszystkie zakamarki pokoju, drugim uwalnia się od krępującego materiału. Bierze Izę w ramiona, czuje na torsie dotyk jej jędrnych piersi. Znów, już śmielej, głębiej, bardziej zapalczywie, wpija się ustami w jej wargi. Chwilę później unosi ja w ramionach, a ona obejmuje jego kark rękami. Niesie, jak zdobycz, bezcenne trofeum, na rozkładany fotel, który od kilku dni służy mu do spania. Iza w tym czasie patrzy mu w oczy, z uśmiechem obejmuje jego twarz ciepłymi dłońmi. Kiedy Maciek kładzie ją na posłaniu, włosy rozsypują się jej wokół głowy jak świetlista aureola. Niebieskie oczy zdają się zaglądać mu aż do samego dna duszy. Po chwili on też jest już nagi. Napięty, nabrzmiały, gorący. Pochyla się, całuje znów, a ona tym razem rozchyla usta i wpuszcza go do środka. Zapach jej ciała oszałamia, wnętrza jej ud na jego biodrach promieniują ciepłem. Półprzytomny, oszalały, wstrząsany dreszczem, szuka przez chwilę tego miejsca, do którego już zdążyły spłynąć jego żądze i marzenia. Na dłoni czuje wilgoć, gorąco, łaskotanie delikatnych włosków. W tym momencie zapomina, jak się nazywa, gdzie jest, co miał zrobić i po co. Staje się pragnieniem, działaniem, energią.
* * *
To, co się właśnie dzieje, w pierwszej chwili ją zaskoczyło. Tak, teraz już wie, że Maciek jest tym mężczyzną z jej snu. Teraz tak. Ale jeszcze pięć minut temu spodziewała się, że czeka ich kolejny miły i niebanalny dzień, który spędzą na przechadzce bądź rowerowej eskapadzie, iskrzących humorem żarcikach, ciekawej dyskusji. Przecież nic jeszcze przed chwilą nie wskazywało na to, że naga, nieprzytomna z podniecenia, niesiona w ramionach, znajdzie się w jego łóżku. Ale stało się i teraz Iza na pewno nie będzie tego analizować. Płonie w ogniu jego pieszczot, roztapia się, zatraca poczucie własnego "ja" w gorącej plazmie jego pocałunków. Maciek jest czuły, uważny, ale zarazem nieustępliwy i zachłanny. Ustami, opuszkami palców, wnętrzami dłoni - lepi ją i formuje, jak kulkę plasteliny. A ona mu się oddaje, pozwala nieść dalej i dalej w ten nieznany ląd, wraz z każdym dotykiem, pieszczotą, tchnieniem jego ust, zbliżając do tego czegoś - wielkiego, rozedrganego, obezwładniającego słodyczą i ciepłem - co już zaczęło wzbierać w jej brzuchu i rozlewać się po wszystkich atomach jej ciała. Z cichym westchnieniem obejmuje jego biodra nogami, mocniej przygarnia porośnięty szorstką sierścią tors. Czuje na sobie jego ciężar, bijące od niego fale gorąca i... Tak, są już razem. Kiedy Maciek w nią wchodzi, Iza cichutko wzdycha i bezwiednie wbija paznokcie w skórę jego pleców. A potem ona i on, on i ona - splatają się w jednym rytmie ciał, strumieniu westchnień, wietrze oddechów. Iza poddaje się mu, dostraja do galopady jego bioder. Brak jej tchu, mięśnie napięte do granic, serce ledwo nadąża z przetaczaniem hektolitrów krwi. Rozkosz. Agonia. Nasycenie. Głód. Te przeciwstawne pojęcia splatają się ze sobą, łączą i stają synonimami. Przez krótką chwilę w wieżycy nie ma już Izy. I nie ma Maćka. Jest tylko miłość.
A kiedy w końcu wstrząsa nią spazm, pod powiekami zapalają się gwiazdy, a ciało wygina w paroksyzmie rozkoszy - przez gęsto-lepki i słodko-gorący lukier spełnienia przedzierają się do niej słowa Maćka:
- Kocham cię. Od pierwszej chwili. Odkąd cię ujrzałem. Kocham. Na zawsze.