Nowy drapieżnik. Tom 1 - Zbigniew Zborowski

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

So­bota, 11 lu­tego 2012, 18:00

Jest głodny. Krąży po mie­ście. Szuka. Chwyta, a po­tem za­raz gubi tropy. Robi się nie­cier­pliwy. Głód roz­sa­dza mu czaszkę, spra­wia, że ciało prze­staje go słu­chać, a my­śli za­mie­niają się w na­tar­czywy, co­raz mniej zro­zu­miały szept. Sza­lony nurt nio­sący słowa, ob­razy, wspo­mnie­nia tego, co było i co ma na­dejść, z na­ra­sta­ją­cym szu­mem ob­mywa jego mózg.

I na­gle coś czuje. Wy­raź­nie. Dość bli­sko. Zwal­nia, je­dzie te­raz ostroż­niej. Żeby nie zgu­bić tej słod­kiej, cu­dow­nie piesz­czą­cej zmy­sły wi­bra­cji w ota­cza­ją­cym go po­wie­trzu. W ob­ra­zie do­mów, ulic, chod­ni­ków, lu­dzi. Za­ta­cza koła, skręca w mniej­sze uliczki, a po­tem z pi­skiem opon z nich ucieka i znów po­dąża za ulot­nym, ete­rycz­nym śla­dem, któ­rego samo tchnie­nie bu­dzi w nim wstrząs roz­ko­szy.

Prze­jeż­dża przez Go­cław. Plą­ta­niną osie­dlo­wych uli­czek to zbliża się, to od­dala od Wi­sły. Nie, nie tu. Da­lej. Ostro­bram­ska, Pło­wiecka, wia­dukt nad to­rami. Skręca w prawo, w za­nie­dbane za­ułki Wawra. Nie! Źle! Ślad znowu za­nika. Z po­wro­tem Pło­wiecka. I gaz, aż do We­so­łej. Jak w tran­sie skręca w osie­dle ja­kichś blo­ków, prze­cina uliczkę sze­re­go­wych dom­ków, wy­jeż­dża na sze­roką Jana Pawła II. Te­raz czuje to wy­raź­nie. Pro­wa­dzi więc szyb­ciej. Wie, że nie zgubi już tropu.

* * *

Żyła schyla głowę i prze­miesz­cza swoje metr dzie­więć­dzie­siąt trzy i sto ki­lo­gra­mów ciała przez ni­skie, ale cho­ler­nie ma­sywne przej­ście. Sta­lowa fra­muga za­ko­twi­czona w żel­be­to­nie, cięż­kie, zbro­jone z oby­dwu stron trzy­mi­li­me­trową kwa­sówką drzwi. Z gra­nat­nika, kurwa, by się nie dało tego roz­pi­rzyć. Po­mię­dzy do­spa­wa­nymi do sta­lo­wych dwu­te­ow­ni­ków war­stwami bla­chy two­rzą­cymi drzwi - gruba war­stwa wełny mi­ne­ral­nej. Nie­źle wy­tłu­mia krzyki. Na­wet te naj­gor­sze...

Ale te­raz z czar­nego, po­zba­wio­nego okien po­miesz­cze­nia do­biega tylko ża­ło­sne po­chli­py­wa­nie zwi­nię­tej w kłę­bek ko­biety. Żyła od­wraca się w wą­skim, oświe­tlo­nym je­dy­nie gołą ża­rówką ko­ry­ta­rzu, ściąga z twa­rzy kar­na­wa­łową ma­skę dia­bła i pa­trzy, jak Czarny z du­żym tru­dem do­myka drzwi. Płacz ze środka cich­nie jak ciach­nięty no­żem. Czarny prze­kręca za­mek, chowa klucz, ściąga ze swo­jego za­ro­śnię­tego ryja ma­skę klauna. Go­towe. Idą do scho­dów na górę. Jesz­cze jedne drzwi, już zwy­czajne, i są na par­te­rze.

- Nie zgub tych jej ku­dłów. - Czarny wska­zuje na trzy­maną przez Żyłę re­kla­mówkę z blond lo­kami.

Na to­rebce jest na­pi­sane, że "nie dla idio­tów".

- Nie po­uczaj mnie - ce­dzi przez zęby Żyła. - Albo już ni­gdy nie bę­dziesz sza­mał wła­snymi zę­bami.

Po co grozi Czar­nemu? Prze­cież gość jest w po­rządku. Żyła na­wet go lubi. Ale te­raz roz­piera go ja­kiś taki, kurna, czarny pa­łer. Moc ja­kaś je­bana. Po tym, co przed chwilą zro­bili z tamtą małą z piw­nicy, czuje się jak sam pie­przony Lu­cy­fer. Ostry jak ży­letka. Zły.

Czarny od­pusz­cza. Uśmie­cha się głu­pawo.

- Nie­źle so­bie po­bry­ka­li­śmy, co? - umi­zguje się.

- Pa­mię­taj, dwa razy dzien­nie mi­cha. Z tymi pro­chami, żeby nie wa­rio­wała. I raz na dobę wy­no­sisz noc­nik. Nie chcę tu smrodu.

- Sorry, ale noc­nika to ja nie będę...

- Bę­dziesz - ucina Żyła.

Obaj męż­czyźni pa­trzą na sie­bie w mil­cze­niu. Żyła jest wyż­szy o głowę, wy­spor­to­wany, sprę­ży­sty. Ale Czarny to stu­dwu­dzie­sto­ki­lo­gra­mowy kloc zbu­do­wany z mię­śni i gru­bych ko­ści. Były za­pa­śnik. Za­ka­pior. Mimo to znowu pęka. Żyła jest dziś na­bu­zo­wany, jakby na­wą­chał się dia­bel­skiego gówna. A prze­cież nie brali żad­nych pro­chów. Szef po­wie­dział wy­raź­nie: To ważna ro­bota, żad­nego spi­do­wa­nia, bo po­lecą głowy...

- Chuj - mówi więc po­jed­naw­czo Czarny. - Za ser­wis od­biorę so­bie od niej w na­tu­rze.

Żyła wy­cho­dzi z jed­no­ro­dzin­nego domku, roz­gląda się. Jest noc, ci­sza, jak to w zi­mie. Na traw­nicz­kach ła­chy mo­krego śniegu. Ota­cza go ty­powe osie­dle sza­rych, nie­du­żych, bu­do­wa­nych w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych pu­de­łek. Stoją cia­sno upa­ko­wane na ma­leń­kich dział­kach.

Faj­nie, że piw­nica jest do­brze wy­ci­szona, my­śli, ru­sza­jąc w stronę za­par­ko­wa­nego na uliczce sa­mo­chodu. BMW 516. Stary, dy­cha­wiczny, dwu­dzie­sto­letni szrot. Jedna za­leta: nie rzuca się w oczy.

- Je­dziesz - mówi do sie­dzą­cego za kie­row­nicą Pita. Pit od Pe­tera, czyli Pio­tra. Tam­ten tak ma na imię. No­wi­cjusz, robi tylko za szo­fe­raka, ale po­dobno można mu ufać. Dwu­dzie­sto­pa­ro­letni szczaw. Na­wet po­rząd­nej ksywki się nie do­ro­bił.

- Do­kąd? - pyta Pit.

- Jak mó­wię je­dziesz, to je­dziesz - sy­czy Żyła, pa­trząc, jak pod jego spoj­rze­niem chło­pak za­pada się w so­bie. - Jesz­cze raz o coś spy­tasz i masz w ryj.

Wó­zek ru­sza, a Żyła wciąż ma w so­bie ten fan­ta­styczny, me­ga­odlo­towy wkurw. Za­je­bi­ście fajne uczu­cie.

Pit wle­cze się ja­ki­miś za­uł­kami, do­jeż­dża do ronda.

- W lewo - rzuca mu Żyła.

Pit skręca i już jest na Jana Pawła II. Główna ar­te­ria tej za­pa­dłej wio­chy. We­so­łej.

- O, zyg­zak. Za­je­biasz­cza rzecz - prze­rywa ci­szę Pit.

- Zyg­zak?

- Mo­to­cykl. Za nami. Ka­wa­saki ZZR 1400, naj­now­szy mo­del. Z tego roku. Dwie­ście dzie­sięć koni, sto pięt­na­ście niu­to­no­me­trów, cię­żar - nie­całe dwie­ście kilo. Nic na świe­cie od niego le­piej nie przy­spie­sza...

Żyła od­wraca się i wi­dzi czarny jed­no­ślad.

- Ciota - pod­su­mo­wuje. - Ma dwie­ście koni mię­dzy no­gami, a wle­cze się osiem­dzie­siątką. Przy­spiesz.

Pit do­daje gazu, mo­to­cykl zo­staje w tyle.

- Przez to rondo pro­sto - in­stru­uje Żyła.

- W las? - do­py­tuje Pit i za­raz głowa od­ska­kuje mu od, trzeba przy­znać, nie­zbyt moc­nego, ostrze­gaw­czego jakby kuk­sańca, który spada na jego szczękę.

- A, tak. Żad­nych py­tań... - przy­po­mina so­bie.

Wy­bo­istą Bor­kow­ską wy­jeż­dżają z We­so­łej, do­jeż­dżają do alei Dzieci Pol­skich, prze­ci­nają pierw­sze rondo w Mię­dzy­le­siu, na dru­gim skrę­cają w lewo. Ulica Pa­trio­tów pro­wa­dzi wzdłuż to­rów ko­le­jo­wych.

- Znowu ten zyg­zak - od­zywa się Pit, zer­ka­jąc w lu­sterko. - Śle­dzi nas, czy jak?

Mo­to­cykl przy­spie­sza i - ra­niąc uszy dwu­na­stoma ty­sią­cami ob­ro­tów - śmiga koło nich, bły­ska­wicz­nie się od­da­la­jąc.

- Śle­dzi? Niby kto? Może po­li­cja? - szy­dzi so­bie Żyła. - Weź wyj­rzyj przez okno, fra­je­rze. Czy nie lata nad nami he­li­kop­ter. He, he. Albo ja­kiś pie­przony sa­te­lita. Nie gramy w Mis­sion Im­pos­si­ble, cy­ko­rze. A ty nie je­steś Tom Cru­ise. Go­ściu pew­nie je­dzie tą samą trasą co my, ale na mo­to­rze nie bę­dzie się prze­cież tłukł wer­te­pami przez las. Więc po­je­chał na­około i te­raz nas wy­prze­dził.

- Nie­źle znasz się na do­brym ki­nie - od­po­wiada ze sta­ran­nie ukrytą iro­nią Pit. - Pew­nie hor­rory też lu­bisz? Ob­cego, na przy­kład?

- Hor­ror to, chłop­czyku, je­stem ja. Obyś się nie prze­ko­nał. Tu­taj za­trzy­maj. Przy tej ko­le­jo­wej sta­cji.

- War­szawa Ra­dość - czyta jej na­zwę Pit. - Kurde, to ja­kaś sza­rada? Dziu­plę mamy w We­so­łej, wia­do­mość zo­sta­wiamy w Ra­do­ści... Prze­ka­za­nie okupu bę­dzie chyba w parku Szczę­śli­wic­kim?

Żyła nie od­po­wiada. Za­ma­szy­stym ru­chem przy­bija Pi­towi do torsu re­kla­mówkę z wło­sami.

- Za­pier­da­laj na pe­ron i wsadź je głę­boko do któ­re­goś ze śmiet­ni­ków - roz­ka­zuje.

- A je­śli mają tu mo­ni­to­ring? - waha się Pit.

- Mo­ni­to­ring? Po­je­bało cię? PKP nie stać na­wet na szyby w oknach. - Żyła wska­zuje pod­bród­kiem za­nie­dbany, po­ma­zany spre­jem bu­dy­nek sta­cji z za­bi­tymi de­chami dziu­rami po oknach. - No, idziesz!

Kiedy Pit skrada się w stronę sto­ją­cego na je­dy­nym pe­ro­nie ko­sza, Żyła wy­ciąga ko­mórkę. "My nie rzar­tu­jemy. Od­bierz­cie se ku­dly co­reczki ze śmiet­nika na sta­cji war­szawa-ra­dosc i cze­kaj­cie na na­stepny kon­takt. I pa­mien­taj­cie. La­ska ma jesz­cze palce, uszy, nos oraz cycki. Je­den te­le­fon na po­li­cje i cos z tych ze­czy znaj­dzie­cie na­step­nym ra­zem w ko­szu" - wy­stu­kuje na kla­wia­tu­rze. Koń­czy, wy­syła. Roz­kłada te­le­fon, wyj­muje kartę pa­mięci, ła­mie ją w gru­bych pa­lu­chach i wy­rzuca przez okno. Do­piero wtedy do­strzega za­par­ko­wa­nego przed ma­ską ka­wa­saki. Kie­rowca już zsiadł z sio­dła, stoi te­raz za­le­d­wie parę kro­ków przed drzwiami sa­mo­chodu i wła­śnie pod­nosi przy­łbicę ka­sku.

- Spier­da­laj stąd, barsz­czo­lesz­czu, albo ci ten twój mo­to­rek w dupę wsa­dzę - za­gaja w swoim stylu Żyła.

Tam­ten jed­nak ani drgnie. Na oko trzy­dzie­sto­la­tek, szczu­pły, nie­wiele wię­cej niż śred­niego wzro­stu. W po­rów­na­niu z sie­dzą­cym w bmw męż­czy­zną - waga lek­ko­pół­śmieszna. Dło­nie ma pu­ste, żad­nej broni czy choćby ko­zika. Więk­szych spry­cia­rzy zda­rzało się Żyle o ko­lano ła­mać. Dla­czego więc te­raz czuje na ple­cach zimne do­tknię­cie stra­chu?

- Wy­bacz, ale mu­szę to zro­bić. - Spo­kojny, nieco stłu­miony mo­to­cy­klo­wym ka­skiem głos.

- Niby co, do kurwy nę­dzy? - W gło­sie Żyły, wbrew in­ten­cji jego wła­ści­ciela, sły­chać nie­po­kój.

- Za­raz bę­dzie po wszyst­kim...

Żyła nie zwleka dłu­żej. W oczach tam­tego jest coś, co spra­wia, że albo musi na­tych­miast rzu­cić się do ucieczki, albo... De­cy­duje się na drugą ewen­tu­al­ność. Bły­ska­wicz­nie sięga za sie­bie i zza pa­ska od spodni wy­rywa glocka. Płyn­nym ru­chem otwiera drzwi auta, prze­ła­do­wuje, składa się do strzału. I wtedy dzieje się coś dziw­nego.

Żyła - twar­dziel, re­cy­dywa, sztyw­nia­cha i ki­zior - czuje ude­rze­nie hi­ste­rii. To już nie strach, to pa­nika. Boi się, jakby znowu był ma­łym chłop­cem, któ­rego oj­ciec leje po ple­cach sprę­żyną od tap­czanu. Prze­ra­że­nie. Prze­ra­że­nie prze­cho­dzące w bez­ro­zumną, roz­pacz­liwą trwogę. Wi­dzi tam­tego wy­raź­nie. Na końcu lufy swo­jego ko­pyta. Cel stoi nie­ru­chomo, ale Żyła z prze­szy­wa­jącą ja­sno­ścią uświa­da­mia so­bie, że pa­lec na spu­ście tej dzie­wię­cio­mi­li­me­tro­wej, śmier­tel­nie sku­tecz­nej broni nie na­leży już do niego. Jego mózg się roz­pada, jakby ktoś wy­sy­sał każdy z jego neu­ro­nów. To boli. Rany, jak to ku­rew­sko boli! Z gar­dła wy­rywa mu się prze­cią­gły sko­wyt. Żyła już nie jest Żyłą, lecz kupą roz­trzę­sio­nego, dy­go­czą­cego w ago­nii mię­cha. Bez pa­mięci, bez toż­sa­mo­ści, bez prze­szło­ści ani przy­szło­ści. Sły­szy jesz­cze swój krzyk. Wi­bru­jący, straszny. Sko­wyt, któ­rego nie za­trzy­ma­łyby na­wet po­dwój­nie zbro­jone drzwi wy­peł­nione mi­ne­ralną wełną. Przed jego oczami ja­kaś siła zrywa fi­rankę na­zy­waną szum­nie rze­czy­wi­sto­ścią. Sa­mo­chód, mo­to­cykl, as­falt ulicy i błocko na po­bo­czu - to wszystko ilu­zja, gra świa­teł. Mgła, która wła­śnie fa­luje i się roz­pra­sza. Wy­peł­zają z niej cie­nie jesz­cze strasz­niej­sze niż miaż­dżący jego głowę ból. Mrok, ot­chłań, speł­nie­nie naj­gor­szych, wy­par­tych z pa­mięci snów...

To ko­niec. Ostat­nia sta­cja. Da­lej nie ma już nic.

Wto­rek, 15 lu­tego 1994, 7:20

Ptaki. Zo­stały mu już tylko ptaki. I dach tej ka­mie­nicy na­prze­ciwko. Jak się do­brze wy­cią­gnie, wi­dzi na­wet zwień­cze­nie ściany na ostat­nim pię­trze i spory ka­wa­łek da­chu. No i oczy­wi­ście jest jesz­cze niebo. Ale ile można wpa­try­wać się w chmurki, gwiazdki i - od czasu do czasu - frag­ment księ­życa? Więc ptaki. Ma­ciek naj­bar­dziej lubi je­rzyki. Po­dobno więk­szość ży­cia spę­dzają w lo­cie. To wi­dać. Wio­sną i la­tem, w po­goni za owa­dami, śmi­gają na­prawdę bli­sko jego okna. Raz je­den z nich ude­rzył na­wet z im­pe­tem w szybę. Na szkle zo­stała mar­twa, przy­kle­jona muszka i smużka pta­siej krwi. Ma­ciek miał na­dzieję, że nic mu się nie stało. Że nie roz­bił się o chod­nik ulicy Sta­lo­wej, cztery pię­tra ni­żej. Nie­stety, nie mógł tego spraw­dzić.

Jesz­cze pół roku temu był też go­łęb­nik. Na­prze­ciwko. Na da­chu ka­mie­nicy nu­mer 34. Wtedy to był dla Maćka raj. Ob­ser­wo­wał, jak są­siad, pan Ro­man, wy­pusz­czał swoje stadko: sztra­sery i białki, a go­łę­bie ko­ło­wały, ko­ło­wały nad nimi wy­soko w nie­bie. Tyle że wcze­sną je­sie­nią na dach wszedł dziel­ni­cowy i ja­cyś urzęd­nicy. Coś tam krzy­czeli na pana Ro­mana, ge­sty­ku­lo­wali. Dwa dni póź­niej, o świ­cie, tylko Ma­ciek wi­dział, jak Ro­man otwo­rzył wszyst­kie klatki i ko­lejno po­ukrę­cał ptasz­kom łebki. Po­dobno go­łę­bie kupy prze­szka­dzały są­sia­dom, więc urzęd­nicy ka­zali zli­kwi­do­wać gów­no­twór­czy pro­blem. Przy oka­zji zli­kwi­do­wali Ro­mana, który w trzy ty­go­dnie za­pił się na śmierć, i omal nie zli­kwi­do­wali Maćka, który pod­ciął so­bie żyły kra­wiec­kimi no­życz­kami mamy - je­dy­nym ostrym przed­mio­tem, jaki miał w za­sięgu ręki. Pró­bo­wać się za­bić z po­wodu paru za­sra­nych go­łębi... Głu­pie, co nie? Ale gdy ma się czter­na­ście lat i jest się na za­wsze przy­ku­tym do łóżka, sprawa na­biera zu­peł­nie in­nego wy­miaru.

Od­ra­to­wali go. Choć trzeba przy­znać, że prze­guby po­ka­le­czył so­bie wtedy szpet­nie. Skórę prze­ciął dość gładko, mię­śni na chu­dym ręku i tak nie miał. Szybko więc do­tarł do żył. Ale te z ko­lei były już trud­niej­szym te­ma­tem. Pi­ło­wał je tę­pym ostrzem, a one tylko tur­lały się w lewo i prawo. Na fil­mach to ja­koś ła­twiej idzie.

No wła­śnie. Filmy. Od tam­tego czasu ro­dzice naj­wy­raź­niej uznali, że ich je­dyny syn po­trze­buje wię­cej roz­rywki. W po­ko­iku po­ja­wił się te­le­wi­zor i od­twa­rzacz wi­deo ku­piony pro­sto od Ru­skich ze Sta­dionu Dzie­się­cio­le­cia. Ko­lejne kla­moty za­gra­ca­jące jego sze­ścio­me­trowy po­kój - obok stu­dwu­dzie­sto­li­tro­wej bu­tli z tle­nem oraz sto­ją­cego przy łóżku, skła­da­ją­cego się z dwóch szkla­nych bu­tli, pla­sti­ko­wych ru­rek i elek­trycz­nego sil­niczka, ssaka do wy­cią­ga­nia z Mać­ko­wych wnętrz­no­ści za­le­ga­ją­cej w oskrze­lach flegmy.

Ro­dzice za­sy­pali go też sto­sami pi­rac­kich ka­set. Rambo, Ame­ry­kań­ski Ninja, Mil­cze­nie owiec, Bo­ha­ter ostat­niej ak­cji - same no­wo­ści made in Hol­ly­wood na­grane chył­kiem, ama­tor­ską ka­merą, w ki­nie. No i mu­zyka. Bon Jovi, Mi­chael Jack­son, Ro­xette, Mo­dern Tal­king, Eu­ry­th­mics, Pet Shop Boys. Aż trudno uwie­rzyć, że le­dwo ja­kiś ka­wa­łek staje się prze­bo­jem, a już można go do­stać na Sta­dio­nie.

Tyle że Mać­kowi nie za­leży ani na fil­mach, ani na mu­zyce. Jesz­cze Dzień świ­staka dał radę obej­rzeć do końca. W su­mie fajna hi­sto­ria. Fa­cet utknął w pę­tli czasu. Każdy jego dzień jest do­kład­nie taki sam jak wszyst­kie po­przed­nie. Wy­daje się, że nie ma z tego pie­kła ucieczki... Cała reszta tej ki­ne­ma­to­gra­fii ja­koś jed­nak Maćka nie uwo­dzi. I nie cho­dzi na­wet o to, że jego ro­ze­dr­gana głowa i wy­ko­nu­jące bez­wiedne, nie­sko­or­dy­no­wane ru­chy gałki oczne utrud­niają mu per­cep­cję. Ra­czej trudno jest mu po pro­stu za­chwy­cać się wy­czy­nami umię­śnio­nych twar­dzieli, gdy sam nie ma do­syć mu­sku­la­tury, żeby cho­ciaż nor­mal­nie od­dy­chać. No i jest jesz­cze je­den mi­nus tej sy­tu­acji. W po­koju za­czął prze­sia­dy­wać wpa­trzony w te­le­wi­zor tata. Przy­cup­nięty na brzegu jego łóżka za­sła­nia tylko wi­dok przez okno. A tam znowu wiele się dzieje. W za­uł­kach ozdob­nego, choć osy­pu­ją­cego się ze sta­ro­ści zwień­cze­nia da­chu w ka­mie­nicy na­prze­ciwko za­gnieź­dziła się pu­stułka. Ma­ciek może go­dzi­nami wpa­try­wać się w to sie­dzące bez ru­chu wiel­kie, dra­pieżne pta­szy­sko, cze­ka­jąc na tę jedną chwilę, kiedy sze­ro­kie na po­nad pół me­tra skrzy­dła roz­winą się do lotu, a dra­pież­nik z prze­ni­kli­wym "kij­kij­kij­kij" rzuci się na zdo­bycz. Wol­ność, prze­strzeń, swo­boda. Po dru­giej stro­nie ulicy Sta­lo­wej jest wszystko to, czego brak tak do­tkli­wie Ma­ciek od­czuwa tu­taj.

Kiedy to się skoń­czy? Ile jesz­cze mu­szę się prze­mę­czyć? - czę­sto za­daje so­bie py­ta­nia. Do­ro­śli nie chcą udzie­lić mu na nie od­po­wie­dzi. W ogóle udają, że ich nie sły­szą. Wszystko bę­dzie do­brze, chło­paku, wy­zdro­wie­jesz - od­po­wia­dają, jakby na­prawdę wie­rzyli, że kupi od nich te bzdury. To samo le­ka­rze. In­for­ma­cje o jego sta­nie zdro­wia prze­ka­zują tylko ro­dzi­com, szep­tem, naj­le­piej za za­mknię­tymi drzwiami ga­bi­netu. Gdy Ma­ciek pyta ich o swoje zdro­wie wprost, tylko się głu­pio uśmie­chają. Cho­lera, po­łowa lat dzie­więć­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku, a za­cho­wują się jak śre­dnio­wieczne ko­no­wały.

Je­dy­nym źró­dłem wie­dzy o po­stę­pach cho­roby jest więc dla Maćka ściana. Ta, przy któ­rej stoi jego łóżko. Za nią jest po­kój ro­dzi­ców. Żeby się do niego do­stać, trzeba od Maćka wyjść do wspól­nego dla trzech miesz­kań przed­po­koju i wejść w na­stępne drzwi. Pa­rę­na­ście kro­ków. Kiedy mama lub oj­ciec już tę drogę po­ko­nają, wy­daje im się pew­nie, że są na tyle da­leko od swo­jego dziecka, że mogą nor­mal­nie roz­ma­wiać. A po za­to­cze­niu kółka lą­dują prze­cież nie­mal na wy­so­ko­ści jego wez­gło­wia! W do­datku czę­sto się kłócą. Tata nie pra­cuje. Z jego przy­pa­dło­ścią to zresztą nic dziw­nego. Ale przez to na utrzy­ma­niu mamy jest cały dom. Więc są na­pię­cia. I wza­jemne pre­ten­sje. W tych kłót­niach Ma­ciek jest wa­lutą prze­tar­gową. Dzięki temu sporo może się o so­bie do­wie­dzieć.

Tak jak te­raz. Ra­nek, mama wła­śnie wy­cho­dzi do pracy. Tata jesz­cze nie wstał, zdaje się.

- Po­szu­kaj so­bie wresz­cie ja­kiejś pracy. Ja już nie daję rady - sły­szy głos matki.

- Prze­cież wiesz, że jak się tylko pró­buję ode­zwać do ob­cych lu­dzi, to za­raz... Ha! Hu! Sama wi­dzisz.

- Więc znajdź taką ro­botę, w któ­rej nie bę­dziesz się mu­siał od­zy­wać! Tylko nie karty! Prze­rżną­łeś już dość...

- W każ­dej pracy trzeba ga­dać. Ha! W ka­drach, z sze­fem... Hu! I za­wsze tak samo się koń­czy.

- Ja­sne. Ty, bie­daczku, ni­gdy nie prze­pra­co­wa­łeś na­raz dłu­żej niż mie­siąc, a ja mu­szę za­ro­bić na... - matka za­cina się, jakby nie chciała po­wie­dzieć zbyt wiele. Ale już za późno, złość już w niej wez­brała, więc pły­nie da­lej na fali emo­cji: - Ty w ogóle masz po­ję­cie, ile kosz­tują leki dla Maćka? A pam­persy? Pry­watne wi­zyty pana dok­tora? Re­ha­bi­li­tant? I ta cho­lerna papka, którą wlewa mu się do żo­łądka rurką przez nos?

Jej głos się za­ła­muje. Ostat­nie słowa prze­cho­dzą w szloch. Je­dy­nymi dźwię­kami, ja­kie przez dłuż­szą chwilę do­cho­dzą do Maćka przez ścianę, jest jej chli­pa­nie i po­smar­ki­wa­nie.

- Od­dajmy go do ho­spi­cjum - oj­ciec mówi to tak ci­cho, że Ma­ciek bar­dziej się do­my­śla sensu jego słów, niż je sły­szy.

Długa ci­sza. Chli­pa­nie ustaje.

- Jesz­cze nie - od­po­wiada mama.

- Ma­dziu, ha! To nie ma sensu - prze­ko­nuje tata.

- Wiem. Ale... nie. Niech to sta­nie się tu­taj. Wśród swo­ich.

- To może jesz­cze po­trwać. Z mie­siąca na mie­siąc, hu, hu!, jest co­raz go­rzej, ale... le­ka­rze prze­cież gówno wie­dzą.

- Wiem.

- Raz dia­gno­zują en­ce­fa­lo­pa­tię, raz schi­zo­fre­nię pa­ra­no­idalną, in­nym ra­zem ja­kąś nie­znaną po­stać ze­społu To­urette'a, ha! hu!, a je­den do­pa­trzył się na­wet u Maćka cho­roby Par­kin­sona... - Oj­ciec mówi co­raz szyb­ciej, jakby do­da­wał sam so­bie ener­gii, jakby na­krę­cał się i upew­niał w swo­jej ra­cji wła­snymi sło­wami. - Na to­mo­gra­fii jego mó­zgu raz wi­dzą uszko­dze­nia w ukła­dzie po­za­pi­ra­mi­do­wym, in­nym ra­zem w ciele lim­bicz­nym. Ha! Już od sa­mych tych nazw czło­wiek czuje się ciężko chory...

- Wiem.

- Szpry­cują go le­kami. Klo­za­pina, flu­fe­na­zyna, olan­za­pina, chlor­pro­ma­zyna. Na­świe­tlają głowę rent­ge­nem. Pro­fe­sor mó­wił coś na­wet o wpusz­cze­niu mu do mó­zgu dwóch elek­trod... Huu! Trak­tują go jak do­świad­czal­nego kró­lika. Ale po­móc mu nie są w sta­nie. Nikt nie jest w sta­nie. Ty też.

- Wiem o tym wszyst­kim, do ja­snej cho­lery! - Mama wy­bu­cha tak gło­śno, że u Maćka dzwoni le­żący na spodeczku ter­mo­metr. Ale za­raz do­daje spo­koj­niej: - Mu­szę już iść. Pa.

Trza­skają drzwi, po­tem w przed­po­koju sły­chać szu­ra­nie. Wresz­cie otwie­rają się drzwi jego klitki i do środka wcho­dzi szczu­pła, lekko przy­gar­biona, czter­dzie­sto­let­nia ko­bieta. Ma roz­ma­zany ma­ki­jaż, za­pła­kane oczy i czer­wony nos. Ale dla Maćka i tak jest naj­pięk­niej­sza na świe­cie. Mama.

- Od­po­czy­waj, synku - szep­cze, ca­łu­jąc go w czoło.

Wy­cho­dzi, a Ma­ciek od razu za­pada się w wir szep­tów, emo­cji, bez­i­mien­nych ludz­kich twa­rzy i zwią­za­nych z nimi uczuć. Za­wsze tra­gicz­nych, strasz­nych i tak re­al­nych, jakby sam je kie­dyś prze­żył lub wła­śnie ich do­świad­czał. A prze­cież to nie­moż­liwe. Od pię­ciu lat jest przy­kuty do łóżka... W jego ży­ciu nie dzieje się nic nie­zwy­kłego. Po co więc na­wie­dzają go cu­dze emo­cje? Skąd i dla­czego przy­nosi je wiatr? Te strzępy czy­je­goś stra­chu, wście­kło­ści, nie­na­wi­ści czy bólu są dla niego jak puz­zle albo jak ob­raz rze­czy­wi­sto­ści, który ktoś po­ciął no­życz­kami na drobne ka­wałki, a po­tem rzu­cił w górę i po­wie­dział: "A te­raz ułóż so­bie z tego, co chcesz. Je­śli po­tra­fisz".

- Kurwa, chuj, dupa, dupa! - sły­szy na­gle z przed­po­koju głos ojca.

- Coś ty po­wie­dział, zgre­dzie? - To z ko­lei Adam, są­siad z ka­mie­nicy dwa nu­mery da­lej, dla przy­ja­ciół Prędki. Serce aż pod­ska­kuje Mać­kowi z ra­do­ści.

- Chuj, chuj. Du­uupa! - od­po­wiada oj­ciec, ale jego głos już się od­dala, znika w po­koju obok.

Drzwi Maćka się otwie­rają i po­ja­wia się w nich uśmiech­nięta gęba Pręd­kiego.

- Ja pier­dy­kam, Ma­ciuś. Ale ten twój stary jest po­je­chany! - ra­do­śnie woła od progu. Ma­ciek od razu wi­dzi, że Prędki jest już lekko wy­pity. - Cią­gle się na to na­bie­ram. Nie mogę się przy­zwy­czaić, że to jest sil­niej­sze od niego. Ale się mu­szą stare klempy spod ko­ścioła dzi­wić, kiedy one mu: "Dzień do­bry, są­sie­dzie", a on im na to: "O ho, ho! Spier­da­la­aaj­cie!".

- To ze­spół To­urette'a - wy­ja­śnia Ma­ciek. - Mi­mo­wolne ru­chy ciała, bez­sen­sowne chrząk­nię­cia i okrzyki, przy­mus mó­wie­nia wul­ga­ry­zmów.

- Tak, tłu­ma­czy­łeś mi już. Ale kiedy wcho­dzę tu­taj, a twój oj­czu­lek od razu za­czyna od słów, za które cztery pię­tra ni­żej, w bra­mie, na­tych­miast do­staje się w dziób... Po pro­stu ła­pie mnie ta, no, kon­tu­zja.

- Kon­fu­zja.

- Kon­tu­zja, kon­fu­zja. Je­den cyc. Ważne, że tak, z prze­pro­sze­niem, po­rą­ba­nego go­ścia jak on w ży­ciu nie wi­dzia­łem. Fa­cet po­wi­nien uwa­żać, komu otwiera, bo jak z taką gadką trafi na ja­kie­goś za­ka­piora, który nie wie o jego przy­pa­dło­ści to... - Prędki wy­bu­cha śmie­chem.

Ma­ciek przy­gląda mu się z po­dzi­wem. Tylko trzy lata od niego star­szy, a wy­gląda na do­ro­słego. Wy­soki, mocno zbu­do­wany, na twa­rzy wąs. Głos ni­ski, głę­boki, czarne oczy - w za­leż­no­ści od sy­tu­acji - rzu­cają albo groźne, albo we­sołe spoj­rze­nia. Prędki. Drobny zło­dzie­ja­szek z war­szaw­skiej Pragi, oka­zjo­nalny chu­li­gan, na­cią­gacz i cwa­nia­czek wie­lo­krot­nie no­to­wany przez po­li­cję. Jego je­dyny przy­ja­ciel...

- Flaszkę przy­nio­słem - oznaj­mia z uśmie­chem Prędki, wy­cią­ga­jąc zza pa­zu­chy wino o po­etyc­kiej na­zwie "Kwiat ja­błoni" i so­lid­nej, osiem­na­sto­pro­cen­to­wej za­war­to­ści al­ko­holu.

Ma­ciek sze­roko się uśmie­cha. Ten ry­tuał z al­pagą prze­ra­biają nie­mal przy każ­dej wi­zy­cie.

- Pew­nie znów się nie zgo­dzisz, żeby wlać ci szkla­neczkę przez ten wę­żyk, który wy­staje ci z nosa?

Ma­ciek kręci głową.

- Ale po­zwo­lisz, że sam walnę so­bie po ne­rach?

Ski­nię­ciem po­wiek Ma­ciek wy­raża apro­batę.

Prędki chwyta więc trzo­now­cami pla­sti­kowy ko­rek na bu­telce, zrywa go jed­nym szarp­nię­ciem głowy, a po­tem wlewa so­bie do gar­dła po­tężny haust.

- Nie­słabo ta­rza - chwali tru­nek, po czym do­no­śnie beka. - Z mło­dej piersi się wy­rwało - mówi to­nem uspra­wie­dli­wie­nia.

Za­pada chwila ci­szy. Ma­ciek pa­trzy na Pręd­kiego błysz­czą­cymi oczami. Chło­nie każdy jego gest, za­pi­suje w pa­mięci każde słowo. Prędki jest jego bo­ha­te­rem. Po­wie­wem świe­żego po­wie­trza z ze­wnątrz. Ostat­nim fi­la­rem pod­trzy­mu­ją­cym zdru­zgo­tane przez ta­jem­ni­czą cho­robę po­czu­cie wła­snej war­to­ści. Bo skoro taki gość kum­pluje się z ta­kim chu­chrem jak on... Prędki bu­dzi też w Maćku jesz­cze jedną, bar­dzo dziwną strunę. Cza­sami. Nie za­wsze. Ale je­śli już, Ma­ciek wy­czuwa to od razu. No więc zda­rza się, że na wi­dok Pręd­kiego czuje taką jakby roz­kosz, dreszcz, przy­pływ sił. Kie­dyś mu o tym na­wet opo­wie­dział.

- Stary, już i tak masz prze­je­bane - sko­men­to­wał to zwie­rze­nie ze swoją nor­malną, obez­wład­nia­jącą szcze­ro­ścią Prędki. - Gni­jesz w tym koju, nie masz sił na­wet, żeby zwa­lić se ko­nia, świata nie oglą­dasz. Je­śli do tego wszyst­kiego je­steś jesz­cze pe­da­łem... Z ca­łego serca współ­czuję.

Ma­ciek jed­nak nie jest pe­wien, czy pod­nie­ce­nie, które czuje cza­sami na wi­dok kum­pla, ma ero­tyczne pod­łoże. A zresztą... ja­kie to w jego sy­tu­acji ma zna­cze­nie?

- A więc jest sprawa - za­czyna Prędki. - Jak zwy­kle. Py­ta­nie.

- No to py­taj - uśmie­cha się Ma­ciek.

- Tylko... - Prędki ja­koś tak uważ­niej niż zwy­kle przy­gląda się Mać­kowi. - Nie przy­pu­cuj się z tym ni­komu. Na­wet matce.

- Daj spo­kój.

- Więc na­wi­jam. Orien­tuj się. - Prędki bie­rze głę­boki wdech. - Chło­paki idą na włam. Tym ra­zem po­ważny.

- Gruba sprawa - do­po­wiada Ma­ciek.

- Gruba - zga­dza się Prędki. - Je­den z nich za­pro­po­no­wał, że­bym się z nimi za­brał. Ale ja...

- Tro­chę pę­kasz?

- Wiesz, do tej pory to ja by­łem drobna prze­stęp­czość. Taka za­gro­żona karą po­zba­wie­nia wol­no­ści naj­wy­żej do lat trzech. Może pię­ciu. Za to z wa­run­ko­wym zwol­nie­niem po od­by­ciu po­łowy kary. Ale wła­ma­nie do ju­bi­lera... Kurwa - re­flek­tuje się na­gle. - Nie­ważne do kogo. Za­po­mnij. W każ­dym ra­zie wła­ma­nie. To już nie jest psi chuj. Co my­ślisz?

- Nie idź.

Prędki pa­trzy na niego przez chwilę w sku­pie­niu.

- Mam nie iść? - po­wta­rza.

- No mó­wię prze­cież. Nie idź.

- I tak od razu to wiesz? Cy­ganka roz­rzu­ci­łaby karty, ko­ści kota czy gówno nie­to­pe­rza. A ty od­po­wia­dasz bez za­sta­no­wie­nia?

- Czy ja wy­glą­dam na Cy­gankę? - pyta Ma­ciek.

- Ra­czej nie...

- Chyba mi się dzi­siaj śni­łeś. Tak, to ra­czej by­łeś ty. Męż­czy­zna. Fa­cet, któ­rego na­prawdę lu­bię. Więc kto inny?

- Tylko mi tu, kurwa, nie za­czy­naj znowu wci­skać tych pe­dal­skich tek­stów...

- Wy­lu­zuj. Dzi­siaj... Jakby to po­wie­dzieć? Nie je­steś dla mnie ape­tyczny.

- Od­pier­dol się.

- No więc w tych mo­ich ma­ja­cze­niach... Nie wi­dzia­łem wy­raź­nie co i jak.

- Su­per. Bar­dzo mi po­mo­głeś. Na­prawdę.

- Ale jed­nego je­stem pe­wien.

- Że się obu­dzi­łeś?

- Że ktoś chce zro­bić ci krzywdę. Ma cho­ler­nie złe in­ten­cje. Więc skoro py­tasz, to od­po­wia­dam. Nie idź.

Prędki trze wnę­trzem dłoni po swo­jej wy­go­lo­nej gło­wie, po czym znowu po­ciąga haust al­pagi.

- Lu­dzie mó­wią, że kom­pletny z cie­bie świr - od­zywa się wresz­cie.

- Też to sły­sza­łem - zga­dza się Ma­ciek.

- Że nie tylko nie pa­nu­jesz nad swoim cia­łem, ale i nad głową.

- Sporo w tym ra­cji.

- Po­dobno je­steś schi­zo­lem, który sły­szy głosy, ma zwidy...

- No, wy­duś to z sie­bie wresz­cie.

- Może ty wcale nie wi­dzisz przy­szło­ści? Może to tylko pie­przona cho­roba?

- Może tak być.

- A ja, jak głupi fra­jer, przy­cho­dzę do cie­bie jak do wy­roczni.

Za­pada ci­sza. Prędki znowu pije, beka, krztusi się, od­ka­słuje. W końcu sięga po pa­pie­rosa, ale zerka na bu­tlę z tle­nem i z po­wro­tem chowa paczkę.

- Ja nie wi­dzę przy­szło­ści - od­po­wiada wresz­cie Ma­ciek.

- Kurna, wie­dzia­łem.

- I nie sły­szę ja­kichś kon­kret­nych gło­sów.

- Aha.

- Ja tylko czuję, gdy coś wisi w po­wie­trzu.

- Ta, ja też. Jak ktoś pu­ści bąka. - Prędki wy­bu­cha śmie­chem.

Ma­ciek, który chciał po­wie­dzieć coś jesz­cze, po­chwa­lić się na przy­kład, że za­wsze, kiedy oj­ciec zgra się do su­chej nitki, on o tym wie, za­nim jesz­cze tata sta­nie w progu domu - re­zy­gnuje. Re­cho­cze ra­zem z kum­plem. Prędki z ko­lei wresz­cie się prze­ła­muje i wy­ciąga szluga. Znów wszystko jest okej.

Nie­dziela, 12 lu­tego 2012, 13:30

Stu­dio te­le­wi­zyjne za­wsze ko­ja­rzyło się Izie z czymś ogrom­nym, błysz­czą­cym i strze­li­stym, a do tego za­peł­nio­nym ka­me­rami, re­flek­to­rami, ki­lo­me­trami ka­bli i strasz­nie za­bie­ga­nymi ludźmi. Weźmy na przy­kład zło­ci­stą sie­dzibę Pol­satu przy Ostro­bram­skiej albo prze­szklony gmach TVN przy Wiert­ni­czej, nie mó­wiąc już o ca­łych hek­ta­rach za­sta­wio­nych bu­dyn­kami na­le­żą­cymi do TVP przy Wo­ro­ni­cza. Czuła się więc nieco roz­cza­ro­wana, kiedy trzy mie­siące temu we­szła do sie­dziby Eks­tra­te­le­wi­zji. Sto­jący przy jed­nej z bocz­nych uli­czek na Sta­rej Pra­dze bu­dy­nek był odzie­dzi­czony po daw­nym ki­nie, które zban­kru­to­wało pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych. W bra­mie na­prze­ciwko me­nele ćwi­czyli z gwinta wino po pięć zło­tych bu­telka. Hm. W środku też bez fa­jer­wer­ków. Od razu w holu nie­wielki ba­rek, parę sto­li­ków, te­le­wi­zor i krę­cone, że­liwne schodki wio­dące na pię­tro, gdzie mie­ściło się sze­fo­stwo i ad­mi­ni­stra­cja. Za schod­kami nie­po­zorne prze­szklone drzwi na ma­gne­tyczną kartę. Trzeba nie lada wy­obraźni, żeby do­my­ślić się, że to wej­ście do serca sta­cji - głów­nego stu­dia. Tyle że stu­dio też ja­koś nie po­wa­lało. Naj­pierw, za­raz za drzwiami, kilka sto­li­ków, przy któ­rych mon­to­wane są "setki" - krót­kie re­la­cje ma­jące wejść na an­tenę, za nimi biurko głów­nego pre­zen­tera. Przed nim promp­ter z tek­stem do od­czy­ta­nia i ka­mera. Wszystko. Aha. Za biur­kiem i prze­dzie­la­jącą po­miesz­cze­nie szybą był jesz­cze new­sroom, w któ­rym już pięć osób ro­biło nie­zły tłok.

Po co w ogóle się tu przy­pa­łę­tała? Po­wód był ba­nalny - tylko Eks­tra­te­le­wi­zja od­po­wie­działa na jej CV, za­pra­sza­jąc do roz­mowy w spra­wie pracy. Za­nim jed­nak Iza tra­fiła do stu­dia na­grań, mu­siała wejść po schod­kach na górę. Główny Re­ży­ser - po­stać szla­chet­nie eks­cen­tryczna, bo od stóp do głów odziana w skórę, ce­kiny i frędzle - ka­zał się ty­tu­ło­wać Lo­lek.

Lo­lek - po­wtó­rzyła w my­ślach Iza, pa­trząc na tego wy­so­kiego, po­tęż­nie zbu­do­wa­nego, ły­sego jak ko­lano, za to po­ro­śnię­tego pa­triar­chalną brodą w stylu Toma Hanksa z Ca­sta­way męż­czy­znę. A po­tem zer­k­nęła na swoje od­bi­cie w się­ga­ją­cej pod­łogi okien­nej szy­bie: szara spód­niczka trzy czwarte, ża­kiet, blond włosy upięte w grzeczny kok, w dłoni to­rebka ko­per­tówka. Po­wie­dzieć, że sta­no­wiła dla Lolka kon­trast, to za mało. Jej biu­rowy dress code pa­so­wał do roc­kan­drol­lo­wego stylu Głów­nego Re­ży­sera jak pięść do nosa. Tyle że to ona czuła się ra­czej w tym du­ecie no­sem...

- Słu­chaj, mam mało czasu, wszystko tu się do­piero or­ga­ni­zuje, no, za­la­tany je­stem - w te oto słowa za­czął roz­mowę jej po­ten­cjalny pryn­cy­pał.

- Ja­sne.

- Będę więc się stresz­czał, wy­bacz, mam na­dzieję, że się nie ob­ra­zisz, ale, no, ro­boty mam huk.

- Oczy­wi­ście.

- Do­świad­cze­nia w te­le­wi­zji to ty nie masz żad­nego, tak? Ale pro­gramu na żywo się nie prze­stra­szysz? Zresztą, spraw­dzimy cię, że tak po­wiem, na su­cho. Czy się nie za­ci­nasz. Bo naj­waż­niej­sze, żeby się nie za­ci­nać. Na­wet jak coś po­pie­przysz, po­my­lisz Ca­sa­novę z Ca­sa­blancą czy Wa­łęsę z Wa­le­zym, trzeba z uśmie­chem brnąć da­lej. Zga­dza się?

- Z uśmie­chem. Tak.

- Tyle że wła­ści­wie to mamy już kom­plet. Ewen­tu­al­nie mo­gła­byś spró­bo­wać jako po­go­dynka. Ale ni­czego nie obie­cuję.

- Po­go­dynka? Wo­la­ła­bym być re­por­terką...

- Re­por­te­rów mamy jak psów. Dwa razy wię­cej niż ope­ra­to­rów ka­mer. Zresztą, re­por­ter musi być ostry, za­dziorny. A ty... Sorry, su­per z cie­bie dziew­czyna, ale ja­koś so­bie nie wy­obra­żam, żeby taka la­leczka Bar­bie mo­gła łok­cio­wać i prze­py­chać się z in­nymi dzien­ni­ka­rzami na sej­mo­wym ko­ry­ta­rzu w walce o dwa słowa od Zio­bry czy Pa­li­kota.

- Daj mi szansę.

- Szansę to daje lotto. Ja mam ro­bić fajną te­le­wi­zję. Szyb­kie newsy, kon­tro­wer­syjne tek­sty, tro­chę ero­tyki. A wła­śnie...

Lo­lek w za­my­śle­niu po­czo­chrał się po bro­dzie, pa­trząc na syl­wetkę Izy ni­czym han­dlarz dro­biem na jedną z gęsi.

- Ile masz w biu­ście?

- A co, bo­isz się, że za­sło­nię nim cu­mu­lusy? - spy­tała nieco już roz­draż­niona Iza. Cho­lera, ro­bią te­le­wi­zję w sta­rym ki­nie, a sa­dzą się, jakby byli głów­nym nadawcą na rynku.

- Nie, ale jest pe­wien po­mysł... Cho­dzi o pod­nie­sie­nie oglą­dal­no­ści w go­dzi­nach noc­nych. Wiesz, idea jest taka, że po­go­dynka, tak mniej wię­cej od go­dziny dwu­dzie­stej dru­giej, co pół go­dziny po­zbywa się ja­kie­goś ciuszka. A o pół­nocy prze­po­wiada po­godę z...

- Gołą dupą? - Iza po­czuła, jak w gar­dle za­czyna du­sić ją złość.

- No może aż tak to nie. Po­wiedzmy - to­pless.

- To ja mam jesz­cze lep­szy po­mysł na zwięk­sze­nie oglą­dal­no­ści - oświad­czyła Iza, wsta­jąc, a jej głos nie­bez­piecz­nie pod­niósł się o dwa tony. - O pół­nocy, za­miast ro­ze­bra­nej la­seczki, wyjdź przed pu­blicz­ność ty. Na go­lasa. I uży­waj swo­jego siu­siaka, o ile znaj­dziesz go pod tym wiel­kim brzu­chem, jako wskaź­nika do ob­ja­śnia­nia kie­run­ków wia­tru, izo­bar oraz am­pli­tud tem­pe­ra­tury! Ero­tyki w tym nie bę­dzie nic, ale ubaw gwa­ran­to­wany!

Wy­rzu­ciw­szy z sie­bie tę pełną zło­ści i by­naj­mniej nie przy­sta­jącą do sce­na­riu­sza roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej kwe­stię, Iza wstała, ob­ró­ciła się na pię­cie i śmia­łym kro­kiem ru­szyła w stronę śmier­tel­nej pu­łapki, jaką dla jej szpi­lek sta­no­wiły ażu­rowe, wy­śli­zgane, wą­skie, kręte i per­fo­ro­wane schody.

- Po­cze­kaj! - za­wo­łał za nią Lo­lek.

Za­trzy­mała się, ale nie dla­tego, że usły­szała roz­kaz, ale z po­wodu... czyżby w gło­sie Lolka wy­czuła nutę po­dziwu?

- Po­my­li­łem się - oświad­czył Główny Re­ży­ser. - Ostra z cie­bie su... ee, ko­bitka. Spró­bujmy z tą re­por­terką. Tylko za­pro­po­nuj mi coś na­prawdę do­brego.

- Su­per. Mo­gła­bym zro­bić ma­te­riał o świe­tlicy śro­do­wi­sko­wej dla dzieci ulicy. To na­wet nie­da­leko stąd, wo­lon­ta­riu­sze są faj­nymi ludźmi, któ­rzy...

- Bła­gam! - Lo­lek wpadł jej w słowo, po­tęż­nie zie­wa­jąc. - Prze­stań, bo za­raz za­snę.

- To może o osie­dlu na Tar­cho­mi­nie, w któ­rym po­wstało rom­skie getto? Pro­blem spo­łeczny, bo miej­scowi miesz­kańcy...

- Wi­dzia­łem o tym już ze trzy re­por­taże.

- Chore, po­rzu­cone za­raz po uro­dze­niu dziecko, które od trzech lat czeka w szpi­talu, aż ktoś je przy­gar­nie?

- Nie, nie, nie, nie! Chcę krwi! Przy­nieś mi ochłap su­ro­wego mięsa!

- Okej - uśmiech­nęła się Iza, znowu ru­sza­jąc w kie­runku tych prze­klę­tych schod­ków. - Idę w ta­kim ra­zie ko­goś za­mor­do­wać. Na rano bę­dziesz miał świe­żego trupa.

- Na­resz­cie ga­dasz jak re­por­terka Eks­tra­te­le­wi­zji! Ale na po­czą­tek... Zrób mi uliczną sondę. Po­py­taj lu­dzi, czy cie­szą się na na­dej­ście zimy.

- Świetny te­mat. Dzięki - od­po­wie­działa gło­sem wy­pra­nym z wszel­kiego en­tu­zja­zmu. A po­tem, za­trzy­mu­jąc się z dło­nią na chy­bo­tli­wej po­rę­czy, spy­tała: - A wła­ści­wie to ja­kie wy­na­gro­dze­nie mi za­pro­po­nu­jesz?

- Sto­sowne do two­jego stażu za­wo­do­wego.

- Ale prze­cież sam mó­wi­łeś, że mam ze­rowe do­świad­cze­nie w te­le­wi­zji!

- No wła­śnie.

* * *

To było w li­sto­pa­dzie. Trzy mie­siące temu. Kil­ka­na­ście ty­go­dni, w cza­sie któ­rych co­dzienna rze­czy­wi­stość odzie­rała Izę ze złu­dzeń i na­dziei o eks­cy­tu­ją­cej i peł­nej wy­zwań pracy re­por­terki te­le­wi­zyj­nej. Przez całą zimę ro­biła "setki" o pęk­nię­tych ru­rach wo­do­cią­go­wych, in­ter­wen­cjach straży miej­skiej, któ­rej funk­cjo­na­riu­sze z na­ra­że­niem ży­cia zwal­czali uliczne han­dlarki wa­rzyw, i bo­ha­ter­skich ochro­nia­rzach z hi­per­mar­ketu, któ­rzy prze­go­nili ze swo­jego sklepu nie­wi­do­mego z psem prze­wod­ni­kiem. Krótko mó­wiąc - nic z rze­czy, za które do­staje się Na­grodę Pu­lit­zera. Co gor­sze, Iza zro­zu­miała już, że zro­bie­nie ma­te­riału jesz­cze nie ozna­cza, że znaj­dzie się on na an­te­nie. Aby go tam umie­ścić, trzeba naj­pierw przy­sta­wić pro­du­cen­towi do głowy pi­sto­let, ogłu­szyć głów­nego pre­zen­tera i - sto­su­jąc tech­niki kick bo­xingu oraz ju­jitsu - od­pie­rać ataki in­nych re­por­te­rów, któ­rzy do ostat­niej chwili będą pró­bo­wać wśli­zgnąć się na twoje miej­sce.

Sie­dzi wła­śnie przy wiel­kim, za­gra­ca­ją­cym sa­lon domu jej ro­dzi­ców stole i pa­trzy na twa­rze lu­dzi, któ­rzy są jej ro­dziną lub przy­ja­ciółmi mamy i taty. Nie­dziela, trzy­na­sta trzy­dzie­ści, na pół­mi­sku pie­czony in­dyk z na­dzie­niem.

Chrup, chrup. To pę­kają pta­sie ko­ści miaż­dżone no­ży­cami do dro­biu dzier­żo­nymi z wielką wprawą przez Le­się, ukra­iń­ską po­moc do­mową. Ro­dzinny obia­dek, ma­sa­kra. Po co ro­dzice za­pro­sili dziś tylu lu­dzi? Iza jest po­draż­niona i zdez­o­rien­to­wana. Przez tę pracę w Eks­tra­te­le­wi­zji. Po skoń­cze­niu stu­diów po­sta­no­wiła się usa­mo­dziel­nić, wy­na­jęła miesz­ka­nie, prze­szła na wła­sny gar­nu­szek. Ale jej za­robki są, mó­wiąc z dużą dawką eu­fe­mi­zmu, nie­wy­star­cza­jące. Na­wet na co­mie­sięczny czynsz. Mu­siała więc do­ko­op­to­wać do miesz­ka­nia wspól­niczkę - ko­le­żankę ze stu­diów, żywi się nie­mal wy­łącz­nie chiń­skimi zup­kami yum-yum, a i tak, żeby wy­żyć, po ci­chu wy­prze­daje swoje ciu­chy na al­le­gro. Roz­waża na­wet po­zby­cie się yarisa, pre­zentu od taty za dy­plom ma­gi­stra. I tak nie ma go za co tan­ko­wać.

- Efekt cie­plar­niany? Tak, to duży pro­blem - w od­po­wie­dzi na ja­kąś kwe­stię, która umknęła uwa­dze Izy, oznaj­mia wszem wo­bec ciotka Ewa. - By­li­śmy ostat­nio z Wie­siem na Ma­le­di­wach. Dwa ty­go­dnie w bun­ga­lo­wie na wo­dzie. W biu­rze po­dróży po­wie­dzieli, że kiedy jak kiedy, ale w grud­niu po­goda jest tam jak drut...

- No i była - do­daje z prze­ką­sem wu­jek Wie­siek, ban­ko­wiec. - Cały czas lało.

- Obie­cy­wali nam przed wy­jaz­dem, że zo­ba­czymy żół­wie, płaszczki, a może na­wet del­finy - wraca do te­matu "glo­balne ocie­ple­nie" Ewa. - A tu nic. Strugi wody. Na ta­ras nie dało się wyjść.

- Ech, te biura! - pod­chwy­tuje te­mat wu­jek An­drzej. Po­dob­nie jak tatko Izy jest me­ce­na­sem, a do tego to oj­ciec Alka, sie­dzą­cego po jej le­wej stro­nie, wielce prze­bo­jo­wego ma­gi­stra prawa i jej chło­paka. - Nas tak na­brali z Ke­nią. Po­je­cha­li­śmy z El­żu­sią na sa­fari. A tu wszystko nie tak. Ki­li­man­dżaro miało być ubrane, że tak się po­etycko wy­rażę, w lo­do­wiec. Ale lód stop­niał, więc góra jak góra. W Kar­ko­no­szach mamy ład­niej­sze.

- Mó­wi­łam. - Ciotka Ewa zło­wiesz­czo unosi pa­lec. - Efekt cie­plar­niany.

- No i te zwie­rzaki - kon­ty­nu­uje An­drzej. - Nasz prze­wod­nik, pier­doła, za prze­pro­sze­niem pań­stwa, nie umiał zor­ga­ni­zo­wać nam ani lwa, ani ge­parda. Przez całe dwa dni ga­pi­li­śmy się tylko na ze­bry, ży­rafy i sło­nie. A ja po­je­cha­łem tam zro­bić so­bie zdję­cie dra­pież­nika. To za co ja płacę?

- Z dra­pież­ni­kiem to ja mia­łem za­bawną hi­sto­rię w Egip­cie - wtrąca wuj­cio Ra­fał, przed­się­biorca.

- W Egip­cie? - Ciotka Ewa wy­daje się znie­sma­czona. - Tam jeż­dżą po­noć sami Ru­scy...

Iza rzuca spło­szone spoj­rze­nie na Le­się. Czy nie po­czuje się ura­żona? Ale nie. Le­sia to pro­fe­sjo­nalna po­moc do­mowa. Ta­kie tek­sty nie ro­bią na niej żad­nego wra­że­nia. Chrup, chrup - nie­zmor­do­wa­nie tnie da­lej in­dyka.

- No wła­śnie, ja o tych Ru­skich - za­pala się nie­zra­żony kry­tyką Ra­fał. - Wzię­li­śmy ho­tel w Shark Bay. Po­rządny. Trzy ba­seny, korty, mi­ni­golf, no i oczy­wi­ście all in­c­lu­sive.

- Ach tak. - Ciotka Ewa nieco się uspo­kaja.

- Pierw­szego dnia po przy­lo­cie, na spo­tka­niu za­po­znaw­czym, spy­ta­łem re­zy­dentkę, czy aby na pewno są tu­taj re­kiny - snuje swoją opo­wieść wu­jek Ra­fał. - Bo w biu­rze po­dróży mi obie­cali, a ja chcę ta­kiego zo­ba­czyć na żywo.

- No wła­śnie, na żywo - zga­dza się An­drzej. - W tym rzecz.

- A ta na to, że nie­wiele zna się na mor­skiej fau­nie, ale jedno może obie­cać: w oko­licz­nych wo­dach od re­ki­nów aż się roi.

- To mia­łeś szczę­ście, bo ja na tym sa­fari... - znowu od­zywa się An­drzej.

- Po­cze­kaj! - stro­fuje go Ra­fał. - Jesz­cze do­brze nie prze­brzmiały słowa re­zy­dentki, a tu już w ho­telu po­ru­sze­nie. Ja­kaś ka­retka pod­jeż­dża na sy­gnale, lu­dzie w bia­łych ki­tlach la­tają. Py­tam, o co cho­dzi. Z po­czątku nie chcieli po­wie­dzieć. Ale w końcu się przy­znali, że na ra­fie przy ho­telu był wy­pa­dek. Re­kin od­gryzł rękę ja­kie­muś ro­syj­skiemu po­ten­ta­towi naf­to­wemu.

- I zjadł? - upew­nia się jak zwy­kle do­cie­kliwy Ar­tur, oj­ciec Izy.

- Nie, wy­pluł. Ale my z żoną cały urlop spę­dzi­li­śmy nad ba­se­nem. Żad­nego re­kina nie oglą­da­łem.

Iza czuje lekki za­wrót głowy. Niby zna tych lu­dzi, ich roz­mowy sły­szała nie raz. Lubi ich, prze­cież to­wa­rzy­szą jej od dziecka. Dla­czego więc dzi­siaj my­śli o nich: snoby? Czemu te ich prze­chwałki o luk­su­so­wych wa­ka­cjach ją tak cho­ler­nie draż­nią?

- A ja ostat­nio wi­dzia­łam naj­praw­dziw­szych dra­pież­ców - od­zywa się, wie­dząc, że hi­sto­ryjka, którą za chwilę rzuci im na ten suto za­sta­wiony, na­kryty bia­łym ob­ru­sem i ręcz­nie ma­lo­waną por­ce­laną stół, wy­zwoli nie­zły, to­wa­rzy­ski smród.

- Na­prawdę? A to cie­kawe. Opo­wiedz - oży­wia się cio­cia Ewa.

- Sied­mio­oso­bowa ro­dzina na dzie­się­ciu me­trach. Naj­młod­sze dziecko, nie­mowlę, śpi na ga­ze­cie, bo ro­dzice, któ­rzy mimo czter­dziestki na karku ni­gdy nie pra­co­wali, znają pam­persy tylko z te­le­wi­zji. I naj­lep­sze. W ca­łym tym za­du­chu i ści­sku pod sto­łem leży przy­wią­zany za nogę pies.

- To ten dra­pież­nik? - upew­nia się Ra­fał.

- Nie, dra­pież­ni­kiem jest pan domu. Oj­ciec pię­ciorga dzieci.

- Ale dla­czego? - nie ro­zu­mie Wie­sio.

- Bo to on zła­pał gdzieś tego psa.

- Żeby dzieci miały przy­ja­ciela? - zga­duje Alek.

- Nie, żeby miały co jeść.

Przy stole za­pada kil­ku­se­kun­dowe, pełne na­pię­cia mil­cze­nie.

- Jejku, chyba ni­czego dzi­siaj nie prze­łknę - oświad­cza ciotka Ewa.

Kilku in­nych sto­łow­ni­ków po­ta­kuje gło­wami.

- Gdzie wi­dzia­łaś taką scenę? - pró­buje jesz­cze ra­to­wać sy­tu­ację An­drzej. - W Afryce? W In­do­chi­nach?

- Na ulicy Chełm­skiej. Nie­da­leko. Pięt­na­ście mi­nut jazdy sa­mo­cho­dem.

- Do li­cha, Iza! Co ty ro­bi­łaś w no­rze tych trolli? - oży­wia się Alek.

- By­łam w pracy. Ro­bi­łam re­por­taż o lu­dziach wy­klu­czo­nych. To tacy, któ­rzy na­wet nie wie­dzą, co to są Ma­le­diwy.

Ci­sza, jaka za­pa­no­wała przy stole, jesz­cze bar­dziej się po­głę­bia. Prze­rywa ją do­piero głos Ar­tura:

- Prze­pra­szam was. Moja ko­chana có­reczka zro­biła się odro­binę zgorzk­niała, od­kąd pra­cuje po dwa­na­ście go­dzin na dobę. Za darmo. No, ale taki za­wód so­bie wy­brała. Ja na­ma­wia­łem na stu­dio­wa­nie prawa...

- Ar­tur! - stro­fuje męża Mał­go­sia, drobna ko­bieta o po­chy­lo­nej, jakby pró­bu­ją­cej się skryć albo przy­cza­jo­nej do skoku syl­wetce. Radca prawny w mię­dzy­na­ro­do­wej kor­po­ra­cji. Matka Izy.

- Pra­cu­jesz w te­le­wi­zji? - pyta Wie­sio.

- W Eks­tra­te­le­wi­zji. - Wbrew woli Iza lekko się ru­mieni.

- A, tak. Chyba mam coś ta­kiego w swoim pa­kie­cie. Ale jesz­cze nie mia­łem oka­zji... Kiedy emi­sja two­jego re­por­tażu?

- Nie trudź się, wujku. Ma­te­riał nie idzie. Po­dobno zbyt ba­nalny.

- Eks­tra­te­le­wi­zja. - Ra­fał sma­kuje każdą sy­labę tego słowa. - Ar­tur, nie mógł­byś za­ła­twić dziew­czy­nie pracy w czymś bar­dziej pre­sti­żo­wym? - zwraca się na­gle do ojca Izy. - Ja­kiś TVN czy Pol­sat, no nie wiem? O ile pa­mię­tam, pro­wa­dzi­łeś roz­wód ta­kiego ak­tora. No, tego z se­rialu, jak on się tam... Tego, co cią­gle ktoś biega i krzy­czy.

- Bez żad­nego pro­blemu - chłodno od­po­wiada za­gad­nięty. - Ale moja la­to­rośl na to się nie zga­dza.

- Ojejku! Dla­czego? - dziwi się ciotka Ewa.

- Iza nie uznaje pro­tek­cji - od­po­wiada Alek. Czy jej się zdaje, czy wy­czuwa w jego gło­sie po kro­pli lek­ce­wa­że­nia i kpiny?

Wszy­scy pa­trzą wy­cze­ku­jąco na Izę. A ona mil­czy. Bo co ma im po­wie­dzieć? W su­mie, nie mia­łaby nic prze­ciwko po­mocy ojca. Ja­koś by znio­sła tę odro­binę ne­po­ty­zmu z jego strony. Może wresz­cie mia­łaby na ra­chunki? Tyle tylko że sprawy za­szły za da­leko. Oj­ciec w końcu zro­bił jej kilka lat temu straszną awan­turę, gdy oświad­czyła, że za­miast na prawo idzie na dzien­ni­kar­stwo. Wiesz­czył jej wtedy mo­ralny upa­dek, bez­ro­bo­cie, ży­cie nie­omal w nę­dzy. To wła­śnie po to, żeby mu po­ka­zać, jaka jest sa­mo­dzielna, wy­pro­wa­dziła się za­raz po zro­bie­niu dy­plomu i od tam­tej pory ani razu nie wy­cią­gnęła ręki po pie­nią­dze, któ­rych on - wła­ści­ciel kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej i czło­nek okrę­go­wej rady ad­wo­kac­kiej - ma prze­cież w bród. Oj­ciec też się za­ciął. Jesz­cze nie od­wie­dził córki w wy­na­ję­tym miesz­ka­niu, ni­gdy nie za­py­tał o pracę ani jak so­bie ra­dzi. Gdyby te­raz po­pro­siła go o pro­tek­cję, to tak jakby wy­wie­siła białą flagę...

- No, ale my tu gadu-gadu, a prze­cież ze­bra­li­śmy się z kon­kret­nego po­wodu - oznaj­mia na­gle Mał­go­sia.

Ża­den z ze­bra­nych nie wy­daje się tą in­for­ma­cją za­sko­czony, wszy­scy przy­bie­rają pozy ra­do­snego wy­cze­ki­wa­nia. Ża­den, oprócz Izy.

- O co cho­dzi, mamo?

- Ale to miało się od­być przy de­se­rze! - pro­te­stuje jesz­cze Ar­tur.

- Mięso już wy­sty­gło - ma­cha ręką Mał­go­sia. - A poza tym, ja­koś nikt już nie wy­daje się głodny.

Bie­siad­nicy zgod­nie ki­wają gło­wami.

- Co ma się od­być, mamo?

- W ta­kim ra­zie... - Ar­tur pa­trzy na sie­dzą­cego obok Izy Alka. - Za­czy­naj, chłop­cze.

Iza, co­raz bar­dziej zdzi­wiona roz­wo­jem wy­pad­ków, już bie­rze wdech, żeby po raz trzeci spy­tać, o co, u dia­bła, cho­dzi, gdy Alek zrywa się na równe nogi, za­pina gu­zik ma­ry­narki, wy­gła­dza poły i wyj­muje z kie­szeni nie­wiel­kie, bar­dzo szy­kowne pu­de­łeczko. Pyk! Otwarte. W środku pier­ścio­nek. Z bry­lan­tem.

- Ko­cha­nie, czy zgo­dzisz się zo­stać moją żoną? - Z tym py­ta­niem za­wisa nad sie­dzącą wciąż Iza­belą. Twa­rze wszyst­kich ze­bra­nych przy­oble­kają się w ra­do­sne uśmie­chy.

I w tym mo­men­cie spływa na nią olśnie­nie. A więc po to ten obiad, go­ście, in­dyk i Le­sia w idio­tycz­nym far­tuszku! Wszy­scy już wie­dzą, wszyst­kie role w tym dra­ma­cie zo­stały już wcze­śniej ob­sa­dzone. Od niej ocze­kuje się te­raz tylko jed­nego - spon­ta­nicz­nego wy­bu­chu ra­do­ści.

- Po­pro­si­łeś o moją rękę naj­pierw tatę? - pyta, si­ląc się na spo­kój.

- Alek jest do­brze wy­cho­wany - od­po­wiada za niego Ar­tur. - Ceni so­bie tra­dy­cję.

- No i w końcu twój oj­ciec jest pa­tro­nem mo­jego orła - chi­cho­cze An­drzej. - Chło­pak tra­fił w naj­lep­sze miej­sce, w któ­rym można ro­bić apli­ka­cję ad­wo­kacką.

Ar­tur uśmie­chem dzię­kuje An­drze­jowi za kom­ple­ment, ten re­wan­żuje mu się mru­gnię­ciem oka, wszy­scy po­zo­stali trwają w ra­do­snych po­zach. Alek wciąż wisi nad sie­dzącą Izą. Iza mil­czy.

Niby nie jest spe­cjal­nie za­sko­czona. Cho­dzą ze sobą już kilka lat, to nor­malne, że w końcu wy­pa­da­łoby się po­brać. Lubi Alka, po­dzi­wia za to i tamto, czuje się przy nim... sta­bil­nie. Może bez wiel­kich wzlo­tów, bez fa­jer­wer­ków, ale w końcu w ży­ciu nie można mieć wszyst­kiego. Więc w każ­dych in­nych oko­licz­no­ściach od­po­wie­dzia­łaby: tak.

- Iza? - W gło­sie Alka sły­chać lek­kie na­pię­cie. Nie taki był sce­na­riusz oświad­czyn. - Czy zgo­dzisz się zo­stać...

- A gdyby mój ta­tuś się nie zgo­dził? - wpada mu w słowo. - Od­pu­ścił­byś wtedy? To prze­cież twój pa­tron...

- Ko­cha­nie - szep­cze ner­wowo Mał­go­sia. - Alek czeka na twoją od­po­wiedź. Wszy­scy cze­kamy.

Iza pod­nosi się z krze­sła, kilka par rąk unosi się w go­to­wo­ści do bi­cia brawa.

- Sorry, Alek. Mu­szę to jesz­cze prze­my­śleć. Daj mi tro­chę czasu - mówi, za­ska­ku­jąc tą na­głą woltą nie tylko ze­bra­nych, ale i samą sie­bie. A na­stęp­nie, nie ma­jąc po­ję­cia, co, u li­cha, wy­pada jej te­raz zro­bić, ru­sza w kie­runku drzwi od sa­lonu.

- No mó­wi­łem, cho­lera! Mó­wi­łem! Od tego dzien­ni­kar­stwa po­przew­ra­cało się jej w gło­wie - sły­szy za ple­cami dud­niące - w gro­bo­wej ci­szy, jaka za­pa­dła przy stole - słowa ojca.

Pią­tek, 24 lu­tego 2012, 21:15

- Jak to, kurwa, "udar mó­zgu"? - Py­ta­nie Ku­la­wego, choć prze­brzmiały już jego słowa, na­dal wi­bruje w po­wie­trzu.

Pię­ciu po­zo­sta­łych męż­czyzn - grube kar­czy­cha, za­ka­zane py­ski, na ciele ta­tu­aże (ale nie ja­kieś tam sy­me­tryczne wzorki z sa­lonu ozda­bia­nia ciała, lecz sza­cowne, nie­po­radne, wię­zienne kul­fony), pod bluz­kami, dre­sami i ko­szul­kami grube, wy­mę­czone na si­łowni mu­skuły - zerka po so­bie nie­pew­nie. Sie­dzą w salce na pię­trze, nad salą re­stau­ra­cyjną po­ło­żo­nej przy ulicy Ja­giel­loń­skiej knajpy o na­zwie "Kom­mo­dore". Prze­su­wane drzwi za­mknięte, za nimi do­dat­kowo stoi żoł­nie­rzyk i ba­czy, żeby ja­kiś idiota nie spró­bo­wał za­kłó­cić im roz­mowy. Knajpa jest ich, a kon­kret­nie Ku­la­wego. Tu się spo­tyka "góra", a przy oka­zji "grupa" pie­rze w niej brudne pie­nią­dze. Przy­pad­kowy klient, który by się tu­taj za­błą­kał (aku­rat jest ich na dole kil­koro), rzecz ja­sna zo­sta­nie ob­słu­żony. Ale le­piej, żeby się nie pa­łę­tał po lo­kalu. Obia­dek na dole, ciastko, kawka, tipy dla kel­nera i wy­pier­dziawka.

- Żyła? Udar? Prze­cież to był pier­do­lony spor­to­wiec! Każ­dego z was, lesz­cze, wcią­gnąłby na siłce no­sem! Wie­cie, ile fa­cet ze sztangi wy­ci­skał? No, wie który, kurwa?!

Męż­czyźni tylko wzru­szają ra­mio­nami, uni­ka­jąc pa­trze­nia Ku­la­wemu pro­sto w oczy. Każdy z nich wie, że szef tego nie lubi. Fa­cet ma prze­żarty ko­ka­iną mózg i ni­gdy nie wia­domo, co zrobi, kiedy po­czuje się spro­wo­ko­wany.

- Dwie­ście czter­dzie­ści kilo! - wy­rzuca wresz­cie Ku­lawy. - Dwie-ście czter-dzie-ści. Na wła­sne oczy wi­dzia­łem. I nic mu wtedy w gło­wie nie pier­dol­nęło. Więc nie uwie­rzę, że te­raz, ot tak, dla jaj kop­nął so­bie w ka­len­darz.

- Spo­koj­nie, Ku­lawy - od­zywa się Je­but, czter­dzie­sto­la­tek, który pierw­szą od­siadkę od­był... za­raz po uro­dze­niu, gdyż jego ma­mu­nia, bę­dąc już w ciąży, za­li­czyła pół­roczny areszt w Gru­dzią­dzu. - To tylko wer­sja po­li­cji. Nasz uchol w Ko­men­dzie Sto­łecz­nej mi prze­ka­blo­wał. Zro­bili Żyle sek­cję. Jego mózg wy­gląda po­dobno, jakby w środku wy­je­bał gra­nat. Wszystko we krwi.

- A może coś z tym dru­gim przy­ćpali? - za­sta­na­wia się Pogo, ró­wie­śnik Je­buta (jedna trze­cia ży­cia za kra­tami).

- Nie. W cza­sie ro­boty Żyła za­wsze był czy­sty - ucina dy­wa­ga­cje Ku­lawy. - A zresztą... - Prze­nosi wzrok na Har­dego (pełne dwa­na­ście lat za udział w gru­pie o cha­rak­te­rze zbroj­nym, bez wa­run­ko­wego, bez urlo­pów, bo nie syp­nął ko­le­gów). - Prze­py­ta­li­ście na tę oko­licz­ność tego... tego...

- Tak, po­ga­da­łem z Pi­tem - spo­koj­nie od­po­wiada Hardy.

- Tylko po­ga­da­łeś? - iry­tuje się Ku­lawy. - Czło­wieku, nasz ko­leżka nie żyje, a ty z nim tylko so­bie po­ga­da­łeś?

Je­but lekko kuli się w so­bie, ale Hardy nie pęka. Na­wet się uśmie­cha!

- Tak, po­ga­da­łem - po­twier­dza. - On le­żał okrę­cony sil­wer­tej­pem, ja za­da­wa­łem py­ta­nia, a Czarny trzy­mał w łapce pal­nik ace­ty­le­nowo-tle­nowy.

- No - uspo­kaja się Ku­lawy. - I co po­wie­dział?

- Prawdę - iro­ni­zuje Hardy. - Wiesz, jaką tem­pe­ra­turę ma ogień w pal­niku? Trzy ty­siące stopni. Ma­jąc coś ta­kiego o parę cen­ty­me­trów od twa­rzy, nikt nie skła­mie.

- No to po­wiedz mi ła­ska­wie, kurwa twoja mać, co wy­du­si­li­ście z tego Pita.

- Przy­ćpać to oni na pewno nic nie przy­ćpali. - Hardy za­ma­szy­ście dra­pie się pod pa­chą, po­tem wą­cha ko­szulkę, znów się dra­pie. Wy­raź­nie chce do­dać coś jesz­cze.

- Ale... - pod­po­wiada Ku­lawy.

- Ale Pit ga­dał jesz­cze inne rze­czy. Dziwne ja­kieś. Tak jakby... zwa­rio­wał.

- Hardy, coś nam słabo dzi­siaj ta po­gwarka wy­cho­dzi. Jak mi w końcu nie po­wiesz, co opo­wia­dał ci ten chło­pa­czyna, to sam ci za­raz mordę przy­piekę pal­ni­kiem.

- Ale prze­cież mó­wię! - Hardy jest lekko ura­żony. - Pit mocno się wtedy spe­niał. Na maksa mocno, bo chce... tu się uśmie­jesz... po­rzu­cić prze­stęp­czy tryb ży­cia.

- To ra­czej prze­stęp­czy tryb ży­cia może po­rzu­cić jego. Już ta­kich chłyst­ków w młod­niku pod Otwoc­kiem że­śmy za­ko­py­wali.

Po­zo­stali męż­czyźni do­bro­dusz­nie re­cho­czą. Hardy brnie jed­nak da­lej:

- Też mu to po­wie­dzia­łem, a on na to, że chuj, trudno. Le­piej umrzeć, niż skoń­czyć tak jak Żyła.

Re­choty cichną jak ucięte no­żem.

- Czyli jak, kon­kret­nie? - pyta po­woli Ku­lawy.

Hardy ciężko wzdy­cha, znów dra­pie się w pa­chę. W końcu mówi:

- Pit twier­dzi, że Żyłę za­ła­twił dia­beł.

- Dia­beł? - uśmie­cha się Pogo. - Taki z ro­gami? I wi­dłami?

- Nie. Taki, który wy­rywa lu­dziom du­sze. - Hardy, bez uśmie­chu, wciąż pa­trzy tylko na Ku­la­wego.

- Mów da­lej - roz­ka­zuje szef.

- Ja tam się nie znam, żeby po­tem nie było, ale Pit mówi, że Żyłę coś... no po pro­stu zżarło.

- Gówno prawda - wtrąca Je­but. - Mój uchol po­wie­dział, że nie było żad­nych ob­ra­żeń ze­wnętrz­nych.

- Może. Mó­wię: nie znam się - kon­ty­nu­uje Hardy. - Ale fa­cet, zna­czy Pit, tak? Mó­wił o pie­przo­nej du­szy. Nie o ciele.

- No do­bra - prze­rywa dys­ku­sję Ku­lawy. - Coś Żyłę zżarło. Ale dla­czego dia­beł? A nie, bo ja wiem, wam­pir? Albo strzyga. Lub też pie­przony King Kong!

- Pit stał kil­ka­dzie­siąt me­trów od Żyły i tego, no... dia­bła. - Hardy stara się ostroż­nie do­bie­rać słowa. - A i tak po­czuł, jakby ja­kieś pa­lu­chy prze­orały mu mózg. Coś nim tak po­trzą­snęło i za­mią­chało, jak mią­cha się w kubku kawy pa­rzo­nej na fu­sach. Całe gówno z sa­mego dna psy­chy mu się pod­nio­sło. Cały syf, wszyst­kie grze­chy, każdy te­mat, który w ży­ciu spie­przył, sta­nęły mu przed oczami. I po­czuł się, jakby miał to wszystko za­raz wy­rzy­gać. Ra­zem z fla­kami. Czyli tak jakby z tą swoją du­szą. Mówi, że ta­kiego prze­ra­że­nia, bez­sil­no­ści, bólu i bez­na­dziei nie czuł jesz­cze ni­gdy w ży­ciu.

- Du­sza, grzech... W mordę, Hardy! Oprzy­tom­nij. Ga­dasz jak pie­przony kle­cha! - ob­ru­sza się Pogo.

- Ja tylko po­wta­rzam, co mó­wił ko­leś, któ­remu cie­nio­wa­łem włosy ga­zem spa­wal­ni­czym...

Znów wszy­scy milkną. Twar­dzi go­ście, przy­zwy­cza­jeni do rów­nie twar­dych re­aliów ży­cia, ja­koś nie mogą prze­tra­wić tej hi­sto­rii o dia­ble wy­ry­wa­ją­cym czło­wie­kowi coś tak ulot­nego i nie­uchwyt­nego jak du­sza. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach nie­źle by z Har­dego za­krę­cili bekę. Kto to wi­dział, ga­dać ta­kie far­ma­zony! Ale jed­nak jest pro­blem. Żyła nie żyje. Zgi­nął pod­czas pracy. Je­śli ktoś go za­bił - pro­sta sprawa - trzeba go zna­leźć i do­wie­dzieć się dla­czego. Obro­nić swoje in­te­resy i strefę wpły­wów. No, ale jak tu, do kurwy nę­dzy, szu­kać ja­kie­goś dia­bła?

- Do­bra, za­cznijmy jesz­cze raz - od­zywa się Ku­lawy i wszy­scy na­gle so­bie uświa­da­miają, że ten łeb­ski gość nie darmo jest ich sze­fem. - Jak wy­glą­dał ten dia­beł?

- A tak - przy­tom­nieje Hardy. - Cie­kawa sprawa. Ry­so­pisu nie znamy, go­ściu był w ka­sku mo­to­cy­klo­wym.

- W ka­sku? Mo­to­cy­klo­wym? Czy to zna­czy, że po­ru­szał się mo­to­rem?

- Do­kład­nie. Pit zo­ba­czył go już w We­so­łej. Nie­da­leko wie­cie czego.

- Jaki to mo­tor?

- Ja­kaś wy­pa­siona w ko­smos ma­szyna. Nie za­pi­sa­łem. Ale za­py­tam jesz­cze raz, je­śli to ma zna­cze­nie.

- Czy to ma zna­cze­nie? - Po raz pierw­szy, od­kąd pa­dło słowo "dia­beł", Ku­lawy się uśmie­cha. - No ja­sne, ćwoku! Ile w War­sza­wie może być ta­kich wy­cze­sa­nych ma­szyn? Pięć? Dzie­sięć? Po­daj mi mo­del, a w try miga spraw­dzimy wła­ści­ciela każ­dej z nich. I ja­koś do­pa­su­jemy klocki. A kiedy już wy­ty­pu­jemy tego two­jego sza­tana, weź­mie­cie go z Czar­nym do ga­rażu, przy­pie­cze­cie mu jajca i kolo szyb­ciutko się przy­pu­cuje, ja­kie pie­kło go wy­na­jęło.

Szmer apro­baty. Chło­paki są za­do­wo­leni. Na­resz­cie ktoś mówi ich ję­zy­kiem. Tak jest. Dia­beł, nie dia­beł, ale za jajca go i niech się pu­cuje. Ja­sna sprawa.

- A co z Pi­tem? - pyta jesz­cze Hardy. - Do młod­nika?

- W su­mie to chło­pa­czyna ni­czego nie spie­przył... - za­sta­na­wia się Ku­lawy.

- Ale zna ad­res willi w We­so­łej - pod­po­wiada Pogo.

- Do­kład­nie - do­rzuca Je­but. - A skoro on te­raz taki na­wró­cony, to może jesz­cze za­cząć o tym roz­po­wia­dać.

- Okej - pod­su­mo­wuje Ku­lawy. - To do młod­nika. Tylko, Hardy! O mo­del mo­to­cy­kla za­py­taj go przed, a nie po roz­wa­le­niu mu łba.

Po­nie­dzia­łek, 27 lu­tego 2012, 8:05

Osiem­na­sto­wieczny pa­łac przy ulicy No­wo­li­pie 2 by­naj­mniej nie ko­ja­rzy się war­sza­wia­kom z me­ce­na­sem sztuki Ta­de­uszem Mo­stow­skim. Ani z Fry­de­ry­kiem Cho­pi­nem, który tu po­noć kon­cer­to­wał. Nie ko­ja­rzy się też z wo­łyń­skim puł­kiem pie­choty, który z roz­kazu cara sta­cjo­no­wał w tym miej­scu po prze­gra­nym po­wsta­niu li­sto­pa­do­wym, ani z wal­kami pro­wa­dzo­nymi tu z Niem­cami w czter­dzie­stym czwar­tym przez ba­ta­lion "Pa­ra­sol". Pa­łac Mo­stow­skich ko­ja­rzy się na­to­miast wszyst­kim z po­li­cją. Tra­fić "na Mo­stow­skich", dla zwy­kłego oby­wa­tela, któ­remu zda­rzyło się coś prze­skro­bać, za­wsze wró­żyło kło­poty. Je­śli zgar­nęli cię chłopcy z któ­rejś ko­mendy dziel­ni­co­wej, spoko. Masz szansę się z tego wy­mi­gać. Lecz je­śli skrę­cili cię pa­no­wie z Ko­mendy Sto­łecz­nej Po­li­cji, mo­żesz być pe­wien, że do­łożą wszel­kich sta­rań, abyś na dłu­żej za­go­ścił w aresz­cie.

Z czym ko­ja­rzy się Pa­łac Mo­stow­skich star­szemu aspi­ran­towi Jac­kowi "Ma­de­jowi" Ma­dej­skiemu? Z ko­lejną pie­przoną po­rażką w jego za­sra­nym ży­ciu. Czter­dzie­ści pięć lat, z tego prze­szło dwa­dzie­ścia w po­li­cji. Pierw­sze kroki, jako po­ste­run­kowy, sta­wiał w re­sor­cie jesz­cze za cza­sów pre­zy­den­tury Wa­łęsy, który po­wie­dział w te­le­wi­zji, że trzeba na­pu­ścić świe­żej krwi do tej służby. Więc się za­cią­gnął. A po­tem służba wcią­gnęła jego. Ma­dej umiał nie­źle czasz­ko­wać, miał dryg do łą­cze­nia fak­tów. Szybko prze­szedł więc z wy­działu pre­wen­cji do do­cho­dze­niówki. Po­słali go na szko­le­nie, stop­niowo awan­so­wał. Trzy lata temu, kiedy ko­le­dzy, z któ­rymi za­czy­nał, po­spiesz­nie prze­cho­dzili na wcze­śniej­sze eme­ry­tury i zo­sta­wali cie­ciami z na­pi­sem "Ochrona" na ple­cach, Ma­de­jowi za­pro­po­no­wano prze­no­siny na Pu­ław­ską, do Ko­mendy Głów­nej. Szczyt ma­rzeń - do­stał się do eli­tar­nego Cen­tral­nego Biura Do­cho­dze­nio­wego. Do ze­społu, który roz­pra­co­wy­wał prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­waną, prze­myt, sprze­daż i pro­duk­cję nar­ko­ty­ków, han­del ży­wym to­wa­rem i ter­ro­ryzm. Ro­bota po­chło­nęła go do tego stop­nia, że prze­ga­pił mo­ment, kiedy dwoje dzie­cia­ków do­ro­sło i wy­je­chało szu­kać szczę­ścia w Ir­lan­dii, po­rzu­ciła go żona, a on sam prze­stał za­sy­piać bez trzech piw albo setki wódki do po­du­chy. No i stało się, szlag. Opu­ściła go do­bra passa, wy­pa­lił się. A do tego - i to jest naj­więk­szy nie­fart - prze­ga­pił zmiany ka­drowe na do­wód­czych szcze­blach. Do CBD przy­szedł młody rap­tus, Nie­wia­dom­ski, który po­sta­wił na szyb­kie wy­niki. Ma­dej zaś był przy­zwy­cza­jony do stop­nio­wego, żmud­nego roz­wi­kły­wa­nia za­gadki. Ani się obej­rzał, jak ko­le­dzy z są­sied­nich biu­rek po­obej­mo­wali cie­płe po­sadki na­czel­ni­ków do­cho­dze­niówki w róż­nych ko­men­dach re­jo­no­wych, a jego oto­czyli strze­li­ści, wy­spor­to­wani chłopcy (tacy jak ten wredny ku­tas, Ma­re­czek), któ­rzy za­miast roz­wią­zy­wa­nia kry­mi­nal­nych ła­mi­głó­wek, pre­fe­ro­wali wy­wa­le­nie ko­muś o świ­cie drzwi, wrzu­ce­nie do środka gra­na­tów hu­ko­wych, a na­stęp­nie zro­bie­nie miesz­kań­com lo­kalu zdjęć w po­zy­cji le­żą­cej, ze spę­ta­nymi na ple­cach łap­kami, w sa­mych majt­kach, twa­rzą do ziemi. Ta­kie fotki pra­wie za­wsze wy­cie­kały do ta­blo­idów, które roz­pi­sy­wały się o "ko­lej­nej wiel­kiej ak­cji CBD". O tym, że w toku śledz­twa oka­zy­wało się, że za­trzy­ma­nym ni­czego nie da się udo­wod­nić, bo ope­ra­cja była prze­pro­wa­dzona zbyt po­spiesz­nie i bez przy­go­to­wa­nia, już ża­den par­szywy pi­smak nie na­pi­sał. Dla tych sę­pów li­czy się tylko news.

Nic więc dziw­nego, że w końcu Ma­dej wy­le­ciał. Za pre­tekst po­słu­żyła sze­fowi sprawa tych nie­szczę­snych po­rwań "Gangu Ob­ci­na­czy Uszu", jak z wła­ści­wym so­bie dra­ma­ty­zmem ochrzciła ban­dy­tów bul­wa­rowa prasa. Ja­cek roz­pra­co­wy­wał ich od bli­sko roku. Od pierw­szego upro­wa­dze­nia dwu­dzie­sto­let­niego chło­paka, syna biz­nes­mena. Szczwane lisy z tych po­ry­wa­czy, nie zo­sta­wiali śla­dów. Z ro­dzi­nami kon­tak­to­wali się tylko za po­mocą ese­me­sów, wy­sy­ła­jąc po jed­nym, z jed­nej te­le­fo­nicz­nej karty. Nie do na­mie­rze­nia, skur­wiele. Pie­nią­dze po­dej­mo­wali do­piero za pią­tym, szó­stym albo i dzie­sią­tym ra­zem, kiedy już funk­cjo­na­riu­sze śle­dzący ga­nia­nego po ca­łym mie­ście członka ro­dziny, który miał po­rzu­cić kasę w wy­zna­czo­nym miej­scu, tra­cili czuj­ność. No i jesz­cze jedno. Gnojki, po przy­ję­ciu okupu, za­wsze mor­do­wali po­rwa­nego. Nie było więc żad­nych świad­ków, któ­rzy mo­gliby opi­sać miej­sce prze­trzy­my­wa­nia albo spraw­ców. No i aspi­rant Ma­dej na Ob­ci­na­czach Uszu się wy­ło­żył. Szef uznał, że roczne śledz­two bez re­zul­ta­tów to prze­sada. Sprawę do­stał Ma­re­czek, dwu­me­trowy tro­glo­dyta o kwa­dra­to­wej szczęce su­per­mana, zro­śnię­tych brwiach Ja­no­sika i uśmie­chu... idioty. A Ja­cek, za­miast sta­wiać swoją dwu­na­sto­let­nią co­rollę przy Pu­ław­skiej, musi się obec­nie tło­czyć na ma­leń­kim par­kingu An­dersa, róg No­wo­li­pie.

Wle­cze się te­raz cięż­kim kro­kiem (za­wsze było z niego zwa­li­ste chło­pi­sko, a ostat­nio przy­plą­tało się jesz­cze parę kilo nad­wagi) sze­ro­kim ko­ry­ta­rzem Pa­łacu Mo­stow­skich za niż­szym od niego o głowę, młod­szym o dzie­sięć lat za­wo­do­wego stażu ko­mi­sa­rzem Je­le­niem - no­wym prze­ło­żo­nym. Je­leń ma wku­rzony wy­raz twa­rzy, roz­bie­gane oczy za opraw­kami oku­la­rów i zwraca się do niego per "wy".

- To bę­dzie wa­sze nowe miej­sce pracy, aspi­ran­cie - mówi, wpro­wa­dza­jąc go do po­dej­rza­nie ele­ganc­kiego po­koju. Dziwne po­miesz­cze­nie... Ma­dej jest przy­zwy­cza­jony do nieco in­nych. Ta­kich z przy­kle­jo­nymi do ścian, wy­rwa­nymi z "Two­jego Week­endu" ko­lo­ro­wymi zdję­ciami go­łych bab, po­mię­dzy któ­rymi stra­szą czarno-białe foty tru­pów, nad któ­rymi "się wła­śnie pra­cuje", oraz por­trety pa­mię­ciowe przed­sta­wia­jące za­ka­zane gęby po­szu­ki­wa­nych oby­wa­teli. Tu­taj pa­nuje na­to­miast nie­po­ko­jący po­rzą­dek, a foty "z miejsc zda­rzeń" po­przy­pi­nane są rów­niutko je­dy­nie do du­żej kor­ko­wej ta­blicy na jed­nej ze ścian. Do­brze, że cho­ciaż ob­tłu­czone szafy pan­cerne w na­roż­ni­kach po­miesz­cze­nia wy­glą­dają zna­jomo... Naj­bar­dziej jed­nak dzi­wią Ma­deja biurka jego no­wych ko­le­gów z wy­działu. Za­miast tra­dy­cyj­nego po­li­cyj­nego ba­ła­ganu - gro­żą­cych zej­ściem pa­pie­ro­wej la­winy na­wi­sów, uło­żo­nych byle jak na so­bie akt - pa­nuje na nich nie­po­ko­jący po­rzą­dek. Sko­ro­szyty, pla­sti­kowe ku­wety... Ki dia­beł? Ma­dej jesz­cze raz li­czy czy­ściut­kie biu­reczka no­wych ko­le­gów: raz, dwa, trzy. Trzy biurka, trzy kom­pu­tery, przy nich trzy krze­sła na kół­kach. Faj­nie. Tyle że wszyst­kie krze­sła są za­jęte! Dwóch gli­nia­rzy sie­dzi z no­sami w swo­ich kom­pu­te­rach, nie pod­no­szą na­wet na niego wzroku. Za­stra­szeni przez Je­le­nia, od razu wi­dać po ich spło­szo­nych mi­nach. Tylko trzeci ko­leś, mniej wię­cej czter­dzie­sto­la­tek, a więc tak jakby jego ró­wie­śnik, nie­wy­soki, okrą­glutki, ły­sawy, po­czciwa gęba. Tylko on pa­trzy na niego z za­in­te­re­so­wa­niem.

- Prze­pra­szam, ale gdzie jest to moje miej­sce? - Ma­dej z wła­ściwą so­bie do­cie­kli­wo­ścią, w końcu jest do­cho­dze­niow­cem, pyta prze­ło­żo­nego.

- Tu. - Je­leń, ko­mi­sarz Je­leń, wska­zuje na mroczny, od­da­lony od okna o do­bre cztery me­try róg po­miesz­cze­nia przy sa­mych drzwiach, za­jęty zresztą przez wie­szak na kurtki. - Ja­kieś biu­reczko ci się tu­taj do­stawi - do­daje Je­leń, a na jego ko­styczne ob­li­cze wy­pływa cień zło­śli­wego uśmie­chu.

Pie­przony ro­gacz - my­śli Ma­dej, a na głos mówi:

- Ja­sne, ko­mi­sa­rzu. Tylko nie wi­dzę tu gniazdka. Gdzie pod­łą­czę kom­pu­ter?

- Na ra­zie nie bę­dzie wam po­trzebny.

Skur­wy­syn - my­śli Ma­dej, a na głos za­daje py­ta­nie:

- To jak mam pra­co­wać?

Ko­mi­sarz pa­trzy na niego ze zło­ścią. Ma­dej, choć ży­cie go ostat­nio ko­pie jak wście­kły koń i tro­chę, jak to się mówi w re­sor­cie: zmię­kły mu jajca, ja­koś to spoj­rze­nie wy­trzy­muje. Je­leń szyb­kim ru­chem pod­bródka wska­zuje mu na ko­ry­tarz. Wy­cho­dzą z po­koju, za­trza­skują się za nimi drzwi. Ko­mi­sarz przy­bliża twarz do twa­rzy Ma­deja, wspi­na­jąc się nie­mal na palce.

- Coś wam się, kurwa, nie po­doba? - pyta nieco pi­skli­wie.

- Wszystko mi się po­doba, ko­mi­sa­rzu. Tylko jak mam pro­wa­dzić śledz­twa bez kom­pu­tera?

Roz­ju­szony Je­leń mie­rzy go wzro­kiem.

- Wy, z Ko­mendy Głów­nej, my­śli­cie so­bie, że praca w po­li­cji to ja­kieś pie­przone Miami Vice, co?

Ma­dej ma dość roz­sądku, żeby na tę za­czepkę nie od­po­wie­dzieć. Mil­czy.

- Ro­bi­cie so­bie tam na Pu­ław­skiej ka­riery, a my tu­taj za was za­pier­da­lamy.

Ma­dej na­dal mil­czy i nie ma wąt­pli­wo­ści, że to naj­lep­sze, co może w tej chwili zro­bić. Ka­ra­kan musi się wy­szu­mieć. Nie ma rady.

- Szybko się u nas na­uczy­cie, as-pi-ran-cie, jak wy­gląda praw­dziwa ro­bota.

- Ale ja to wiem - nie wy­trzy­muje Ja­cek. - Przed Główną pra­co­wa­łem w ko­men­dach na Gre­na­die­rów, na Cy­ryla i na Że­rom­skiego...

- Pro­szę mi nie prze­ry­wać - ko­mi­sarz sy­czy tak, jakby ucho­dziła z niego para pod ci­śnie­niem stu ba­rów. - Pracy wam nie za­brak­nie. Spo­kojna głowa. Pew­nie my­śle­li­ście so­bie, że do­trwa­cie u mnie do peł­nej eme­ry­turki, oglą­da­jąc fil­miki na YouTu­bie. Nic z tego. Na ra­zie wy­star­czy wam mniej­sze biurko. Akta się na nim zmiesz­czą. A ra­porty bę­dzie­cie pi­sać u se­kre­tarki. Dziew­czyna pra­cuje do szes­na­stej, ma­cie więc całe po­po­łu­dnia tylko dla sie­bie. I jesz­cze jedno. Jak bę­dzie­cie mi tu­taj pod­ska­ki­wać...

- Pod­ska­ki­wać? - nie może na­dzi­wić się Ma­dej. Prze­cież, cho­lera, nie da się już bar­dziej niż on w tej chwili pod­wi­nąć ogona pod sie­bie...

- No, prze­chwa­lać, gdzie to nie pra­co­wa­li­ście i ja­kich spraw nie pro­wa­dzi­li­ście - roz­wiewa jego wąt­pli­wo­ści Je­leń. - Więc jak bę­dzie­cie mi tu się pysz­nić, to szyb­ciutko...

Ko­mi­sarz prze­rywa, bo ko­ry­ta­rzem nad­cho­dzi wła­śnie ja­kiś umun­du­ro­wany sier­żant z pa­pie­rową teczką w ręku.

- Ko­mi­sa­rzu, to są te wy­niki ra­zem z epi­kryzą, o które pan py­tał. - Wrę­cza Je­le­niowi pa­piery.

- Ja­kie wy­niki? Ja­śniej pro­szę - war­czy nowy do­wódca Jacka.

- No tej sek­cji zwłok. Tego... - sier­żant rzuca okiem na kwity - ...tego ca­łego Żyły.

- Acha. - Ko­mi­sarz od­biera teczkę. Sier­żant od­cho­dzi.

Je­leń przez chwilę prze­gląda kartki, zu­peł­nie igno­ru­jąc Ma­deja. A po­tem na­gle pod­nosi głowę, pa­trząc na niego z tym zna­nym już Jac­kowi, za­po­wia­da­ją­cym pro­blemy uśmie­chem.

- Mó­wisz, masz. Wa­sza pierw­sza ro­bota. - Za­ma­szy­ście ude­rza Ma­deja teczką w pierś. - Sprawa aku­rat na miarę ta­kiego orła z CBD jak wy. Fa­cet do­stał roz­le­głego wy­lewu krwi do mó­zgu, na sku­tek któ­rego zmarł.

- I taką ba­nalną sprawę do­staje Ko­menda Sto­łeczna? - dziwi się Ma­dej.

- W ogóle nikt by nie wsz­czy­nał do­cho­dze­nia, od razu uznano by to za zgon bez udziału osób trze­cich, gdyby nie je­den dro­biazg.

Je­leń pa­trzy przez chwilę na pod­wład­nego, ewi­dent­nie cze­ka­jąc na py­ta­nie: "Jaki to dro­biazg?". Ma­dej jed­nak się nie od­zywa, więc mówi da­lej:

- Fa­cet, który kop­nął w ka­len­darz, to re­cy­dy­wi­sta, który od­by­wał kary za wy­mu­sze­nia roz­bój­ni­cze, po­bi­cie ze skut­kiem śmier­tel­nym, gwałt ze szcze­gól­nym okru­cień­stwem i udział w gru­pie o cha­rak­te­rze zbroj­nym.

- A tak. Żyła - ko­ja­rzy wresz­cie Ma­dej.

- No wła­śnie. Żyła.

- Dawno o nim nie było sły­chać...

- Ano dawno.

- Od tej wła­śnie od­siadki chyba. Cie­kawe, co ostat­nio po­ra­biał.

- Nie­istotne. Gość się prze­krę­cił w spo­sób jak naj­bar­dziej na­tu­ralny. Zna­le­ziono go w Ra­do­ści, na po­bo­czu drogi, obok sa­mo­chodu. Pew­nie gdzieś je­chał, źle się po­czuł i za­trzy­mał dla za­czerp­nię­cia po­wie­trza. A to był udar. Zdechł. Po­dłub­cie w tym ze dwa dni, a po­tem chcę zo­ba­czyć na biurku wnio­sek o umo­rze­nie. Sprę­żaj­cie się, to może każę wam jed­nak wsta­wić ten kom­pu­ter. Prze­dłu­ża­cze na sta­nie są.

Ko­mi­sarz na­wet nie czeka na od­po­wiedź, de­ma­te­ria­li­zuje się w po­goni za ko­lej­nymi waż­nymi za­da­niami służ­bo­wymi. Ja­cek zo­staje na ko­ry­ta­rzu sam. Nie bar­dzo wie, co, u dia­bła, ma te­raz ze sobą zro­bić. Nie ma na­wet wła­snego biurka, cho­lera. Usiąść na pod­ło­dze po tu­recku i za­cząć stu­dio­wać pa­piery? Bie­gać sze­ro­kimi, pa­ła­co­wymi scho­dami góra-dół? I w tym mo­men­cie sły­szy py­ta­nie do­bie­ga­jące z uchy­lo­nych drzwi "jego" po­koju.

- Po­szedł? - To ten okrą­glutki.

- Po­szedł...

- Nie przej­muj się. Fa­cet jest do­piero od trzech lat w kor­pu­sie ofi­cer­skim, więc trak­tuje sie­bie strasz­nie po­waż­nie.

- Taa. - Ma­dej woli za­cho­wać dy­stans. A nuż okaże się, że ten mi­sio sym­pa­tyczny ka­bluje sze­fowi?

- Wi­dzia­łeś nasz po­kój, nie? Po­rzą­dek jak w ap­tece. Je­leń od biedy wy­ba­czy ci spie­przone śledz­two, ale za wbitą w ścianę pi­nezkę na pewno wlepi na­ganę z wpi­sa­niem do akt.

- Taa.

Za­pada chwila kło­po­tli­wego mil­cze­nia.

- Nie masz gdzie usiąść? - pyta wresz­cie He­nio.

- No nie, chyba że po­ży­czę od ko­goś roz­kła­dany sto­łe­czek węd­kar­ski.

- Mam lep­szy po­mysł.

- Za­mie­niam się w słuch.

- Sia­daj przy moim biurku. I tak mu­szę wy­sko­czyć do ko­mendy na Cy­ryla. Chłopcy re­ali­zują tam sprawę ja­kie­goś pe­do­fila i po­ma­gam im przy­go­to­wać to pro­ce­sowo. Acha. Mo­żesz też ko­rzy­stać z mo­jego kom­pu­tera.

- Dzięki.

Okrą­glutki przy­gląda się Ma­de­jowi z życz­li­wym uśmie­chem. Ma­deja tro­chę to pe­szy. Nie przy­wykł do ta­kich prze­ja­wów życz­li­wo­ści. Ale robi, co może - od­po­wiada tam­temu gry­ma­sem, który od biedy da się za­li­czyć do ka­te­go­rii "uśmiech".

- He­niek je­stem. - Nowy ko­lega robi kilka kro­ków i wy­ciąga do Ma­deja rękę.

- Ja­cek. Ale wszy­scy mó­wią mi Ma­dej.

- Ile lat w służ­bie?

- Dwa­dzie­ścia - od­po­wiada Ma­dej.

- A ja osiem­na­ście. Chyba się już kie­dyś spo­tka­li­śmy... Nie pra­co­wa­łeś kie­dyś na Że­rom­skiego sie­dem?

- Na Żo­li­bo­rzu? Ta. Wy­dział ope­ra­cyjny, sek­cja do spraw za­bójstw, jak się to wtedy jesz­cze na­zy­wało.

- A ja ro­bi­łem tam w oby­cza­jówce!

- Wy­bacz, ale ja­koś cię...

- Spoko, nie rzu­cam się w oczy. To zresztą mój atut - re­cho­cze He­nio. - W mo­jej spe­cja­li­za­cji trzeba wzbu­dzać za­ufa­nie.

- A czym kon­kret­nie się zaj­mu­jesz?

- Nie­la­tami.

- Pro­sty­tu­cja nie­let­nich? Kra­dzieże? Roz­boje? Pro­chy?

- Pe­do­fi­lia. Przy­go­to­wuję pro­ce­sowo sprawy ko­le­siów, któ­rzy na­prawdę lu­bią dzieci.

- Brudna ro­bota...

- Że­byś wie­dział...

- Wi­dzę, że szef odro­binę cię na wstę­pie prze­czoł­gał - po chwili za­dumy od­zywa się znowu He­niek.

- No, tro­chę. - Ma­dej od­ru­chowo zerka na trzy­mane w ręku pa­piery z jego pierw­szą w tym miej­scu sprawą.

- Nie bój nic, do­brze bę­dzie. Kup so­bie dzi­siaj flaszkę, wy­po­życz film Łowca je­leni i ju­tro przyj­dziesz do pracy świe­żutki i od­prę­żony.

- Ta. Ja­sne.

- A tak poza pro­to­ko­łem. Co tam masz? - He­niek wska­zuje koń­cem swo­jego okrą­głego, po­zba­wio­nego na­wet cie­nia za­ro­stu pod­bródka trzy­maną przez Ma­deja teczkę.

- Sprawa nie­ja­kiego Żyły - od­po­wiada z nie­chę­cią.

- A, wiem. Ten od udaru główki.

- Nic się przed tobą nie ukryje.

- Stary, jak gi­nie ban­dzior tej miary, plotki się roz­cho­dzą szybko. Sam ja­śnie pan ko­mi­sarz Je­leń bar­dzo się tą hi­sto­rią za­in­te­re­so­wał.

- Ja­kiś szcze­gólny po­wód?

Hen­ryk tylko wzru­sza ra­mio­nami.

- A kto tam na­dąży za my­ślami pa­nów ofi­ce­rów? - mruga okiem.

Uśmie­chają się obaj.

- To co? Sły­sza­łem, że sprawa idzie do umo­rze­nia? - pyta He­nio.

- Też tak sły­sza­łem.

* * *

Pół go­dziny póź­niej Ma­dej, już w dużo lep­szym na­stroju (w swo­jej sza­fie pan­cer­nej na tajne do­ku­menty oraz służ­bową broń Hen­ryk ma, czy ra­czej miał, pra­wie pół fla­kona si­wu­chy), za­siada przy biurku swo­jego no­wego kum­pla. Po­zo­stali dwaj ko­le­dzy z po­koju - je­den o wy­glą­dzie bok­sera, który przez całą swoją ka­rierę zbie­rał w ringu ło­mot, drugi o okrą­glut­kiej i gład­kiej buzi przy­po­mi­na­ją­cej fa­cjatę osła­wio­nego agenta Tomka - zer­kają na niego nie­uf­nie. Żeby więc jesz­cze bar­dziej ich ze­stre­so­wać, Ma­dej roz­piera się w He­nio­wym krze­śle, a na­wet za­rzuca nogi na blat jego wy­pie­lę­gno­wa­nego biurka. Pod ręką pa­ruje mu ku­bek kawy (kawa też z szafy pan­cer­nej). Otwiera opis sek­cji zwłok. Śli­zga się wzro­kiem po re­la­cji ze stanu ze­wnętrz­nych po­włok ciała (żad­nych śla­dów prze­mocy), bez pa­trze­nia od­kłada na bok zdję­cia z miej­sca, w któ­rym zna­le­ziono ciało (bo i czego na nich szu­kać?), po­bież­nie prze­gląda do­łą­czony ra­port tok­sy­ko­loga (żad­nej che­mii w tkan­kach). Na ko­niec za­gląda jesz­cze do opisu stanu na­rzą­dów we­wnętrz­nych. Wszyst­kie, oczy­wi­ście oprócz za­la­nego krwią mó­zgu, są w po­rządku. No, może nieco sfa­ty­go­wana wą­troba, ale to aku­rat - w fa­chu wy­ko­ny­wa­nym przez Żyłę - nor­malka. Sprawę fak­tycz­nie trzeba szybko za­mknąć. Nikt nie przy­czy­nił się do śmierci tego bied­nego skur­wiela. Ma­dej ener­gicz­nie za­myka teczkę, rzuca ją na biurko, sięga po kawę. Wtedy spo­strzega, że ze środka wy­su­nęło się zdję­cie. Fotka de­nata. Ma­dej już ma ją wsu­nąć z po­wro­tem, gdy jego wzrok pada na uwiecz­nioną na od­bitce twarz. Pa­trzy, pa­trzy, pa­trzy... Nogi same zsu­wają mu się z biurka, ręka ma­chi­nal­nie od­sta­wia nie­upitą kawę. Czuje, że ten strasz­liwy gry­mas, te wy­ba­łu­szone w prze­ra­że­niu oczy, wy­szcze­rzone z bólu, od­sło­nięte dzią­sła - coś mu przy­po­mi­nają. Coś, z czym się ze­tknął dawno, pie­kiel­nie dawno temu. Na pewno już kie­dyś wi­dział taką prze­ra­ża­jącą ago­nię... Na sa­mym po­czątku ka­riery... Cze­goś ta­kiego, na­wet w jego za­wo­dzie - bo prze­cież przez wszyst­kie te lata wi­dział wiele tru­pów - cze­goś ta­kiego się nie za­po­mina.

Ma­dej jesz­cze raz otwiera opis sek­cji. Drżą mu palce. Szuka. Czego kon­kret­nie? Sam nie jest pe­wien. Ja­kie­goś echa. Z prze­szło­ści. Dawno za­mknię­tej i prze­brzmia­łej sprawy, która te­raz do niego po­wraca.

- O, jest - szep­cze sam do sie­bie.

Opis wy­glądu wnę­trza czaszki de­nata. Ma­dej prze­biega wska­zu­ją­cym pal­cem po li­nij­kach tek­stu. A więc stwier­dzono wy­lew krwi do mó­zgu. Roz­le­gły wy­lew. To już wie. Ale jest coś dziw­nego. Za­zwy­czaj przy­czyną udaru jest pęk­nię­cie na­czy­nia krwio­no­śnego w ja­kimś kon­kret­nym punk­cie zwa­nym tęt­nia­kiem. Na­czy­nie naj­pierw robi się w tym miej­scu słab­sze, tak jak cza­sami słab­szy jest frag­ment po­włoki ba­lonu, co wi­dać do­piero przy jego na­dmu­chi­wa­niu. Po­wstaje wy­brzu­sze­nie. Ro­śnie, na­pina co­raz bar­dziej ściankę tęt­nicy. Chory nie­rzadko na­wet o tym nie wie, chyba że ten ba­lo­nik uci­ska ja­kieś ważne frag­menty mó­zgu. I w pew­nym mo­men­cie - bach! - tęt­niak pęka, wy­lewa się sporo krwi, a jego nie­far­towny po­sia­dacz do­znaje pa­ra­liżu lub na­wet umiera. Każdy ana­to­mo­pa­to­log znaj­dzie pod­czas sek­cji zwłok miej­sce tego pęk­nię­cia. W przy­padku Żyły jest jed­nak tro­chę ina­czej...

Z opisu sek­cji wy­nika, że nie zna­le­ziono żad­nego na­czy­nia roz­pru­tego wy­strza­łem tęt­niaka. Żad­nej wiel­kiej dziury w ściance tęt­nicy. W na­czy­niach krwio­no­śnych mó­zgu, głów­nie kre­so­mó­zgo­wia, w ta­kich re­jo­nach jak hi­po­kamp, płat lim­biczny, za­kręt ob­rę­czy i ciało mig­da­ło­wate, wy­kryto na­to­miast setki, a może na­wet ty­siące mi­kro­pęk­nięć, z któ­rych, jak z prysz­nica, sik­nęła ju­cha. Tak jakby na­gle, w ca­łym mó­zgu, a już szcze­gól­nie w jego ośrod­kach od­po­wie­dzial­nych za pa­mięć i emo­cje, wie­lo­krot­nie wzro­sło ci­śnie­nie, więc ścianki na­czyń po pro­stu nie wy­trzy­mały. Oczy­wi­ście, na­dal jest to wy­lew. I, rzecz ja­sna, nie wi­dać w tym, co się stało, udziału osób trze­cich. Sprawa kwa­li­fi­kuje się więc ewi­dent­nie do za­mknię­cia. Tyle tylko że Ma­dej do­kład­nie z ta­kim opi­sem udaru już się kie­dyś ze­tknął. Tak, wresz­cie so­bie przy­po­mina. Osiem­na­ście lat temu. Nie­mal do­kład­nie osiem­na­ście. Na­wet pora roku mniej wię­cej była ta sama... Praga, ulica Sta­lowa 41. Ostat­nie pię­tro, zdaje się. Dziwna, bar­dzo dziwna hi­sto­ria. Może warto, tak z cie­ka­wo­ści, by­łoby do niej wró­cić? Ma­dej bez­wied­nie otwiera na He­nio­wym kom­pu­te­rze po­li­cyjny re­jestr prze­stępstw, wpi­suje przy­bli­żoną datę, ulicę, ka­te­go­rię czynu... Jest! To były dwa trupy. Przy­czyna zgonu pierw­szego, zmar­łego na miej­scu - wie­lo­krotne ugo­dze­nie no­żem w oko­lice serca i w kon­se­kwen­cji prze­cię­cie aorty, które do­pro­wa­dziło do wstrząsu krwo­tocz­nego. A dru­giego, który dwa­dzie­ścia go­dzin póź­niej sko­nał w szpi­talu... No wła­śnie! Roz­le­gły wy­lew krwi do mó­zgu w re­jo­nie hi­po­kampa, płata lim­bicz­nego i ciała mig­da­ło­wa­tego.

Pią­tek, 11 marca 1994, 1:45

Dreszcz. Po­je­dyn­czy, silny. W jed­nej se­kun­dzie wy­rywa Maćka z le­targu, w który za­padł uko­ły­sany do­bie­ga­ją­cymi zni­kąd - a może ze­wsząd? - szep­tami i ma­ja­kami. Na­tych­miast otwiera oczy. Jego umysł staje się ja­sny, czy­sty, na­sta­wiony na... dzia­ła­nie? Już dawno nie czuł się tak trzeźwo i przy­tom­nie. Wi­dzi swój po­kój, ojca przy­cup­nię­tego na łóżku, za oknem mrok. Jest późna noc. Tata ogląda ja­kąś ko­lejną no­wość na pi­rac­kiej ka­se­cie wi­deo. Mil­cze­nie owiec, zdaje się.

Znowu ude­rza go prąd. Mocno. Wy­cho­dzi jakby z głowy i roz­cho­dzi się aż po czubki pal­ców. To nie jest jedna z tych osła­bia­ją­cych drga­wek, które przez cały czas, na­wet pod­czas płyt­kiego snu, w idio­tyczny spo­sób, wbrew woli, po­ru­szają jego koń­czy­nami. To nie ko­lejny atak dusz­no­ści, epi­lep­sji ani spa­styczny przy­kurcz mię­śni. Ten wstrząs jest czy­sty. Nie­sie do­brą ener­gię. Bu­dzi do ży­cia.

I znów. Tylko sil­niej. Jakby z głowy, gdzieś w oko­licy skroni, wy­pły­wała mu ośle­pia­jąca, go­rąca jak pla­zma rzeka świa­tła. Każdy im­puls trwa tylko uła­mek se­kundy. Ale jego echo roz­cho­dzi się po ciele, bu­dząc ko­mórki ner­wowe z le­targu. Ma­ciek czuje gniew, moc, po­żą­da­nie.

Zna to uczu­cie... A ra­czej jego cień. Słab­szą, skar­lałą od­mianę, która na­wie­dza go cza­sami wraz z Pręd­kim. Tak, Prędki. To on, zwłasz­cza gdy wraca skądś w po­dar­tej, po­pla­mio­nej krwią blu­zie i prosi: "Jakby py­tali, to cały wie­czór sie­dzia­łem u cie­bie" - to on bu­dzi cza­sami w Maćku po­dobne im­pulsy. Ale są słab­sze. Wła­ści­wie cał­kiem sła­biut­kie. A te, te­raz, w tej chwili, ob­cę­gami chwy­tają jego głowę, po­wo­dują, że chciałby ze­rwać się z łóżka, wy­wa­lić drzwi od po­koju i... No wła­śnie, co? Ni­gdy jesz­cze tego nie czuł tak in­ten­syw­nie. Z jed­nej strony jest pod­nie­cony, sprę­żony jak do skoku, czuje przy­pływ ener­gii, drży z żą­dzy. Z dru­giej jest prze­ra­żony. Tak, boi się. Prze­cież jest, do cho­lery, tylko na­sto­let­nim, ciężko cho­rym chłop­cem, który wie, że w po­bliżu, tuż za drzwiami czai się coś bar­dzo, bar­dzo złego.

- Tato...

- Po­cze­kaj - od­po­wiada oj­ciec, wciąż wpa­tru­jąc się w te­le­wi­zor.

- Ta­tu­siu...

- No już. Już! Tylko jesz­cze ta scena.

- Tato!

Męż­czy­zna aż pod­ska­kuje, jego syn już dawno nie był w sta­nie za­krzyk­nąć tak gło­śno. Maca pi­lota, wci­ska pauzę, od­wraca się...

- Ma­ciek! - mówi za­sko­czony. - Ty sie­dzisz?!

Trrach! - z są­sied­niego po­koju, tego, w któ­rym śpi matka, a po­wi­nien spać także i oj­ciec, do­biega od­głos wy­ła­my­wa­nych drzwi. A po­tem krótki, roz­dzie­ra­jący, ko­biecy krzyk. I od­głos ude­rze­nia. I słowa nie­zna­jo­mego męż­czy­zny:

- Mów, kurwo, gdzie on jest. Mów albo za­je­bię!

- To po mnie... - szep­cze bez­wied­nie oj­ciec. - Przy­szli po dług.

Znów od­głos ciosu. A po­tem szloch. Ci­chy, pe­łen bólu. Płacz matki...

- Idź tam - roz­ka­zuje Ma­ciek.

- Oni mnie za­biją! - ojcu ła­mie się głos.

Zza ściany znów sły­chać od­głosy ude­rzeń. Tym ra­zem tępe, głu­che, jakby ktoś ko­pał wy­pchany ubra­niami ple­cak. Ale to nie ple­cak leży we krwi w są­sied­nim po­koju... Ma­ciek czuje to wszystko wy­raź­nie. Krew matki na pod­ło­dze. Krew tam­tych dwóch (tak, drugi się nie od­zywa, ale na­past­nik nie jest sam) pul­su­jąca w ich gło­wach. Od­ży­wia­jąca ich złość, nie­na­wiść, wście­kłość...

Z są­sied­niego po­koju do­biega char­cze­nie sko­pa­nej ko­biety. Ma­ciek czuje, że kręci mu się w gło­wie. Dy­go­cze. Wie, że musi tam iść. Ra­to­wać matkę? Tak, to też. Ale jest coś jesz­cze. Coś sil­niej­szego w tej chwili na­wet od mi­ło­ści kil­ku­na­sto­let­niego męż­czy­zny do ko­biety, która go uro­dziła. Coś tak po­tęż­nego, że udaje mu się zmu­sić spa­ra­li­żo­wane, po­wy­krę­cane ciało do zsu­nię­cia z łóżka. Pada na pod­łogę, prze­wra­ca­jąc sto­ją­cego przy wez­gło­wiu elek­trycz­nego ssaka. Dwie wiel­kie, szklane bu­telki z ło­sko­tem tur­lają się po ziemi i ude­rzają o sta­lową bu­tlę z tle­nem. Jedna z nich pęka.

- Coś ty na­ro­bił... - W uszach lę­kliwy szept ojca.

Za ścianą na­gła ci­sza. A po­tem ru­mor, kroki w przed­po­koju i już z roz­ma­chem otwie­rają się ich drzwi.

- Dzięki. Dzięki, że przy­szli­ście... - Usta Maćka ukła­dają się w blady cień uśmie­chu. Po he­ro­icz­nym wy­siłku, który zrzu­cił go z łóżka, nie ma już siły na­wet unieść się na łok­ciach. Ale to nic. To nic. Jego mózg za­lewa eu­fo­ria. Nie ro­zu­mie, co się z nim dzieje, ale wie jedno - wy­grał. Już mu nie uciekną...

- Tu je­steś! - mówi pierw­szy z męż­czyzn do sku­lo­nego pod oknem ojca. Ten, który trzyma w ręku nóż. I ten, który - Ma­ciek czuje to wy­raź­nie - do­piero co sko­pał jego matkę. Fa­cet nie zwraca naj­mniej­szej uwagi na le­żą­cego chłopca. Robi nad nim krok i kie­ruje się w stronę drżą­cego z prze­ra­że­nia taty.

- Od­dam. Od­dam wszystko! Kurwa, kurwa, skur­wy­syn! - drze się hi­ste­rycz­nie oj­ciec.

Ma­ciek wie, że tata nie chce tam­tego ob­ra­zić. Że znowu prze­ma­wia przez niego cho­roba, która na­sila się szcze­gól­nie w chwi­lach stresu. Pie­przony ze­spół To­urette'a... Ale fa­cet z no­żem tej wie­dzy nie po­siada.

- Jak mnie na­zwa­łeś? - ce­dzi przez zęby. I jed­nym sko­kiem do­pada ucze­pio­nej ka­lo­ry­fera po­staci. Jest w mor­der­czym amoku. Za­śle­piony fu­rią, która prze­lewa się przez neu­rony jego mó­zgu. Ude­rza raz, drugi, trzeci. No­żem. W serce.

Fala zła, aura nie­na­wi­ści - czy jak­kol­wiek by na­zwać ten stan du­cha czło­wieka, który mor­duje wła­śnie dru­giego czło­wieka - prze­to­czy­łaby się po oko­licy jak zwy­kle przez ni­kogo nie­zau­wa­żona, gdyby nie Ma­ciek. Ja­kimś nie­zro­zu­mia­łym zrzą­dze­niem losu jego mózg, du­sza czy co tam, u li­cha, kie­ruje my­ślami i emo­cjami tego chło­paka, za­bar­wia tę eks­plo­zję ne­ga­tyw­nych uczuć na pło­mienny ko­lor. Przy­naj­mniej tak to wi­dzą naj­bliżsi świad­ko­wie: drugi na­past­nik, le­żąca za ścianą matka i para sta­rusz­ków miesz­ka­jąca po dru­giej stro­nie wspól­nego przed­po­koju. Przez ich oczy, przez ich głowy, przez każdy cho­lerny za­ka­ma­rek ich je­ste­stwa prze­ta­cza się - jak po wy­bu­chu ją­dro­wym - ogień. Oczy­wi­ście, w domu nie ma po­żaru. To płoną ich my­śli, słowa i uczynki. Im gor­sze, im bar­dziej plu­gawe - tym bar­dziej pieką. A po­tem przy­cho­dzi fala ude­rze­niowa. To prze­ra­że­nie, zwie­rzęcy strach, bez­sil­ność schwy­ta­nej w si­dła ofiary. Trwoga tak straszna, że na­wet śmierć wy­daje się wy­ba­wie­niem.

* * *

Pierw­sza do­cho­dzi do sie­bie Magda. Ma za­krwa­wioną twarz, opu­chli­zna nie­mal za­mknęła jej prawe oko, że­bra bolą tak bar­dzo, że z tru­dem łowi każdy od­dech. W gło­wie hu­czy jej po tym dziw­nym tsu­nami, które wła­śnie prze­wa­liło się jej przez mózg. Ale za ścianą jest syn. I mąż. Na­gła ci­sza, która tam za­pa­dła, prze­raża bar­dziej niż wcze­śniej­sze ha­łasy i prze­kleń­stwa. Wy­czoł­guje się więc do przed­po­koju, unosi na czwo­ra­kach i pierw­sze, co wi­dzi, to je­den z ban­dy­tów. Ten drugi, mniej agre­sywny. Ale jed­nak na­past­nik.

Ciało Magdy na chwilę tę­żeje, serce znów ło­po­cze z prze­ra­że­nia. Lecz dziwna rzecz. Męż­czy­zna boi się bar­dziej niż ona. Sie­dzi na pod­ło­dze, ple­cami oparty o ścianę. Ko­lana pod­cią­gnął pod brodę. Bez­gło­śnie pła­cze.

- Wi­dzia­łem je. - Pa­trzy na Magdę nie­przy­tom­nym wzro­kiem. - Wi­dzia­łem. To było pie­kło, prawda?

Magda, wciąż na czwo­ra­kach - za bar­dzo kręci się jej w gło­wie, żeby wstać - pod­cho­dzi do otwar­tych drzwi dru­giego po­koju. Na pod­ło­dze szkło roz­bi­tego ssaka. Da­lej Ma­ciek. Żyje! Jak del­fin wy­rzu­cony na pia­sek plaży, nie­po­rad­nie pró­buje pod­czoł­gać się do... Boże! Pod oknem leżą dwa ciała. Jej mąż z prze­mo­czoną od krwi ko­szulą i szkli­stym wzro­kiem wbi­tym w su­fit. Nie żyje. No i ten drugi. Mor­derca. Leży sku­lony, za pa­znok­ciami roz­cza­pie­rzo­nych pal­ców tkwią czer­wone strzępy zdar­tej z wła­snej twa­rzy skóry. No wła­śnie, twarz... Jest straszna. I nie cho­dzi na­wet o te głę­bo­kie, za­dane so­bie w pa­rok­sy­zmie bólu szramy. To wy­krzy­wiona w nie­ludz­kim gry­ma­sie ma­ska. Wy­szcze­rzone z prze­ra­że­nia, za­ci­śnięte na nie­mal od­gry­zio­nym ję­zyku zęby, oczy wy­wró­cone do góry biał­kami, na ustach ró­żowa piana, z nosa i uszu są­czy się krew. Jest nie­przy­tomny, jego od­dech jest płytki, ury­wany, z płuc wy­do­bywa się rzę­że­nie.

- Po­my­li­łem się. To nie Pręd­kiemu. To ta­cie gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo - sły­szy ci­che słowa. - Nie zdą­ży­łem go ura­to­wać, mamo.

Roz­po­znaje oczy­wi­ście głos syna, ale... jest w nim coś dziw­nego, in­nego. Do­piero po se­kun­dzie Magda uświa­da­mia so­bie co. Ma­ciek mówi wy­raź­nie! Od wielu, wielu mie­sięcy z tru­dem wy­do­by­wał słowa, prze­cią­gał zgło­ski, se­ple­nił, beł­ko­tał. Jego głos nie był gło­sem na­sto­latka, ale scho­ro­wa­nego, nie­do­łęż­nego starca. Te­raz, choć szep­cze, każde słowo brzmi wy­raź­nie i mocno. Przy­suwa się do niego, klęka obok, przy­tula, głasz­cze po przy­cię­tych równo tuż nad skórą wło­sach.

- Gdy­bym zro­bił to chwilkę wcze­śniej...

Mózg Magdy nie jest jesz­cze w sta­nie ogar­nąć ca­łego ob­razu sy­tu­acji. Chyba broni się przed grozą, jaką prze­ka­zują mu oczy, bo za­miast na śmierci męża i tym kosz­mar­nie wy­krę­co­nym w pa­rok­sy­zmie stra­chu ciele jego za­bójcy każe Mag­dzie sku­pić się na sło­wach syna.

- Gdy­byś co zro­bił wcze­śniej, ko­cha­nie? - pyta ostroż­nie.

- Po­wi­nie­nem szyb­ciej... Nie wiem, jak to na­zwać, mamo. - Głos Maćka za­czyna się ła­mać, ale tak nor­mal­nie, zwy­czaj­nie, jak ła­mie się głos dziecka, które za­raz wy­buch­nie pła­czem. - Po­wi­nie­nem szyb­ciej w niego ude­rzyć - koń­czy, wska­zu­jąc oczami drga­jące w ago­nii ciało mor­dercy. A po­tem nie mówi już z nic. Chowa twarz w jej ra­mio­nach. Szlo­cha.

Magda, tu­ląc głowę swo­jego dziecka, ocie­ra­jąc mu wnę­trzem dłoni pły­nące po po­licz­kach łzy, bez­wied­nie zerka znów na do­go­ry­wa­ją­cego tuż obok ciała jej męża czło­wieka. Duży, mu­sku­larny męż­czy­zna, z któ­rego już nie­mal zu­peł­nie uszło ży­cie. Jak Ma­ciek, ten chory, wą­tły, prak­tycz­nie spa­ra­li­żo­wany, ba­lan­su­jący wciąż na gra­nicy ży­cia i śmierci chło­piec, miałby ko­goś ta­kiego "ude­rzyć"?

Wła­śnie wtedy drzwi pro­wa­dzące na klatkę scho­dową za­ma­szy­ście się otwie­rają i do przed­po­koju wpada dwóch po­li­cjan­tów. Czarne mun­dury Ba­ta­lionu Pa­tro­lowo-In­ter­wen­cyj­nego, w dło­niach pi­sto­lety p-83, za par­cia­nymi pa­sami naj­now­sza wun­der­waffe sto­łecz­nej po­li­cji - czarne pałki z po­przeczną rączką, tak zwane tonfy. Któ­ryś z są­sia­dów naj­wy­raź­niej wy­krę­cił już 997 i przy­była ka­wa­le­ria. Wiel­kie draby wy­peł­niają sobą całe wnę­trze, ale kiedy grzę­zną wzro­kiem w ob­ra­zie dwóch ciał le­żą­cych pod oknem, rzedną im miny.

- Rany, ale jatka! Co się tu, do cięż­kiej kurwy...

- Star­szy po­ste­run­kowy Ja­cek Ma­dej­ski! Przy­ślij­cie ka­retkę na ulicę Sta­lową 41! - krzy­cząc do ra­dio­te­le­fonu, wpada mu w słowo drugi funk­cjo­na­riusz, który naj­wy­raź­niej oprzy­tom­niał szyb­ciej. - Dwóch... - prze­nosi spoj­rze­nie z le­żą­cych pod oknem męż­czyzn na Magdę i Maćka - nie, czworo ran­nych.

Do­piero te­raz Magda uświa­da­mia so­bie, że drugi na­past­nik znik­nął. Mu­siał uciec, kiedy ona wczoł­gała się do po­koju. Już ma po­wie­dzieć o tym po­li­cjan­tom, kiedy sły­szy głos syna:

- Mnie nic nie jest, a ta­cie i temu dru­giemu... Im już nie po­mo­że­cie. Niech ktoś opa­trzy mamę.

- Na pewno do­brze się czu­jesz, synku? - pyta Magda, lu­stru­jąc wzro­kiem po­wy­krzy­wia­nego spa­stycz­nymi przy­kur­czami, chu­dego jak szkie­let, ubra­nego tylko w skry­wa­jące pie­lu­chę bok­serki i pod­ko­szu­lek syna. - Mo­żesz nie czuć, że so­bie coś zła­ma­łeś, ale prze­cież spa­dłeś z...

Głos za­miera jej w gar­dle, bo na­gle so­bie uświa­da­mia, że tym sła­biut­kim, wy­nisz­czo­nym ta­jem­ni­czą cho­robą cia­łem jej dziecka już nie wstrzą­sają żadne drgawki, koń­czyny nie wy­ko­nują nie­sko­or­dy­no­wa­nych ru­chów, a unie­siona głowa sa­mo­czyn­nie nie opada.

- Mamo?

- Tak skar­bie?

- Czy mo­gła­byś... Może z po­mocą pana po­ste­run­ko­wego...

- Mów, ko­cha­nie, co ta­kiego?

- Czy mo­gli­by­ście mnie tro­chę unieść i pod­ło­żyć mi coś pod plecy?

- Nie ro­zu­miem, skar­bie. Po co?

- Chciał­bym usiąść.

Po­nie­dzia­łek, 27 lu­tego 2012, 15:20

Iza od pół go­dziny ze­zuje w wi­szący na ścia­nie te­le­wi­zor. Sie­dzi w barku Eks­tra­te­le­wi­zji na nie­wy­god­nym, za to sty­lowo po­wy­krę­ca­nym w esy-flo­resy krze­śle, przy ma­ciup­kim sto­liku, pod któ­rym le­dwo mie­ści się Dżek. No wła­śnie... Dżek. Od­kąd wy­ku­piła tego psa od ro­dziny, która zu­peł­nie se­rio za­mie­rzała prze­ro­bić go na gu­lasz, fu­trzak spra­wia same kło­poty. Na­wet te­raz to wiel­kie by­dlę, na oko mie­sza­niec owczarka nie­miec­kiego z la­bra­do­rem (albo coś rów­nie kar­ko­łom­nego), ślini się na pod­ło­dze ze stra­chu, ku­ląc na wi­dok każ­dego prze­cho­dzą­cego czło­wieka. A je­śli ktoś nie­opatrz­nie się do niego na­chyli ze sło­wami w ro­dzaju: "O, jaki uro­czy psiu­nio", Dżek roz­pacz­li­wie szcze­rzy kły i war­czy. A ma co szcze­rzyć, sku­bany. Ta­kie za­cho­wa­nie nie przy­spa­rza by­naj­mniej jego pani sym­pa­tii ko­le­gów z pracy. No, ale co zro­bić? Be­ata, jej sub­lo­ka­torka, ma dziś roz­bie­raną randkę, więc pies, który na wi­dok ob­cego do­staje ataku pa­niki po­mie­sza­nego z roz­pacz­liwą próbą obrony ostat­niego skrawka swo­jego te­ry­to­rium (ja­kim jest ich miesz­ka­nie), mógłby co nieco ze­psuć ro­man­tyczną at­mos­ferę wie­czoru.

Więc Iza sie­dzi i gapi się w ten pie­przony te­le­wi­zor. Przy­je­chała tu po to, żeby zmon­to­wać swoją uliczną sondę. Je­den z pro­du­cen­tów ka­zał jej od­py­tać war­sza­wia­ków, czy cie­szą się z nad­cho­dzą­cej wio­sny. Wy­nik tego wni­kli­wego, re­por­ter­skiego śledz­twa? Tak, cie­szą się. No więc te­raz trzeba się do­pchać do jed­nego ze sto­li­ków w głów­nym stu­dio i ra­zem z ope­ra­to­rem ob­ro­bić ma­te­riał, a po­tem przy­pil­no­wać, żeby pro­du­cent nie za­po­mniał dać tego na an­tenę. Te trzy­dzie­ści zło­tych, które do­sta­łaby za emi­sję, bar­dzo by się przy­dały...

Do stu­dia nikt oczy­wi­ście Dżeka nie wpu­ści, ale Iza już do­ga­dała się z Lesz­kiem, jed­nym z dźwię­kow­ców, któ­rego jej pies jesz­cze jako tako to­le­ruje, że po­sie­dzi z nim w po­koju re­kre­acyj­nym. Tyle że - szit, szit, szit - wszyst­kie sto­liki mon­ta­żowe są aku­rat za­jęte. Więc Iza sie­dzi z co­raz bar­dziej spa­ni­ko­wa­nym zwie­rza­kiem w ka­fejce, która jest za­ra­zem re­cep­cją, ho­lem i skrzy­żo­wa­niem wszyst­kich ście­żek prze­ci­na­ją­cych sie­dzibę Eks­tra­te­le­wi­zji. Sie­dzi, kur­czowo ści­ska smycz i wręcz oczu nie może ode­rwać od ekranu po­ka­zu­ją­cego pro­gram nada­wany z dru­giego stu­dia (czyli tego przez ka­fejkę na wprost). Nie żeby to­cząca się tam dys­ku­sja ja­koś szcze­gól­nie ją po­chła­niała. Wręcz prze­ciw­nie. Iza słu­cha, pa­trzy i prze­ciera oczy ze zdu­mie­nia, że Lo­lek po­zwo­lił nada­wać coś ta­kiego! To­talne bzdury za­ty­tu­ło­wane: "Jaka bę­dzie dal­sza ewo­lu­cja czło­wieka?". Cho­lera! Szlag! To jej po­mysł na pro­gram z udzia­łem ce­le­bry­tów, któ­rzy mają zwie­rzęce znajdy - przy­ho­łu­bione psy, które po­trą­cił sa­mo­chód, koty wy­rzu­cone na śmiet­nik, kun­dle przy­wią­zane przez wy­rod­nych wła­ści­cieli do to­rów ko­le­jo­wych - ten wy­go­lony na pałę gru­bas od­rzu­cił, a od­dał stu­dio na coś ta­kiego?! Na­wet pro­wa­dzący ten ża­ło­sny pro­gram re­dak­tor i sami za­pro­szeni go­ście wy­dają się za­że­no­wani dys­ku­sją, w jaką ich wma­new­ro­wano. Bo jaka niby mia­łaby być ewo­lu­cja czło­wieka w cza­sach, gdy ludz­kość wszyst­kich swo­ich na­tu­ral­nych wro­gów zja­dła, wy­pa­tro­szyła i po­wie­siła na ścia­nie lub po­za­my­kała w zoo? Do­bór na­tu­ralny już nie ist­nieje. Gówno nie ewo­lu­cja. Tylko je­den z za­pro­szo­nych go­ści wy­daje się po­chło­nięty te­ma­tem. W pa­sku na dole ekranu przed­sta­wili go jako pro­fe­sora Jana Al­do­branda, ewo­lu­cjo­ni­stę. Mniej wię­cej sześć­dzie­się­cio­la­tek, dość kor­pu­lentny, jo­wialny, nosi krótko przy­strzy­żoną siwą brodę. Od razu wi­dać, że wa­riat. Ubrany dzi­wacz­nie, ucze­sany na ja­skół­cze gniazdo, w oczach sza­lone bły­ski. O, wła­śnie się mą­drzy. Iza nad­sta­wia ucha.

- Na świe­cie żyje obec­nie sie­dem mi­liar­dów lu­dzi. Przyj­mu­jąc, że każdy z nich waży śred­nio pięć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów, po prze­mno­że­niu otrzy­mu­jemy wy­nik - trzy­sta pięć­dzie­siąt mi­lio­nów ton. Tak, pa­nie re­dak­to­rze. Trzy­sta pięć­dzie­siąt mi­lio­nów ton świe­żego mięsa. Jesz­cze ni­gdy, w ca­łej, li­czą­cej trzy i pół mi­liarda lat hi­sto­rii ży­cia na Ziemi, nie zda­rzyło się, żeby mar­no­wała się taka ilość po­karmu. Żeby tyle war­to­ścio­wego mięsa szło, za prze­pro­sze­niem pana re­dak­tora, do pia­chu.

- I co z tego wy­nika? - pyta nieco zdez­o­rien­to­wany tą my­ślową szarżą pana pro­fe­sora dzien­ni­karz pro­wa­dzący.

- Ano to, że na­sza bios­fera nie wy­trzyma długo ta­kiej asy­me­trii. - Al­do­brand z lu­bo­ścią sma­kuje słowo "asy­me­tria". - Od za­ra­nia dzie­jów or­ga­ni­zmy żywe usta­wiały się w pi­ra­midę. Naj­ni­żej ro­śliny, po­tem or­ga­ni­zmy ro­śli­no­żerne, pa­dli­no­żercy, a na sa­mym szczy­cie dra­pież­niki.

- Łań­cuch po­kar­mowy - do­po­wiada re­dak­tor, żeby nie było, że się nie zna.

- Wła­śnie - ła­ska­wie zga­dza się Al­do­brand. - Tyle że, na­wet je­śli za­ło­żymy, że to my je­ste­śmy ostat­nim ogni­wem tego łań­cu­cha, sy­tu­acja jest ku­rio­zalna.

- Niby dla­czego?

- Bo szczyt pi­ra­midy zro­bił się więk­szy od jego pod­stawy! Dra­pież­ni­ków nie może być wię­cej niż ich ofiar! Do­tych­czas za­wsze, w ca­łych dzie­jach ży­cia na Ziemi, było tak, że gdy je­den ga­tu­nek ro­bił się za bar­dzo eks­pan­sywny, za­raz po­ja­wiał się inny, który za­czy­nał na nim że­ro­wać. Dla­tego uwa­żam, że me­cha­ni­zmy ewo­lu­cyjne do­pro­wa­dzą w naj­bliż­szym cza­sie do po­wsta­nia su­per­dra­pieżcy że­ru­ją­cego na lu­dziach.

Na twa­rzach in­nych dys­ku­tan­tów - po­nu­rego chu­dzielca w oku­la­rach, pod­pi­sa­nego jako "ge­ne­tyk Ire­ne­usz Woź­niak", i ład­nej, drob­nej bu­dowy, po­nad­czter­dzie­sto­let­niej ko­biety przed­sta­wio­nej jako "dok­tor Ma­ria Kwiat­kow­ska, neu­ro­log" - po­ja­wiają się kpiar­skie uśmie­chy. Na­wet re­dak­tor od­zy­skuje wresz­cie utra­coną na mo­ment ini­cja­tywę i pyta z szel­mow­skim bły­skiem w oku:

- Czy prze­wi­duje pan, że z mo­rza po­wsta­nie Go­dzilla i za­cznie nas po­że­rać?

Uśmie­chy osób ze­bra­nych w stu­dio stają się szer­sze, a Iza par­ska na­wet ra­do­snym chi­cho­tem.

- Do­bre py­ta­nie. - Al­do­brand nie traci jed­nak re­zonu. - Co mia­łoby być tym strasz­nym stwo­rze­niem? Z ja­kiego ga­tunku mia­łoby się ono wy­ło­nić?

- Chyba nie z la­bo­ra­to­ryj­nych my­szek - wtrąca z prze­ką­sem ge­ne­tyk.

- Ani nie z ho­dow­la­nych świń - już nie­mal jaw­nie kpi so­bie z pro­fe­sora pro­wa­dzący.

- Rze­czy­wi­ście, ża­den ist­nie­jący na na­szej pla­ne­cie ga­tu­nek nie ma ta­kiego po­ten­cjału, żeby wy­ewo­lu­ować w coś, co sta­łoby się za­gro­że­niem dla czło­wieka - znów przy­ta­kuje pro­fe­sor. - Zwie­rzęta ho­dow­lane żyją zbyt krótko, żeby w ogóle ewo­lu­ować. Ży­jące współ­cze­śnie dra­pież­niki są na wy­mar­ciu. Istota tak wielka jak Go­dzilla w ogóle nie mo­głaby ist­nieć, bo za­ła­ma­łaby się pod swoim cię­ża­rem...

- Więc chyba nie będę mu­siał się bać wra­cać sa­mot­nie do domu? - uśmie­cha się iro­nicz­nie re­dak­tor, który czuje już nie­mal smak zwy­cię­stwa w tej dys­ku­sji.

- Otóż nie. Jest je­den or­ga­nizm zdolny dać po­czą­tek su­per­dra­pieżcy.

- Wi­rus HIV?

- Czło­wiek.

- Czło­wiek?

- Tylko homo sa­piens mógłby, na sku­tek sprzy­ja­ją­cej, że tak po­wiem, mu­ta­cji, zy­skać ce­chy po­zwa­la­jące mu że­ro­wać na swo­ich do­tych­cza­so­wych po­bra­tym­cach. I, co bar­dzo ważne, przy­po­mi­na­jąc na­dal fi­zycz­nie czło­wieka, mógłby po­zo­stać nie­zau­wa­żony. Ludzka po­wierz­chow­ność by­łaby dla niego ni­czym cętki u ge­parda. Po­zwo­li­łaby mu się ukryć, pod­kraść nie­po­strze­że­nie do swo­jej ofiary i...

- A, ro­zu­miem. Mówi pan o ja­kiejś od­mia­nie Han­ni­bala Lec­tera, tak? - śmieje się już pro­fe­so­rowi w żywe oczy re­dak­tor.

- Ist­nieje za­sad­ni­cza róż­nica po­mię­dzy pa­to­lo­gicz­nym mor­dercą, któ­remu ka­ni­ba­lizm po pro­stu spra­wia roz­kosz, a dra­pież­ni­kiem, który za­bija dla zdo­by­cia po­karmu.

- Że niby dra­pież­nik nie lubi za­bi­jać?

- Lubi. Ale robi to przede wszyst­kim dla­tego, że musi jeść. Bez po­karmu by zgi­nął. Mor­derca na­to­miast wy­żyje na zup­kach z hi­per­mar­ketu. A za­bija wy­łącz­nie dla przy­jem­no­ści.

W stu­dio za­pada chwila ci­szy. Iza przed te­le­wi­zo­rem chi­cho­cze. Co za bzdury! Już wi­dzi tego czło­wieka pa­jąka czy ko­bietę kota, któ­rzy czają się na nią w wiel­ko­miej­skiej dżun­gli. Pro­fe­so­rek po­wi­nien ra­dy­kal­nie ogra­ni­czyć czy­ta­nie ko­mik­sów!

- Prze­pra­szam, że się wtrącę do tej emo­cjo­nu­ją­cej dys­ku­sji o po­że­ra­czu lu­dzi - od­zywa się z osten­ta­cyjną em­fazą ge­ne­tyk Ire­ne­usz - ale na­sza roz­mowa ze­szła do po­ziomu ta­niego hor­roru. Pan pro­fe­sor na wszel­kie spo­soby od­mie­nia słowo "ewo­lu­cja", za­po­mi­na­jąc, czym ona w isto­cie jest.

- Pro­szę nas oświe­cić - za­chęca go Al­do­brand.

- Nie by­łoby ewo­lu­cji, gdyby nie przy­pad­kowe mu­ta­cje ma­te­riału ge­ne­tycz­nego, do któ­rych do­cho­dzi w cza­sie po­działu ko­mó­rek.

- To ja­sne.

- Te mu­ta­cje, po­le­ga­jące na przy­kład na zmia­nie ko­lej­no­ści nu­kle­oty­dów ko­du­ją­cych białka albo skle­je­niu lub ob­ró­ce­niu ca­łych chro­mo­so­mów...

- Może da­rujmy so­bie na­ukowe szcze­góły, które mo­głyby na­szych te­le­wi­dzów... - nie­śmiało za­czyna re­dak­tor.

- No, krótko mó­wiąc, te mu­ta­cje, czyli błędy w re­pli­ka­cji ge­nów...

- Pro­szę pana, bła­gam... - Pro­wa­dzący oczami du­szy wi­dzi już, jak znu­dzeni na­ukową pa­pla­niną wi­dzo­wie ma­sowo zmie­niają ka­nał.

- Te mu­ta­cje są zwy­kle albo tak drobne, że nie po­wo­dują istot­nych zmian w wy­glą­dzie czy za­cho­wa­niu or­ga­ni­zmu, albo tak głę­bo­kie, że or­ga­nizm w ogóle nie jest zdolny do ży­cia i ob­umiera na eta­pie ży­cia pło­do­wego.

- Acha. - Re­dak­tor na­dal ma nie­wy­raźną minę.

- Tylko mu­ta­cje, na­zwijmy je po­śred­nimi, na­pę­dzają ewo­lu­cję. Dzieje się to wy­łącz­nie wtedy, gdy wy­wo­łana błę­dem w ko­do­wa­niu genu, a więc i w pro­duk­cji bia­łek, zmiana oka­zuje się dla or­ga­ni­zmu ko­rzystna. Gdy spra­wia, że staje się on le­piej do­sto­so­wany do zmie­nia­ją­cego się wciąż śro­do­wi­ska na­tu­ral­nego. Wów­czas żyje on dłu­żej, wy­daje na świat wię­cej po­tom­stwa i wy­grywa z in­nymi osob­ni­kami.

- Fajny wy­kła­dzik - Al­do­brand sze­roko się uśmie­cha. - Tylko jak to się ma do tego, o czym so­bie tu­taj ga­damy?

- Tak, że we współ­cze­snym świe­cie, a przy­naj­mniej w tym, w któ­rym żyje czło­wiek, śro­do­wi­sko się nie zmie­nia - wy­pala Woź­niak, pa­trząc su­rowo na pro­fe­sora. - Do­sto­so­wa­li­śmy je do sie­bie, a nie od­wrot­nie. Nie po­trze­bu­jemy żad­nych mu­ta­cji, które uła­twi­łyby nam funk­cjo­no­wa­nie tu i te­raz. Ewo­lu­cja na­szego ga­tunku sta­nęła w miej­scu.

- W ży­ciu nie sły­sza­łem ta­kich bzdur... - pod­su­mo­wuje Al­do­brand.

- No nie! To już prze­sada! Wy­pra­szam so­bie! - ob­ru­sza się nie na żarty chu­dzie­lec.

Iza zerka szybko na re­dak­tora. Ma za­do­wo­loną minę. Da­łaby głowę, że chło­pak w tym mo­men­cie za­ciera pod biur­kiem ręce. Nic prze­cież tak nie uatrak­cyj­nia le­cą­cej na żywo te­le­wi­zyj­nej dys­ku­sji jak drobna awan­turka.

- Śro­do­wi­sko, w któ­rym ży­jemy, tylko po­zor­nie po­zo­staje nie­zmienne - grzmi gło­sem pro­roka Al­do­brand. - Lu­dzi jest co­raz wię­cej, są co­raz bar­dziej stło­czeni, co­raz moc­niej na sie­bie od­dzia­łują. Do tego do­cho­dzą nowe tech­no­lo­gie, które bu­rzą do­tych­cza­sowe struk­tury spo­łeczne, war­to­ści i przy­zwy­cza­je­nia. Na­ra­sta fru­stra­cja, agre­sja, po­strze­gamy świat jako nie­prze­wi­dy­walny i tym­cza­sowy...

- Ale pan mówi o zmia­nach spo­łecz­nych! - prze­rywa mu ge­ne­tyk Irek. - A te nie mają wpływu na ewo­lu­cję!

- Otóż mają.

- Nie mają!

- Odejdźmy na chwilę od te­matu tak zwa­nego su­per­dra­pież­nika. - Bo­ha­ter­ski re­dak­tor wpada mię­dzy swo­ich roz­mów­ców ni­czym bok­ser­ski sę­dzia mię­dzy okła­da­ją­cych się pią­chami mię­śnia­ków. Nic dziw­nego. Pro­gram wła­śnie za­mie­nia mu się w nu­żącą py­skówkę. - Za­sta­nówmy się na­to­miast, jak jesz­cze mo­głaby wy­glą­dać ewo­lu­cja na­szego ga­tunku? Więk­sza po­jem­ność mó­zgu? Wzrost jego moż­li­wo­ści? Te­le­pa­tia, te­le­por­ta­cja, le­wi­ta­cja? - Pro­wa­dzący pa­trzy bła­gal­nie na sie­dzącą do­tych­czas bez słowa dok­tor Ma­rię.

- W tych spra­wach, nie­stety, też je­stem pe­sy­mistką. - Pani neu­ro­log lekko skła­nia się w stronę ge­ne­tyka Irka, a ten uśmie­cha się do niej z wdzięcz­no­ścią.

- Ale dla­czego? - ję­czy pro­wa­dzący, czu­jąc, że wła­dza nad prze­bie­giem pro­gramu wła­śnie mu się wy­myka.

- Ob­ję­tość ludz­kiego mó­zgu już się nie zwięk­szy - od­po­wiada pani Ma­ria. - Już i tak okres ży­cia pło­do­wego czło­wieka, ze względu na szybki roz­rost mó­zgu, jest tak krótki, że no­wo­rodki mu­szą ro­dzić się zbyt wcze­śnie, le­dwo zdolne do sa­mo­dziel­nego ży­cia. Ma­lu­chy z jesz­cze więk­szymi gło­wami albo nie prze­ci­snę­łyby się przez ka­nał rodny, albo mu­sia­łyby przy­cho­dzić na świat nie­zdolne do prze­trwa­nia.

- To może cho­ciaż mo­gli­by­śmy na­uczyć się szyb­ciej li­czyć, być bar­dziej in­te­li­gentni? - pró­buje ra­to­wać sy­tu­ację re­dak­tor. - Prze­cież nie wy­ko­rzy­stu­jemy w pełni moż­li­wo­ści na­szego mó­zgu...

- To prze­sta­rzała teo­ria - z ła­god­nym uśmie­chem ucina neu­ro­log. - Z cza­sów, kiedy nie umie­li­śmy jesz­cze do­brze ba­dać ak­tyw­no­ści cen­tral­nego układu ner­wo­wego. Te­raz już wiemy, że mózg jest ob­cią­żony w stu pro­cen­tach. Wręcz prze­ła­do­wany funk­cjami. Więc wzmoc­nie­nie któ­rej­kol­wiek z nich albo do­da­nie no­wej upo­śle­dza po­zo­stałe.

- Nie ro­zu­miem...

- Do­brze ob­ra­zuje to cho­roba zwana au­ty­zmem. Lu­dzie z tą do­le­gli­wo­ścią po­sia­dają nie­rzadko nie­zwy­kłe umie­jęt­no­ści: li­czą z szyb­ko­ścią kom­pu­tera, pa­mię­tają wszystko, co kie­dy­kol­wiek usły­szeli...

- O, wła­śnie. Wła­śnie! - pod­nieca się pro­wa­dzący.

- Ale płacą za to wy­soką cenę, bo inne funk­cje ich mó­zgów są mocno upo­śle­dzone. Ba­nalne dla lu­dzi zdro­wych bodźce z oto­cze­nia oni od­bie­rają jako nie­mal fi­zyczny ból.

- No tak... Coś za coś.

- Dla­tego uwa­żam, że roz­wój ludz­kiego mó­zgu osią­gnął swój kres. Do tych ma­szy­nek, które no­simy w gło­wach, nie da się już ni­czego do­rzu­cić. Chyba że wyj­miemy z nich coś, co już tam jest. Ale to prze­cież nie­moż­liwe.

W tym mo­men­cie dzwoni te­le­fon Izy. Dżek czuj­nie pod­nosi łeb, wsku­tek czego sto­lik, pod któ­rym leży, omal się nie prze­wraca. To Alek, jej od­rzu­cony na­rze­czony. Od ich pa­mięt­nej roz­mowy nad zwło­kami in­dyka mi­nęło już pół mie­siąca. Fa­cet dzwoni co­dzien­nie. Nie jest na­chalny, nie po­pę­dza, po pro­stu dzwoni i stara się być miły. A także cier­pliwy. Bo jak do­tąd, Iza co­dzien­nie go zbywa.

- Co po­ra­biasz? - pyta we­so­łym to­nem, kiedy Iza od­biera po­łą­cze­nie. - Cią­gle sie­dzisz w tym swoim ki­nie?

- Tak, pil­nu­jemy z Dże­kiem, żeby dali na an­tenę mój ma­te­riał.

- To może, jak już skoń­czy­cie, dasz się za­pro­sić do "Opery" na tańce?

- Mój pies mógłby nie zo­stać tam wpusz­czony. To kun­del.

- Ach tak. Bez ro­do­wo­dów fak­tycz­nie nie wpusz­czają. To może ro­man­tyczna ko­la­cja we troje? My przy stole, on pod. Na przy­kład w Zamku Ujaz­dow­skim.

- Chyba też go tam nie wpusz­czą...

- Za­ufaj mi. Mam u nich chody.

- Do­bra, zo­ba­czę, jak pój­dzie mi w pracy. Od­dzwo­nię.

- Na pewno?

- For siur.

- No to cze­kam.

Roz­łą­cza­jąc się, Iza za­daje so­bie py­ta­nie, dla­czego, u li­cha, tak tego po­czci­wego fa­ceta trak­tuje? Bo nie jest za­ko­chana? Nie czuje w brzu­chu tych prze­klę­tych mo­tyli? A kto w dzi­siej­szych cza­sach pa­trzy na mi­łość! Chło­pak jest miły, za­an­ga­żo­wany, bar­dzo mu na niej za­leży. Tro­chę się wy­głu­pił z tym pro­sze­niem jej taty o rękę córki. I tro­chę brak mu po­lotu, iskry, jest nieco zbyt prze­wi­dy­walny. Ale naj­praw­do­po­dob­niej bę­dzie do­brym mę­żem. A w każ­dym ra­zie nie gor­szym niż śred­nia kra­jowa. Więc na co czeka? Na Da­niela Cra­iga? Ash­tona Kut­chera? Księ­cia z bajki? Bat­mana? No i jest jesz­cze jedno... Gdyby za­rę­czyła się z Al­kiem... No i może jesz­cze za­koń­czyła ten swój mło­dzień­czy bunt pod ty­tu­łem: "Je­stem sa­mo­dzielną dziew­czynką, sama kie­ruję swoim ży­ciem i stać mnie na to, by po­no­sić za wła­sne de­cy­zje od­po­wie­dzial­ność"... Wtedy po­go­dzi­liby się z oj­cem. I wresz­cie prze­sta­łaby się mar­twić, co po­ło­żyć na swoim ta­le­rzu i w mi­sce Dżeka... Ka­pi­tu­la­cja? Kon­for­mizm? Le­ciut­kie ku­rew­stwo? Pew­nie tak. Ale może taka jest wła­śnie ko­lej rze­czy? Naj­pierw je­steś młoda, zbun­to­wana i dumna. A po­tem spada na cie­bie lo­do­waty prysz­nic i się pod­po­rząd­ko­wu­jesz. Może wła­śnie na tym po­lega do­ro­słość?

Wto­rek, 28 lu­tego 2012, 3:15

Wy­rzu­cają go z ba­gaż­nika jak wo­rek kar­to­fli. Łup! Wali twa­rzą w piasz­czy­stą glebę. Ma okrę­cone sil­wer­tej­pem - mocną, sre­brzy­stą ta­śmą kle­jącą - ręce i nogi, nie może więc za­mor­ty­zo­wać upadku.

- He, he, he! - Przez na­cią­gnięty na głowę ju­towy wo­rek sły­szy ich re­chot. - Nie­źle skur­wiel pier­dol­nął.

Po­tem chwy­tają go za nogi i gdzieś wloką. Szo­ru­jąc klatką pier­siową po pod­łożu, wy­czuwa, że naj­pierw jest to ubita zie­mia, po­tem coś jakby próg, aż w końcu jego ciało trze o zimny be­ton. Stop. Pusz­czają go. Przez po­włokę worka sły­szy hur­got za­my­ka­nych drzwi ga­rażu. Acha. Ga­raż. To chyba nie­do­brze. Na­głe szarp­nię­cie omal nie urywa mu głowy. Wo­rek zdjęty, znów może pa­trzeć. Mruga, przy­zwy­cza­ja­jąc wzrok do świa­tła ostrej ża­rówki. Na­stęp­nie re­je­struje po ko­lei: be­to­nową, po­pla­mioną ole­jem po­sadzkę, za­mknięte drzwi, nie­wy­so­kie, ale ob­szerne po­miesz­cze­nie. Pod ścia­nami mnó­stwo sa­mo­cho­do­wych czę­ści. Kor­bo­wody, bloki sil­ni­ków, wałki roz­rządu, wiązki prze­wo­dów, de­ski roz­dziel­cze, stare felgi, opony. Nie trzeba być Hol­me­sem ani ka­pi­ta­nem Żbi­kiem, żeby się do­my­ślić, że to dziu­pla - ga­raż, w któ­rym roz­biera się na czę­ści skra­dzione sa­mo­chody.

Pró­buje usiąść i, o dziwo, ktoś mu w tym po­maga. Ktoś? No tak. Oni są tu ra­zem z nim. Je­den wy­soki, ży­la­sty, spod dre­so­wej bluzy na nad­garst­kach i szyi wy­łażą ta­tu­aże. Musi być pod ubra­niem cały po­dziar­gany. Drugi jest niż­szy, ale bar­dzo mocno zbu­do­wany. Ma krótko przy­strzy­żoną czarną brodę, łysy łeb ze śla­dem ciem­nego za­ro­stu, oczy jak wę­gle.

- Je­stem Hardy - przed­sta­wia się ten wyż­szy.

- A ja Czarny - do­daje krępy.

Pa­trzą na niego z wy­so­ko­ści swo­ich sto­ją­cych po­zy­cji z nie­prze­nik­nio­nymi uśmie­chami. W ich oczach nie ma jed­nak ra­do­ści. Wi­dzi w nich mrok, cze­luść. Ta­kie spoj­rze­nia mają tylko lu­dzie, któ­rzy chcą zro­bić ci krzywdę. A do tego lu­bią na­pa­wać się twoim stra­chem i bez­rad­no­ścią. Więc stoją nad nim i się ga­pią. Czy już za­cznie pę­kać? Czy bę­dzie się ma­zać? Pro­sić? Bła­gać? Za­kli­nać? Nie, z jego stłu­czo­nych ust nie wy­do­bywa się żadne słowo, ża­den jęk. Tamci, tylko lekko roz­cza­ro­wani, za­bie­rają się więc do ro­boty. Czarny od­wraca się do stosu za­wa­la­ją­cych pół ga­rażu czę­ści i wy­ciąga me­ta­lowy wó­zek na kół­kach. A na nim dwie bu­tle. Nie­bie­ska - z tle­nem. I żółta - to ace­ty­len. Skrzyp, pisk. Skrzyp, pisk. Wó­zek to­czy się po­wo­lutku, a on czuje, jak do gar­dła pod­cho­dzi mu prze­ra­że­nie. Bu­tle wy­po­sa­żone są w ma­no­me­try i za­wory z gu­mo­wymi wę­żami, za­koń­czone pal­ni­kiem...

- Masz ogień? - kon­wer­sa­cyj­nym to­nem za­daje py­ta­nie Czarny.

- Służę panu! - z bła­zeń­ską kur­tu­azją od­po­wiada Hardy, wy­cią­ga­jąc z kie­szeni jed­no­ra­zową za­pal­niczkę.

Pstryk, pstryk. Bły­ska ogie­niek w wiel­kich łap­skach Czar­nego. A po­tem z do­no­śnym pyk! za­pala się od niego pło­mień pal­nika. Szuuu! Czarny go re­gu­luje i ogień zmie­nia się z czer­wo­no­żół­tego na nie­bie­sko­błę­kitny. Na­wet tu, z od­le­gło­ści me­tra czuć go­rąco...

W tym mo­men­cie całe jego ciało na­pina się w stra­ceń­czym wy­siłku. Ze­rwać więzy. Uciec. Biec jak naj­da­lej stąd, choćby mieli za­strze­lić w cza­sie ucieczki. Wszystko jest lep­sze od tego sy­czą­cego ognika, któ­rego samo do­tknię­cie prze­raża bar­dziej niż śmierć. Ale ta­śma trzyma mocno. Na­dal więc sie­dzi ze spę­ta­nymi i wy­krę­co­nymi do tyłu rę­kami na pod­ło­dze, za­hip­no­ty­zo­wa­nym wzro­kiem śle­dząc wszyst­kie czyn­no­ści fa­ceta ze spa­wal­ni­czym sprzę­tem. Jego oczy stają się co­raz więk­sze, żyły na szyi na­brzmie­wają, źre­nice roz­sze­rzają się obłą­kań­czo. Już wie, że po­wie im wszystko, o co go tylko spy­tają. Boi się. Boi się prze­raź­li­wie.

- Czego ode mnie chce­cie? - Jego po­si­niałe usta ukła­dają się w ro­ze­dr­gany szept.

- Ni­gdy tego na so­bie nie pró­bo­wa­łem - zwraca się do niego po­ufale Czarny, jakby w ogóle nie usły­szał py­ta­nia. - Ale mogę cię za­pew­nić, że to bę­dzie bo­lało.

W tym mo­men­cie Hardy znie­nacka za­kleja mu usta ka­wał­kiem ta­śmy.

- Na py­ta­nia przyj­dzie czas za chwilę - wy­ja­śnia Czarny. - A te­raz się tro­chę za­ba­wimy.

Mó­wiąc to, przy­kłada mu do skóry sy­czący pło­mień. Sma­gnię­cie prze­ni­kli­wego, nie do wy­trzy­ma­nia bólu spra­wia, że jego ciało wzdraga się, za­czyna wić, koń­czyny roz­pacz­li­wie wierz­gają. A po­tem z jego za­kne­blo­wa­nych ust wy­do­bywa się prze­ni­kliwe, wi­bru­jące skom­le­nie.

- Za­raz nam wszy­ściutko o so­bie wy­śpie­wasz, dia­bełku - ce­dzi przez zęby Hardy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki