Niedziela, 12 lutego 2012, 13:30
Studio telewizyjne zawsze kojarzyło się Izie z czymś ogromnym, błyszczącym i strzelistym, a do tego zapełnionym kamerami, reflektorami, kilometrami kabli i strasznie zabieganymi ludźmi. Weźmy na przykład złocistą siedzibę Polsatu przy Ostrobramskiej albo przeszklony gmach TVN przy Wiertniczej, nie mówiąc już o całych hektarach zastawionych budynkami należącymi do TVP przy Woronicza. Czuła się więc nieco rozczarowana, kiedy trzy miesiące temu weszła do siedziby Ekstratelewizji. Stojący przy jednej z bocznych uliczek na Starej Pradze budynek był odziedziczony po dawnym kinie, które zbankrutowało pod koniec lat dziewięćdziesiątych. W bramie naprzeciwko menele ćwiczyli z gwinta wino po pięć złotych butelka. Hm. W środku też bez fajerwerków. Od razu w holu niewielki barek, parę stolików, telewizor i kręcone, żeliwne schodki wiodące na piętro, gdzie mieściło się szefostwo i administracja. Za schodkami niepozorne przeszklone drzwi na magnetyczną kartę. Trzeba nie lada wyobraźni, żeby domyślić się, że to wejście do serca stacji - głównego studia. Tyle że studio też jakoś nie powalało. Najpierw, zaraz za drzwiami, kilka stolików, przy których montowane są "setki" - krótkie relacje mające wejść na antenę, za nimi biurko głównego prezentera. Przed nim prompter z tekstem do odczytania i kamera. Wszystko. Aha. Za biurkiem i przedzielającą pomieszczenie szybą był jeszcze newsroom, w którym już pięć osób robiło niezły tłok.
Po co w ogóle się tu przypałętała? Powód był banalny - tylko Ekstratelewizja odpowiedziała na jej CV, zapraszając do rozmowy w sprawie pracy. Zanim jednak Iza trafiła do studia nagrań, musiała wejść po schodkach na górę. Główny Reżyser - postać szlachetnie ekscentryczna, bo od stóp do głów odziana w skórę, cekiny i frędzle - kazał się tytułować Lolek.
Lolek - powtórzyła w myślach Iza, patrząc na tego wysokiego, potężnie zbudowanego, łysego jak kolano, za to porośniętego patriarchalną brodą w stylu Toma Hanksa z Castaway mężczyznę. A potem zerknęła na swoje odbicie w sięgającej podłogi okiennej szybie: szara spódniczka trzy czwarte, żakiet, blond włosy upięte w grzeczny kok, w dłoni torebka kopertówka. Powiedzieć, że stanowiła dla Lolka kontrast, to za mało. Jej biurowy dress code pasował do rockandrollowego stylu Głównego Reżysera jak pięść do nosa. Tyle że to ona czuła się raczej w tym duecie nosem...
- Słuchaj, mam mało czasu, wszystko tu się dopiero organizuje, no, zalatany jestem - w te oto słowa zaczął rozmowę jej potencjalny pryncypał.
- Jasne.
- Będę więc się streszczał, wybacz, mam nadzieję, że się nie obrazisz, ale, no, roboty mam huk.
- Oczywiście.
- Doświadczenia w telewizji to ty nie masz żadnego, tak? Ale programu na żywo się nie przestraszysz? Zresztą, sprawdzimy cię, że tak powiem, na sucho. Czy się nie zacinasz. Bo najważniejsze, żeby się nie zacinać. Nawet jak coś popieprzysz, pomylisz Casanovę z Casablancą czy Wałęsę z Walezym, trzeba z uśmiechem brnąć dalej. Zgadza się?
- Z uśmiechem. Tak.
- Tyle że właściwie to mamy już komplet. Ewentualnie mogłabyś spróbować jako pogodynka. Ale niczego nie obiecuję.
- Pogodynka? Wolałabym być reporterką...
- Reporterów mamy jak psów. Dwa razy więcej niż operatorów kamer. Zresztą, reporter musi być ostry, zadziorny. A ty... Sorry, super z ciebie dziewczyna, ale jakoś sobie nie wyobrażam, żeby taka laleczka Barbie mogła łokciować i przepychać się z innymi dziennikarzami na sejmowym korytarzu w walce o dwa słowa od Ziobry czy Palikota.
- Daj mi szansę.
- Szansę to daje lotto. Ja mam robić fajną telewizję. Szybkie newsy, kontrowersyjne teksty, trochę erotyki. A właśnie...
Lolek w zamyśleniu poczochrał się po brodzie, patrząc na sylwetkę Izy niczym handlarz drobiem na jedną z gęsi.
- Ile masz w biuście?
- A co, boisz się, że zasłonię nim cumulusy? - spytała nieco już rozdrażniona Iza. Cholera, robią telewizję w starym kinie, a sadzą się, jakby byli głównym nadawcą na rynku.
- Nie, ale jest pewien pomysł... Chodzi o podniesienie oglądalności w godzinach nocnych. Wiesz, idea jest taka, że pogodynka, tak mniej więcej od godziny dwudziestej drugiej, co pół godziny pozbywa się jakiegoś ciuszka. A o północy przepowiada pogodę z...
- Gołą dupą? - Iza poczuła, jak w gardle zaczyna dusić ją złość.
- No może aż tak to nie. Powiedzmy - topless.
- To ja mam jeszcze lepszy pomysł na zwiększenie oglądalności - oświadczyła Iza, wstając, a jej głos niebezpiecznie podniósł się o dwa tony. - O północy, zamiast rozebranej laseczki, wyjdź przed publiczność ty. Na golasa. I używaj swojego siusiaka, o ile znajdziesz go pod tym wielkim brzuchem, jako wskaźnika do objaśniania kierunków wiatru, izobar oraz amplitud temperatury! Erotyki w tym nie będzie nic, ale ubaw gwarantowany!
Wyrzuciwszy z siebie tę pełną złości i bynajmniej nie przystającą do scenariusza rozmowy kwalifikacyjnej kwestię, Iza wstała, obróciła się na pięcie i śmiałym krokiem ruszyła w stronę śmiertelnej pułapki, jaką dla jej szpilek stanowiły ażurowe, wyślizgane, wąskie, kręte i perforowane schody.
- Poczekaj! - zawołał za nią Lolek.
Zatrzymała się, ale nie dlatego, że usłyszała rozkaz, ale z powodu... czyżby w głosie Lolka wyczuła nutę podziwu?
- Pomyliłem się - oświadczył Główny Reżyser. - Ostra z ciebie su... ee, kobitka. Spróbujmy z tą reporterką. Tylko zaproponuj mi coś naprawdę dobrego.
- Super. Mogłabym zrobić materiał o świetlicy środowiskowej dla dzieci ulicy. To nawet niedaleko stąd, wolontariusze są fajnymi ludźmi, którzy...
- Błagam! - Lolek wpadł jej w słowo, potężnie ziewając. - Przestań, bo zaraz zasnę.
- To może o osiedlu na Tarchominie, w którym powstało romskie getto? Problem społeczny, bo miejscowi mieszkańcy...
- Widziałem o tym już ze trzy reportaże.
- Chore, porzucone zaraz po urodzeniu dziecko, które od trzech lat czeka w szpitalu, aż ktoś je przygarnie?
- Nie, nie, nie, nie! Chcę krwi! Przynieś mi ochłap surowego mięsa!
- Okej - uśmiechnęła się Iza, znowu ruszając w kierunku tych przeklętych schodków. - Idę w takim razie kogoś zamordować. Na rano będziesz miał świeżego trupa.
- Nareszcie gadasz jak reporterka Ekstratelewizji! Ale na początek... Zrób mi uliczną sondę. Popytaj ludzi, czy cieszą się na nadejście zimy.
- Świetny temat. Dzięki - odpowiedziała głosem wypranym z wszelkiego entuzjazmu. A potem, zatrzymując się z dłonią na chybotliwej poręczy, spytała: - A właściwie to jakie wynagrodzenie mi zaproponujesz?
- Stosowne do twojego stażu zawodowego.
- Ale przecież sam mówiłeś, że mam zerowe doświadczenie w telewizji!
- No właśnie.
* * *
To było w listopadzie. Trzy miesiące temu. Kilkanaście tygodni, w czasie których codzienna rzeczywistość odzierała Izę ze złudzeń i nadziei o ekscytującej i pełnej wyzwań pracy reporterki telewizyjnej. Przez całą zimę robiła "setki" o pękniętych rurach wodociągowych, interwencjach straży miejskiej, której funkcjonariusze z narażeniem życia zwalczali uliczne handlarki warzyw, i bohaterskich ochroniarzach z hipermarketu, którzy przegonili ze swojego sklepu niewidomego z psem przewodnikiem. Krótko mówiąc - nic z rzeczy, za które dostaje się Nagrodę Pulitzera. Co gorsze, Iza zrozumiała już, że zrobienie materiału jeszcze nie oznacza, że znajdzie się on na antenie. Aby go tam umieścić, trzeba najpierw przystawić producentowi do głowy pistolet, ogłuszyć głównego prezentera i - stosując techniki kick boxingu oraz jujitsu - odpierać ataki innych reporterów, którzy do ostatniej chwili będą próbować wślizgnąć się na twoje miejsce.
Siedzi właśnie przy wielkim, zagracającym salon domu jej rodziców stole i patrzy na twarze ludzi, którzy są jej rodziną lub przyjaciółmi mamy i taty. Niedziela, trzynasta trzydzieści, na półmisku pieczony indyk z nadzieniem.
Chrup, chrup. To pękają ptasie kości miażdżone nożycami do drobiu dzierżonymi z wielką wprawą przez Lesię, ukraińską pomoc domową. Rodzinny obiadek, masakra. Po co rodzice zaprosili dziś tylu ludzi? Iza jest podrażniona i zdezorientowana. Przez tę pracę w Ekstratelewizji. Po skończeniu studiów postanowiła się usamodzielnić, wynajęła mieszkanie, przeszła na własny garnuszek. Ale jej zarobki są, mówiąc z dużą dawką eufemizmu, niewystarczające. Nawet na comiesięczny czynsz. Musiała więc dokooptować do mieszkania wspólniczkę - koleżankę ze studiów, żywi się niemal wyłącznie chińskimi zupkami yum-yum, a i tak, żeby wyżyć, po cichu wyprzedaje swoje ciuchy na allegro. Rozważa nawet pozbycie się yarisa, prezentu od taty za dyplom magistra. I tak nie ma go za co tankować.
- Efekt cieplarniany? Tak, to duży problem - w odpowiedzi na jakąś kwestię, która umknęła uwadze Izy, oznajmia wszem wobec ciotka Ewa. - Byliśmy ostatnio z Wiesiem na Malediwach. Dwa tygodnie w bungalowie na wodzie. W biurze podróży powiedzieli, że kiedy jak kiedy, ale w grudniu pogoda jest tam jak drut...
- No i była - dodaje z przekąsem wujek Wiesiek, bankowiec. - Cały czas lało.
- Obiecywali nam przed wyjazdem, że zobaczymy żółwie, płaszczki, a może nawet delfiny - wraca do tematu "globalne ocieplenie" Ewa. - A tu nic. Strugi wody. Na taras nie dało się wyjść.
- Ech, te biura! - podchwytuje temat wujek Andrzej. Podobnie jak tatko Izy jest mecenasem, a do tego to ojciec Alka, siedzącego po jej lewej stronie, wielce przebojowego magistra prawa i jej chłopaka. - Nas tak nabrali z Kenią. Pojechaliśmy z Elżusią na safari. A tu wszystko nie tak. Kilimandżaro miało być ubrane, że tak się poetycko wyrażę, w lodowiec. Ale lód stopniał, więc góra jak góra. W Karkonoszach mamy ładniejsze.
- Mówiłam. - Ciotka Ewa złowieszczo unosi palec. - Efekt cieplarniany.
- No i te zwierzaki - kontynuuje Andrzej. - Nasz przewodnik, pierdoła, za przeproszeniem państwa, nie umiał zorganizować nam ani lwa, ani geparda. Przez całe dwa dni gapiliśmy się tylko na zebry, żyrafy i słonie. A ja pojechałem tam zrobić sobie zdjęcie drapieżnika. To za co ja płacę?
- Z drapieżnikiem to ja miałem zabawną historię w Egipcie - wtrąca wujcio Rafał, przedsiębiorca.
- W Egipcie? - Ciotka Ewa wydaje się zniesmaczona. - Tam jeżdżą ponoć sami Ruscy...
Iza rzuca spłoszone spojrzenie na Lesię. Czy nie poczuje się urażona? Ale nie. Lesia to profesjonalna pomoc domowa. Takie teksty nie robią na niej żadnego wrażenia. Chrup, chrup - niezmordowanie tnie dalej indyka.
- No właśnie, ja o tych Ruskich - zapala się niezrażony krytyką Rafał. - Wzięliśmy hotel w Shark Bay. Porządny. Trzy baseny, korty, minigolf, no i oczywiście all inclusive.
- Ach tak. - Ciotka Ewa nieco się uspokaja.
- Pierwszego dnia po przylocie, na spotkaniu zapoznawczym, spytałem rezydentkę, czy aby na pewno są tutaj rekiny - snuje swoją opowieść wujek Rafał. - Bo w biurze podróży mi obiecali, a ja chcę takiego zobaczyć na żywo.
- No właśnie, na żywo - zgadza się Andrzej. - W tym rzecz.
- A ta na to, że niewiele zna się na morskiej faunie, ale jedno może obiecać: w okolicznych wodach od rekinów aż się roi.
- To miałeś szczęście, bo ja na tym safari... - znowu odzywa się Andrzej.
- Poczekaj! - strofuje go Rafał. - Jeszcze dobrze nie przebrzmiały słowa rezydentki, a tu już w hotelu poruszenie. Jakaś karetka podjeżdża na sygnale, ludzie w białych kitlach latają. Pytam, o co chodzi. Z początku nie chcieli powiedzieć. Ale w końcu się przyznali, że na rafie przy hotelu był wypadek. Rekin odgryzł rękę jakiemuś rosyjskiemu potentatowi naftowemu.
- I zjadł? - upewnia się jak zwykle dociekliwy Artur, ojciec Izy.
- Nie, wypluł. Ale my z żoną cały urlop spędziliśmy nad basenem. Żadnego rekina nie oglądałem.
Iza czuje lekki zawrót głowy. Niby zna tych ludzi, ich rozmowy słyszała nie raz. Lubi ich, przecież towarzyszą jej od dziecka. Dlaczego więc dzisiaj myśli o nich: snoby? Czemu te ich przechwałki o luksusowych wakacjach ją tak cholernie drażnią?
- A ja ostatnio widziałam najprawdziwszych drapieżców - odzywa się, wiedząc, że historyjka, którą za chwilę rzuci im na ten suto zastawiony, nakryty białym obrusem i ręcznie malowaną porcelaną stół, wyzwoli niezły, towarzyski smród.
- Naprawdę? A to ciekawe. Opowiedz - ożywia się ciocia Ewa.
- Siedmioosobowa rodzina na dziesięciu metrach. Najmłodsze dziecko, niemowlę, śpi na gazecie, bo rodzice, którzy mimo czterdziestki na karku nigdy nie pracowali, znają pampersy tylko z telewizji. I najlepsze. W całym tym zaduchu i ścisku pod stołem leży przywiązany za nogę pies.
- To ten drapieżnik? - upewnia się Rafał.
- Nie, drapieżnikiem jest pan domu. Ojciec pięciorga dzieci.
- Ale dlaczego? - nie rozumie Wiesio.
- Bo to on złapał gdzieś tego psa.
- Żeby dzieci miały przyjaciela? - zgaduje Alek.
- Nie, żeby miały co jeść.
Przy stole zapada kilkusekundowe, pełne napięcia milczenie.
- Jejku, chyba niczego dzisiaj nie przełknę - oświadcza ciotka Ewa.
Kilku innych stołowników potakuje głowami.
- Gdzie widziałaś taką scenę? - próbuje jeszcze ratować sytuację Andrzej. - W Afryce? W Indochinach?
- Na ulicy Chełmskiej. Niedaleko. Piętnaście minut jazdy samochodem.
- Do licha, Iza! Co ty robiłaś w norze tych trolli? - ożywia się Alek.
- Byłam w pracy. Robiłam reportaż o ludziach wykluczonych. To tacy, którzy nawet nie wiedzą, co to są Malediwy.
Cisza, jaka zapanowała przy stole, jeszcze bardziej się pogłębia. Przerywa ją dopiero głos Artura:
- Przepraszam was. Moja kochana córeczka zrobiła się odrobinę zgorzkniała, odkąd pracuje po dwanaście godzin na dobę. Za darmo. No, ale taki zawód sobie wybrała. Ja namawiałem na studiowanie prawa...
- Artur! - strofuje męża Małgosia, drobna kobieta o pochylonej, jakby próbującej się skryć albo przyczajonej do skoku sylwetce. Radca prawny w międzynarodowej korporacji. Matka Izy.
- Pracujesz w telewizji? - pyta Wiesio.
- W Ekstratelewizji. - Wbrew woli Iza lekko się rumieni.
- A, tak. Chyba mam coś takiego w swoim pakiecie. Ale jeszcze nie miałem okazji... Kiedy emisja twojego reportażu?
- Nie trudź się, wujku. Materiał nie idzie. Podobno zbyt banalny.
- Ekstratelewizja. - Rafał smakuje każdą sylabę tego słowa. - Artur, nie mógłbyś załatwić dziewczynie pracy w czymś bardziej prestiżowym? - zwraca się nagle do ojca Izy. - Jakiś TVN czy Polsat, no nie wiem? O ile pamiętam, prowadziłeś rozwód takiego aktora. No, tego z serialu, jak on się tam... Tego, co ciągle ktoś biega i krzyczy.
- Bez żadnego problemu - chłodno odpowiada zagadnięty. - Ale moja latorośl na to się nie zgadza.
- Ojejku! Dlaczego? - dziwi się ciotka Ewa.
- Iza nie uznaje protekcji - odpowiada Alek. Czy jej się zdaje, czy wyczuwa w jego głosie po kropli lekceważenia i kpiny?
Wszyscy patrzą wyczekująco na Izę. A ona milczy. Bo co ma im powiedzieć? W sumie, nie miałaby nic przeciwko pomocy ojca. Jakoś by zniosła tę odrobinę nepotyzmu z jego strony. Może wreszcie miałaby na rachunki? Tyle tylko że sprawy zaszły za daleko. Ojciec w końcu zrobił jej kilka lat temu straszną awanturę, gdy oświadczyła, że zamiast na prawo idzie na dziennikarstwo. Wieszczył jej wtedy moralny upadek, bezrobocie, życie nieomal w nędzy. To właśnie po to, żeby mu pokazać, jaka jest samodzielna, wyprowadziła się zaraz po zrobieniu dyplomu i od tamtej pory ani razu nie wyciągnęła ręki po pieniądze, których on - właściciel kancelarii adwokackiej i członek okręgowej rady adwokackiej - ma przecież w bród. Ojciec też się zaciął. Jeszcze nie odwiedził córki w wynajętym mieszkaniu, nigdy nie zapytał o pracę ani jak sobie radzi. Gdyby teraz poprosiła go o protekcję, to tak jakby wywiesiła białą flagę...
- No, ale my tu gadu-gadu, a przecież zebraliśmy się z konkretnego powodu - oznajmia nagle Małgosia.
Żaden z zebranych nie wydaje się tą informacją zaskoczony, wszyscy przybierają pozy radosnego wyczekiwania. Żaden, oprócz Izy.
- O co chodzi, mamo?
- Ale to miało się odbyć przy deserze! - protestuje jeszcze Artur.
- Mięso już wystygło - macha ręką Małgosia. - A poza tym, jakoś nikt już nie wydaje się głodny.
Biesiadnicy zgodnie kiwają głowami.
- Co ma się odbyć, mamo?
- W takim razie... - Artur patrzy na siedzącego obok Izy Alka. - Zaczynaj, chłopcze.
Iza, coraz bardziej zdziwiona rozwojem wypadków, już bierze wdech, żeby po raz trzeci spytać, o co, u diabła, chodzi, gdy Alek zrywa się na równe nogi, zapina guzik marynarki, wygładza poły i wyjmuje z kieszeni niewielkie, bardzo szykowne pudełeczko. Pyk! Otwarte. W środku pierścionek. Z brylantem.
- Kochanie, czy zgodzisz się zostać moją żoną? - Z tym pytaniem zawisa nad siedzącą wciąż Izabelą. Twarze wszystkich zebranych przyoblekają się w radosne uśmiechy.
I w tym momencie spływa na nią olśnienie. A więc po to ten obiad, goście, indyk i Lesia w idiotycznym fartuszku! Wszyscy już wiedzą, wszystkie role w tym dramacie zostały już wcześniej obsadzone. Od niej oczekuje się teraz tylko jednego - spontanicznego wybuchu radości.
- Poprosiłeś o moją rękę najpierw tatę? - pyta, siląc się na spokój.
- Alek jest dobrze wychowany - odpowiada za niego Artur. - Ceni sobie tradycję.
- No i w końcu twój ojciec jest patronem mojego orła - chichocze Andrzej. - Chłopak trafił w najlepsze miejsce, w którym można robić aplikację adwokacką.
Artur uśmiechem dziękuje Andrzejowi za komplement, ten rewanżuje mu się mrugnięciem oka, wszyscy pozostali trwają w radosnych pozach. Alek wciąż wisi nad siedzącą Izą. Iza milczy.
Niby nie jest specjalnie zaskoczona. Chodzą ze sobą już kilka lat, to normalne, że w końcu wypadałoby się pobrać. Lubi Alka, podziwia za to i tamto, czuje się przy nim... stabilnie. Może bez wielkich wzlotów, bez fajerwerków, ale w końcu w życiu nie można mieć wszystkiego. Więc w każdych innych okolicznościach odpowiedziałaby: tak.
- Iza? - W głosie Alka słychać lekkie napięcie. Nie taki był scenariusz oświadczyn. - Czy zgodzisz się zostać...
- A gdyby mój tatuś się nie zgodził? - wpada mu w słowo. - Odpuściłbyś wtedy? To przecież twój patron...
- Kochanie - szepcze nerwowo Małgosia. - Alek czeka na twoją odpowiedź. Wszyscy czekamy.
Iza podnosi się z krzesła, kilka par rąk unosi się w gotowości do bicia brawa.
- Sorry, Alek. Muszę to jeszcze przemyśleć. Daj mi trochę czasu - mówi, zaskakując tą nagłą woltą nie tylko zebranych, ale i samą siebie. A następnie, nie mając pojęcia, co, u licha, wypada jej teraz zrobić, rusza w kierunku drzwi od salonu.
- No mówiłem, cholera! Mówiłem! Od tego dziennikarstwa poprzewracało się jej w głowie - słyszy za plecami dudniące - w grobowej ciszy, jaka zapadła przy stole - słowa ojca.