Nowojorska cisza - Maciej Kaźmierczak

-
Proszę czekać

Wstęp

Nazywam się Danielle Hardy, jestem początkującą pisarką i zostałam wciągnięta w szereg zdarzeń, które nie śniły mi się nawet w najgorszych koszmarach. Od dwóch lat mieszkam w Nowym Jorku, studiowałam twórcze pisanie, ale przez to, co się wydarzyło, musiałam zrezygnować z dalszej edukacji. Z jednej strony chciałam się skupić na sobie i swojej pracy, z drugiej - przepracować to, co mnie dotknęło.

Zaczęło się dość niewinnie. Najpierw dowiedziałam się, że mój chłopak, Tom, zdradza mnie ze swoją koleżanką z pracy. Oczywiście wszystkiego się wyparł, ale jego słowa nie miały większego znaczenia. Faktem stało się, że nasza relacja została zakończona, co przypieczętowałam uderzeniem go ramą obrazu z Krzykiem Edvarda Muncha. Od tamtej pory prześladuje mnie nie tylko sam krzyk, ale też mordercza sztuka, dlatego cały czas się zastanawiam, czy przypadkiem Tom nie miał z tym wszystkim czegoś wspólnego.

Właśnie od tamtego momentu ktoś zaczął mnie stalkować. Najpierw pojawił się dziwny napis na murze przy kamienicy, w której mieszkałam, potem napadnięto kobietę w oknie, którą obserwowałam z czysto artystycznych pobudek. Ktoś krwią wypisał na ścianie w jej mieszkaniu słowa, które - jak się okazało - pochodziły z mojego pisanego lata temu dziennika.

Wyrwano z niego kilka stron, a w kolejnych miejscach zaczęły się pojawiać nowe cytaty. Napadnięto Cormaca, agenta, z którym poznał mnie David, redaktor "New York Post". Policja znalazła w jego ustach wycięty z dziennika cytat, a ja byłam przekonana, że za wszystkim stoi Miranda Grossi, która chciała się zemścić na Cormacu. Agent ukradł bowiem rękopis książki jej przyjaciółki, która targnęła się przez to na swoje życie. Miranda chciała wciągnąć mnie w swój spisek przeciwko agentowi, ale teraz już wiem, że ona raczej nie maczała w tym palców.

Zaprzyjaźniłyśmy się po tym wszystkim i razem postanowiłyśmy odnaleźć Vincenta. Chłopaka z balkonu obok, który najprawdopodobniej napadł na kobietę z okna, na Cormaca, prześladował mnie przez pewien czas, przekazał mi skradzioną przez Cormaca książkę pod tytułem Krzyk i ostatecznie zamordował starsze małżeństwo mieszkające w mieszkaniu obok Molly, mojej byłej przyjaciółki.

Co u niej? Nie wiem - i nie chcę wiedzieć. Tak jak wiele osób, także ona uznała, że wymyśliłam sobie Vincenta, żeby zdobyć sławę, płynąc na fali popularności, jaką zyskała tajemnicza zbrodnia.

Czy wymyśliłam sobie Vincenta? Oczywiście, że nie. Czy jednak stałam się dzięki niemu autorką jednej z najlepiej sprzedających się książek w zeszłym roku? Zdaje się, że tak.

W mieszkaniu małżeństwa Vincent zapisał kolejne słowa, które pochodziły z mojego dziennika. Dlaczego? Tego nie wiemy ani ja, ani policja. Nikt nie potrafił potwierdzić moich słów ani schwytać mordercy, który nie pozostawił po sobie żadnych konkretnych śladów.

Tak jakby Vincent naprawdę nie istniał.

Wiele razy analizowałam tych kilka spotkań z nim, powtarzałam zdania, które ze sobą wymienialiśmy. Czy on mógł być wytworem mojej wyobraźni?

Wiele osób tak właśnie uważało.

Postanowiłam przelać na papier wszystko to, co o nim wiedziałam, wszystkie nasze rozmowy, spotkania - i wskazać na elementy, które być może doprowadziły do całej tej katastrofy. Moim agentem został David, książka ukazała się pół roku po ujawnieniu ciał zamordowanych i już po dwóch tygodniach znalazła się na liście bestsellerów "New York Timesa".

Od tamtej pory jeszcze z tej listy nie wypadła.

Jeżdżę na spotkania, ale nie chcę nikogo przekonywać, że Vincent istnieje. Po to napisałam książkę. Staram się po prostu być autorką, która rozmawia ze swoimi czytelnikami.

Nie zawsze jednak wychodzi to na dobre.

Aktualnie pracuję nad kontynuacją Nowojorskiego krzyku. Moim researchem są poszukiwania Vincenta. Wiem, że gdzieś tam jest, i mam nadzieję, że wcześniej czy później go odnajdę, a on odpowie mi na jedno kluczowe pytanie: dlaczego?

Rozdział pierwszy

Dam mu w pysk

Kilka dni wcześniej

Patrzyłam tępo przed siebie, a w głowie dudniły mi dwa słowa: Uciekaj stąd! Miałam tak za każdym razem, gdy stawałam przed publicznością, bez różnicy, czy przyszło mnie słuchać pięć osób, czy pięćset. Teraz widziałam może setkę głów, ale wciąż trzymałam w pamięci to jedno spotkanie autorskie, na które przyszło prawie pół tysiąca osób, chociaż organizator wystawił może pięćdziesiąt krzeseł, a sala mogła pomieścić około trzystu gości, oczywiście jeśli ci odpowiednio by się ścisnęli.

Od tamtej pory David dbał o to, żeby każde moje spotkanie było biletowane, a przy wejściu należało okazać wejściówkę. Agent z wydawcą martwili się, że to źle wpłynie na sprzedaż stacjonarną, ale gdy książka przekroczyła magiczną barierę stu tysięcy sprzedanych egzemplarzy, i to już po trzech miesiącach od premiery, nawet ja odetchnęłam z ulgą, że nie ustawi się do mnie po autograf więcej osób, niż było to z góry założone.

- W porządku? - spytał David, który coraz lepiej rozpoznawał moje emocje, ale co za tym idzie - zaczynał rozumieć, że niepewność towarzyszyła mi cały czas, po prostu niekiedy udawało mi się lepiej ją maskować.

- Jasne - odparłam, czekając, aż prowadząca w końcu mnie zapowie.

Nie lubiłam tego momentu zawieszenia, gdy stresowałam się oczekiwaniem na rozmowę, która zwykle przynosiła swego rodzaju ukojenie. Bo dopiero w trakcie spotkania okazywało się, że pytania, które mi zadawano, wcale nie są trudne, że absolutnie nie musiałam się do nich przygotowywać. Zawsze też martwiłam się, czy nikt spośród tłumu nie zacznie rzucać wyzwiskami w moją stronę. Taka sytuacja miała miejsce tylko raz. Obsługa oczywiście od razu wyprowadziła delikwenta, ale niepewność pozostała.

Ciągle zastanawiałam się, czy prowadzący będzie zadawał wyłącznie bezpieczne pytania, czy może zacznie mnie bombardować kwestiami związanymi z teorią literatury bądź tajnikami pracy nad książką, o których nie miałam zielonego pojęcia. Przyznanie się do niewiedzy z pewnością wywołałoby śmiech krytyków.

Tym razem jednak zaczęło się klasycznie.

- Czy Vincent istnieje naprawdę? - spytała prowadząca, gdy już zaprosiła mnie na scenę i powiedziała, że z pewnością nie trzeba przedstawiać "naszego gościa", po czym oczywiście to zrobiła, aż w końcu przywołała pierwszą zapisaną na kartce kwestię.

Sala zamarła. Każdy zawsze czekał, aż odpowiem na najważniejsze pytanie, jakie zadawał sobie świat literacki w odniesieniu do mojej książki.

- Oczywiście - odparłam, a po zebranych poniósł się szum.

Wiedziałam, że część osób przyznawała mi rację, ale większość jednak zarzucała kłamstwo i chęć podpięcia się pod medialną zbrodnię, żeby zarobić na śmierci dwóch niewinnych osób.

Na początku nie potrafiłam tego zrozumieć. Teraz po prostu starałam się to ignorować.

Nie mogłam jednak zignorować tego, co właśnie zobaczyłam.

- Co do... - mruknęłam, wchodząc prowadzącej w słowo.

Spojrzała na mnie pytająco, ale nawet nie odwróciłam głowy w jej stronę. Nie potrafiłam oderwać wzroku od osoby, która w tym momencie stanęła w drzwiach księgarni, a zaraz potem - spytana o wejściówkę - szybko się wycofała.

Nagle przestałam słyszeć, co mówi do mnie siedząca obok kobieta, a w moich myślach znów zrodził się krzyk. Już prawie o nim zapomniałam; ostatni raz panika zawładnęła mną może dwa miesiące temu. W tamtym czasie miałam tylko jedno spotkanie autorskie, a większość każdego dnia spędzałam na pisaniu kolejnej książki. Atak paniki pojawił się, gdy pod kamienicę podjechały trzy wozy strażackie, a ja akurat opisywałam scenę pożaru.

- Co ja znowu zrobiłam? - zwróciłam się wtedy do swojego odbicia w szybie i już po chwili siedziałam skulona pod prysznicem w łazience.

Teraz to uczucie powróciło - a mój bezpieczny prysznic znajdował się daleko stąd. Musiałam jakoś wytrzymać. Na szczęście David się domyślił, że tym razem nie dam rady odpowiedzieć na wszystkie pytania, dlatego po półgodzinie dał znać prowadzącej, że czas na podpisywanie książek, a kolejne trzydzieści minut później wyszłam na ulicę.

- Wszystko w porządku? - spytał.

Drżącą dłonią wyjęłam z kieszeni paczkę papierosów i zapaliłam, chociaż po spotkaniach zawsze miałam na tyle zdarte gardło, że papieros nie był dobrym pomysłem.

Teraz było inaczej.

- Muszę się przewietrzyć. Ogarniesz sytuację? - spytałam, wskazując na salę. Należało dopełnić jeszcze formalności, które i tak zawsze były na jego głowie.

- Jasne. Widzimy się niedługo.

Uśmiechnęłam się, podziękowałam i ruszyłam przed siebie. Wiedziałam, że Cormac cały czas gdzieś tu jest. Specjalnie stanął w progu sali, wiedział, jak to na mnie wpłynie.

Tak mocno wybiło mnie to z rytmu, że nie byłam w stanie odpowiedzieć na dwa kolejne zadane mi pytania. Dopiero gdy napiłam się wody, a prowadząca sama zaczęła coś opowiadać, doprowadziłam się jako tako do porządku.

Ale niepokój pozostał.

Obiecałam sobie, że jeśli za moment znów go zobaczę, dam mu w pysk. Ale gdy w końcu spojrzałam na niego z bliska, emocje nagle opadły.

Rozdział drugi

Wiem, gdzie on jest

Cormac siedział na parapecie okna kawiarni i palił papierosa. Nie wyglądał tak, jak go zapamiętałam. Wcześniej dostrzegłam go z dużej odległości, ale teraz, gdy stanęłam dwa kroki przed nim, wydał mi się kimś zupełnie innym.

- Co to miało być? - warknęłam, jednak nagle nie potrafiłam wykorzystać tych emocji, które dopiero co we mnie dudniły.

Cormac poderwał się gwałtownie, przestraszony.

Schudł przynajmniej dwadzieścia funtów, przez co zdawało się, jakby stracił kilka cali wzrostu, oczy miał zapadnięte, a usta dziwnie mu drgały.

Był wrakiem człowieka. Wiedziałam o tym, oczywiście, bo śledziłam wszelkie doniesienia w mediach, ale nie sądziłam, że jest aż tak źle.

- Chciałem... - zaczął, ale widać było, że nie może się wysłowić. - Chciałem tylko porozmawiać - powiedział w końcu.

- Niby o czym?

- Wiem, gdzie on jest - powiedział nagle, nie patrząc mi w oczy.

Zamarłam.

- Kto?

Cormac rozejrzał się niepewnie.

- Wiesz kto. Ale nie powinniśmy o tym rozmawiać tutaj.

- W ogóle nie powinniśmy rozmawiać. A ty nie powinieneś zjawiać się na moim spotkaniu - warknęłam.

Po tym, jak na niego napadnięto, czułam rozdarcie. Wiedziałam, że Vincent odpowiadał za pobicie Cormaca, bo dowiedział się, że agent chciał mnie wykorzystać, ale przez chwilę było mi go naprawdę szkoda. Kiedy jednak rozpętała się medialna burza, ludzie w końcu dotarli do artykułów Mirandy, a ona sama mogła nagłośnić sprawę swojej przyjaciółki Agnes, której Cormac rzekomo ukradł najważniejsze życiowe osiągnięcie - powieść, którą potem znalazłam na biurku w moim pokoju. Nie wiedziałam, po co Vincent ją ukradł, dlaczego mi ją oddał ani skąd w ogóle o wszystkim wiedział, ale faktem było, że na Cormaca spadły kolejne oskarżenia, przez które wyleciał z pracy mimo krytycznego stanu.

Ledwo przeżył spotkanie z mordercą, nie miał czego szukać w swojej branży, do tego miał być sądzony za kradzież, molestowanie i gwałt. Był skończony, a ja nie chciałam mieć z nim nic wspólnego.

A teraz zaczął mnie nawiedzać.

- Wiem, gdzie on jest - powtórzył. - Vincent.

Widziałam, z jakim trudem przechodzi mu przez gardło to imię. Miałam świadomość, co tamten mu zrobił. Torturował Cormaca do momentu, w którym ten przyznał się do wszystkiego i powiedział, gdzie jest skradziona powieść.

- Niby skąd możesz to wiedzieć? - spytałam, splatając ramiona na drżącej piersi.

Obserwowałam mijających nas ludzi. Byłam ciekawa, czy nas podsłuchują i czy zastanawiają się, kim dla siebie jesteśmy, dlaczego mam napiętą postawę i z jakiego powodu Cormac jest tak stłamszony.

Ta scena nie mogła wyglądać zbyt dobrze. Musiałam ją jak najszybciej zakończyć.

- Jeśli masz jakieś informacje, to idź z nimi na policję. Mnie nic do tego.

- Wiem, że go szukasz.

- To nie jest twoja sprawa.

- Ja też chcę udowodnić, że on istnieje - przyznał, choć ten problem w zasadzie dotyczył wyłącznie mnie.

Cormac nie musiał niczego udowadniać, nikt nie twierdził, że sam sobie zrobił krzywdę. Ludzie podejrzewali jedynie, że to ja za wszystkim stoję. Że nie tylko wymyśliłam sobie Vincenta, ale w jakiś sposób odpowiadam za pobicie Cormaca, napadnięcie kobiety z okna, w końcu - za zamordowanie tamtego małżeństwa.

Na każdym miejscu zdarzenia znaleziono albo notatki należące do mnie, albo zdania, które sama kiedyś ułożyłam. Ostatecznie znalazłam w swoim mieszkaniu książkę, w której posiadaniu była jedna z ofiar. Dla mnie był to dowód, że Vincent istnieje. Dla innych - że to ja wszystko zaplanowałam.

- Chcesz mieć pewność, że napadł cię ten sam człowiek, o którym mówi cały Nowy Jork? Żeby być częścią tego medialnego planu?

Zaakcentowałam słowo "medialnego", bo mimo że Cormac był ofiarą, to jednak pokutował za własne grzechy. A ja domyślałam się, że chce mieć pewność, że wszystko to stało się jednak po coś. I zapewne chciał na tym skorzystać. W aktualnej sytuacji to była jego jedyna deska ratunku, a ja nie miałam zamiaru pomagać mu w podniesieniu się.

- Co ty wygadujesz? - zdziwił się.

- Mało ci? - spytałam. - Po co znów się pchasz pod nóż? - dodałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

To zabrzmiało jak groźba.

- Nie puszczę mu tego wszystkiego płazem - wysyczał przez zęby, a ja nie wiedziałam, czy się złości na mnie, czy na niego.

Na szczęście humory Cormaca nie były w stanie mnie stłamsić. Od roku byłam na terapii, która pomagała mi to wszystko przepracować, a co za tym idzie - odsunąć na bok Cormaca i to, co mnie przez niego spotkało.

- I co masz zamiar zrobić? Zabić go? Ukraść mu książkę? - ironizowałam. - A nie, czekaj, on wcześniej nie wykorzystał młodej bezbronnej autorki tylko po to, żeby się nią zabawić i ukraść jej dzieło życia. Ze mną też chciałeś tak zrobić?

Wiedziałam, że jeszcze rok temu odpowiedziałby coś w stylu: Mała, za mało znaczysz, żebym chciał cokolwiek od ciebie wyciągnąć.

Ale teraz powiedział tylko:

- Tak.

Tym samym zbił mnie z tropu do tego stopnia, że nie mogłam zebrać myśli.

Rozdział trzeci

On cię znajdzie

- Co ty powiedziałeś?

- Wiedziałem, że jesteś zdolną autorką, i miałem nadzieję, że coś razem zdziałamy. Nie zakładałem, że cokolwiek od ciebie wezmę, ale...

- Ale pewnie i tak byś to zrobił? - Nagle przeraziła mnie szczerość jego wyznania, to niepewne skinięcie głową, które teraz zobaczyłam. - Jak wiele autorek potraktowałeś w ten sposób? - spytałam, czując, jak wzbiera we mnie złość.

- Żadna inna nie miała takiego talentu jak ty.

- Ile? - niemal krzyknęłam, bo przecież takie tłumaczenie nie miało najmniejszego sensu.

- To nie ma teraz żadnego znaczenia. Poza tym wszystkie sprawy zostały już uregulowane. Nie napiszesz o tym kolejnego bestsellera.

A jednak był zdolny do drwiącego tonu.

- Za to Miranda na pewno z chęcią napisałaby o tobie kolejny artykuł.

- Wątpię, żeby mogła z tego tematu wycisnąć cokolwiek więcej.

- Chwalisz się czy żalisz, że upadłeś tak nisko, że nie jesteś już wart ani dolara?

Trafiłam w czuły punkt.

Cormac zapadł się w sobie jeszcze bardziej. Widać było, że ta dyskusja go wykańcza, ale na mnie wpływała równie mocno, więc miałam prawo odpierać ten atak.

- Nawet nie wiesz, ile poświęciłem, żeby potem...

- W dupie mam twoje poświęcenie! - krzyknęłam, bo miałam już dość tego, o czym i w jaki sposób mówił. Nie potrafiłam zrozumieć, jak można być takim człowiekiem, ale przede wszystkim tego, że mówił o tym wprost. - Nie mam zamiaru dłużej cię słuchać.

Zgnij w bagnie, w którym wylądowałeś na własne życzenie, dodałam w myślach.

- Jeśli ty go nie znajdziesz, on znajdzie ciebie! - krzyknął za mną. - Chciałem ci tylko pomóc... - dodał, ale już prawie go nie słyszałam.

Szybkim krokiem skierowałam się w przeciwną stronę i dopiero wtedy poczułam, jak mocno krew pulsuje mi w skroniach, a dłonie drżą. Mimo wszystko musiałam przyznać jedno - Cormac miał rację.

***

Zrobiło się ciemno, gdy dotarłam na 74 Ulicę. Stanęłam pod kamienicą i zapatrzyłam się na widoczny stąd, delikatnie oświetlony mur otaczający East River. Nienawidziłam go, zabijał w człowieku poczucie, że znajduje się tuż obok żywiołu, choć wiedziałam, że dla wielu mogłoby być ono zgubne.

Przeniosłam wzrok na szyld zamkniętego lokalu Cafe York i zastanowiłam się, czy bardziej mam ochotę na kawę, czy na wino. Dochodziła dwudziesta pierwsza, po kawie mogłam nie zasnąć zbyt łatwo, ale wiedziałam, że bardzo często właśnie tego potrzebowałam. Świadomości otaczającego nas świata, a nie nierealnych koszmarów, które budziły w nas strach i stres, choć nie były prawdziwe.

Nie rozumiałam, czemu nasze mózgi przyprawiają nas o podobną rozrywkę, jakby zachęcały do autodestrukcji, dlatego coraz bardziej lubiłam bezsenność.

- To nie bezsenność, tylko bezsensowność - powiedział mi David, gdy raz zadzwoniłam do niego o czwartej nad ranem, a on zdziwił się, dlaczego nie śpię. - Twój mózg musi spać, żebyś mogła pisać.

- Masz rację - odparłam wtedy. - To bezsensowność. Idealnie opisałeś moje życie.

Rozłączyłam się wtedy, a na późniejsze pytanie Davida, które mi wysłał w wiadomości, czy wszystko w porządku, zgodnie z prawdą odpisałam, że zaczęłam pisać. Nowa fikcyjna powieść nabierała kształtów. Wiedziałam jednak, że jej wydanie mogło przynieść mi wyłącznie rozczarowanie. Po opublikowaniu Nowojorskiego krzyku ludzie nastawieni byli albo na ciąg dalszy, albo na coś podobnego, poruszającego tematykę true crime. Nie chcieli mojej beletrystyki.

Odbijałam się od wydawców i agentów. Jedynie za napisanie drugiego tomu Nowojorskiego krzyku zaproponowano mi sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów zaliczki.

- To przecież jakaś pojebana kwota - powiedziałam wtedy Davidowi, wiedząc, że za tom pierwszy dostałam zaledwie dziesięć tysięcy zaliczki, a część autorów dostawała jeszcze mniej.

- Więc dlaczego się wahasz? - spytał, doskonale odczytując emocje z mojej twarzy.

- Bo drugiego tomu może nie być. Kontynuacja tej historii może nie nadejść - doprecyzowałam szybko, widząc, że chce się odezwać. - A przecież jej nie zmyślę.

- Ale pracujesz nad tym, żeby było inaczej - odparł dyplomatycznie. Wiedział, że nie powinien pytać o moje próby odnalezienia Vincenta, ale logiczne było, że się ich podejmuję.

- Co nie zmienia faktu, że nie wiem, dokąd mnie to doprowadzi.

- I właśnie o tym napisz drugi tom.

Bardzo nie chciałam podpisywać umowy na powieść widmo, ale dostałam jeszcze trochę czasu do namysłu. Tymczasem za spływające za pierwszy tom tantiemy mogłam wynająć nowe mieszkanie. David starał się przepchnąć gdzieś moją prozę, wszyscy wydawcy twierdzili jednak, że Danielle Hardy albo musi napisać coś w poprzednim klimacie, albo poczekać, aż sprzeda pół miliona egzemplarzy pierwszej książki, bo wtedy oszukanie czytelników, którzy nie dostaną tego, czego oczekiwali, będzie choć trochę opłacalne.

Nienawidziłam rynku wydawniczego.

Rozdział czwarty

Koleś w czerwonym lateksie

Poszukiwania Vincenta prowadziłam niemal każdego dnia, choć wiedziałam, jak bardzo są one niepewne. Możliwe przecież, że od razu wyjechał, mógł też być w Nowym Jorku dosłownie na chwilę, wcale nie musiał mieć tu mieszkania ani ulubionego salonu tatuażu, w którym ozdabiał swoje ciało.

A jednak Miranda przekonała mnie, żeby pójść właśnie tym tropem.

- Większość tatuaży jest indywidualna. Nie tylko jeśli chodzi o wzory, ale też umiejscowienie i rozlokowanie konkretnych elementów. Tatuator powinien pamiętać tak duży i charakterystyczny tatuaż jak ten, który zrobił Vincentowi.

- Nawet nie widziałam go całego. Tatuażu, oczywiście - dodałam szybko.

- Ważne, że znasz jego główne cechy. To popularny wzór, racja, ale sposób, w jaki oplatał ciało Vincenta, jest już z pewnością o wiele bardziej nietypowy, szczególnie w zestawieniu z pozostałymi jego cechami, które znasz.

- Tym samym tropem zapewne pójdzie policja.

- Dlatego musimy się spieszyć.

Sama nie miałam lepszego planu, więc przystałam na ten pomysł. Z jej wyliczeń wynikało, że w Nowym Jorku jest około siedmiuset salonów tatuażu. Miranda posiłkowała się grupami na Facebooku, pisała do salonów specjalizujących się w konkretnych stylach, podawała się za siostrę chłopaka, który miał taki właśnie tatuaż i zaginął.

Szukała po omacku, a ludzie jej pomagali. Szczególnie że cechy charakterystyczne Vincenta znałyśmy tylko ja i policja. Miałam prawny zakaz ich publikowania. Zdziwiło mnie to, bo przecież dzięki temu łatwiej byłoby znaleźć Vincenta, ale policja obawiała się linczu przypadkowych osób i charakteryzowania się na mordercę.

- Co takiego? - spytałam, gdy usłyszałam ten drugi powód zakazu.

- Naśladownictwo to częsty przypadek - wyjaśnił mi detektyw Robert Hill. - Wiele osób pragnie sławy, a taka popularna zbrodnia to idealny sposób, żeby albo ucharakteryzować się na sprawcę, albo... - Urwał i spojrzał na mnie niepewnie.

- Tak, już wiem, o co chodzi - odparłam wtedy i nie drążyłam.

Miranda każdego tygodnia dostawała kilka nazwisk lub adresów osób, które pasowały do naszego opisu.

- I co teraz? - spytałam, gdy zdobyła pierwszy adres.

- Musimy go sprawdzić.

- A nie lepiej zawiadomić policję? - zdziwiłam się.

- I co im powiesz? Że nielegalnie wyłudzamy dane ludzi? Czy że na własną rękę szukamy seryjnego mordercy?

- Możemy powiedzieć, że dostałyśmy cynk i...

- I postanowiłyśmy uznać, że policja składa się z idiotów, którym w pracy muszą pomagać dwie przypadkowe dziewczyny? - weszła mi w słowo. - To nie kolejny odcinek serialu o anonimowych superbohaterach. Chociaż muszę przyznać, że w młodości wiele razy zastanawiałam się, kiedy w końcu zobaczę Spider-Mana.

- Wierzyłaś, że istnieje?

- Nie, chciałam po prostu, żeby przeleciał mnie koleś w czerwonym lateksowym stroju - odparła.

Nie miałam pojęcia, czy mówi poważnie, czy znów ironizuje. W jej przypadku granica między tymi dwiema sferami zacierała się tym bardziej, im lepiej znało się Mirandę. Szczególnie gdy rozmawiało się z nią po alkoholu.

- Ja zawsze wolałam Batmana - odparłam, siląc się na równie ironiczny ton.

- Spotkałaś kiedyś jakiegoś? - spytała poważnie.

- Nie.

- To dobrze, bo słyszałam już o kilku laskach, które ucieszyły się, że spotkały Roberta Pattinsona albo Christiana Bale'a, a potem się okazywało, że wyruchał je jakiś socjopata.

Patrzyłam na nią tępo, czekając, aż się zaśmieje, ale zdawało mi się, że akurat ta historia była o wiele bardziej prawdopodobna niż poprzednia.

Rozdział piąty

Muszę zapolować

Miesiąc wcześniej

Mieszkanie pierwszego Vincenta z wytatuowanym na szyi wężem znajdowało się na północnym Manhattanie, na 132 Ulicy. Miranda zdobyła jego adres od tatuażystki.

- Skąd właściwie zna tę lokalizację? - spytałam podejrzliwie.

- Pewnie kilka sesji mocno ich do siebie zbliżyło - odparła z chytrym uśmiechem.

Wiedziałam, że jeśli to był prawdziwy Vincent, nie mogło z tego wyniknąć nic dobrego.

Stałam oparta o ścianę niedziałającej kawiarni i czekałam, aż Vincent pojawi się w oknie. Nie liczyłam, że od razu go dostrzegę, ale był to pierwszy krok, który musiałam wykonać, zanim dwa dni później zapukałam do jego drzwi.

- W czym mogę pomóc? - spytał może czterdziestoletni facet, który z pewnością nie był Vincentem.

Czułam, jak wali mi serce, a dłonie pocą się i drżą. Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że już za pierwszym razem możemy trafić pod dobry adres, choć później tylko śmiałam się z tego przeświadczenia.

Zaraz potem nadeszła refleksja: czy Vincent w ogóle pozwoliłby mi się tak zaskoczyć? A jeśli w końcu na niego trafię, czy nie będzie na mnie czekał?

Dwa kolejne adresy sprawdziłam w podobny sposób, za każdym razem stresując się coraz bardziej. Powtarzałam sobie, że gdyby Vincent chciał zrobić mi krzywdę, dopuściłby się tego nie tylko wcześniej, ale przede wszystkim w momencie dogodnym wyłącznie dla siebie.

***

Adres czwartego Vincenta Miranda dostarczyła mi ponad miesiąc po pierwszej konfrontacji. Prosiłam, żeby mi pomogła, ale uparcie twierdziła, że ona wykonała już część swojej pracy.

- Każda z nas się naraża - powiedziała. - Wydaje mi się nawet, że ja bardziej, bo ślady po moich poszukiwaniach zostają w sieci. Policja może mieć problem z tym, że węszę, a utrudnianie śledztwa jest karalne. Ty tylko pukasz do drzwi.

- Do drzwi, za którymi może być morderca.

- Ale też człowiek, którego zdążyłaś poznać. Jeśli cię zobaczy, nic ci nie zrobi. Miał już ku temu okazję. Gdyby jednak zobaczył mnie, nieznaną sobie osobę, mógłby zareagować odruchowo.

Wiedziałam, że Miranda ma rację, choć domyślałam się, że po prostu boi się spojrzeć Vincentowi w oczy.

Absolutnie się jej nie dziwiłam.

Czwarty Vincent mieszkał przy zachodniej części Central Parku. W miejscu, które bardzo dobrze znałam. Kilka miesięcy temu szukałam tu dla siebie nowej kawiarni, w której mogłabym pisać, ale ostatecznie po może pięciu wizytach stwierdziłam, że powinnam iść dalej.

To nie był ten sam klimat, co w Bukowskim, choć zdawałam sobie sprawę, że nigdy nie znajdę miejsca równie przyjemnego.

Kawiarnia, jak się okazało, znajdowała się naprzeciwko kamienicy, w której mieszkał czwarty Vincent. Obserwowałam ją, dumając nad książką, i aż mnie przeszył dreszcz, gdy pomyślałam, że to właśnie wtedy mogłabym go spotkać - nie tylko dlatego, że nie byłam na to w żaden sposób gotowa, bo jeszcze nie myślałam o konkretnych poszukiwaniach, ale przede wszystkim dlatego, że cały czas żyłam pod wpływem tych wszystkich emocji, które nie dawały mi spokoju.

Teraz znów stanęłam pod szyldem kawiarni, ale zupełnie innym wzrokiem zapatrzyłam się w budynek. Analizowałam jego układ, choć jedyne, co mogło mieć znaczenie, to schody przeciwpożarowe, którymi byłam w stanie wejść na odpowiednie piętro.

Najpierw jednak musiałam się dostać do budynku.

Kilkanaście minut czekałam, udając niewiniątko, aż w końcu ktoś wyszedł na zewnątrz, nieświadomie wpuszczając do środka intruza. Nigdzie nie było rozpiski mieszkań, więc zmuszona zostałam chodzić z piętra na piętro i szukać odpowiednich drzwi.

W końcu znalazłam te z numerem dwudziestym drugim.

Zapukałam i szybko uciekłam. Zaraz potem przylgnęłam do ściany za wąską wnęką i nadstawiłam uszu. Nikt jednak nie otworzył drzwi i nie wychylił się w poszukiwaniu gościa.

Pusto, pomyślałam, w głowie tworząc plan budynku. Skierowałam się korytarzem w stronę okna, za którym znajdowały się schody przeciwpożarowe. Udało mi się wyjść na zewnątrz i dopiero wtedy zorientowałam się, że mimo mroku nocy mogę być dobrze widoczna na tle szarej elewacji. Teraz jednak nie było czasu na podobne rozterki. Musiałam przedostać się po metalowej platformie na wysokość okna mieszkania Vincenta i mieć nadzieję, że ten go nie zamknął. Oczywiście moja nadzieja umarła od razu, a serce podeszło niemal do gardła, gdy szarpiąc za ramę, wyrwałam spory jej fragment z betonu.

- O kurwa... - szepnęłam, nie wiedząc, co zrobić z kawałkiem drewna.

Kto normalny w dzisiejszych czasach ma tak stare okna? - pomyślałam, zaraz potem zdając sobie sprawę, że mieszkanie można zapewne tanio wynająć. Vincentowi musialo na tym zależeć, bo za tanimi lokalami szły brak formalności, weryfikacji i możliwość ucieczki w każdym momencie, z mniejszym lub większym bałaganem zostawionym po sobie.

Nie było już odwrotu. Wyrwałam kawałek okna, więc musiałam dokończyć zadanie. Dlatego pociągnęłam jeszcze mocniej i już po chwili kolejny kawałek ramy został mi w ręku. Oba ostrożnie odłożyłam na parapet, podważyłam nieco okno i okazało się, że mogę je otworzyć wyłącznie za pomocą delikatnego pchnięcia.

W środku było oczywiście ciemno i cicho. Jeśli nie liczyć dudnienia mojego serca, a byłam pewna, że słychać je w całym salonie, do którego właśnie wtargnęłam. Z zewnątrz nie widziałam, co znajdę w środku, jednak teraz byłam niemal pewna, że na drewnianej podłodze zobaczę liczne płótna, ślady po farbach, rozmaite kartony, puszki i stare sztalugi.

Cały czas sądziłam, że to oblicze Vincenta było prawdziwe.

Mieszkanie jednak ziało pustką.

Podłoga była zakurzona, a w salonie znajdowały się jedynie stary stół, dwa rozklekotane krzesła i komoda, na której być może kiedyś stał telewizor, pewnie naprzeciwko kanapy, po której został już wyłącznie jasny ślad na panelach.

Przyszedł czas na etap drugi.

Zaczęłam przeglądać szuflady komody, ale okazało się, że te albo są puste, albo wypełnione jakimiś starymi papierami, gazetami i zeszytami.

Tego też szukam, pomyślałam, ale gdy tylko zaczęłam wertować papiery, okazało się, że są pozostałością po jakimś studencie, który w zeszytach zapisywał notatki, a gazety zapewne kolekcjonował w ramach nauki dziennikarstwa, które najwyraźniej studiował.

- Nic ciekawego - powiedziałam sama do siebie i przeszłam dalej.

Nagle zamarłam.

Co to było?

Zatrzymałam się i zaczęłam nasłuchiwać. Byłam pewna, że usłyszałam skrzypienie drzwi albo podłogi, ale wyjście z mieszkania miałam teraz przed sobą i widziałam, że nikt nie naciska na klamkę.

Odwróciłam się szybko w stronę okna, ale ono pozostawało w tej samej pozycji, w jakiej je zostawiłam.

Znów usłyszałam skrzypienie.

- Cholera... - syknęłam, zdając sobie sprawę, że to stare panele odbijają po tym, jak z nich zeszłam. - Trudno się dziwić, że ludzie wierzą w duchy, gdy słyszą takie odgłosy - dorzuciłam szeptem.

Poszłam dalej.

Mieszkanie składało się z salonu, łazienki, małej kuchni i sypialni, w której znalazłam równie stare łóżko, biurko i rząd książek ustawionych na parapecie.

W końcu coś konkretnego, pomyślałam.

Zaczęłam przeglądać książki, sądząc, że może znajdę coś między stronami, jakieś notatki, zaznaczone słowa, cokolwiek, co mogłoby naprowadzić mnie na trop Vincenta. Podpowiedzieć, że to właśnie on jeszcze niedawno wynajmował to mieszkanie, spał w tym łóżku, uciekł tu po dokonaniu morderstwa i właśnie stąd rozpoczął swoją dalszą podróż.

Kolejne skrzypienia rozległy się tuż za mną, a ja znów prawie podskoczyłam. Niemal wypuściłam z dłoni książkę, po którą sięgnęłam, i odwróciłam się gwałtownie. Tym razem także nikogo nie zobaczyłam, a dźwięk, który się powtórzył, dał znać, że albo kolejne panele, po moim nacisku, wracają do pierwotnego układu, albo kroczy za mną duch, którego nie widać, a który ewidentnie swoje waży.

Ta myśl sprawiła, że skupiłam się na przestrzeni przed sobą, szukając jakichś załamań, a gdy ich nie dostrzegłam, w końcu zaczęłam wertować książkę.

I wtedy przeraziłam się jeszcze bardziej.