Już w pałacu Belindy otwarte
podwoje.
Wyszkowski.
- Zapalajcie świéce - mówił pan Talarko do sług swoich, chodząc
po przygotowanych na wieczór pokojach. - Lichtarze stawić rzadko,
to lepiéj oświeca, a przytém oszczędniéj. Ten stolik umieścić w
kąciku, krzesła w półkole.
- I, nie kole! - odpowiedział sługa - to owszem bardzo
miękkie krzesła.
- Ja ci mówię, ustawić w pół koła.
- Rozumiem, panie, rozumiem, to się znaczy koło ściany.
- Mówię ci przecie nie po niemiecku, czy mnie nie rozumiesz?
tak, jak garki koło komina.
- Koło komina! a to co innego - odpowiedział służący i już
zabierał się stawić krzesła koło komina, gdy pan Talarko
zniecierpliwiony ruszył ramionami i z nową burzą tłómaczyć mu
zaczął swoje żądanie.
- Już to, dobrodzieju - rzekł, namyśliwszy się potém stary
sługa - któryś z nas dwóch musiał się pokropić; bo albo pan mówi
bez sensu, albo ja nie mam sensu do zrozumienia. Bóg wié, co mi tam
pan dysponuje, i kole i nie kole i koło ściany i koło komina; a co
zrobisz, to źle. Już chyba jegomość będzie łaskaw, pozwoli mi pójść
spać, bo mi się we łbie kręci, jakgdybym się upił.
- Marnotrawca! - zawołał z mimowolnym na ustach uśmiechem
pan Talarko - idźże spać, a przyślij tu drugiego, żeby służył za
ciebie. No proszę! - mówił potém gospodarz do siebie - ręczę, iż go
pan Mączka upoił, kiedy chodził prosić go do mnie na wieczór.
Poczciwy to człowiek. Hej! komodę wynieść do drugiego pokoju. Ale
nieszczęśliwy z synem, któremu we łbie świta! Na piecu dosyć trzech
lichtarzy. Już i goście pewno przyjdą niedługo.
- Witam! witam! - rzekł potém do wchodzącego wysmukłego
panicza.
- Jak się pan miewa! cóż to? widzę, jeszcze nikogo niéma?
- Niedługo, mam nadzieję, iż się schodzić zaczną;
posłuchaj-no pan tylko, czy nie słyszysz turkotu zajeżdżającego
pojazdu?
- Tak! ktoś przyjechał, pośpieszajmy na spotkanie.
To mówiąc ów szarmant, wybiegł spojrzawszy jeszcze nawiasem
w źwierciadło, a pan Talarko z miną poważną i trochę dumną,
poprawił mankietki, perukę, guziczki u kamizelki, dewizki i
zdmuchnął pył z sukni, posunął stolik, utarł świécę i udawał wielce
zatrudnionego.
- Trzeba - myślał sobie w duchu - udawać coś większego niż
zazwyczaj; ten kto wydaje wieczory, ma prawo trochę wysoko głowę
nosić. Ale... ale.. nuż się tém goście obrażą? - myślał znowu. - O
nie! owszem kontenci, że od tak wysokiego i bogatego człowieka,
jakim ja jestem, mają honor być zaproszeni na tańcujący wieczór!
Nastrójmy dobrą minę, już idą. Co za niegrzeczny kawaler z tego...
fi! rozmawia z panną Benigną! z moją kochanką! bo zdaje mi się, że
ją kocham? tak, kocham, serdecznie miłuję. Jéj ojciec niezły ma
mająteczek, będzie miała ze sto tysięcy posagu, trzeba być
grzecznym, trzeba być bardzo nadskakującym, panie Talarko! - Tak
mówił gospodarz sam do siebie i mile do wchodzących gości się
uśmiechał.
Nie jest powinnością żadnego pisarza powieści, ani téż moją,
wyliczać cały szereg ludzi i ich nazwisk, gdy się oni zdaleka tylko
pokazują czytelnikom. Nie myślę więc przerywać uwagi opisem
przybyłych gości. Ze wszystkich osób, zgromadzonych w sali,
najwięcéj hołdów i czułych oświadczeń odbierała znajoma już panna
Benigna, o któréj myślał, jak to mówią, pan Talarko.
Miała ona tego wieczora ubiór cale piękny i modny; włosy jéj
długie przepięto kilką strzałami pozłocistemi; kapelusz, na którym
dowód zręczności dała pierwsza modniarka, kapelusz ten, mówię,
wisiał na jéj ręku, a szal przepyszny spływał po ramionach. Może
się kto zadziwi, iż ta sama Benisia, która niedawno siedziała w
piekarskim sklepie przy bułeczkach, dziś jak bogata występuje pani?
Nic w tém niéma szczególnego, bo zasady i sposób myślenia pana
Mączki wszystko wytłómaczyć potrafią. Zacny ten piekarz chciał,
żeby w domu była piekarką, a na wieczorach i tańcach żądał od niéj
wielkiéj pani. To było upodobanie ojca, a że rodzice mają prawo nad
dziećmi, cóż dziwnego, że panna Benigna miała szal kaszmirowy i
przedawała bułeczki?
Stanęło koło do mazura, a pan Talarko, który przed piętnastą
laty brał przez dwa tygodnie lekcye skoków, prosił z sobą panny
Benigny. Nogi jego, poruszające się tam i sam, zdawały się
przygotowywać do tańca, spoglądał po sobie, i od pół godziny
stanąwszy w pierwszéj pozycyi, mocno ściskał rękę obranéj panny.
Zabrzmiała kapela; z zapałem w środek koła rzucił się
gospodarz, ciągnąc za sobą ledwie zdążyć mogącą pannę. Ktoby go
choć raz w życiu widział tańcującego, - ręczę, do śmierci-by nie
zapomniał; głowę podnosił do góry, nogi stawiał prosto i sztywnie;
a ręką, wlewo i prawo, kreślił w powietrzu koła, zagrażając bliżéj
stojącym nosom i głowom. Przytomni powiadają, iż żywość charakteru
i wino wypite przez pana gospodarza były przepowiednią strasznego
jakiegoś wypadku, i utrzymują, że się w tym tańcu bez kozery obejść
nie mogło. Za pierwszą jednak figurą, nic się nie stało, a pan
Talarko był zupełnie kontent z siebie. W drugiéj, gdy ogień życia
prędzéj popędził krew w żyłach tańcującego, gdy coraz gwałtowniéj,
coraz silniéj cały jego korpus się poruszał; peruka spadła pod nogi
panny Benigny i omało nie była przyczyną strasznego upadku
tancerki.
Zagrzany tańcem, winem i radością, nie czuł gospodarz, iż
głowa jego pozostała bez ochrony, łysa i połyskująca, kończył daléj
figurę, a gdy własna jego ozdoba pod nogami mu się zaplątała,
podrzucił ją ze śmiechem przytomnych, a peruka po gładkiéj posadzce
wyśliznęła się za koło tańcujących.
Przytomni goście polegali od śmiechu, którego sobie
gospodarz wytłómaczyć nie mógł, uważając go jedynie za oznakę
wesołości.
Pan Talarko starannie do téj pory ukrywał, że nosił cudze
włosy na głowie: do jakiego więc stopnia doszła zapalczywość
marcowego kawalera, gdy mijając źwierciadło, ujrzał w niém postać
swoję, utratą drogiego pokrycia zeszpeconą. W pierwszym gniewu
zapale miał już straszne na ustach przekleństwo, i pięść na
stłuczenie nieprzyjaznéj tafii zwróconą; ale go od tego przytomność
wielu osób wstrzymała. Poszedł tedy krokiem niepewnym ku miejscu,
gdzie, jak mu się zdawało, musiała leżéć jego zguba. Udawał, że
chodzi tylko dla odpoczynku po tańcu, ale mocno się zarumienił, gdy
ujrzał w ciemnym kątku dwa pieski szarpiące drogą, fryzowaną
perukę. Ażeby większego nie wzbudzić śmiechu, z sercem pełném
goryczy i niesmaku, udał się w kąt i zaczął odbierać należność
swoję od natarczywych rabusiów.
- A fuj! a puść, ha! a nie pójdziesz! - mówił półgłosem,
żeby go nie usłyszano.
Piesek odwrócił się, pokazał zęby i darł daléj. Gospodarz
zaś nieśmiałą rękę posunął ku przedmiotowi poszukiwania i prędko ją
cofnął, gdy pies trzymając silnie zdobycz, zawarczał przeraźliwie.
- Otóż to pożytek wieczorów - myślał zasmucony gospodarz -
koszt, wydatek, wstyd i nic więcéj.
- Pójdź tu, Filon tu! - dał się słyszéć głos w blizkości, a
pan gospodarz szybko psa zasłonił od wołającéj.
- Niech się sobie bawi! - rzekł drżącym głosem.
- Ach! - zawołała czule pani eksaktorowa - on podobno coś
psuje.
- Ej nie - odparł gospodarz, nie chcąc na śmiech peruki
wystawić - niech się bawi.
- Filon! pójdź tu! Filuś - i Filon wybiegł podskakując z za
krzesła, z peruką w zębach.
- Co ja widzę! - rzekła z tragicznym przestrachem pani
eksaktorowa - on psuje czyjąś perukę!
- Perukę! - mruknął gospodarz, unikając tłómaczenia -
bodajby licho, ciebie i twego psa i peruki i wieczory!
Są niektóre tak upartéj natury stworzenia, że niełatwo dadzą
sobie odebrać to, co się im raz w pyszczek dostanie, a z tego
rodzaju było pieścidełko pani eksaktorowéj. Na żadne wołania,
groźby i prośby nieczułe, spokojnie pobiegło po pokojach ze swoim
łupem. Pani jego równie upartego musiała być humoru, bo za nim
pobiegła; mąż jéj, chcąc się dowiedziéć, o co chodzi, zaczął ją
gonić, gospodarz niespokojny pobiegł za eksaktorem, za nim pogonił
się gagatek, kilkoro ciekawych dzieci poszło za tym ostatnim, za
niemi znowu matki troskliwe i lękliwe niańki, a ciekawi, których,
chwała Bogu, nigdy na świecie nie brakło, dopełnili rzędu, i cała
ta procesya, poprzedzana od psa z peruką w zębach, ze śmiechem i
gwarem wkoło pokojów obiegać zaczęła.
Jestto pewną cechą zwierząt, a czasem i ludzi, że tém
prędzéj uciekają, im kto lepiéj goni, i Filuś téż miał dobre nogi,
i zmykał jak najęty.
- Łapaj! goń! - krzyczano zewsząd, wśród śmiechów, a
gospodarzowi tchu i mowy brakło.
Ale los uparty, nie wyczerpał był jeszcze wszystkich ciosów,
któremi miał starego skępca obsypać; postanowił jeszcze jednego
zrobić figla, a że jest słownym, więc swego dokonał. Na drodze tych
gonitw, stał piękny stolik mahoniowy, na nim dwie świéce i cały
porządek do herbaty. W tłumie i zamięszaniu, trącił ktoś stolik,
nie wiem umyślnie czy przypadkiem, a wszystko, co na nim było,
runęło pod nogi przechodzących. Woda z samowaru płynęła strumieniem
po podłodze; cały serwis porcelanowy okrył szczątkami swemi miejsce
pogoni, a świéce połamane leżały gorząc na ziemi. Co za straszny i
poruszający widok! Krzyk, wrzask, zamięszanie, tumult, rozlegały
się po pokojach. Pan Talarko znieść tego daléj nie mógł i mimo nóg
będących w pewnych ścisłych stosunkach z podagrą, skoczył z okna w
ogród i uciekł. Filuś zaś, korzystając z chwili, wymknął się na
ulicę, unosząc drogą perukę.
1830.