Nowe życie w Melbourne - Lucy Clark

Reflow text when sidebars are open.
W May Fleming narastał strach. Stała na podeście, wsłuchując się w ściszone głosy rodziców i dwóch nieznanych mężczyzn, którzy przyjechali do ich domu dwadzieścia minut wcześniej. Starała się zrozumieć treść rozmowy, ale docierały do niej jedynie pojedyncze słowa: "wyjechać", "niebezpieczeństwo", "jeszcze dzisiaj".
O co chodzi? Czy ta wizyta ma związek z włamaniem do ich domu miesiąc temu? Ojciec minimalizował to zdarzenie. Mówił, że ostatnio w okolicy miała miejsce seria włamań, a skoro nic nie zginęło, nie ma się czym przejmować. Ale kto się włamuje do cudzego domu, by nic nie wynieść?
Ojciec nie chciał, by się niepokoiła, to jasne. Kiedy jednak wypytywała Clarę, przyjaciółkę z domu obok, okazało się, że ta nic nie słyszała o włamaniach w sąsiedztwie.
Od czasu tego wydarzenia rodzice zachowywali się jeszcze dziwniej niż zwykle. Zamykali się albo w gabinecie ojca, albo matki, a ich głosy brzmiały histerycznie.
- Ćśśś... Obudzisz May - ojciec uciszał matkę zaledwie trzy dni wcześniej.
Było to spóźnione ostrzeżenie - May nie spała od piętnastu minut, obudzona szlochem matki.
Rodzice nie należeli do konwencjonalnych. Nie przejmowali się, że czasami oglądała przez całą noc telewizję, jeśli tylko miała dobre stopnie. Kiedy chciała wziąć prysznic o trzeciej nad ranem, nie mieli zastrzeżeń, pod warunkiem, że nie spóźni się do szkoły.
Wykształcenie miało dla nich ogromne znaczenie. May nie wątpiła, że ją kochają, ale równocześnie miała świadomość, że silniejszym uczuciem darzą swoje badania naukowe. Nie przejmowała się tym, bo dzięki temu miała wiele swobody. Dziś wieczorem wzięła prysznic, umyła włosy i gdy wyłączyła suszarkę, usłyszała dzwonek do drzwi.
Nie mając pewności, czy rodzice nie poproszą, by zeszła na dół przywitać się z gośćmi, włożyła dżinsy rybaczki i koszulkę. Uznała, że nie powinna być przedstawiona przyjaciołom rodziców w piżamie.
Nie zawołano jej jednak, a zamknięte drzwi do salonu i panika w głosie matki sugerowały, że lepiej się nie pokazywać. Wystraszona uciekła do swojego pokoju, lecz po chwili znów wyszła na podest. Widziała tylko ciemny przedpokój i domyślała się, że ściszona rozmowa wciąż trwa. Wychwytywała powtarzające się frazy takie jak "zagrożenie", "dla waszego bezpieczeństwa", "musicie działać natychmiast". Ze strachu serce jej zamierało.
Ponownie wróciła do pokoju, ale nie mogła przestać myśleć o tym, co dzieje się piętro niżej. Wydawało się, że ściany na nią napierają. Wyszła na balkon, byle tylko nie siedzieć wewnątrz. Rodzice dali jej sypialnię z balkonem, pokój, w którym tradycyjnie sypiają pan i pani domu. Sami spali w pokoju między gabinetami, by jej nie budzić, bo często pracowali do późna. Kiedy była mała, czuła się jak księżniczka w wieży oczekująca na księcia, który przybędzie na ratunek. Jako nastolatka uznała, że nie ma na co czekać i należy się nauczyć samemu ratować.
Wraz z Clarą odkryły, jak wdrapywać się po kolumnach podpierających balkon.
May włożyła tenisówki i ruszyła trasą, którą pokonywała wielokrotnie - przez balustradę, w dół kolumny, uważając, by nie włączyć czujników zainstalowanych przez rodziców po włamaniu.
Potem zeszła po drucianej siatce między posesjami i podbiegła do figowca po stronie Lewisów. Długie gałęzie były wystarczająco grube, żeby można było po nich przejść. Na końcu jeden duży krok i znalazła się na parapecie otwartego okna do pokoju Arthura.
- May! - Arthur położył rękę na sercu.
Nie była pewna, czy dlatego, że go wystraszyła, czy ten gest ma oznaczać, że jego serce należy do niej. Pragnęła, żeby było to wyznanie. Oto on. Arthur. Jej rycerz. Przy nim czuje się pożądana, drogocenna. Nigdy przedtem nie doświadczyła takiego uczucia.
Podkochiwała się w nim przez kilka lat, lecz nie wyobrażała sobie nawet w najbardziej szalonych snach, że jej uczucia są odwzajemnione.
Ale w jej szesnaste urodziny, ledwie kilka miesięcy temu, Arthur pozwolił się pocałować. Sam też ją pocałował, tak jakby coś się w nim przełamało i uległ w końcu pożądaniu. Od tego pocałunku ukrywali chwile spędzone razem, nie chcąc, by ktokolwiek wiedział, że są parą. May obawiała się, że jeśli Clara dowie się, że chodzi z jej starszym bratem, zniszczy to ich przyjaźń.
Tego roku lato w stanie Wiktoria było wyjątkowo gorące. Arthur miał na sobie znoszoną koszulkę i postrzępione i podziurawione szorty, których nie wolno mu było nosić poza domem. Biurko było pokryte kartkami. Na pogniecionej pościeli leżało jeszcze więcej kartek z notatkami. May pamiętała, że Arthur przygotowuje się do egzaminów. Lecz w tej chwili było jej to obojętne. Liczyło się tylko to, by z nim być.
Upajała się jego widokiem. Nic nas nigdy nie rozdzieli, myślała. Jesteśmy sobie przeznaczeni.
W jego objęciach świat nabierał sensu. W tym ostatnim okresie, kiedy rodzice byli zdenerwowani i rozdrażnieni, potrzebowała opieki. Rodzice, oboje naukowcy, zwykle długo przesiadywali w laboratoriach, a May, zamiast siedzieć w pustym domu, większość dnia spędzała z rodziną Lewisów.
Clara, Arthur i ich rodzice przyjmowali ją serdecznie i włączali do wszystkich zajęć, od wspólnych kolacji po wycieczki w wakacje. May czuła, że w ten sposób ma wokół siebie normalną rodzinę, w odróżnieniu od jej roztargnionych rodziców, którzy często zapominali o zrobieniu zakupów. Dzięki Lewisom, a zwłaszcza dzięki Arthurowi, czuła się chciana i kochana.
Podeszła teraz do niego i zarzuciła mu ręce na szyję. Chciała, by ją objął i pocieszył. Po słowach, które dotarły do niej z salonu rodziców, potrzebowała jego kojących pocałunków.
Arthur przytulił ją, a gdy poczuła dotyk jego ust, napięcie zaczęło ustępować. Tu jest jej miejsce. W jego ramionach. Jej serce przepełniała miłość. Całowała Arthura coraz mocniej, chcąc poznać wszystko, doświadczyć wszystkiego, wszystko przeżyć.
Coś poważnego dzieje się w jej domu, myślała, rodzice zachowują się nieobliczalnie, ale tu, z Arthurem, może ukryć się w kokonie wspólnych doznań. Nie przerywając pocałunku, popychała go w stronę łóżka. Z pewnością ten pierwszy raz pozwoli jej zapomnieć o wszystkim.
- Co...? - Uwolnił się z jej objęć, jakby zaskoczony. - Co ty wyprawiasz?
Podczas tych kilku miesięcy, kiedy ukradkiem wymieniali pocałunki i pieszczoty, nigdy nie posunęła się aż tak daleko. Była od niego młodsza i zawsze godziła się z tym, że to on wyznacza granice. Teraz postanowiła przejąć inicjatywę, pokazać, jak bardzo go kocha.
- Pragnę cię, Arthurze. - Próbowała go znowu pocałować, ale ją powstrzymał.
May nie chciała jednak, by się zastanawiał, myślał racjonalnie i rozsądnie! Chciała doznań, pragnęła zatracić się w nim, mieć poczucie, że wypełnia całe jej istnienie.
- Zwolnij. Poczekaj chwilę.
Pozwoliła mu mówić. Starała się skupić myśli na tym, co dzieje się tu i teraz, wyprzeć ze świadomości słowa usłyszane w domu. Intuicja podpowiadała jej, że nie wróżą nic dobrego. Nie umiała mu o tym opowiedzieć, bo sama tego nie rozumiała.
Bała się, że Arthur powie, że ponosi ją wyobraźnia, że powinna wrócić do domu, a porozmawiają o tym rano. Arthur spoglądał na drzwi pokoju, a ona czuła, że jest podminowany. Jego rodzice byli przekonani, że przygotowuje się do egzaminów. Nie można jednak wykluczyć, że zajrzą do niego i wyraźnie go to peszyło.
Lecz ona chciała oddać mu się bez reszty...
Po chwili znów zaczęła go całować, chcąc dowieść, jak bardzo go pragnie. Lubiła, gdy jego palce plątały się w jej włosach, jego usta zbliżały się do jej warg. Uwielbiała sposób, w jaki całuje, zachłannie i z namiętnością.
Arthur czuje to samo co ona! Tego była pewna.
Gdy wsunął rękę pod pasek jej spodni, znieruchomiała. Mieszały się w niej pragnienie i obawa. W głowie jej pulsowało. To dzieje się naprawdę, straci dziewictwo… Tutaj... teraz!
Arthur cofnął rękę. Gdy patrzył na nią, chciała, by widział w jej oczach, że go pragnie, chce być z nim, zapomnieć o całym świecie. Liczy się tylko ich dwoje oraz ich uczucie.
- Nie musimy tego robić.
Ale ja tego chcę, krzyczała w myślach. Czemu nie możesz tego pojąć? To było takie... dorosłe i wzbudzało dreszcze.
Chciała go przekonać, nie potrafiła jednak znaleźć słów. Ta rozmowa w salonie rodziców nie wróżyła dobrze. Gdyby mieli więcej czasu, ich miłość i namiętność osiągnęłyby jeszcze głębszy wymiar. Dręczyło ją jednak przeczucie, że wszystko się dramatycznie zmieni.
- Kochana, do niczego nie chcę cię zmuszać.
- Och, wiem, że nigdy byś tego nie zrobił.
Odgarnął włosy z jej twarzy i pochylił się, by znów ją pocałować.
- Ale jednak nie jesteś pewna. Dlaczego przyszłaś?
- Bo nie chcę umrzeć dziewicą! - wyrwało się May.
- Umrzeć? Kto tu mówi o śmierci? Nie pozwolę, żeby coś złego ci się stało, a mamy mnóstwo czasu. I ty, i ja. Wszystko się potoczy naturalną koleją rzeczy, kiedy oboje będziemy gotowi.
W kącikach ust Arthura pojawił się uśmiech, a May odetchnęła, zamiast się zezłościć, że się z niej naśmiewa. Może faktycznie przesadziła?
- Wiem. - Wysunęła się z jego ramion i położyła na łóżku. W zamyśleniu owijała sobie włosy wokół palca, jak zwykle, gdy była zakłopotana lub rozdrażniona.
- Tylko że... moi rodzice zachowują się dziwacznie. Dziwniej niż zwykle - wyjaśniła na widok podniesionych brwi Arthura.
- A można jeszcze dziwniej? Przesiadują w pracy, zamiast się tobą opiekować.
- E, mnie to nie przeszkadza. Dzięki temu mogę być tutaj, a twoi rodzice traktują mnie jak drugą córkę. Miło jest być z Clarą, a z tobą - mrugnęła do niego - też bywa miło.
- Nie prowokuj - mruknął.
Położył się przy niej, wsuwając ramię pod jej głowę. Moment namiętności minął, zastąpił ją klimat przyjaźni i wzajemnego wsparcia.
- Nie podoba mi się, że twoi rodzice zachowują się tak, jakby się tobą nie interesowali, jakbyś była przypadkowym dodatkiem. Ale poza tym jestem przekonany, że są niezwykle inteligentni i któregoś dnia odkryją lek na raka.
- Może już odkryli - odparła May w zamyśleniu.
Czy dlatego tak się ostatnio izolują? Czy dlatego zainstalowali dodatkowe środki bezpieczeństwa? Ciągle szepczą coś do siebie, zapamiętale wymachując rękami. Odkryli lekarstwo na raka i ktoś chce im przeszkodzić w ujawnieniu tego odkrycia?
- Poważnie?
- Nie chcę o nich rozmawiać. Teraz masz się uczyć?
- Tak. Sprawdzam, ile czasu potrzebuję na odpowiedzi.
Z kieszeni wyciągnął zegarek, który May natychmiast założyła sobie na rękę.
- Jaki przedmiot?
- Biologia.
- A, mój ulubiony. Pomogę ci. Gdzie masz notatki?
- Chyba na nich leżysz.
- Aha. - Podniosła się i wyciągnęła kartki spod siebie. - Dobra. Pierwsze pytanie - zaczęła tonem imitującym prezenterów teleturniejów i oboje się roześmiali.
- Ćśśś... Nie chcesz chyba, żeby wleźli tu rodzice? - Pocałował ją w nos, a ona przytuliła się do niego, wdychając jego zapach.
- Ładnie pachniesz.
- Tego chyba nie ma w notatkach.
- Zaraz to poprawię. - May wyciągnęła z kieszeni mały różowy długopis i napisała: "Arthur cudownie pachnie". - Poprawione. Dobra, doktorze Lewis. Czas na naukę.
- Wolałbym się z tobą całować - odparł.
- To będzie nagroda, bo nie pozwolę, żebyś przeze mnie oblał egzamin. - Przebiegła wzrokiem notatki. - Proszę o odpowiedź...
Wybierała pytania. Gdy udzielił poprawnej odpowiedzi, był nagradzany pocałunkiem. Kilka razy zadała mu pytania na tematy, których nie było w notatkach, zmuszając do dodatkowego wysiłku.
- Skąd ty wiesz takie rzeczy? - zaśmiał się Arthur.
- Żartujesz? Ojciec prowadzi badania nad ludzkim genomem, a matka jest specjalistką od związków syntetycznych. Mam to we krwi.
- Powinnaś iść na medycynę.
- I zostać lekarzem, jak ty?
- W akademii będę od ciebie dwa lata wyżej, będziemy mogli razem studiować.
- Tak jak pomagałeś mi przygotować się do klasówki? - May zaśmiała się, przypominając sobie pomoc w nauce, która skończyła się w objęciach na kanapie. - W życiu bym nie zdała.
- Zdałabyś. Jesteś mądra.
Odchyliła się i spojrzała na niego.
- Uważasz, że jestem mądra?
Wydawał się zaskoczony.
- May, jesteś najmądrzejszą dziewczyną, jaką znam. Jak myślisz, dlaczego chcę być z tobą?
- Bo jestem ładna?
- Kochana, jesteś piękna. Moja piękność. - Pocałował ją. - Jasne, ciągnie mnie do ciebie. Ale najbardziej kocham w tobie twoją inteligencję.
- Kochasz? - Na dźwięk tego słowa otworzyła szeroko oczy. - Kochasz mnie? - Głos May się załamał.
- Tak. - W jego szarych oczach zabłysł płomień. Mówił spokojnie i szczerze. - Masz z tym problem?
- Nie, nie. - Pokręciła głową. Błogi uśmiech rozciągnął jej usta, zanim znów ją pocałował.
Odwdzięczyła się pocałunkiem. To najlepszy, zdecydowanie najlepszy wieczór w jej życiu. Arthur ją kocha. Kocha! A ona odwzajemnia tę miłość.
- Wiesz, że kocham w tobie wszystko - powiedziała chwilę później, gdy starali się złapać oddech. - Poza tym, że kolanem przygniatasz mi nogę. - Starała się przesunąć, aby unieść ciężar jego ciała. W tym samym momencie on też się przesunął i oboje niemal sturlali się z łóżka. Arthur oparł się o nocną szafkę i niechcący strącił budzik.
Zmartwieli na dźwięk łoskotu budzika toczącego się po podłodze. Wstrzymując oddech, patrzyli na siebie. Czy rodzice Arthura usłyszeli hałas?
Na dźwięk otwieranych drzwi i kroków May pobiegła do okna, a Arthur zaczął zbierać z podłogi rozrzucone notatki.
May była już na gałęzi, gdy ojciec Arthura otworzył drzwi.
- Wszystko w porządku?
- Tak. Przysnąłem, starając się wpakować cały ten materiał do głowy. Im szybciej zdam ten egzamin, tym lepiej.
Ojciec roześmiał się, życzył mu dobrej nocy i zamknął drzwi. Arthur podszedł do okna, a May oparła się o parapet. Pocałował ją.
- Lepiej już idź.
- Wiem. - Pocałowała go jeszcze raz, wkładając w to całe serce. - Kocham cię, Arthurze.
- A ja kocham ciebie, May. Teraz idź spać. Zobaczymy się jutro.
Oszołomiona ześliznęła się po pniu drzewa, pokonała siatkę i wspięła po kolumnie, jakby miała skrzydła u stóp. Gdy weszła do sypialni, zamarła na widok rodziców. Światło się paliło, twarz matki była blada, szczęki ojca zaciśnięte. Napytała sobie biedy!
- May, Bogu dzięki, jesteś. - Matka przygarnęła ją i przytuliła tak mocno, że May bała się, że zemdleje.
- Umieraliśmy ze strachu, że cię złapali. - Ojciec objął rękami matkę i córkę. - Już nigdy tak nie znikaj.
May nie rozumiała, co się dzieje. Nie w ten sposób wymierza się karę dziecku za wymknięcie się po ciemku z domu. Chwilę później zdała sobie sprawę, że matka płacze, a ojciec jest roztrzęsiony.
- Czemu płaczesz? - zwróciła się do matki.
- Och, May. - Matka pocałowała ją w czoło. - Tak mi przykro.
- Musicie się zbierać - usłyszała niski głos.
Zdała sobie sprawę, że nie są sami. Wróciło przerażenie, które spowodowało, że pobiegła do Arthura. Cofnęła się i patrzyła na mężczyznę w ciemnym garniturze.
- Zapakuj tylko to, co niezbędne. Agencja dośle resztę, kiedy będziecie bezpieczni.
- Bezpieczni? - May przełknęła ślinę, starając się opanować narastającą panikę.
- Grozi wam niebezpieczeństwo. Musicie wyjechać. Jeszcze dziś.
Maybelle Freebourne z poczuciem dumy weszła do Victory Hospital, średniej wielkości szpitala na jednym z odległych przedmieść Melbourne. Wracała wreszcie do okolic, gdzie kiedyś czuła się szczęśliwa. Uśmiechnęła się do wspomnień.
Stanęła pośrodku przebudowanego i odnowionego holu i rozejrzała się. Victory to szpital akademicki, miał wszystkie podstawowe oddziały medyczne i chirurgiczne, lecz rozmiarem daleko mu do Royal Melbourne w centrum miasta. Ale jej to odpowiadało.
Maybelle chciała się ukryć, ale nie rozpłynąć całkiem. Wiedziała, jak się dopasować do innych, jak dostosować wygląd i osobowość, by zaakceptowali ją nowi koledzy. Ktoś, kto jest zmuszony zmieniać miejsce zamieszkania co dwa lub trzy lata, musi się tego nauczyć.
Wreszcie ma własne życie. Nie chciała się skupiać na tym, jaka droga ją tu doprowadziła. Jeżeli zacznie o tym wszystkim myśleć, wpadnie w czarną dziurę, z której niemal nie sposób się wydostać. Niemal. Psycholog stwierdził, że wyjątkowo dobrze radzi sobie po tym, co musiała przejść.
Patrzyła na ściany budynku, odnotowując renowacje, które zmieniły i poprawiły jego estetykę. Porównywała ten widok z tym, jaki zapamiętała, gdy była tu, mając osiem lat. Przywieziono ją wówczas na oddział ratunkowy z zapaleniem wyrostka robaczkowego. Jej rodzice byli przygnębieni. Świetnie dawali sobie radę z genomem ludzkim i związkami syntetycznymi, ale na widok chorej córki sami byli chorzy.
Tamten pobyt w szpitalu miał na małą Maybelle duży wpływ. Przede wszystkim podobało się jej to, że szpital funkcjonuje jak zamknięty mały świat, od salowych po chirurgów. Rodzice od dzieciństwa zachęcali Maybelle, by została naukowcem. Na któreś Boże Narodzenie dali jej nawet w prezencie plastikową płytkę Petriego.
Matka była jednak zaskoczona, gdy Maybelle oświadczyła, że chce być lekarzem.
- Ale medycyna to krew, a na zajęciach będziesz musiała przeprowadzać sekcje zwłok - stwierdziła matka, robiąc dla efektu pauzę. - Nie chcesz chyba mieć do czynienia ze zmarłymi.
- Sama może dokonać wyboru, Samantho - wtrącił ojciec, podnosząc oczy znad pisma naukowego. - Ty i ja nie lubimy zajmować się ludźmi i wolimy pochylać się nad mikroskopem. Ale to nie znaczy, że ona nie może być lekarzem. Poza tym - spojrzał na Maybelle pobłażliwie - masz dopiero osiem lat. Możesz zmienić zdanie.
Dał matce wzrokiem do zrozumienia, by nie ciągnęła tematu, toteż matka dała spokój.
Rzecz jasna, kiedy Maybelle otrzymała dyplom lekarski, rodzice byli z niej niezwykle dumni.
- Nie wiem, jak ty jesteś w stanie wykonywać tę pracę - powiedziała matka któregoś dnia, gdy Maybelle wróciła skonana po długim dyżurze na oddziale ratunkowym. - Ale cieszy mnie, że pomagasz ludziom, że ratujesz życie. - Popatrzyła córce w oczy. - Zwłaszcza po tym wszystkim, co przez nas przeszłaś.
Maybelle przytuliła matkę. Od czasu, gdy zostali objęci programem ochrony świadków, cała trójka spędzała razem dużo czasu. Maybelle znalazła w ten sposób upragnioną rodzinną bliskość.
- Nie ma tego złego, co by choć trochę na dobre nie wyszło - lubił powtarzać ojciec.
Nie, rodzice nie odkryli leku na raka. Opracowali natomiast surowicę, która mogła stać się narzędziem licznych zbrodni, gdyby trafiła w niepowołane ręce. Włamywacze szukali wyników ich badań. Maybelle dowiedziała się, że włamano się również do ich laboratoriów. Rząd Australii zaoferował objęcie rodziny programem ochrony, jeżeli rodzice zgodzą się w ukryciu kontynuować prace nad antidotum.
- Nie możemy publikować badań pod własnym nazwiskiem, ale za to żyjemy - mawiał ojciec.
- A May była w stanie ukończyć studia zaledwie po dwóch relokacjach - dodawała matka. - Przyjdzie dzień, kiedy uwolni się od tego wszystkiego i zacznie własne, prawdziwe życie.
- Ten dzień właśnie nadszedł, mamo - wyszeptała May w holu szpitala, kierując się w stronę wejścia do oddziału ratunkowego.
Przesunęła kartę przez czytnik i otworzyła drzwi. Jej podniecenie ulotniło się na widok spokoju panującego na oddziale. Była gotowa do działania, a zobaczyła wyraźnie rozbawioną grupę zgromadzoną wokół centralnego biurka, między stanowiskami zabiegowymi. Nic się nie działo. Na łóżkach leżało, owszem, kilku pacjentów, ale ich stan był stabilny.
Z uczuciem zawodu ruszyła do biurka. Nie przepadała za cichymi miejscami, gdzie wszystko było pod kontrolą. Lubiła ruch, krzątaninę; lubiła być zagoniona. Nikt nie spojrzał na nią, kiedy się zbliżała. Najwyraźniej wszyscy byli zafascynowani czyimś opowiadaniem.
- I w tym momencie - mówił mężczyzna o głębokim głosie - nadepnęła na piłkę.
Puenta wywołała wybuch śmiechu. Jedna z kobiet odwróciła się i zobaczyła Maybelle stojącą za jej plecami. Podskoczyła i położyła rękę na sercu.
- Na miłość boską, ale mnie wystraszyłaś. Chodzisz jak kot.
Maybelle przypomniała sobie, jak uczono ją przemykać się niepostrzeżenie, nie rzucać się w oczy, stawać się niewidzialną. Tym razem jednak nie zrobiła tego celowo. Pokazała swój identyfikator.
- Jestem nowa. Lekarz. Oficjalnie zaczynam - spojrzała na zegar ścienny - za pół minuty.
- Doktor Freebourne? Eee... May? Zgadza się?
- Maybelle - poprawiła.
- Jestem Gemma, administratorka oddziału, mam twoje papiery... gdzieś tutaj. - Gemma uścisnęła dłoń Maybelle i zaczęła przekładać dokumenty na biurku. - O, są.
- Powiedziałaś, że zaczynasz? - spytała jedna z pielęgniarek. - Fantastycznie. Strasznie nam brakuje rąk do pracy.
- W szpitalach zawsze są braki kadrowe - stwierdziła półgłosem inna pielęgniarka. Jej ton wskazywał, że uważa to za oczywistość.
Gemma złożyła kilka kartek i wręczyła je mężczyźnie, który chwilę wcześniej zabawiał towarzystwo anegdotą.
- Arthurze, proszę.
Arthur? Coś kliknęło w jej pamięci. Dzisiaj to imię nie jest często spotykane, pomyślała, uważa się je za staroświeckie. Jedyny Arthur, jakiego znała, dostał je po ukochanym dziadku i nosił z dumą.
Arthur. Jej król Arthur. Pierwszy chłopak, którego kochała. Uśmiechnęła się do wspomnień, ale nauczona samokontroli, skupiła się na pytaniach kolegów.
- Jeszcze raz, jak masz na imię? - spytał ktoś z grupy.
- Drodzy państwo - Gemma weszła Maybelle w słowo - przedstawiam wam doktor Maybelle Freebourne, która dołącza do naszej drużyny ze szpitala akademickiego w centrum Sydney.
Kilka osób podeszło do niej, żeby się przywitać. Była w centrum uwagi, a tego nie lubiła. Czuła się, jakby leżała pod mikroskopem. Nie ma jednak rady. Dokonała wyboru i jest zdecydowana. To nowe życie musi się ułożyć.
- Maybelle? - Spojrzała na właściciela głębokiego głosu, który wypowiedział jej imię.
Wysoki, ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Miał na sobie niebieski strój chirurgiczny, biały lekarski fartuch, na szyi stetoskop. Włosy, niegdyś najwyraźniej koloru blond, teraz były jasnobrązowe, z pierwszymi oznakami siwizny. Nos miał lekko krzywy, z pewnością kiedyś był złamany. Na widok jego szarych oczu zaschło jej w ustach, a serce na moment zamarło. Tych oczu niepodobna zapomnieć. Jakżeby mogła, skoro kiedyś patrzyły na nią z taką czułością?
- To bardzo staroświeckie imię - stwierdził Arthur.
- Ty akurat jesteś w tej dziedzinie autorytetem - wtrąciła się Gemma. - Arthur to też bardzo staroświeckie imię. Będziecie do siebie pasować: Maybelle i Arthur.
- Stare imiona są znowu w modzie - oświadczyła młoda pielęgniarka i rozpoczęła tyradę o tym, jak to jedna z jej przyjaciółek jest w ciąży, a w poradnikach dla młodych matek pisano, że stare imiona wracają do łask.
Do Maybelle nie docierało ani jedno słowo.
Dudniło jej w uszach i czuła przyspieszone bicie serca. To jest ten sam Arthur. Chłopak, w którym była zakochana wiele lat temu. A teraz? Teraz jest jeszcze bardziej przystojny. Nie mogła od niego oderwać oczu.
Czemu nie wypytała dokładniej swojego rządowego opiekuna, z kim będzie pracować? Kiedy przygotowywano dokumentację potrzebną do jej przeniesienia, chciała wiedzieć tylko, kto jest dyrektorem szpitala. Nie zapytała o nazwisko ordynatora oddziału ratunkowego. Teraz jest za późno, żeby się wycofać.
Dotyk jego ciepłej ręki wywołał ciepło, które rozlało się po całym jej ciele. Wątpliwości, czy jest to ten sam Arthur, zniknęły wraz z tym dotknięciem.
- Jestem Arthur. Arthur Lewis, ordynator ratunkowego.
Arthur Lewis i jego siostra Clara. Przeżyli razem fantastyczne chwile. Maybelle i Clara były jak siostry; Arthur był jak starszy brat. Do momentu, kiedy zaczęła w nim widzieć coś więcej niż zastępczego brata.
Przełknęła ślinę i zmusiła się do koncentracji. Cofnęła dłoń, jakby dotyk Arthura lekko ją oparzył. Przejechała palcami przez krótkie jasne włosy i starała się opanować.
- Miło mi. - Zrobiła krok wstecz, żeby stworzyć dystans. Głęboko wciągnęła powietrze, by uspokoić oddech.
Natychmiast zdała sobie sprawę, że był to błąd. Jej zmysł powonienia odnotował aromatyczny zapach płynu po goleniu, który się jej z nim kojarzył. To nowe życie zaczyna się od zderzenia z przeszłością!
- Chodźmy do mojego pokoju, pogadamy. - Uśmiechnął się do niej uprzejmie, tak jakoś bezosobowo. To znaczy, że nie ma pojęcia, kim ona jest.
Ruszyła za nim. Opanowała pierwszy szok i w jakimś stopniu czerpała przyjemność z możliwości oceny, jak życie zmieniło go przez te dwadzieścia lat.
Poprosił, by usiadła. Włożył okulary w cienkich metalowych oprawkach. Nie mogła opanować uśmiechu. Przypominał w nich własnego ojca.
- Co cię tak śmieszy? - Zdała sobie sprawę, że Arthur też na nią patrzy.
- Nie, nic. Ładne okulary.
- A... dziękuję. - Podniósł brwi, jakby nie był pewien, jak przyjąć ten komplement. - Sprawdźmy szybko te papiery, aby mieć pewność, że wszystko jest podpisane gdzie trzeba i masz ważne certyfikaty bezpieczeństwa.
- Mój identyfikator mnie tu wpuścił, więc chyba tak.
- To dobrze. - Złożył podpis w dwóch miejscach i zdjął okulary. - Mamy kłopoty z identyfikatorami. Dyrekcja to sprawdza, ale właściwie nasz system wymaga aktualizacji. Gdybyś miała jakieś problemy, daj znać.
- Okej. Dzięki za ostrzeżenie.
Arthur złożył ręce i wpatrywał się w nią intensywnie. Maybelle starała się zachować spokój i niczym nie zdradzić. Czy ją poznał? Czy dopatrzył się podobieństwa z szesnastoletnią dziewczyną?
Czekała, aż się odezwie, lecz wpatrywał się w nią, jakby zobaczył ducha.
- Czy myśmy się kiedyś nie spotkali?
Maybelle potrząsnęła głową.
- Ja, eee...
- Mam dziwne wrażenie, że skądś cię znam.
Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się z przymusem.
- Pewnie mam twarz, która wszystkim się z czymś kojarzy.
Patrzył na nią przez długą chwilę, próbując umiejscowić ją w pamięci. W końcu odchylił się.
- Czy masz jakieś pytania? Zapoznałaś się z regulaminem szpitala i oddziału?
- Oczywiście. Wszystko jest jasne.
- To dobrze. Dopóki całkiem się tu nie zadomowisz, nie zawahaj się prosić o pomoc.
- Jasne. - Nie była pewna, czy ma wstać, czy czekać, aż Arthur powie jej, że rozmowa jest skończona. A może jeszcze coś zechce dodać? Machinalnie owijała pasmo włosów wokół ucha, zanim zorientowała się, co robi, więc położyła dłonie na kolanach.
Zadzwonił telefon. Arthur podniósł słuchawkę.
- Tak, Gemmo. - Przerwał i skinął głową. - Zaraz tam będziemy. - Odłożył słuchawkę i szybko wstał.
- Jadą do nas trzy karetki przekierowane z Royal Melbourne. Oni są obłożeni, a my mamy wolne miejsca.
Maybelle również wstała.
- Cóż, doktor Freebourne. Nie ma to jak być rzuconym na głęboką wodę. Zobaczmy, czy potrafisz pływać.
Otworzył przed nią drzwi.
- Będziesz miał na mnie oko? - spytała, wychodząc. Czemu do jej głosu wkradł się ten kokieteryjny ton?! - To znaczy będziesz obserwować, czy daję sobie radę?
Roześmiał się krótko, a po plecach Maybelle przeszedł dreszcz. Ten sam śmiech... tylko głębszy. Czuła się rozkojarzona, i to w zupełnie niestosownym momencie.
- Możesz to sobie interpretować, jak chcesz - rzucił, gdy podchodzili do stanowiska pielęgniarek. - Odwrócił się, mrugnął do niej, po czym zwrócił się do Gemmy: - Co się dzieje?
Maybelle próbowała rozgryźć, o co chodzi. Dlaczego puścił do niej oko? Czy tylko się przekomarza? Zawsze lubił żarty, ale nigdy nie przekroczył granicy, by sprawić komuś ból. Żartował z zespołem, gdy weszła na oddział. Stosunki między ludźmi są dobre. Arthur potrafi rozładować sytuację odrobiną humoru.
I tyle? Czy też sygnalizuje, że ona będzie pod obserwacją nie tylko jako lekarz medycyny ratunkowej, ale również ze względów pozazawodowych?
Ta perspektywa wywołała w niej falę ciepła. Z zakamarków pamięci wróciły wspomnienia uczuć, kiedy Arthur ją całował. Jego zachowanie obudziło w niej kobiecość. Arthur Lewis puścił do niej oko z typową dla siebie niefrasobliwością, przekorą i uśmiechem. Nie po raz pierwszy i z tym samym co kiedyś destruktywnym skutkiem. Zachwiał jej wewnętrzną równowagą.
Musi się teraz skupić na pracy i nie myśleć o tym, jak ten facet potrafi rozpalić jej zmysły jednym prostym zabiegiem. Lepiej nie analizować uczuć, jakie wzbudza w niej Arthur Lewis.
- Na autostradzie naczepa stanęła w poprzek szosy i zderzyło się kilka samochodów. Parę osób nadal jest uwięzionych w autach. Służby ratunkowe starają się ich wydobyć. Royal Melbourne jest przepełniony ofiarami wypadków z godziny szczytu i do nas kierują tych, których tam nie mogą przyjąć.
- Czy wiemy, jaki był ładunek tej naczepy? - przerwała Maybelle. - Czy była to cysterna przewożąca paliwo albo środki chemiczne, a może transport zwierząt?
Arthur spojrzał na Gemmę, która zajrzała do notatek.
- To była cysterna z paliwem.
- Słuszne pytanie, Maybelle. - Mogłaby przysiąc, że jego brwi uniosły się na znak, że jest pod wrażeniem. - Wobec tego musimy być przygotowani na oparzenia poza zwykłymi skutkami wypadków komunikacyjnych, takimi jak urazy kręgosłupa, złamania, stłuczenia i wstrząśnienia mózgu.
Podzielił obecnych na grupy i wydawał instrukcje.
- Maybelle, ty masz pełną specjalizację w medycynie ratunkowej, weź drugi gabinet zabiegowy. Ja będę w pierwszym. Larrisa, jesteś odpowiedzialna za pierwszy kontakt i dokonujesz selekcji rannych. Kate, zajmujesz się pacjentami, którzy nie mają obrażeń bezpośrednio zagrażających życiu. Gemma dzwoniła już na bloki operacyjne i na oddziały, żeby znaleźć miejsca. Personel chirurgiczny został wezwany, a lekarze z innych oddziałów mają zaraz być powiadomieni.
Z oddali usłyszeli syrenę pierwszej karetki. Arthur skinął głową do zespołu, zatrzymując wzrok na Maybelle.
- Idziemy na podjazd. - Zdjął fartuch lekarski i założył jednorazowy fartuch chirurgiczny. Drugi podał Maybelle.
Była gotowa w chwili, gdy karetka wjeżdżała do zatoki. Sanitariusze pomagali ratownikom medycznym przenieść nosze na wózek.
- Twój pacjent, Maybelle. Powodzenia. - Czuła jego intensywny wzrok, gdy odwróciła się do ratownika, by odebrać pacjenta.
Jedną z umiejętności, jakie Maybelle posiadła w ciągu lat, było szufladkowanie myśli i emocji. Nie ma znaczenia, czy Arthur ją obserwuje, czy też nie. Teraz jej zadaniem jest ratować życie.