Nowe życie - Roman Sadowski

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

Często słyszymy słowa "życie jest piękne". Co znaczą te słowa? Mówi się, że to dar od Boga, coś pięknego, wspaniałego, wzniosłego. Zadajmy sobie pytanie: jeżeli to życie jest tak wspaniałe, piękne i cudowne, to dlaczego my je tak niszczymy, skracamy, w większości wypadków sami, z własnej i nieprzymuszonej woli? Przecież większość z nas chce żyć jak najdłużej. Zazdrościmy innym długowieczności, pracujemy nad wynalezieniem sposobu na nieśmiertelność. A mimo to zabijamy się świadomie, powoli, przy użyciu różnych używek typu: alkohol, narkotyki, nikotyna i wielu innych. Wszyscy wiemy, że wymienione używki są szkodliwe i śmiertelnie niebezpieczne, a my je i tak zażywamy z pełną świadomością. Jakie będą tego konsekwencje i do czego nas doprowadzą? Wszyscy wiemy, że mogą nas jedynie doprowadzić do wielu groźnych chorób i przedwczesnej śmierci.

Ja też byłem tego świadomy i też skracałem sobie życie, pijąc alkohol. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że może się coś zmienić w moim życiu i przestanę pić. Aż pewnego dnia, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, wszystko się zmieniło w moim życiu na lepsze. Z pomocą przyszli wspaniali terapeuci, którzy mnie odpowiednio ukierunkowali, wskazali mi właściwą drogę, która doprowadziła mnie do trzeźwości, zaufałem im i nie żałuję. Ale najważniejszą rolę w powrocie do trzeźwości odegrałem ja sam, tak, ja sam! Nie żartuję i nie jest to samochwalstwo, jest to najprawdziwsza prawda. Jeżeli człowiek sobie w głowie nie poukłada, nie zrozumie, co jest dobre, a co złe, to proszę, uwierzcie mi, nikt wam nie pomoże, nawet najznakomitsi terapeuci, nikt, powtarzam, nikt, tylko wy sami możecie tego dokonać. Nikt was nie zna tak dobrze jak wy sami. Trzeba samemu chcieć i to trzeba sobie uświadomić, zakodować w głowie, zrobić stopklatkę. Powiedzenie mówi, że i święty Boże nie pomoże, trzeba samemu chcieć i wierzyć, że się uda.

Moja historia zaczyna się od podjęcia życiowej decyzji, a decyzja była trudna, bardzo trudna i bardzo wstydliwa, uwierzcie mi. Podjąłem ją błyskawicznie zaraz po przyjeździe z izby wytrzeźwień, w której spędziłem koszmarną noc na śmierdzącej kozetce bez pościeli, o głodzie, chłodzie, smrodzie, z wielkimi prośbami o łyk wody i o wyjście do ubikacji. Była to najdłuższa i najokropniejsza noc w moim życiu, nie waham się tak tej nocy nazwać. Była to noc wielkich przemyśleń, zadawania sobie wielu pytań, co ja narobiłem, ale wstyd, żona i dzieci odejdą ode mnie, nie będą chcieli żyć z takim ojcem, a żona z takim mężem.

Dzień wcześniej, a był to pierwszy września 2019 roku, też była to pamiętna data, ponieważ tego dnia przed osiemdziesięcioma laty wybuchła druga wojna światowa, był to też dzień rozpoczęcia roku szkolnego. W tym właśnie dniu, po wcześniejszej mocno zakrapianej alkoholem sobocie, zdarzyła się delikatna kłótnia z moją żoną. Delikatna, ponieważ nigdy w naszym wspólnym życiu małżeńskim, niekrótkim, bo piętnastoletnim, nigdy mocno się nie kłóciłem z żoną. Zawsze było tak, że jak zaczynała się sprzeczka, to ja po chwili wychodziłem, aby nie dolewać oliwy do ognia, i czekałem, aż emocje opadną. Jak teraz sobie pomyślę, jakie spustoszenie zrobił mi w głowie alkohol, wydaje się to nieprawdopodobne i nie do uwierzenia. Doszedłem do wniosku, że odejdę od swojej pięknej, młodej, wykształconej, pokochanej od pierwszego wejrzenia żony. Od syna, nastolatka spokojnego, przystojnego, inteligentnego, wrażliwego, który właśnie w tym czasie najbardziej potrzebuje ojca, a także od syna młodszego, jeszcze nie nastolatka, ale też wrażliwego, inteligentnego, któremu buzia się nie zamyka, bo ma tyle pytań, na które oczekuje odpowiedzi, zawsze przyjdzie, przytuli się i powie "kocham cię tata". Właśnie wtedy obudziła się we mnie urażona męska duma. Wstałem z kanapy, ubrałem się, nie mówiąc nawet do widzenia, po prostu otworzyłem drzwi i wyszedłem, kierując pierwsze kroki do sklepu spożywczego po alkohol, żeby, jak to się ładnie mówi, odreagować. Tylko co miałem odreagowywać, raczej to moja żona powinna uciec z domu i odreagować, a nie ja. Bardzo to wszystko było pokręcone, ale niestety tak działa alkohol na mózg człowieka, który nie wie, co robi i w jakim celu.

W pewnej chwili ktoś bierze mnie pod pachę, podnosi i mówi: "Proszę ostrożnie". Ogarnia mnie ogromne zdziwienie: o co chodzi? Na chwilę odzyskałem świadomość i uświadomiłem sobie, że siedzę w radiowozie. W tej krótkiej chwili świadomości zadałem sobie pytanie, co ja w nim robię, czy popełniłem jakieś przestępstwo? Nie, to niemożliwe, ja, taki spokojny człowiek... Zapytano mnie, czy mam dokumenty, na co odpowiedziałem stanowczo: "Nie". Nie zdążyłem powiedzieć, że miałem, tylko albo zostały mi skradzione, albo zgubiłem.

Nawet nie wiem, skąd zostałem zabrany. Nagle nastąpiło urwanie łączności z otoczeniem, kiedy się ocknąłem, byłem na dnie. Tak nazwałem to miejsce, w którym się znalazłem. Nie wiem, jak w takim miejscu można wytrzeźwieć, chyba jest to kwestia przyzwyczajenia, przywyknięcia, żywym tego przykładem był człowiek, który na sąsiedniej kozetce przespał całą noc i wstał dopiero wtedy, kiedy go obudzili i kazali iść do domu. Tak, kazali, bo w izbie wytrzeźwień nikt z tak zwanego personelu nie używa słów proszę, przepraszam, tam rozkazują i lepiej się nie sprzeciwiać – tak poinformowali mnie stali bywalcy. Człowiek jest w tym przybytku państwowym traktowany jak nie wiem kto, nie mogę znaleźć pasującego słowa do panującej tam sytuacji. Przecież alkoholik to człowiek chory, a alkoholizm to choroba jak każda inna, którą można leczyć, należy leczyć i da się wyleczyć w stu procentach. Mówi się, że alkoholikiem jest się całe życie, tylko niepijącym. Jest to nieprawda, błędne myślenie. Zostałem wypuszczony o świcie, nie powiem, chciano mnie wypuścić wcześniej, ale procedury są takie, że trzeba mieć dopuszczalną ilość alkoholu w wydychanym powietrzu. Jaka norma obowiązywała w izbie, nie wiem, a chciałem jak najszybciej opuścić to miejsce, chociaż jak teraz się zastanowię, to nie wiem, co bym wtedy zrobił, jakby mnie wypuszczono w środku nocy pijanego, nieznającego okolicy. Nie miałem ani pieniędzy, ani dokumentów, ani nawet telefonu, zostałbym tylko z pytaniem w głowie, jak się dostać do domu, który właśnie porzuciłem przez wódkę, którą kochałem bardziej od ciepłego domu i rodziny.

Muszę przyznać, że tak zwany personel izby wytrzeźwień, jaki by nie był, w porównaniu z innymi osobami, z którymi przebywałem w pomieszczeniu (już miałem napisać "w pokoju", ale to nie był pokój, to była śmierdząca nora, pomalowana na żółto, z żółtą lamperią, kratami w oknach i metalowymi drzwiami, o wystroju z lat sześćdziesiątych), byłem dobrze traktowany, nie byłem poniżany, szturchany, wyzywany, byłem traktowany, że tak napiszę, normalnie po ludzku. Pamiętam, że w nocy przywieźli chłopaka ze złamaną ręką, po wielkich prośbach chorego podano mu tabletkę przeciwbólową i po trzech godzinach w środku nocy wypuszczono. Nie chciano brać na siebie odpowiedzialności. Chłopak powinien trafić na SOR, a nie do izby wytrzeźwień. Mówiono, że bardzo się awanturował. Może tak, może nie... Gdy człowiek jest pijany, to wszystko można mu wmówić. Mnie mówili, że się awanturowałem, ale to nieprawda, ponieważ dobrze pamiętam, jak policja lub straż mnie traktowała: grzecznie się do mnie zwracali, może i odwieźliby mnie do domu, ale dokumentów nie miałem i nie zdążyłem powiedzieć, gdzie mieszkam, gdyż film mi się urwał.

Mnie nie wypuszczono tak od razu, przed wyjściem zostałem grzecznie zaproszony do pokoju na rozmowę. Nie wiem, kim był ten pan – psychologiem czy czarodziejem, wiem, na pewno wiem, że był człowiekiem zachowującym się bardziej po ludzku niż ten cały pseudopersonel, który cały czas szukał pretekstu, żeby się wyżyć na osobach nietrzeźwych. Zadał mi kilka pytań: czy jestem żonaty, czy mam dzieci i czy myślałem, żeby zmienić swoje postępowanie, przestać pić. Odpowiedziałem, że tak, nosiłem się z takim zamiarem, chciałem sobie zaaplikować tak zwaną wszywkę, ale natychmiast usłyszałem, że to bez sensu, że do niczego to mnie nie zaprowadzi, że problem siedzi w głowie i wszywka niczego nie zmieni w moim dalszym postępowaniu, to jest tylko chwilowe rozwiązanie. Szczerze mówiąc, kiedy siedziałem w tym pokoju, poczułem, jak coś w mojej głowie zaczęło się zmieniać, był to pierwszy etap zmiany w moim życiu, tak z perspektywy czasu mogę to z ręką na sercu powiedzieć. Później przeczytałem w książce, że codziennie umierają w organizmie stare komórki, a następnie rodzą się na ich miejscu nowe. Takiego właśnie uczucia doznałem, siedząc w tym pokoju: na miejscu starych, złych komórek zaczęły pojawiać się nowe, te właściwe.

Gdy wyszedłem z tego przybytku, skręciłem w prawo, jak mnie pokierowano, ale oczywiście okazał się to błędny kierunek i musiałem zawrócić. Tak jak napisałem wcześniej, ani pieniędzy nie miałem, żeby kupić bilet na autobus, ani dokumentów, ani telefonu, a był to poniedziałek i miałem iść do pracy. Co prawda jakby mnie zobaczyli w takim stanie zewnętrznym i psychicznym, to doznaliby lekkiego szoku. Nie wiedziałem, czy wracać do domu, bo przecież go porzuciłem. Zadawałem sobie cały czas pytanie, co ja narobiłem i jak zostanę przyjęty przez rodzinę, jak już do niej wrócę. Tak to jest w życiu, że z jednej strony człowiek zachowuje się podle, ucieka z domu, uważając, że jest mu tam źle, nikt go nie rozumie, a tak naprawdę to nie chodzi o zrozumienie, tylko żeby rodzina zaakceptowała nasze uzależnienie.

Gdy wróciłem, tak jak myślałem, fajerwerków nie było, ale też nie było tragicznie. Była cisza, głucha cisza. Zauważyłem, że wszyscy na swój sposób cieszyli się z mojego powrotu, ale tego nie okazywali. Ważne, że wróciłem cały i zdrowy, trochę poobdzierany, ale żywy. Do końca życia będę miał przed oczami obraz, że gdy zapinałem białą koszulę mojemu młodszemu synkowi wybierającemu się na rozpoczęcie roku szkolnego, w jego oczach zobaczyłem wszystko: strach, że mógł mnie już nie zobaczyć, wściekłość, radość... Z mojej strony ogromny, cholerny wstyd przed dziećmi i żoną. Teraz wiem, że to dobrze, bo świadczyło to, że mam jeszcze resztki uczuć w sobie.

Gdy dzieci wyszły do szkoły, powiedziałem sobie: "Dosyć tego, muszę coś zrobić, życie jest za piękne, żeby je tak zmarnować przez wstrętną wódę. Stracić wspaniałą rodzinę? Nie pozwolę na to!".