Nowe Życie - Anna Mytyk
16.22 zł
13.46 zł
(13,79 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
ANNA MYTYK
Nowe Życie
Opracowanie graficzne okładki:
Marcin Mytyk
Opracowanie tekstu:
Autor
Korekta:
Aleksandra Szoć
Skład i łamanie:
Autor
Wszystkie postacie w tej książce są
fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do
osób rzeczywistych jest całkowicie
przypadkowe.
Copyright? Anna Mytyk
ISBN: 978-83-943425-4-8
Rozdział I
To znowu się stało. Kolejny raz wy-
mierzył mi cios prosto w twarz. Już
nawet nie mam siły z nim walczyć.
Wolę zejść mu z oczu, zanim znowu
będzie chciał się na mnie wyżyć.
Zbiegam po schodach naszego bloku i
mijam starszą panią z kotem na rę-
kach.
- Dzień dobry - mówi staruszka,
nie odrywając wzroku od mojej
spuchniętej twarzy. Marszczy cien-
kie, siwe brwi, widząc mój wygląd.
Na pierwszy rzut oka widać, że jest
empatyczną, starszą babcią, która z
całą pewnością ma wiele wnucząt,
którym poświęca swój czas.
-Dzień dobry - odpowiadam i wy-
cieram łzę spływającą po policzku.
-Odejdź od niego, moje dziecko. -
Przez chwilę zatrzymuję się i patrzę
w jej znużone oczy. - Wiem, co mó-
wię. Też miałam męża alkoholika.
Dopóki będziesz wracać i udawać, że
nic się nie stało, będzie robił, co
chce. Odejdź od niego, to jedyny
sposób, w jaki możesz się uchronić. -
Starsza kobieta otworzyła drzwi od
swojego mieszkania i weszła do
środka zostawiając mnie samą, po-
grążoną we własnych myślach.
- To nie takie proste - mówię so-
bie pod nosem, po czym wychodzę z
klatki. Idę miarowym tempem, jednak
po chwili czuję krople deszczu i za-
czynam biec. Miasto jest puste, a ci
którzy właśnie chadzają jego ulicami
albo spieszą komuś na spotkanie albo
są ślepo zakochani. Przebieram noga-
mi coraz szybciej, aż zupełnie niespo-
dziewanie wpadam na mężczyznę wy-
chodzącego z kawiarni. Upadam na
asfalt.
-Przepraszam - mówię cicho i
podnoszę na niego wzrok.
- Nic pani nie jest? - Podaje mi
dłoń i pomaga wstać z mokrego
chodnika.
- W porządku, a panu nic się nie
stało? - Zadaję to pytanie i zupełnie
niespodziewanie czuję mrowienie w
całym ciele, na widok jego przenikli-
wego spojrzenia.
Mężczyzna stojący przede mną ma
ciemnobrązowe włosy, postawną i
umięśnioną sylwetkę, śnieżnobiałe
zęby, szaroniebieskie oczy i jest pie-
kielnie seksowny. Ciekawe, o czym
myśli patrząc na moje długie i rozczo-
chrane, kasztanowe włosy, pobladłą
twarz i jakieś stare ciuchy, w których
wybiegłam z domu.
-Mnie nic, ale pani jest cała prze-
moknięta. Proszę, niech pani wejdzie
do środka i napije się ze mną kawy. -
Patrzę na niego i nie wiem jak mam
się zachować. Dopiero, co dostałam
łomot od swojego męża alkoholika, a
teraz mam iść na kawę z obcym męż-
czyzną?
- Proszę - powtarza, patrząc w
moje czerwone oczy i otwiera przede
mną drzwi. Spoglądam niepewnie i
po chwili odpowiadam cicho.
Już po paru minutach siedzimy na-
przeciw siebie przy stoliku, a kelner-
ka przynosi nam wcześniej zamówio-
ne ciepłe napoje.
- Dobrze. - Wchodzę do środka.
-Nie chciałbym być ciekawski,
ale wygląda pani na kogoś, kto
przed momentem doznał czegoś
przykrego. Czy aby na pewno do-
brze się pani czuje? - Nerwowo
mieszam kawę srebrną łyżeczką i
uciekam wzrokiem na drugi koniec
sali. Ależ jest wścibski, dlaczego
miałabym mu opowiadać, co dzieje
się w moim życiu?
- To nic takiego. - Zerkam na
jego seksowną twarz i czuję się
dziwnie. Ten mężczyzna jest inny,
czuję się onieśmielona.
- No cóż, nie będę naciskał. Jed-
nak, jeżeli mógłbym pani w jakikol-
wiek sposób pomóc...
- Dziękuję. - Uśmiecham się lek-
ko i biorę łyk kawy.
- Jak pani na imię? - Odwza-
jemnia leniwy uśmiech i zauwa-
żam, że jest niezwykle wyluzowany
- nie to, co ja. Odczuwam napięcie
w całym ciele.
- Amanda, a pan? Jak panu na
imię? - Czuję, jak na policzek wy-
pełza krwisty rumieniec.
- Nazywam się Radosław Ma-
jewski. Może przejdźmy na ,,ty"?
Będzie prościej. - Uśmiecha się
dwuznacznie, a ja podaję mu rękę i
kolejny raz wypowiadam swoje
imię.
- Miło mi cię poznać, Amando.
- Kiedy dotykam jego dłoni, moje
ciało obiega dziwny dreszcz ekscy-
tacji. Nigdy żaden mężczyzna tak na
mnie nie działał.
- Czym się zajmujesz, na co
dzień? - Pyta zupełnie normalnie, a
ja nadal jestem spięta.
- Jestem zwykłą sekretarką, nic
szczególnego i ciekawego. A ty?
Czym się zajmujesz? - Upijam ko-
lejny łyk kawy i spoglądam na nie-
go spod długich rzęs.
- Mam swoją firmę, także nic, co
mogłoby cię zaciekawić. Sama rozu-
miesz, papierkowe sprawy.
- Jesteś mężatką? - Zerka na
obrączkę, która lśni na moim palcu.
- Niestety tak. - Odpowiadam,
wzdychając.
- Niestety? - Otwiera szeroko
oczy, jakby nie rozumiał mojego
przygnębienia.
- Moje małżeństwo to bagno, z
którego nie mogę się wydostać. -
Przez moment zapominam, że roz-
mawiam z zupełnie obcą mi osobą i
wydaje mi się, że jestem zbyt wielo-
mówna.
- Skoro jest ci źle, dlaczego nie
odejdziesz od męża?
- To nie jest takie proste. On... -
Urywam w połowie zdania i ucie-
kam wzrokiem.
- Czy on cię krzywdzi? - Jego
dłoń ląduję na mojej, a ja sztywnieję,
czując jego opuszki palców, lekko
gładzące skórę mojej dłoni.
Czuję się dziwnie, a serce uderza mi
tak mocno, że mam wrażenie, jakbym
miała za chwilę zemdleć.
- Przepraszam, ale chyba zbyt
dużo już powiedziałam. - Spusz-
czam wzrok na podłogę i czuję się
zażenowana.
- Nie przepraszaj. Wiem, że się
nie znamy i pewnie mi nie ufasz, ale
jeżeli mógłbym ci pomóc... - Nadal
gładzi moją dłoń, a ja nie wiem, jak
się zachować.
- Dziękuję, ale wolałabym wyjść
z tego sama. Posłuchaj, robi się ciem-
no, a ja muszę wracać do domu. Mój
mąż, on... No cóż, nie lubi, kiedy
zbyt długo mnie nie ma.
- Oczywiście. Odprowadzę cię,
nie masz parasola, a ja owszem. -
Uśmiecha się życzliwie i wstaje z
miejsca.
- Dobrze, mieszkam niedaleko. -
Pomaga mi nałożyć płaszcz, po czym
otwiera przede mną drzwi.
Chwilę później jesteśmy pod jed-
nym parasolem, na tyle blisko, że
ocieramy się o siebie ubraniem.
Idąc obok tego mężczyzny czuję się
nieswojo. Mam wrażenie, że troszczy
się o mnie bardziej, niż kiedykolwiek
ktoś mógł się troszczyć. Wychowałam
się w trudnej rodzinie, a z dzieciństwa
pamiętam tylko płacz mamy i wrzask
ojca, który podobnie jak mój mąż
mnie, bił mamę.
- To tutaj. - Zatrzymujemy się
pod blokiem w stylu dawnych ka-
mienic.
- Posłuchaj, nie chciałbym być
nachalny, ale czy jest możliwość,
abyśmy się jeszcze kiedyś spotkali? -
Przez moment patrzę w jego oczy i
bez słowa zastanowienia wyciągam z
torebki kawałek kartki i długopis.
Szybko notuję swój numer telefonu
i podaję tajemniczemu mężczyźnie.
- Proszę, jeżeli będziesz miał
ochotę, możesz zadzwonić. Jednak
pamiętaj, że mam męża. - Ostatni
raz patrzę w jego seksowne i tak
bardzo pociągające oczy, po czym
wchodzę do klatki.
Kiedy jestem pod drzwiami, słyszę
dźwięk bitego szkła i przez chwilę
waham się, czy aby na pewno po-
winnam wejść do domu. Przecież nie
mogę pałętać się po ulicy, tylko dla-
tego, że w domu mam furiata, które-
go hobby polega na biciu swojej
żony! Otwieram po cichu drzwi i
wchodzę do środka. Ledwo zdążam
zdjąć płaszcz i buty, a on już dopada
mnie i dociska do ściany, dusząc.
Wyrywam się, ale na próżno, bo
przecież jest dużo silniejszy ode
mnie. Nagle puszcza mnie w mo-
mencie, kiedy prawie tracę cały od-
dech i uderza z otwartej ręki w poli-
czek.
- Gdzie byłaś, szmato? -
mówi przez zaciśnięte zęby.
- Dlaczego to robisz? - Zaczy-
nam szlochać, ale jego to nie rusza.
To sadysta... Kiedy podnosi rękę,
aby wymierzyć mi kolejny cios,
szybko otwieram drzwi na korytarz
i to, co widzę, bardzo mnie zaskaku-
je.
- Zostaw ją! - Radek obezwład-
nia mojego pijanego męża i dociska
go do podłogi.
- Dzwoń na policję, Amando! -
Stoję przerażona w progu mieszkania
i nie mogę opanować desperacji.
- Nie mogę, to mój mąż... - Kryję
twarz w dłoniach, chcąc pozbyć się
resztek strachu, który mnie paraliżuje.
- Widzisz, jaka wierna z niej
suka? - Śmieje się szyderczo wie-
dząc, jak bardzo jestem słaba.
- Zamknij się! - Dociska go
jeszcze mocniej do podłogi.
- Amanda! Na boga! On się nad
tobą znęca, dzwoń na policję. Już
nigdy cię nie skrzywdzi. - Patrzę na
niego i toczę walkę sama ze sobą.
Co mam robić, do cholery? Kiedy
się czegoś bardzo boisz, to zapadasz
w stan umysłowej hibernacji. Lęk
staje się na tyle silny, że przestajesz
normalnie funkcjonować. Tego stra-
chu nie można przełamać niczym,
ponieważ zamykasz się w sobie i
myślisz już tylko o tym, co on zrobi
z tobą następnym razem.
Podświadomie wyczekujesz już ko-
lejnego ciosu, bo dobrze wiesz, że
nadejdzie i nie będziesz w stanie się
uchronić. Tym razem jest tak
samo...
Jednak Radek ma rację, to sadysta
nie zasługuję na kolejną szansę. Zbyt
wiele wycierpiałam, muszę się prze-
łamać. Wpadam więc do mieszkania
i nerwowo przeszukuję torebkę.
Szybko wystukuję na klawiaturze te-
lefonu numer alarmowy, po czym
opowiadam dyspozytorce, jakie zda-
rzenie miało miejsce i proszę o przy-
słanie patrolu.
Kiedy policja wyprowadza Igora
z mieszkania, czuję się dziwnie.
Smutek miesza się z żalem, bólem,
rozgoryczeniem...
- Jak się czujesz? - Mężczyzna,
którego poznałam zaledwie przed
chwilą, gładzi mój policzek.
- Lepiej, dziękuję ci. - Spoglądam
w jego obłędnie uwodzicielskie oczy i
nagle dociera do mnie, że ten facet
zrobił coś, czego ja nie odważyłam się
zrobić przez kilka lat...
- Nie chcę zostawiać cię teraz
samej... Może pojedziesz ze mną?
Mieszkam sam, oczywiście nie po-
myśl sobie, że mam na myśli coś
złego...
- Posłuchaj, jestem ci wdzięcz-
na, ale chyba nie mogę... Nie znamy
się, oprócz kilku zamienionych słów
i tej dziwnej sytuacji z moim mę-
żem... Sam rozumiesz. - Czuję się
zakłopotana. Nie boję się, że ten ta-
jemniczy mężczyzna może okazać
się czarnym charakterem. Boję się,
że pozwolę sobie myśleć, że jest
szansa, aby między nami zrodziło
się coś więcej. Chociaż znamy się
zaledwie chwilkę, budzi we mnie
nieokiełznane emocje.
- Wiem, że to zbyt szybko, ale
nie mogę cię zostawić... Kiedy je-
steś obok, budzisz we mnie coś,
czego nigdy nie czułem. Może to
nie przypadek, że wpadliśmy na sie-
bie. Może tak miało być, nie mam
pojęcia. Jedyne, czego jestem pe-
wien to tego, że nie pozwolę cię
skrzywdzić i nie zostawię cię. Pomi-
mo tego, że jesteś mi obca, coś w
głębi serca podpowiada mi, że za-
czynasz znaczyć coś więcej. To cho-
re, wiem, ale uwierz mi, że jeszcze
nigdy nie doświadczyłem czegoś
podobnego.
Kiedy dociera do mnie to, co
właśnie usłyszałam, przeszywa
mnie dreszcz. Czy to możliwe?
Dwoje nieznajomych wpada na sie-
bie zupełnie przypadkiem i mają być
sobie przeznaczeni? Takie rzeczy
dzieją się tylko w bajkach, a życie
niestety nią nie jest.
- Powiedz coś, proszę... - Chwy-
ta moją dłoń i jeszcze bardziej po-
głębia spojrzenie.
- Nie znamy się, jestem ci
wdzięczna za pomoc, ale... - Zupełnie
niespodziewanie jego usta lądują na
moich.
Przez chwilę odwzajemniam ten
pocałunek, jednak szybko dociera
do mnie, co się dzieje i odpycham
go od siebie.
- Wybacz, ale nie mogę. - Od-
wracam się i wchodzę do mieszka-
nia, zamykając za sobą drzwi. Kie-
dy jestem w pokoju, siadam przy
stole, na którym jest mnóstwo pu-
stych butelek po alkoholu. Nadal nie
potrafię się otrząsnąć po tym, co za-
ledwie przed paroma minutami mia-
ło miejsce. Szczypię się w policzek,
bo nie dowierzam, że to dzieje się
naprawdę. Zupełnie obcy mężczy-
zna, który ratuje mi skórę, a później
mnie całuje? To nie dla mnie...
Sprzątam butelki ze stołu i postana-
wiam nieco ogarnąć mieszkanie.
Kiedy jest już nieco czyściej, posta-
nawiam, że odpocznę. Potrzebuję
snu, ostatnio nie miałam zbyt wiele
czasu na odpoczynek. Kładę się do
łóżka, nawet nie mam siły na kąpiel.
Kiedy zamykam oczy, śnię o nim i o
jego tajemniczych oczach i ustach...
- Wiesz, bardzo mnie zaskoczyłaś
tym, że masz takie zainteresowa-
nia... - Uśmiecham się do niej i sta-
wiam przed nią filiżankę gorącej
czekolady, którą właśnie przyniosła
Joanna.
- Każdy chyba ma jakieś marze-
nia i pasje, prawda? - Bierze w dło-
nie zgrabną filiżankę i przystawia
do ust, lekko dmuchając, aby czeko-
lada ostygła.
- Tak, to prawda.
- A ty?
- Ja? Ja chyba nie mam marzeń...
- Spuszczam wzrok na stół i podob-
nie jak ona biorę filiżankę do rąk.
- To sprzeczne z tym, co przed
chwilą sama przede mną przyzna-
łaś... - Unosi lekko brew.
- Nie mam wielkich marzeń,
może jakieś by się znalazły, ale to
raczej małe rzeczy.
- Opowiesz mi o nich? - Jej nagła
chęć rozmowy ze mną bardzo mnie
zaskakuje.
- Chciałabym zostać szczęśliwą
mamą.
- To chyba raczej oczywiste, że
się spełni... - Uśmiecha się i znowu
zerka na mój brzuch.
- Nie do końca... - Upijam łyk
słodkiej czekolady i podkulam nogi
na fotelu.
- Nie rozumiem... - Patrzy na
mnie pytająco.
- Nie rozmawiajmy o tym... Po-
wiedz mi lepiej, jaki rozmiar nosisz,
przydałyby ci się nowe ciuchy. -
Zmieniam temat, na tak banalny, bo
czuję ukłucie bólu w sercu.
- Dobrze, nie będę zadawać nie-
wygodnych dla ciebie pytań, prze-
praszam... - Spuszcza wzrok na fili-
żankę.
- To nie tak... Posłuchaj, nie je-
stem gotowa, aby poruszać tematy,
które zadają mi nadal ból. Obiecuję,
że kiedyś opowiem ci więcej...
- Dobrze, przepraszam, nie wie-
działam, że to sprawia ci ból...
- W porządku... Więc jaki rozmiar
nosisz? Domyślam się, że trzydzie-
ści sześć. - Uśmiecham się i patrzę
na jej wąską talię.
- Zgadłaś. - Odwzajemnia mój
uśmiech.
- Wiesz co, na zakupy pojedzie-
my dopiero jutro, a ty przecież po-
trzebujesz czystych ubrań na już.
Mam pewien pomysł... Chodź ze
mną.
- Gdzie? - Patrzy na mnie, bo
chyba nie domyśla się, co chcę zro-
bić.
- Do mojej garderoby...
- Masz swoją garderobę? - Wy-
trzeszcza oczy.
- Tak, Radek postarał się, abym
czuła się jak dama. Taki już jest. -
Uśmiecham się raz jeszcze.
- Zazdroszczę ci... - wyznaje ci-
cho.
- Kiedyś i ty poznasz odpowied-
niego człowieka. Na wszystko po-
trzeba czasu. Chodź ze mną.
- Mam nadzieję, że masz rację. -
Bierze ostatni łyk czekolady, która
zdążyła już wystygnąć, po czym
wstaje i zmierza w moim kierunku.
Idąc po ogromnych schodach za-
trzymujemy się na moment przy
jednym z obrazów. Emilia bacznie
przygląda się tej abstrakcyjnej sztu-
ce. Po chwili ruszamy dalej i bez
słowa znowu robimy postój przed
następnym dziele sztuki. Patrzę na
nią z uśmiechem, ale nic nie mówię.
Robi dziwną minę i marszczy brwi.
Chwilę później docieramy pod
drzwi pokoju. Wchodzimy do środ-
ka, a ona rozgląda się dookoła,
bacznie badając wzrokiem każdy
przedmiot znajdujący się w pokoju.
Uchylam drzwi od garderoby i pa-
trzę na nią z uśmiechem.
- O rany! - Przytyka usta dłonią,
nie mogąc się nadziwić widokom
mojej wypełnionej garderoby.
- Imponujące, prawda? - Opieram
się o futrynę drzwi.
- Ile ty masz ubrań... To musiało
kosztować kupę kasy! - Gładzi dło-
nią sukienki wiszące na wieszakach,
ułożone kolorystycznie jedna, po
drugiej.
- To zasługa Radka. Lubi spra-
wiać mi niespodzianki.
- Chcesz powiedzieć, że to
wszystko kupił Radek? - Patrzy na
mnie i nie może się nadziwić.
- Tak, ja nie miałabym takiego
dobrego gustu.
- Ale piękna... - Dotyka opuszka-
mi palców jedwabnego materiału
beżowej sukienki. Oczy mienią się
jej, jak gwiazdy. Przechodzi do na-
stępnej, tym razem w kolorze krwi-
stej czerwieni i przejeżdża dłonią po
krawędzi szwów. Patrzy na te ubra-
nia, jakby były czymś niezwykłym,
a to przecież jedynie kawałki mate-
riałów. Drogie, co prawda, ale to na-
dal tylko materiał.
Zdejmuję jeden z wieszaków, na
którym wisi bladoróżowa sukienka
na ramiączkach.
- Podoba ci się?
- Czy się podoba? Jest fantastycz-
na! - mówi entuzjastycznie.
- W takim razie jest twoja -
stwierdzam i jej podaję.
- Nie żartuj... Przecież, to prezent
od Radka...
- Wszystko, co tutaj wisi, jest pre-
zentem od niego. - Uśmiecham się
znacząco.
- Będzie zły, że oddajesz mi rze-
czy, które on kupił dla ciebie. -
Trzyma w dłoniach zwiewną tkani-
nę.
- On nawet nie wie, co mi kupił...
Jest tutaj tyle ubrań, że nawet gdy-
bym chciała chodzić w każdym z
nich, zabrakłoby mi czasu. Więc
spokojnie, możesz wziąć sobie tę
sukienkę.
- Dziękuję! - Nagle rzuca mi się
na szyję... Obejmuję ją i nie mogę
ukryć zaskoczenia.
- Przepraszam ja... - mówi po
tym, kiedy się ode mnie odrywa.
- Spokojnie, przytulanie to prze-
cież nic złego. - Tym razem to ja ją
przytulam.
- Nigdy nie przytulałam kobiety...
- stwierdza cichutko łamiącym się
głosem.
- Domyśliłam się tego...
- Dziękuję, Amando. - Przytula
mnie z całej siły i chyba ociera łzę,
ale nie jestem pewna, bo nie widzę
jej twarzy.
- To co? Może dobierzemy ci ja-
kieś buty? - Zbiegam na bezpiecz-
niejszy temat, kiedy emocje zaczy-
nają uderzać nie tylko Emilię, ale
także mnie.
Przecież ja też miałam trudne
dzieciństwo...
Ona jeszcze tego nie wie.
- Buty? Czy to nie za wiele?
- Żartujesz? Trzeba dobrać ci od-
powiednie obuwie do tej sukienki. -
Wskazuję wzrokiem jej stare i ob-
darte już buty.
- Fakt, moje stare trampki do ni-
czego już się nie nadają.
- Tak, wysłużyły się już wystar-
czająco. - Patrzymy obie na jej
śmiesznie wyglądające obuwie i za-
czynamy się śmiać.
- Może te? - Wyjmuję z kolekcji
czarne czółenka i podaję jej.
- Są śliczne! Ale nie wiem, czy
będą na mnie pasować...
- Jaki nosisz rozmiar?
- Trzydzieści sześć. - Uśmiecha
się.
- Widzisz, nawet rozmiar nogi
mamy taki sam. - Zaczynamy się
znowu śmiać.
- To może przymierzę. - Biorę od
niej sukienkę i buty, a ona zaczyna
się rozbierać do bielizny.
- Pomogę ci ją zapiąć.
Z tyłu jest suwak. Kiedy odwraca
się do mnie tyłem, dostrzegam czer-
wone pasmo na jej plecach.
Zatrzymuję się przez chwilę i
przykładam dłoń do jej pleców.
- To nic... - odzywa się cicho, nie
odwracając się.
- Tak mi przykro...
Żal ściska mnie za serce. Ta
dziewczyna musiała doświadczyć
dużo bólu. Tak bardzo przypomina
mnie...
- Ten ślad... Uderzył mnie skórza-
nym paskiem. - Odwraca się przo-
dem i odsłania brzuch. - Tutaj tak-
że... - Zerkam i widzę kolejne sińce
i czerwone smugi na jej delikatnej
skórze.
- Pieprzony drań! - syczę przez
zaciśnięte zęby. - Może powinnaś
zgłosić wszystko na policji?
- Nie, oni i tak nic mu nie zro-
bią... Nie był nigdy notowany, więc
skończy się tylko na przesłuchaniu.
Nie mam świadków, to tylko pogor-
szyłoby całą sytuację.
- Masz rację, ale musisz na siebie
uważać... Wiem, co mówię. - Patrzę
na nią błagającym wzrokiem.
- Będzie mnie szukał... Wiem to. -
Odwraca się tyłem.
- Dlatego nie wychodź nigdzie
sama. Jeżeli będziesz czegoś potrze-
bować, pamiętaj, że masz nas. - Za-
pinam zamek w sukience i kładę
dłoń na jej ramieniu.
- Dziękuję. - Patrzy mi prosto w
oczy.
- Gotowe. Nakładaj buty, muszę
cię obejrzeć. - Uśmiecham się lek-
ko.
- Wow! Ale ja wyglądam... - Stoi
przed dużym lustrem i patrzy w
swoje odbicie.
- Wiesz co, mam pewien po-
mysł... Chodź. - Biorę ją za rękę i
pociągam w kierunku łazienki.
- Co robisz? - Skupia na mnie
swój niepewny wzrok, jakby oba-
wiała się tego, co mam w zanadrzu.
Wyciągam cały kuferek kosmety-
ków, który także dostałam od Rad-
ka.
- Usiądź na rogu wanny. Zrobimy
cię na bóstwo. - Uśmiecham się
podekscytowana. Nigdy nie miałam
przyjaciółki ani siostry, z którą mo-
głabym robić takie rzeczy. Czuję, że
pomiędzy nami nawiązała się nie-
zwykła nić porozumienia.
- Serio? Chcesz mnie umalować?
- Otwiera szeroko oczy.
- Odrobinę. Później zrobimy ci
fajną fryzurę.
- Jesteś wizażystką?
- Nie, będę improwizować. - Za-
czynam się śmiać i po chwili obie
chichoczemy, jak dziewczynki.
- Dobrze, mam nadzieję, że nie
wyjdę stąd umalowana jak ladaczni-
ca...
- Może nie będzie tak źle... -
Puszczam jej oko i zabieram się za
malowanie.
- O nie! Za dużo! - Upomina
mnie, kiedy nakładam czerwoną
szminkę na jej usta.
- Cicho! Jest dobrze! - Udaję pro-
fesjonalistkę.
- No nie wiem... - Patrzy na mnie
niepewnie.
Jej twarz jest taka delikatna i mło-
dzieńcza, ale zarazem emanująca
delikatnością drzemiącej w niej ko-
biecości. Czuję się niezwykle, obda-
rzając ją swoją troską.
Nigdy nie miałam kogoś, kim mo-
głabym się zajmować. Przez chwilę
czuję się jak starsza siostra, a to cał-
kiem przyjemne uczucie.
Delikatnie oplatam jej skórę ma-
kijażem, wykonując ostatnie ruchy.
- Proszę bardzo, skończone. -
Przejeżdżam pędzelkiem po jej po-
liczkach i nakładam odrobinę różu.
Po chwili niepewnym ruchem
wstaje z krzesła i podchodzi do lu-
stra. Przez chwilę stoi w bezruchu i
się nie odzywa.
- Nie mogę uwierzyć! To napraw-
dę ja? - Przegląda się swojemu od-
biciu.
- Nieźle, co? Może nie jestem
profesjonalistką, ale ten makijaż mi
się udał. - Patrzę z dumą na jej
śliczną twarz i zbyt duże oczy.
- Wyglądam inaczej...
- Wyglądasz rewelacyjnie. Teraz
czas na fryzurę... - Wyjmuję loków-
kę z szafki obok lustra i podłączam
do prądu. Po chwili Emilka wygląda
jak milion dolarów w lokach jak
gwiazda Hollywood. Nagle z do ła-
zienki wchodzi Radek.
- Co robicie? - Patrzy najpierw na
mnie, a późnej na Emilkę.
- Yyy... - jąka się, kiedy dostrzega
przepiękną kobietę stojącą obok
mnie.
- Nieźle, co? - Uśmiecham się z
dumą.
- Ty... To znaczy. - Otwiera oczy
jeszcze szerzej. - Wyglądasz rewela-
cyjnie, Emilko. - Mówi w końcu
normalnie.
- To zasługa Amandy. -Uśmiecha
się znacząco i zerka na mnie.
- Brawo! Może powinnaś zająć
się tym na poważnie, skarbie? - pyta
lekko drwiącym tonem.
- Nie, to tylko impulsywne działa-
nie z mojej strony. Gdybym miała
robić to na co dzień, szybko miała-
bym dość - odpowiadam.
- Posłuchaj, obiecałem ci kolację i
ponieważ mówiłaś, że nie masz od-
powiedniej kreacji... - Wychodzi na
moment z łazienki i kładzie na łóż-
ku długą, czerwoną i piekielnie sek-
sowną suknie.
- O rany! - Odpowiadam, kiedy
widzę tę piękność.
- Podoba ci się? - Skupia na mnie
swój wzrok i uśmiecha się.
- Jest wspaniała! - Biorę suknię
do rąk i staję przed lustrem, przy-
kładając ją do siebie.
- Przygotuj się, ponieważ za go-
dzinę cię porywam. - Podchodzi do
mnie i obejmuje mnie w talii od
tyłu. - Nie zakładaj bielizny... -
Szepce mi do ucha. Nagle jego sło-
wa docierają do najskrytszych zaka-
marków moich zmysłów i potrząsa-
ją mną z całej siły.
- Przyprawiasz mnie o gęsią skór-
kę... - Szepcę cicho, odwracając się
w jego stronę.
- Później przyprawię się o coś
znacznie lepszego niż tylko gęsią
skórkę... - Jego wzrok mnie parali-
żuje...
Nagle oboje dostrzegamy Emilię
wychylającą się zza drzwi łazienki.
Spogląda na nas nieco dziwnie,
ale najbardziej przykuwa wzrok do
Radka.
- Emilko, miałem pokazać ci pra-
cownie. Może chodźmy teraz? Mam
niecałą godzinę, więc zdążę ci
wszystko wytłumaczyć. - Odsuwa
się ode mnie i mówi do niej zdy-
stansowanym tonem.
- Jasne, bardzo chętnie - odpowia-
da i zerka na mnie.
- Świetnie, więc wy idźcie do pra-
cowni, a ja przez ten czas zrobię się
na bóstwo. - Puszczam oczko do
Emilki, ale ona zaczyna jakoś dziw-
nie się zachowywać. Nie uśmiecha
się, spogląda tylko na mnie i odwra-
ca się w stronę Radka.
Nakładam na siebie tylko tę ma-
giczną, czerwoną suknię i dla pikan-
terii nasuwam na udo czerwoną
podwiązkę.
Pod spodem nie mam zupełnie
nic. Słowa Radka odbijają się
echem w mojej głowie i wiem, że
dziś przeżyję coś niesamowitego.
Sięgam do kuferka i wyciągam z
niego tusz do rzęs. Nakładam odro-
binę na długie rzęsy, a one wydłuża-
ją się i pogrubiają, co sprawia, że
moje spojrzenie robi się bardzo sek-
sowne. Następnie sięgam po puder i
nakładam go na twarz. Policzki
przyozdabiam delikatnie rozświetla-
jącym różem, a na usta nakładam
krwistoczerwoną szminkę. Moje
usta wyglądają soczyście, a lekko
zaokrąglony brzuszek schował się
gdzieś pod tą, piekielnie seksowną
sukienką.
Sięgam po lokówkę, którą wcze-
śniej kręciłam włosy Emilii. Zawi-
jam kilka pasm włosów zgrabne
loki, po czym upinam włosy wyso-
ko w luźny kok. Dla bardziej zmy-
słowego wyglądu zostawiam trzy
luźno zwisające loki, lekko opadają-
ce na moją twarz. Idę do garderoby i
spośród kolekcji szpilek wybieram
czarne, zgrabne i niezwykle wydłu-
żające nogi. Wsuwam stopy w
zgrabne buty, po czym sięgam po
małą, czarną i niezwykle elegancką
kopertową torebkę.
Schodzę po schodach bardzo po-
woli i wymownie przyglądam się
Radkowi, który omal nie mdleje na
mój widok.
Ma na sobie czarny, idealnie do-
pasowany garnitur, białą koszulę i
metalicznie połyskujący, czarny kra-
wat. Jego puszyste i miękkie włosy
lekko opadają na czoło. Cały wyglą-
da tak apetycznie, że mam ochotę
zasmakować go już teraz....
- O matko... - Otwiera szeroko
oczy i przytyka dłonią usta.
- Jeżeli szybko stąd nie wyjdzie-
my, będę zdolny porwać cię do sy-
pialni i przelecieć tu i teraz... - szep-
ce wprost do mojego ucha.
- Więc chodźmy... - Zanurzam
spojrzenie w jego obłędnie płoną-
cych oczach, po czym odsuwam się
i mijam go, idąc z gracją w kierunku
drzwi.
Ten wieczór będzie inny niż
wszystkie. Chcę uwodzić go każ-
dym swoim spojrzeniem, każdym
najmniejszym gestem, chcę przypra-
wiać go o palpitację serca...
Otwiera przede mną drzwi, a na-
stępnie wskakuje na miejsce kie-
rowcy. Sięgam do pasa, ale on
chwyta mnie za rękę...
- Ja to zrobię... - Zatrzymuje
wzrok na mnie i zapina pas bezpie-
czeństwa.
- Zdradzisz mi, dokąd jedziemy? -
pytam cicho, nie odrywając wzroku
od drogi przed nami.
- Mam dla ciebie niespodziankę -
odpowiada zmysłowo miękkim gło-
sem i zerka na mnie ukradkiem.
- Intrygujesz mnie... - Spoglądam
na niego.
- Uwielbiam to robić, skarbie... -
Dostrzegam tańczące podniecenie w
jego oczach, ale nadal nie rozu-
miem, co planuje.
- Skoro nie chcesz mi powiedzieć
dokąd jedziemy... Ja nie zdradzę ci
tego, co mam pod tą sukienką... -
Przygryzam dolną wargę.
Widząc ten gest, wzdycha ciężko.
Patrząc na moje nagie udo, wysuwa-
jące się spod rozcięcia sukni, prze-
łyka głośno ślinę.
- O rany! Czy ty masz tam pod-
wiązkę? - Oddycha głośno, nie mo-
gąc opanować swojej ekscytacji.
- Mhm... - mruczę, przejeżdżając
palcem po krawędzi podwiązki, któ-
ra zmysłowo oplata moje nagie
udo....
- Rozpalasz mnie... Nie rób tego,
bo za chwilę eksploduję i dobiorę
się do twoich majtek. - Spogląda na
mnie w lusterku.
- A co, jeśli ja nie mam majtek? -
Unoszę wzrok w jego stronę i pod-
sycam ogień zalotnym spojrze-
niem...
- Och... Błagam cię! - Niemal wy-
bucha, kręcąc się w fotelu.
- Błagasz? O co? - Uśmiecham
się leniwie, zerkając na jego zaru-
mienioną twarz.
- Nie udawaj, dobrze wiesz, że
mam ochotę cię pieprzyć - rzuca i
nagle zjeżdża w jakąś małą uliczkę
przy polanie.
- Co robisz?
- Ostrzegałem cię... Teraz już za
późno. - Zaciąga ręczny i rozpina
pas.
Rzuca się na mnie i zaczynamy
się ogniście całować.
Jedną dłonią dociskam go do sie-
bie, a drugą sięgam i rozpinam swój
pas.
- Chodźmy do tyłu.
Odrywa się na moment od moich
ust. Po chwili lądujemy na tylnym
siedzeniu porsche. Skórzane obicie
siedzenia jest zimne, co sprawia, że
po moich plecach przebiega chłodny
dreszcz. Czuję niesamowite pra-
gnienie, które sprawia, że zasycha
mi w ustach.
Podciąga mi długą suknie i odkry-
wa moją nagą kobiecość.
- Nie sądziłem, że to zrobisz... -
Dyszy mi do ucha.
- Że nie założę bielizny? Dlacze-
go?
- Jesteś taka delikatna, spokojna,
grzeczna... Nigdy nie sądziłem, że
stać cię na taką perwersję.
- To twoja zasługa... Odkryłeś
mnie, moją kobiecą naturę.
- Jeszcze wiele przed tobą odkry-
ję, maleńka. - Po tych słowach za-
czynamy upajać się sobą i podąża-
my wspólnie za rytmem pożądania.
Jego sprawne palce zanurzają się w
mojej mokrej cipce i falują, dopro-
wadzając mnie, do nieziemskiego
uniesienia. Oboje oddychamy gło-
śno i mamy pijane spojrzenia. Na
udzie wyczuwam jego twardego pe-
nisa, co sprawia, że pragnę poczuć
go bardzo mocno i głęboko. Jęczę,
kiedy pieprzy mnie coraz bardziej
sprawnymi palcami. Moje soki ocie-
kają po jego dłoni i spływają po mo-
ich pośladkach. Kiedy czuję napły-
wającą falę orgazmu, przerywa i
szybko zsuwa spodnie. Wchodzi we
mnie jednym, płynnym ruchem i za-
czyna mnie ostro posuwać. Zata-
piam paznokcie w jego pośladkach,
dociskając go jeszcze mocniej do
siebie.
Pieprzymy się, całujemy i nasyca-
my sobą nawzajem. Odpływam i nie
czuję już nic, poza eksplozją przyjem-
ności, która targa moim całym ciałem.
Ciałem, które należy do niego...
Zatrzymujemy się przed jednym z
ekskluzywnych hoteli.
Radek otwiera przede mną drzwi i
podaje mi rękę, pomagając wysiąść
z auta.
- Masz odrobinę rozmazaną
szminkę... - stwierdza i wyjmuje
z kieszeni jedwabną chusteczkę. -
Poczekaj, pomogę ci... - Lekko
przeciera okolice ust.
- Poprawię usta. - Wyjmuję z ma-
łej torebki szminkę i pochylam się
przy jednym z lusterek samochodu.
- Gotowe - mówię po chwili, uśmie-
chając się od ucha do ucha.
- Wyglądasz cudownie, kochanie.
Przyciąga mnie do siebie i zmierza-
my w kierunku wejścia. Na wstępie
wita nas konsjerż i oznajmia Radko-
wi, że wszystko jest już przygoto-
wane. Kierujemy się do restauracji,
która znajduje się na parterze. Ra-
dek kiwa głową w kierunku kelnera,
po czym odsuwa przede mną krze-
sło. Ku mojemu zaskoczeniu jest
pusto.
- Dlaczego nie ma tutaj ludzi? -
Rozglądam się dookoła i dostrze-
gam tylko mężczyznę w eleganckim
fraku, który po chwili siada do pia-
nina znajdującego się na niewielkim
podeście i zaczyna grać melancho-
lijny utwór.
- Chciałem spędzić ten wieczór
sam na sam... - Jego wzrok jest ta-
jemniczy.
- Wynająłeś całą restaurację tylko
dla nas? - Nie kryję zdziwienia, a on
uśmiecha się dumnie.
- Tak, Amando.
- Coraz bardziej mnie zaskaku-
jesz... - Podchodzi do nas kelner i
rozpala dwie świece. Po chwili
przychodzi drugi i stawia przed
nami sok pomarańczowy i dwa kie-
liszki.
- Dlaczego się śmiejesz? - Wygi-
na brwi i patrzy, nie rozumiejąc mo-
jego rozbawienia.
- Będziemy pić sok w lampkach
na wino?
- Tak, jesteś w ciąży. - Zaczynam
się śmiać jeszcze głośniej, nie mo-
gąc się opanować.
- Amando, czy coś jest nie tak? -
Przekrzywia głowę i zaczyna się
uśmiechać, patrząc na mnie, jakbym
była wariatką.
- Nie mogli podać tego soku po
prostu w szklankach?
- To ekskluzywna restauracja. Za-
prosiłem cię na kolację i chciałbym,
abyś poczuła się jak dama. Mogliby
podać sok w szklankach, ale wtedy
nie byłoby to na tyle eleganckie. -
Jego odpowiedź rozbawia mnie
jeszcze bardziej, jednak postana-
wiam opanować atak śmiechu, wi-
dząc kelnera niosącego karty dań.
- Karty dla Państwa. - Kładzie
jedną przede mną, a drugą przed
Radkiem.
- Dziękujemy, za pięć minut do-
konamy wyboru - Radek odpowiada
mu z gracją.
- Oczywiście, proszę pana. - Kła-
nia się przed nim, jakby był co naj-
mniej królem.
- Więc? Na co masz ochotę? -
Przenosi wzrok na mnie, ale jedno-
cześnie zerka do swojej karty.
- Chętnie zjadłabym rydze z par-
mezanem i rukolą.
- Świetnie w takim razie ja we-
zmę to samo. - Radek zaczyna się
dziwnie zachowywać. Jest spięty, a
to do niego nie podobne... Unosi
jedną rękę i daje do zrozumienia
kelnerowi, że jesteśmy gotowi zło-
żyć zamówienie.
- Proszę dwa razy rydze z parme-
zanem i rukolą. Na deser poproszę
tiramisu dla mnie i tej pięknej pani.
- Uśmiecha się znacząco, zerkając w
moją stronę.
- Oczywiście, czy życzą sobie
państwo coś jeszcze?
- Nie, wszystko tak, jak się uma-
wialiśmy.
Tak, jak się umawiali? - powta-
rzam jego ostatnie słowa. Cholera.
O co chodzi?...
- Kochanie, możesz powiedzieć
mi, jakie czarne interesy masz z tym
kelnerem? - pytam rozbawionym to-
nem.
- Przekonasz się sama... - Bierze
łyk soku i patrzy na mnie jakoś ina-
czej... Nagle do dużej sali wchodzi
trzech muzyków.
- Dobry wieczór państwu. - Kła-
niają się i zerkają na mnie.
- Dobry wieczór - odpowiadamy
w tej samej sekundzie z Radkiem.
- Kochanie, chciałbym z tobą za-
tańczyć. - Wstaje i zapina guzik od
marynarki. Podaję mu dłoń i wycho-
dzimy na środek parkietu. Pianista
zaczyna grać łagodnie, a po chwili
trzej pozostali muzycy. Obejmuję
mnie w talii jedną ręką, a drugą za-
myka moją dłoń w swojej. Zaczyna-
my zmysłowy taniec, patrząc sobie
głęboko w oczy.
- Jesteś piękna... - Szepce mi do
ucha.
- Dziękuję - odpowiadam, wyczu-
wając w jego głosie nutkę romanty-
zmu.
- Amando, kochasz mnie? - Nagłe
jego pytanie totalnie mnie zaskaku-
je.
- Oczywiście. Dlaczego zadajesz
mi tak dziwne pytanie? - Nadal tań-
czymy.
- Gdybym chciał mieć cię już na
zawsze, co wtedy? - Nagle się za-
trzymujemy, ale muzyka nadal gra.
- Radek... Dobrze wiesz, że cię
kocham.
- Ja... Chciałbym... - Zaczyna szu-
kać czegoś po kieszeniach. O rany!
Czy on chce...?
- Amando, wiem, że dużo jeszcze
przed nami. Może nie spędziliśmy
ze sobą lat i nie zdążyliśmy poznać
siebie na wylot, ale ja chcę pozna-
wać cię każdego dnia na nowo - za-
czyna.
Stoję z nim twarzą w twarz i na-
gle robi mi się gorąco.
- Zaprosiłem cię dzisiaj właśnie
tutaj, ponieważ chciałbym zapytać,
czy jesteś gotowa spędzić ze mną
resztę swojego życia? - Jego głos
drży, a w moich oczach zbierają się
łzy.
To uczucie jest niesamowicie in-
tensywne. Czuję jak serce mocno
uderza mi w piersi i krzyczy ,,tak"!
Zgódź się! Jednak w mojej głowie
pojawia się myśl o Igorze, o tym
cholernym draniu, który nadal jest
moim mężem... Cała drżę, nie mo-
gąc wydusić z siebie ani jednego
słowa.
Co powinnam zrobić? Zadaję so-
bie pytanie setki razy. Radek otwie-
ra małe pudełeczko i klęka przede
mną...
- Nie wyobrażam już sobie życia
bez ciebie! Proszę, zostań już przy
mnie na zawsze... - Trzyma moją dłoń
i po chwili ją całuje, czekając, aż zdo-
będę się na odwagę i odpowiem....
- Chcę zostać z tobą już na za-
wsze...
-
Czy to znaczy, że się zgadzasz?
-
Tak - stwierdzam szczerze.
Nagle wstaje i bierze mnie na ręce,
kręcąc się dookoła.
-
Kocham cię i jestem taki
szczęśliwy - mówi, stawiając mnie z
powrotem na podłodze.
-
Ja także cię kocham. - Podaję
mu dłoń, a on wsuwa na mój palec
lśniący pierścionek z białego złota.
-
Amando, chciałbym, żebyś
wiedziała, że bez względu na
wszystko, co może się wydarzyć w
przyszłości, nigdy nie pozwolę, aby
ktoś mógł cię skrzywdzić. Od dziś
jesteś moją narzeczoną, a wkrótce
zostaniesz żoną. Jestem cholernym
szczęściarzem, mogąc mieć cię przy
sobie.
Rozdział VII
Powoli rozpina suwak czerwonej
sukni znajdujący się na plecach.
Jego dłonie łechcą moją skórę aksa-
mitnym dotykiem. Stoi tuż za mną i
czuję jego oddech na szyi. Hotelo-
wy pokój jest przestronny i eksklu-
zywny. Na stole leżą srebrne półmi-
ski z egzotycznymi owocami, a tak-
że chłodzi się już " Krug Clos
D'Ambonnay". To jeden z najdroż-
szych szampanów.
Nagle zaczynam odczuwać jego
rosnącą erekcję na swoich poślad-
kach. Pragnie mnie, tak samo moc-
no, jak ja jego. Nie mówimy nic,
stoimy zahipnotyzowani sobą na-
wzajem. Odchylam głowę do tyłu i
opieram o jego ramię, kiedy wędru-
je dłonią do złączenia moich ud. Nie
mam przecież bielizny, a to sprawia,
że jego męska ręka styka się bezpo-
średnio z moją już dobrze ukrwioną
kobiecością. Zaczyna lekko gładzić
wydepilowany wzgórek łonowy, a
następnie przechodzi dalej... Zmy-
słowo porusza się po łechtaczce, fa-
lując i sunąc palcami jak tancerz po
parkiecie. Moje ciało obiega
dreszcz, czuję fascynację tą chwilą i
jak jego zmysłowy dotyk przenika
przez każdą najcieńszą warstwę mo-
jej skóry.
Chłonę to doznanie, jak gąbka
wodę. Zanurzam się po brzegi w sma-
ku jego ust i delektuję się tym, że
mam go dla siebie.... Zaczynam mi-
mowolnie ocierać się o jego twardego
członka, który aż zaprasza do namięt-
nego seksu. Płonę cała i wiem, że za
chwilę skręcę się z podniecenia, które
zaczyna targać moim rozpalonym cia-
łem. Przejeżdża delikatnie językiem
po mojej szyi i coraz sprawniej poru-
sza palcami, tańcząc na mojej mokrej
cipce. Nagle odwraca mnie do siebie
twarzą i składa namiętny pocałunek
na moich wargach. Łapię głęboki od-
dech po tym, jak się od siebie odrywa-
my i patrzymy sobie głęboko w oczy...
Unosi mnie ku górze, a ja oplatam
jego szyję rękoma. Kładzie mnie
miękko na ogromnym łóżku, skąpa-
nym w bieli jedwabnej pościeli. Staję
naprzeciwko mnie i nie odrywając pa-
lącego pożądaniem wzroku ode mnie,
zdejmuje marynarkę i powoli rozpina
koszulę.
Z żarliwością zaczynamy się cało-
wać i dotykać. Intensywnie napiera-
my na siebie, chcąc zasmakować i
upoić się zakazaną, ale zarazem naj-
słodszą, namiętnością.
Czuję wilgoć między udami i naj-
chętniej chciałabym poczuć go już
teraz w sobie. Sięgam dłonią do pa-
ska od jego spodni i powoli rozpi-
nam. Nasze usta nieustannie się sty-
kają, a języki wirują wokół siebie.
- Powoli, maleńka - szepce, odry-
wając się od moich ust. - Dzisiaj
mam dla ciebie niespodziankę. - Ką-
ciki jego ust lekko się wyginają.
- Nie za wiele niespodzianek jak
na jeden dzień? - pytam, ciągle dy-
sząc.
- Lubię kończyć to, co zacząłem.
Dlatego teraz zabiorę cię do jacuzzi.
- Jest tutaj jacuzzi? - Otwieram
szeroko oczy ze zdziwienia.
- Mhm... - Odpowiada, mrucząc i
gładzi jednocześnie moją pierś.
- Co chcesz ze mną tam robić?
- Same przyjemne rzeczy. - W
jego oczach pojawia się ten sam,
szelmowski błysk, który dostrze-
głam w aucie.
- W takim razie chodźmy, pragnę
cię i już dłużej nie wytrzymam. -
Podnoszę się i zrzucam suknie ze
swoich ramion, a ona opada miękko
wokół moich stóp.
- To za iście fantastyczne, że
masz tak intensywny apetyt na seks.
- Podpiera się na łokciu, leżąc na
łóżku i wpatrując się we mnie.
- Przejdźmy do działania... - odpo-
wiadam ciężkim i jednocześnie zmy-
słowym tonem, odwracając się tyłem.
Radek wstaje i podchodzi do mnie,
mocno przyciągając do siebie. Moje
ciało pomimo tego, że lekko przyty-
łam ostatnimi czasy, jest nadal zgrab-
ne i ma odpowiedni kształt.
Powoli wchodzę do jacuzzi, w któ-
rym bulgocze woda. Siadam wygod-
nie, podpierając się łokciami o jego
brzegi i przypatruję się Radkowi, któ-
ry zrzuca z siebie resztki ubrań i dołą-
cza do mnie.
Podsuwa się bliżej i sięga dłonią do
moich włosów. Powoli i delikatnie
rozpuszcza upięte loki, które opadają
falami na moje nagie ramiona. Nie
mówimy nic, wpatrujemy się tylko w
siebie, bezdźwięcznie się porozumie-
wając.
Pożądanie zalewa całe moje ciało
wraz z intensywnością przyjemno-
ści, jaką niesie za sobą przebywanie
w pachnącej lawendą wodzie. Ra-
dek napada na moje usta i pociąga
w taki sposób, że ląduję na jego ko-
lanach.
Zaczynamy coś, czego już nic, nie
jest w stanie zatrzymać. Dookoła
słychać tylko szum jacuzzi i nasze
ogniste pocałunki.
Nasze ciała przeplatają się nawza-
jem, a moje zmysły zaczynają pul-
sować. Czuję go wszędzie...
Rozdział VIII
To dziś... Muszę stawić czoła i
wrócić wspomnieniami do tego
dnia, w którym mnie zgwałcił.
Strach jest paraliżujący, jednak tłu-
maczę samej sobie, że muszę się
przełamać i mówić.
- Wszystko w porządku? - Radek
staje tuż za mną i patrzy na moje
odbicie w lustrze.
- Tak, możemy już jechać. -
Wzdycham ciężko i patrzę na niego
ze smutkiem.
- Wszystko będzie dobrze, jestem
przy tobie i będę cały czas.
- Wiem, ale to strasznie boli. Ży-
łam z tym człowiekiem kilka lat, ro-
biłam wszystko, co chciał... Takie
podziękowanie mnie spotkało. To
po prostu przykre.
- Kochanie, nie zadręczaj się już.
Wiem, że to trudne, ale od dzisiaj
będzie już lepiej. Zamkniesz ten
rozdział i już nigdy, nie będziemy
do tego wracać.
- Radek, ja nigdy nie będę w sta-
nie zapomnieć tego, co mi zrobił.
- Wiem, ale będziesz wolna i zro-
bię wszystko, byś była, a raczej by-
śmy byli szczęśliwi. - Kładzie dłoń
na moim brzuchu i gładzi go czule.
- Dziękuję. - Odwracam się do
niego przodem i zawieszam mu się
na szyi, wtulając w jego silne ra-
miona, w których czuję się po pro-
stu bezpieczna. Kiedy wchodzimy
do sądu przez ogromne drzwi,
dreszcz obiega moje ciało. Idziemy
spokojnie w kierunku sali rozpraw,
jednak nagle dostrzegam Igora, któ-
ry siedzi na ławce z dwoma pilnują-
cymi go policjantami. Zatrzymuję
się i omal nie mdleję. Krew zamarza
mi w żyłach, a serce zamiera.
- Amanda, spokojnie. - Radek ści-
ska moją dłoń i mocniej obejmuję
mnie ramieniem.
- On tam jest... - Łzy wzbierają
się w moich oczach.
- Gdzie? - Rozgląda się dookoła,
nie dostrzegając go przy pierwszym
rzucie oka.
- Tam - wskazuję palcem - siedzi
z policjantami. Proszę, nie pod-
chodźmy bliżej... - Zaczynam pa-
nicznie oddychać i staram się tłumić
łzy, które mimowolnie zaczynają
spływać po moich policzkach.
- Dobrze, usiądź tutaj i zaczekaj.
Pójdę porozmawiać z naszym praw-
nikiem.
- Nie, nie chcę zostać tutaj sama!
- Mocno zaciskam rękę na jego łok-
ciu, chcąc zatrzymać go przy sobie.
- Uspokój się, tutaj nic ci nie gro-
zi. - Bierze moją twarz w dłonie i
stara się ukoić moje rozkołatane
nerwy.
- Dobrze, ale wracaj szybko, pro-
szę... - Histerycznie trzęsę się w
jego ramionach.
- Usiądź i zaczekaj tutaj. Zaraz
wracam. - Całuje mnie w czoło i po-
maga usiąść na ławce. Nogi dygo-
czą mi ze strachu. Siedzę i przyglą-
dam się, jak oddala się i podchodzi
coraz bliżej Igora. Nagle on próbuje
wstać z miejsca, jednak dwóch poli-
cjantów go zatrzymuje i zmusza do
tego, aby usiadł z powrotem.
Wykrzykuje coś, ale nie jestem w
stanie dokładnie usłyszeć tych słów.
Jest skuty kajdankami, do których
są przyczepione łańcuchy, utrudnia-
jące swobodne poruszanie.
Radek ignoruje jego opryskliwe i
wulgarne zachowanie, zupełnie spo-
kojnie rozmawiając z naszym adwo-
katem. Chwilę później widzę, jak
kiwa głową i zmierza w moim kie-
runku.
- Co on krzyczał? Czego on jesz-
cze chce? - Podbiegam do Radka,
zanim zdąży do mnie podejść.
- Spokojnie, nie zwracaj na niego
uwagi. Będziesz zeznawać w innej
sali. Nie musisz go oglądać. Za
chwilę przyjdzie tutaj cały skład sę-
dziowski wraz z psychologiem. Bę-
dziesz zeznawać jako pierwsza, a
później pojedziemy do domu. Wy-
rok dostaniesz pisemnie, przyślą
pocztą.
- Dobrze, ale... - Spuszczam
wzrok, tłumiąc palące uczucia.
- Hej, będzie dobrze, maleńka. -
Chwyta mój podbródek i składa
czuły pocałunek na moich wargach.
- Witam państwa, zapraszam na
salę. - Kobieta w średnim wieku
wychyla się zza drzwi.
- Pani Amando, zrobię wszystko,
aby wyrok był sprawiedliwy. - Mój
adwokat pokrzepiająco klepie mnie
po ramieniu.
- Chodźmy już, chcę to szybko za-
kończyć. - Puszczam dłoń Radka i
wchodzę jako pierwsza na salę, za
mną prawnik i Radek, który uprzej-
mie zadaje pytanie sędziemu, czy
może przy mnie pozostać w czasie
przesłuchania, po czym dostaję przy-
zwolenie.
Dwie godziny później, jest już po
wszystkim. Ciężko było mi zeznawać
o tym wszystkim. Emocje, które mi
towarzyszyły, sprawiły, że rozkleiłam
się i zaczęłam płakać. Sąd chciał za-
rządzić przerwę, ale ja uznałam, że to
tylko sprawiłoby, że ciężej byłoby mi
o tym wszystkim mówić. Chciałam
wyjść jak najszybciej i spróbować
przestać to wszystko analizować od
nowa. Dzięki mojemu adwokatowi
dostałam rozwód. To była nietypowa
rozprawa, bo toczyło się postępowa-
nie karne i cywilne zarazem.
Jednak dzisiejszy dzień nie tylko
jest męczący, ale płata mi figle. Kie-
dy wychodzę z sali, czeka mnie nie-
miła niespodzianka.
- Dorwę cię, suko! Nie ukryjesz
się przede mną! Zniszczę cię! - Igor
wrzeszczy, patrząc na mnie oczyma
nie tylko gwałciciela i bezdusznego
kata, ale mordercy. Nagle czuję
straszny ból w okolicach podbrzu-
sza. Zaczynam tracić grunt pod sto-
pami i Radek łapie mnie w momen-
cie, kiedy prawie osuwam się na
ziemię.
- Amanda! Amanda! Co się dzie-
je? - Trzyma mnie w ramionach, a
moje ciało robi się na tyle bezwład-
ne, że zaczynam przelewać się przez
jego ręce. - Proszę cię! Powiedz
coś! Niech ktoś przyniesie wody,
szybko!
Ukradkiem widzę cień uśmiech
na twarzy Igora, który beznamiętnie
przypatruje się całej sytuacji.
- To kara za twoje nieposłuszeń-
stwo... - oznajmia ochrypłym głosem,
przepełnionym nienawiścią. Zimny
dreszcz obiega moje ciało, kiedy do-
strzegam to coś, co widziałam wtedy.
Miał taki sam wyraz twarzy, kiedy
zdzierał ze mnie ubrania i brutalnie
mnie gwałcił.
Czasami żałuję, że lekarzom udało
się mnie uratować. Może gdyby mnie
wtedy zabił, byłoby lepiej?
Rozdział XI
(Kilka miesięcy później)
- Pani Amando, ja to zrobię! - Jo-
anna podbiega do mnie, kiedy pró-
buję przesunąć szafkę w pokoju, dla
dziecka.
- Spokojnie, to nic wielkiego... -
Dyszę i wycieram czoło dłonią.
- Nie może pani tak się przemę-
czać! Przecież to może wywołać
przedwczesny poród! Dlaczego nie
zaczeka pani na powrót pana Rad-
ka? - Gosposia mierzy mnie wzro-
kiem, ale wiem, że tak naprawdę ma
rację. Nie powinnam dźwigać i w
zasadzie zrobiłam to bezmyślnie.
- Przepraszam, ja czasami zapo-
minam, co powinnam, a czego nie.
Rozumie pani... W końcu pierwszy
raz jestem w ciąży. - Uśmiecham się
lekko, chcąc tym zmazać jej posęp-
ną minę.
- Ale jest pani już w siódmym
miesiącu i chyba powinna pani pa-
miętać o pewnych zasadach. - Pod-
chodzi do szafki, którą przed chwilą
usiłowałam przesunąć i przestawia
ją w błyskawicznym tempie.
- Nie wiedziałam, że mamy taką
strong woman w domu. Zaimponowa-
ła mi pani! - Kiwam głową z uzna-
niem.
- W młodości uprawiałam sport,
najwidoczniej moje mięśnie, są
jeszcze w dobrej formie.
- Dzień dobry. - Nagle do pokoju
wchodzi Emilia.
- Witaj, jak było w pracy? -
Uśmiecham się do niej i spoglądam
na jej wyrafinowany ubiór. Ostatnio
bardzo się zmieniła.
- Dobrze, Radek nawet przydzie-
lił mi większy projekt. - Opiera się o
futrynę drzwi.
- Trzeba to uczcić! Może zrobimy
sobie taki mały babski wieczór? Co
prawda, ja przy soku, ale ty możesz
pozwolić sobie na wino. - Joanna
milczy i tylko zerka na Emilkę. Na-
dal jest nieco bardziej zdystansowa-
na do tej dziewczyny.
- Super, to ja pójdę się wykąpać, a
później możemy urządzić sobie po-
gaduchy. - Mruga w zabawny spo-
sób, po czym wychodzi.
- Pani Amando... Czy mogłabym
coś pani powiedzieć? - Nagle Joan-
na robi się bardzo tajemnicza.
- Oczywiście, o co chodzi? - Wy-
gląda zza drzwi, jakby chciała się
upewnić, czy nikt za nimi nie stoi.
- Trzy dni temu, kiedy była pani u
swojej mamy, między Panem Rado-
sławem a tą dziewczyną doszło do
spięcia... - zaczyna bardzo cichym
głosem i przysuwa się bliżej mnie.
- Pokłócili się? Pewnie chodziło o
jakieś sprawy służbowe? - Patrzę na
nią, bo nie bardzo wiem, co może
mieć na myśli.
- Nie, Emilia... Ona... Ona chciała
pocałować pana Radka. - Nagle
otwieram szeroko oczy i nie dowie-
rzam.
- Jest pani pewna? - Zaczynam się
bardzo denerwować.
- Tak, byłam w kuchni, kiedy do
salonu wpadł pan Radek i zaczął na
nią krzyczeć... Proszę, niech pani
nic nie mówi, nie chcę, żeby pan
Radek wyrzucił mnie z pracy. - Kur-
czowo zaciska rękę na mojej.
- Dobrze, ale mam do pani proś-
bę... To bardzo mnie zaskoczyło, bo
ufam tej dziewczynie i nie miałam
do tej pory powodów, aby sądzić, że
ma jakieś złe zamiary... Niech pani
ma ją na oku, dobrze? Gdyby cokol-
wiek się działo, proszę mi o tym od
razu powiedzieć. - Staram się za-
chować spokój, ale nerwy zaczynają
mną tak mocno pomiatać, że serce
się kołacze.
- Dobrze, ale błagam... Niech to
pozostanie naszą tajemnicą. - Jesz-
cze raz ściska mnie za rękę, kiedy
nagle do pokoju wchodzi Radek.
Musiał wcześniej skoczyć konferen-
cję.
- Witam, piękne panie. A co to za
jakieś tajemnicze szepty? - Podcho-
dzi do mnie, a Joanna na jego widok
automatycznie zabiera dłoń. Radek
całuje mnie w czoło.
- Rozmawiałyśmy o dziecku. Pani
Joanna tylko głaskała mój brzuch. -
Kłamię, chcąc zataić naszą całą roz-
mowę.
- Ruszał się? - Przykłada dłoń do
mojego pokaźnych już rozmiarów
brzucha i patrzy pytająco na gospo-
się.
- Niestety nie. Może skoro już
pan wrócił, nakryję wcześniej do
kolacji. - Joanna jeszcze raz zerka
na mnie nerwowo, po czym wycho-
dzi i zostawia nas samych.
- Stęskniłem się za tobą. - Obej-
muje mnie od tyłu i wodzi nosem po
moich włosach.
- Ja także się za tobą stęskniłam. -
Opieram głowę o jego ramię. Próbu-
ję w jakiś sposób uspokoić emocje,
które nadal dygoczą wewnątrz mnie
na wieść o zajściu pomiędzy Rad-
kiem a Emilią.
- Podobno przydzieliłeś Emilii ja-
kiś większy projekt? Dlatego zrobi-
my sobie dzisiaj babski wieczór,
żeby to uczcić. - Nagle Radek łapie
głębszy oddech, a kiedy się odwra-
cam i staję z nim twarzą w twarz,
dostrzegam dziwne emocje w jego
oczach.
- Myślałem, że spędzimy ten wie-
czór tylko we dwoje... - wyznaje po
chwili cicho.
- Masz coś przeciwko temu, abym
spędziła go z Emilią? - Unoszę brew
i chcę wybadać jego stosunek do tej
dziewczyny.
- Nie mam nic przeciwko, ale są-
dziłem, że spędzimy dzisiejszy wie-
czór jakoś bardziej apetycznie.
- No cóż, może jutro... Na dzisiaj
mam inne plany. - Całuję go przelot-
nie w usta i odwracam się na pięcie,
chcąc wyjść z pokoju. Jednak Radek
zatrzymuje mnie w ostatniej chwili.
- Muszę ci o czymś powiedzieć. -
Zamyka drzwi i znowu stoimy twa-
rzą w twarz.
- Co takiego? Coś się stało? -
Czyżby chciał powiedzieć mi o tym,
co mówiła Joanna? Czekam, aż za-
cznie mówić. Nie mogę przyznać
się, że wiem cokolwiek.
- Emilia ostatnio bardzo się zmie-
niła... Nie zauważyłaś? - Patrzy na
mnie pytająco i nerwowo chowa
ręce do kieszeni spodni drogiego
garnituru.
- No cóż, zarabia spore pieniądze,
realizuje swoje pasje... Nic szcze-
gólnego.
- Sądzę, że czas najwyższy, aby
się usamodzielniła. Oczywiście pra-
cę zachowa, ale wolałbym, aby za-
mieszkała osobno. - Dostrzegam w
jego oczach pewnego rodzaju dy-
stans i jakby chciał, odizolować ją
od siebie, od nas...
- Skąd ta nagła zmiana? Coś ci
powiedziała? Przeszkadza ci jej
obecność? - Zadaję pytania dalej,
zachowując pokerową twarz.
- Niebawem przyjdzie na świat
nasz syn, a ja wolałbym, aby nasza
przestrzeń zamykała się na naszej
trójce. Sądzę, że wystarczająco już
jej pomogliśmy. Ma pieniądze i stać
ją na samodzielnie życie. Zresztą,
jej też dobrze zrobi odrobina poczu-
cia odpowiedzialności za samą sie-
bie.
- Wiesz, może masz rację, jednak
wstrzymajmy się do moich urodzin,
to zaledwie tydzień. Chciałabym,
spędzić go w waszym towarzystwie.
Moje urodziny to tylko pretekst
do tego, aby móc trochę dłużej jej
się przyjrzeć. Teraz będę bardzo
czujna i chciałabym dowiedzieć się,
co tak naprawdę ich łączy... Może
Radek mnie zdradził, a teraz boi się,
że dowiem się prawdy i odejdę? Nie
wiem, na razie nie mogę rzucać bez-
podstawnych oskarżeń. Wiem jedy-
nie o próbie pocałunku Emilii, ale to
wystarczający dowód na to, że ona
od początku nie grała ze mną czy-
sto.
- Dobrze, po twoich urodzinach z
nią porozmawiamy. - Bierze moją
zaokrągloną twarz w dłonie i składa
namiętny pocałunek na moich
ustach.
- Trochę zgłodniałam, może
chodźmy na dół, Joanna na pewno
przygotowała coś pysznego. Później
spędzę trochę czasu z Emilką. - Ra-
dek kiwa głową i nabiera dużo po-
wietrza do płuc. Zdecydowanie coś
jest na rzeczy. Muszę się dowie-
dzieć prawdy.
- Więc chodźmy, ja także zgłod-
niałem.
Kiedy siedzimy przy stole, panuje
cisza. Zwykle Radek i Emilia poru-
szali tematy projektów, nowych po-
mysłów i tego, czego udało się im
dokonać w ostatnim czasie. Dziś
jest inaczej, między nimi jest dy-
stans, a to tylko prowokuje mnie do
dalszego dochodzenia. Co oni mogą
mieć ze sobą wspólnego? Przecież
to tak naprawdę gówniara.... Jednak
z drugiej strony, faceci lubią młod-
sze... Radek może mieć do tego po-
wody, przecież przytyłam i nie je-
stem już taka gibka, jak przed ciążą.
Zaczynam się denerwować i nie-
chcący wylewam sok na biały ob-
rus, trącając nerwowo ręką.
- Amando, wszystko w porządku?
- Radek wstaje i szybko kładzie bia-
łe serwetki na mokrą plamę po soku
z czerwonych owoców.
- Tak, wszystko dobrze. - Wzdy-
cham zbyt głośno, a ich spojrzenia się
krzyżują. Postanawiam, że upiję Emi-
lię dzisiaj i postaram się wyciągnąć z
niej jak najwięcej informacji. Podob-
no, kiedy człowiek jest pijany, mówi
prawdę.
- Emilko, może chodźmy na taras,
urządzimy sobie małą imprezę. -
Odsuwam powoli krzesło, bo jakoś
straciłam już apetyt. Myśli nie dają
mi spokoju i intuicja podpowiada
mi, że chodzi o coś więcej, niż tylko
próbę pocałunku.
- Super, a masz wino? - Spada mi
kamień z serca, kiedy słyszę pytanie
Emilii. Nie będę musiała jej zachę-
cać do picia. Ma słabą głowę, więc
pójdzie mi jak z płatka. Muszę tylko
uważać, żeby Radek nie kręcił się
obok nas. Mógłby za dużo usłyszeć.
- Jasne, w barku jest mnóstwo al-
koholu. Wybierz sobie jakieś wino,
a ja przygotuję sobie więcej soku.
- Super, w takim razie idę po
czerwone wino i zaraz weźmiemy
sobie jakieś przekąski.
- Ja wam przygotuję. - Odzywa
się Joanna i lekko się uśmiecha w
moją stronę. Chyba podejrzewa, co
mam zamiar zrobić.
- Dobrze, pani Joanno, więc pro-
szę przygotować, a ja zrobię sobie
sok.
- Oczywiście. - Radek przeciera
usta chusteczką i także wstaje od
stołu.
- Skoro dzisiaj będziesz spędzać
wieczór beze mnie, to ja wykorzy-
stam to i pojadę do Edyty. Ostatnio
rzadko się widujemy.
Patrzy na mnie w bardzo tajemni-
czy sposób, ale ja już nie chcę zada-
wać mu żadnych pytań.
- Dobrze, pozdrów ją ode mnie. -
Uśmiecham się i podchodzę do nie-
go, chcąc się przytulić.
- Bądź grzeczna, kiedy wrócę,
zajmę się tobą, jak należy. - Uśmie-
cha się szelmowsko i lekko ściska
mój pośladek.
- Trzymam cię za słowo. - Całuje-
my się na pożegnanie, po czym on
wychodzi z kuchni.
- To dobry pomysł... - Gosposia
mówi do mnie szeptem, kiedy stoję
obok niej i wrzucam owoce do so-
kowirówki.
- Jaki pomysł? - Odwracam się do
niej twarzą i marszczę brwi.
- Niech pani wypyta ją o wszyst-
ko, ona na pewno nie ma dobrych
intencji - mówi jeszcze ciszej niż
wcześniej.
- Dobry z pani obserwator, pani
Joanno. - Uśmiecham się drwiąco. -
Tak zrobię.
- Gdybym była do czegoś po-
trzebna, będę tutaj. Muszę przygoto-
wać kilka rzeczy na jutro.
- Dobrze, w razie potrzeby będę
panią wołać.
- Oczywiście. Niech pani będzie
ostrożna, od początku nie podobała
mi się ta dziewczyna.... - Odwraca
się szybko i zaczyna układać prze-
kąski w momencie, kiedy Emilia
staje w progu ogromnej kuchni.
- Mogę otworzyć to wino? - Trzy-
ma w ręce butelkę czerwonego i za-
razem szalenie drogiego wina.
- Jasne, możesz wziąć, co tylko
zechcesz.
- Super w takim razie będę czekać
na tarasie.
Pani Joanna pomaga mi wynieść
półmiski z jedzeniem na taras. Emi-
lia siedzi na jednym z krzeseł i pali
papierosa. Nagle Radek wychodzi
za nami i wyrywa jej niedopałek z
ręki.
- W tym domu się nie pali - syczy
przez zaciśnięte zęby i gasi papiero-
sa.
- Przepraszam, zapomniałam... -
odpowiada mu i rzuca pogardliwe
spojrzenie.
- Więcej nie zapominaj. - Odwra-
ca się i podchodzi do mnie.
- Spokojnie, kochanie, to tylko
papieros... - Upominam go cicho,
nastawiając jednocześnie policzek
do pocałunku.
- Jesteś w ciąży i nie możesz
wdychać tego szkodliwego dymu.
Będę później, bawcie się dobrze. -
Ostatni raz zerka dziwnie na Emilię
i wychodzi.
- Ależ on się zrobił nerwowy... -
Emilia buczy pod nosem i otwiera
wino.
- Taki już jest, jednak miał rację.
Nie powinnaś palić.
- Dobrze, już więcej tego nie zro-
bię. Amando, musimy porozma-
wiać...
Wyciąga zębami korek od wina,
po czym nalewa sobie do wysokie-
go kieliszka.
- Coś się stało? - Siadam na buja-
nym fotelu, zakładając nogę pod po-
śladki.
- Chodzi o Radka... - Cholera,
wiedziałam! Omal nie zachłystuję
się sokiem. Muszę jednak zachować
spokój.
- Więc słucham.
- Dobrze wiesz, że spędzamy ze
sobą ostatnio mnóstwo czasu...
- Pracujesz dla niego, to normal-
ne. - Zerkam na jej krwistoczerwone
usta, które zanurza w winie.
- Tak, ale nie chodzi jedynie o
pracę... Radek to przystojny facet,
ale nie w moim typie... - mówi
drwiąco, ale ja doskonale wiem, że
od pierwszego dnia, kiedy go zoba-
czyła... Wpadł jej w oko.
- Naprawdę? Sądziłam, że jest
inaczej...
- Chyba sobie żartujesz. - Robi
lekceważącą minę i nerwowo popra-
wia się na krześle.
- Posłuchaj Emilka, miałam nic
nie mówić, ale jednak chyba nie
mam wyboru.
- Zanim cokolwiek powiesz,
chciałabym, abyś o czymś wiedziała
- przerywa mi.
- O czym? - Patrzę na nią pytają-
co. Ten wieczór miał być spokojny i
nie sądziłam, że może tak się poto-
czyć.
- Radek mnie pocałował dwa
razy... - mówi o dziwo spokojnie i
znowu bierze łyk wina.
- Słucham? W co ty pogrywasz,
gówniaro? - Nerwowo wstaję i omal
nie uderzam się w brzuch.
- Jak mnie nazwałaś? - Ona także
wstaje.
- Pomogłam ci, a ty w taki sposób
się odwdzięczasz? Jak możesz
pchać swoje łapska do mojego face-
ta? - Czuję jak ciśnienie uderza mi
do głowy. Cała drżę z nerwów i
mam ochotę jej przyłożyć.
- Po pierwsze, nie jestem gównia-
rą! Po drugie, to twój chłoptaś wpy-
cha mi jęzor do ust! - Nagle na taras
wbiega pani Joanna.
- Nie kłam! Widziałam, jak rzuci-
łaś się na pana Radosława! Jesteś
zwykłą kłamczuchą! - Gosposia sta-
je obok mnie.
- Zamknij się, marna sprzątaczko!
Gówno widziałaś! Najpierw Radek
omal nie przeleciał mnie w biurze, a
później chciał pocałować mnie tu-
taj! Nic nie widziałaś! - Emilia za-
czyna krzyczeć, ale na całe szczę-
ście na tarasie pojawia się Radek.
- Co to ma znaczyć? Jak śmiesz
podnosić głos na moją narzeczoną i
panią Joannę? Mało już namiesza-
łaś? - Staje oburzony obok niej.
- Ja namieszałam? A kto lepił do
mnie swoje ohydne łapska? No po-
wiedz, co stało się w twojej firmie?
- Zaczynam zastanawiać się, co do
cholery między nimi się stało. Może
ona mówi prawdę? Może doszło do
czegoś pomiędzy nimi, a później
Radek zwyczajnie w świecie się
przestraszył i chciał to zakończyć?
- Nie zamierzam tego dalej wy-
słuchiwać! - krzyczę.
Chwilę później wbiegam do gar-
deroby i wyciągam walizkę. Pakuję
byle jak jakieś ciuchy. Sięgam po te-
lefon i wybieram numer na taxi, po
czym schodzę na dół. Radek próbu-
ję mnie zatrzymać i mówi coś, ale ja
już nie zamierzam słuchać. W gło-
wie nadal brzmią mi słowa Emilii.
Łzy cisną się do moich oczu, cała
drżę. Nie docierają do mnie już na-
wet słowa Joanny, która błaga mnie,
żebym została. Biorę walizkę i cią-
gnę za sobą w kierunku taksówki,
która stoi na podjeździe. Radek bie-
gnie za mną i chwyta mnie za rękę,
ale ja ją wyrywam i bez słowa wsia-
dam do auta. Podaję adres mojej
mamy, a po chwili odjeżdżam, ostat-
ni raz zerkając na pobladłą twarz
mężczyzny, który złamał mi serce.
Rozdział X
- Amanda? Co się stało? Córecz-
ko! - Stoję w progu skąpana we
łzach.
- Mogę zostać u ciebie kilka dni?
- Oczywiście! Chodź tutaj! -
Mama bierze mnie w ramiona, a ja
wybucham głośnym płaczem.
- Co się stało? Czy on cię skrzyw-
dził? Jeśli tak, to...
- Nie... To znaczy, muszę przemy-
śleć to wszystko, mamo.
- Pokłóciliście się, tak? - Odsuwa
kosmyk włosów opadający na moją
twarz.
- Opowiem ci wszystko, ale naj-
pierw chciałabym napić się twojej
herbaty.
- Dobrze, kochanie. Chodźmy.
Mama pomogła zanieść mi waliz-
kę do pokoju, w którym kiedyś
mieszkałam. Prawie nic się tu nie
zmieniło.
Moje lalki nadal stoją na półkach,
misie leżą na łóżku, a rysunki i wy-
cinanki, które uwielbiałam robić,
jako mała dziewczynka, nadal stoją
dumnie w ramkach. Tylko jedno się
zmieniło - ja. Nie jestem już dziec-
kiem, a niebawem przyjdzie na
świat mój syn. Siadam na brzegu
łóżka i rozglądam się dookoła.
Patrzę w kąt pokoju, w którym
chowałam się i zatykałam uszy. Mój
ojciec był zagubionym alkoholi-
kiem. Nie czuję już strachu, chociaż
sądziłam, że kiedy tu przyjdę, po-
czuję się tak samo źle, jak kiedyś.
Ocieram łzę, która samotnie spływa
po policzku. Sama nie wiem, co po-
winnam zrobić z tym wszystkim.
Komu mam wierzyć? Mężczyź-
nie, który zmienił całe moje życie,
czy przypadkowej dziewczynie z
ulicy? Przecież to nienormalne... A
może wręcz przeciwnie?
Jestem w ciąży, przytyłam i nie
uprawiamy ostatnio tak często sek-
su, jak przedtem. Emilia rozkwitła i
stała się niezwykle seksowną, mło-
dą kobietą. Radek jest zdrowym
mężczyzną i to zrozumiałe, że mo-
gła wpaść mu w oko.
Kurwa! Co ja do cholery bredzę!
Potrząsam głową, jakbym chciała
wyrzucić te wszystkie brudne myśli.
- Córeczko, chodźmy do kuchni.
Zaparzyłam twoją ulubioną herbatę.
- Mama uchyla drzwi i patrzy na
mnie niepewnie.
- Mamo, pogubiłam się... - Zaczy-
nam płakać i próbuję stłumić jęk,
kryjąc twarz w dłoniach.
- Kochanie... - Podchodzi do mnie
i siada obok. Niepewnie obejmuję
mnie, a ja zamykam oczy i pozwa-
lam sobie wypłakać się w jej mat-
czyne ramię.
- Ta gówniara... Ona twierdzi, że
Radek chciał... On... Boże! - Nie-
ustannie szlocham, a serce bije w
piersi tak mocno, że mam wrażenie,
jakbym miała za chwilę zemdleć.
- Amanda? Córeczko? Amanda! -
Słyszę głos mamy, ale jakbym czę-
ściowo była poza swoim ciałem.
Coś się ze mną dzieje, chyba zaczy-
nam omdlewać.
- Połóż się, a ja uniosę twoje nogi
ku górze. - Powoli opadam na pu-
chową poduszkę, a mama otwiera
szeroko okna.
- Nie możesz się denerwować...
Posłuchaj, odpocznij, a kiedy już
nieco ochłoniesz, porozmawiamy.
Przyniosę ci wody. - Leżę i patrzę w
sufit, głębokie oddechy nieco poma-
gają. Muszę przestać myśleć o tym
wszystkim ze względu na ciążę. Co
ja teraz zrobię? Jeżeli to wszystko
okaże się prawdą... Nawet nie chcę
sobie tego wyobrażać.
- Proszę, napij się. - Mama podaje
mi szklankę chłodnej wody i poma-
ga zwilżyć usta. - Połóż się i spróbuj
zasnąć. Musisz wypoczywać. Będę
w kuchni. Zostawię uchylone drzwi.
Jeżeli poczułabyś się gorzej, bądź
potrzebowałabyś czegokolwiek...
Będę obok. Wszystko będzie do-
brze. Kocham cię, córeczko... - Ca-
łuje mnie w czoło i nakrywa mięk-
kim kocem. Chwilę później zasy-
piam.
Kiedy otwieram oczy, jest już ra-
nek. Mama przymknęła okna, ale
nie całkiem. Świeże powietrze
owiewa moją znużoną twarz, a pro-
mienie słońca przebijające się przez
błękitne zasłony, oplatają moje po-
liczki. Przekręcam się na bok, bo ja-
koś nie specjalnie mam ochotę
wstawać i wracać do szarej rzeczy-
wistości, z którą prędzej czy później
będę musiała się zmierzyć.
Nagle słyszę głos mamy. Z kimś
rozmawia. Postanawiam wstać, bo
niezmiernie ciekawi mnie, kto ją od-
wiedził. Wsuwam stopy w mięciut-
kie, polarowe kapcie, które mama
pozostawiła na podłodze obok łóż-
ka. Jest kochana. Żałuję, że nie mia-
łyśmy okazji przebywać ze sobą
częściej. Ledwo podnoszę się z łóż-
ka, bo strasznie boli mnie głowa. To
wszystko przez stres. Wychodzę z
pokoju i zatrzymuję się niepewnie,
kiedy z kuchni dobiega głos Edyty,
siostry Radka.
- Co ty tutaj robisz? - Staję w pro-
gu, nie kryjąc zaskoczenia jej obec-
nością.
- Witaj. Posłuchaj, nie mam w
zwyczaju wtrącać się do życia moje-
go brata, ale tym razem nie mam
wyboru...
- Doceniam twoją fatygę, jednak
nie sądzę, abyś mogła cokolwiek
zmienić. - Podchodzę do blatu ku-
chennego i nalewam sobie świeżego
soku.
- Wręcz przeciwnie. Kiedy ta
mała suka, przepraszam za wyraże-
nie, ale nie potrafię określić jej ina-
czej, próbowała przystawić się do
Radka, byłam w jego firmie. - Nagle
jej słowa zaczynają mnie nurtować.
- Widziałaś, co między nimi za-
szło? - Siadam przy stole obok mo-
jej mamy.
- Co między nimi zaszło? Posłu-
chaj, do niczego nie doszło. Pamię-
tasz, jak Radek około dwa tygodnie
temu wrócił nieźle wstawiony do
domu? - Zerkam na moją mamę, bo
nie bardzo rozumiem, do czego pro-
wadzi ta rozmowa.
- Coś pamiętam. Opijali wtedy ja-
kiś bardzo duży projekt, ale co to
ma do rzeczy?
- Właśnie ma. Ta cała Emilia była
wtedy w firmie. Radek przydzielił
jej jeden z większych i zarazem
pierwszy tak ważny dla niej projekt.
Prawie wszyscy pojechali do lokalu
opić sukces, ale nie ona. Została
wtedy z trzema innymi osobami, po-
nieważ Radek uznał, że nie powinna
jechać do klubu nie tylko ze wzglę-
du na wiek, ale przede wszystkim
na ciebie. Nie chciał, żebyś miała
mu za złe, że zabiera ją w takie
miejsca.
- No dobrze, ale skoro ją zostawił,
to, w jaki sposób miałoby coś mię-
dzy nimi się stać?
- No właśnie! Ta mała zdzira po-
czuła się urażona i w zamiarze ze-
msty zadzwoniła do niego, kiedy
wszyscy już wyszli z firmy. Powie-
działa, że ma problem z zapisaniem
projektu i zwabiła go.
- A co ty robiłaś w biurze? Prze-
cież tam nie pracujesz... - Patrzę na
nią beznamiętnie. Ciężko mi jest
uwierzyć w jej słowa.
- Radek zadzwonił do mnie i po-
prosił, abym pojechała do jego gabi-
netu i zabrała jakąś teczkę, której
zapomniał. Kiedy tam pojechałam,
słyszałam całą rozmowę Radka z
nią przez telefon, a później byłam
świadkiem całego zajścia.
- Co tam się wydarzyło? Proszę,
powiedz mi. - Ciśnienie znowu ude-
rza mi do głowy. Rozpala się we
mnie iskra nadziei.
- Kiedy Radek pojawił się w fir-
mie, ona już na niego czekała. Ro-
zebrała się do rosołu i liczyła, że
uda się jej go uwieść. Wiedziała, że
jest pijany i chciała to wykorzystać.
Rzuciła się na niego, ale on ją ode-
pchnął i zagroził, że jeżeli jeszcze
raz się to powtórzy, to nie tylko wy-
leci z pracy, ale i z waszego domu.
Nie wiem, co sprawiło, że uciekłaś
wczoraj od Radka, ale wiem, że on
cię bardzo kocha. Posłuchaj... On
nigdy nikogo nie kochał. Nie wiem,
co sprawiło, że czuje do ciebie to,
co czuje... Jednak wiem, że jesteś
dla niego najważniejsza. Możesz
zrobić, co uznasz za stosowne, ale
pamiętaj, że mój brat jest człowie-
kiem honoru i prędzej wolałby cię
zostawić, niż zdradzić i udawać, że
nic się nie stało. - Edyta podniosła
się z miejsca, a mnie jakby wryło i
nie mogę się nawet poruszyć.
- Amanda? Wszystko w porząd-
ku? - Mama chwyta moją dłoń, a ja
znowu czuję napływające łzy.
- Tak, mamo. Wszystko dobrze. -
Głos mi się łamie i nie wiem, co po-
winnam teraz zrobić. Może Radek
przysłał tutaj swoją siostrę? Nie...
Co ja bredzę! Przecież to do niego
nie podobne.
- Wrócisz do niego? - Edyta zerka
na mnie spod długich, ciemnych
rzęs.
- Nie wiem, muszę pobyć sama i
wszystko przemyśleć. Dziękuję, że
powiedziałaś mi o tym wszystkim.
- Nie masz za co mi dziękować.
Po prostu znam swojego brata i
wiem, jak ważna dla niego jesteś.
Zresztą, nie tylko ty... Wasze dziec-
ko także. - Patrzy na mój brzuch.
- Muszę wracać do pracy, ja także
mam mnóstwo obowiązków. Prze-
praszam, że zakłóciłam wasz spokój
o tak wczesnej porze, ale nie wyba-
czyłabym sobie, jeśli przez podłe
kłamstwo tej dziewczyny mój brat
straciłby to, co jest dla niego naj-
cenniejsze. Do zobaczenia, Aman-
do. - Spojrzała na moją mamę. - Do
widzenia pani.
Edyta po chwili zniknęła za
drzwiami, a ja znowu wybuchłam
płaczem w ramionach mamy.
- Ona chyba mówiła prawdę... -
stwierdza mama, po czym zaczyna
gładzić moje długie włosy.
- Sama nie wiem... Mamo, potrze-
buję trochę czasu. Chcę pobyć tutaj,
z tobą.
- Oczywiście, córeczko. Nie za-
mierzam się wtrącać w twoje życie,
a poza tym jestem kiepskim dorad-
cą. Znasz mnie przecież. - Jej zielo-
ne oczy, są lekko zaszklone. Pomi-
mo tego, że nie mówi mi o swoich
wszystkich uczuciach, to i tak
wiem, że przejmuje się wszystkim,
co mnie spotyka.
- Pójdziemy na spacer? - Wycie-
ram dłonią ostatnią łzę, która spły-
wa po moim policzku.
- Oczywiście, ale najpierw zjesz
śniadanie. Musisz się dobrze odży-
wiać. Nie zapominaj o tym. -
Uśmiecha się troskliwie, po czym
podchodzi do lodówki i wyjmuje z
niej jakieś produkty.
- Zrobię ci koktajl owocowy i
twoje ulubione omlety z warzywami
i miętą.
- Chyba tysiąc lat ich nie jadłam.
- Siadam na krześle, kładąc dłoń na
brzuchu.
- Więc dzisiaj będziesz miała oka-
zję. Kiedy byłaś mała, często je ro-
biłam. Kiedyś nawet próbowałaś
zrobić je sama, ale niestety nie uda-
ło ci się i wywaliłaś całą mąkę na
siebie. Pamiętasz? - Mama rozbija
jajka w wysokim naczyniu i uśmie-
cha się z tęsknotą.
- Tak, pamiętam.
- Wiem, że nie byłam idealną
mamą, ale nie ze wszystkim potrafi-
łam sobie poradzić.
- Wiem, mamo. - Podchodzę do
niej i opieram się o jej ramię.
- Dziękuję ci.
- Za co? - Mama nie kryje zdzi-
wienia.
- Za to, że pomimo tylu trudności,
potrafiłaś wychować mnie na po-
rządnego człowieka. - Nie odpowia-
da, ale w jej oczach są łzy. Te słowa
tkwiły niewypowiedziane od dawna
w moim sercu.
Rozdział XI
Leżę skulona obok niego, łzy ska-
pują na mokrą już poduszkę. Czuję
jego oddech na plecach i unoszącą
się woń alkoholu.
Chcę się ruszyć, ale boję się, że
kiedy to zrobię, znowu mnie dopad-
nie. Jednak nie muszę niczego ro-
bić, bo on zrywa się z łóżka i zaczy-
na coś bełkotać. Nie odzywam się,
milczę jak grób, błagając w myślach
boga, aby tym razem uchronił mnie
od tego sadysty. Wstrzymuję cały
oddech, kiedy czuję, jak zsuwa ze
mnie kołdrę. Jego dotyk mnie brzy-
dzi. Próbuję walczyć ze strachem,
ale na próżno. Jestem sparaliżowana
i nie mogę nawet się ruszyć. Jego
dłoń ląduje u złączenia moich ud.
Wzdrygam się.
- Zostaw mnie... - szepcę, przeły-
kając jednocześnie słoną łzę, która
wpływa do moich ust.
- Jesteś przecież moja, mogę zro-
bić z tobą, co zechcę. - Mówi z sa-
tysfakcją i pewnością siebie, plączą-
cym się od alkoholu językiem.
- Źle się czuję, proszę... - Zaczy-
nam drżeć, bo on wcale nie reaguje
na moje słowa.
- Mam gdzieś to, że źle się czu-
jesz. Jesteś moją żoną, a to zobo-
wiązuje cię do pieprzenia się ze
mną. Zapomniałaś już o zasadach? -
Odwracam twarz w drugą stronę,
ponieważ nie mogę znieść widoku
jego zarośniętej i czerwonej twarzy.
- Nie ma żadnych zasad. Jestem
wolnym człowiekiem, a nie twoją
niewolnicą. - Usiłuję walczyć sło-
wami.
- Posłuchaj, wywłoko! Zasady są
takie, jakie sam ustalę i albo bę-
dziesz posłusznie się ze mną pierdo-
lić, albo zrobię to sam. Wybieraj! -
krzyczy. Ściska z całej siły moje
nadgarstki, a ja jednym ruchem od-
pycham go od siebie sprawiając, że
jego ociężałe i upojone alkoholem
ciało spada z łóżka.
Wybiegam z pokoju i szybko
chwytam buty stojące w przedpoko-
ju. Dobrze, że jest środek lata i noce
są ciepłe, ponieważ już noc, znowu
ulica staje się moim domem. Biegnę
przed siebie, nie oglądając się nawet
na moment. Nie wytrzymuję już
tego wszystkiego. Upadam i zaczy-
nam krzyczeć. Ten krzyk jest moim
błaganiem o pomoc, ale nikt nie sły-
szy. Znowu zostaję z tym wszystkim
sama.
- Amanda! Amanda! Córeczko! -
Łapię głęboki oddech i otwieram
oczy. Mama patrzy na mnie z prze-
rażeniem.
- To tylko sen... To tylko zły sen...
- powtarzam sobie, chcąc się nieco
uspokoić. Moje czoło ocieka potem
i nadal dygoczę z przerażenia.
- Przestraszyłam się, tak bardzo
krzyczałaś... Dobrze się czujesz? -
Mama ociera mi głowę jedwabną
chusteczką.
- Tak, to tylko wspomnienia nie
dają mi żyć mamo. Nadal się boję i
już chyba nigdy, nie będę w stanie
przestać nią być.
- Kim, córeczko? - Jej matczyne
spojrzenie roztapia coś w moim ser-
cu, co sprawia, że łzy mimowolnie
zaczynają skapywać z moich oczu.
- Ofiarą, mamo.
- Masz rację, ja też nadal nią je-
stem, chociaż twojego ojca już nie
ma. To boli i też miewam koszmary,
które czasami bywają tak bardzo re-
alne, że po przebudzeniu nie mogę
się uspokoić. Czasami też miewam
wrażenie, że on zaraz przyjdzie i
znowu będzie chciał mnie uderzyć.
- Muszę wyjść na spacer. Chcę to
wszystko sobie poukładać...
- Oczywiście, ale najpierw zjesz
śniadanie. - Uśmiecha się troskliwie
i gładzi mój policzek.
- Jasne, a czy mogę prosić o
omlety? - Obie zaczynamy się
śmiać.
Kiedy spaceruję alejkami parku, nie
myślę o niczym innym, jak tylko o
Radku i Emilii. Czy to możliwe, że to
wszystko się dzieje? Chciałabym, aby
to był sen. Niestety, to pieprzona
prawda. Ciąży nade mną jakieś cho-
lerne fatum, którego nie potrafię
okiełznać. Postanawiam usiąść na
ławce i nieco się wyciszyć, spróbo-
wać zrelaksować. Muszę przecież
myśleć o dziecku.
Nagle w moim brzuchu maluszek
zaczyna robić fikołki. Przykładam
dłoń i uśmiecham się pod nosem wi-
dząc, jak brzuch faluje. To niewyobra-
żalnie, cudowne uczucie. Wiem, że
cokolwiek miałoby się stać, to wła-
śnie ten maleńki człowiek, będzie naj-
ważniejszą osobą w moim życiu.
Odwracam głowę za siebie, sły-
sząc skrzypienie kół od wózka, któ-
rego ciągnie starszy mężczyzna.
- Pyszne soki dla ochłody! - Star-
szy pan ze śmieszną czapką na gło-
wie zachęca ludzi do zakupu jego
napoi. Wstaję z ławki i podchodzę
do niego.
- Poproszę pomarańczowy - mó-
wię z uśmiechem.
- Oczywiście! Dla pani i tego ma-
łego człowieka, którego nosi pani
pod sercem. - Nalewa mi soku w
duży plastikowy kubek i podaje mi.
Nagle dociera do mnie, że nie mam
przy sobie ani centa.
- Przepraszam, ale chyba jednak
zrezygnuję. - Patrzę z zakłopota-
niem na tego uroczego mężczyznę.
- To w prezencie. Nie musisz pła-
cić, drogie dziecko. - Kiwa głową
ze szczerym uśmiechem na ustach.
- Ale ja nie mogę...
- Możesz, a nawet musisz. To bę-
dzie mój dzisiejszy dobry uczynek.
A ty? Też każdego dnia, starasz się
zrobić coś dobrego? - Nagle zupeł-
nie nie wiem, co powiedzieć.
- Chyba nigdy nie zastanawiałam
się nad tym, aby codziennie robić
coś dobrego. - Jestem zawstydzona,
ponieważ za jego pytaniem kryję
się głębia jakiejś mądrości.
- Ja nie zawsze byłem dobrym
człowiekiem... Jednak niewiele mi
już zostało i dzisiaj żałuję wielu
rzeczy... Dlatego zawarłem sam ze
sobą układ, że każdego dnia, dopó-
ki tylko bóg pozwoli mi żyć, będę
robił coś dobrego dla innych. - Jego
zmęczone oczy napełniają się łza-
mi.
- To piękne... - Kiwam z uzna-
niem głową.
- Najbardziej żałuję tego, że po-
zwoliłem odejść z mojego życia
osobie, którą szczerze kochałem.
Niestety, później było już za póź-
no... - Jego wyznanie potrząsa mną
z całej siły. A jeżeli ja bezpodstaw-
nie uwierzyłam w to, że Radek i
Emilia...?
- Dziękuję panu! Z całego serca
panu dziękuję! - Spontanicznie przy-
tulam starszego mężczyznę, po czym
szybkim krokiem zmierzam w kierun-
ku przystanku autobusowego.
Prawie biegnę, wysiadając z autobu-
su, podtrzymując pokaźnych rozmia-
rów brzuch. Jednak, kiedy staję przed
furtką, widok, jaki zastaję, mnie para-
liżuje.
- Amanda? Nie! Zaczekaj! Pro-
szę, zaczekaj! - Radek krzyczy za
mną przez otwarte okno. Całowali
się... Ona nadal tutaj jest. Głupia się
łudziłam, że między nimi do nicze-
go nie doszło. Biegnę, dysząc, ale
nagle ktoś pociąga mnie za ramię.
- Zaczekaj! To nie tak, jak my-
ślisz!
- Zostaw mnie! Rozumiesz? Zo-
staw mnie! Jesteś taki sam jak
wszyscy. Powiedz, co ona ma, cze-
go ja nie miałam? Przeszkadza ci
mój brzuch? Zobacz, to ci przeszka-
dza? - Impulsywnie uderzam się z
całej siły w brzuch. Radek łapie
mnie za nadgarstki, próbując po-
wstrzymać. Krzyczę, jak bardzo go
nienawidzę, jednak po chwili czuję
przeszywający ból i widzę, jak po
moich udach spływa jakaś ciecz.
- Amanda! Co ty do cholery wy-
prawiasz? Odeszły ci wody? Boże...
A jeśli zrobiłaś dziecku krzywdę?
Jestem w jakimś amoku, nagle
wszystko przestaje do mnie docie-
rać. Radek bierze mnie na ręce i
szybkim krokiem idzie w kierunku
auta zaparkowanego na podjeździe.
Dlaczego to zrobiłam? Nie wiem,
co się ze mną dzieje.
Usadawia mnie na tylnych siedze-
niach, a sam wsiada na miejsce kie-
rowcy.
- Nienawidzę cię! - krzyczę, jed-
nocześnie starając się opanować
nierówny oddech. - Aaaaa... - Zwi-
jam się z bólu.
- Uspokój się! Teraz nie to jest
najważniejsze, skup się, żeby oddy-
chać miarowo. Za chwilę dotrzemy
do szpitala.
- Uspokoić się? Pieprzyłeś się z
tą małą zdzirą i mówisz mi, że mam
być spokojna? Wróciłam tu, bo są-
dziłam, że jesteś niewinny. Żałuję!
Jesteś pieprzonym dupkiem, który
nie różni się niczym, od mojego
męża alkoholika! On przynajmniej
był szczery i potrafił okazywać to,
jak bardzo mnie nienawidzi! - krzy-
czę jak oszalała, kuląc się na sie-
dzeniu.
- Co ty wygadujesz, do cholery?
Słyszysz samą siebie? Ten drań
znęcał się nad tobą, a później cię
zgwałcił! Jak możesz mnie do nie-
go porównywać? - Kurczowo zaci-
ska ręce na kierownicy, chwilami
zerkając na mnie w lusterku.
- Zamknij się! Jedź! - Ból staje
się nie do zniesienia. Czuję jak
dziecko ciska się coraz mocniej.
Chyba zaraz urodzę.
- Jadę przecież! Uspokój się już i
wiedz, że nic mnie nie łączy z tą
małą suką.
- Tak nazywasz swoje kochanki?
A może oboje preferujecie sado
maso i w taki sposób określasz ją
pieszczotliwie? No powiedz!
- Nie bądź niemądra! Mam do-
wody na to, że wszystko sobie
uknuła. Począwszy od taniej histo-
ryjki z jej chłopakiem, który rzeko-
mo miałby się nad nią znęcać, do
faktu, że łączy mnie z nią coś wię-
cej. Teraz uspokój się i skup się nad
tym, żeby nie urodzić. Za chwilę
będziemy na miejscu.
- Nie mam ochoty na słuchanie
twoich tanich kłamstw. On też tak
mówił, kiedy zaczął pić i mnie
zdradzać. Zawsze to kobiety były
winne, bo same dobierały mu się do
majtek. Ała! - Wyginam się w łuk,
czując mocne skurcze, które pro-
mieniują po całym moim ciele.
- Wytrzymaj jeszcze chwilę. -
Radek ogląda się za siebie i przy-
spiesza.
Rozdział XI
Po przyjęciu do szpitala i zbadaniu
przez lekarza okazało się, że jestem
w trakcie drugiej fazy porodu. Pie-
lęgniarka podłączyła mnie pod
KTG, które mierzy parametry bicia
serca dziecka i skurcze. Wszystko
przebiega pomyślnie, wszystko
poza tym, że nie mogę przestać za-
dręczać się widokiem, jaki zastałam
pod domem Radka... Pod naszym
domem? Czy mogę w taki sposób
określić jeszcze to miejsce?
Nie wiem, co dalej będzie. Radek
po przyjeździe tutaj zadbał o to, aby
niczego mi nie zabrakło. Przywiózł
mi rzeczy, które naszykowałam już
dawno, na wypadek nagłego zwrotu
akcji. Jak widać, słusznie.
Chciał być przy mnie, ale nie po-
zwoliłam mu. Nie jestem w stanie
patrzeć na niego i udawać, że
wszystko jest w porządku. Nie po
tym, co widziałam. Czy on napraw-
dę był zdolny do tego, aby mnie
zdradzać? I to z kim! Z małą,
wstrętną kłamczuchą, której urato-
wałam skórę! Gdzie podział się
mężczyzna, na którego wpadłam na
ulicy? Chciałabym poznać odpo-
wiedzi na pytania, które mnie drę-
czą i nie pozwalają myśleć o ni-
czym innym.
- Jak się pani czuje? - Pielęgniar-
ka przerywa moją zadumę.
- Da się wytrzymać. Jak długo
jeszcze będę tutaj leżeć? - Zaci-
skam mocno zęby, ponieważ poja-
wia się kolejny skurcz.
- Za chwilkę przeniesiemy panią
na trakt porodowy. Sądzę, że to już
ten czas. - Kobieta o kruczych wło-
sach i miłym spojrzeniu odpina z
mojego brzucha pas.
- Przecież to dopiero siódmy
miesiąc, czy to nie zagraża dziec-
ku? - Pomaga mi wstać i siadam na
wózku.
- Współczesna medycyna potrafi
zdziałać cuda. Proszę nie martwić
się na zapas. Jest pani w najlep-
szych rękach.
- Więc jednak możliwe są kom-
plikacje? - Zaczynam się denerwo-
wać. Przez moją porywczość i głu-
pią złość, mój syn może mieć pro-
blemy ze zdrowiem.
- Proszę się uspokoić i skupić się
na tym, co ile minut ma pani skur-
cze. Niestety, nie możemy już pod-
trzymać ciąży, ponieważ dziecko
przebywa w łożysku bez wód pło-
dowych. Jedyne, w czym mogę pa-
nią zapewnić to to, że urodzi pani w
ciągu kilku, najbliższych godzin. -
Siedzę na wózku inwalidzkim, a
uprzejma pielęgniarka wiezie mnie
na trakt porodowy. Kiedy zatrzy-
mujemy się przed windą, Radek
podchodzi do mnie.
- Kochanie... Jak się czujesz? -
Kuca obok wózka i usiłuję wziąć
mnie za rękę. Jednak nie potrafię
spojrzeć na niego. To za bardzo
boli. Przed zrobieniem mu awantu-
ry powstrzymuje mnie tylko to,
gdzie się znajdujemy. Nie chcę, aby
ktokolwiek uznał mnie za wariatkę.
- Odejdź stąd! Tak będzie lepiej...
Cholera! - Zaczynam zwijać się z
bólu i omal nie spadam z wózka.
- Co się dzieje? - Zaniepokojona
pielęgniarka woła lekarza.
- Nie mogę oddychać...
- Leci jej krew! - Radek krzyczy
alarmującym tonem. - Do cholery!
Czy są tutaj jacyś lekarze? Ona
krwawi! Ludzie, pomóżcie jej!
Przybiega lekarz i położna, którzy
widząc całą sytuację i to, w jak sza-
leńczym tempie tracę wiele krwi,
przenoszą mnie na łóżko i szybko
przewożą mnie na salę operacyjną.
Widzę tylko napis, który znika z
pola mojego widzenia po tym, jak
otwierają się ogromne drzwi zim-
nej, sterylnej i ogromnej sali.
- Panie doktorze, co robimy? -
Spanikowana pielęgniarka próbuje
ocierać tryskającą ze mnie krew.
- Proszę o wprowadzenie pacjent-
ki w stan znieczulenia ogólnego. -
Lekarz patrzy na mężczyznę w bia-
łej masce i zielonym ubraniu. To
chyba anestezjolog.
- Proszę się nie martwić, zrobimy
wszystko, co w naszej mocy. - Wi-
dzę tylko wirujące twarze w ma-
skach nade mną, po chwili zasy-
piam.
Rozdział XII
Słyszę dziwny dźwięk. Otwieram
powoli oczy i widzę tylko Radka
śpiącego na drewnianym krześle,
opartego o ścianę. Obok łóżka jest
stojak, do którego jest przypięta ja-
kaś kroplówka. Słyszę pikanie apa-
ratury, która mierzy moje parametry
życiowe. Sięgam dłonią do brzucha,
ale wydaje się mniejszy. Nagle
uświadamiam sobie, że już nie je-
stem w ciąży i wpadam w panikę.
- Gdzie jest moje dziecko? - Za-
czynam panicznie krzyczeć, nie
zwracając uwagi na Radka. - Leka-
rza! Lekarza! Do cholery! Gdzie
jest mój syn? Co z nim zrobiliście?
- Drżę, a Radek nagle zrywa się z
krzesła i podbiega do mnie, łapiąc
mnie i mocno przytulając.
- Spokojnie! Jest cały i zdrowy!
Leży na oddziale dla wcześniaków.
Uspokój się! Nie możesz jeszcze
wstawać, miałaś cesarskie cięcie. -
Zaczynam sklejać wszystkie myśli i
przypominam sobie, co działo się
kilka godzin temu.
- Odejdź! Dlaczego tutaj jesteś?
Nie chcę na ciebie patrzeć! Spie-
przaj stąd!
Staram się go odepchnąć, ale on
jeszcze bardziej mnie ściska.
- Uspokój się i daj mi dojść w
końcu do słowa! - Pierwszy raz na
mnie krzyczy... Milczę.
- Nie zdradziłem cię ani razu.
Mam na to dowody. - Nagle wstaje
i sięga do torby z laptopem, która
leży na podłodze. - To jest coś, co
rozwieje twoje wątpliwości. - Kła-
dzie komputer przede mną i włącza
jakiś film. Nagle dociera do mnie,
że główne role odgrywają oni...
Emilia i Radek.
- Jesteś taki przystojny... - słyszę
kobiecy, znajomy głos dochodzący
z nagrania.
Zauważam, że Emilia wzdycha do
niego i wpatruje się w jego postać
bardzo intensywnie. Niemal pene-
truje go wzrokiem.
- Wyłącz to, do cholery! Nie
mam zamiaru patrzeć, jak oblepiasz
jej wstrętne cielsko! - Do oczu na-
pływają mi łzy...
- Zaczekaj, to dowód na to, że je-
stem niewinny. Zrobiłem to celowo,
proszę... Obejrzyj do końca.
- Więc wszystko sobie uknułaś,
moja mała spryciaro? - Radek obej-
muje ją w pasie i sugestywnie od-
garnia pasmo włosów za ucho.
- Nie miałam wyboru, tylko w
taki sposób mogłam cię zdobyć i
pozbyć się Amandy. - Nabieram
obrzydzenia, widząc, jak rozpina
jego koszulę.
- A ta historyjka z chłopakiem?
Też ją sobie wymyśliłaś? - Na fil-
miku ewidentnie widać, że Radek
udaje. Wcale nie jest nią zaintereso-
wany, a jednie ona nim. Jest choler-
nie zachłanna.
- To tylko odrobinę zabarwiłam.
Musiałam się gdzieś podziać, a że
Amanda była na tyle naiwna, że za-
proponowała mi zamieszkanie tu-
taj... Byłabym głupia, nie przyjmu-
jąc jej propozycji.
- Więc... Zrobiłaś to wszystko po
to, aby mnie zdobyć? - Radek
wciąż dopytuje, ale ona nie ma
ochoty na dłuższe rozmowy i za-
czyna go całować. Ale zaraz... Co
on robi? Nagle odpycha ją od siebie
i krzyczy przez okno... On krzyczy
do mnie! Cholera! Teraz wszystko
rozumiem!
- Już wiesz, dlaczego zobaczyłaś
mnie z nią... - Zabiera laptopa i
chowa z powrotem do torby.
- Radek... Ja... Nie miałam poję-
cia. Więc zrobiłeś to wszystko po
to, aby udowodnić mi, że nic cię ni-
gdy z nią nie łączyło? - Patrzę na
niego z niedowierzaniem.
- Tak, może to trochę dziecinne,
ale uknułem taki spisek. Wszystko
poszłoby zgodnie z planem, gdybyś
nie pojawiła się pod domem i nie
narobiła tyle szumu. - Siada na
brzegu łóżka i bierze mnie za rękę.
- Nie miałam pojęcia... Boże!
Przez moją bezmyślność jestem tu-
taj, a nasz syn urodził się o wiele za
wcześnie. Co mnie skłoniło do
tego, aby uderzyć się w brzuch? Je-
stem idiotką! - Zaczynam szlochać.
-
Nie mów tak, miałaś prawo
nie wiedzieć. Zastałaś mnie, pod-
czas gdy ona zaczęła mnie całować.
To zrozumiałe, ale masz rację z jed-
nym. Nie powinnaś pod żadnym
pozorem uderzać się w brzuch. Naj-
prawdopodobniej to właśnie to wy-
wołało przedwczesny poród. Jednak
wszystko póki co jest dobrze. Musi-
my być dobrej myśli. Tak mówi le-
karz. Ty także musisz odpoczywać,
bo straciłaś wiele krwi. Wszystko
będzie dobrze.
-
Przepraszam! Błagam cię!
Wybacz mi to, co zrobiłam! Ja nie
chciałam... - Radek bierze mnie w
ramiona i mocno przytula.
-
Wiem maleńka, wiem...
Rozdział XIII
Minął tydzień. Widziałam już nasze-
go synka. Jest taki maleńki... Wszyst-
ko powoli się uspokaja. Po pięciu
dniach zdjęli mi szwy, które były za-
łożone podczas operacji. Nie mogę do
niego wchodzić, nikt poza lekarzami i
pielęgniarkami nie może. Chciałabym
zobaczyć go z bliska...
Radek jest tutaj prawie cały czas.
Śpi na krześle w sali, w której leżę, a
kiedy nikt nie widzi, kładzie się obok
mnie i wtula moje ciało w swoje ra-
miona. Mam wrażenie, że pilnuje
mnie na każdym kroku, jakby bał się,
że mogę uciec. Nawet mnie to nie dzi-
wi. Przecież raz już uciekłam. Ważne
jest to, że był i jest mi wierny.
Emilia... No cóż. Jest mi strasznie
przykro, że wykorzystała moją dobro-
duszność i próbowała odebrać mi
Radka. Prawie jej się udało.
Kiedy stoję przed salą, w której leży
mój synek. Przychodzi Radek i podaje
mi kubek z herbatą malinową. Moje
małe serduszko jest podpięte do respi-
ratora. Nie może samodzielnie oddy-
chać i jest bardzo słaby. Tak bardzo
żałuję tego, że w przypływie emocji,
zrobiłam takie głupstwo. Jeżeli cokol-
wiek się stanie... Nie będę w stanie
sobie tego wybaczyć.
- Coś się stało? - Jest przygnębiony
i wiem, że musiało się coś stać.
- Kochanie... Nie mam dobrych
wieści. - W jego oczach dostrzegam
strach.
- O co chodzi? - Widząc, jak bardzo
się denerwuje, zaczynam sama popa-
dać w lęk.
- Właśnie dzwonił do mnie nasz ad-
wokat...
- Mów! Proszę!
- Igor wychodzi za tydzień z wię-
zienia. Dzięki dobremu sprawowaniu
w zakładzie karnym i apelacji, którą
złożył jego obrońca. - Nogi uginają
mi się w kolanach.
- Przecież to niemożliwe! Dostał
cztery lata, a teraz ma wyjść tylko
dlatego, że dobrze się sprawował w
więzieniu? To niedorzeczne! Czy to w
ogóle zgodne z prawem? - Siadam na
ławce.
- Niestety, wszystko jest załatwione
zgodnie z prawem. To sąd zezwolił
mu na wcześniejsze opuszczenie za-
kładu. Nic nie możemy zrobić.
- Przecież on mnie dopadnie! Nas,
dopadnie! To niemożliwe! To musi
być zły sen! Boże!
Kubek z herbatą wysuwa mi się z
rąk i ląduje na podłodze. Kryję twarz
w dłoniach, nie mogąc uwierzyć, że to
wszystko dzieje się naprawdę.
- Kochanie, Igor dostał zakaz zbli-
żania się do ciebie. Nie będzie nas na-
chodził, ponieważ w przeciwnym ra-
zie trafi z powrotem do więzienia.
- Ty go nie znasz... On nie będzie
myślał o tym, czy wróci do więzienia,
czy nie. Jemu będzie zależało tylko na
tym, aby na mnie się zemścić. Pamię-
tasz, jak odgrażał się w sądzie? On ni-
gdy nie żartuje z takimi rzeczami. Jest
chorym człowiekiem i nie cofnie się
przed niczym.
- Jeżeli zajdzie taka potrzeba, wy-
najmę prywatną ochronę. Nie bój się,
ten drań już nigdy cię nie skrzywdzi.
Rozdział XIV
Od dwóch tygodni jestem w domu.
Kacperek, mój syn, jeszcze leży w
szpitalu. Na szczęście zaczął samo-
dzielnie oddychać i być może nieba-
wem będziemy mogli zabrać go do
domu. Igor najprawdopodobniej jest
już na wolności. Radek na wszelki
wypadek wynajął ochronę, która ma
stać na baczności w dzień i w nocy.
Wszystko byłoby w miarę dobrze,
gdyby nie fakt, że zaczynam popadać
w paranoję. Na każdym roku szukam
Igora. Wczoraj będąc w sklepie, mój
ochroniarz omal nie pobił mężczyzny
tylko dlatego, że się pomyliłam.
Boję się tego człowieka, ponieważ
wiem, że jest zdolny do wszystkiego.
Dzisiaj muszę stawić się na badania
kontrolne w szpitalu. Lekarz zalecił
mi mały, a w zasadzie zerowy wysi-
łek. Przez pół roku nie mogę niczego
dźwigać. Brzuch nadal mam nadęty
jak balon i miewam silne skurcze, po-
nieważ macica dochodzi do swojego
naturalnego rozmiaru i się kurczy.
Środki przeciwbólowe działają, ale na
dłuższą metę to bardzo niezdrowe.
Ciągle faszeruję się lekami, jak nie
przeciwbólowymi, to uspokajającymi.
Boję się, ale staram nie okazywać
tego przed Radkiem. On tak bardzo
się stara, aby zapewnić mi spokój.
Siedząc na łóżku w sypialni, dobiega
mnie dziwne poczucie, jakbym była
obserwowana. Poza mną, gosposią i
ochroną nie ma nikogo w domu. Jed-
nak czuję na sobie czyjś wzrok. Może
popadam w paranoję? Staram się
przestać myśleć w ten sposób i odsu-
wam wszystkie myśli na bok. Staję
przed lustrem i mierzę sukienkę, która
bardzo długo wisiała w szafie, czeka-
jąc, aż stracę co nieco na wadzę. Sta-
ram się zapiąć suwak, który jest z
boku, ale nagle dzieje się coś niespo-
dziewanego...
Ktoś zatyka mi usta, a kiedy przeraź-
liwie spoglądam w lustro. Dostrze-
gam jego... Wrócił, aby się zemścić.
Jego toksyczny zapach mnie paraliżu-
je. Dociska mnie do siebie, nie mó-
wiąc nic. W ręce trzyma nóż, który
wrzyna mi się w plecy. Boję się, ale
nie mogę wydobyć z siebie ani jedne-
go słowa. On doskonale wie, że w
domu jest trzech ochroniarzy, ale ro-
zumie także, że nie będę w stanie
krzyczeć. Nawet nie próbuję, bo
wiem, że bez żadnych skrupułów za-
topiłby we mnie ostrze noża. Milczę,
usiłując jakoś oddychać.
- Sądziłaś, że dam ci spokój? -
Szepce wprost do mojego ucha. - Je-
steś moja i nic tego nie zmieni. Bądź
cicho, to nic złego się nie stanie. Zro-
zumiałaś, dziwko?
Kiwam głową w obawie o swoje ży-
cie. Ciągnie mnie za sobą w kierunku
tylnego wyjścia z domu. Jak zwykle
wszystko sobie zaplanował. Boże, co
on chce ze mną zrobić? A jeśli mnie
zabije? Próbuję układać jakiś plan
ucieczki, ale nic nie przychodzi mi do
głowy. Ciągnie mnie za sobą, rozglą-
dając się dookoła. Może powinnam
spróbować jakoś przywołać ochronę?
Tylko jak? Jestem na jego celowniku.
Nagle zahacza o ogromny, porcelano-
wy, wazon, a ten się przewraca. Sły-
szę kroki zbiegających po schodach,
ochroniarzy i już chcę krzyczeć, ale
czuję palący ból z tyłu głowy. Tracę
przytomność.
Rozdział XV
Słyszę ciche kapanie wody. Uchylam
oczy i dostrzegam ponure ściany. Jest
mi zimno i bardzo boli mnie głowa.
Sięgam dłonią do miejsca, w którym
ból skupia się najbardziej i dostrze-
gam krew. Musiał uderzyć mnie
czymś ciężkim.
Gdzie ja jestem?
To chyba jakaś rudera, w której Igor
się ukrywa. Postanawiam, że spraw-
dzę, gdzie on teraz się znajduje.
Może będę miała jakąś szansę na
ucieczkę? Powoli uchylam drzwi, ale
nadal nikogo nie widzę. Słyszę tylko
ten dziwny dźwięk skapującej wody.
Powolnym krokiem, na palcach, idę w
kierunku korytarza.
Ta cisza jest elektryzująca.
W pustym pomieszczeniu nawet
najcichszy szelest odbija się echem
od ścian. Zatrzymuję się i zamie-
ram, widząc cień na ścianie. Z dru-
giego końca korytarza dobiegają
czyjeś głosy. Wsłuchuję się i docie-
ra do mnie, że on zabawia się z ja-
kąś kobietą. Muszę to wykorzystać,
bo później mogę nie mieć takiej
szansy.
Rozglądam się dookoła i dostrze-
gam uchylone okno w drugim koń-
cu korytarza. Szybko wspinam się
na parapet i usiłuję wydostać się na
zewnątrz.
- Hola, hola! Dokądś się wybierasz?
- Zamieram, słysząc jego głos.
- Proszę, wypuść mnie! Wybaczy-
łam ci już wszystko. Zacznijmy ukła-
dać sobie życie po swojemu. Proszę
cię... - Patrzę na niego błagalnym
wzrokiem, zalana łzami.
- Byłbym kretynem, gdybym po-
zwolił ci odejść. No już, złaź stąd! -
Pociąga mnie za stopę, a chwilę póź-
niej ciągnie mnie za włosy i wlecze
do jakiegoś obskurnego pokoju. Kulę
się w kącie, dygocząc z zimna. Czego
on chce? Czy niewystarczająco już
wycierpiałam?
Biorę jakiś brudny i śmierdzący koc,
który leży w drugim kącie. Okrywam
się nim i zaczynam szlochać. Chwilę
później zasypiam.
Wyrywa mnie ze snu czyjś dotyk.
Otwieram oczy i odskakuję na widok
jego obrzydliwej twarzy.
- Zostaw mnie! - Próbuję się wyka-
raskać z jego objęć. Całuje mnie, a ja
mam ochotę zwymiotować.
- Nie wzbraniaj się, Amando. Już
nie kochasz swojego męża? - Odwra-
cam się, chcąc uniknąć styczności z
jego ustami.
- Nie jestem już twoją żoną... -
Chciałabym go odepchnąć, ale wiem,
że kiedy będę bardziej się wzbraniać,
on zacznie mnie bić i skończy się na
tym, że mnie skatuje.
- To, że dostałaś rozwód, nie ozna-
cza, że dam ci spokój. Dobrze wiesz,
że uwielbiam się z tobą zabawiać.
Żadna ze zdzir, które pieprzyłem, nie
miała tak ciasnej cipki, jak ty. - Jego
usta są na tyle blisko, że wyczuwam
nieprzyjemną woń. Wyraźnie wyczu-
wam alkohol w połączeniu z papiero-
sami.
- Nie mogę uprawiać seksu! Jestem
świeżo po cesarskim cięciu - wyja-
śniam cicho, starając się zwiększyć
dystans pomiędzy nami. Modlę się w
duchu o to, aby myśl o porodzie, od-
wlekła go od myśli odbycia stosunku.
Nie zniosę tego.
- Że co? To gdzie do cholery masz
bachora? - Odsuwa się ode mnie i
nerwowo przeczesuje włosy.
- Nasz syn jest w szpitalu - mówię
niepewnie, licząc, że być może ja-
kimś cudem wzbudzę w nim skruchę.
- Nasz syn? Co ty pieprzysz, do
cholery? - Łapie mnie za rękę i zmu-
sza do wstania.
- Tak, to nasz syn. Twój i mój. Nie
wiedziałeś? - Przez jego zaniedbaną
twarz przemyka tysiące uczuć.
- To dziecko jest moje? Sądziłem,
że ty i ten facet... Że to jego bachor. -
Siada na starym i zakurzonym krze-
śle, które stoi na środku tego obskur-
nego pokoju. Odpala papierosa i do-
strzegam, że zaczynają drżeć mu dło-
nie.
- To twoje dziecko, ale nie chcę,
abyś miał z nim jakąkolwiek stycz-
ność. Przypominam ci, że zaszłam w
ciąże podczas gwałtu. Skatowałeś
mnie, a ta ciąża wcale nie była dla
mnie wielkim szczęściem. Jednak nie
zdecydowałam się na aborcję, chociaż
miałam możliwość usunięcia ciąży.
Walczyłam przez długi czas, aby za-
akceptować fakt, że noszę w sobie
potomka gwałciciela i człowieka, któ-
ry krzywdził mnie przez wiele lat.
Jednak wiesz co? Urodziłam to dziec-
ko i pokochałam całym sercem i dla-
tego nigdy nie pozwolę ci się do nie-
go zbliżyć. Rozumiesz? Ze mną mo-
żesz robić, co chcesz, ale jego nigdy
nie tkniesz, ani nigdy nie zobaczysz.
Zrywa się z krzesła i łapie mnie za
nadgarstek.
-
Co ty sobie, kurwa, myślisz? Że
będziesz dyktować mi warunki, mała
suko? - Jego oczy są przepełnione
gniewem, nienawiścią, ale także jakimś
nowym uczuciem, którego nie potrafię
odczytać.
-
Ty sam już podyktowałeś sobie
warunki. Nie masz prawa ani do mnie,
ani do tego dziecka. Nie masz... - Do
oczu napływają mi łzy, a on nagle pod-
nosi rękę i jestem pewna, że za chwilę
osunę się na podłogę.
Jednak nie robi tego, nie uderza mnie.
Odpycha tylko, po czym wychodzi z
pokoju i zostawia mnie samą. Jestem w
szoku. Przecież ten człowiek to kat, sa-
dysta i bezduszny gwałciciel. Nie moż-
liwe jest więc, aby zrodziły się w nim
jakiekolwiek uczucia poza nienawi-
ścią...
Podchodzę do okratowanego okna w
tym starym budynku, który śmiało
mogę nazwać ruderą i patrzę, jak wsia-
da do samochodu. Chwilę później od-
jeżdża z piskiem opon, a ja zostaję
sama na tym pustkowiu, z którego chy-
ba nie ma ucieczki.
Rozdział XVI
Mijają dni, a dla mnie jakby czas za-
trzymał się w miejscu. Siedzę za-
mknięta w tej okropnej dziurze, ale
nie to jest najgorsze. Najgorsze jest
to, że nie wiem, co dzieje się z moim
synkiem. Radek na pewno mnie szu-
ka i odchodzi od zmysłów. Tak bar-
dzo za nimi tęsknie.
Zrywam się z podłogi, słysząc kro-
ki. Nagle drzwi się uchylają.
-
Musisz coś jeść, nie zamierzam
pójść siedzieć za to, że cię zagłodzi-
łem. - Podaje mi plastikowy talerz, na
którym jest jakiś kotlet, frytki i surów-
ka. - No już! Zjadaj!
Niechętnie biorę talerz i plastikowe
sztućce, które mi podaje.
-
Mam jeść tutaj? Na podłodze? -
Patrzę niepewnie, licząc, że być może
znajdę sposób na wydostanie się stąd.
-
No dobra, pozwolę ci zjeść ze
mną, ale spróbuj wywinąć jakiś numer,
to gorzko tego pożałujesz! - Otwiera
przede mną drzwi, czekając, aż wyjdę
przed nim.
-
No już! Rusz się! - Ponagla mnie,
ponieważ stoję wpatrzona w niego,
nie rozumiejąc, dlaczego zachowuje
się inaczej.
Wchodzimy do pokoju, który okazu-
je się całkiem przestronny i świeży.
Na środku stoi niewielki stolik i dwa
krzesła. Obok ściany jest ogromne
łóżko, wysłane białą pościelą.
-
Siadaj. - Wskazuje dłonią krzesło,
a sam siada po przeciwnej stronie. Za-
czynam jeść powoli, jestem naprawdę
głodna. Nie miałam nic w ustach od
kilku dni. Czuję się słabo, ale emocje,
które ciągle mną targają, nie pozwalają
mi na zasłabnięcie.
-
Dlaczego mnie tutaj przywiozłeś?
- zaczynam zadawać pytania, choć jest
mi już wszystko jedno. Może mnie
karcić za to, że odważyłam się z nim
dyskutować. Jednak przecież nie mam
nic do stracenia. Jeżeli będzie chciał
zrobić mi krzywdę, zrobi to bez mru-
gnięcia okiem.
-
Naprawdę cię to obchodzi? - Jest
o dziwo spokojny, co wzbudza we
mnie mieszane uczucia. Dostrzegam w
nim przez chwilę mężczyznę, którego
kiedyś pokochałam. Fakt, że jest dzi-
siaj bardzo zadbany, utrudnia mi
wszystko. Nagle wracają wspomnienia,
przypominam sobie nasz ślub, jego
obietnice i kilka dobrych chwil, które
przyszło mi spędzić z tym człowie-
kiem.
-
Tak, porwałeś mnie. Chciałabym
wiedzieć, czego jeszcze chcesz. - Od-
kłada plastikowy nóż i widelec na ta-
lerz, po czym wstaje od stołu i podcho-
dzi do jakiejś szafki. Wyjmuje szklaną
popielniczkę i stawia na stole.
-
Chciałem cię ukarać... - Wkłada
papierosa do ust i odpala go srebrną
zapalniczką. - Zresztą, dlaczego miał-
bym ci się tłumaczyć? - Siada znowu
naprzeciwko mnie i mierzy mnie wzro-
kiem.
-
Nie wiem... Jednak skoro tutaj je-
stem, chciałabym wiedzieć. - Gram na
pozór spokojną, chociaż emocje, które
napływają do mojej głowy, są na tyle
silne, że mogłabym wybuchnąć gło-
śnym płaczem. Powstrzymuję się jed-
nak i staram się wrócić do jedzenia.
-
To naprawdę moje dziecko? - Jego
spokój zaczyna mnie drażnić, już chy-
ba wolałam, kiedy krzyczał. Nie jestem
pewna, jakie ma zamiary i dlaczego w
ogóle zadaje mi takie pytania?
-
Tak, to twoje dziecko. - Przeły-
kam nerwowo ślinę, czując jego palący
wzrok skupiony na mnie.
-
Połóżmy się. - Jedzenie staje mi w
gardle, kiedy dociera do mnie, co po-
wiedział.
-
Ale...
-
Nie ma żadnego ,,ale". Po prostu
połóżmy się. - Do czego on zmierza?
Czy on chce? Nie! Nie chcę tego! Nie
zniosę jego dotyku...
-
Proszę, nie rób mi krzywdy... -
mówię przez zaciśnięte gardło.
- Nie zamierzam. Po prostu chciał-
bym, abyś położyła się ze mną w jed-
nym łóżku. - Jego wyznanie sprawia,
że rozpadam się na kawałki. Co się
dzieje, do cholery? Czego on chce?
Paniczny strach zaczyna władać
moim umysłem. Drżę na samą myśl o
tym, co mógłby ze mną zrobić. Wsta-
ję jednak i podchodzę do ogromnego
łóżka. On staje tuż za mną.
- Poczekaj... Musisz wziąć kąpiel. -
Podchodzi do ogromnej szafy i wyj-
muje z niej czysty ręcznik.
- Masz, wykąp się, a później tutaj
wróć. W łazience są czyste ubrania. -
Wskazuje dłonią na drzwi, których
wcześniej nie zauważyłam. W milcze-
niu wchodzę do łazienki i nalewam
sobie wody do wanny.
Chwilę później znowu jestem w po-
koju. Kładę się niepewnie obok niego,
ale na szczęście łóżko jest na tyle
duże, że nie muszę znosić żadnego
dotyku.
- Śpij, Amando. - Jego głos jest spo-
kojny i cichy. Przeraża mnie jego na-
gła przemiana. Postanawiam, że nie
zasnę. Jednak moje zmęczenie i orga-
nizm wycieńczony brakiem pożywie-
nia przez ostatnie dni, poddają się
błogości snu. Zasypiam...
Budzi mnie głośny huk. Zrywam się
i rozglądam dookoła. Igora nie ma
obok. Podnoszę się szybko i wkładam
buty. Kiedy wychylam głowę zza
drzwi, zastaje widok, jaki paraliżuje
mnie całą. Igor leży na ziemi z bronią
w ręce... Jego oczy są otwarte, a nie-
obecny wzrok skierowany w moją
stronę.
Stoję zahipnotyzowana, nie mogąc
się ruszyć. On nie żyje... Jesteś wol-
na. Jakiś tajemniczy głos, brzmiący w
mojej głowie podpowiada mi, że
mogę uciekać. Jednak ja nadal nie po-
trafię się ruszyć.
Po chwili wracam do pokoju, w któ-
rym spałam i biorę bluzę, którą znala-
złam w łazience. Kiedy ją podnoszę,
znajduję kartkę. Przez chwilę zawie-
szam się, bo wiem, co to jest. To list
pożegnalny. Chyba nie chcę tego czy-
tać, ale jednak coś sprawia, że biorę
go do ręki i zaczynam śledzić tekst...
Amando,
Wiem, jak bardzo mnie znienawidziłaś
przez te wszystkie lata. Chronicznie Cię
krzywdziłem, bo nie potrafiłem poradzić
sobie w swojej własnej skórze. Teraz jest
za późno na jakiekolwiek słowa. Jednak,
kiedy powiedziałaś, że mam syna...
Skrzywdziłem Cię i już nic, nigdy nie bę-
dzie w stanie tego naprawić. Muszę to
zrobić, aby uchronić Cię i naszego syna
przed sobą samym. Inaczej nie będę w
stanie nad tym zapanować. Proszę, wy-
bacz mi wszystkie grzechy.
Igor
Serce zamiera mi w piersi, łzy ska-
pują na marną kartkę papieru, która
rozdarła mi serce na strzępy.
Muszę stąd wyjść.
Biegnę długim korytarzem, który
doprowadza mnie do wyjścia. Drzwi
są otwarte i szybko wybiegam na ze-
wnątrz. Jestem w samym środku ja-
kiegoś pustkowia, ale dostrzegam w
oddali jadące samochody. Biegnę ile
sił w nogach, aż w końcu docieram do
zbocza. Macham do jadących samo-
chodów, ale mało kto zwraca na mnie
uwagę. Po kilku minutach dostrzegam
patrol policji, który jedzie w moją
stronę.
Krzyczę, że potrzebuję pomocy, aż
policyjne auto się zatrzymuje.
- Co się pani stało? - Jeden z poli-
cjantów podtrzymuje mnie, bo mam
wrażenie, jakbym za chwilę miała ze-
mdleć. Wyciągam z kieszeni list poże-
gnalny Igora i podaję funkcjonariu-
szowi.
- Mój były mąż uprowadził mnie, a
teraz leży martwy w ruderze. - Dławię
się łzami, których w żaden sposób nie
potrafię opanować.
- Czy dobrze się pani czuje? Może
powinniśmy wezwać pogotowie? -
Drugi z policjantów mówi coś do ra-
dia znajdującego się w radiowozie.
- Zabierzcie mnie do domu. Pro-
szę... - mówię szeptem drżącym gło-
sem, ledwo stojąc na nogach.
-
Niech pani wsiada, zajmiemy się
panią i odwieziemy do domu. Na
miejsce zdarzenia wysłaliśmy już ko-
lejny patrol. Proszę się nieco uspoko-
ić. - Wsiadam nieobecna myślami do
auta, a policjant zatrzaskuje za mną
drzwi. Kiedy ruszamy, patrzę w stro-
nę rudery, w której Igor odebrał sobie
życie.
-
Amando! Najdroższa! Boże! Tak
się o ciebie bałem! - Radek bierze
mnie w ramiona, a ja w końcu wybu-
cham głośnym płaczem.
-
On się zabił... - krzyczę, rozpacz-
liwie szlochając.
-
A co z tobą? Nie zrobił ci krzyw-
dy?
-
Nie słyszysz? Mówię, że on nie
żyje! Strzelił sobie w łeb po tym, jak
powiedziałam mu, że Kacperek jest
jego synem. Widziałam w nim tego sa-
mego człowieka, za którego wychodzi-
łam. Kurwa! Nie zniosę już więcej
bólu! Nie zniosę... - Radek z całej siły
zamyka mnie w swoich ramionach i
pozwala mi dać ujście emocjom.
-
Jestem przy tobie i już zawsze
będę. Ty i Kacper jesteście całym
moim światem. Już nic złego nas nie
spotka.
Wtulam się w jego ramiona, zaciska-
jąc mocno powieki, pod którymi nadal
tkwi widok martwego Igora.
Rozdział XVII
Po raz pierwszy trzymam go w ra-
mionach. Jest taki maleńki. Ma lekko
uchylone powieki, zaćmione błogim
snem. Oddycha tak szybko, jest kruchy
jak płatek kwiatu. Zamykam oczy, a po
policzku spływa jedna, samotna łza.
Chyba wszystko, co złe dobiegło koń-
ca. Już nigdy nie będę musiała bać się,
że ktoś mnie skrzywdzi. Przykładam
policzek do jego maleńkiej główki, na
której jest mała czuprynka ciemnych
włosów.
-
Amando, muszę ci coś powie-
dzieć. - Radek staje w obok mnie i kła-
dzie dłoń na moim ramieniu. - On jest
moim synem. - Nie bardzo rozumiem,
co chce przez to powiedzieć. Nagle po-
daje mi białą kartkę i bierze ode mnie
Kacperka.
- Co? Boże! To niemożliwe! - Przy-
tykam dłonią usta, nie mogąc po-
wstrzymać się od łez szczęścia. - To
twój syn! To naprawdę twój syn! -
Kładę głowę na ramieniu Radka i
oboje patrzymy na kruchą istotkę,
która stała się całym naszym światem.
- To nasz syn, Amando. Nasz syn.
Zakończenie.
Wiatr ciepło oplata moją skórę. Ską-
pana w kolorze bieli stąpam po płat-
kach róż. Wszyscy skupiają wzrok tyl-
ko na mnie. Morze w tle wygrywa
najpiękniejszą melodię. Zmierzam w
jego kierunku, w kierunku mężczyzny,
który zmienił moje życie. Patrzy wzro-
kiem, który jest przeznaczony tylko
dla mnie. Nasz synek wesoło skacze i
śmieje się głośno. Docieram pod oł-
tarz znajdujący się na środku słonecz-
nej plaży. Podaję mu dłoń i patrzę w
oczy człowiekowi, który stał się moim
nowym życiem.