Nowe terapie przyszłość medycyny - Praca zbiorowa

Reflow text when sidebars are open.
Leszek Opoka z Radomia ma 34 lata. Jego prawa ręka jest o 9 lat starsza. Wrocławianin, którego rodzina zgodziła się na przeszczep, zginął w wypadku, mając 43 lata. Nieco trudniej policzyć, którą na świecie operacją przeszczepu ręki od martwego dawcy był 10-godzinny zabieg, przeprowadzony na początku kwietnia 2006 roku w Trzebnicy. Od 1998 roku w różnych źródłach naliczono 25-27 takich operacji. Doc. Jerzy Jabłecki uważa przeprowadzoną przez siebie operację za 26. na świecie.
Pewne jest, że przeprowadzony w Szpitalu im. św. Jadwigi Śląskiej zabieg był pierwszym tego typu w Polsce. Polscy lekarze mieli więc 8 lat, żeby nauczyć się korzystać ze światowych doświadczeń w tej dziedzinie. I chyba im się udało, bo słychać, że pacjent jest w doskonałej formie - fizycznej i psychicznej. Po wybudzeniu powiedział, że wygrał los na loterii, a dzień później, że czuje się rewelacyjnie. Głośno marzy o doprowadzeniu nowej ręki do takiej sprawności, aby znaleźć pracę.
Światowe doświadczenia w dziedzinie przeszczepiania rąk od martwych dawców nie zawsze były tak radosne. Nie minęło jeszcze 10 lat od pierwszego przeszczepu, więc żaden pacjent nie może mówić o długim doświadczeniu. Zapoczątkowane w 1998 roku przeszczepy rąk opisuje się jako medyczne sukcesy. Tymczasem pierwszy taki przypadek okazał się po trzech latach porażką - nie tyle z powodów medycznych, ile psychologicznych.
W 1998 roku we Francji Nowozelandczykowi Clintowi Hallamowi przeszczepiono rękę zabitego w wypadku motocyklisty.
Rezultaty tego pierwszego na świecie przeszczepu ręki zapowiadały się doskonale, dopóki w niespełna trzy lata po operacji pacjent nie wrócił do lekarzy, prosząc o... ponowną amputację.
Wersje lekarzy i Hallama różnią się. Oni twierdzą, że pacjent zaniedbał przyjmowania leków. On zaś, że organizm odrzucił rękę. Profesor Earl Owen, mikrochirurg operujący Hallama, publicznie wypomniał mu, że w trzy miesiące po operacji zniknął na dwa miesiące...
Takie rozbieżności dowodzą, że problem tkwił głębiej niż w zszytych tkankach. Ręka ma swoją "psychologię" związaną z obrazem ciała i poczuciem tożsamości - pisze psychiatra Martin M. Klapheke z Jewish Hospital Transplant Center w amerykańskim Louisville. Utrata ręki jest nie tylko fizyczną, ale i psychiczną traumą. Przeszczep ręki może więc dać pacjentowi poczucie zwycięstwa nad przeciwnościami losu. Jest też jednak dla pacjenta wyzwaniem.
Ręka bowiem różni się od organów wewnętrznych tym, że jest niemal stale widoczna. Ciągła świadomość jej pochodzenia od martwego dawcy może być uciążliwa.
Dlatego dzisiaj prowadzone przez psychiatrów wstępne oceny kandydatów do przeszczepu ręki są jeszcze bardziej rygorystyczne. Lekarze prowadzący takie operacje zapewniają, że prześwietlone zostają wszelkie istotne właściwości potencjalnych pacjentów - od ciśnienia krwi po życie rodzinne. Pewnie właśnie ta selekcja sprawia, że nie słychać o innych przypadkach tak niefortunnych jak Clinta Hallama. Obecność i opieka ze strony psychologów oraz psychiatrów jest normą - zarówno przed operacją przeszczepu, jak i po niej. Dotyczy to też przeszczepów organów wewnętrznych. Doc. Piotr Kaliciński pisze w informatorze dla osób po przeszczepie wątroby, że u pacjentów po okresie euforii często następuje pogorszenie nastroju, a nawet depresja. Transplantolog powinien więc zapewnić konsultację i wsparcie psychologiczne dla pacjenta i jego bliskich.
Hallam twierdził, że spodziewał się cudu, ale spotkało go rozczarowanie: "Mój umysł żył myślą, że szybko będę ruszał palcami i podnosił szklankę. A to kompletnie nierealistyczne" - opowiadał. Zamiast wsparcia społecznego pojawiło się społeczne naznaczenie. Wszystko tak, jak w klasycznej analizie piętna, którą przed ponad 40 laty przygotował socjolog Erving Goffman.
Piętno może być widoczne albo ukryte. Widoczne sprawia, że jego nosiciel jest "zdyskredytowany". Naznaczenie, które można ukryć, czyni człowieka potencjalnie narażonym na "zdyskredytowanie". Taki ukryty stygmat zmusza do podejmowania codziennych decyzji, czy o swoim piętnie mówić oraz komu i jak. Trzeba też zdecydować, jak się piętno wytłumaczy, gdy ktoś je zauważy.
Według relacji Hallama, przyjaciel odmawiał uściśnięcia jego dłoni, a dzieci bały się przeszczepionej ręki. "Czułem się bardziej upośledzony niż przedtem" - skarżył się. Nowej kończyny nie używał więc i starał się ją ukrywać. Dodatkowo media uczyniły z Clinta Hallama osobę publiczną, wypominając jego pobyt w więzieniu. W zestawieniu z medycznymi autorytetami nie miał szans, by wzbudzać sympatię. To piętnowało go jeszcze bardziej.
Tymczasem życie po przeszczepie nie jest łatwe nawet wtedy, gdy nie jest się bohaterem takich informacji. Aż do śmierci trzeba brać silne leki, wyższe jest ryzyko infekcji, szybciej rosną włosy, zwiększa się ryzyko zachorowania na raka. Przez pierwsze pół roku trzeba unikać tłumów, zakładać maskę w zakurzonych miejscach, nie wolno mieć roślin w domu, pracować w ogrodzie i pływać w jeziorze.
"Przeszczepienie organu od nieżywej osoby przywołuje na myśl Frankensteina i bycie zamieszkiwanym przez kogoś obcego. U ludzi, którym przeszczepiano rękę, takie wyobrażenia są ewidentne. Mogą wrócić do siebie wtedy, gdy w pełni uwierzą, że to mózg kontroluje ręce, a nie na odwrót" - tłumaczy dr Gabriel Burloux, francuski psychiatra zajmujący się obrazem ciała. To on był konsultantem w przypadku Clinta Hallama. Pozostał jedną z niewielu osób widzących pozytywną stronę tamtego przedsięwzięcia. Twierdzi, że bez Hallama i jego żądania amputacji nie byłoby wiadomo, jak skomplikowane mentalne dostrojenia wiążą się z życiem po przyszyciu ręki innej osoby. Leszek Opoka znał przed swoją operacją historię Hallama. "Interesowałem się przeszczepem ręki, odkąd w 1998 roku usłyszałem o tamtym pionierskim zabiegu" - mówi. "Jestem jednak dobrej myśli".
Psy są wysłannikami bogów, a ich języki mają leczniczą moc - wierzono w starożytności. W świętym gaju, sanktuarium Asklepiosa - boga medycyny, zbierali się ludzie, którzy wystawiali chore części ciała do polizania psom. Wiarę w uzdrawiające właściwości tych zwierząt widać też w tradycji chrześcijańskiej. Czworonożny przyjaciel pojawia się np. na obrazach przedstawiających św. Rocha - pies liże rany świętego, chorego na dżumę. W XVIII wieku w szpitalu psychiatrycznym w Yorku w Wielkiej Brytanii pojawiają się króliki i kury - opieka nad nimi zwiększa samokontrolę u chorych. Po drugiej wojnie światowej również Amerykański Czerwony Krzyż stosuje małe zwierzęta przy terapii lotników z zaburzeniami psychicznymi.
Psychologiczna wiedza ustępuje czasem przed merdającym ogonem. W latach 60. amerykański psychiatra dziecięcy Boris Levinson bada autystycznego chłopca, w tym czasie po domu kręci się pies. Dziecko ignoruje lekarza, ale na swój sposób próbuje nawiązać kontakt z czworonogiem. To właśnie Levinson wprowadzi potem pojęcie: "pet teraphy", czyli "terapeutyczne oddziaływanie małych zwierząt domowych" (koty, psy, chomiki, ptaki). Lata 70. to czas powstania w USA Delta Society. Ta organizacja do dziś bada relacje człowiek-zwierzę, działając dzięki wolontariuszom, odwiedzającym ze zwierzętami szpitale, domy starców, hospicja. Z doświadczeń Amerykanów czerpią Polacy. "Terapia ze wsparciem zwierząt" - to studia podyplomowe na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Współpraca ludzi z psami, końmi, legwanami i szynszylami to temat studiów podyplomowych w warszawskiej SGGW. Nowemu projektowi kibicuje Magdalena Buszko - zoopsycholog i rehabilitant z Centrum Wzajemnej Komunikacji Ludzi i Zwierząt w Warszawie. Pracuje z niepełnosprawnymi dziećmi, a jej pomocnicy to czarny labrador Bim (przygotowuje się do psiej emerytury) i czteromiesięczny biszkoptowy Lucky (uczy się zawodu). Wspólnie prowadzą terapię m.in. dla dzieci autystycznych.
"W autyzmie sukcesem jest samo nawiązanie kontaktu - opowiada. - Trudno mówić o spektakularnych przełomach, cieszą nas drobne rzeczy, np. to, gdy po dwóch latach terapii pada imię: Bim. Pies jest z moimi pacjentami nie tylko wtedy, kiedy przychodzimy na zajęcia. Istnieje w ich świadomości, staje się częścią ich świata. Dostaję od nich rysunki, na których widnieje coś, co czasem trudno nazwać psem, ale podpis wskazuje jasno, że to jest Bim. Zwierzak potrafi pomóc nawet mimochodem. Jeżeli psi smakołyk jest zamknięty w ręce dziecka z przykurczem piąstek - rozpychający się w poszukiwaniu karmy zimny nos pomaga otworzyć dłoń".
Pies może być też wykwalifikowanym pomocnikiem. Krakowska Fundacja Alteri szkoli psy - asystentów. Czworonogi pomagają w codziennych czynnościach - zapalają i gaszą światło, otwierają drzwi, podnoszą przedmioty. Użyczają swych uszu niesłyszącym właścicielom. Trąceniem nosa informują, że dzwoni telefon lub dzwonek do drzwi. Po specjalnej tresurze trafiają do niepełnosprawnych właścicieli. Na Zachodzie szkoli się czworonogi sygnalizujące zbliżający się atak padaczki czy spadek poziomu glukozy we krwi. Psy są szczególnie wrażliwe na zmianę zapachu potu czy mikrodrgania mięśni - symptomy poprzedzające atak epilepsji.
Wyuczonym znakiem sygnalizują zbliżające się zagrożenie, "sugerując" przyjęcie odpowiedniej pozycji choremu czy wezwanie pomocy.
Czworonożnego terapeutę można też spotkać w stajni. Pierwszą grupą, która trafiła na konie w latach 80., byli pacjenci z mózgowym porażeniem dziecięcym. Dzisiaj wśród korzystających z hipoterapii można znaleźć m.in. osoby niewidome, schizofreników, dzieci z ADHD (zespół nadpobudliwości psychoruchowej). Co takiego ma w sobie koń, że sprawdza się jako terapeuta? "Codzienność wielu dzieci to wózek inwalidzki, często jedyną pozycją, jaką są w stanie przybrać, jest leżenie na podłodze - mówi Anna Strumińska, prezes Polskiego Towarzystwa Hipoterapeutycznego, szefowa Fundacji Pomocy Dzieciom Niepełnosprawnym Hipoterapia. - Rzeczywistość widziana z tej perspektywy nie wygląda ciekawie, co innego kiedy usiądzie się półtora metra nad ziemią".
Istotne są korzyści fizyczne. Jazda na koniu uruchamia te mięśnie, które pracowałyby, gdyby dziecko chodziło. Ruch konia przenosi się na tułów, miednicę, barki i głowę jeźdźca. Łagodne, rytmiczne kołysanie na przemian napina i rozluźnia mięśnie prawej i lewej strony ciała. Utrzymanie równowagi zmusza do prostowania się, poprawia sylwetkę. U dzieci z uszkodzonym ośrodkowym układem nerwowym często występuje tzw. spastyczność, czyli wzmożone napięcie mięśni, utrudniające poruszanie się. Hipoterapia pozwala na zmniejszanie tych problemów. Ciepło końskiego grzbietu działa rozluźniająco.
W terapii z wykorzystaniem zwierząt niezwykle ważne są emocje. Trudno myśleć z radością o drabince czy materacu do ćwiczeń - co innego gdy obok jest żywe zwierzę. Amerykański program Intermountain Therapy Animals Reading Education Assistance pokazał, że przy zooterapii u dzieci zmniejsza się ciśnienie krwi i znika strach przed oceną.
Konie sprawdzają się w programach resocjalizacji więźniów i wychowanków zakładów poprawczych. W jednym z ośrodków w Kalifornii tzw. trudna młodzież (wyroki za napady z bronią w ręku, przestępstwa uliczne) w zamian za dobre sprawowanie dostaje pod opiekę kucyki. Dla ludzi wychowanych na ulicy to szansa na przeżycia, których dotąd nie znali. W Polsce kontakt z końmi mają m.in. podopieczni zakładu poprawczego w Studzieńcu.
Spotkanie z koniem nie musi nazywać się hipoterapią, by leczyć. Czasem jednorazowy kontakt przeradza się w miłość na lata, która wypełnia pustkę. "Po śmierci mamy zamknęłam się w sobie - opowiada Małgorzata Kosturkiewicz, reżyser telewizyjny. - Całymi dniami przesiadywałam w domu, unikając kontaktu z kimkolwiek. Z tego stanu wyrwała mnie przyjaciółka, zaprowadziła do stajni i praktycznie wsadziła na dużą gniadą klacz - Baśkę. Coś we mnie pękło, kiedy zaczęłam na jej grzbiecie wykonywać ćwiczenia rozciągające, typowe dla początkujących jeźdźców. Przesuwałam rękoma po grzbiecie Baśki, gładziłam jej grzywę, w momencie kiedy dotknęłam jej uszu, nieoczekiwanie dla samej siebie rozpłakałam się" - wspomina Małgorzata.
Gniada klacz nieświadomie pozwoliła kobiecie wyjść z depresji. Konie wymagają stuprocentowej koncentracji. Cały czas walczysz o utrzymanie równowagi, to angażuje w całości umysł i nie zostawia miejsca na rozpamiętywanie.
Chyba każdy miał okazję choć raz w życiu głaskać psa, wielu czesało końską grzywę, ale delfin to wciąż egzotyka. Okazję do bliskiego spotkania z tym zwierzęciem miała Anna Kolan-Zwolińska - psycholog z Poznania. Współpracowała z delfinami podczas terapii dzieci autystycznych. "Mój pierwszy kontakt z delfinem to wrażenie niezwykłej delikatności" - mówi. - Ale każdy ten pierwszy dotyk odbierał inaczej, niektórzy komentowali: "ale guma", "on jest jak ponton"". Do ośrodka w Key Largo na Florydzie - jednego z najsłynniejszych ośrodków zajmujących się delfinoterapią - trafiła przez Internet.
Zajęcia z delfinami to na Florydzie metoda wspierająca leczenie dzieci z autyzmem, zespołem Downa, nadpobudliwością psychoruchową czy schorzeniami kardiologicznymi.
Zwierzęta przebywają w naturalnym środowisku, miejsce zajęć od oceanu oddziela siatka. Kontakt z delfinami jest czasem bardzo bliski. Na przykład waleń kładzie się na plecach, na jego brzuchu ląduje mały pacjent, rękami chwyta boczne płetwy i wspólnie płyną. Tydzień terapii na Florydzie to ponad 2000 dolarów. Warto więc sprawdzić możliwość dofinansowania pobytu. Island Dolphin Care jako organizacja non profit dysponuje pulą bezpłatnych miejsc. Znacznie bliżej Polski jest natomiast ośrodek delfinoterapii Ukraińskiej Akademii Nauk w Kozaczej Buchcie.
Badania nad wykorzystaniem delfinów w pracy z dziećmi chorymi psychicznie i fizycznie rozpoczęli w latach 70. amerykańscy naukowcy i neuropsychiatrzy z Uniwersytetu w Miami. Pojawiła się wtedy teoria, że ultradźwięki emitowane przez delfiny stymulują do regeneracji uszkodzone tkanki ciała. Ale to nie jedyna zaleta kontaktu w wodzie. "To przede wszystkim duża radość - mówi Zwolińska. - Dzieci choć na chwilę mogą zapomnieć o bólu. Zwiększa się wydzielanie endorfin (hormonów szczęścia)".
Zajęcia ze zwierzętami to tylko wspieranie leczenia. Ośrodek delfinoterapii w Key Largo informuje rodziców dzieci, że to miejsce nie jest szpitalem. Specjalny dokument mówi wyraźnie, że zajęcia nie gwarantują wyleczenia. Same zwierzęta nie obiecują cudów, bo nie mogą mówić. Po prostu pomagają.
Choć świat wokół nas jest dosłownie wypełniony truciznami, najczęściej nie pamiętamy o tym, dopóki nie wydarzy się jakaś tragedia. Tak jak w przypadku Ewy Sałackiej, która zginęła wskutek ukąszenia zwykłej osy. Aktorka była uczulona na jady owadów, dlatego jej organizm zareagował tzw. wstrząsem anafilaktycznym - gwałtownym spadkiem ciśnienia krwi i zaburzeniami oddychania. Toksyczne substancje wytwarzają tysiące gatunków zwierząt na całym świecie, ale większość z nich używa tych substancji przede wszystkim do obrony. Zarówno osy, jak i jadowite węże czy jaszczurki atakują ludzi wyłącznie wtedy, gdy czują się zagrożone. Jak często się to zdarza? Dokładnych statystyk brak, ale wiadomo, że w samej tylko delcie Mekongu w Wietnamie - w rejonie upraw ryżu - węże zabijają rocznie ponad 2700 ludzi.
Jednak to nie gady - najczęściej kojarzone ze słowem "jadowity" - dysponują najsilniejszymi truciznami. Nie są w czołówce także pod względem liczby "toksycznych" gatunków. "Z naszych szacunków wynika, że znacznie liczniejsze są ryby. Co najmniej 1200 gatunków można uznać za jadowite, a liczba pokąsanych przez nie osób przekracza 50 tys. rocznie" - mówi William Leo Smith z American Museum of Natural History w Nowym Jorku. Jeszcze więcej może istnieć jadowitych jaszczurek - na Ziemi żyje 1500 gatunków tych stworzeń. Groźne dla człowieka toksyny produkują praktycznie wszystkie rodzaje zwierząt, łącznie z motylami. Wojciech Cejrowski w książce Gringo wśród dzikich plemion pisze o spotkaniu z południowoamerykańskim Mariposa del Muerte, którego skrzydła są pokryte kruchymi, silnie trującymi igiełkami. W chwili zagrożenia motyl strzepuje truciznę. Unosi się ona w powietrzu i zabija w okamgnieniu tych, którzy wciągną ją do płuc.
Naukowcy do dziś nie są w stanie ustalić, które zwierzę jest najbardziej jadowite na świecie. Na czele rankingów przeważnie pojawia się jednak tzw. osa morska, czyli meduza Chironex fleckeri. Najczęściej można ją spotkać w morzach przy północnych brzegach Australii. Nazwa nie oddaje w pełni siły jej arsenału: do zabicia dorosłego, nieuczulonego na jad owadów człowieka potrzeba 500 użądleń zwykłych os, tymczasem jedna meduza ma tyle trucizny, że mogłaby uśmiercić 10-20 osób.
Zgon następuje w ciągu kilku minut - toksyna zawarta w mackach zwierzęcia powoduje martwicę skóry, atakuje układy: nerwowy i krążenia. Dochodzi do zaburzeń rytmu serca, spadku ciśnienia krwi, a zanim ofiara straci przytomność, cierpi z powodu niewiarygodnie silnego bólu. Tak przynajmniej wynika z relacji nielicznych osób, którym udało się przeżyć spotkanie z morską osą. Jedynym ratunkiem jest szybkie podanie antytoksyny, wytwarzanej z krwi owiec szczepionych małymi dawkami jadu, ale nigdy nie ma gwarancji, że zadziała. Jednak gdy spojrzymy na statystyki, okazuje się, że to najbardziej jadowite stworzenie zabija zaledwie jedną-dwie osoby rocznie.
To znacznie mniej niż w przypadku ryby fugu, która co roku jest przyczyną śmierci 100-150 osób w samej Japonii. Co ciekawe, większość ofiar ginie nie pod wodą, ale na lądzie - wskutek niedbalstwa kucharzy. Fugu uchodzi za wielki przysmak, mimo że w jej wątrobie i jajnikach znajduje się tetrodoksyna, trucizna wielokrotnie silniejsza od cyjanku. Jej dawka śmiertelna to zaledwie 480 mikrogramów, co oznacza, że jedną rybą można zabić 30 dorosłych osób. A nie jest to lekka śmierć: tetrodoksyna paraliżuje mięśnie ofiary, lecz nie powoduje utraty świadomości. W ciągu kilku-kilkunastu godzin większość zatrutych umiera wskutek uduszenia - odtrutka nie została dotąd wynaleziona. Dlatego w Japonii przygotowywaniem potraw z fugu mogą zajmować się jedynie licencjonowani kucharze, którzy zdali urzędowy egzamin.
Za najjadowitszego płaza na świecie uważany jest drzewołaz złocisty (Dendrobates auratus) - niepozorna, kolorowa żabka, zamieszkująca lasy Ameryki Środkowej i Południowej. Jad wydzielany przez jej gruczoły grzbietowe zawiera batrachotoksynę, 250 razy silniejszą od strychniny - do zabicia człowieka wystarczy zaledwie 0,00001 grama tej substancji. Śmierć następuje wskutek paraliżu mięśni, zaburzeń pracy układu krążenia i oddechowego. Indianie z Ekwadoru wykorzystywali jad drzewołaza do zatruwania strzał, które dzięki temu mogły powalić zwierzę wielkości bawołu.
Naukowcy byli bardzo zaskoczeni, gdy okazało się, że batrachotoksyna występuje także u innych zwierząt, w tym u nowogwinejskich ptaków z rodzajów Pitohui i Ifrita. Trucizna znajduje się w całym ich ciele, ale szczególnie dużo wykryto jej w skórze i piórach. Skutecznie zniechęca ona ptasie pasożyty, ale może też zaszkodzić człowiekowi. Ornitolodzy, którzy wdychali wraz z powietrzem złuszczony naskórek i drobinki puchu toksycznych ptaków, cierpieli na silne podrażnienie dróg oddechowych. Badania wykazały, że batrachotoksyna nie jest jednak produktem zwierzęcym. Wytwarzają ją bakterie, połykane zarówno przez żaby, jak i ptaki czy niektóre ryby.
W sumie nie powinno to dziwić - najsilniejsza znana nauce trucizna to botulina, produkowana przez laseczki jadu kiełbasianego (Clostridium botulinum). Śmiertelna dla człowieka dawka to zaledwie 70 mikrogramów podanych doustnie (dożylnie wystarczy ułamek mikrograma).
Botulina jest też jedną z najmodniejszych trucizn - w dużym rozcieńczeniu jest powszechnie stosowana do zabiegów upiększających, głównie wygładzania zmarszczek. Także inne naturalne toksyny są obiektem intensywnych badań. Większość z toksyn działa bardzo wybiórczo - na konkretne komórki albo procesy komórkowe. Naśladując działanie jadów, można wyprodukować nowe leki, które znajdą zastosowanie m.in. w neurologii czy onkologii.
Przykładem może być prialt - silny lek przeciwbólowy, który powstał dzięki jadowitym stożkom (Conus magnus). Ślimaki te zamieszkują Ocean Spokojny i Indyjski, polując na inne zwierzęta za pomocą jadowitych kolców. Są w stanie przebić nawet kombinezon płetwonurka, którego czeka wówczas śmierć w ciągu pół godziny, bo na ślimaczy jad nie ma antidotum. Do użytku wszedł już yondelis, lek przeciwnowotworowy uzyskany z innych morskich trucicieli - osłonic Ecteinascidia turbinata. Trwają również badania nad sześcioma farmaceutykami stworzonymi na bazie jadów węży i jednym środkiem, do którego powstania przyczyniły się skorpiony.
Jadowitym zwierzętom zawdzięczamy jednak nie tylko możliwość produkcji ratujących życie leków. Wiele wskazuje na to, że wywarły duży wpływ na ewolucję naszych zwierzęcych praprzodków. Prof. Lynne Isbell, antropolog z University of California w Davis, twierdzi, że strach przed wężami doprowadził do powstania wyjątkowo sprawnego narządu wzroku i inteligencji u ssaków naczelnych.
100 mln lat temu największe zagrożenie stanowiły dla nich gady podobne do dzisiejszych anakond czy boa dusicieli. Aby szybko wykrywać takich drapieżców, naczelne wykształciły zdolność rozpoznawania wzorzystych, kolorowych obiektów znajdujących się w niedużej odległości. Rozpoczął się ewolucyjny wyścig zbrojeń. "Pierwszy skok jakości widzenia naczelnych nastąpił ok. 90 mln lat temu" - ocenia prof. Isbell. Na "odpowiedź" węży nie trzeba było długo czekać. 60 mln lat temu pojawiły się gatunki jadowite, na co ssaki naczelne zareagowały dalszym udoskonalaniem narządu wzroku i zwiększaniem objętości mózgu, wykorzystywanego m.in. do obmyślania strategii unikania niebezpiecznych gadów.
Prof. Isbell podkreśla, że naczelne jako jedne z niewielu zwierząt mają oczy zwrócone ku przodowi, co poprawia widzenie przestrzenne i ułatwia dojrzenie węża ukrytego wśród liści czy gałęzi. Wskazuje też na różnice ewolucyjne. Małpy szerokonose pojawiły się w Ameryce Południowej dużo wcześniej niż jadowite węże, dlatego mają mniej wyspecjalizowany wzrok niż małpy zamieszkujące Afrykę, Azję i kraje arabskie. Tam śmiercionośne gady były obecne od dziesiątków milionów lat i zapewne gnębiły także pierwszych hominidów żyjących na afrykańskiej sawannie. Dopiero po dziesiątkach tysięcy lat ewolucji okazało się, że dobry wzrok i duży mózg może przydać się ludziom nie tylko do unikania węży.