Nowe rozdanie. seria Pink Book - K.N. Haner

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Obudzi­łam się w bia­łej sali pogrą­żo­nej w pół­mroku. Na twa­rzy mia­łam dziwną maskę. Rozej­rza­łam się powoli i dostrze­głam śpią­cego na krze­śle Ericka. Do palca u pra­wej dłoni mia­łam przy­pięty jakiś przy­po­mi­na­jący klips przed­miot pod­łą­czony do apa­ratu wyświe­tla­ją­cego wykres. Bolała mnie lewa ręka, spoj­rza­łam na nią i zoba­czy­łam pod­piętą kro­plówkę. O nie, znowu tra­fi­łam do szpi­tala! Pró­bo­wa­łam pod­nieść głowę, ale mia­łam wra­że­nie, że jest zbyt ciężka; nie dałam rady.

- Erick... - powie­dzia­łam cicho, patrząc w jego stronę.

Od razu się obu­dził i szybko do mnie pod­szedł.

- Meg, skar­bie... - zaczął zde­ner­wo­wany i deli­kat­nie zła­pał mnie za dłoń. Miał takie cie­płe, mięk­kie ręce. Spoj­rzał na mnie, wciąż prze­ra­żony i zała­many.

- Ni­gdy od cie­bie nie odejdę... - szep­nę­łam.

Jego ból był wręcz nama­calny. Kolejny raz byłam w szpi­talu, a on trwał przy mnie. Wie­dzia­łam, że zawsze przy mnie będzie i nie da mi odejść. Ja też nie chcia­łam odcho­dzić. Kocha­łam go. Przez głowę prze­wi­jały mi się miliony myśli. Chcia­łam, by mnie przy­tu­lił, ale nie mogłam wydu­sić z sie­bie słowa, nie mia­łam siły nawet pod­nieść ręki.

- Idę po leka­rza. Za sekundę wra­cam - powie­dział cicho i wyszedł na kory­tarz, w któ­rym paliło się jasne, rażące świa­tło.

Nie mia­łam poję­cia, co się stało. Znowu zemdla­łam?

- Dobry wie­czór, Meg. - Do sali razem z Eric­kiem wszedł Filip. Tak, Filip. No tak! Erick wspo­mniał kie­dyś, że jego dawny przy­ja­ciel to gine­ko­log. - Wiesz, gdzie jesteś? - spy­tał.

Kiw­nę­łam głową.

- Prze­bu­dziła się jakieś pięć minut temu - wtrą­cił Erick. Stał obok łóżka, zaci­skał dło­nie.

- Wiesz, co się stało, Meg? - powtó­rzył Filip i zdjął mi z twa­rzy maskę tle­nową.

Wzię­łam głę­boki wdech.

- Pić... - W gar­dle strasz­nie mi zaschło. Erick od razu podał mi szklankę z wodą i słomką. Upi­łam kilka łyków. Woda sma­ko­wała mi tak, jak­bym od lat nie miała nic w ustach. Od razu poczu­łam się lepiej - Co się stało?

- Mia­łaś atak paniki, Meg. Stra­ci­łaś przy­tom­ność. Musisz zostać u nas na obser­wa­cji. Cze­kamy na wyniki badań.

- Nie mogłam zła­pać tchu - powie­dzia­łam cicho.

- Tak, wiem, to wła­śnie był atak paniki - tłu­ma­czył Filip. - Może się zda­rzyć przy sil­nym, inten­syw­nym prze­ży­ciu. Erick mówił mi, że zna­lazł cię na pod­ło­dze w gabi­ne­cie. Pamię­tasz, co się wyda­rzyło?

- Tak, roz­ma­wia­łam z ojcem. To nie była miła roz­mowa - wyja­śni­łam.

- Czy bolała cię ostat­nio głowa, mia­łaś nud­no­ści, źle się czu­łaś? - spy­tał drugi lekarz, wyglą­da­jący na star­szego od Filipa.

- Tak, nie czu­łam się ostat­nio naj­le­piej, ale mam mie­siączkę, myśla­łam, że to stąd.

Leka­rze spoj­rzeli po sobie, kiwa­jąc gło­wami.

- Musimy wyko­nać tomo­gra­fię kom­pu­te­rową. Erick mówił, że od wyj­ścia ze szpi­tala nie robi­łaś żad­nych badań - dodał Filip.

- Myśli­cie, że to może mieć zwią­zek z moją śpiączką? Prze­cież wszystko było dobrze, w szpi­talu robili mi bada­nia ... - Spoj­rza­łam na Filipa, Ericka oraz na dru­giego leka­rza.

- Po takiej śpiączce skutki mogą wystę­po­wać przez wiele lat albo wcale. A może upa­dłaś i tego nie pamię­tasz? Może ude­rzy­łaś się w głowę? Moż­liwe, że masz krwiaka, który nie został wykryty. Erick wspo­mniał, że byłaś ostat­nio roz­draż­niona i płacz­liwa.

- Fakt, byłam, i to bar­dzo, sama się dzi­wi­łam i tego nie rozu­mia­łam. - "Boże! Czy naprawdę mam krwiaka? Czy to przez to ostat­nio tak się zacho­wy­wa­łam? To by wiele tłu­ma­czyło".

- Co, jeśli się okaże, że to prawda? - Do roz­mowy włą­czył się prze­stra­szony Erick.

- Naj­pierw musimy się upew­nić, ale jeśli nasze podej­rze­nia się potwier­dzą, będą dwie opcje. Albo krwiak okaże na tyle mały, że pocze­kamy i zoba­czymy, czy się wchło­nie, albo będzie potrzebna ope­ra­cja. Jeśli jest duży, to nie­stety uci­ska na mózg i może dopro­wa­dzić do poważ­niej­szych kon­se­kwen­cji, w naj­gor­szym przy­padku nawet do śmierci.

Patrzy­łam na nich zasko­czona, a naj­dłuż­sze spoj­rze­nie posła­łam zroz­pa­czo­nemu Eric­kowi.

- Moż­liwe, że nie zauwa­żyli tego w szpi­talu? - spy­tał mój uko­chany.

- To mało praw­do­po­dobne - stwier­dził drugi lekarz, po czym zwró­cił się do mnie: - Jeśli masz krwiaka, to powstał on póź­niej. Powin­naś być pod stałą opieką lekar­ską.

- Ona w ogóle o sie­bie nie dba! - wypa­lił Erick.

- Jak to nie dbam?! - Spio­ru­no­wa­łam go wzro­kiem, cho­ciaż wie­dzia­łam, że ma rację.

- Meg, czy to prawda? - spy­tał surowo Filip.

Mil­cza­łam jak małe dziecko przy­ła­pane na gorą­cym uczynku.

- Mało je, pije same świń­stwa i sprząta! - dodał Erick.

Ale z niego skar­ży­pyta!

- Wcale nie! - Pod­nio­słam gwał­tow­nie głowę i poczu­łam prze­szy­wa­jący ból.

- Spo­koj­nie... - Pod­szedł do mnie drugi lekarz i dokład­nie przyj­rzał się moni­to­rowi obok łóżka. - Od razu sko­czyło ci ciśnie­nie, nie możesz się teraz dener­wo­wać...

- To on tak na mnie działa! - Rzu­ci­łam Eric­kowi gniewne spoj­rze­nie. Popa­trzył na mnie prze­pra­sza­jąco, ale mia­łam to gdzieś. Znowu byłam w szpi­talu, i to z jego powodu.

- No jasne, wszystko moja wina! - obu­rzył się Erick i zde­ner­wo­wany wyszedł z sali.

Po chwili drugi lekarz poszedł w jego ślady. Filip spoj­rzał na mnie łagod­nie.

- Zdaję sobie sprawę, że jest wam trudno. Nie wiem, co dokład­nie się dzieje, Erick mil­czy. On cię kocha i ty jego też, ale jeśli ten zwią­zek tyle was kosz­tuje... - Urwał w pół zda­nia i spoj­rzał mi głę­boko w oczy.

- Nie potra­fię od niego odejść, Fili­pie. Kłó­cimy się, czę­sto... ale kocham go. Na zabój. Odda­ła­bym za niego życie. Ten cały kosz­mar, to porwa­nie, śpiączka, wasze inte­resy, Monica... to dla mnie bar­dzo dużo. - Zamknę­łam oczy i zdu­si­łam jęk. - Jeśli odejdę, on nie da rady sam, a ja nie pora­dzę sobie bez niego. I bła­gam, nie suge­ruj mu tego co mnie...

- Prze­pra­szam, nie powi­nie­nem w ogóle nic mówić. - Posłał mi prze­pra­sza­jące spoj­rze­nie. - Wiem, jaki jest przy tobie szczę­śliwy, ale widzę też, że oboje cier­pi­cie. Chciał­bym jakoś wam pomóc, ale nie wiem jak.

- Nie możesz pomóc, Fili­pie. - Uśmiech­nę­łam się lekko.

- Wiesz, że ope­ra­cja krwiaka jest bar­dzo poważna - powie­dział sta­now­czym tonem.

- Jakie są szanse, że to duży krwiak? Tylko szcze­rze... - Zła­pa­łam Filipa za dłoń, a on spoj­rzał na mnie smutno.

- Oba­wiam się, że spore. Nie jestem neu­ro­chi­rur­giem, ale z tego, co mówił Tay­lor, nie jest naj­le­piej. Przy­kro mi, Meg. - Ści­snął moc­niej moją dłoń, a oczy zabły­sły mu od łez.

- Myśla­łam, że naj­gor­sze mam już za sobą, że skoro się obu­dzi­łam, to może być już tylko lepiej - rzu­ci­łam, jak­bym miała pre­ten­sje do całego świata.

- Krwiaki poja­wiają się z róż­nych powo­dów i cza­sami są tak małe, że trudno je zauwa­żyć. Rano zro­bimy ci tomo­gra­fię i dowiemy się dokład­nie co i jak.

- Która jest godzina?

- Pra­wie pół­noc.

- Masz dyżur?

- Nie, już skoń­czy­łem, ale gdy zadzwo­nił Erick, od razu przy­je­cha­łem.

- Dzię­kuję. - Posła­łam mu miłe spoj­rze­nie, a on pod­niósł moją dłoń do ust i ją poca­ło­wał.

Prze­szył mnie dreszcz nie­po­koju. To nie był zwy­kły poca­łu­nek w rękę. Spoj­rza­łam na niego zasko­czona, a on nagle się pochy­lił i mnie poca­ło­wał, mocno, namięt­nie, wdzie­ra­jąc się do moich ust jak intruz. W szoku nie byłam w sta­nie nic zro­bić. Nie wie­dzia­łam, jak długo trwał ten nie­chciany poca­łu­nek. W końcu ode­pchnę­łam go od sie­bie naj­moc­niej, jak potra­fi­łam.

- Boże, Filip, co ty wypra­wiasz?! - spy­ta­łam obu­rzona. Wyrwa­łam dłoń z jego uści­sku i dotknę­łam swo­ich ust. Nie odpo­wie­dział, patrzył tylko na mnie nie­od­gad­nio­nym wzro­kiem.

Nagle do sali wszedł Erick. Mia­łam wra­że­nie, że złość już mu prze­szła. Sta­nął przy łóżku i popro­sił Filipa, by zosta­wił nas samych. Ten wstał bez słowa i wyszedł, patrząc na mnie dziw­nie. Gdyby Erick się dowie­dział, co się stało dosłow­nie przed sekundą, chyba by go zabił. Na moni­to­rze było widać, że moje ciśnie­nie pod­sko­czyło po poca­łunku.

- Prze­pra­szam, skar­bie. Nie­po­trzeb­nie się unio­słem... - Usiadł obok i wziął mnie za tę samą dłoń, którą przed chwilą trzy­mał Filip, i zaczął cało­wać każdą kostkę po kolei.

Boże, co robić? Wciąż czu­łam na ustach smak Filipa, gdy Erick nachy­lił się, chcąc mnie poca­ło­wać. Odwró­ci­łam głowę, w tej chwili bym tego nie znio­sła. Kocha­łam go, pra­gnę­łam, ale czu­łam, że zro­bi­łam coś bar­dzo złego. Jak mogłam na to pozwo­lić? Dla­czego od razu nie zare­ago­wa­łam? Dla­czego Filip w ogóle to zro­bił?

- Ericku, chcia­ła­bym zostać sama, jedź do domu. Odpocz­nij... - powie­dzia­łam smutno.

- Nie zosta­wię cię tutaj samej. Dzwo­ni­łem już do biura, że nie będzie mnie w naj­bliż­szym cza­sie. - Pogła­dził dło­nią mój poli­czek.

Boże! Zdu­si­łam jęk, nie chcia­łam znowu się roz­pła­kać.

- Baby sho­wer Kim - wyja­śni­łam krótko. Wie­dzia­łam, że się nie odbę­dzie. Byłam taka zła, to kolejna impreza odwo­łana z mojego powodu.

Erick poca­ło­wał mnie w dłoń i nie odpo­wie­dział, w jego oczach dostrze­głam strach, z któ­rym nie mogłam nic zro­bić. Wszystko było w rękach leka­rzy.

- Będzie dobrze, maleńka... - Nie brzmiał zbyt prze­ko­nu­jąco. - Dzwo­ni­łem do mojej matki, ma przy­je­chać tu jutro z naj­lep­szym neu­ro­chi­rur­giem w kraju...

Patrze­nie na niego aż spra­wiało mi ból. Chcia­łam, by był szczę­śliwy, a przy mnie nie mógł tego zaznać. Zamar­twiał się, jego udrę­czone spoj­rze­nie mnie zabi­jało, nie mogłam patrzeć mu w oczy dłuż­szej niż przez chwilę.

- Jestem zmę­czona... - Wtu­li­łam poli­czek w jego miękką, cie­płą dłoń. - Muszę się prze­spać.

- Jasne, skar­bie. Potrzeba ci cze­goś? - spy­tał łagod­nie.

- Cie­bie... tylko cie­bie potrze­buję... - Poca­ło­wa­łam go w dłoń i od razu zasnę­łam.

Roz­dział 2

Obudziła mnie pie­lę­gniarka, by zabrać mnie na tomo­gra­fię. Tra­fi­łam na bada­nie pół­przy­tomna i po cięż­kiej nocy. Gdy leża­łam w tunelu, przez moją głowę prze­wi­jały się miliony spraw. Myśla­łam o poca­łunku Filipa i spra­wie z ojcem. Co z nim zro­bić? Nie chcia­łam się kłó­cić i odci­nać od rodziny... Moje życie ni­gdy nie było tak skom­pli­ko­wane jak w tam­tej chwili. Szum maszyny mie­szał się z myślami o tym wszyst­kim, co było, o wszyst­kim, co może być, o tym, że mogłam nawet umrzeć. Nie! Kocha­łam Ericka, chcia­łam być z nim na zawsze. Nie mogłam odejść z tego świata i zosta­wić go samego. Za szybą dostrze­głam mamę Ericka, tego dok­tora, który był u mnie wczo­raj, oraz zapewne neu­ro­chi­rurga, o któ­rym wspo­mi­nał w nocy Erick. Stał też tam Filip. Na jego widok zamknę­łam oczy. Czy będę miała w ogóle oka­zję z nim o tym poroz­ma­wiać? Co w niego wczo­raj wstą­piło?

- Meg, za chwilę koń­czymy - usły­sza­łam głos z gło­śnika. Nie mogłam nic powie­dzieć, więc tylko mru­gnę­łam na znak, że zro­zu­mia­łam.

Nie mia­łam poję­cia, jak długo trwało bada­nie. Po wszyst­kim wró­ci­łam do swo­jej sali, gdzie mia­łam cze­kać. Nie wpusz­czali do mnie nikogo oprócz leka­rza.

- Witaj, Meg, nazy­wam się David Mil­ler i jestem neu­ro­chi­rur­giem - przed­sta­wił się męż­czy­zna, dość niski, z burzą siwych wło­sów.

Przy­po­mi­nał mi tro­chę Ein­ste­ina, uśmiech­nę­łam się na jego widok.

- Dzień dobry, dok­to­rze. Już coś wia­domo?

Sta­nął obok łóżka. W jego oczach dostrze­głam pokłady empa­tii i miło­ści do bliź­niego. Czu­łam, że tra­fi­łam w dobre ręce.

- Nie­stety potwier­dziły się nasze przy­pusz­cze­nia - powie­dział poważ­nie. - Masz krwiaka w tyl­nej czę­ści mózgu, jest dość spory, ma około pię­ciu cen­ty­me­trów.

Z zasko­cze­nia otwo­rzy­łam sze­roko oczy. Boże, czy to się działo naprawdę?

- I co z tym zro­bi­cie? - spy­ta­łam zała­mana.

- Musisz jak naj­szyb­ciej przejść ope­ra­cję, Meg. Przy­je­cha­łem, by oso­bi­ście przy niej asy­sto­wać.

- Jakie mam szanse? - Do oczu napły­nęły mi łzy. Nawet nie poże­gna­łam się z rodzi­cami i Eric­kiem.

- Spore, krwiak na szczę­ście nie jest głę­boko. Musimy otwo­rzyć czaszkę i go usu­nąć. Moż­liwe, że wró­cisz do cał­ko­wi­tej spraw­no­ści.

- Moż­liwe, że wrócę...? - powtó­rzy­łam.

- Spo­koj­nie, Meg. - Lekarz poło­żył rękę na moim ramie­niu. - Takie ope­ra­cje mają różne nie­po­żą­dane skutki.

- Na przy­kład?

- Utrata pamięci zda­rza się chyba naj­czę­ściej. Cza­sami docho­dzi do nie­do­tle­nie­nia mózgu i para­liżu, ale zro­bimy wszystko, by tak się nie stało.

- Mogę nic nie pamię­tać? - Moje serce waliło coraz szyb­ciej.

- Tego nie wiem. Nie­któ­rzy pacjenci nie pamię­tają ostat­nich wyda­rzeń, zda­rza się jed­nak, że nie wie­dzą nawet, jak się nazy­wają i gdzie się znaj­dują... - Głos miał cie­pły i spo­kojny.

Jego opa­no­wa­nie jed­nak na nie­wiele się zdało.

- Boże! - Po policz­kach popły­nęły mi łzy. - Chcę zoba­czyć Ericka! - krzyk­nę­łam.

- Zoba­czysz go przed ope­ra­cją, musimy cię teraz przy­go­to­wać... - Spraw­dził coś na moni­to­rze.

Mój świat wła­śnie roz­padł się na kawałki. Mia­łam cudowna rodzinę, wyma­rzo­nego narze­czo­nego, wiele nie­do­koń­czo­nych spraw i byłam zdana na łaskę... Czyją? Boga? Leka­rzy? Szczę­ścia? Nawet jeśli prze­żyję, mogłam być spa­ra­li­żo­wana lub nic nie pamię­tać. Wró­ciły do mnie wspo­mnie­nia: pierw­sze spo­tka­nie z Eric­kiem, wspólne wyj­ście z ban­kietu, rodzinne waka­cje na Baha­mach, dzie­ciń­stwo, gdy bawi­ły­śmy się z Kim u babci na plaży, zakup pierw­szego samo­chodu. Nie mia­łam poję­cia, co czują osoby sto­jące w obli­czu tra­ge­dii. Teraz się prze­ko­na­łam. Gdy­bym mogła prze­wi­dzieć, co mnie czeka, cie­szy­ła­bym się każdą chwilą, nie kłó­ciła się z Eric­kiem i Kim, nie sprze­ci­wiała rodzi­com.

- Meg... - usły­sza­łam cichy głos Ericka. Wszedł do sali, w któ­rej leża­łam, gotowa do ope­ra­cji. Miał na sobie zie­lony strój, jaki nosi się w szpi­ta­lach.

- Erick - wymam­ro­ta­łam otu­ma­niona środ­kami far­ma­ko­lo­gicz­nymi.

- Wszystko będzie dobrze, maleńka. - Bar­dzo deli­kat­nie ujął moją dłoń, czu­łam, że drży.

Nawet nie chcia­łam myśleć o tym, co prze­ży­wał. Wola­łam być w tym miej­scu, w któ­rym byłam. Gdyby to Erick leżał na stole ope­ra­cyj­nym, mogła­bym nie dać sobie rady. Wola­ła­bym umrzeć, niż patrzeć na niego w takim sta­nie.

- Wiem, że będzie dobrze... wiem - powie­dzia­łam ciszej od szeptu. Chcia­łam napa­trzeć się na jego piękną twarz, mimo że było na niej widać tylko ból i strach. - Uśmiech­nij się, pro­szę - doda­łam.

- Nie potra­fię, Meg... - Wes­tchnął ciężko, w jego gło­sie usły­sza­łam roz­pacz.

- Pro­szę. Chcę cię takiego zapa­mię­tać, uśmiech­nię­tego, szczę­śli­wego.

- Boże, nie mów tak! Wszystko będzie dobrze! - zapew­nił gło­śniej, ale ja wie­dzia­łam, że muszę się liczyć z naj­gor­szym.

- Obie­caj mi coś... - Ści­snę­łam jego rękę naj­moc­niej, jak w tej chwili mogłam.

- Wszystko, czego tylko chcesz... - Przy­cią­gnął nasze dło­nie do swo­ich ust.

- Pamię­taj, że cokol­wiek się sta­nie, zawsze będę cię kochać. Jesteś naj­cu­dow­niej­szym czło­wie­kiem na świe­cie i zasłu­gu­jesz na szczę­ście i miłość! Ni­gdy w to nie wątp. - Zaci­snął palce moc­niej i zaczął pła­kać. Po jego policz­kach spły­nęły wiel­kie słone łzy, nie mógł wydu­sić słowa. - Obie­caj, że nawet jeśli sta­nie się naj­gor­sze, będziesz silny i dasz radę.

- Nie mogę cię stra­cić, Meg, bez cie­bie jestem nikim, bez cie­bie nie chcę żyć. - Chcia­łam sca­ło­wać każdą jego łzę. Do tej pory nie widzia­łam, żeby pła­kał, to taki smutny widok. - Jestem żało­sny, co to za facet, który pła­cze i nie potrafi pomóc swo­jej kobie­cie?

- Nie możesz się o nic obwi­niać, rozu­miesz? - powie­dzia­łam moż­li­wie gło­śno.

- Meg, prze­cież to wszystko moja wina. Gdy­byś mnie nie poznała, nic by się nie wyda­rzyło. Twoje pro­blemy zaczęły się w chwili, gdy się pozna­li­śmy. - Zaci­snął pię­ści.

- Jesteś naj­lep­szym, co przy­tra­fiło mi się w życiu, mimo tego wszyst­kiego z nikim bym się nie zamie­niła. Dane mi było odna­leźć miłość, a nic nie jest od tego waż­niej­sze.

- Gdy już z tego wyj­dziesz... - Urwał, by nabrać powie­trza. - Chcę od razu wziąć ślub, Meg...

Zasko­czył mnie. Prze­cież mówił, że nam się nie śpie­szy.

- Chcę, byś została moją żoną naj­szyb­ciej, jak się da.

- Ja nie mam nic prze­ciwko temu, panie Evans. - Uśmiech­nę­łam się łagod­nie, by tro­chę go roz­we­se­lić.

Sta­nął nade mną i poca­ło­wał mnie lekko w usta. Jego wargi były takie mięk­kie i cie­płe, mógłby mnie cało­wać bez prze­rwy.

- Kocham cię... - szep­nął w moje usta.

Ten poca­łu­nek... Erick cało­wał mnie tak, jakby się żegnał. To naj­gor­sze uczu­cie, jakie można sobie wyobra­zić. Zdu­si­łam jęk i poczu­łam, że on robi to samo.

- Już czas, Meg, Ericku, musisz wyjść. - Do sali weszła jego mama. Na pewno także czuła ogromny ból, kiedy patrzyła na swo­jego syna w tym sta­nie. Wtu­lił się we mnie mocno, jakby chciał zabrać mnie ze sobą. Jego matka poło­żyła mu dłoń na ramie­niu i powtó­rzyła, że musi iść. Po chwili poja­wił się Filip i odcią­gnął go ode mnie prak­tycz­nie siłą. Rzu­cił mi przy tym smutne, prze­pra­sza­jące spoj­rze­nie.

- Poroz­ma­wiamy póź­niej... - powie­dzia­łam do Filipa i uśmiech­nę­łam się, choć wie­dzia­łam, że go to nie pocie­szy. Sama chcia­łam wie­rzyć w to, że się obu­dzę i wszystko będzie dobrze. Musia­łam w to wie­rzyć dla Ericka, dla rodzi­ców, dla samej sie­bie.