Do warsztatu pana Onufrego Pocięgla, z profesji szewca,
wszedł młody, krótko ostrzyżony blondyn, z twarzą tak rozumną i
pańskiemi ruchami, że Pocięgiel, podejrzewając w nim hrabiego,
który kupi co najmniej parę lakierowanych butów ze sztylpami,
ukłonił mu się do samej ziemi.
- Pan Pocięgiel? - zapytał młodzian. - Ja, panie! - odparł szewc nader stanowczo. - Pocięglowicz... nie żaden Pocięgiel! - krzyknął gniewny głos
kobiety z drugiego pokoju. - Jużeś przecie nie czeladnik i masz
swoją kamienicę! - Tak... tak!... Właściwie Pocięglowicz... od urodzenia
Pocięglowicz. - Jestem Anastazy Koński! - rzekł z godnością młodzian, któremu to
przedstawienie nazwiska Pocięgiel dziwnie przypadło do smaku, jako
zgodne z teorją budzenia się potrzeb wyższych. - Walek! parę butów do konnej jazdy - krzyknął majster. - Nie! - przerwał Koński i mówił dalej. - Nazwisko moje i cele,
jakie sobie zakładam, muszą już być panu znane z pism... - Z pism? - powtórzył majster. - Walek! daj lakierki z klamrami... - Za pozwoleniem!... Projekt, z którym do pana przychodzę,
chlubnie wspomniany w kilku dziennikach... - Dziennikach?... Daj Walek hamburskie na małą nogę... A może to
podzelówka? - Przepraszam! - rzekł Anastazy - ale ja nie przyszedłem
kupować... - Tylko na kredyt? - spytał majster, któremu fizjognomja
młodzieńca wydała się w tej chwili bardzo pospolitą. - U nas niema kredytów! - wrzasnął niewieści głos. - Ależ ja nie chcę kredytu... Ja chcę nauczyć się szewctwa... Szmer dratew i stuk młotków ucichł. Czeladź i chłopcy z podziwem
patrzyli na nowego kolegę, a majster, spojrzawszy z trwogą na swój
kantorek, począł oglądać się za jakimś przedmiotem twardym,
niegiętkim i łatwo dającym się w rękę ująć. - Pragnę - mówił dalej Anastazy - przynajmniej w ciągu roku w
ogólnych zarysach poznać szewctwo, mam bowiem zamiar, jak to panu
zapewne z pism wiadomo, podnieść i uszlachetnić kunszt... - Mój mąż i bez pana był szlachcic! - krzyknęła ciągle ukryta
dama. - No, stary! odezwijże się... Przecież ci gęby nie
zaklajstrowało... - Rozumie się, żem był szlachcic... Pocięglowicz z przeproszeniem,
od stworzenia świata... I majster ukłonił się sam sobie. - O tem nie wątpię - odpowiedział Koński. - Całe zachowanie się
pańskie przekonywa mnie, że mam do czynienia z człowiekiem dobrze
urodzonym. - Nieżywym się urodził, coprawda! - mruknął majster. - Głupiś! - krzyknęła majstrowa. - To przecież nie znaczy, jakeś
się urodził, tylko żeś z porządnego domu... Mówiąc to, przedstawiła obecnym swój nakazujący szacunek
ciałokształt, ubrany dość pretensjonalnie, lecz o ile się zdaje
odżywiany troskliwie i z wielką znajomością rzeczy. Wszedłszy do
warsztatu, zmierzyła Końskiego od stóp do głów i na piękny jego
ukłon odpowiedziała nader przyjemnym uśmiechem. - No to dobrze - rzekła - stary pana przyjmie. - Ale pan zapłaci sto rubli! - wtrącił spiesznie majster, biegły w
kwestjach finansowych. -Panie Pocięglowicz! wszakże ja to robię dla idei... Ja chcę
podnieść rzemiosło!... - Spuść stary dziesięć rubli - wtrąciła majstrowa. - O moich planach wszystkie pisma wspominały. - Pisma? - rzekł majster, skrobiąc się w głowę. - Kiedy pisma, to
nie będzie mniej, jak sto pięćdziesiąt rubli... - No, sto czterdzieści możesz dla pana... - szepnęła majstrowa. -
To jakiś optyczny chłopak. - Sto czterdzieści, a do tego wkupne i wykupne. Przecie mi pan nie
będzie wody nosił bez ten rok - zauważył majster. - Ale zato musi pan chodzić ze mną i z Magdusią do teatru! -
dodała prędko pani. - I ani w łeb, ani za ucho przecie... To niby z panem nie idzie... - Ale jak ja, majstrowa, co powiem, choćbym nawet nawymyślała,
rozumie się grzecznie, to trzeba zmilczeć. Układ został zawarty, a w pół godziny potem niecierpliwy
reformator rzemiosł sprawdzał w lustrze, o ile mu będzie do twarzy
w skórzanym fartuchu z kopytem na kolanie i młotkiem w ręku. W
kostjumie tym w kilka dni później kazał się nawet fotografować, ku
zbudowaniu bliższego kółka znajomych i wiadomości publicznej. Reszta dnia zeszła mu jak na balu. Częstował kolegów wybornemi
papierosami i wiele mówił im o moralnej wartości rzemieślnika jako
człowieka i obywatela. Wieczorem majster zaproponował mu, aby poszli na piwo. - Chodźmy na wino, panie! - rzekł Anastazy. - Piwo to trunek
odurzający i barbarzyński, a że jest tani, więc ludzie używają go
bez pamięci. Tymczasem wino pokrzepia, budzi delikatniejszy smak,
nie rozpaja i może podnieść rzemieślnika naszego na ten szczebel
cywilizacji, na jakim znajdują się robotnicy francuscy. Majstrowi nowy ten pogląd niezmiernie do przekonania trafił.
Poszli zatem na wino, wypili flaszkę na rachunek Końskiego, a dwie
na rzecz Pocięglowicza. Majster był kontent jak anioł i jeszcze do
domu parę butelek zawiózł. - Czyś zwarjował, stary? - krzyknęła żona, zobaczywszy sprawunek.
- Tobie wino pić? a piwa nie łaska? - Głupiaś! - odparł majster. - Wino to picie szlacheckie... Po
niem robi ci się w pysku smak!... Żeby nasi wino pijali, nie to
piwsko, toby ho! ho!... Postęp - krzyczał. - Szewc taki dobry jak
hrabia!... Szuru, buru... tego, owego!... Przemocą włożono starego Pocięgla do łóżka. Pani majstrowa z
początku okrutnie klęła Anastazego za taką nowość, lecz wyjąwszy
korek z butelki i zapoznawszy się z jej treścią, po trzecim
kieliszku uznała wyższość postępu nad ślepą rutyną. Na drugi dzień Koński przyszedł do warsztatu o dziewiątej, ale
zato starszy czeladnik ukazał się dopiero w południe. Niesłychane to spóźnienie wyjaśniło się w sposób bardzo prosty.
Czeladnik wczorajszego wieczora poszedł do najznakomitszej cukierni
w mieście, nie umywszy się nawet. Chłopcy zrobili mu uwagę, że tu
"smoluchom" herbaty nie dają, za co jeden z nich dostał w ucho, bo
- jak mówił czeladnik - on szewc jest dziś lepszy od szlachcica,
gdyż na nim świat stoi. Skutkiem tego postępowy czeladnik wyrzucony
został za drzwi, a za zrobienie awantury w miejscu publicznem
przenocował w "ucząstku." Wysłuchawszy tej dziwnej historji
czeladnika, Pocięgiel zgromił Anastazego za to, że mu ludzi
buntuje. Ale młodego reformatora wzięła w opiekę majstrowa: - Cóżto - mówiła - czy tobie, stary, było twardo, kiedy on
siedział w cyrkule? Dobrze zrobił czeladnik, że dał kopsa
cukiernikowi, niech wiedzą, że dziś i szewc ma swój honor! Ja
zawsze tak myślałam!... A zresztą źle ci to z panem? Dopiero
wczoraj nastał, a już dziś czeladź lepsze papierosy pali, nie taką
hołotę jak zawsze... Aż miło wejść do warsztatu! Majster uznał słuszność tych uwag, a nadto zgodnie z teorją
budzenia się i rozwijania wyższych potrzeb, a może i w tym celu,
aby wobec podwładnych zachować dostateczną powagę, postanowił palić
tylko cygara. I słowa święcie dotrzymał.