Nowe opowiadania z lat dawnych - Zuzanna Morawska

-
Proszę czekać

LUTAS I MOIMA

Dawno, bardzo dawno, opodal miasta Gniezna, co jest w Wielkopolsce, zebrało się dużo ludzi. Wszyscy patrzyli na rycerzy, co wbieżali na wielkie pole, umyślnie dla nich przygotowane.

- Co to za rycerze? - spytał Lutas, dwunastoletni chłopiec, starszej swej siostry Moimy, która trzymała go za rękę.

- Nie wiem, ale muszą to być jacyś znakomici rycerze - odrzekła Moima.

- Znać, żeście z daleka, kiedy nie wiecie - ozwał się kmieć stojący obok.

- O, i z bardzo daleka! - odrzekł chłopiec.

- To idźcie stąd - boć to przecie sam król przyjeżdża.

- Król! - zawołała dziewczyna i wyciągnęła w stronę jadących ręce.

- Król! - powtórzył chłopiec, i oczy mu się zaświeciły.

- Precz stąd, przybłędy! - zawołał ktoś z miejscowych.

I chciał dzieci usunąć. Nie potrzebował jednakże tego czynić, bo Moima pociągnęła brata i westchnąwszy rzekła:

- Pójdź, Lutasie - usuńmy się, niech nas przybłędami nie nazywają...

- A dokąd pójdziemy? - spytał załzawionym głosem chłopiec.

Dziewczyna westchnęła powtórnie.

- Nie mamy chaty - toć musimy stać pod gołym niebem, wraz z innymi królowi się przypatrywać - mówił dalej Lutas.

Usunęli się jednak na stronę, gdzie najmniej było ludzi.

Aż i rycerze zaczęli się zjeżdżać. Konie mieli rosłe, pięknie utrzymane, w bogatych błyszczących zaprzęgach. Każdy też z onych rycerzy miał duży łuk, oszczep, a niektórzy i duże miecze żelazne. Nareszcie wjechał jeden na najpiękniejszym, największym i w najbogatszej uprzęży koniu. A i rycerz był też większego od innych wzrostu. Płaszcz miał czerwony, taki długi, że i jego i konia okrywał. A gdy się płaszcz odwinął, widać było miecz taki szeroki i ciężki, że nie byle trzeba było ręki, żeby ten miecz mogła udźwignąć. A kiedy ów rycerz nadjechał wszyscy krzyknęli:

- Witaj Bolesławie Chrobry, najmiłościwszy nasz królu i panie!

Bolesław uśmiechnął się, skinął nieco głową i pod ogromne drzewo stojące na skraju pola koniem zatoczył.

Zaraz też przybieżeli urzędnicy i słudzy, żeby królowi pomóc zsiąść z konia.

Ale król, chociaż był ogromnego wzrostu i bardzo wszerz rozrosły, sam zsiadł z konia. Jeno dla parady oparł się o ramię najbliżej stojącego. A kiedy stąpnął, to aż ziemia pod nim jęknęła. A koń uszczęśliwiony, że się już pozbył tak wielkiego ciężaru, zarżał radośnie, i parskając, odprowadzony przez stajennego, na bok odszedł. A Bolesław zasiadł na wzniesieniu piękną oponą okrytym i rzekł:

- Woźni niech wywołują tych, co chcą, żebym nad nimi sądy uczynił.

A woźni poczęli zaraz wołać:

- Zerwikaptur!

- Gołomiecz!

- Głownia!

- Budzilas!

A wywoływani szli po kolei.

Więc szli rycerze, urzędnicy, duchowni, mieszkańcy grodów, czyli miast, a szli i kmiecie, co na swojej ziemi siedzieli, a królowi na potrzeby kraju daninę składali.

Król każdego wysłuchał, rozsądził, jak było potrzeba ukarał, nie bacząc, czy to był biedny, czy bogaty.

A Lutas i Moima, stojąc z dala za innymi, pilnie wszystkiego słuchali.

A serce im kołatało, że Moimie aż się katana na piersiach wznosiła, a Lutas nie mógł na jednym miejscu stać spokojnie, tylko ciągle z nogi na nogę przestępował. Aż pociągnął Moimę za rękę i począł się przez tłum przeciskać.

Trudno im było, bo ich puścić nie chciano, ale, że to w obecności króla nie wolno krzyku ani kłótni podnosić, udało im się jakoś aż przed samego monarchę przedostać.

A właśnie Bolesław Chrobry skończył sądy i pot z uznojonego czoła ocierał, gdy Lutas i Moima przed nim stanęli.

- A wy czego? - spytał Bolesław, spoglądając na nich groźnie. Ale Lutas był mężnego serca, więc nie przestraszył się królewskiego głosu ni oblicza, jeno rzekł:

- Najmiłościwszy panie i królu! ja, Lutas i siostra moja, Moima, jesteśmy sieroty po rycerzu Kościu, co na wojnie z Pomorczykami zginął.

- Po Kościu? - przypytaj król, jakby sobie coś przypominając.

- A tak, Kość był naszym ojcem.

- A co wam to? - pytał król jakoś łagodniej.

- Ziemię po ojcu nam zabrali, macierz umarła, a nas precz z dworzyszcza wypędzili.

A Moima dodała:

- Tułamy się, przybłędami nas zowią, bo nie mamy gdzie głowy złożyć.

A nie mogąc z wielkiej żałości mówić, rozpłakała się rzewnymi łzami. Król, chociaż był wielki wojak i głów nieprzyjacielskich niemało naścinał, był jednak bardzo miękkiego serca. Na łzy sierot patrzeć nie mógł. Więc zaraz zapytał:

- Gdzie wasza ojcowizna?

- Będzie stąd o trzy dni drogi - odrzekł Lutas.

- Kto wam tę ojcowiznę zabrał? - pytał król dalej.

- Wyzymir, co podle Świecia siedzi i częste z Pomorczykami ma narady - mówiła ośmielona dobrym spojrzeniem monarchy.

- Wziąć te dzieci pod opiekę! - rozkazał Bolesław. Zaraz też marszałek królewski Lutasa i Moimę oddał w opiekę takim, co w tej chwili nie mieli nic innego do czynienia.

Odtąd chłopcu i dziewczynie nie zbywało na niczym. Dworzanie, widząc, że król patrzy na sieroty łaskawie, starali się im dogodzić. Lutasa wzwyczajano, jak bronią robić, konia dosiadać, a Moimę niewiasty uczyły prząść i wszelkich robót, jakimi się wówczas kobiety zajmowały. Bolesław posłał zaraz do owego Wyzymira, co podle Świecia siedział i z Pomorczykami częste miewał narady.

Za te narady wsadził go do więzienia, żeby nieprzyjaciół na kraj nie sprowadzał, a ziemię ze dworem i całym dobytkiem kazał oddać dzieciom po rycerzu Kościu.

Lutas, gdy doszedł do lat, chodził z królem na wojnę, a potem został wojewodą i dzielnie kraju bronił.

Moima gospodarzyła na ojcowiźnie, dużo biednych sierot koło siebie przygarniała i nieraz króla i rycerzy, idących na wojnę, we dworze swoim, co się zwał Kościeją, gościła.

A to nie jest żadna bajka, jeno szczera prawda, boć przecie wszyscy wiedzą, że Bolesław Chrobry panował w Polsce od 992 do 1025 r.

Wiedzą też i o tym, że granice wielce rozszerzył i sam osobiście sądy sprawował, a sprawiedliwość czynił.