Nowe oblicze Greya - E L James

Kup ebooka

46.00 zł
36.80 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Mamusiu! Mamusiu! Mamusia śpi na podłodze. Bardzo długo już śpi. Głaszczę ją po włosach, bo to lubi. Nie budzi się. Potrząsam nią. Mamusiu! Boli mnie brzuszek. Jest głodny. Jego nie ma. Chce mi się pić. W kuchni przyciągam sobie krzesło do zlewu i piję. Ochlapuję wodą swój niebieski sweterek. Mamusia wciąż śpi. Mamusiu, obudź się! Nie rusza się. I jest zimna. Biorę swój kocyk i przykrywam nim mamusię, i kładę się obok niej na lepkim zielonym dywanie. Mamusia dalej śpi. Mam dwa samochodziki. Ścigają się po podłodze, na której śpi mamusia. Chyba jest chora. Szukam czegoś do jedzenia. W zamrażarce jest groszek. Zimny. Jem go powoli. Boli mnie od niego brzuszek. Śpię koło mamusi. Groszek się skończył. W zamrażarce coś jest. Dziwnie pachnie. Liżę to i język mi się przykleja. Jem powoli. Smakuje obrzydliwie. Piję wodę. Bawię się samochodzikami i śpię koło mamusi. Jest taka zimna i nie chce się obudzić. Drzwi się otwierają z hukiem. Przykrywam mamusię kocykiem. Przyszedł. Kurwa. Co tu się, kurwa, stało? Och, głupia pieprzona dziwka. Cholera. Kurwa. Złaź mi z drogi, mały gnojku. Kopie mnie i uderzam się głową o podłogę. Głowa mnie boli. On do kogoś dzwoni i wychodzi. Zamyka drzwi na klucz. Kładę się obok mamusi. Boli mnie głowa. Jest tu jakaś policjantka. Nie. Nie. Nie. Nie dotykaj mnie. Nie dotykaj mnie. Nie dotykaj. Zostanę z mamusią. Nie. Nie podchodź do mnie. Policjantka ma mój kocyk i chwyta mnie. Krzyczę. Mamusiu! Mamusiu! Chcę do mamusi. Słowa znikły. Nie umiem ich powiedzieć. Mamusia mnie nie słyszy. Nie mam słów.

- Christian! Christian! - Przestraszonym głosem wybudza go z koszmaru, głębi rozpaczy. - Jestem tutaj. Jestem.

Budzi się, a ona się nad nim nachyla i trzymając go za ramiona, potrząsa nim. W jej wielkich niebieskich oczach błyszczą łzy.

- Ano - szepcze zduszonym głosem, czując gorzki posmak strachu w ustach. - Jesteś.

- Oczywiście, że jestem.

- Miałem sen...

- Wiem. Wiem. Jestem przy tobie.

- Ano - wypowiada szeptem jej imię, talizman na chwytającą za gardło panikę, którą odczuwa w całym ciele.

- Cii, jestem tutaj.

Owija się wokół niego, zamyka go w kokonie swoich nóg, odganiając cienie, przepędzając strach. Jest słońcem, jest światłem... jest jego.

- Proszę, nie kłóćmy się. - Głos ma ochrypły, kiedy obejmuje ją ramionami.

- Dobrze.

- Przysięga. Nie musisz obiecywać posłuszeństwa. Znajdziemy sposób. - Słowa wyrywają mu się z gardła, ciężkie od emocji, zmieszania i niepokoju.

- Tak. Znajdziemy. Jak zawsze - odpowiada szeptem i zamyka mu usta pocałunkiem, ucisza go i uspokaja, sprowadza z powrotem do tu i teraz.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przez szczeliny w parasolu z trawy morskiej patrzę na niemożliwie niebieskie, letnie, śródziemnomorskie niebo i wzdycham uszczęśliwiona. Christian leży obok mnie, wyciągnięty na leżaku. Mój mąż - mój seksowny, piękny mąż, bez koszuli, w samych dżinsowych szortach - czyta książkę, która przewiduje upadek zachodniego systemu bankowego. Najwyraźniej jest fascynująca. Nigdy nie widziałam, żeby Christian siedział tak spokojnie. Wygląda bardziej jak student, a nie ważny prezes jednej z wiodących prywatnych firm w Stanach Zjednoczonych.

To już ostatni etap naszej podróży poślubnej. Spędzamy to leniwe popołudnie, wylegując się na słońcu na prywatnej plaży hotelu Beach Plaza Monte Carlo w Monako, chociaż w samym hotelu się nie zatrzymaliśmy. Otwieram oczy i spoglądam na "Fair Lady", która stoi na kotwicy. To właśnie na tym luksusowym, motorowym jachcie mieszkamy. Został zbudowany w 1928 roku i teraz kołysze się majestatycznie na wodzie, król pośród innych cumujących w zatoce. Wygląda jak nakręcana zabawka. Christian go uwielbia - podejrzewam, że myśli, czy by go nie kupić. Słowo daję, chłopcy i te ich zabawki.

Układam się wygodnie i na nowym iPodzie słucham składanki Christiana Greya, drzemiąc w popołudniowym słońcu, i przypominam sobie jego oświadczyny. Och, bajkowe oświadczyny w hangarze... Niemal czuję zapach polnych kwiatów...

- Możemy wziąć ślub jutro? - szepcze mi Christian do ucha.

Leżę na nim w kwietnej altanie zbudowanej w hangarze na łodzie, senna po namiętnym seksie.

- Hmm.

- Czy to znaczy tak? - W jego głosie słyszę pełne nadziei zdziwienie.

- Hmm.

- Nie?

- Hmm.

Czuję, że się uśmiecha.

- Panno Steele, czyżby nie potrafiła się pani spójnie wypowiedzieć?

Uśmiecham się.

- Hmm.

Ze śmiechem tuli mnie mocno i całuje w czubek głowy.

- W takim razie Vegas, jutro.

Sennie unoszę głowę.

- Wątpię, żeby moim rodzicom to się spodobało.

Pieszczotliwie bębni palcami w moje nagie plecy.

- A czego ty chcesz, Anastasio? Vegas? Wielkiego wesela ze wszystkimi szykanami? Powiedz mi.

- Nie wielkiego... Tylko rodzina i przyjaciele. - Spoglądam na niego, poruszona niemym błaganiem w jego błyszczących oczach. Czego on chce?

- Okej - kiwa głową. - Gdzie?

Wzruszam ramionami.

- Może tutaj? - pyta z wahaniem.

- W domu twoich rodziców? Nie będą mieli nic przeciwko temu?

Prycha.

- Mama będzie w siódmym niebie.

- Dobrze, w takim razie tutaj. Jestem pewna, że moi rodzice na to przystaną.

Głaszcze mnie po włosach. Czy mogłabym czuć się szczęśliwsza?

- Ustaliliśmy już miejsce, teraz trzeba wybrać termin.

- Najpierw chyba powinieneś zapytać swoją mamę.

- Hmm. - Uśmiech na twarzy Christiana blednie. - Najpóźniej za miesiąc. Zbyt mocno cię pragnę, żebym czekał dłużej.

- Christianie, przecież mnie masz. I to już od dłuższego czasu. Ale niech będzie: za miesiąc.

Delikatnie całuję go w pierś i uśmiecham się do niego.

|||||||||||||||||

- Spalisz się - szepcze mi Christian do ucha, wyrywając mnie z drzemki.

- Płonę tylko przy tobie. - Uśmiecham się do niego najpiękniej, jak potrafię.

Jest późne popołudnie i słońce się przesunęło, więc parasol już mnie przed nim nie chroni. Ze złośliwym uśmieszkiem Christian jednym szarpnięciem ustawia mój leżak w cieniu.

- Starczy tego śródziemnomorskiego słońca, pani Grey.

- Wielkie dzięki za altruizm, panie Grey.

- Cała przyjemność po mojej stronie, pani Grey, poza tym żaden ze mnie altruista. Jeśli doznasz poparzenia słonecznego, nie będę mógł cię dotykać. - Unosi brew, oczy błyszczą mu wesoło, a mnie serce rośnie. - Choć podejrzewam, że się pani ze mnie nabija.

- Gdzieżbym śmiała - prycham z udawanym oburzeniem.

- Owszem, śmiałabyś i to robisz. Często. To jedna z tych rzeczy, które w tobie uwielbiam. - Nachyla się i mnie całuje, żartobliwie kąsając moją dolną wargę.

- Liczyłam, że posmarujesz mnie kremem do opalania. - Wydymam wargi, udając, że się dąsam.

- Pani Grey, to brudna robota, ale jakże mógłbym odmówić. Usiądź - rozkazuje lekko ochrypłym głosem.

Podnoszę się posłusznie, a on powoli i dokładnie naciera mnie kremem.

- Naprawdę jesteś bardzo piękna. Prawdziwy ze mnie szczęściarz - mruczy, nakładając mi krem na piersi.

- To prawda, panie Grey. - Z fałszywą skromnością zerkam na niego spod rzęs.

- Do twarzy pani ze skromnością, pani Grey. Odwróć się. Chcę ci posmarować plecy.

Uśmiechnięta kładę się na brzuchu, a on rozpina mi stanik, który w komplecie z majtkami kosztował krocie.

- Jak byś się czuł, gdybym opalała się topless, jak inne kobiety na plaży? - pytam go.

- Byłbym bardzo niezadowolony - odpowiada bez wahania. - I tak mi się nie podoba, że masz na sobie tak niewiele. - Nachyla się i szepcze mi do ucha. - Nie przeciągaj struny.

- Rzuca mi pan wyzwanie, panie Grey?

- Nie. Stwierdzam tylko fakt, pani Grey.

Z westchnieniem potrząsam głową. Och, Christianie... mój władczy, zazdrosny, kontrolujący wszystko Christianie.

Kiedy kończy mnie smarować, daje mi klapsa w tyłek.

- Może być, dziewucho.

Zaczyna brzęczeć jego blackberry, który towarzyszy nam zawsze i wszędzie i wykazuje zdecydowanie przesadną aktywność. Niezadowolona marszczę brwi, a Christian uśmiecha się złośliwie.

- Tylko dla moich oczu, pani Grey - przestrzega mnie z żartobliwie uniesioną brwią, jeszcze raz daje mi klapsa, po czym siada na swoim leżaku, żeby odebrać telefon.

Moja druga ja mruczy jak kotka. Może wieczorem urządzimy pokaz tylko dla jego oczu. Christian uśmiecha się do mnie porozumiewawczo, a ja zadowolona ze swojego pomysłu odpływam w popołudniową drzemkę.

- MAM'SELLE? UN PERRIER Pour moi, un coca-cola light pour ma femme, s'il vous plait. Et quelque chose a manger... lassieiz-moi voir la carte.

Hmm... budzi mnie płynna francuszczyzna Christiana. Blask słońca mnie oślepia i trzepoczę rzęsami. Widzę, że Christian na mnie patrzy, a młoda dziewczyna w stroju firmowym odchodzi, unosząc wysoko tacę. Jej koński ogon w kolorze blond kiwa się prowokacyjnie.

- Spragniona? - pyta mnie Christian.

- Tak - mamroczę sennie.

- Mógłbym na ciebie patrzeć cały dzień. Zmęczona?

Czuję, że się rumienię.

- Ostatniej nocy niewiele spałam.

- To tak jak ja.

Uśmiecha się, odkłada telefon i wstaje. Szorty odrobinę mu się osuwają... i odsłaniają kąpielówki, które nosi pod spodem. Christian zdejmuje szorty i zrzuca klapki. A ja przestaję myśleć logicznie.

- Chodź, popływamy razem. - Wyciąga do mnie rękę, a ja gapię się na niego oszołomiona. - Idziemy popływać? - powtarza i przekrzywia głowę, patrząc na mnie z rozbawieniem. Ponieważ w dalszym ciągu nie odpowiadam, kręci powoli głową. - Chyba przyda ci się pobudka.

Przyskakuje i chwyta mnie na ręce, a ja krzyczę, bardziej zaskoczona niż przestraszona.

- Christian! Puść mnie! - piszczę.

Śmieje się.

- Dopiero w wodzie, maleńka.

Niesie mnie do wody, czemu przygląda się kilkoro plażowiczów z typową dla Francuzów obojętnością, podszytą odrobiną zdziwienia.

Zanosząc się śmiechem, Christian wbiega do morza.

Chwytam się go za szyję.

- Nie zrobisz tego - mówię, z trudem łapiąc oddech i za wszelką cenę starając się nie chichotać.

Uśmiecha się szeroko.

- Och, Ano, kochanie, niczego się nie nauczyłaś w ciągu tych kilku tygodni, które spędziliśmy razem?

Całuje mnie, a ja korzystam z okazji i chwytam go obiema rękami za włosy, i odwzajemniam pocałunek, wsuwając mu do ust język. Wciąga gwałtownie powietrze i odsuwa się, patrząc na mnie nieco zamglonym, lecz czujnym wzrokiem.

- Przejrzałem twoją grę - mówi szeptem.

Razem ze mną powoli zanurza się w chłodną, przejrzystą wodę, a jego usta ponownie odnajdują moje. Szybko zapominam o chłodzie Morza Śródziemnego, owijając się jak bluszcz wokół mojego męża.

- Mówiłeś, że chcesz popływać - szepczę mu w usta.

- Skutecznie mnie rozpraszasz. - Skubie zębami moją dolną wargę. - Ale chyba nie chcę, żeby poczciwi mieszkańcy Monte Carlo ogladali moją żonę w szponach namiętności.

Teraz ja chwytam zębami jego szczękę i czuję pod językiem szorstki zarost. Ani trochę nie przejmuję się poczciwcami z Monte Carlo.

- Ano - jęczy.

Owija sobie wokół pięści mój koński ogon i delikatnie pociągając, odchyla mi głowę do tyłu, by móc sięgnąć do mojej szyi.

- Chcesz, żebym cię wziął w wodzie? - pyta szeptem.

- Tak - odpowiadam równie cicho.

Christian się odsuwa i patrzy na mnie ciepłym, spragnionym i rozbawionym wzrokiem.

- Pani Grey, jest pani nienasycona i bezwstydna. Stworzyłem potwora.

- Potwora godnego siebie. Chciałbyś mnie wziąć inaczej?

- Wezmę cię w każdy możliwy sposób, dobrze wiesz. Ale nie w tej chwili. Nie przy tak licznej publiczności. - Głową pokazuje w stronę brzegu.

Słucham?

Faktycznie, kilkoro plażowiczów zapomniało o obojętności i teraz przygląda się nam z zainteresowaniem. Nagle Christian chwyta mnie w pasie i wyrzuca w powietrze, pozwalając, żebym wpadła do wody i zanurzyła się w niej razem z głową. Wypływam na powierzchnię, krztusząc się i plując, ale jednocześnie zanosząc się śmiechem.

- Christianie! - wołam oburzona.

Liczyłam, że będziemy się kochać w morzu... i zaliczymy kolejny pierwszy raz. Widzę, że zagryza wargę, żeby się nie roześmiać. Ochlapuję go, a on natychmiast odwdzięcza mi się tym samym.

- Mamy całą noc - mówi, uśmiechając się jak idiota. - Narka, maleńka.

Nurkuje i wynurza się półtora metra ode mnie, po czym płynnym, stylowym kraulem odpływa w stronę otwartego morza, coraz dalej ode mnie.

A niech go! Swawolne, uwodzicielskie Pięćdziesiąt Twarzy! Osłaniam oczy przed słońcem i patrzę za nim. Bardzo lubi się ze mną drażnić... Co tu zrobić, żeby wrócił? Płynąc do brzegu, rozważam opcje. Przy leżakach czekają już nasze napoje, więc szybko piję swoją coca-colę. Christian jest ledwie widoczną kropką daleko w wodzie.

Hmm... Kładę się na brzuchu i po krótkiej walce z wiązaniem zdejmuję stanik i niedbale rzucam go na leżak Christiana. Proszę bardzo... niech się pan przekona, panie Grey, jak bardzo potrafię być bezwstydna. Niech to panu wyjdzie bokiem. Zamykam oczy i czuję, jak słońce mnie rozgrzewa... Po chwili upał mnie usypia i zaczynam śnić o dniu mojego ślubu.

|||||||||||||||||

- Możesz pocałować pannę młodą - oznajmia wielebny Walsh.

Uśmiecham się promiennie do swojego męża.

- W końcu jesteś moja - szepcze Christian i chwytając mnie w objęcia, całuje mnie skromnie w usta.

Wyszłam za mąż. Jestem panią Christianową Grey. Nie posiadam się ze szczęścia i radości.

- Wyglądasz przepięknie, Ano - mówi do mnie szeptem i uśmiecha się, a w jego oczach płonie miłość... i coś jeszcze, ciemniejszego i seksownego. - Tylko ja mogę zdjąć z ciebie tę suknię, rozumiesz? - Jego uśmiech i opuszki palców, którymi muska mój policzek, rozgrzewają mnie do temepratury wrzenia i krew się we mnie gotuje.

Jasna cholera... Jak on to robi, nawet tutaj, na oczach tych wszystkich ludzi, którzy się na nas gapią?

Bez słowa kiwam głową. Jezu, mam nadzieję, że nikt nie słyszy. Na szczęście wielebny Walsh wycofał się dyskretnie. Spoglądam na otaczający nas odświętnie ubrany tłum... Moja mama, Ray, Rob, wszyscy Greyowie wiwatują i biją brawo. Nawet Kate, moja druhna - olśniewająca w bladoróżowej krecji - która stoi obok drużby Christiana, Elliota. Kto by pomyślał, że on też potrafi tak się postarać i elegancko ubrać? Wszyscy uśmiechają się radośnie - z wyjątkiem Grace, która szlocha dyskretnie w delikatną białą chusteczkę.

- Gotowa na przyjęcie, pani Grey? - pyta cicho Christian z tym swoim nieśmiałym uśmiechem.

Czuję, że się rozpływam. Wygląda bosko w prostym czarnym smokingu, srebrnej kamizelce i krawacie. Jest taki... powalająco elegancki.

- Bardziej już nie będę. - Uśmiecham się, chyba trochę głupkowato.

Jakiś czas później wesele trwa w najlepsze... Grace i Carrick przeszli samych siebie. W ogrodzie rozstawili namiot z dekoracjami w kolorze bladego różu, srebra i kości słoniowej. Burty ma podniesione i rozciąga się z niego widok na zatokę. Pogoda wspaniale nam dopisała i popołudniowe słońce pięknie się odbija w wodzie. Na jednym końcu namiotu jest parkiet do tańca, na drugim wystawny bufet.

Ray i moja mama tańczą, wesoło się z czegoś śmiejąc. Patrzę na nich i czuję radość wymieszaną ze smutkiem. Mam nadzieję, że Christian i ja wytrwamy ze sobą dłużej. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby postanowił odejść. Prześladuje mnie powiedzenie, że ci, co się szybko pobrali, niedługo tego żałowali.

Obok mnie stoi Kate, śliczna w swojej długiej, jedwabnej sukni. Zerka na mnie i ściąga brwi.

- Hej, to ma być najszczęśliwszy dzień w twoim życiu - fuka na mnie.

- Bo jest - mówię szeptem.

- Och, Ano, co się dzieje? Patrzysz na mamę i Raya?

Smutno kiwam głową.

- Są szczęśliwi.

- Ale osobno o wiele bardziej.

- Zaczynasz mieć watpliwości? - pyta Kate przerażona.

- Nie, w żadnym razie. Po prostu... Tak bardzo go kocham. - Milknę, bo nie jestem w stanie nazwać głośno swoich lęków.

- Ano, przecież wszyscy widzą, że on cię uwielbia. Wiem, że zaczęliście w nieco niekonwecjonalny sposób, ale potem byliście już tylko niesamowicie szczęśliwi. - Chwyta mnie za ręce i je ściska. - Poza tym już i tak za późno - dodaje z uśmiechem.

Rozśmiesza mnie. Tylko ona potrafi tak celnie stwierdzić to, co oczywiste. Zamyka mnie w Specjalnym Uścisku Katherine Kavanagh.

- Ano, wszystko będzie dobrze. A jeśli przez niego spadnie ci choćby włos z głowy, odpowie za to przede mną. - Puszcza mnie i uśmiecha się do kogoś, kto właśnie zjawił się za moimi plecami.

- Cześć, kochanie. - Christian zaskakuje mnie, obejmując i całując w skroń. - Kate - zwraca się do mojej przyjaciółki. Wciąż odnosi się do niej chłodno i z rezerwą, choć minęło już sześć tygodni.

- Witaj ponownie, Christianie. Idę poszukać twojego drużby, który, tak się składa, jest dla mnie równie ważny, jak wy dla siebie. - Posyła nam obojgu uśmiech i rusza w stronę Elliota, który pije coś z jej bratem, Etanem, i naszym przyjacielem, Josém.

- Pora na nas - mówi półgłosem Christian.

- Już? To najlepsze przyjęcie, na jakim byłam, i nie przeszkadza mi, że jestem w centrum zainteresowania. - Wciąż w jego ramionach obracam się, by na niego spojrzeć.

- W pełni na to zasługujesz. Wyglądasz olśniewająco, Anastasio.

- Ty też.

Uśmiecha się, a w jego oczach pojawia się pożądanie.

- Wyjątkowo ci do twarzy w tej pięknej sukni.

- Takiej prostej i staromodnej? - Rumienię się onieśmielona i chwytam za koronkowe wykończenie dopasowanej sukni ślubnej, zaprojektowanej specjalnie dla mnie przez mamę Kate. Bardzo mi się podoba, że koronka kończy się tuż pod ramionami - skromnie, a mimo to kusząco, przynajmniej mam taką nadzieję.

Christian pochyla się, żeby mnie pocałować.

- Chodźmy już. Nie chcę więcej dzielić się tobą z tymi wszystkimi ludźmi.

- Możemy tak prostu wyjść z własnego wesela?

- Kochanie, to nasze wesele i możemy robić, co nam się żywnie podoba. Pokroiliśmy tort. A teraz chcę cię porwać i mieć wyłącznie dla siebie.

Chichoczę.

- Będzie mnie pan miał do końca życia, panie Grey.

- Bardzo miło mi to słyszeć, pani Grey.

- Och, tu jesteście, gołąbeczki!

Jęczę w duchu... Dopadła nas matka Grace.

- Christian, kochanie - jeszcze jeden taniec z babcią?

Christian ściąga usta.

- Oczywiście, babciu.

- A ty, piękna Anastasio, idź uszczęśliwić staruszka - zatańcz z Theo.

- Z Theo, proszę pani?

- Z dziadkiem Trevelyanem. A do mnie chyba możesz mówić babciu. Teraz musicie się wziąć do roboty i dać mi prawnuki. Dużo czasu już mi raczej nie zostało. - Uśmiecha się do nas kokieteryjnie.

Christian przerażony mruga.

- Chodźmy, babciu - mówi i bierze ją za rękę, by w pośpiechu zaprowadzić ją na parkiet. Zerka na mnie przez ramię z nadąsaną miną i przewraca oczami. - Narka, maleńka.

Ruszam w stronę dziadka Trevelyana, kiedy zaczepia mnie José.

- Nie proszę o kolejny taniec. Wystarczająco dużo czasu poświęciłaś mi na parkiecie... Cieszę się, że jesteś szczęśliwa, ale mówię poważnie, Ano. Zawsze możesz na mnie liczyć... gdybyś mnie potrzebowała.

- Dziękuję, José. Jesteś prawdziwym przyjacielem. A teraz musisz mi wybaczyć, bo mam randkę z pewnym starszym panem.

Zaskoczony marszczy brwi.

- Z dziadkiem Christiana - dodaję gwoli wyjaśnienia.

Uśmiecha się.

- W takim razie życzę powodzenia, Ano. We wszystkim.

- Dzięki, José.

Po tańcu z niesamowicie czarującym dziadkiem Christiana staję obok drzwi prowadzących na taras i patrzę, jak słońce powoli zachodzi nad Seattle, rzucając pomarańczowo-seledynowe blaski na wody zatoki.

- Idziemy - niecierpliwi się Christian.

- Muszę się przebrać.

Chwytam go za rękę, bo chcę go zaciągnąć do środka, do jego dawnego pokoju. Nie rozumiejąc, o co mi chodzi, powstrzymuje mnie ze zmarszczonym czołem.

- Myślałam, że chcesz mnie osobiście rozebrać z tej sukni - tłumaczę.

W jego oczach pojawia się błysk.

- Zgadza się. - Uśmiecha się do mnie lubieżnie. - Ale nie tutaj. Nie wyszlibyśmy do... sam nie wiem... - Macha dłonią z długimi, smukłymi palcami, nie kończąc zdania, które i tak jest wymowne.

Z rumieńcem na policzkach puszczam jego rękę.

- I nie rozpuszczaj włosów - dodaje mrocznym szeptem.

- Ale...

- Żadnych "ale", Anastasio. Wygladasz pięknie. I to ja chcę cię rozebrać.

Och. Marszczę czoło.

- Spakuj swoje rzeczy - mówi rozkazującym tonem. - Przydadzą ci się. Taylor zajął się już głównym bagażem.

- Okej.

Co on zaplanował? Nie powiedział mi, dokąd się wybieramy. Prawdę mówiąc, chyba nikt tego nie wie. Nawet Mia ani Kate nie zdołały tego z niego wyciagnąć. Obracam się do stojących nieopodal mojej mamy i Kate.

- Nie przebieram się.

- Co? - dziwi się mama.

- Christian nie chce. - Wzruszam ramionami, jakby to była wystarczająca odpowiedź.

Mama marszczy czoło.

- Nie przyrzekałaś mu posłuszeństwa - przypomina mi taktownie.

Kate tuszuje prychnięcie, udając, że chrząka. Patrzę na nią, mrużąc oczy. Żadna z nich nie ma pojęcia, jaki bój stoczyliśmy o to z Christianem. Nie mam ochoty wracać do tej kłótni. Rany, ależ te moje Pięćdziesiąt Twarzy potrafi się złościć... i śnić koszmary. Wspomnienie mnie otrzeźwia.

- Wiem, mamo, ale Christianowi podoba się suknia, a ja chcę mu zrobić przyjemność.

Mina jej łagodnieje. Kate przewraca oczami i taktownie się odsuwa, by nas zostawić sam na sam.

- Wyglądasz naprawdę prześlicznie, kochanie. - Carla delikatnie wsuwa mi za ucho niesforny kosmyk włosów i czule gładzi mnie po brodzie. - Taka jestem z ciebie dumna. Uczynisz Christiana bardzo szczęśliwym człowiekiem. - Obejmuje mnie i tuli.

Och, mamo!

- Nie mogę uwierzyć, że wyglądasz tak dorośle. Zaczynasz nowe życie... Musisz tylko pamiętać, że mężczyźni są z innej planety, ale na pewno świetnie sobie poradzisz.

Zaczynam się śmiać. Och, mamo, gdybyś tylko wiedziała. Christian jest nie tylko z innej planety, ale z całkowicie innej galaktyki.

- Dziękuję, mamo.

Podchodzi Ray i uśmiecha się do nas obu.

- Bardzo ci się nasza dziewczynka udała, Carlo - mówi z dumą w oczach.

Prezentuje się niezwykle elegancko w czarnym smokingu i różowej kamizelce. Czuję, że w oczach zaczynają mnie szczypać łzy. Och nie... do tej pory udawało mi się nie rozpłakać.

- A ty się nią opiekowałeś i pomogłeś jej dorosnąć, Ray. - W głosie Carli słychać smutek.

- I byłem zachwycony każdą chwilą. Piękna z ciebie panna młoda, Annie. - Ray wsuwa mi za ucho ten sam kosmyk włosów.

- Och, tato... - Z trudem udaje mi się zdławić szloch, a on mnie obejmuje, trochę sztywno i niezgrabnie.

- I będziesz też świetną żoną - szepcze Ray nieco ochryple.

Kiedy wypuszcza mnie z objęć, u mego boku zjawia się Christian.

Ray serdecznie ściska mu rękę.

- Opiekuj się moją dziewczynką, Christianie.

- Dokładnie to zamierzam robić, Ray. Carlo. - Kiwa głową mojemu ojczymowi, mamę całuje w policzek.

Reszta weselnych gości ustawiła się w długi szpaler, ramiona ułożyli w łuk, pod którym mieliśmy przejść wokół domu na frontowy podjazd.

- Gotowa? - pyta Christian.

- Tak.

Bierze mnie za rękę i prowadzi pod łukiem z ludzkich rąk, a goście głośnymi okrzykami życzą nam szczęścia, po raz nie wiadomo który gratulują i obsypują nas ryżem. Na końcu czekają na nas uśmiechnięci Grace i Carrick. Po kolei ściskają nas i całują. Grace po raz kolejny się wzrusza, kiedy żegnamy się z nimi w pośpiechu.

Taylor czeka na nas przy SUV-ie audi. Christian przytrzymuje mi drzwi, a ja rzucam swój bukiet z biało-różowych róż w tłum młodych kobiet, które zgromadziły się specjalnie na tę okazję. Uśmiechnięta od ucha do ucha Mia unosi go triumfalnie.

Wsiadam do samochodu, rozbawiona zwycięstwem Mii, a Christian schyla się, by pomóc mi z suknią. Kiedy już siedzę bezpiecznie w aucie, odwraca się i żegna gości.

Taylor otwiera przed nim drzwi samochodu.

- Gratuluję, proszę pana.

- Dziękuję, Taylorze - odpowiada Christian i sadowi się obok mnie.

Taylor rusza, a żegnający nas goście obrzucają nasz samochód ryżem. Christian bierze moją rękę i całuje mnie w dłoń.

- Jak dotąd poszło nieźle, pani Grey.

- Poszło cudownie, panie Grey. Dokąd jedziemy?

- Na lotnisko Sea-Tac - odpowiada i uśmiecha się tajemniczo jak Sfinks.

Hmm... co on kombinuje?

Spodziewam się, że Taylor podjedzie pod główny terminal, on jednak kieruje się do bramy i bezpośrednio na pas startowy. Co jest? Ale już go widzę - odrzutowiec Christiana... z wielkim niebieskim napisem na kadłubie, Grey Enterprises Holdings, Inc.

- Tylko mi nie mów, że znowu zamierzasz wykorzystać własność firmy do celów prywatnych!

- Nawet sobie nie wyobrażasz, do jakich, Anastasio! - Uśmiecha się szeroko.

Taylor zatrzymuje się przed schodkami wiodącymi do wejścia do samolotu i wyskakuje, żeby otworzyć Christianowi drzwi. Krótko o czymś rozmawiają, po czym Christian otwiera moje drzwi, ale zamiast się odsunąć, by zrobić mi miejsce, pochyla się i chwyta mnie na ręce.

Hejże!

- Co robisz? - piszczę.

- Przenoszę cię przez próg - odpowiada.

- Och. - Ale to chyba powinien być próg domu?

Bez wysiłku wnosi mnie po schodkach, Taylor idzie za nami z moją małą walizką. Stawia ją w wejściu do samolotu i odwraca się, by wrócić do samochodu. W kabinie widzę Stephana, pilota Christiana, który ma na sobie mundur.

- Witamy na pokładzie, proszę pani - mówi z uśmiechem.

Christian stawia mnie na podłodze i ściska rękę Stephanowi. Obok Stephana stoi ciemnowłosa kobieta, chyba przed trzydziestką. Również ma na sobie mundur.

- Serdeczne gratulacje dla obojga państwa - mówi dalej Stephan.

- Dziękuję, Stephanie. Anastasio, Stephana już znasz. Dzisiaj będzie naszym kapitanem, a to pani pierwsza oficer Beighley.

Kobieta rumieni się i gwałtownie mruga. Kusi mnie, by przewrócić oczami. Kolejna biedulka, zauroczona moim zdecydowanie zbyt przystojnym mężem.

- Bardzo miło mi panią poznać - mówi nieco zbyt entuzjastycznie.

Uśmiecham się do niej uprzejmie, bo było nie było Christian należy do mnie.

- Wszystko gotowe? - zwraca się do nich Christian, a ja rozglądam się po kabinie.

Wnętrze jest wykończone drewnem klonowym i jasnokremową skórą. Prezentuje się pięknie. Na drugim końcu kabiny dostrzegam kolejną umundurowaną kobietę - naprawdę śliczną brunetkę.

- Jesteśmy gotowi do startu. Do Bostonu mamy dobrą pogodę.

Bostonu?

- Turbulencje?

- Do Bostonu żadnych. Dopiero nad Shannon jest front, który może nami nieco porzucać.

Shannon? W Irlandii?

- Rozumiem. Cóż, mam nadzieję, że to prześpimy - stwierdza obojętnie Christian.

Prześpimy?

- Będziemy startować, proszę pana - mówi Stephan. - Zostawiamy państwa pod opieką Natalii, naszej stewardesy.

Christian obraca się ku niej i marszczy czoło, zaraz jednak uśmiecha się do Stephana.

- Doskonale - mówi.

Bierze mnie za rękę i prowadzi do jednego z przepastnych skórzanych foteli. W sumie doliczam się dwunastu takich.

- Usiądź - mówi do mnie i zdejmuje marynarkę, a piękną srebrzystą kamizelkę rozpina. Siada naprzeciwko mnie, po drugiej stronie niedużego, wypolerowanego na wysoki połysk stolika.

- Witamy na pokładzie, proszę pani. Serdecznie państwu gratuluję. - Natalia podchodzi do nas i podaje nam kieliszki wypełnione różowym szampanem.

- Dziękuję - mówi do niej Christian, a ona uśmiecha się do nas uprzejmie i wraca do kuchni.

- Za nasze szczęśliwe małżeństwo, Anastasio. - Christian unosi kieliszek i stuka nim w mój.

Szampan jest przepyszny.

- Bollinger? - pytam.

- Dokładnie tak.

- Pierwszy raz piłam go z filiżanki. - Uśmiecham się.

- Doskonale pamiętam tamten dzień. Rozdanie dyplomów.

- Dokąd lecimy? - Dłużej już nie wytrzymam z ciekawości.

- Do Shannon - odpowiada Christian z oczami błyszczącymi z radości. Wygląda jak mały chłopczyk.

- W Irlandii? - Lecimy do Irlandii!

- Żeby zatankować - dodaje, drocząc się ze mną.

- A potem? - naciskam.

Uśmiecha się jeszcze szerzej i kręci głową.

- Christianie!

- Do Londynu - mówi i bacznie obserwuje, jak zareaguję.

Zatyka mnie. Jasna cholera. Myślałam, że polecimy do Nowego Jorku, Aspen czy na Karaiby. Trudno mi w to uwierzyć. Całe życie marzyłam, żeby pojechać do Anglii. Ogarnia mnie niepohamowana radość.

- A potem do Paryża.

Co takiego?

- A potem na południe Francji.

O rany!

- Wiem, że zawsze marzyłaś, żeby pojechać do Europy - mówi łagodnie. - A ja chcę spełniać twoje marzenia, Anastasio.

- Ty jesteś spełnieniem moich marzeń, Christianie.

- I wzajemnie, pani Grey - szepcze.

O rany...

- Zapnij pasy.

Z uśmiechem posłusznie robię, co mi każe.

Kiedy samolot kołuje na pas startowy, my popijamy szampana i uśmiechamy się do siebie jak dwoje wariatów. Mam dwadzieścia dwa lata i wreszcie wyjeżdżam poza granice Stanów Zjednoczonych, do Europy - i to do samego Londynu.

Kiedy jesteśmy w powietrzu, Natalia dolewa nam szampana i szykuje weselną ucztę. I to jaką! Najpierw podaje wędzonego łososia, następnie pieczoną kuropatwę z sałatką z zielonej fasolki i ziemniaczkami po francusku - wszystko przygotowane przez nią.

- Podać deser, proszę pana? - pyta.

Christian kręci przecząco głową i patrzy na mnie pytająco, przesuwając palcem po dolnej wardze. Minę ma mroczną i nieodgadnioną.

- Ja też dziękuję - bąkam, nie mogąc oderwać od niego oczu.

On wygina wargi w tajemniczym uśmiechu i Natalia się wycofuje.

- Dobrze - mruczy. - Bo na deser wolałbym ciebie.

Och... tutaj?

- Chodź - mówi do mnie, wstając od stołu i wyciągając do mnie rękę. Prowadzi mnie na tył kabiny.

- Tutaj jest łazienka - pokazuje na niewielkie drzwi i idziemy dalej korytarzykiem, na końcu którego znajdują się kolejne drzwi. Christian je otwiera i wchodzimy.

Rany boskie... sypialnia. Także w beżach i jasnym klonowym drewnie, z niedużym podwójnym łóżkiem, od razu widać, że wygodnym, ze złotymi i szarobeżowymi poduszkami.

Christian obraca się i bierze mnie w ramiona, patrząc na mnie.

- Pomyślałem sobie, że spędzimy noc poślubną na wysokości dziesięciu tysięcy metrów. Nigdy wcześniej tego nie robiłem.

Kolejny pierwszy raz. Wpatruję się w niego z walącym sercem... Seks w lecącym samolocie - mile high club. Słyszałam o tym.

- Ale najpierw muszę zdjąć z ciebie tę wspaniałą suknię. - W jego oczach błyszczy miłość i coś mroczniejszego, co uwielbiam... coś, co przemawia wprost do mojej drugiej ja. Co sprawia, że nie mogę oddychać.

- Obróć się. - Głos ma cichy i kategoryczny, a przy tym seksowny jak diabli.

Jak udaje mu się w zaledwie dwóch słowach zawrzeć taką obietnicę? Ochoczo robię, o co prosi, a on sięga do moich włosów. Delikatnie wyjmuje po kolei wszystkie spinki, i robi to bardzo sprawnie i szybko. Włosy opadają mi kaskadą na plecy i piersi. Bardzo się staram, żeby stać spokojnie i się nie wiercić, ale pragnę, żeby mnie dotknął. Po długim, męczącym, ale pełnym wrażeń dniu pragnę go - całego.

- Twoje włosy są takie piękne, Ano.

Usta ma tuż przy moim uchu i czuję jego oddech, chociaż wargami mnie nie dotyka. Kiedy wyjął już wszystkie spinki, wsuwa palce w moje włosy i zaczyna mi masować skórę głowy... O rany... Zamykam oczy i rozkoszuję się niesamowitym uczuciem. Przesuwa palce niżej, chwyta mnie za włosy i pociąga lekko, by móc sięgnąć mojej szyi.

- Jesteś moja - szepcze i delikatnie łapie mnie zębami za ucho.

Jęczę.

- Cicho - mówi z przyganą.

Przerzuca mi włosy przez ramię i muska palcami moje plecy, od jednego barku do drugiego, wzdłuż koronkowego wykończenia sukni. Dygoczę, czekając na ciąg dalszy. Całuje mnie delikatnie tuż nad górnym guzikiem sukni.

- Taka piękna - mówi i zwinnie rozpina guzik. - Uczyniłaś mnie dzisiaj najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. - Niesamowicie powoli, po kolei rozpina następne guziki, do samego dołu. - Tak bardzo cię kocham. - Całuje mnie od nasady szyi do krawędzi ramienia, każdy pocałunek akcentując słowami. - Pragnę. Cię. Tak. Bardzo. Chcę. Być. W. Tobie. Jesteś. Moja.

Każde z nich działa na mnie jak narkotyk. Zamykam oczy i przechylam głowę, by łatwiej mu było pieścić moją szyję. Z każdą chwilą coraz bardziej poddaję się urokowi, który jest Christianem Greyem, moim mężem.

- Moja - szepcze po raz kolejny.

Zsuwa mi suknię z ramion, która opada i układa się wokół moich stóp, niczym delikatny obłok z jedwabiu i koronki.

- Obróć się - szepcze, nagle ochrypłym głosem.

Staję do niego przodem, a on zachłystuje się powietrzem.

Mam na sobie obcisły różowy gorset z podwiązkami, koronkowe majteczki i białe, jedwabne pończochy. Christian głodnym wzrokiem omiata moje ciało, ale nic nie mówi. Po prostu patrzy szeroko otwartymi oczami, w których lśni pożądanie.

- Podoba ci się? - pytam szeptem, czując, jak na policzki wypływa mi rumieniec.

- Bardziej niż podoba, maleńka. Wyglądasz niesamowicie. Chodź. - Podaje mi rękę i pomaga mi wyjść z sukni. - Nie ruszaj się - mówi cicho i nie odrywając ode mnie coraz ciemniejszych oczu, środkowym palcem muska mi piersi tuż nad gorsetem.

Mój oddech staje się płytszy. Christian sunie teraz palcem w drugą stronę, dotykiem sprawiając, że czuję rozkoszny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Przerywa i palcem zatacza w powietrzu kółko, dając mi do zrozumienia, że chce, abym się znowu obróciła.

W tej chwili zrobię dla niego wszystko.

- Zatrzymaj się - mówi.

Stoję twarzą do łóżka. Christian obejmuje mnie ramionami w pasie i przyciąga do siebie, wtulając nos w zagłębienie mojej szyi. Delikatnie ujmuje dłońmi moje piersi i kciukami zatacza kręgi na moich sutkach, które twardniejąc, zaczynają napierać na gorset.

- Moja - szepcze.

- Twoja - odpowiadam również szeptem.

Zostawia moje piersi i sunie dłońmi w dół, po moim brzuchu i udach, a jego kciuki niemal sięgają mojej kobiecości. Próbuję zdusić jęk. Palcami zjeżdża po moich podwiązkach i ze zwykłą sobie sprawnością odpina obie jednocześnie, po czym przesuwa dłonie na moje pośladki.

- Moja - szepcze po raz kolejny i rozkłada palce na moich pośladkach, ich koniuszkami dotykając delikatnie mojego intymnego miejsca.

- Ach.

- Cicho.

Sunie dłońmi w dół po moich udach z tyłu i odpina kolejne dwie podwiązki.

Nachyla się i odrzuca z łóżka kapę.

- Usiądź.

Ponieważ ma nade mną władzę absolutną, posłusznie siadam na łóżku, a on klęka przede mną i delikatnie zdejmuje mi ślubne pantofle od Jimmy'ego Choo. Chwyta za brzeg lewej pończochy i zsuwa ją, muskając kciukami moją nogę... Po chwili robi to samo z prawą pończochą.

- Jakbym rozpakowywał bożonarodzeniowy prezent. - Patrzy na mnie spod długich rzęs i się uśmiecha.

- Prezent, który i tak już dostałeś...

Marszczy surowo czoło.

- O nie, maleńka. Dopiero tym razem jest naprawdę mój.

- Christianie, jestem twoja, odkąd się zgodziłam. - Pochylam się i ujmuję w dłonie jego ukochaną twarz. - Jestem twoja. I zawsze będę, mój mężu. A teraz uważam, że masz na sobie zdecydowanie za dużo ubrań. - Zbliżam się, by go pocałować, ale on mnie uprzedza. Przywiera do moich ust, dłońmi przytrzymuje mi głowę, palce wsuwa mi we włosy.

- Ano - szepcze. - Moja Ano.

Całuje mnie jeszcze namiętniej, językiem penetrując moje usta.

- Ubranie - szepczę.

Nasze oddechy się łączą i mieszają. Ściągam z niego kamizelkę, a on mi w tym pomaga, puszczając mnie na chwilę. Zamiera i wpatruje się we mnie szeroko otwartymi oczami, w których maluje się pragnienie.

- Pozwól mi, proszę - mówię przymilnie. Chcę rozebrać mojego męża, moje Pięćdziesiąt Twarzy.

Przysiada na piętach, a ja łapię jego krawat - srebrzystoszary, mój ulubiony - powoli go rozwiązuję i zdejmuję. Christian unosi brodę, by łatwiej było mi rozpiąć górny guzik jego koszuli, potem zabieram się za spinki do mankietów - platynowe, z wygrawerowanymi inicjałami A i C - które dostał ode mnie w prezencie ślubnym. Bierze je ode mnie i zamyka w dłoni, po czym całuje pięść i chowa spinki do kieszeni spodni.

- Panie Grey, jakie to romantyczne.

- Dla pani, pani Grey. Serduszka i kwiatki. Zawsze.

Biorę jego rękę i zerkając na niego poprzez rzęsy, całuję prostą platynową obrączkę na jego palcu. Christian jęczy cicho i przymyka oczy.

- Ano - szepcze, a moje imię jest dla niego jak modlitwa.

Sięgam do kolejnego guzika w jego koszuli i naśladuję to, co sam robił wcześniej - rozpinając kolejne guziki, całuję go w pierś i między każdym pocałunkiem wypowiadam słowa:

- Jestem. Taka. Szczęśliwa. Kocham. Cię.

Z jękiem chwyta mnie w pasie i padamy oboje na łóżko. Odnajduje moje usta i przytrzymując mi rękami głowę, splata swój język z moim. Niespodziewanie odrywa się ode mnie i klęka, a ja spragniona dalszych pieszczot próbuję złapać oddech.

- Jesteś taką piękną... żoną. - Przesuwa dłońmi po moich nogach i nagle łapie moją lewą stopę. - Masz takie piękne nogi. Zaczynając odtąd. - Przykłada usta do mojego wielkiego palca, potem delikatnie chwyta zębami jego opuszek. Moje ciało od pasa w dół drży. Sunie językiem po moim śródstopiu, muska zębami piętę i kostkę. Delikatnymi, wilgotnymi pocałunkami znaczy wewnętrzną stronę mojej łydki, a ja wiercę się pod nim.

- Spokojnie, pani Grey - mówi ostrzegawczo, po czym nagle przewraca mnie na brzuch i nieśpiesznie całuje dalej moją nogę, przesuwając się w górę uda, do biodra i pośladków, i nagle przestaje. Jęczę głośno.

- Proszę...

- Chcę, żebyś była naga - mruczy i powoli rozpina mi haftki w gorsecie, jedną po drugiej. Kiedy gorset opada, liże mnie wzdłuż kręgosłupa.

- Christianie, błagam.

- Czego pani pragnie, pani Grey? - szepcze mi cicho tuż przy uchu. Niemal na mnie leży... czuję na pośladkach jego erekcję.

- Ciebie.

- A ja ciebie, moja miłości, moje życie... - szepcze i zanim zdążę się zorientować, przewraca mnie z powrotem na plecy.

Podnosi się z łóżka i płynnym ruchem pozbywa jednocześnie spodni i bokserek. Stoi przede mną nagi i cudowny, nabrzmiały i gotowy. Przestaję widzieć niewielką kabinę, jest tylko jego oszałamiające piękno, jego miłość i to, jak bardzo mnie pragnie i pożąda. Pochyla się, zdejmuje mi majtki i znowu na mnie patrzy.

- Moja - mówi, poruszając tylko ustami.

- Proszę - jęczę błagalnie, a on się uśmiecha... lubieżnie, szelmowsko, kusząco, jak tylko Pięćdziesiąt Twarzy potrafi.

Wchodzi na łóżko i teraz całuje moją prawą nogę, coraz wyżej, aż dociera do miejsca, w którym łączą mi się uda. Rozsuwa mi nogi.

- Ach... moja żono - mówi cicho i przywiera do mnie ustami.

Zamykam oczy i oddaję się cała jego ach-jakże-zwinnemu językowi. Zaciskam palce na jego włosach, a moje biodra kołyszą się i wyginają w reakcji na jego pieszczoty, aż trzęsie się małe łóżko. Christian przytrzymuje mnie za biodra... ale nie przerywa słodkiej, cudownej tortury. Już prawie dochodzę, jestem na krawędzi.

- Christianie - jęczę.

- Jeszcze nie - mruczy i unosi się nade mną, językiem pieszcząc mój pępek. - Nie! - Psiakrew! Czuję, że się uśmiecha, sunąc coraz wyżej.

- Ależ pani niecierpliwa, pani Grey. Mamy czas aż do lądowania na Szmaragdowej Wyspie.

Z czcią całuje moje piersi i wargami naciąga moją prawą brodawkę. Oczami ciemnymi jak tropikalna burza patrzy na mnie, nie przestając mnie pieścić.

O rany... zupełnie zapomniałam. Lecimy do Europy.

- Mężu, pragnę cię. Proszę.

Unosi się nade mną i wspiera ciężar ciała na łokciach. Swoim nosem muska mój, a ja przesuwam dłońmi po jego silnych, umięśnionych plecach, sięgając do jego cudownego tyłka.

- Pani Grey... żono. Jak zawsze do usług. Kocham cię.

- Ja też cię kocham.

- Otwórz oczy. Chcę na ciebie patrzeć.

- Christianie... ach... - krzyczę, kiedy wolno we mnie wchodzi.

- Ano, och, Ano - dyszy i zaczyna się poruszać.

- CO TY SOBIE, do cholery, wyobrażasz? - krzyczy Christian, wyrywając mnie z rozkosznego snu. Mokry i piękny stoi u stóp mojego leżaka i mierzy mnie gniewnym wzrokiem.

Co takiego zrobiłam? O nie... Leżę na plecach... Cholera, cholera, cholera, jest zły. Niech to. Zły, i to nie na żarty.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nagle jestem całkowicie obudzona, a erotyczny sen poszedł w zapomnienie.

- Leżałam na brzuchu. Musiałam się obrócić we śnie - bronię się niepewnym szeptem.

Jego oczy ciskają wściekłe błyskawice. Schyla się po mój stanik, który zostawiłam na jego leżaku, i rzuca nim we mnie.

- Załóż to! - syczy.

- Christianie, przecież nikt nie patrzy.

- Och, uwierz mi, patrzą. Jestem pewny, że Taylor i jego ludzie mają używanie! - warczy.

Jasna cholera! Ciągle o nich zapominam. Przerażona, zasłaniam piersi rękami. Od czasu, kiedy "Charlie Tango" padł ofiarą sabotażu, przeklęta ochrona nie odstępuje nas na krok.

- Tak - wścieka się dalej Christian. - A jakiś pieprzony, obleśny paparazzo może ci zrobić zdjęcie. Chcesz się znaleźć na okładce czasopisma "Star"? Tylko że tym razem naga?

Cholera! Paparazzi! Kurwa! Zakładam w pośpiechu stanik, czując, jak krew odpływa mi z twarzy. Przeszywa mnie dreszcz. Powraca nieproszone wspomnienie o fotoreporterach, którzy osaczyli mnie przed budynkiem wydawnictwa po tym, jak do prasy przedostała się wiadomość o naszych zaręczynach - to wszystko dostało mi się w pakiecie z Christianem Greyem.

- L'addition! - zwraca się ostro do przechodzącej właśnie kelnerki Christian. - Wychodzimy - mówi do mnie.

- Teraz?

- Tak. Teraz.

Zakłada szorty, nie bacząc, że jego kąpielówki ociekają wodą, i swój szary T-shirt. Po chwili wraca kelnerka z jego kartą kredytową i rachunkiem.

Niechętnie wkładam turkusową sukienkę plażową i klapki. Po odejściu kelnerki Christian zabiera swoją książkę i telefon, a wściekłość chowa za lustrzanymi aviatorami. Dosłownie się gotuje ze złości. Robi mi się przykro. Wszystkie inne kobiety na plaży są topless, więc to chyba nie aż taka wielka zbrodnia. W zasadzie uważam, że w staniku wyglądam trochę dziwnie i nie na miejscu. Przygnębiona, wzdycham w duchu. Myślałam, że Christiana to rozbawi... w pewnym sensie... Może gdybym dalej leżała na brzuchu... A tak jego poczucie humoru całkiem znikło.

- Proszę, nie złość się na mnie - mówię szeptem i biorę od niego książkę i telefon, żeby schować je do plecaka.

- Na to już za późno - odpowiada cicho, za cicho. - Idziemy.

Bierze mnie za rękę i daje znak Taylorowi i jego dwóm przybocznym, francuskim ochroniarzom, Philipemu i Gastonowi. Co najdziwniejsze, są identycznymi bliźniakami. Cierpliwie obserwowali nas i wszystkich innych na plaży z werandy. Czemu ciągle o nich zapominam? Jak to możliwe? Taylor w ciemnych okularach zachowuje kamienną twarz. Do diabła, on też jest na mnie wściekły. Wciąż jeszcze się nie przyzwyczaiłam do jego widoku w szortach i czarnej koszulce polo.

Christian prowadzi mnie do hotelu i przez hol wychodzimy na ulicę. W dalszym ciągu milczy, jest zły i ponury, za co mogę podziękować tylko sobie. Taylor i jego ludzie idą za nami jak cienie.

- Dokąd idziemy? - odważam się zapytać, zerkając na Christiana.

- Wracamy na jacht. - Nie patrzy na mnie.

Nie mam pojęcia, która jest godzina. Chyba piąta, może szósta po południu. Kiedy docieramy na przystań, Christian prowadzi mnie do kei, przy której stoją zacumowane motorówka i skuter wodny należące do "Fair Lady". Christian odwiązuje skuter, a ja podaję swój plecak Taylorowi. Zerkam na niego nerwowo, ale podobnie jak Christiana, jego mina nie zdradza niczego. Robi mi się głupio, kiedy pomyślę, co zobaczył na plaży.

- Proszę, pani Grey. - Taylor podaje mi z motorówki kamizelkę ratunkową, a ja bez szemrania ją zakładam. Czemu tylko ja muszę ją nosić? Christian i Taylor wymieniają dziwne spojrzenia. Jezu, na Taylora też się wścieka? Christian sprawdza, czy dobrze zapięłam kamizelkę, i na wszelki wypadek dociąga ją na środku.

- Może być - mruczy obrażonym tonem, wciąż na mnie nie patrząc. Cholera.

Zgrabnie wsiada na skuter i wyciąga do mnie rękę, żebym do niego dołączyła. Chwytam się jej mocno i jakoś udaje mi się przełożyć nogę ponad skuterem i przy okazji nie wpaść do wody. Taylor i bliźniaki pakują się do motorówki. Christian odbija się nogą od kei i powoli kieruje w stronę mariny.

- Trzymaj się - mówi do mnie, więc obejmuję go w pasie ramionami.

To lubię najbardziej w przejażdżce skuterem wodnym. Z nosem wtulonym w plecy mojego męża mocno go obejmuję i myślę sobie, że jeszcze nie tak dawno nie pozwoliłby, abym go w ten sposób dotykała. Pięknie pachnie... Christianem i morzem. Wybacz mi, Christianie, dobrze? Bardzo cię proszę.

Czuję, że się napina.

- Spokojnie - mówi, ale już łagodniejszym tonem.

Całuję go w plecy i przytulam się do nich policzkiem. Spoglądam za siebie i widzę, jak kilkoro plażowiczów podeszło bliżej, żeby lepiej widzieć przedstawienie.

Christian przekręca kluczyk i motor z rykiem budzi się do życia. Jeden ruch manetką i skuter rusza gwałtownie, po czym pędzi po chłodnych wodach mariny na środek zatoki, gdzie na kotwicy kołysze się "Fair Lady". Jeszcze mocniej przywieram do Christiana. Uwielbiam to - jest takie ekscytujące. Przyklejona do jego pleców, czuję każdy mięsień jego smukłego ciała.

Obok nas pędzi motorówka prowadzona przez Taylora. Christian na niego zerka i jeszcze bardziej przyśpiesza. Jak wystrzelony, skuter mknie po czubkach fal niczym rzucony mistrzowsko kamyk. Taylor zrezygnowany kręci głową i kieruje się w stronę jachtu, Christian natomiast mija go i pędzi na otwarte morze.

Morska woda nas opryskuje, ciepły wiatr chłosta mnie w twarz i rozwiewa na wszystkie strony mój koński ogon. To taka świetna zabawa. Może nasza szalona przejażdżka poprawi trochę humor Christianowi. Nie widzę jego twarzy, ale wiem, że świetnie się bawi - jest beztroski, taki, jaki powinien być facet w jego wieku.

Zatacza skuterem szerokie półkole i mogę się przyjrzeć linii brzegowej - marinie, żółtej, białej i piaskowej mozaice, w jaką układają się przybrzeżne budynki, za którymi wznoszą się poszarpane szczyty gór. Wszystko wygląda chaotycznie, zupełnie inaczej od uporządkowanych, stojących w równych szeregach bloków, do jakich przywykłam, ale widok jest naprawdę piękny.

Christian zerka na mnie przez ramię i dostrzegam cień uśmiechu na jego ustach.

- Jeszcze raz?! - pyta, przekrzykując hałas silnika.

Entuzjastycznie kiwam głową. On w odpowiedzi uśmiecha się olśniewająco i otwiera bardziej przepustnicę, a skuter gna, okrążając nasz jacht i kierując się z powrotem na morze... Chyba mi wybaczył.

- OPALIŁAŚ SIĘ - ZAUWAŻA Christian łagodnie, rozpinając moją kamizelkę ratunkową.

Niespokojnie próbuję odgadnąć jego nastrój. Stoimy na pokładzie, a jeden ze stewardów czeka dyskretnie, by wziąć moją kamizelkę, którą Christian mu podaje.

- Czy to wszystko, proszę pana? - pyta grzecznie młody człowiek.

Uwielbiam jego francuski akcent. Christian spogląda na mnie i zdejmuje swoje aviatory, po czym zaczepia je o dekolt podkoszulka.

- Masz ochotę na drinka? - zwraca się do mnie.

- Przyda mi się?

Przekrzywia głowę.

- Skąd to pytanie? - Jego głos brzmi łagodnie.

- Wiesz skąd.

Marszczy czoło, jakby coś rozważał.

Rany, o czym myśli?

- Poprosimy dwa dżiny z tonikiem. Do tego orzechy i oliwki - mówi do stewarda. Mężczyzna kiwa głową i się oddala.

- Myślisz, że cię ukarzę? - pyta mnie Christian jedwabistym tonem.

- A chcesz tego?

- Tak.

- Jaka będzie kara?

- Coś wymyślę. Może kiedy będziesz popijać swojego drinka.

Groźba brzmi zmysłowo. Przełykam, a moja druga ja mruży oczy, wyciągnięta na leżaku, i łapie promienie słoneczne w srebrny odbłyśnik, który założyła sobie jak kryzę pod szyją.

Christian znowu marszczy brwi.

- Chcesz, żebym cię ukarał?

Skąd on wie?

- To zależy - bąkam zawstydzona.

- Od czego? - Próbuje ukryć uśmiech.

- Od tego, czy chcesz, żeby mnie bolało.

Zaciska usta w wąską linię, zapominając o dobrym humorze. Pochyla się i całuje mnie w czoło.

- Anastasio, jesteś moją żoną, nie uległą. Już nigdy więcej nie chcę ci zrobić nic, żeby cię bolało. Powinnaś już to wiedzieć. Tylko... po prostu nie rozbieraj się publicznie. Nie chcę, żebyś naga pojawiła się we wszystkich tabloidach. Ty też tego nie chcesz, podobnie jak twoja mama czy Ray.

Och, Ray! Jasna cholera, dostałby zawału. Co ja sobie myślałam? W duchu karcę się surowo.

Zjawia się steward z naszymi drinkami i przekąską, i ustawia wszystko na tekowym stole.

- Siadaj - rozkazuje Christian.

Posłusznie sadowię się w reżyserskim krześle. Christian siada naprzeciwko i podaje mi drinka.

- Zdrówko, pani Grey.

- Zdrówko, panie Grey.

Chce mi się pić - chłodny, pyszny drink wspaniale łagodzi pragnienie. Patrzę na Christiana i widzę, że mi się przygląda, ale nie potrafię odgadnąć, w jakim jest humorze. Denerwuje mnie to... Nie wiem, czy wciąż się na mnie gniewa, wobec tego postanawiam zastosować sprawdzoną taktykę odwrócenia uwagi.

- Do kogo należy ten jacht? - pytam.

- Do brytyjskiego szlachcica. Sira Jakiegoś-Tam. Jego prapradziadek zaczynał od sklepu spożywczego. A córka wyszła za jakiegoś europejskiego księcia krwi.

Och.

- Jest superbogaty?

Christian nagle staje się czujny.

- Tak.

- Jak ty - mruczę pod nosem.

- Owszem.

Och.

- I jak ty - dodaje szeptem i wrzuca sobie do ust oliwkę.

Gwałtownie mrugam. Przypomina mi się, jak wyglądał w swoim smokingu oraz srebrzystoszarej kamizelce. W jego oczach błyszczała niekłamana szczerość, kiedy wpatrywał się we mnie podczas ceremonii.

- "Wszystko, co moje, od teraz jest również twoje" - mówi głośno i wyraźnie, z pamięci cytując fragment swojej ślubnej przysięgi.

Wszystko moje?

- Trochę to dziwne. Nie miałam niczego. - Machnięciem ręki wskazuję na całe to otaczające nas bogactwo. - A teraz mam wszystko.

- Przyzwyczaisz się.

- Wątpię, żeby to kiedykolwiek nastąpiło.

Na pokład wchodzi Taylor.

- Sir, telefon do pana.

Christian marszczy brwi, ale sięga po telefon, który podaje mu Taylor.

- Grey - rzuca do słuchawki i wstaje, by przejść na dziób.

Spoglądam na morze, nie przysłuchując się jego rozmowie z Ros - jak przypuszczam - jego prawą ręką. Jestem bogata... obrzydliwie bogata. Nie zrobiłam nic, żeby zdobyć te pieniądze, wyszłam tylko za bogatego człowieka. Wzdrygam się na wspomnienie naszej rozmowy o intercyzie. To było w niedzielę po jego urodzinach, kiedy w leniwej atmosferze jedliśmy śniadanie przy kuchennym stole w domu rodziców Christiana. Elliot, Kate, Grace i ja debatowaliśmy o wyższości bekonu nad kiełbaskami, a Carrick i Christian przeglądali niedzielną prasę...

|||||||||||||||||

- Patrzcie na to - piszczy Mia, stawiając przed nami swój laptop. - Na stronie Seattle Nooz Web pojawiła się wiadomość o twoich zaręczynach z Christianem.

- Tak szybko? - dziwi się Grace. Nagle ściąga usta, jakby przyszła jej do głowy jakaś niemiła myśl. Christian marszczy czoło.

Mia czyta na głos.

- "Doszły nas słuchy, że najbardziej pożądany kawaler Seattle, ten Christian Grey w końcu został usidlony i już słychać bicie weselnych dzwonów. Kimże jest ta szczęściara, której się to udało? Nooz na pewno się tego dowie, ale jednego możemy być pewni: na pewno studiuje już nie byle jaką intercyzę".

Mia chichocze rozbawiona, jednak widząc, jak Christian mierzy ją wściekłym spojrzeniem, gwałtownie milknie. Zapada martwa cisza, a temperatura w kuchni Greyów gwałtownie spada poniżej zera.

O nie! Intercyza? Nawet przez chwilę o niczym takim nie myślałam. Przełykam i czuję, jak cała krew odpływa mi z twarzy. Ziemio, błagam, rozstąp się i mnie pochłoń! Christian wierci się niespokojnie na krześle, kiedy spoglądam na niego pytająco.

- Nie - mówi do mnie bezgłośnie, poruszając tylko wargami.

- Christianie - odzywa się łagodnie Carrick.

- Nie będziemy znowu o tym rozmawiać - mówi Christian ostro do Carricka, który zerka na mnie nerwowo i otwiera usta, żeby coś powiedzieć.

- Nie będzie żadnej intercyzy! - Christian niemal do niego krzyczy i z ponurą miną wraca do gazety, ignorując zebranych przy stole. Wszyscy patrzą to na mnie, to na niego, a potem wszędzie, byle nie na nas.

- Christianie - odzywam się półgłosem. - Podpiszę wszystko, czego ty i pan Grey zażądacie.

Nie byłby to pierwszy raz, kiedy zmusi mnie do podpisania czegoś. Christian podnosi wzrok i mierzy mnie wzrokiem.

- Nie! - mówi gwałtownie.

Znowu robię się blada.

- To dla twojego bezpieczeństwa.

- Christianie, Ano - uważam, że powinniście o tym porozmawiać na osobności - upomina nas Grace.

Przenosi gniewny wzrok na Carricka i Mię. O rany, oni chyba też będą mieli kłopoty.

- Ano, tu nie chodzi o ciebie - bąka przepraszająco Carrick. - I bardzo cię proszę, mów mi Carrick.

Christian patrzy na ojca zmrużonymi oczami, a mnie robi się słabo. O cholera, teraz jest naprawdę wściekły.

Nagle wszyscy naraz zaczynają rozmawiać, a Mia i Kate zrywają się, żeby zacząć sprzątać ze stołu.

- Ja zdecydowanie opowiadam się za kiełbaskami! - wykrzykuje Elliot.

Siedzę ze wzrokiem wbitym w swoje nerwowo splecione palce. Niech to szlag. Mam nadzieję, że państwo Grey nie mają mnie za jakąś naciągaczkę. Christian delikatnie ujmuje moje obie ręce w swoje.

- Przestań.

Skąd wie, o czym myślę?

- Nie przejmuj się moim tatą - dodaje, ale tak cicho, że tylko ja go słyszę. - Naprawdę się wściekł z powodu Eleny. I cała ta gadanina była skierowana do mnie. Żałuję, że mama nie trzymała buzi na kłódkę.

Wiem, że Christian wciąż przeżywa swoją wczorajszą "rozmowę" z Carrickiem na temat Eleny.

- Ale on ma rację, Christianie. Jesteś bardzo bogaty, a ja mogę wnieść w nasze małżeństwo wyłącznie niespłacony kredyt studencki.

Christian patrzy na mnie z przygnębieniem w oczach.

- Anastasio, jeśli ode mnie odejdziesz, możesz wszystko zabrać. Już raz mnie zostawiłaś. Wiem, jakie to uczucie.

Jasna cholera!

- Ale to było co innego - szepczę, poruszona mocą, z jaką wypowiada te słowa. - Poza tym... ty też możesz ode mnie odejść. - Na samą myśl robi mi się niedobrze.

Christian prycha i z udawnym obrzydzeniem kręci głową.

- Christianie, dobrze wiesz, że mogę zrobić coś niewyobrażalnie głupiego i wtedy ty... - Znowu patrzę na swoje zaciśnięte ręce i czując przeszywający mnie ból, nie jestem w stanie dokończyć zdania. Stracić Christiana... cholera.

- Przestań. Natychmiast przestań. Temat jest zamknięty, Ano. Więcej nie będziemy o tym rozmawiać. Nie będzie żadnej intercyzy. Ani teraz, ani nigdy. - Patrzy na mnie wymownym wzrokiem, mówiącym jednoznacznie natychmiast-odpuść, więc milknę. Wtedy Christian zwraca się do Grace. - Mamo - mówi. - Czy możemy wziąć ślub tutaj?

|||||||||||||||||

Więcej ani razu o tym nie wspomniał. Wręcz przeciwnie, przy każdej okazji zapewniał mnie, że całe jego bogactwo jest również moje. Dreszcz mnie przeszywa, kiedy przypominam sobie, jak Christian wręcz zażądał, żeby podczas zakupów - to było istne szaleństwo - przed naszym miesiącem miodowym towarzyszyła mi Caroline Acton, osobista asystentka zakupowa z Nieman Marcus. Samo moje bikini kosztowało pięćset czterdzieści dolarów. Oczywiście to bardzo miłe, ale słowo daję, to lekka przesada wydać tyle pieniędzy na kilka trójkątnych skrawków materiału.

- Przyzwyczaisz się - przerywa mi Christian te wspominki, siadając na powrót przy stole.

- Do czego?

- Do pieniędzy - odpowiada, przewracając oczami.

Och, Pięćdziesiąt Twarzy, może kiedyś. Podsuwam mu miseczkę z migdałami i orzeszkami.

- Panie, orzeszki - mówię z najbardziej kamienną twarzą, na jaką mnie stać, próbując wprowadzić do naszej rozmowy odrobinę humoru, zwłaszcza po moich ponurych rozmyślaniach i faux pas z górą od bikini.

Uśmiecha się szelmowsko. Bierze z miseczki migdał i patrzy na mnie z diabolicznym błyskiem w oku. Oblizuje się.

- Dopij. Idziemy do łóżka.

Słucham?

- Dopij - mówi bezgłośnie, a jego oczy robią się coraz ciemniejsze.

O rany, już sam jego wzrok można by obwinić za globalne ocieplenie. Podnoszę swoją szklankę i wypijam wszystko duszkiem, ani na chwilę nie odrywając od niego oczu. Otwiera ze zdumienia usta i dostrzegam koniuszek jego języka między zębami. Uśmiecha się do mnie lubieżnie. Jednym płynnym ruchem wstaje i nachyla się nade mną z rękami na oparciach mojego krzesła.

- Teraz dam ci nauczkę. Idziemy. I nie sikaj - szepcze mi do ucha.

Zatyka mnie. Nie sikaj? Co za chamstwo. Moja podświadomość podnosi wzrok znad książki - Dzieła zebrane Charlesa Dickensa, tom I - mocno zaniepokojona.

- Nic z tych rzeczy. - Christian uśmiecha się szelmowsko i wyciąga do mnie rękę. - Zaufaj mi.

Wygląda tak seksownie i sympatycznie. Jak mogłabym mu się oprzeć?

- Okej.

Podaję mu rękę, bo zwyczajnie ufam mu bezgranicznie, powierzyłabym mu życie. Co tym razem wymyślił? Serce zaczyna mi walić w oczekiwaniu na to, co nastąpi.

Prowadzi mnie przez pokład do urządzonego z przepychem salonu i dalej korytarzykiem, przez jadalnię i wreszcie schodkami w dół, do głównej sypialni.

Jest posprzątana, a łóżko pościelone. To bardzo piękne pomieszczenie. Ma po dwa bulaje na każdej burcie i prezentuje się niezwykle elegancko: meble z ciemnego orzechowego drewna, kremowe ściany, złoto-czerwona tapicerka.

Christian puszcza moją rękę i ściąga podkoszulek, po czym rzuca go na krzesło. Zdejmuje klapki i jednym zgrabnym ruchem pozbywa się jednocześnie szortów i kąpielówek. O rany. Chyba nigdy mi się nie znudzi oglądanie go nagiego. Jest absolutnie przepiękny i jest mój. Jego skóra lśni - on także się opalił, a zdecydowanie dłuższe włosy opadają mu na czoło. Naprawdę poszczęściło mi się jak mało której dziewczynie.

Łapie mnie za brodę i lekko pociąga, żebym przestała zagryzać wargę.

- Tak lepiej.

Odwraca się i idzie do imponującej komody, w której trzyma swoje rzeczy. Z dolnej szuflady wyjmuje dwie pary metalowych kajdanek i opaskę na oczy, jaką dają w samolotach.

Kajdanki! Nigdy dotąd ich nie używaliśmy. Zdenerwowana zerkam szybko na łóżko. Do czego on je chce przypiąć? Obraca się i patrzy na mnie spokojnie, ciemnymi, błyszczącymi oczami.

- Może naprawdę boleć. Jeśli będziesz się szarpać, wbiją ci się w skórę. - Podnosi do góry jedną parę. - Ale naprawdę chciałbym tego spróbować.

Jasna cholera. Zasycha mi w ustach.

- Zobacz. - Podchodzi do mnie. - Chcesz najpierw spróbować?

Kajdanki są z metalu i są zimne w dotyku. Wyglądają bardzo solidnie. Nie chciałabym być nimi skuta naprawdę, przemyka mi przez myśl.

Christian wpatruje się we mnie z napięciem.

- Gdzie jest do nich kluczyk? - pytam odrobinę drżącym głosem.

Pokazuje mi otwartą dłoń, na której leży mały metalowy kluczyk.

- Otwiera obie pary. W zasadzie otwiera każde kajdanki.

Ciekawe, ile ich ma. Nie pamiętam, żebym jakieś widziała w komodzie w pokoju zabaw.

Palcem wskazującym gładzi mnie po policzku, a kiedy dotyka nim kącika moich ust, pochyla się, jakby chciał mnie pocałować.

- Chcesz się zabawić? - pyta mnie bardzo cicho, a wtedy w dole brzucha pojawia mi się skurcz pożądania.

- Tak - szepczę.

Uśmiecha się.

- Dobrze. - Całuje mnie w czoło. - Będziemy potrzebować hasła bezpieczeństwa.

Słucham?

- "Przestań" nie wystarczy, bo chociaż na pewno to powiesz, tak naprawdę nie będziesz chciała, żebym przestał. - Muska mój nos swoim i to jest nasz jedyny cielesny kontakt.

Serce zaczyna mi walić. Cholera... Jak on potrafi to sprawić samymi słowami?

- Nie będzie bolało. Ale będzie bardzo intensywne. Naprawdę bardzo, bo nie będziesz się mogła poruszyć. W porządku?

O rany. Brzmi tak podniecająco. Oddycham zdecydowanie zbyt głośno. Cholera, ja po prostu dyszę. Dzięki Bogu, że jest moim mężem, bo inaczej byłoby to okropnie krępujące. Spuszczam wzrok na jego erekcję.

- W porządku - mówię ledwie słyszalnie.

- Wybierz jakieś słowo, Ano.

Och...

- Hasło bezpieczeństwa - dodaje cicho.

- Lizak - mówię, ledwo dysząc.

- Lizak? - Uśmiecha się rozbawiony.

- Tak.

Uśmiecha się jeszcze szerzej i odchyla, by na mnie spojrzeć.

- Ciekawy wybór. Podnieś ręce.

Kiedy to robię, Christian zdejmuje mi przez głowę sukienkę i rzuca ją na podłogę. Wyciąga dłoń, a ja oddaję mu kajdanki. Kładzie obie pary na nocnym stoliku, razem z opaską na oczy, po czym jednym ruchem ściąga z łóżka kapę.

- Obróć się.

Staję do niego plecami, a on zdejmuje ze mnie stanik, który w ślad za sukienką i kapą z łóżka ląduje na podłodze.

- Jutro go do ciebie przybiję - mruczy mi do ucha i ściągając mi z włosów gumkę, pozwala, by opadły swobodnie. Chwyta je i łagodnie pociąga, zmuszając mnie, bym zrobiła krok do tyłu. Oparła się o niego. O jego pierś. O jego erekcję. Zachłystuję się powietrzem, kiedy przechyla mi głowę na bok i zaczyna całować mnie w szyję.

- Byłaś bardzo nieposłuszna - szepcze, a ja czuję, jak po plecach przebiega mi dreszcz rozkoszy.

- Tak - odpowiadam, również szeptem.

- Hmm. I co my z tym zrobimy?

- Nauczymy się z tym żyć - mówię cicho.

Jego powolne, wilgotne pocałunki doprowadzają mnie do szaleństwa. Czuję, że się uśmiecha.

- Ach, pani Grey. Jak zwykle niepoprawna optymistka.

Prostuje się. Dzieli moje włosy na trzy części i powoli zaplata je w warkocz, który na koniec związuje gumką. Pociąga za niego łagodnie i nachyla mi się do ucha.

- A teraz dostaniesz nauczkę - szepcze cicho.

Błyskawicznie chwyta mnie w pasie, siada na łóżku i przekłada mnie sobie przez kolana, tak że pod brzuchem czuję jego nabrzmiałą erekcję. Wymierza mi mocnego klapsa w tyłek. Krzyczę i nagle leżę na plecach na łóżku, a on na mnie patrzy oczami jak płynny ołów. Mam wrażenie, że za chwilę stanę w ogniu.

- Czy wiesz, jaka jesteś piękna? - Opuszkami palców gładzi moje udo, a ja czuję dreszcz... wszędzie. Cały czas na mnie patrząc, bierze obie pary kajdanek. Chwyta mnie za lewą nogę i zapina klamrę na kostce.

Och!

Teraz robi to samo z moją prawą nogą, do której przypina drugą parę. Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób zamierza mnie unieruchomić.

- Usiądź - rozkazuje, a ja posłusznie to robię.

- Teraz obejmij rękami kolana.

Zdziwiona mrugam, ale zginam nogi i je obejmuję. Christian ujmuje mnie pod brodę, unosi ją i całuje mnie w usta, po czym zasłania mi oczy opaską. Przestaję cokolwiek widzieć, słyszę jedynie swój szybki oddech i chlupot wody o burty jachtu, który kołysze się łagodnie na falach.

O rany... Jestem taka podniecona... Już.

- Jak brzmi hasło bezpieczeństwa, Anastasio?

- Lizak.

- Dobrze.

Bierze moją lewą rękę i na jej nadgarstku zapina kajdanki, to samo robi z prawą ręką. Lewą rękę mam przypiętą do lewej nogi, prawą do prawej. Nie mogę rozprostować nóg. Jasna cholera.

- A teraz - odzywa się szeptem Christian - będę cię pieprzył, aż zaczniesz krzyczeć.

Co takiego? Czuję, jak ucieka ze mnie całe powietrze.

Łapie mnie za pięty i podrywa je w taki sposób, że upadam na plecy. Nie mam wyboru i muszę trzymać nogi zgięte w kolanach. Kiedy próbuję szarpać kajdankami, tylko bardziej się zaciskają. Miał rację, wrzynają się w skórę, niemal sprawiając ból. Dziwnie się czuję, skrępowana i bezbronna na kołyszącej się łodzi. Christian rozsuwa mi kostki, a ja jęczę głośno.

Całuje wewnętrzną stronę uda, a ja chcę się poruszyć, ale nie mogę. Nie jestem w stanie przesunąć bioder. Stopy mam zadarte do góry. Jakikolwiek ruch jest niemożliwy.

- Będziesz chłonąć całą rozkosz, Anastasio. Bez ruchu - szepcze, wpełzając na mnie i całując mój brzuch wzdłuż krawędzi majtek. Chwyta za tasiemki i je rozwiązuje. Teraz jestem naga i zdana na jego łaskę. Całuje mnie i kąsa w pępek.

- Ach... - wzdycham.

Będzie ciężko. Nie miałam pojęcia. Christian całuje i delikatnie chwyta zębami moją skórę, coraz wyżej, aż do piersi.

- Ciii... - uspokaja mnie. - Jesteś taka piękna, Ano.

Jęczę sfrustrowana. Normalnie poruszałabym biodrami, we własnym rytmie reagując na jego dotyk, ale teraz to niemożliwe. Z jękiem szarpię kajdanki, lecz one tylko mocniej wbijają mi się w skórę.

- Ach! - krzyczę. Ale zupełnie się tym nie przejmuję.

- Doprowadzasz mnie do szaleństwa - szepcze Christian. - Więc ja zrobię to samo tobie.

Leży na mnie, ciężar ciała wspierając na łokciach, i skupia swoją uwagę na moich piersiach. Kąsa, ssie, ugniata i naciąga moje brodawki kciukami i palcami wskazującymi, a ja niemal tracę zmysły. Ale on nawet na chwilę nie przestaje. Zaraz zwariuję. Och. Błagam. Czuję, jak napiera na mnie swoją erekcją.

- Christianie - jęczę prosząco i czuję na skórze jego triumfalny uśmiech.

- Chcesz dojść w ten sposób? - szepcze z ustami przy mojej brodawce, sprawiając, że jeszcze bardziej twardnieje. - Bo wiesz, że mogę to sprawić. - Ssie mocno i krzyczę głośno, gdy rozkosz dociera wprost do mojego krocza. Bezsilnie szarpię kajdankami, tonąc w zmysłowej przyjemności.

- Tak - skomlę.

- Och, maleńka, to byłoby zbyt proste.

- Ach... proszę.

- Ciii.

Przesuwa zębami po mojej szczęce i sięga ustami moich warg, a ja się zachłystuję powietrzem. Całuje mnie. Jego wprawny język wdziera się do moich ust, smakuje, bada, bierze w posiadanie, ale mój język nie pozostaje dłużny i wychodzi mu na spotkanie. Christian smakuje zimnym ginem i Christianem, i pachnie morzem. Łapie moją brodę i przytrzymuje, żebym nie mogła poruszyć głową.

- Nie ruszaj się, maleńka. Chcę, żebyś leżała bez ruchu - szepcze mi w usta.

- Chcę na ciebie patrzeć.

- Nie, Ano. W ten sposób poczujesz więcej.

I niesamowicie, niemal do bólu powoli porusza biodrami i wchodzi we mnie, ale nie do końca. Normalnie wypchnęłabym biodra, by wyjść mu naprzeciw, ale przecież nie mogę się poruszyć. Wychodzi.

- Ach! Christianie, proszę!

- Jeszcze raz? - droczy się ze mną.

- Christianie!

Znowu wchodzi we mnie częściowo i zaraz wychodzi, jednocześnie mnie całując i drażniąc moją brodawkę palcami. Nadmiar rozkoszy.

- Nie!

- Pragniesz mnie, Anastasio?

- Tak - jęczę błagalnie.

- Powiedz to - mruczy cicho.

Jego oddech staje się przerywany. A on znowu mnie dręczy - wchodzi i wychodzi.

- Pragnę cię - niemal szlocham. - Proszę.

Słyszę przy uchu jego cichy oddech.

- I mnie dostaniesz, Anastasio.

Unosi się i wbija we mnie. Krzyczę, odrzucając do tyłu głowę. Szarpię kajdankami, kiedy trafia w mój najczulszy punkt, i cała jestem tylko doznaniem - znoszę najsłodszą torturę, umieram i nie mogę się poruszyć. Christian nieruchomieje, po czym zaczyna kręcić biodrami i ten ruch promieniuje we mnie, w najgłębszych zakamarkach mojego ciała.

- Czemu mi się sprzeciwiasz, Ano?

- Christianie, przestań...

Znowu kręci biodrami, nie zwracając uwagi na moje błagania, i powoli się ze mnie wysuwa, by znowu wbić się z całą mocą.

- Odpowiedz. Dlaczego? - syczy, a do mnie jak przez mgłę dociera, że ma zaciśnięte zęby.

Wydaję z siebie niezrozumiały skowyt. Już nie wytrzymam.

- Odpowiedz.

- Christianie...

- Ano, muszę to wiedzieć.

Znowu we mnie uderza, wchodząc naprawdę głęboko, a ja zaczynam dochodzić. Uczucie jest niesamowicie intensywne, zaczyna się w podbrzuszu, dociera do rąk i nóg, do miejsc, w którym kajdanki wrzynają mi się w skórę.

- Nie wiem! - krzyczę głośno. - Bo mogę! Bo cię kocham! Błagam, Christianie.

Z głośnym, przeciągłym jękiem uderza, wbija się we mnie głęboko, raz za razem, znowu, i znowu, a ja się zatracam, chłonąc rozkosz. To jest niesamowite, kompletnie powalające... Pragnę rozprostować nogi, kontrolować jakoś nadchodzący orgazm, ale nie mogę. Jestem bezradna i bezsilna. Jestem jego, tylko jego, gotowa robić wszystko, czego sobie zażyczy. Łzy napływają mi do oczu. To jest zbyt intensywne. Nie mogę go powstrzymać. Nie chcę go powstrzymać... chcę... chcę... o nie... o nie... to jest za bardzo...

- Właśnie tak - charczy Christian. - Poczuj to, maleńka!

Eksploduję wokół niego, raz za razem, i krzycząc głośno, mam wrażenie, jakby orgazm mnie rozrywał, palił niczym ogień, pożerał wszystko. Jestem jak wyżęta ścierka, wykończona i wyczerpana, po twarzy płyną mi łzy - moje ciało pulsuje i dygocze.

Czuję, że Christian klęka, wciąż jeszcze we mnie, i sadza mnie sobie na kolanach. Jedną ręką przytrzymuje mi głowę, drugą plecy i gwałtownie we mnie dochodzi, a całe moje ciało, wszystko w środku drży, niczym we wstrząsach wtórnych. To wyczerpujące, straszne, piekielne, ale cudowne. Najczystszy, nieokiełznany hedonizm.

Christian zdejmuje mi opaskę i całuje mnie. Całuje oczy, nos, policzki, każdą łzę po kolei, trzymając moją twarz w obu dłoniach.

- Kocham panią, pani Grey - szepcze. - Chociaż doprowadzasz mnie do pasji, przy tobie czuję, że naprawdę żyję.

Nie mam siły otworzyć oczu ani ust, by coś odpowiedzieć. Bardzo łagodnie kładzie mnie na łóżku i wysuwa się ze mnie.

Usiłuję zaprotestować, ale z moich ust nie dobywa się żadne słowo.

Christian schodzi z łóżka i rozpina kajdanki. Delikatnie rozmasowuje mi przeguby i kostki, i kładzie się obok. Prostuję nogi. O rany, co za wspaniałe uczucie. Czuję się niesamowicie. To był bez wątpienia najbardziej intensywny orgazm, jaki kiedykolwiek przeżyłam. Hmm... Ruchanko za karę w wydaniu Christiana Greya Pięćdziesiąt Twarzy.

Muszę być częściej niegrzeczna.

BUDZI MNIE PEŁNY PĘCHERZ. Kiedy otwieram oczy, jestem kompletnie zdezorientowana. Na zewnątrz zrobiło się ciemno. Gdzie ja jestem? W Londynie? Paryżu? Och - na jachcie. Czuję, jak się łagodnie kołysze, i słyszę cichy szum silników. Płyniemy. Bardzo dziwne. Christian siedzi obok mnie i pracuje na laptopie, w białej lnianej koszuli, luźnych spodniach, i boso. Włosy ma jeszcze mokre i czuję zapach świeżo wykąpanego ciała, i zapach Christiana... Hmm.

- Cześć - mówi cicho i patrzy na mnie ciepło.

- Cześć. - Uśmiecham się, nagle zawstydzona. - Jak długo spałam?

- Z jakąś godzinkę.

- Płyniemy?

- Pomyślałem, że skoro wczoraj byliśmy w kasynie i na balecie, dzisiaj możemy zjeść kolację na pokładzie. Taki spokojny wieczór a deux.

- A dokąd płyniemy? - pytam z uśmiechem.

- Do Cannes.

- Okej.

Przeciągam się, wciąż jeszcze sztywna i obolała. Żadne ćwiczenia z Claudem nie przygotowały mnie na dzisiejsze popołudnie.

Podnoszę się delikatnie, bo muszę iść do łazienki. Pospiesznie zakładam jedwabny szlafrok. Skąd ta nieśmiałość? Czuję, że Christian na mnie patrzy. Kiedy na niego spoglądam, spuszcza wzrok na laptop, ale widzę, że marszczy czoło.

W zamyśleniu myję ręce w umywalce, wspominając wczorajsze wyjście do kasyna, kiedy nagle dostrzegam swoje odbicie w lustrze. Gapię się na siebie w kompletnym szoku.

Jasna cholera! Co on mi zrobił?

ROZDZIAŁ TRZECI

Z przerażeniem wpatruję się w czerwone ślady na moich piersiach. Malinki! Mam malinki! Wyszłam za jednego z najbardziej szanowanych biznesmenów w Stanach Zjednoczonych, a on zrobił mi cholerne malinki. Jakim cudem nie czułam, kiedy je robił? Na policzkach pojawiają mi się rumieńce. Prawda jest taka, że dokładnie wiem, jakim - Pan Ekstatyczny zastosował wobec mnie swoje wybitne umiejętności seksualne.

Moja podświadomość popatruje na mnie znad swoich okularków w kształcie półksiężyców i cmoka z dezaprobatą, a moja druga ja osuwa się bez przytomności na swój szezlong. Gapię się na swoje odbicie. Na nadgarstkach mam czerwone szramy, które na pewno zamienią się w siniaki. Patrzę na kostki u nóg - takie same krwistoczerwone pręgi. Jasna cholera, wyglądam, jakbym miała jakiś wypadek. Usiłuję ocenić swój wygląd. Moje ciało wygląda inaczej, odkąd go poznałam, zaszły w nim subtelne zmiany: jestem szczuplejsza i poprawiła się moja forma fizyczna, a włosy mam lśniące i doskonale obcięte. Ręce i stopy mam wypielęgnowane, brwi wyskubane i w pięknym kształcie. Po raz pierwszy w życiu jestem naprawdę zadbana - z wyjątkiem tych straszliwych malinek.

W tej chwili nie chce mi się myśleć o zadbaniu. Jestem na to zbyt wściekła. Jak on śmiał w ten sposób mnie naznaczyć - jakby był jakimś nastolatkiem. Nie jesteśmy razem zbyt długo, ale nigdy wcześniej nie zrobił mi ani jednej malinki. Wyglądam koszmarnie. Wiem, dlaczego tak się zachował. Przeklęty maniak kontroli. No dobra! Moja podświadomość krzyżuje ramiona pod drobnymi piersiami - tym razem posunął się za daleko. Wychodzę z łazienki i przemykam do garderoby, pilnując się, by nawet przelotnie na niego nie spojrzeć. Zdejmuję szlafrok i zakładam spodnie od dresu i koszulkę na ramiączkach. Rozplatam warkocz i szczotką rozczesuję poplątane włosy.

- Anastasio! - woła Christian i słyszę w jego głosie niepokój. - Wszystko w porządku?

Ignoruję go. W porządku? Nie, nic nie jest w porządku. Po tym, co mi zrobił, wątpię, żebym do końca naszej podróży poślubnej odważyła się założyć kostium kąpielowy, o tych kretyńsko drogich bikini nawet nie wspominając. Kiedy o tym myślę, moja furia narasta. Jak on śmiał? Ja mu dam w porządku. Dosłownie się gotuję. Też mogę się zachowywać jak gówniara! Wracam do sypialni i ciskam w niego szczotką do włosów, po czym odwracam się i wychodzę - ale udaje mi się jeszcze zauważyć jego wstrząśniętą minę i błyskawiczną reakcję, gdy uniesioną ręką chroni głowę przed nadlatującą szczotką, która odbija się od jego przedramienia i spada na łóżko.

Wybiegam z naszej kabiny, i po schodach pędzę na pokład, na dziób jachtu. Potrzebuję przestrzeni, żeby się uspokoić. Panują ciemności, a powietrze jest balsamiczne. Ciepły wiaterek niesie zapach Morza Śródziemnego i kwitnących na brzegu jaśminów i bugenwilli. "Fair Lady" sunie lekko po kobaltowej wodzie, a ja oparta o drewniany reling wpatruję się w odległy brzeg, na którym migoczą światła. Biorę głęboki, uzdrawiający oddech i powoli zaczynam się uspokajać. Wyczuwam, że stoi za mną, jeszcze zanim się odzywa.

- Jesteś na mnie wściekła - mówi szeptem.

- Bez jaj, Sherlocku!

- Jak bardzo?

- W skali od jednego do dziesięciu myślę, że jakieś pięćdziesiąt. Bardzo adekwatnie, nie sądzisz?

- Aż tak bardzo. - Wydaje się zdziwiony, ale jednocześnie pod wrażeniem.

- Tak. Mam ochotę posunąć się do rękoczynów - cedzę przez zaciśnięte zęby.

Milczy, kiedy odwracam się do niego rozzłoszczona, i przygląda mi się szeroko otwartymi, niespokojnymi oczami. Jego mina, a także to, że nawet nie drgnął, żeby mnie dotknąć, świadczy o zagubieniu.

- Christianie, musisz przestać unilateralnie przywoływać mnie do porządku. Na plaży dałeś mi to do zrozumienia i to bardzo skutecznie, o ile sobie przypominam.

Ledwie dostrzegalnie wzrusza ramionami.

- Cóż, przynajmniej na drugi raz nie zdejmiesz stanika - bąka pokornie.

I niby to ma go usprawiedliwić. Mierzę go wzrokiem.

- Nie podoba mi się, że zostawiasz mi takie ślady. A przynajmniej nie aż tyle. To granica bezwględna!

- A mnie się nie podoba, że się publicznie obnażasz. To moja granica bezwzględna.

- To już chyba ustaliliśmy - syczę przez zaciśnięte zęby. - Popatrz na mnie!

Zsuwam koszulkę, żeby pokazać mu górę moich piersi. Christian ani na chwilę nie odrywa wzroku od mojej twarzy. Ma niepewną i zlęknioną minę. Nie przywykł widzieć mnie tak wściekłej. Naprawdę nie rozumie, co zrobił? Nie widzi, jak idiotycznie się zachowuje? Najchętniej bym się na niego wydarła, ale się powstrzymuję - nie chcę przesadzić. Bóg jeden wie, jak się zachowa. W końcu wzdycha i unosi ręce dłońmi zwróconymi do mnie, w pełnym rezygnacji, ugodowym geście.

- W porządku - mówi uspokajającym tonem. - Zrozumiałem.

Alleluja!

- I dobrze!

Przeczesuje ręką włosy.

- Przepraszam. Proszę, nie złość się na mnie. - Wreszcie wygląda na skruszonego, na dodatek użył słów, które ja zwykle wypowiadam.

- Czasem zachowujesz się jak gówniarz. - Nie daję za wygraną, ale przeszła mi już ochota do kłótni i on o tym wie.

Przybliża się i niepewnie unosi rękę, żeby wsunąć mi za ucho kosmyk włosów.

- Wiem - przyznaje łagodnie. - Muszę się jeszcze wiele nauczyć.

Wracają do mnie słowa doktora Flynna. Pod względem emocjonalnym Christian jest nastolatkiem, Ano. Tego etapu życia nie doświadczył. Całą swoją energię skierował na odniesienie sukcesu w biznesie i to, co osiągnął, przerosło wszelkie oczekiwania. Jeżeli chodzi o emocje, ma jeszcze wiele do nadrobienia.

Serce trochę mi mięknie.

- Oboje musimy.

Wzdycham i kładę mu rękę na sercu. Nie cofa się, jak to zwykle robił, ale czuję, że sztywnieje. Przykrywa moją rękę swoją i uśmiecha się tym swoim nieśmiałym uśmiechem.

- Ja właśnie się nauczyłem, że potrafi pani mocno i celnie rzucać, pani Grey. Nigdy bym tego nie podejrzewał, ale z drugiej strony ciągle cię nie doceniam. A ty mnie zawsze zaskakujesz.

Unoszę jedną brew.

- Ray ćwiczył mnie w rzucaniu do celu. Umiem bardzo celnie rzucać i strzelać, panie Grey, i radzę, żeby sobie pan to dobrze zapamiętał.

- Postaram się, pani Grey, ale też dopilnuję, żeby wszystkie potencjalne pociski były przybite na stałe, a także żeby nie miała pani dostępu do broni palnej. - Uśmiecha się łobuzersko.

Odpowiadam tym samym, po czym mówię, mrużąc oczy.

- Potrafię być bardzo pomysłowa.

- To na pewno - szepcze i obejmuje mnie ramionami. Przyciąga mnie do siebie i zanurza nos w moje włosy. Ja też go obejmuję i mocno tulę. Czuję, że powoli się rozluźnia.

- Zostało mi wybaczone?

- A mnie?

Wyczuwam, że się uśmiecha.

- Tak - mówi szeptem.

- I wzajemnie.

Stoimy przytuleni. Złość już całkiem mi przeszła. Tak pięknie pachnie, dojrzały czy nie. Jak mam mu się oprzeć?

- Głodna? - pyta po chwili.

Tulę głowę do jego piersi, oczy mam zamknięte.

- Tak. Konam z głodu. Wszystkie te... hm... działania pobudziły mój apetyt. Ale nie jestem odpowiednio ubrana.

Obawiam się, że moje dresy i podkoszulek nie spotkałyby się z dobrym przyjęciem w jadalni.

- Dla mnie wyglądasz pięknie, Anastasio. Poza tym przez cały tydzień jacht jest nasz. Możemy się ubierać wedle uznania. Potraktuj to jak swobodny wtorek na Lazurowym Wybrzeżu. Zresztą i tak myślałem, że zjemy na pokładzie.

- O, to mi się podoba.

Całuje mnie. Tym szczerym pocałunkiem wszystko sobie wybaczamy, po czym trzymając się za ręce, idziemy na dziób, gdzie czeka nasze gazpacho.

STEWARD PODAJE NAM cr?me br?lée i dyskretnie się oddala.

- Czemu zawsze zaplatasz mi włosy? - pytam Christiana z czystej ciekawości.

Siedzimy przy stole obok siebie, ja z nogą zahaczoną o jego nogę. Właśnie miał podnieść łyżeczkę do deseru, ale moje pytanie kazało mu się zatrzymać. Marszczy brwi.

- Nie chcę, żeby ci się w coś zaplątały - odpowiada cichym głosem i przez chwilę nad czymś duma. - Myślę, że to z przyzwyczajenia - dodaje zamyślony.

Nagle marszczy czoło, a źrenice mu się rozszerzają z przerażenia.

Co sobie przypomniał? Chyba coś bolesnego, jakieś niemiłe przeżycie z dzieciństwa. Nie chcę, by o tym myślał. Pochylam się i kładę mu palec na ustach.

- Nie, to bez znaczenia. Nie muszę wiedzieć. Byłam tylko ciekawa. - Uśmiecham się do niego ciepło, uspokajająco.

Wygląda tak, jakby mi nie wierzył, ale po chwili wyraźnie się rozluźnia - jego ulga jest oczywista. Pochylam się i całuję go w kącik ust.

- Kocham cię - szepczę, a kiedy uśmiecha się tym swoim rozdzierającym serce nieśmiałym uśmiechem, ogarnia mnie wielka czułość. - Zawsze będę cię kochać, Christianie.

- A ja ciebie - mówi cicho.

- Mimo że jestem taka nieposłuszna? - pytam, unosząc brew.

- Dlatego, że jesteś nieposłuszna, Anastasio. - Uśmiecha się łobuzersko.

Przebijam łyżeczką skarmelizowaną skorupkę w deserze i kręcę głową. Czy kiedykolwiek zrozumiem tego mężczyznę? Mmm... Cr?me br?lée jest naprawdę pyszny.

KIEDY STEWARD ZABIERA nasze talerze, Christian sięga po butelkę i uzupełnia mój kieliszek. Sprawdzam, czy jesteśmy sami.

- Dlaczego mówiłeś, żebym nie szła do łazienki? - pytam.

- Naprawdę chcesz wiedzieć? - Uśmiecha się, a w jego oczach pojawia się lubieżny błysk.

- A chcę? - Zerkam na niego spod rzęs i upijam łyk wina.

- Im pełniejszy pęcherz, tym bardziej intensywny orgazm, Ano.

Czerwienię się.

- Och, rozumiem. - Jasna cholera, to wiele wyjaśnia.

Uśmiecha się, zdecydowanie zbyt wymownie. Czy nigdy nie dorównam panu Sekspertowi?

- Tak. Cóż... - Rozpaczliwie szukam jakiegoś tematu zastępczego.

Christian lituje się nade mną.

- Jak chcesz spędzić resztę wieczoru? - Przechyla głowę na bok i uśmiecha się, unosząc jeden kącik ust.

To zależy od ciebie, Christianie. Może jeszcze raz sprawdzimy twoją teorię?

- Wiem, na co ja mam ochotę - mruczy pod nosem.

Bierze swój kieliszek, wstaje i wyciąga do mnie rękę.

- Chodź.

Idziemy do głównego salonu.

iPod Christiana leży podłączony do głośników na komodzie. Włącza go i wybiera piosenkę.

- Zatańcz ze mną. - Bierze mnie w ramiona.

- Skoro nalegasz.

- Nalegam, pani Grey.

Rozlega się zmysłowa, ckliwa melodia. Latynoskie rytmy? Christian, uśmiechając się do mnie, rusza i podrywa mnie z podłogi, po czym zaczyna wirować po salonie.

Mężczyzna zawodzi słodkim jak karmel głosem. Znam tę piosenkę, tylko nie wiem skąd. Christian przegina mnie mocno do tyłu, a ja wydaję okrzyk zaskoczenia i zaczynam się śmiać. On się uśmiecha uradowany. Po chwili mnie chwyta i okręca pod ramieniem.

- Tak świetnie tańczysz - mówię - że mam wrażenie, że ja też potrafię.

Posyła mi tajemniczy uśmiech, ale milczy, a ja się zastanawiam, czy to dlatego, że myśli o niej, o pani Robinson, kobiecie, która nauczyła go tańczyć... i się pieprzyć. Od jakiegoś czasu ani razu o niej nie pomyślałam. Christian również nie wspomniał o niej od czasu swoich urodzin i z tego, co wiem, nie prowadzą już wspólnych interesów. Jednak bardzo niechętnie muszę przyznać, że niezła z niej była nauczycielka.

Znowu mnie przechyla i całuje w usta.

- Brakowałoby mi twojej miłości - mruczę w ślad za słowami piosenki.

- Mnie twojej jeszcze bardziej - mówi i znowu mnie okręca. Zaczyna śpiewać mi cicho do ucha, a ja niemal mdleję.

Piosenka się kończy i Christian patrzy na mnie ciemnymi, błyszczącymi oczami, już bez poprzedniej wesołości, a mnie nagle zaczyna brakować oddechu.

- Chodź ze mną do łóżka - mówi szeptem.

Ta płynąca z głębi serca prośba przemawia do najskrytszych zakamarków mojej duszy.

Christianie, zostałam bez reszty twoja, kiedy dwa tygodnie temu powiedziałam "tak". Ale wiem, że w ten sposób mnie przeprasza i chce się przekonać, że mimo naszej kłótni nic się między nami nie zmieniło.

KIEDY SIĘ BUDZĘ, słońce wpada przez bulaje, a odbite od wody świetlne refleksy kładą się na suficie kabiny. Nigdzie nie widzę Christiana. Przeciągam się i uśmiecham. Hmm... nie mam nic przeciwko ruchanku za karę, po którym następuje miłosne pogodzenie. Mogłabym to robić każdego dnia. Zupełnie jakbym chodziła do łóżka z dwoma różnymi mężczyznami - rozgniewanym Christianem i Christianem wynagrodzę-ci-to-w-każdy-znany-mi-sposób. Trudno mi się zdecydować, którego wolę.

Wstaję i idę do łazienki. Kiedy otwieram prowadzące do niej drzwi, widzę golącego się przed lustrem Christiana, który ma na sobie tylko ręcznik owinięty w pasie. Odwraca się i promiennie uśmiecha, zupełnie niezrażony, że mu przeszkadzam. Zdążyłam się już przekonać, że Christian nigdy się nie zamyka na klucz w łazience, jeśli jest w niej sam - zapewne z jakiegoś uzasadnionego powodu, ale wolę o tym nie myśleć.

- Dzień dobry, pani Grey - mówi, emanując doskonałym humorem.

- Panu również dzień dobry. - Z uśmiechem przyglądam się, jak się goli.

Zadziera do góry brodę i prowadzi golarkę długimi, nieśpiesznymi pociągnięciami, a ja podświadomie naśladuję wszystko, co robi. Tak samo jak on naciągam górną wargę, kiedy goli się pod nosem. Obraca się i uśmiecha do mnie łobuzersko, z połową twarzy wciąż pokrytą pianką do golenia.

- Mam ci to zrobić jeszcze raz? - pyta złośliwie i unosi golarkę.

Ściągam wargi.

- Nie, dziękuję - odpowiadam z udawanym gniewem. - Następnym razem użyję wosku.

Przypominam sobie, jak w Londynie z radością odkrył, że w czasie, kiedy był na jakimś spotkaniu, ogoliłam sobie włosy łonowe, ze zwyczajnej ciekawości. Oczywiście nie udało mi się sprostać wysokim standardom pana Doskonałego...

|||||||||||||||||

- Co ty, do diabła, zrobiłaś?! - wykrzykuje Christian. Nie udaje mu się ukryć rozbawienia wymieszanego z przerażeniem. Siada na łóżku w naszym apartamencie w hotelu Brown nieopodal Piccadilly i zapala nocną lampkę. Patrzy na mnie z szeroko otwartymi ze zdziwienia ustami. Była już chyba północ. Moje policzki przybierają kolor pościeli w pokoju zabaw, kiedy niezdarnie próbuję obciągnąć satynową koszulkę nocną, żeby niczego nie zobaczył. Powstrzymuje mnie, chwytając za rękę.

- Ano!

- Ja... ee... ogoliłam się.

- To widzę. Ale dlaczego? - Gdyby nie miał uszu, uśmiechałby się naokoło głowy.

Zasłaniam twarz rękami. Czemu tak się wstydzę?

- Hej - mówi cicho i odrywa moje ręce. - Nie chowaj się. - Zagryza wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem. - Powiedz mi, dlaczego to zrobiłaś.

Oczy migoczą mu wesoło. Co go tak bawi?

- Przestań się ze mnie śmiać.

- Wcale się nie śmieję. Przepraszam. Jestem... zachwycony - mówi.

- Och.

- No, powiedz. Dlaczego?

Biorę głęboki wdech.

- Rano, kiedy poszedłeś na spotkanie, brałam prysznic i zaczęłam sobie przypominać twoje zasady.

Mruga. Znikła cała wesołość i teraz patrzy na mnie z rezerwą.

- I to, jak odhaczałam jedną po drugiej, co sobie myślałam. I przypomniał mi się salon piękności, i pomyślałam, że tego byś chciał. Ale nie miałam odwagi zrobić tego woskiem - mówię coraz ciszej, aż mój głos przechodzi w szept.

Patrzy na mnie i oczy mu płoną - lecz tym razem z miłości, a nie dlatego, że rozbawiła go moja głupota.

- Och, Ano - szepcze. Pochyla się i całuje mnie czule. - Jesteś urzekająca - szepcze mi w usta i znowu mnie całuje, przytrzymując rękami moją głowę.