ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Bo chwila nie trwa chwilę
Z Barbarą Gruszką-Zych rozmawia Wojciech Kaliszewski
Uprawiasz bardzo różne gatunki: piszesz wiersze, prozę, zajmujesz się krytyką literacką, ale jesteś także autorką reportaży, wywiadów i artykułów publicystycznych. Ta różnorodność wymaga odmiennych "stanów skupienia", różnych języków i uruchamiania wyobraźni w coraz to innych przestrzeniach. Pisząc poznajesz świat, spotykasz ludzi, otwierasz się na przeżycia innych. Twoja wrażliwość jest nieustannie poruszana. Jak sama patrzysz na swoje pisanie? Jak sobie radzisz z tak licznymi pisarskimi wyzwaniami?
Piszę o tym, co mi się w życiu zdarza. Powtarzam za moim przyjacielem i w pewnym sensie mentorem - Wojciechem Kilarem, że to, co nas spotyka, jest nam z góry dane. Nie chcę używać wielkich słów, ale mam głębokie przeświadczenie o celowości zdarzeń życia każdego z nas. Nie ma przypadków. Nieustannie spotykam ludzi i zadaję sobie pytanie: jak ich zatrzymać w moim pisaniu, próbując ocalić przed przemijaniem? Może to jest jakaś przypadłość, ale stale odczuwam potrzebę opisywania poznawanych ludzi i związanych z nimi wydarzeń w artykułach i książkach niebędących dokumentem sensu stricto. Od ponad trzydziestu lat jestem dziennikarką tygodnika "Gość Niedzielny" i w ciągu tylu lat pracy spotkałam bardzo wielu niezwykłych ludzi. Niektórych z nich, jak Czesława Miłosza, Wojciecha Kilara, Krzysztofa i Elżbietę Zanussich, utrwaliłam w osobnych książkach. Całą plejadę "moich ważnych" przedstawiłam w najnowszej książce pod takim właśnie tytułem. Nauczyłam się, że opisywanie innych wymaga nie tylko otwarcia wobec nich, w pewnym sensie ofiarowania im nie tylko swojej wzmożonej uwagi, ale i siebie, a przede wszystkim pokory. Bez tego nie da się w żaden sposób zbliżyć do prawdy o nich. Na co dzień lubię się nazywać "służącą w pisaniu", bo tylko służenie słowem innym ma sens.
Powiadasz, że piszesz już ponad trzy dekady...
A nawet dłużej. Pierwsze reportaże drukowałam jako dwunastolatka na łamach tygodnika harcerskiego "Świat Młodych". Z wierszami debiutowałam pięć lat później w Klubie Młodych Autorów w tygodniku "Na przełaj".
To było pismo młodzieżowe, harcerskie, o rodowodzie jeszcze przedwojennym...
Adresowane do młodych i trochę tworzone przez nich. Oczywiście w tamtych czasach ukazywało się w ramach mocno ograniczonej swobody. To wtedy jednym biegunem mojego życia stało się bardzo intensywne pisanie - najpierw dziennikarskie, potem poetyckie, na drugim biegunie znalazła się moja codzienność, prywatność, stale przedzierająca się do twórczości, jakby upominająca się o zaistnienie w niej. Który z tych biegunów jest ważniejszy? Wspomniany już Wojciech Kilar powtarzał, że przede wszystkim liczy się życie realne. To, czy się kogoś kochało i przez niego cierpiało, bo to nieodłączne, jest ważniejsze niż samotne komponowanie w pustym pokoju. Czy, jak obserwuję, nawet intensywna praca dziennikarska wśród ludzi. Też skłaniam się ku temu przekonaniu, choć różnie mi to wychodzi. Czasem myślę, że uczestniczymy w jakiejś miejscami niebezpiecznej grze. Ludzie uprawiający sztukę - bo ważne, by pamiętać, że kultura to właśnie uprawa - przebywają w dwóch równoległych światach: nierzeczywistym i realnym. Można mówić o ich podwójnym życiu, tak jakby sztuka była ich kochanką, z którą zdradzają realny świat. Te dwie sfery nieustannie toczą ze sobą spór. W spotęgowany sposób zdajesz sobie z tego sprawę, kiedy zabierasz się na poważnie za pisanie, komponowanie czy malowanie.
Ale w tym pisaniu, utrwalaniu, w tym wszystkim, co się zdarza - jak mówisz - nieprzypadkowo, szczególne miejsce zajmuje poezja, wyjątkowe uporządkowanie języka, zupełnie inne niż w prozie. Wydałaś ponad dwadzieścia tomików wierszy, więc muszę zapytać, czy poezja jest dla ciebie takim niezwykłym rodzajem sztuki? Czy dotyka jakiejś sfery niezwykłej, niecodziennej?
Oczywiście. Pisanie wierszy mogę spokojnie nazwać czynnością podstawową, bez której trudno byłoby mi żyć. Już w młodości uświadomiłam sobie, że mogę napisać reportaż, opowiadanie, ale te dłuższe formy da się zastąpić wierszem - zwięzłym, zwartym, skondensowanym, posiadającym moc, jeśli jest oczywiście dobry.
Poezja pozwala łączyć i zbliżać do siebie światy bardzo odległe. Pozwala na to poetyka. Ale poezja to też praca nad słowami.
To ciężka robota polegająca na nieustannym wyborze i intensywnym wsłuchiwaniu się w siebie w godzinach, kiedy porzucam życie praktyczne, zaczynając kontemplować w moim własnym wewnętrznym klasztorze. Dlaczego wiersze są dla mnie tak ważne? Wydaje mi się, że wierszem najłatwiej trafić w samo sedno. W reportażu jest inaczej - czasami trzeba rozmawiać pięć godzin, żeby uchwycić dwadzieścia sekund czyjejś prawdy. Ale cały tekst musi podprowadzić do tego jednego błysku, który, na przykład w krótkim haiku, objawia całą prawdę zaledwie za pomocą siedemnastu zgłosek. O pisaniu wierszy rozmawiałam przed laty z Agnieszką Osiecką. Sam akt twórczy, moment, kiedy powstaje utwór, nazwała wtedy strzałem z pistoletu w tył głowy. Jeden z mistrzów polskiego haiku, ks. Janusz St. Pasierb, podczas wywiadu, który przeprowadzałam z nim o jego wierszach, porównał ich pisanie do wybuchu zgęszczonych emocji, które w sobie gromadzimy. "Imperatyw kategoryczny" napisania wiersza najczęściej odczuwam podczas moich częstych podróży. Zdarza się to, kiedy zmieniam otoczenie i oglądanie świata od nowa narzuca się jakby samo. Na marginesie muszę dodać, jaki fenomenalny akt dokonuje się w relacji autora z czytelnikiem. Jak te urodzone przecież z egocentryzmu wiersze pozwalają się spotkać. Nie tylko nam samym z tym, co jest w nas, ale i w innych ludziach, którzy po nie sięgnęli.
Mówisz "w nas", czyli poezja to przede wszystkim nakierowanie uwagi na siebie i swoje doświadczenia.
Tak, ale też, jak się okazuje, to rozmowa. Cała wielka poezja zawieszona jest między dwoma najważniejszymi tematami, wobec których nikt nie pozostaje obojętny - śmiercią i miłością. Wiersze może nie zmieniają świata, ale zmieniają czyjeś konkretne oczy. Ważny jest ten ktoś jeden, kto spojrzy w oczy twoich wierszy. Piszę dla ciebie to tytuł wyboru moich wierszy po rosyjsku w tłumaczeniu Nikity Kuznetsova. Miał się ukazać przed inwazją Rosji na Ukrainę, ale z powodu niespodziewanych zajść wyszedł dopiero niedawno w wydawnictwie "Baltrus", którego redaktor naczelny przeniósł się z Moskwy do Wilna.
O LITERATURZE
Nowy Indeks Ksiąg Zakazanych
Jadwiga Clea Moreno-Szypowska
Michel Onfray
Autodafe
Sztuka unicestwiania książek
przeł. z fr. Justyna Nowakowska
Warszawa : Państ. Instytut Wydawniczy, 2023
167 s. ; 18 cm
Portugalskie pojęcie autodafe składa się z trzech elementów, dobrze widocznych w hiszpańskim zwrocie będącym jego odpowiednikiem: auto de fe. Pierwszy człon - auto - pochodzi od greckiego autos i oznacza "samodzielnie". Da - to przyimek przynależności bądź posiadania, zaś fe ma swe korzenie w łacińskim fides - "wierność". Stąd autodafe rozumieć należy jako samodzielne wyznanie wiary.
W kontekście historycznym termin ten określa akt, kiedy obwiniony o odstępstwo od wiary katolickiej publicznie wyznaje jej wierność i potępia, jako błędne, swoje poprzednie poglądy. Użycie słowa "auto" jest nadużyciem, gdyż oskarżonych zmuszano do zaprzeczenia własnym przekonaniom, by utwierdzić słuchaczy w prawdziwości głoszonych przez Kościół prawd, podobnie jak działo się to w czasach stalinowskich z podobnie zwaną samokrytyką. Autodafe przybierało różne postacie, nie ograniczając się jedynie do ustnej deklaracji oskarżonego. Publiczne upokorzenie było niemal zawsze wymagane. Myli się, kto sądzi, że tego rodzaju praktyki zakończyły się wraz z inkwizycją.
Utopijna wizja demokratycznej wolności słowa zostaje zdemaskowana przez francuskiego filozofa Michela Onfraya w książce Autodafe. Sztuka unicestwiania książek. Inne znane polskim czytelnikom pozycje tego autora to: Traktat ateologiczny, Antypodręcznik filozofii, Zmierzch bożyszcza, Manifest hedonisty czy Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa. Onfray zasłynął oryginalnym podejściem do filozofii. Choć sam uznaje się za ucznia barokowych libertynów i spadkobiercę Camusa, to przydaje sobie też miano libertyńskiego anarchisty, który bada powszechną kulturę z nowej i niespotykanej perspektywy. Ustawicznie zaskakuje czytelnika i pobudza go do refleksji. Jest to metoda, którą wyniósł z wielu lat nauczania w szkole średniej. Onfray nie ulega modom. Odważa się burzyć współczesny dyskurs akademicki oraz polityczny.
W recenzowanej książce francuski myśliciel zapoznaje nas ze współczesną wersją autodafe, która polega nie tyle na bezpośrednim wymuszeniu na skazańcu aktu wiary, co na wpisaniu "niebezpiecznych" dzieł do swego rodzaju nowego Indeksu Ksiąg Zakazanych. Fakt ten sprawia, że dany autor wchodzi do grona osób niepożądanych, których nie należy czytać, i zostaje skazany na intelektualną banicję. Ci, którzy tego ostracyzmu dokonują, to "wybitni" przedstawiciele świata akademickiego bądź wpływowi krytycy piszący we francuskich dziennikach. Miejsce dawnej inkwizycji zostało przejęte przez prasę. Normandzki filozof, rodem ze szkoły Deleuze'a i Foucaulta, skupia się na świecie francuskich intelektualistów, których korzenie sięgają maja 1968 roku. Pokolenie to - wyrosłe z freudyzmu w interpretacji Lacana i mające za swojego guru Sartre'a wraz z jego komunistycznymi poglądami politycznymi - zdominowało francuską humanistykę, tworząc tzw. lewicową kulturę, która agresywnie narzuca swój obraz rzeczywistości, mocno zaczerwieniony propagowaną ideologią. I choć na lewo i prawo głosi ono wielokulturowość oraz pluralizm, to jego świat jest stricte dualistyczny. Lewicowy dogmatyzm nowej kultury nie przyjmuje do wiadomości żadnych odmiennych opinii. Wszelkie, nawet najbardziej naukowe argumentacje, stojące w opozycji do hołubionych przez nią idei, są z góry wypierane i skazywane na bezlitosną krytykę bądź, w najlepszym przypadku, milczenie, które stało się we współczesnym świecie łagodną formą nieistnienia. W kręgach wpływowych intelektualistów rządzi cenzura i żaden dialog nie jest możliwy. Jak bowiem można debatować z czymś, co nie istnieje? Ten, kto myśli inaczej, zostaje ad hominem, czyli w sposób osobisty, osądzony i uznany za faszystę. Bezpodstawna krytyka dotyczy najczęściej treści, których w ogóle nie ma w zakazywanych książkach i są, mówiąc kolokwialnie, wyssane z palca, specjalnie spreparowane, by ubliżyć autorowi i zniweczyć jego dzieło.
Onfray w dużej mierze identyfikuje się i solidaryzuje z ofiarami współczesnej inkwizycji intelektualnej, gdyż sam nieraz bywał przez nią wykluczany. Żarliwie broni skazanych na intelektualną gilotynę. Przeciwstawia się mitom francuskiej lewicy i nie szczędzi ostrych słów krytyki tzw. nowomowie bazującej na "politycznej poprawności". Współcześni lewicowi intelektualiści wiodący prym we Francji nie interesują się tym, co dany humanista myśli, lecz wykorzystują jego twierdzenia, chcąc pouczyć, jak powinno się myśleć wedle ich ideologicznej prawdy. Prowadzi to do całkowitego odrzucenia rozumu na rzecz politycznej strategii manipulacji.
Michel Onfray, na przykładzie wybranych dzieł o tematyce różnorodnej, lecz bliskiej aktualności, pokazuje mechanizm tej intelektualnej izolacji. Jego książka podzielona jest na pięć rozdziałów, z których każdy składa się z dwóch części: w pierwszej klarownie przedstawia wyniki wieloletnich studiów humanistów, które zaowocowały niezbędnymi dla zrozumienia historii Zachodu pozycjami, następnie przechodzi do rozprawienia się z ich krytycznym odbiorem. Te podrozdziały noszą znaczący tytuł "...na pohybel z nim", jako wołanie rozwścieczonego ludu, skazującego daną pozycję na stos. Lud ten jest podżegany przez negatywną prasę, która jednoznacznie zwie dane dzieła - wszystkie one rzetelnie i naukowo udokumentowane - pamfletami, tym sposobem dyskredytując je oraz pozbawiając prawdziwości. Książkami, które uległy owemu intelektualnemu wykluczeniu, są m.in.: Les Habits neufs du président Mao sinologa Simona Leysa, Archipelag GUŁag Sołżenicyna, Voyage au centre du malaise français socjologa Paula Yonneta (ten ostatni dowodzi, że antyrasizm "reaktywuje rasizm poprzez gloryfikowanie preferencji etnicznych, dyskryminacji rasowej, esencjalizacji ras - biali zawsze po stronie zbrodni, co więcej, zbrodni nad zbrodniami, całego ustroju narodowosocjalistycznego sprowadzonego do słowa "Holokaust", nie-biali zawsze po stronie ofiar"), Zderzenie cywilizacji politologa Samuela Huntingtona. Onfray omawia także dzieło zbiorowe Le Livre noir de la psychanalyse, gdzie zostają ujawnione rozmaite kłamstwa psychoanalizy. Ostatnią omawianą pozycją jest Aristote au Mont Saint-Michel mediewisty Sylvaina Gouguenheima.
Powyższe dzieła zostały w sposób drastyczny naznaczone swoistym sambenito poprzez negatywne recenzje "wielkich" intelektualistów współczesnej Francji, którzy w imię "równości, wolności i braterstwa", chcąc uchronić lewicową "prawdę", wycofali je z obiegu, skazując na wieczne zapomnienie. Onfray, wskrzeszając je, godzi w perfidię elit, które głosząc "święte słowa rewolucji", dokonują unicestwienia treści wartościowych prac naukowych, rzetelnie opisujących historię ludzkości.
Recenzowana pozycja to ważny głos w polemice dotyczącej przyszłości cywilizacji Zachodu, która obecnie - w dużej mierze również za sprawą owej "lewicowej kultury" - stoi pod znakiem zapytania, gdyż: "Wcześniej czy później każda nowa cywilizacja w rozkwicie zostaje nazwana barbarzyńską". Mając te końcowe słowa francuskiego filozofa na względzie, warto sięgnąć po tę pozycję, by z pomocą rozważań w niej zawartych mocno się zastanowić nad statusem bycia Europejczykiem oraz czekającą nas przyszłością.
W stronę Ziemi Świętej
Wojciech Kaliszewski
Katarzyna Ossowska-Kulińska
Przestrzeń Ziemi Świętej w szesnastowiecznych deskrypcjach
polskich pielgrzymów
Łódź : Wydaw. Uniwersytetu Łódzkiego, 2022
221 s. ; 24 cm
(Analecta Literackie i Językowe ; t. 19)
Ziemia Święta nigdy nie przestała być Ziemią Obiecaną, miejscem wskazanym Mojżeszowi przez Boga, miejscem, w którym spełniały się biblijne proroctwa i gdzie Bóg Wcielony wkroczył w historię ludzkości. Nic zatem dziwnego, że Ziemia Święta była i jest nadal źródłem głębokich przeżyć, wzruszeń, nawróceń i obietnic, ale także badawczej dociekliwości i zwyczajnej ciekawości.
O Ziemię Świętą walczono, w jej obronie organizowano wielkie krucjaty, ale także podróżowano i pielgrzymowano do niej z pobudek głęboko religijnych, osobistych i duchowych. I to one dały początek wyjątkowemu rodzajowi piśmiennictwa, jakim są opisy podróży do Ziemi Świętej. Mamy ich sporo, także w literaturze polskiej. Są świadectwem miejsc, czasów, ludzi, zdarzeń i przeżyć. Świadectwa te z kolei stają się źródłem badań historycznych, filologicznych, kulturowych analiz, przedstawień, edycji i teologicznych refleksji.
Do opisów dawnych peregrynacji stosuje się dzisiaj różne metodologie i przykłada różne miary, odkrywając dzięki temu nowe znaczenia obecne w starych tekstach. Taką próbę odczytania opisów Ziemi Świętej podjęła ostatnio Katarzyna Ossowska-Kulińska w książce Przestrzeń Ziemi Świętej w szesnastowiecznych deskrypcjach polskich pielgrzymów. Autorka wybrała jeden z aspektów obecnych w opisach i relacjach pielgrzymów - przestrzeń. A więc ten wymiar, który obok czasu ściśle określa nasz kontakt z rzeczywistością. Przestrzeń jest bowiem swoistym reflektorem, lustrem, w którym widzimy siebie i świat. A w opisach szesnastowiecznych wypraw do Ziemi Świętej przestrzeń odgrywała znacznie ważniejszą rolę niż dzisiaj. Była dla pielgrzymów czymś naprawdę zdobytym i przemierzonym, przemawiała do nich i poszerzała tym samym ich przestrzeń wewnętrzną.
Autorka zajęła się czterema polskimi relacjami, wśród których znalazła się ta najbardziej znana, przedstawiająca podróż do Ziemi Świętej Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła "Sierotki". Te cztery opisy stanowią materiał wyjściowy, pozwalający autorce przybliżyć rozumienie roli przestrzeni w wyobraźni szesnastowiecznych podróżników i pielgrzymów.
Ziemia Święta to obszar wyjątkowy zarówno pod względem topograficznym, jak i historyczno-kulturowym. W konkretnych opisach pielgrzymek ten niezwykły charakter miejsc składających się na przestrzenną całość zawsze dawał o sobie znać, stając się przedmiotem opisów i refleksji. We wspomnianych relacjach "odkrywanie" wyjątkowej przestrzeni poprzez miejsca o symbolicznych konotacjach stanowi bardzo czytelny wątek.
Katarzyna Ossowska-Kulińska przedstawiła wspomniane opisy polskich peregrynacji w szerokim i wielowymiarowym kontekście wiedzy na temat Ziemi Świętej. Rozdział wstępny poświęciła na przywołanie historii opisów, sięgając do przykładów literackich. Jednocześnie rozwinęła kwestię tak zwanej geopoetyki, czyli szczególnego sposobu odkrywania istoty przestrzeni i jej oddziaływania na sferę przeżyć osobowych. Krążenie - "cyrkulacja" - opisów w przestrzeni ówczesnego życia literackiego stanowiło jedną z przyczyn podejmowania kolejnych podróży. Przywołane na początku pracy stanowiska metodologiczne - klasyczny "stan badań" - wypracowane przez współczesnych badaczy przestrzeni stanowią ramy analizy dla tekstów staropolskich opisów pielgrzymek.
Opisy Ziemi Świętej przedstawiano zazwyczaj według pewnych uniwersalnych zasad. Znajomość tradycji literackiego ukazywania tych niezwykłych miejsc łączyła się ze znajomością kanonu językowego, właściwego dla dokonania opisu. Książka przybliża ten niezwykle ciekawy wymiar dzieł tworzących w dawnej literaturze europejskiej odrębny i znaczący nurt. Co także ważne - trzeba pamiętać, że opisy Ziemi Świętej ściśle łączyły się z lekturą Pisma Świętego i były konkretnym uzupełnieniem pogłębienia wiary. To wszystko stanowiło cenne źródło wyobraźni i zachęcało do naśladowania dawnych pielgrzymów. Autorka szczegółowo przedstawia różne wzorce opisu pielgrzymek. Dzięki temu dowiadujemy się, że już bardzo wcześnie pojawiły się opisy, które przede wszystkim prezentowały kartografię. Inne z kolei stanowiły wzorzec retoryczny, jeszcze inne chorograficzny, czyli w pełni geograficzny, a jeszcze inne były rodzajami "średniowiecznych bedekerów". Tak szeroko potraktowany i metodologicznie rozwinięty wstęp do książki pozwala autorce zająć się szczegółową analizą polskich szesnastowiecznych opisów pielgrzymek, ale trzeba także podkreślić, że teoretyczne wprowadzenie służy bez wątpienia czytelnikom. Dzięki przedstawionym rozróżnieniom, opisom wzorców i modeli przedstawiania peregrynacji możemy spojrzeć na dawne opisy jako na złożoną i pełną znaczeń konstrukcję wzbogacającą z kolei wielkie dzieło dawnej kultury.
Autorka skoncentrowała się na wspomnianych wyżej czterech polskich opisach peregrynacji do Ziemi Świętej. Pierwsza relacja wyszła spod pióra bernardyna Anzelma Polaka, który "jako pierwszy z Polaków sporządził obszerny opis Ziemi Świętej zatytułowany Terrae Sanctae et urbis Hierusalem descriptio. Opis ukazał się drukiem w 1512 roku. Z analizy wynika, że Anzelm sporządził pierwszy przewodnik po Ziemi Świętej, zawierający praktyczne wskazówki dla pielgrzymów. Czytelnik mógł na podstawie lektury wyobrazić sobie miejsca odległe i niezwykłe, mógł odnieść ich obraz do znanych sobie, rodzimych przestrzeni. Kolejnym tekstem, który autorka poddała analizie, jest opis pozostawiony przez Jana Tarnowskiego. Szczegółowe wspomnienia z podróży układają się tutaj w porządek diariusza. Autorem trzeciego przedstawienia jest Jan Goryński. Tak jak poprzednie opisy, ten również został przedstawiony w sposób dokładny i precyzyjny. Co ciekawe - niewykluczone, że autor tego opisu był luteraninem. To otwiera drogę do badań nad różnymi ujęciami wyznaniowymi pielgrzymek. Czwarty opis - niewątpliwie najlepiej znany i najdokładniej zbadany przez historyków - to słynna Peregrynacja do Ziemi Świętej księcia Radziwiłła "Sierotki". Analiza tego opisu pozwala na szersze i głębsze spojrzenie obejmujące kulturę literacką tamtego czasu. Podróż rozpoczęta przez Radziwiłła w 1583 roku była wielką eskapadą, mającą swój wymiar religijny, poznawczy, polityczny i historyczny.
Książka Katarzyny Ossowskiej-Kulińskiej stanowi bardzo dokładne i zarazem bardzo wszechstronne przedstawienie polskich peregrynacji szesnastowiecznych do Ziemi Świętej. Zebrany, omówiony i przeanalizowany w książce materiał pozwala nie tylko zrozumieć fenomen ówczesnych wypraw, ale poszerza także wiedzę na temat sposobów opisu i utrwalania przeżyć związanych z pielgrzymkami. Książka ma charakter naukowy, jest monografią, a właściwie zestawieniem monografii poszczególnych opisów, ale śmiało może ją wziąć do ręki każdy, kto pasjonuje się historią, piśmiennictwem i geografią.
SZTUKA
Jeszcze Polska nie umarła...
Anna Woźniakowska
"Mazurek Dąbrowskiego"
Obrazy, słowa, nuty
pod red. Janusza Górskiego
Warszawa : Instytut De Republica, 2022
223 s. : il. kolor. ; 33 cm
Był prawnikiem i działaczem politycznym, posłem na sejm Rzeczypospolitej sprzeciwiającym się bezprawnym działaniom Nikołaja Repnina, ambasadora carycy Katarzyny II. Był konsyliarzem generalnym konfederacji barskiej i jej przedstawicielem przy różnych europejskich dworach. Zabłysnął jako publicysta i działacz społeczny angażujący się w prace mające zreformować państwo.
Zajmował się twórczością literacką, pisał wiersze, dramaty, a nawet opery. Był świetnym gospodarzem, miał talent organizacyjny. W 1807 roku aprowizował Wielką Armię. "Gdyby nie on, nie miałbym co jeść" - powtarzał często Napoleon.
O kim mowa? O Józefie Rufinie Wybickim, jednej z najciekawszych postaci polskiej historii przełomu XVIII i XIX wieku, twórcy Mazurka Dąbrowskiego. W 2022 roku minęło dwieście lat od jego śmierci i dziewięćdziesiąt pięć lat od ustanowienia przez władze II Rzeczypospolitej hymnem Polski Pieśni Legionów Polskich we Włoszech, bo tak brzmiała pierwotna nazwa Mazurka. Rocznice owe zadecydowały o ogłoszeniu przez Sejm Józefa Wybickiego patronem roku 2022, a nakładem Instytutu De Republica ukazało się wydawnictwo zatytułowane Mazurek Dąbrowskiego. Obrazy, słowa, nuty.
Potężny tom formatu A4+ urzeka urodą. Kremowe karty przypominają stare księgi. Wysmakowana, bogata i zróżnicowana ikonografia sprawia nie tylko przyjemność estetyczną, jest także wybornym kontrapunktem do tekstu, podobnie ciekawym i pouczającym. A sam tekst przybliża zapomniane lub nieznane fakty z historii Polski i Europy czasów Stanisława Augusta oraz wojen napoleońskich. Przystępny język historycznych wywodów w niczym niespłycający omawianych wydarzeń sprawia przyjemność podczas lektury. Daje też wiele do myślenia, jak choćby opis emigracyjnych losów Polaków, którzy po upadku powstania kościuszkowskiego działali pod egidą różniących się ideowo, zapalczywie zwalczających się Agencji i Deputacji Polskiej.
Teksty zawarte w omawianym tomie mają różnych autorów (Małgorzata Gańska, Janusz Górski, Piotr Kąkol, Violetta Kostka, Krzysztof Mordyński, Przemysław Rey), stąd zdarzają się pewne powtórzenia, konieczne dla konkretnego wywodu. Mimo tego całość tworzy spójne kompendium wiedzy o powstaniu i losach pieśni, która - niejednokrotnie modyfikowana (w oryginale jej pierwszy wers brzmiał: "Jeszcze Polska nie umarła") - odgrywała i odgrywa ważną rolę w utrzymywaniu ducha narodowego, nie tylko Polaków. Dość wspomnieć rolę Mazurka Dąbrowskiego w budzeniu się świadomości narodowej naszych południowych sąsiadów. Z kolei dla krajów zachodnioeuropejskich pieśń ta w XIX wieku stała się synonimem polskości. Stąd jej obecność w utworach symfonicznych Niemca Richarda Wagnera, Anglika Edwarda Elgara czy pewne motywy w popularnym walcu wydanym w Moguncji w 1832 roku. Jednym z ciekawszych wątków opowieści o Mazurku Dąbrowskiego jest opis dziejów utworu po odzyskaniu niepodległości i omówienie przyczyn, dla których właśnie on, a nie inne, równie popularne i ważne wówczas dla Polaków pieśni, stał się hymnem narodowym.
Co sprawiało, że Pieśń Legionów Polskich łatwo trafiała do uszu i serc Polaków? W rozdziale zatytułowanym Mazurek Dąbrowskiego jako tekst literacki przywołano opinię Stanisława Dobrzyckiego, poznańskiego historyka literatury sprzed blisko stu lat: "Pieśń Legionów nie jest arcydziełem kunsztownej, literackiej poezji. Prosta "szara" piosenka żołnierska. (...) Styl pieśni na wskroś prosty, niemal codzienny. Nazwał Krasiński poezję "matką Piękności i Zbawienia". Otóż - poezja zawarta w wierszu Wybickiego była Zbawieniem. I w tym jej wiekuista wartość i znaczenie, wyższe aniżeli jakakolwiek poezja książkowa. (...) Wiara i uczucie przechodzące w wolę, wola przechodząca w czyn; oto istota tej pieśni; oto źródło jej znaczenia życiowego, dziejowego".
Podobno Pieśń Legionów Polskich zabrzmiała po raz pierwszy 20 lipca 1797 roku w Reggio nell'Emilia w czasie uroczystości ku czci generała Henryka Dąbrowskiego. Zaśpiewał ją sam autor, Józef Wybicki. Czyżby był twórcą i tekstu, i melodii? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć ostatni rozdział publikacji, choć nie jest to odpowiedź prosta. Polscy muzykolodzy głowią się nad nią od dziesiątków lat. Dla zainteresowanych publikacją Instytut De Republica przygotował niespodziankę - płytę kompaktową z nagraniami Mazurka Dąbrowskiego z różnych lat. Najstarsze pochodzi z 1908 roku. To prawdziwy rarytas.
RELIGIA
Modlitwa w filozofii spraw ludzkich
Joanna Winnicka-Gburek
Zofia Rosińska
Po śladach
Doświadczenie modlitewne
w ujęciu filozofii kultury
Warszawa : Oficyna Naukowa, 2023
291 s. ; 21 cm
W ostatnio wydanych książkach Zofii Rosińskiej (Ruch myśli, Nie tylko to co racjonalne), szeroko znanej głównie ze swych wcześniejszych badań nad Freudem i Jungiem, znajdziemy wyraźny ślad poszukiwań religijnych.
Przeczytamy tam o metafizycznym doświadczeniu prawdy, chrześcijańskiej miłości i wyrzeczeniu, o doświadczeniu mistycznym, psychoterapeutycznej roli modlitwy i zmęczeniu profanum. Jakże mogłoby być inaczej u filozof kultury, która definiuje przedmiot swych zainteresowań jako "filozofię nasączoną życiem". Jej najnowsza książka, nosząca tytuł Po śladach. Doświadczenie modlitewne w ujęciu filozofii kultury, poświęcona została w całości doświadczeniu modlitwy, które autorka nazywa metafizycznym odruchem człowieka i doświadczeniem syntetyzującym.
Spróbujmy najpierw, uwzględniając deklaracje autorki, odpowiedzieć na pytanie, czym omawiana książka nie jest. Nie jest rozprawą teologiczną, kulturoznawczą, socjologiczną ani sprawozdaniem z dziejów filozoficznej refleksji nad fenomenem modlitwy. Autorka nie przyjmuje postawy neutralnej, zdystansowanej i obiektywnej, ale też nie zwierza się z własnych doznań modlitewnych.
Książka jest napisana z perspektywy antropologicznej filozofii kultury, a uściślając - filozofii egzystencji. Jest manifestacją przyjęcia postawy zaangażowanej w rozumienie, analizę i interpretację pojęć i ludzkiego doświadczenia. Jednak każda aktywność poznawcza człowieka jest jednocześnie zakorzeniona w jego własnym doświadczeniu. Nie można bowiem rozpoznać i interpretować zjawisk bez dostępu do ich aury, czyli bez "więzi pokrewieństwa z przedmiotem" opisu. Innymi słowy, aby zrozumieć doświadczenie modlitewne drugiego człowieka, potrzebny jest "wspólny grunt doświadczenia".
Problematykę kolejnych rozdziałów wyznaczają rozważania nad głównymi kategoriami pokazującymi tok myślenia autorki. Są to: doświadczenie, ślad, wiara i modlitwa. W aneksie otrzymujemy zapis kilkunastu rozmów o indywidualnym, osobistym doświadczeniu modlitewnym. Stanowią one ślady dochodzenia do modlitwy, ale również odchodzenia od niej.
Ten z nas, kto kiedykolwiek próbował prześledzić literaturę o doświadczeniu w kulturze europejskiej, wie, że jest to jedna z tych kategorii, które wymykają się jednoznacznym określeniom. Uwagi o doświadczeniu zawarte w książce przeprowadzają czytelnika w sposób syntetyzujący, a jednocześnie przystępny przez meandry rozumienia tego słowa, używanego na co dzień i mającego ważne znaczenie filozoficzne. Erudycyjne odwołania do wielu źródeł naukowych, literackich i biblijnych nie zaciemniają wywodu. Czytając, rozpoznajemy nasze własne, wspólne ludzkie doświadczenia, a w filozoficznych pytaniach, które stawia autorka, rozpoznajemy pytania nękające każdego z nas: pytania o strukturę, efekty, ale też o doświadczenie jako "dawanie świadectwa", "poddawanie próbie" i sens doświadczania zła.
"Nie mamy dostępu do doświadczenia - mamy dostęp do śladu i jego warstw. Pisząc o śladach, piszemy o doświadczeniu, ale nie jest ono dostępne bezpośrednio, lecz kulturowo zapośredniczone. Zapośredniczone przez język, malarstwo, muzykę, refleksję filozoficzną, liturgię kościelną (...). Ślad domaga się rozumienia, rozumienie domaga się interpretacji, a interpretacja - refleksji filozoficznej (...), która nada śladowi znaczenie egzystencjalne". Pojęcie "śladu" ma znaczenie zasadnicze, wprowadza nas bowiem w hermeneutyczno-fenomenologiczny świat poszukiwań sensu, w przekonaniu, że on istnieje, ponieważ coś lub ktoś ów ślad pozostawił. Mamy nadzieję, że "idąc po śladach" dotrzemy do sedna. Podążając tą drogą, sami pozostawiamy ślady. Właśnie takim śladem poszukiwań jest również omawiana książka.
Skojarzenie ze słynnym tekstem Ślad śladu Gianniego Vattimo wydaje się w tym miejscu naturalne. Warto wykorzystać tę sytuację, aby pokazać podstawową różnicę w myśleniu obojga filozofów zainteresowanych religią i hermeneutyką. Włoski filozof traktował współczesne zainteresowanie religią jako ponowną aktualizację śladu zatartego w epoce, jak mówi, "końca metafizyki". Nie miejsce tu, aby szczegółowo referować jego koncepcję, ale ważny jest kierunek, który wyznacza. Doświadczenie religijne, w tym doświadczenie modlitewne - które jego zdaniem najtrudniej usensownić filozoficznie - jest powrotem, drogą po zostawionych wcześniej śladach, a ślady te są słabe i niewyraźne, jak rozmyte wspomnienia, nad którymi należy się czule pochylić.
Mam wrażenie, że u autorki omawianej książki jest odwrotnie. Posuwa się ona bowiem do przodu, tropiąc ciągle żywe ślady modlitwy. Jeśli analizuje poetyckie, literackie i artystyczne zapisy konkretnych doświadczeń modlitewnych, robi to po to, żeby pokazać i uzasadnić swą główną tezę, że modlitwa jest metafizycznym i aktualnym odruchem człowieka. Kategoria śladu ma u niej inne znaczenie. Jest to potwierdzenie i przejaw, świadectwo i dowód, a może przede wszystkim - wezwanie. Ślady doświadczenia modlitewnego wyrażone w kulturze mogą stać się wezwaniem dopiero po ich zauważeniu i odczytaniu, jak pisze autorka - po odczuciu podobieństwa, które pozwala na podążanie podobną drogą. Tak zresztą jest z każdą inną odpowiedzią na wartość.
Za najbardziej osobiste uważam fragmenty książki dotyczące wiary, które można by za Peterem Bergerem nazwać pochwałą wątpliwości. To metodyczne wątpienie jest pochwałą wiary rozumnej, postawą kogoś, kto nie ustaje w zadawaniu pytań, kto "chce zrozumieć obecne w kulturze modlitwy i lamenty, muzykę słów skierowanych do Boga, a nie słów o Bogu, pragnie doświadczyć przez rozumienie". Autorka wskazuje drogę do wiary poprzez podejmowanie prób rozumienia symboli w kulturze, będących śladami doświadczeń transcendentnych, "bo każdy symbol jest przejawem więzi człowieka z sacrum".
Książka Zofii Rosińskiej pisana była długo, ale wydana została akurat w trakcie emocjonującej dyskusji o polskiej współczesnej sztuce religijnej. Spory toczą się wokół wydarzeń, takich jak projekt Teologii Politycznej "Namalować katolicyzm od nowa", trwający i obfitujący w wiele wydarzeń artystycznych rok Jerzego Nowosielskiego czy "Synod artystów" obradujący na temat odnowy sztuki sakralnej. Bardzo polecam ją zatem tym krytykom współczesnej sztuki odwołującej się do religii, którzy piętnują "niewystarczająco dojrzałą duchowość" artystów. Nie tak trudno przecież wyobrazić sobie malarza - szczerze wyznającego, że twórczość jest dla niego rodzajem modlitwy - wzywającego słowami autorki: "Zostawiam ślad swojego doświadczenia religijnego, bo ufam, że ktoś je zobaczy i usłyszy, że ktoś je zrozumie i zinterpretuje tak, że będzie mógł go doświadczyć lub je odrzucić. Nie każdy ślad odpowiada moim butom". Natomiast każdy ślad doświadczenia modlitewnego w kulturze domaga się uwagi i zasługuje na szczególną delikatność ocen.
POPULARYZACJA NAUKI I WIEDZY
Skąd się tu wzięliśmy?
Andrzej Jerzmanowski
January Weiner, January Weiner 3
Jak powstało życie na Ziemi
Kraków : Copernicus Center Press, 2023
279 s. ; 22 cm
Gdyby zapytać przypadkowego przechodnia na ulicy, jak powstało życie na Ziemi, reakcją zapewne byłoby wzruszenie ramion i wyraz zdziwienia na twarzy. "A bo ja wiem, jakoś powstało, a czy to ważne, skoro już jest?". Może i niezbyt ważne w konfrontacji z nawałem codziennych problemów, ale jeśli się głębiej zastanowić, jest to pytanie naprawdę skłaniające do refleksji, jedno z tych, którym warto poświęcić uwagę.
Szczególnie gdy ma się pod ręką objaśnienie w postaci wyjątkowo klarownie przedstawionej i z werwą napisanej opowieści, pełnej niespodzianek i zwrotów akcji. Jej autorzy to ojciec i syn, obaj noszą to samo imię. January Weiner senior to znany polski ekolog i biolog ewolucyjny, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. January Weiner junior zajmuje się bioinformatyką, używa narzędzi informatycznych do analizy oraz interpretacji danych biologicznych i medycznych. Zawodowo związany z ośrodkami badawczymi w Niemczech, jest także krytycznym komentatorem i popularyzatorem nauki o szerokich zainteresowaniach obejmujących w szczególności ewolucję. Prowadzi ciekawy i dowcipny blog popularnonaukowy "Biokompost".
Książkę otwiera kluczowe dla całej opowieści pytanie, "co to jest życie", ponieważ - co wydaje się oczywiste - dobrze jest wiedzieć, czym jest to, czego powstanie próbuje się wyjaśnić. Już tu natykamy się na niespodziankę. Okazuje się, że uczeni do dziś nie wypracowali w tej sprawie zgodnego stanowiska. Na początku opowieści znajdziemy próbki rozmaitych definicji: od sformułowania (funkcjonującego obecnie jako żart), że "życie to forma istnienia białka", autorstwa Fryderyka Engelsa, po poważnie brzmiące, choć niełatwe do pojęcia, jak "życie to sieć podrzędnych ujemnych sprzężeń zwrotnych podporządkowanych wyższemu dodatniemu sprzężeniu zwrotnemu". Co ciekawe, nawet we wczesnych próbach interpretacji tego zjawiska można odszukać ślady pierwotnej i podstawowej trudności, która występuje również dzisiaj: kłopot z ustaleniem, gdzie właściwie kończy się to, co życiem jeszcze nie jest, a zaczyna to, co już nim jest. Niezależnie od tego, wielkim umysłom z poprzednich epok (dobitnym przykładem był Darwin) nieobca była myśl, że życie powstało w wyniku naturalnych procesów zachodzących w przyrodzie, a nie jako rezultat jednorazowego aktu stworzenia.
Dalej poznajemy szersze tło opowieści o życiu, czyli historię naszej planety. To ponad cztery i pół miliarda lat, jest więc o czym mówić. W ogólny scenariusz wydarzeń, jakie miały miejsce w tym bezmiarze czasu, autorzy umiejętnie wplatają techniczne informacje dotyczące odkryć i metod datowania, które pozwoliły dość wiarygodnie oszacować czas pojawienia się pierwszych form życia. Następnie objaśniają jedną z podstawowych koncepcji teorii ewolucji - "Drzewo Życia", tę stworzoną przez Darwina, wyjątkowo nośną metaforę odnoszącą się do relacji pomiędzy organizmami, zarówno aktualnie żyjącymi, jak i wymarłymi. Zawiera ona główne przesłanie jego teorii: wszystkie te organizmy są spokrewnione genetycznie, co oznacza, że podobnie jak listki, gałązki i konary drzewa wyrastające z jednego pnia, mają gdzieś w odległej przeszłości wspólnego przodka. Czy istnieje sposób, by ustalić, jaka i kiedy istniejąca forma życia była ostatnim wspólnym przodkiem wszystkich organizmów żyjących obecnie na Ziemi - słynnym LUCA (od angielskiego "Last Universal Common Ancestor")? Zauważmy, że LUCA prawdopodobnie nie był (nie była?) pierwszą formą życia, lecz raczej ostatnią, która przetrwała i dała początek wszystkim późniejszym, a więc żyjącym także współcześnie. Autorzy przystępnie objaśniają złożone metody stosowane do jego poszukiwania, wskazując przy okazji na zasadniczą trudność, jaka pojawiła się wraz z odkryciem (kolejna niespodzianka), że u przedstawicieli jednej z wielkich domen życia - bakterii - materiał genetyczny jest przekazywany nie tylko od przodka do potomka (pionowo), ale również pomiędzy organizmami tego samego pokolenia (poziomo).
W głównej części książki autorzy opisują i krytycznie analizują najważniejsze hipotezy dotyczące powstania życia, czyli biogenezy. Najstarsza, zaproponowana jeszcze w latach dwudziestych ubiegłego wieku niezależnie przez rosyjskiego biochemika Aleksandra Oparina i brytyjskiego genetyka Johna B.S. Haldane'a, zakładała, że niezbędne do biogenezy związki organiczne (według przyjętej definicji to związki chemiczne zawierające węgiel, z wyłączeniem najprostszych, jak tlenek i dwutlenek węgla czy cyjanowodór) powstały z udziałem energii promieniowania słonecznego ze związków nieorganicznych obecnych w pierwotnej ubogiej w tlen ziemskiej atmosferze. Hipoteza Oparina-Haldane'a zyskała solidne wsparcie, gdy w początkach lat pięćdziesiątych XX wieku amerykańscy chemicy, Harold C. Urey i Stanley Miller, udowodnili za pomocą doświadczenia w laboratorium, że w zamkniętym naczyniu zawierającym cztery proste gazy tworzące pierwotną atmosferę Ziemi (parę wodną, metan, amoniak i wodór) pod wpływem wyładowań elektrycznych tworzą się związki organiczne, w tym aminokwasy - cegiełki, z których zbudowane są białka. Idea, że podstawowe składniki niezbędne, aby pojawiło się życie, powstały w wyniku dobrze znanych zwykłych reakcji chemicznych, wzbogaciła się o trwały fundament. Czy to, że owe składniki zaistniały w różnych miejscach na Ziemi (najprawdopodobniej w postaci niezbyt stężonych wodnych roztworów), wystarczyło do powstania form, które z pewnością uznalibyśmy za żywe? Autorzy przytaczają wiele argumentów skłaniających do wątpliwości, jednym z nich są wyniki badań geochemików świadczące, że skład pierwotnej atmosfery mógł być inny niż zakładali Urey i Miller. Opisują następnie alternatywne scenariusze oparte na nowszych odkryciach, w tym dwa szczególnie interesujące, które za kluczowe dla powstania życia uznają niezwykłe środowiska istniejące wokół aktywnych podmorskich wulkanów. To wszystko nie rozstrzyga jednak innych poważnych dylematów, co wychodzi na jaw w kolejnych rozdziałach książki.
Jako pierwszy pojawia się problem tlenu. Ze względu na toksyczność dla organizmów, u których się nie wykształciły odpowiednie mechanizmy ochronne, nagromadzanie się tego gazu w pierwotnie beztlenowej atmosferze Ziemi oznaczało zasadniczą i negatywną zmianę warunków gry ewolucyjnej. Jednocześnie jego obecność pozwalała na wielokrotne zwiększenie produkcji energii wykorzystywanej przez komórki. Autorzy szczegółowo analizują konsekwencje tego paradoksalnego efektu dla dalszej ewolucji życia. To wszakże nie koniec problemów, jakie mają badacze początków życia, trzeba bowiem jakoś rozwikłać odwieczną zagadkę: co było pierwsze, jajko czy kura. Wszystkie współczesne organizmy funkcjonują dzięki istnieniu komórek wyposażonych w materiał genetyczny (DNA), w którym zakodowane są instrukcje niezbędne do wytworzenia białek. Białka stanowią zarówno budulec niezbędny do tworzenia struktur komórkowych, jak i narzędzia umożliwiające przemiany metaboliczne, w tym syntezę DNA. Co więc powstało najpierw - białka służące do syntezy DNA czy DNA, w którym są zapisane? Przełomowe odkrycia i śmiałe koncepcje (być może doprowadzą kiedyś do rozwiązania tej zagadki) zostały przez Weinerów barwnie opisane. Następnie dokonują oni z perspektywy pytania o biogenezę doskonałego i inspirującego przeglądu biologii wirusów, tworów silnie z życiem związanych (co dobitnie wykazała niedawna pandemia SARS-CoV-2), a jednocześnie do organizmów niezaliczanych. Dalej autorzy rozważają, czy we Wszechświecie życie istnieje gdzieś jeszcze poza Ziemią, a jeśli tak, jak może wyglądać i jakie są szanse na jego odkrycie. Końcowy rozdział w dużej części poświęcają domniemanej roli RNA w powstaniu życia (dokładniej, wczesnych protokomórek), drugiego obok DNA kwasu nukleinowego, pełniącego kluczową rolę w organizmach. To ważne zagadnienie zostało przedstawione ciekawie, lecz w sposób dość skomplikowany, co wymaga od czytelnika skupienia uwagi. Kluczowe znacznie ma interpretacja wyników opisywanych doświadczeń. Znajdziemy tu również opis prób tworzenia życia w probówce, do których autorzy odnoszą się dość krytycznie, z czym się w pełni zgadzam. Epilog potwierdza ogólne wrażenie płynące z lektury książki: być może nigdy nie dowiemy się, jak dokładnie powstało życie, ale - dzięki postępowi w naukach przyrodniczych - w przyszłości będziemy o tym wiedzieli znacznie więcej niż dzisiaj.
Z przekonaniem polecam tę znakomitą książkę wszystkim, których nachodzi czasami refleksja nad tym, skąd się tu wzięliśmy.
nr 9/1250
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak
Michał Gołębiowski
Tomasz Kłusek Mikołaj Rajkowski
Andrzej Skalimowski
Maria Sokołowska
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,
w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo
skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.
CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności
za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2023
półrocze 75 PLN, cały rok 150 PLN
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki,
która realizowana jest Pocztą Polską. Prenumeratę można zamówić na sklep.instytutksiazki.pl lub dokonując bezpośrednio wpłaty na konto.
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta. www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl, nexto.pl i virtualo.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,
przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych
informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator
może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych,
ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,
prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego,
tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówienia
na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.