Nowe Książki 9/22 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Tekst musi być zżyty z autorem

Z prof. Joanną Sosnowską rozmawia Juliusz Gałkowski

Chełmoński to malarz, o którym - wedle powszechnego mniemania - wszystko wiemy. A pani w swojej książce naszemu dobremu samopoczuciu przeczy. My sądzimy, że to dobrze znany malarz narodowy, według pani to nieprawda. Zatem mamy do czynienia z publikacją dającą zupełnie nowe ujęcie tej postaci i jej malarstwa. Stąd pytanie: dlaczego postanowiła pani napisać książkę o powszechnie znanym artyście?

Ta książka nie traktuje o tym, że Chełmoński nie jest malarzem narodowym. Jej celem nie była demitologizacja, lecz pewna rewizja powszechnie przyjętych poglądów. Zatem to taka rewizjonistyczna historia sztuki. Skąd to się wzięło? Można zacząć od ckliwej wersji, że w czasach szkoły podstawowej, podczas wycieczki do Łowicza zobaczyłam obrazy Chełmońskiego, które wówczas bardzo mi się podobały. I dodać, że zawsze chciałam zostać historykiem sztuki i zajmować się dziełami sztuki. Niemniej Chełmoński w mojej pracy naukowej przez długie lata nie występował. Z wielu powodów... Po pierwsze, wydawało mi się, że już wszystko o nim napisano; po drugie, narodowa pompa wokół niego była dość odstręczająca. A po trzecie, interesowały mnie inne rzeczy.

Od wielu już lat zajmuję się hermeneutyką obrazu, jego interpretacją i tego dotyczyła moja poprzednia książka, Ukryte w obrazach, gdzie opowiadałam o poszczególnych dziełach. Potem był rok 2014, obchody setnej rocznicy śmierci Chełmońskiego, i postanowiłam zorganizować niewielką konferencję w Instytucie Sztuki PAN. W jej trakcie wygłoszono bardzo ciekawe referaty, przygotowane przez badaczy z różnych ośrodków w Polsce. Teksty te zostały potem opublikowane w "Biuletynie Historii Sztuki". Ja pisałam o obrazach zbliżających się do abstrakcji, w których dostrzegałam nowoczesność Chełmońskiego. To był niewątpliwie początek mojego zainteresowania tym malarzem. Chyba jeszcze bardziej zainteresowały mnie teksty kolegów, którzy pisali o Chełmońskim. Miałam do części z nich stosunek krytyczny, ale w sensie pozytywnym. Widziałam, że ich interpretacja nie zgadza się z moją. W szczególności zwróciłam uwagę na tekst doktor Marii Gołąb, obecnie dyrektorki ds. naukowych w Muzeum Narodowym w Poznaniu, która już od wielu lat zajmowała się malarstwem warszawskim. Była kuratorem słynnej wystawy o pracowni w Hotelu Europejskim, gdzie też malował Chełmoński. Napisała tekst o Babim lecie, jej interpretacja szła w kierunku feministycznym; uważała, że malarz dostrzega w modelkach kobiecość i ją dowartościowuje. Mnie się wydawało to dosyć wątpliwym rozpoznaniem, i chociaż był to bardzo dobry tekst, zaczęłam się zastanawiać, czy malując leżącą na polu dziewczynę, dwudziestosześcioletni człowiek rzeczywiście myślał wyłącznie o dowartościowywaniu kobiet. A już na pewno nie myślał o ojczyźnie, jak to wcześniej próbowano przedstawiać, tylko zapewne o tym, że mu się ta dziewczyna podoba.

Zresztą jedna z badaczek sztuki polskiej XIX wieku, bardzo intersująca autorka, Eliza Ptaszyńska - pozostająca nieco na marginesie, bo pracuje w Muzeum Okręgowym w Suwałkach, gdzie zrobiła kilka ciekawych wystaw, a także konferencji naukowych, poświęconych malarstwu monachijskiemu - powiedziała mi, że jakiś niemiecki badacz sztuki XIX wieku, widząc Babie lato po raz pierwszy, dostrzegł w nim właśnie tę seksualną stronę, a nie narodowe odniesienia do polskiego krajobrazu i historii. Co prawda powiedziała mi to już po przeczytaniu mojej książki, ale tym bardziej się ucieszyłam, ponieważ potwierdziła to, co ja zobaczyłam w tym obrazie.

Pisząc książkę, korzystała pani z archiwów. Rozumiem, że wiedza, jaką pani w nich odnalazła, stanowi pewną nowość na rynku, że z listów i pamiętników można zyskać wiedzę odmienną, zmieniającą naszą opinię o Chełmońskim?

Nie do końca. Najciekawsze pozycje dotyczące Chełmońskiego, oparte na archiwach, ukazały się wiele lat temu i były autorstwa Macieja Masłowskiego. To syn malarza Stanisława Masłowskiego, trochę młodszego od Chełmońskiego, ale niewątpliwie znajdującego się pod jego wpływem. Jednakże jego malarstwo poszło w odmiennym kierunku, ku pejzażowości zarażonej impresjonizmem. Maciej Masłowski, historyk sztuki wykształcony jeszcze przed wojną, napisał o Chełmońskim dwie książki. Korzystał z archiwów, z których i ja korzystałam, od wielu lat znajdujących się w posiadaniu Instytutu Sztuki PAN. Są to przede wszystkim pamiętniki żony Chełmońskiego, i tutaj dochodzimy do pewnego problemu, który był starannie przez popularną historię sztuki zacierany. Chodzi o konflikt pomiędzy małżonkami, który wprawdzie pojawia się u Masłowskiego, ale trochę między wierszami. Przy tym, jak to w patriarchalnym świecie, akcent został położony na winę żony, to ona była krzywdzicielką. Pisałam o tym w książce Poza kanonem, w której Maria Chełmońska przedstawiona została przede wszystkim jako bardzo przedsiębiorcza osoba, potrafiąca sobie poradzić w tej bardzo trudnej sytuacji. Mąż oskarżył ją o zdradę, ona była wówczas w ciąży z kolejnym dzieckiem. Chełmońscy mieli trzy starsze córki, już nastolatki, które zostały odebrane matce. Mąż zabronił wszelkich kontaktów między nimi. Można sobie wyobrazić, co to było za przeżycie.

Ta sprawa została w literaturze załagodzona, opinia publiczna musiała coś wiedzieć, ale nie za wiele o tym mówiono i pisano. Nikt się ich życiem prywatnym za bardzo nie interesował. Chełmoński spokojnie mieszkał w Kuklówce. Córki wysłał do bardzo dobrej szkoły w Zakopanem. Maria mieszkała ze swoją córeczką w Warszawie, starając się, aby miała ona kontakt z ojcem i starszymi siostrami. To wszystko jest w jej pamiętnikach. Co ciekawe, istnieje kilka ich wersji, choć treść się zasadniczo nie zmienia. Widać, że pisząca starała się przepracować własną traumę. I przygotować dla swoich córek właściwą opowieść o tym, co się wydarzyło, jak wyglądało wspólne życie ich rodziców. Pisała o ślubie, o Paryżu, o tym, jak Chełmoński malował...

Ostatnią wersję Chełmońska stworzyła już w bardzo podeszłym wieku, to tekst spisany trzęsącą się ręką, właściwie nie do odczytania. Ta ostatnia wersja trafiła do nas za sprawą wnuczki Chełmońskiego, córki tej niechcianej, czyli Wandy Chełmońskiej-Boczkowskiej, która też była malarką. Mówiło się zresztą, że została nią pod wpływem matki, trochę na siłę, gdyż Maria chciała udowodnić ojcostwo Chełmońskiego. To niesprawiedliwa opinia, bo Wanda była bardzo przyzwoitą artystką, należała do polskiego Ecole de Paris. Zresztą w początkach jej edukacji artystycznej pomógł inny znakomity malarz, Władysław Ślewiński, krewny Marii Chełmońskiej, który wymógł na ojcu Wandy zgodę, aby matka z córką mogły pojechać do Paryża na dalszą naukę malarstwa. Takie to były czasy, że chociaż ojciec się nie interesował dzieckiem, nie łożył na jego utrzymanie, to - jeśli chodziło o podjęcie nauki - musiał wyrazić zgodę.

Czy ta historia miała jakikolwiek wpływ na jego życie?

Trudno powiedzieć, bo niewiele po sobie zostawił dokumentów mogących świadczyć o jego uczuciach czy stanie ducha. Wśród archiwaliów w Instytucie Sztuki jest tylko jeden świstek, jakby oddarty od listu, wydaje mi się, pisany jego ręką, gdzie wyraża żal, że to się tak potoczyło. Ale trudno powiedzieć z całą pewnością, czy to jest pismo malarza, więc nigdzie o tym nie wspominałam.

Należy też pamiętać, że Chełmoński pod koniec życia zdziwaczał, mieszkał w tym swoim dworku, miał przyjaciela księdza - zresztą dziwną postać - i był niby taki religijny, ale to się jednak kłóci z wyrzuceniem żony z domu. Trudno tę całą historię ocenić, wszak nie wejdziemy w skórę tamtych ludzi.

Wydaje mi się jednak, że tak mu było wygodniej, i tak napisałam w książce. Próbuję w niej pokazać, że Chełmoński był przede wszystkim malarzem, a dopiero potem mężem, tatą i tak dalej. Zajmując się trochę sztuką współczesną, poznałam wielu malarzy, zresztą bardzo dobrych, i u nich też widzę pewną bezwzględność wobec otoczenia. Oczywiście nie u wszystkich, i nie zawsze to przybiera aż tak drastyczne formy, często żony czy partnerki artystów rozumieją sytuację, potrafią tę bezwzględność jakoś tolerować. Wydaje mi się, że Maria Chełmońska też potrafiłaby taką sytuację znieść, ale jej mąż poszedł o wiele dalej. A to jest bezwzględność, która wynika z potrzeby tworzenia. Tacy są artyści, Chełmoński już wcześniej przejawiał takie skłonności. W książce opisuję historię jego kochanki, którą, w czasie, gdy mu się doskonale powodziło, przywiózł do Paryża z Włoch. I co potem się z nią stało? Najprawdopodobniej poszła na ulicę. Rozstał się z nią niemalże z dnia na dzień, bo postanowił się ożenić.

Owa bezwzględność pojawia się także w jego malarstwie. W książce próbuję inaczej spojrzeć na słynną Czwórkę. To jeden z obrazów, które są interpretowane wyłącznie w atmosferze narodowej. Tymczasem wydaje mi się, że Chełmoński, malując obraz, chciał przede wszystkim zwrócić uwagę na siebie. Oczywiście każdy malarz tego chce. Może zresztą bardziej na swoją sztukę niż na siebie, ale Chełmoński chciał tę uwagę zwrócić także na siebie. Pokazał wielkie płótno o wymiarach zarezerwowanych dla malarstwa historycznego czy mitologicznego. Nawet religijne nieczęsto osiągały takie rozmiary. Na płótnie przedstawił banalną scenę: cztery konie ciągną bryczkę, z przodu siedzi woźnica, a za nim widnieje - jak to napisał Masłowski - "panek". Nie wiadomo, jakim cudem pali on w tym pędzie fajkę. Przez ten gest obraz nabiera niemalże humorystycznego charakteru, jednak publiczność widziała przede wszystkim konie pędzące wprost na ludzi, i to robiło na widowni ogromne wrażenie... Ale było już ciut za późno, żeby zrobił karierę z takim realistycznym przedstawieniem, przecież w latach osiemdziesiątych XIX wieku zainteresowanie koncentrowało się na dziełach takich, jak obrazy Puvisa de Chavannesa czy Odilona Redona, nie mówiąc już o tym, że wtedy do powszechnej świadomości zaczynają przebijać się impresjoniści.

Czy nie jest tak, że wciąż żyjemy mitem artystów, którzy muszą być niepraktyczni? Że zapominamy, iż artysta był przedsiębiorcą, musiał sprzedawać dzieła i z nich się utrzymywać?

Było kilku takich, i nadal są tacy artyści - wszak świat tak naprawdę niewiele się zmienia - którzy są bezkompromisowi i nie chcą związać się z biznesem galeryjnym, bo to im uwłacza. Ale to chyba nie jest najlepszy pomysł na życie...

REPORTAŻ | LITERATURA FAKTU

Życie codzienne w psychiatrykach

Andrzej Wróblewski

Marta Szarejko

Stany ostre

Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci

Warszawa: "Słowne", 2021

312 s. ; 21 cm

Aneta Pawłowska-Krać

Głośnik w głowie

O leczeniu psychiatrycznym w Polsce

Wołowiec: "Czarne", 2022

231 s. ; 22 cm. - (Reportaż)

Grzegorz Michalik

Psychiatria w Polsce w latach 1945-1956

Nauka i opieka zdrowotna

Warszawa: Instytut

Pamięci Narodowej. KŚZpNP, 2021

487 s. ; 24 cm

Powtarzającym się do znudzenia refrenem wszystkich publikacji poświęconych polskiej psychiatrii jest konstatacja, że ta dziedzina medycyny i opieki zdrowotnej trwa w nieustającej zapaści, bo ciągle nie ma na nią pieniędzy. Próżno jednak szukać konkretnej odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje.

Czy decydenci czują do psychiatrii jakąś szczególną niechęć? Tego nie stwierdzimy, bo nawet gdyby ich na ten temat przepytać, nikt się do negatywnego nastawienia nie przyzna. Można zatem tylko spekulować, że wokół psychiatrii istnieje, również społeczna, aura nieufności, która nie pozwala traktować tej dziedziny jako nauki czy nawet działu medycyny. A jeszcze w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, wraz z uzyskaniem chloropromazyny i wprowadzeniem tej substancji w 1952 roku do lecznictwa (Largactyl), wydawało się, że psychiatria pełną parą wkroczy w świat medycyny. Niedługo potem nastąpił prawdziwy rozkwit badań nad mózgiem. Obiecywano szybkie stworzenie neuronowej mapy chorób psychicznych i sposobów ich leczenia. Mimo wielkich nadziei do żadnego przełomu nie doszło.

Marta Szarejko, uznana dziennikarka, przeprowadziła rozmowy z piętnastoma doświadczonymi psychologami i psychiatrami, w większości sprawującymi w lecznictwie jakieś kierownicze funkcje. Jej Stany ostre. Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci nie odpowiadają wprost na pytanie o przyczyny nieustającej zapaści lecznictwa psychiatrycznego, ale dają niezwykle bogaty materiał do przemyśleń. Możemy się więc z pierwszej ręki dowiedzieć, że wybór psychiatrii jako specjalizacji dokonywał się zazwyczaj przypadkowo, bo na innych specjalizacjach nie było już miejsc. Psychiatria nie obiecywała i nie obiecuje ani dużych pieniędzy, ani dużych możliwości prowadzenia badań naukowych. Skutkiem tego był i jest ciągły niedobór kadr. Szacuje się, że w Polsce brakuje kilkuset psychiatrów, co powoduje przeciążenie pracą (są szpitale, w których jeden psychiatra przypada na kilkudziesięciu chorych, a powinien mieć pod opieką nie więcej niż dziesięciu) i czyni leczenie całkowicie iluzorycznym. Szczególnie frustrujące jest to w przypadku dzieci i młodzieży, bo można być pewnym, że każdy z nieletnich pacjentów prędzej czy później do szpitala powróci, i to niejeden raz. W trakcie lektury bardzo szybko nasuwa się wniosek, że podtytuł książki nie powinien brzmieć "jak leczą", ale raczej "co psychiatrzy robią z naszymi dziećmi".

A cóż mogą zrobić? Większość dziecięcych oddziałów psychiatrycznych to przechowalnie dla potencjalnych samobójców i dla tych, którzy zaczęli się samookaleczać. Z wielką przykrością czyta się opowieści lekarzy, którzy w takich przypadkach nie mogą odmówić przyjęcia do szpitala, choć nie ma już w nim wolnych miejsc. Rozkłada się więc materace na korytarzach i robi rozmaite dostawki, a potem dostawki do dostawek. W takich warunkach nie da się nikogo leczyć. Chodzi zatem tylko o farmakologiczne uspokojenie pacjenta - żeby nikt sobie nie zrobił krzywdy, bo za to będzie odpowiadał lekarz. A on po skończeniu dyżuru drży na myśl, że zostawia na noc pięćdziesięciu nieobliczalnych pacjentów pod opieką dwóch pielęgniarek, które mają już tego wszystkiego serdecznie dość.

We wszystkich rozmowach przewija się wątek diagnozy, bo trudności z jej postawieniem chyba najbardziej odróżniają psychiatrię od innych działów medycyny. Płynność kryteriów i praktyczna niemożliwość ustalenia związków przyczynowych powodują, że "leczenie" staje się loterią. Fascynujące są opowieści lekarzy, którzy doprowadzili młodocianych pacjentów do stanu pozwalającego im w miarę normalnie funkcjonować, ale nigdy nie są pewni, czy to dzięki zastosowanej terapii, czy pomimo terapii. Bo może się zdarzyć, i na pewno się zdarza, że "wyleczenie" następuje w związku z zupełnie innymi czynnikami, z których najczęstszymi są zmiany w rodzinnym lub rówieśniczym środowisku pacjenta. Jeden z rozmówców Marty Szarejko mówi, że po zapoznaniu się z konkretną sytuacją niekiedy się zastanawia, kto tu jest właściwie chory: dziecko czy jego rodzice.

O przeżyciach dzieci i nastolatków umieszczonych w szpitalach opowiada z kolei reporterska książka Anety Pawłowskiej-Krać, Głośnik w głowie. O leczeniu psychiatrycznym w Polsce. Są to wstrząsające historie prowadzące niechybnie do wniosku, że nie ma możliwości, aby po pobycie w szpitalu psychiatrycznym nie popaść w obłęd. "Z pierwszych dwóch tygodni pamiętam tylko moment przyjęcia, w którym się ze mnie śmiali" - opowiada bohaterka tytułowego Głośnika w głowie. Izolowała się w łóżku i bała się wszystkich: lekarzy (bo zachowywali się jak dyktatorzy), pielęgniarzy (zbyt łatwo zakładali kaftan bezpieczeństwa) i innych pacjentów (wielu skłaniało się do fizycznej przemocy). Wspomina, że nie było obchodów lekarskich, a jedynie wezwania na przesłuchanie. "Siedziało ich chyba sześciu przy wielkim stole, na środku stało krzesełko, na którym siadał pacjent i miał mówić, jak się czuje". I każdy zmyślał, sądząc, że dzięki temu, co powie, uzyska wypis. Podczas kilkutygodniowego pobytu dziewczyna miała jedno spotkanie z psychologiem i raz terapię grupową. Diagnoza: schizofrenia paranoidalna. "Wyszłam ze szpitala, powłócząc nogami, zesztywniała i ogromnie senna". Bohaterka reportażu Anety Pawłowskiej-Krać nie wiedziała wtedy, że to dopiero początek jej wędrówki po szpitalach.

Autorka chyba zdawała sobie sprawę, że natłok takich opowieści może odstręczyć od lektury. Stąd - dla równowagi - przedstawia też historie o zgoła optymistycznym wydźwięku. Bo są także placówki, w których, wbrew systemowi, rzeczywiście odbywa się jakieś leczenie. Niemniej bohaterowie jej reportaży, również lekarze psychiatrzy, zgodnie twierdzą, że celem całego systemu opieki psychiatrycznej, poczynając od szkolnych psychologów i przychodni rejonowych, winno być niedopuszczanie do sytuacji, w których nie ma już innego wyjścia, jak tylko umieszczenie młodego człowieka w szpitalu. Czy to się kiedykolwiek ziści? Wielu indagowanych lekarzy praktyków, już zdesperowanych, mówi, że jedynym sposobem będzie gremialne złożenie wypowiedzeń z pracy. Dopiero wtedy się znajdą pieniądze na psychiatrię.

Nie dość, że psychiatria zawsze słabo się broniła jako nauka, to jeszcze podlegała bezpardonowym naciskom ideologicznym. Przypomina o tym książka Grzegorza Michalika Psychiatria w Polsce w latach 1945-1956. Oprócz materialnego stanu posiadania, autor przedstawia również główne idee metodologiczne, z jakimi polska psychiatria, z wielkimi nadziejami, wchodziła w nową erę. Niestety, już w roku 1947 było jasne, że będzie musiała się podporządkować sowieckiej ideologizacji. Ten szybko postępujący proces ukazany jest poprzez kolejne uchwały i decyzje, jakie zapadały na posiedzeniach psychiatryczno-ministerialnych gremiów. Oporu wielkiego nie było, dominowało raczej przekonanie, że trzeba to wszystko jakoś przeczekać. Nie dość jednak przypominać, że kolaboranci gotowi wesprzeć najbardziej absurdalne idee zawsze się znajdą.

W książce Michalika niezwykle ciekawy jest wątek relacji między psychiatrią a psychologią. Sowiecka nauka uważała psychologię za narzędzie kapitalistów służące do urabiania klasy robotniczej. I tu nastąpiła niespodzianka, bowiem ówcześni polscy psychiatrzy również byli przeciwnikami wprowadzania psychologów do leczenia psychiatrycznego. Z innych, nieco bardziej merytorycznych powodów, ale jednak. Ten spór o pozycję w medycznej hierarchii nigdy nie wygasł.

Stara szkoła pogardy

Barbara Sieradzka

Aleksiej Fiediarow

Człowiek, który siedział

przeł. z ros. Jerzy Czech

Wołowiec: "Czarne", 2022

237 s. ; 22 cm

Każda strona z pięćdziesięciu dwóch krótkich, dobrze napisanych rozdziałów książki Aleksieja Fiediarowa pokazuje, jak prawo w Rosji szydzi ze sprawiedliwości. To negacja jakichkolwiek kodeksów - poza jednym, kodeksem mafii przenikającej cały system, od góry do samego dołu. Prawo gułagu, wewnętrzny kodeks więźniów, stanowi pochodną albo wariant systemu nacechowanego podstępem, przemocą, pogardą, strachem i nienawiścią, podściółką "ruskiego miru".

Rosyjski prawnik Aleksiej Fiediarow (ur. 1976) jest w jakimś sensie wyjątkowo wiarygodny, bo to przecież, używając tytułu książki, "człowiek, który siedział", więc wie, że "więzienie wysysa duszę i płodzi ohydę", a "człowiek jest słaby i nędznego ducha". Na własnej skórze doświadczył tego, o czym mówi. Bohaterowie jego książki to koledzy z zony. Fiediarow przez kilka lat był funkcjonariuszem wysokiej rangi w rosyjskim systemie opresji, pracował jako śledczy i sam kierował śledczymi. Pełnił też funkcję szefa zespołu prawnego w korporacji budowlanej. Pewnego wieczora, pisze, "na ulicy powitały mnie cienie i zabrały ze sobą. (...) Sprawę karną nakręciła służba bezpieczeństwa. To znaczy, że wyrok jest pewny. (...) Sędziów gotowych uniewinnić człowieka w sprawie, która zeszła z taśmy FSB, już nie ma". Fiediarowa aresztowano w 2013 roku pod sfingowanym zarzutem wręczenia łapówki. Trzy lata spędził w kolonii karnej.

Przyjrzyjmy się zatem skazanym, tym wszystkim "pierniczkom", czyli nowo przybyłym do gułagu, więźniom funkcyjnym (takim był Fiediarow), beesnikom, czyli osadzonym byłym funkcjonariuszom służb. Osadzono ich w tym miejscu wielu: byłych wysokiej rangi wojskowych, biznesmenów, wreszcie morderców, złodziejaszków, narkomanów. To postaci często groteskowe, ale zawsze tragiczne. I nie wyłączam z tego grona także pracujących w gułagu opeerów (funkcjonariuszy operacyjnych), strażników do zadań specjalnych, głównie do pacyfikowania buntów w więzieniu (zwanych atanda), funkcjonariuszy więziennych, całej galerii typów stanowiącej przekrój społeczny kraju, a nie tylko gułagu, który jest, niestety, odzwierciedleniem państwa. Ze wszystkimi absurdami i okrucieństwem. Unikając w opisie książki podniosłego tonu, posłużmy się fragmentem wypowiedzi Fiediarowa: "Dawniej w oddziale żył szary kot, stary wyga. Wynosiłem mu coś z tego, co mieliśmy, a on starannie i bez pośpiechu jadł. (...) Koty i kotki były przedtem w wielu oddziałach - z imionami, ze starannie, a czasem nawet fachowo wykonanymi medalikami. Nie ruszano ich, były swoje, odsiadywały dożywocie. Zwierzęta, a zwłaszcza ich medaliki, nie były zgodne z regulaminem, więc kontrolerowi (...) to się nie spodobało. (...) Te koty zatem, które zdołano złapać, spalono w piecu (...). Kontroler mógł być zadowolony. Zbrodnia bez powodu to rzecz w tych okolicach normalna".

Jakie to "okolice"? Nie o geografię chodzi, a o szczególne obiekty, miejsca, do których trafia osadzony, więzienia tranzytowe, przejściowe. Na przykład podczas etapu, podróży do docelowego miejsca osadzenia (w wypadku autora był to Tagił). Fiediarow wyjaśnia: "Etap jest torturą, znęcaniem się. (...) Na etapie nie ma nocy ani dnia, tylko trzy razy wydawany wrzątek i trzy wyprowadzenia do klozetu. Na dobę. Śpi się parę godzin, (...) poza tym kipisze, kipisze. (...) Z prawej i z lewej mamy złe psy - nauczyli je nienawidzić ludzi. (...) To również zmęczenie. Dzikie, przygniatające do ziemi. (...) To nie jest etap, to uniwersytet. Tutaj uczą, czego się spodziewać w zonie. (...) Tu niszczą iluzje, jeśli jeszcze komuś zostały, (...) rozbierają, filmują skazanych, (...) prowadzą ich nagich z celi, (...) nagich, dlatego że tak jest zabawniej, (...) czasem nawet ich biją, to też słychać, odgłosy uderzeń są głuche, okrzyki też głuche, przecież nie wolno hałasować. Słusznie, stworzenie powinno drżeć, wtedy będzie się nas bało, a gryzło inne stworzenia". Ot, cała filozofia! W ostatnim cytowanym zdaniu zawiera się prawdziwa wykładnia społecznej pedagogiki w "ruskim świecie".

Kim są ci, którzy tę "pedagogikę" stosują wobec wszystkich, którzy wpadli w ich szpony? To często tacy sami skazańcy, ale chcą w nieludzkim świecie mieć ciut lepsze życie od innych, nie chcą chodzić w szeregu, chcą lepiej jeść, myć się codziennie, a nie raz na tydzień. "Bestialstwami wysługują sobie, żeby ich nie wysyłano do tych samych baraków, gdzie czekają ich rachunki, wystawione przez zeków [skazanych - przyp. BS]. Zsuczenie się to proces nieodwracalny. (...) Zabierają, grożą, męczą, bo tylko tak można wysłużyć prawo do niepowracania między ludzi. (...) Prawo do lizania butów". Najgorsze jest to, że takich ludzi nie brakuje, jeden wychodzi na wolność, a na jego miejsce czeka w kolejce kilku chętnych do pracy w "sekcjach dyscypliny i porządku", ochotniczej pomocy administracyjnej. To "potwory, angażowane przez ludzi z naramiennikami do dręczenia i zabijania. Nie wynika to z żadnej potrzeby, w zonach jest ciężko i bez tych suk. Lecz tradycje gułagu są żywe, łączą pokolenia i umrą tylko wtedy, kiedy umrze sam GUŁAG". Najgorsze, że gułag nie umiera, a ludzie, którzy z gułagu wychodzą na wolność, często "żyć na tej wolności już nie potrafią. Muszą mieć but, żeby go lizać, i kogoś słabszego, żeby go męczyć". Ilu takich trafiło, może kolejny raz, do różnych formacji militarnych (często tak bywa), ilu znęca się nad słabszymi na Ukrainie? W książce Fiediarowa znajdujemy odpowiedź na naiwne zdziwienie: jak ci Rosjanie mogą dopuszczać się zbrodni w kraju naszego sąsiada?

O szczególnych "szkołach wychowywania obywateli" Rosji powstało wiele książek, tysiące opracowań naukowych. Przecież Sołżenicyn, Sacharow czy Józef Czapski, każdy z innego świata, gułag, jakim jest Rosja, opisywali, pokazywali, ostrzegali. Świat na chwilę się ocknął, cmoknął z zadziwieniem, niedowierzaniem, dreszczem obawy i znowu zapadł w miłe odrętwienie, bo to przecież gdzieś tam daleko od nas. No a poza tym Rosja to także Dostojewski, Gogol i Czechow, Błok i tylu innych wspaniałych autorów. Ich wielkie dzieła są nawet w bibliotece, która, zgodnie z regulaminem, funkcjonuje także w gułagu. Znaleźć tam można również "nieprawomyślne" książki Vonneguta, Aldousa Huxleya czy "trefnego" Szenderowicza. Były dostępne dla "zsuczonych" i wszystkich innych garnących się do czytania. Wystarczyło poczytać, by chcieć coś w sobie i poza sobą zmienić. Choćby dojrzeć konieczność przemiany, być może groźnej dla całego systemu, dla zony - tej w skali mikro i tej w przenośni, wielkiej zony, Rosji. Nikt książek w zonie nie ocenzurował ani nie skonfiskował. Przeoczenie? Niestety coś znacznie gorszego. "Piękne książki. Mogą zmienić człowieka, a z nim - cały świat. Ale nic się nie zmienia. Te książki w zonie są śpiącymi bogami, do których ludzie przestali przychodzić. Nie czytają ich, nie przepisują i nie cytują. Dlatego nie ma sensu ich konfiskować. Są poza granicami spektrum, w którym żyją nadzorcy i więźniowie. Spektrum, którego wszystkie odcienie są szare". Także dlatego gułag ma się dobrze, trwa i przekazuje "tradycję" następnym pokoleniom. Jak to się dzieje, skoro są i tacy "naczelnicy kolonii, i tacy sędziowie, i tacy prokuratorzy, którzy rozumieją, że tak nie wolno. Oburzają się. Są gotowi podejmować inne decyzje i zmieniać system. Tyle że to za późno - sami teraz siedzą i system pożera ich samych". Fiediarow wyszedł, nie dał się pożreć. Ale czy nie jest za późno?

HISTORIA

PRL "trzeciego wieku"

Hubert Wilk

Dariusz Jarosz

Ludzie "trzeciego wieku" i ich warunki życiowe w Polsce w latach 1944-1989

Główne problemy (analiza historyczna)

Warszawa: Wydaw. Instytutu

Historii PAN, 2022

250 s. ; 21 cm

"Przykro mi jest bardzo, że za tyle lat pracy muszę na starość wyciągać rękę o jałmużnę do państwa, do opieki społecznej, do dzieci...". W tym wyjątku z listu skierowanego w 1983 roku do władz w Warszawie, autorstwa Wojciecha F. ze Szczecina, jak w soczewce koncentrują się główne problemy ludzi w wieku poprodukcyjnym: poczucie ogromnej niesprawiedliwości oraz obawa o jutro w socjalistycznym państwie robotników i chłopów.

Dariusz Jarosz, wybitny historyk zajmujący się historią społeczną powojennej Polski, tym razem podjął nieeksplorowany jeszcze przez historyków temat. Emeryci, czyli ludzie "trzeciego wieku", stanowili liczną grupę w społeczeństwie. W ciągu 45 lat trwania PRL jej liczebność zwiększyła się z 9,6 proc. do 16,6 proc. To kluczowa informacja, pokazuje bowiem, że "problem" ludzi w wieku poprodukcyjnym narastał i kolejne ekipy rządzące musiały zmierzyć się z coraz to większym wyzwaniem.

Książka składa się z trzech problemowych rozdziałów, których wewnętrzna struktura jest chronologiczna. Pierwszy poświęcony został miejscu ludzi starszych w polityce społecznej w poszczególnych dekadach Polski Ludowej. Drugi dotyczy sytuacji życiowej emerytów, natomiast trzeci skupia się na ich korespondencji z władzami. Rozważania zostały oparte na wyczerpującej kwerendzie archiwalnej oraz literaturze przedmiotu z zakresu polityki społecznej, co niestety nieco odcisnęło swoje piętno na sposobie pisania autora, który momentami, ze względu na ogromną ilość danych, może być nużący.

Najwięcej miejsca Jarosz poświęca - co zrozumiałe - sytuacji życiowej ludzi starszych. To właśnie problem zabezpieczenia, przede wszystkim finansowego, starości był głównym tematem listów napływających do centralnych ośrodków władzy. Analiza tej korespondencji pokazuje niejednokrotnie prawdziwe dramaty ludzkie. Sytuacje skrajnej biedy i głodu nie były przypadkami wyjątkowymi. Z listów wyłania się dramatyczny obraz ludzi pozostawionych samym sobie, bez pomocy zarówno ze strony bliższej czy dalszej rodziny, jak i państwa. Nędza emerytów była lejtmotywem korespondencji niemal przez cały czas Polski Ludowej. Krytyka systemu świadczeń (przede wszystkim ich wysokości), rosnące poczucie osamotnienia, niesprawiedliwości, rozczarowania to tylko część emocji, które na co dzień towarzyszyły ludziom starszym. Na ile realny był to problem, pokazuje autor na podstawie twardych danych liczbowych pozyskanych z zespołów archiwalnych.

Wyliczenia i zestawienia wysokości świadczeń rentowo-emerytalnych, zwłaszcza z pierwszych lat powojennych, świadczą, że dla większości osób starszych groźba głodu nie była problemem wyimaginowanym. W 1953 roku, przy przeciętnej płacy netto 918 złotych, renty emerytalne wynosiły od 140 do 266 zł. W 1958 roku średnia wysokość świadczenia rentowego utrzymywała się na poziomie niemal 32 proc. średniej płacy netto, co było najwyższą wartością od końca wojny. W kolejnych latach stosunek ten się wahał. O ile w 1971 roku wynosił 66 proc., o tyle ponad dekadę później już tylko 40 proc.

Szczególnie dramatyczna dla emerytów okazała się dekada lat osiemdziesiątych, zwłaszcza jej pierwsza połowa. Głęboki kryzys polityczny, społeczny, a przede wszystkim gospodarczy sprawiały, że status emerytów i rencistów ulegał deprecjacji. W świetle badań prowadzonych przez Główny Urząd Statystyczny, a cytowanych w pracy Jarosza, to właśnie tym gospodarstwom domowym powodziło się najgorzej. Wówczas też wyłącznie ze świadczeń emerytalno-rentowych utrzymywał się wysoki (najwyższy w całym okresie peerelowskim) odsetek ludzi w wieku poprodukcyjnym - ponad 62 proc. Oznaczało to dramatyczny wzrost, na początku dekady lat osiemdziesiątych było to bowiem nieco ponad 28 proc., zaś pod koniec rządów Władysława Gomułki zaledwie 0,5 proc.!

Bardzo interesujący jest ustęp dotyczący zabezpieczenia socjalnego rolników. Kolejne ekipy rządzące próbowały rozwiązać ten problem, jednak dopiero w 1978 roku podjęto działania zachęcające pracowników rolnych do przechodzenia na emerytury rolnicze (m.in. ważny aspekt przekazywania ziemi na rzecz państwa w zamian za świadczenia). Podobnie wyglądała kwestia tzw. dożywocia, czyli przekazywania gospodarstwa dzieciom w zamian za opiekę nad rodzicami. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych ponad 300 tys. osób w ten sposób opiekowało się najstarszymi członkami swoich rodzin. Jak ważnym problemem były kwestie zabezpieczenia socjalnego osób starszych na wsi, mogą świadczyć choćby statystyki dotyczące autorów suplik do władz. Tylko w 1979 roku na 6 tys. listów, których nadawcami były osoby starsze, połowa pochodziła z terenów wiejskich.

Dariusz Jarosz, analizując korespondencję i sytuację ludzi starszych, sygnalizuje jeszcze jedną ważną kwestię. Mianowicie poczucie niesprawiedliwości powodowało coraz większe napięcia pomiędzy różnymi grupami zawodowymi, ale także i wewnątrz nich. Rzutowało to także na stosunki rodzinne. Przykład rodziny z tradycjami górniczymi, w której emerytowany górnik ledwo wiązał koniec z końcem (przy emeryturze na poziomie kilkunastu tysięcy złotych), a jego nadal aktywny zawodowo syn premiowany był kwotami wielokrotnie wyższymi, jest jednym z najbardziej jaskrawych.

W zasadzie każda ekipa obejmująca władzę w Polsce starała się modyfikować system emerytalno-rentowy. Jednak, jak przekonująco udowadnia Jarosz, żadnej nie udało się znacząco wpłynąć na poprawę losu ludzi "trzeciego wieku". "Obecna polityka socjalna przypomina okres błędów i wypaczeń, kiedy partia troszczyła się wyłącznie o wiejską biedotę, a zwalczała kułaków" - pisał w 1985 roku Roman U. z Wielkopolski. I nawet jeśli za sukces poszczególnych ekip należy uznać fakt obejmowania świadczeniami rentowo-emerytalnymi coraz szerszych rzesz ludzi w wieku poprodukcyjnym, to daleko było do ogłoszenia sukcesu czy choćby przełomu w kwestiach zabezpieczenia osób starszych.

O LITERATURZE

Wyspiarskie wypisy

Przemysław Kaliszuk

Antologia "Wyspy"

Port pierwszy

Warszawa: Biblioteka Analiz

Kraków: Instytut Literatury, 2021

231 s. ; 30 cm

Antologia kwartalnika "Wyspa" to dość typowe przedsięwzięcie wydawnicze. Przynajmniej pozornie można mieć takie wrażenie, wszak zbieranie i kolekcjonowanie jest wpisane w nowoczesną kulturę literacką. Ale jak często, jako współcześni czytelnicy prasy literackiej, mamy okazję obcować z wyciągiem - swoistym "the best of" - danego tytułu?

Sama kompilacja nabiera w aktualnym kontekście znamion przedsięwzięcia nieco ekskluzywnego, a jednocześnie utopijnego. W czym rzecz? Otrzymujemy przegląd historii czasopisma - poznajemy ją przez pryzmat wybranych tekstów z ostatnich piętnastu "wyspiarskich" lat. Dodajmy, że wydawanie kwartalnika literackiego w wersji papierowej, a następnie antologii, podsumowującej dotychczasowy okres jego działalności, wydaje się czymś zupełnie niszowym, bo skierowanym do względnie wąskiej grupy odbiorców. W dobie wszędobylskiego kultu opłacalności zasługuje to na szczególne uznanie.

"Wyspa" jest wydawana od 2007 roku, więc na jej łamach pojawiła się znaczna liczba tekstów, tematów i autorów, co naturalnie zresztą skłania do podsumowań. Kluczem omawianego zbioru jest różnorodność, która pozwala zorientować się w skali czasopisma. Możemy przeczytać prozę fikcyjną i autobiograficzną, eseje, utwory poetyckie, szkice literaturoznawcze, felietony. W antologii zastosowano układ chronologiczny zamiast tematycznego czy rodzajowo-gatunkowego. Każdy rozdział to część numeru pisma z danego roku - poemat, zestaw wierszy, szkic, rozmowa czy opowiadanie. To rozwiązanie atrakcyjne, ponieważ czytanie wiąże się z niespodzianką, jeśli chcemy poznawać zbiór linearnie - od pierwszego tekstu do ostatniego. Spis treści pomaga wyznaczać własną marszrutę, ale antologia zaprasza do lektury "przygodowej". Czytanie kolejnych elementów zbioru powinno, takie mam wrażenie, wywoływać uczucie zaskoczenia z uwagi na przeplatające się formy dyskursywne, narracyjne i poetyckie. Daje to jeszcze jeden efekt.

Teksty wydobyte z pierwotnego kontekstu i zestawione w nową całość pokazują charakterystyczną orientację "Wyspy". Jej zasadniczym elementem jest, jak sądzę, pojmowanie literatury i sztuki jako narzędzi opisu rzeczywistości i uczestniczenia w niej, by ująć tę kwestię nieco górnolotnie. Oczywiście nie należy tego rozumieć jako doraźnej interwencji, lecz w znaczeniu, powiedzmy, hermeneutycznego zanurzenia w świecie. Zarazem to zanurzenie odbywa się w zasadzie dzięki kodom kultury wysokiej. Taka wizja jest dobrze znana, wręcz z pewnej perspektywy staroświecka czy nazbyt tradycyjna, co niektórych czytelników może zniechęcać, choć zapewne wielu wyda się też bliska. Nie sposób jednak odmówić jej konsekwencji i sugestywności.

Jeśli miałbym zdradzić swoje preferencje co do zawartości Portu pierwszego, to musiałbym szczególnie polecić teksty prozatorskie. Choć poezja zaprezentowana w antologii jest ciekawa i różnorodna, to nie są to propozycje, które sytuują się szczególnie blisko mojej wrażliwości. Wiersze i poematy Jacka Dehnela, Tomasza Różyckiego, Krystyny Lars, Tomasza Jastruna, Przemysława Dakowicza są warte uwagi, lecz w tym gronie zdecydowanie wyróżniają się Szwy Adriana Sinkowskiego (zresztą weszły do autorskiego tomu poetyckiego Atropina z 2018 roku - recenzja Bartosza Suwińskiego w "Nowych Książkach" 2019, nr 4), poety, który jest dziś chyba bardziej rozpoznawalny i częściej nagradzany niż kilka lat temu.

Co zatem z prozy zasługuje na szczególną uwagę? Warto zatrzymać się przy opowiadaniu Rafała Wojasińskiego Stara, nie zawodzą teksty Kazimierza Orłosia i Marka Nowakowskiego, bardzo ciekawe jest Wrzosowisko Marka Ławrynowicza. Natomiast w przypadku szkiców i felietonów pozwolę sobie w ramach kontrastu wskazać na esej, który mnie zawiódł. Rozczarowujący okazał się szkic Martyny Deszczyńskiej Informacja, biurokracja i era transludzka. Poczułem się lekko zagubiony w wywodzie autorki, co jest, być może, kwestią skrótów poczynionych przez redakcję w tym obszernym tekście, zaburzających nieco śledzenie toku rozważań. Autorka diagnozuje współczesną rzeczywistość kulturową, zdominowaną przez cyfrowe technologie przetwarzania informacji, sięgając na początku po koncepcje Stanisława Lema na temat związku człowieka i technologii. Jako miłośnik Lemowskiej eseistyki miałem wrażenie, że pewne złożone i niejednoznaczne dla samego Lema kwestie zostały chyba ujęte pretekstowo. Mimo tych zastrzeżeń esej jest z pewnością warty uważniejszej lektury, szczególnie z uwagi na ostatni pandemiczny okres i związane z tym przymusowe zakotwiczenie znacznej części naszego życia w środowisku cyfrowym.

Antologia "Wyspy" jest znakomitą okazją do zapoznania się z kwartalnikiem bądź do odświeżenia sobie tekstów z dawniejszych numerów. Lektura pozwala także w kilku przypadkach skonfrontować ogłoszony w czasopiśmie esej lub fragment prozy danego autora lub autorki z późniejszą wersją książkową (na przykład fragment Srebrzyska Stefana Chwina lub Wrzosowisko Marka Ławrynowicza z późniejszego zbioru Patriotów 41). Omawiana publikacja prezentuje w moim przekonaniu bardzo dobry przekrój, który pozwala zorientować się w profilu czasopisma. A jaki jest ten profil? Skierowany, może wręcz nieco nostalgicznie, w stronę literackiej nowoczesności, a przez to w pewien sposób konserwatywny.

Zbiór warto potraktować jako narzędzie diagnostyczne w dwojakim sensie. Po pierwsze, czy na podstawie prezentowanego wyboru jesteśmy skłonni poświęcić więcej uwagi i czasu "Wyspie"? Po drugie, czy jakikolwiek tekst nas intryguje, odsłoniwszy twórczość postaci mniej znanej lub postawiwszy czyjeś pisanie w nowym świetle? Walory dokumentacyjne - choć ważne - wydają mi się zdecydowanie mniej istotne w aktualnej sytuacji pola literackiego, wypełnionego rozmaitymi propozycjami, wręcz zatłoczonego, a przez to utrudniającego sprawne nawigowanie po swoich meandrach. Antologia "Wyspy". Port pierwszy pozwala nieco lepiej odnaleźć się w tym chaosie.

PROZA OBCA

Najkrótsza wojna w historii wojskowości

Alicja Piechucka

Pierre Lemaitre

Lustro naszych smutków

przeł. z fr. Joanna Polachowska

Warszawa: "Albatros", 2022

447 s. ; 21 cm

Terminem drôle de guerre Francuzi określają to, co działo się w Europie Zachodniej od września 1939 roku do kwietnia roku następnego. "Dziwna wojna", wojna bez wojny, poprzedziła rozpoczętą w maju kampanię francuską, obejmującą między innymi niemieckie uderzenie na Francję przez Ardeny oraz walki pod Sedanem i Dunkierką. 14 czerwca hitlerowcy wkroczyli do Paryża, a trzy dni później marszałek Pétain zaproponował III Rzeszy rozejm, podpisany w Rethondes 22 czerwca.

Kampania zakończyła się ostatecznie 25 czerwca. W maju i czerwcu miał miejsce tak zwany exodus 1940 roku: sześć milionów Francuzów opuściło swe domy, uciekając na południe przed nadciągającą armią niemiecką. Okres od kwietnia do czerwca 1940 roku wybrał francuski pisarz Pierre Lemaitre, tworząc Lustro naszych smutków. Powieść jest ostatnią odsłoną Dzieci katastrofy, "trylogii czasów międzywojnia", której rewelacyjny pierwszy tom, Do zobaczenia w zaświatach, przyniósł autorowi Nagrodę Goncourtów, a także sławę i chwałę o międzynarodowym zasięgu.

"Ta dziwna, do niczego niepodobna wojna", "najkrótsza wojna w historii wojskowości", by posłużyć się określeniami pożyczonymi od samego Lemaitre'a, staje się tłem, na którym rozgrywają się perypetie czworga trzydziestolatków. Są zatem dwaj żołnierze, Gabriel, poważny i prostolinijny nauczyciel matematyki, i Raoul, zawodowy wojskowy i zawodowy oszust, posiadający niewiarygodną i, zważywszy okoliczności historyczne, bezcenną umiejętność przetrwania. Obaj stacjonują w forcie na linii Maginota, która miała chronić Francję w razie powtórki z pierwszej wojny światowej, a którą Niemcy, jak wiadomo, w 1940 roku po prostu obeszli. Jest Désiré, oszust nie tylko profesjonalny, lecz także genialny, który już przed niemiecką agresją świetnie sobie radził w różnych wcieleniach, ale któremu dopiero wojenne realia pozwolą w pełni rozwinąć skrzydła. Jest wreszcie Louise, nauczycielka, którą jedna nieroztropna decyzja zmusi do konfrontacji z własną historią rodzinną. Galerię postaci nawiązujących do najlepszych tradycji powieści łotrzykowskiej uzupełniają pan Jules, paryski restaurator, traktujący Louise jak córkę, oraz kochające się małżeństwo, Alice i strażnik miejski Fernand. Jak łatwo się domyślić, ścieżki bohaterów przetną się za sprawą wojny i exodusu, gdy Gabriel i Raoul zostaną, właściwie niesłusznie, oskarżeni o dezercję, Louise wybierze sobie nie najlepszy moment na odszukanie brata, o którego istnieniu nie miała dotąd pojęcia, a Désiré wykorzysta swe fenomenalne zdolności, by pomagać wewnętrznym i zewnętrznym uchodźcom.

"Historia - znów ta historia!", wykrzykuje w epilogu Lustra naszych smutków Lemaitre. Już Do zobaczenia w zaświatach, olśniewające i bezlitosne rozliczenie z Wielką Wojną i jej pokłosiem, nie pozostawiało wątpliwości, że autor potrafi opowiadać wielką historię i wplecione w nią losy jednostek. Do pewnego stopnia dzieje się tak również w ostatniej części powieściowego tryptyku. Po nieco rozczarowujących i wymuszonych Kolorach ognia, drugiej części Lemaitre'owskiej trylogii, francuski pisarz częściowo odzyskuje formę, choć jednocześnie pozostaje ofiarą własnego sukcesu, wykorzystując sprawdzoną za pierwszym razem formułę i narażając się na nieuniknione porównania. Widać, że pisząc o wojnie, jest znowu w swoim żywiole. Pierwszy tom trylogii był ponadto opowieścią o brawurowym przekręcie; zarówno pierwszy, jak i drugi tom zaludniali też aferzyści z wyższych sfer. W Lustrze... wielkich skandali finansowych nie ma; jest tylko kradzież dużych pieniędzy. Pojawiają się za to dwaj szalbierze, jeden bardziej, drugi mniej wyrafinowany, obaj porażająco skuteczni. W dużej mierze dzięki nim autorowi znów udaje się ani przez chwilę nie znudzić czytelnika. Jak to zwykle u Lemaitre'a, narracja jest zręczna, wartka i filmowa, obfitująca w zwroty akcji, a także z francuska urokliwa i zabawna pomimo powagi podejmowanej tematyki. Laureat najważniejszej frankofońskiej nagrody literackiej tworzy prozę w nieco starym stylu, na który część pisarzy i krytyków kręci dzisiaj nosem. Efektem jest beletrystyka przygodowa i pikarejska, mająca w sobie coś z rozmachu i dbałości o szczegóły charakteryzujących epickie freski, jak Balzakowska Komedia ludzka czy Nędznicy Victora Hugo, przywołani na kartach Lustra... kilkakrotnie.

Lustro naszych smutków jest powieścią dobrą, wdzięczniejszą niż Kolory ognia, ale pozbawioną artystycznej i etycznej głębi Do zobaczenia w zaświatach. Tam Lemaitre był moralistą, raz bezpardonowym i przejmującym, innym razem ciepłym i dowcipnym, ale zawsze sprawiedliwym. W poruszający sposób ukazywał ludzi wciągniętych w tryby historii i z chirurgiczną precyzją punktował rządzące nią prawa. W utworze stanowiącym kodę trylogii, historii jest pozornie bardzo dużo, ale tak naprawdę stanowi ona raczej sprawnie namalowane tło i motor akcji niż przedmiot zasadniczych rozważań. Lustro... to zbiór scenek rozgrywających się w przełomowym momencie dziejowym, w wielu przypadkach świetnie skonstruowanych, ale jednak tylko scenek. Czekając na trzecią część Dzieci katastrofy, spodziewałam się, że Lemaitre zmierzy się w niej z czarną kartą francuskiej przeszłości: z okupacją, kolaboracją, rządem Vichy i współodpowiedzialnością swoich rodaków za Holokaust. Wybór przedziału czasowego pozwolił mu uniknąć konfrontacji z tą problematyką. Powieść historyczna to oczywiście nie podręcznik historii, a autor ma carte blanche, jeśli chodzi o selekcję materiału. Nie zmienia to faktu, że skupiając się na kampanii francuskiej i exodusie, Lemaitre z jednej strony w jakimś sensie ułatwił sobie zadanie, a z drugiej ukazał swój naród w lepszym świetle, niż na to zasługuje. W rezultacie otrzymujemy obraz, na który składają się dzielni, choć źle dowodzeni żołnierze i umęczeni uchodźcy. O Pétainie wspomina się tu jakby mimochodem, a o kolaborantach siłą rzeczy wcale, bo opowieść w zasadzie urywa się w czerwcu 1940 roku. Analiza mechanizmów polityczno-społecznych ogranicza się właściwie do komicznych partii poświęconych temu, co Désiré wyprawia w Ministerstwie Informacji, które - w trosce o morale wojska i społeczeństwa w obliczu nieuniknionej francuskiej klęski - zajmuje się tak naprawdę dezinformacją i propagandą.

Siłą Lustra naszych smutków są postaci: bardziej ludzkie niż bohaterowie Kolorów ognia i może nawet pod pewnymi względami ciekawsze niż protagoniści Do zobaczenia w zaświatach. Idę o zakład, że powieść doczeka się ekranizacji, podobnie jak dwa pierwsze tomy Dzieci katastrofy. Rola Désirégo - błyskotliwego i złotoustego kameleona, charyzmatycznego artysty bez dzieła - będzie polem do popisu dla któregoś z obdarzonych galijskim charme'em aktorów znad Sekwany. Interesującą osobowością jest również Raoul, człowiek dziwny, dobry-zły, brutalny i bezwzględny, gdy chodzi o - drobne w sumie - szwindle, ale jednocześnie niezwykle odważny i lojalny w sytuacjach ekstremalnych. Ujmujący są też pan Jules i Fernand, ciepli, zacni i zdolni do romantycznych uczuć. Bohaterek w powieści nie brakuje, ale potwierdzają stawianą przeze mnie już wcześniej tezę, że tworzenie postaci kobiecych nie jest mocną stroną Lemaitre'a. Było i jest nią natomiast ukazywanie wagi relacji międzyludzkich i braterstwa. Polski przekład Lustra naszych smutków ukazał się w roku, w którym za naszą granicą wybuchła wojna równie bestialska jak ta z 1939 roku, zmuszając miliony przerażonych ludzi do szukania schronienia z dala od własnych domów. Wartości, o których przypomina Lemaitre, są aktualne do bólu.

nr 9/1239

MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

ZESPÓŁ:

Grzegorz Filip redaktor naczelny

Anna Stypułkowska sekretarz redakcji

Małgorzata Borczak,

Juliusz Gałkowski,

Tomasz Kłusek, Mikołaj Rajkowski

Andrzej Skalimowski,

Maria Sokołowska,

Piotr Szewc

Teresa Kurek oprac. techniczne

Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat

PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski

ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel

KOREKTA: Bogna Piotrowska

ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5

tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl

WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6

Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34

NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca, w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.

CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość)- 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.

WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ

KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2022

kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN

"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając

(na dowolny okres) na konto wydawcy

Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków

Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ

? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW

WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ

Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:

Prenumerata krajowa:

Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.

www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:

Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl

e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl

Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie, przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.