Nowe Książki 9/2021 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

8.00 zł
6.64 zł (6,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Utrwalam to, co dzieje się teraz

Z Wojciechem Chmielewskim rozmawia Jakub Beczek

Jesteś postrzegany jako bardzo warszawski pisarz. Akcję swoich utworów najczęściej umieszczasz w stolicy. Tymczasem w najnowszej książce bohater opuszcza miasto, by podziwiać urodę jeziora Dargin. Jak to się stało, że nagle porzuciłeś Warszawę dla Mazur?

Zawsze byłem związany z Mazurami. Jako dziecko jeździłem tam z rodzicami, później pod namiot w czasach studenckich. Wspominam szczególny klimat tych miejsc. Bywałem w różnych stronach, nie tylko nad jeziorem Dargin. Po latach zacząłem zastanawiać się nad tym, co ta przestrzeń dla mnie oznacza. Czułem, że w jakimś sensie jest ważna, ale próbowałem drążyć głębiej. Do tego dochodziły moje późniejsze lektury na temat Mazur. Myślę tu na przykład o cyklu opowiadań mazurskich Kazimierza Orłosia z Dziewczyną z ganku na czele. Pamiętam, że w latach dziewięćdziesiątych były drukowane w "Gazecie Polskiej", a ja wycinałem je i zbierałem. Poznałem też świetne pisarstwo Erwina Kruka, jego Kronikę z Mazur - trudne pisanie, ale niezwykłe, bardzo inspirujące, a przede wszystkim traktujące czytelnika z szacunkiem, powagą. Potem odkryłem książki Ernsta Wiecherta - Proste życie, Lasy i ludzie, a przede wszystkim Dzieci Jerominów, chyba najlepszy opis mazurskiego losu i ludzi tam żyjących przed drugą wojną. Wtedy dowiedziałem się więcej o historii tych terenów, ale z takiej ludzkiej perspektywy, bo historię polityczną, z racji historycznego wykształcenia, znałem trochę wcześniej.

Mazury jako pogranicze kulturowe?

Bardziej przyroda mazurska. Nie spotykałem się tam z Mazurami, tzn. z rodowitymi mieszkańcami i ich historią, bo już ich tam wtedy nie było, albo zostały niedobitki. Polska Ludowa dokonała czegoś, co nie udało się Bismarckowi ani nazistom. Fascynowała mnie za to natura, jedyny w swoim rodzaju pejzaż mazurski: wielkie jezioro otoczone lasami albo aleje drzew. Na mnie, wychowanym w betonowej dzielnicy Za Żelazną Bramą, bardzo to działało. Poczułem jakąś duchowość tego miejsca. Wydawało mi się, że Mazury będą dobrym kontrapunktem dla historii, która rozgrywa się w mieście, bo przecież w Jeziorze Dargin intryga jest warszawska i rozwija się na planie kilku ulic, dość szarych i zgiełkliwych - dla Warszawy bardzo charakterystycznych: plac Zawiszy, Grójecka, Niemcewicza, Srebrna, Towarowa. To nie są malownicze okolice, a wręcz przeciwnie. Doszedłem do wniosku, że bez tego kontrapunktu historia, którą opowiadam, okaże się zbyt ciężka, przytłaczająca. Do tego jeszcze szpitale, umieranie. Pomyślałem, że Mazury będą innym światem, trochę takim oknem, przez które z oddalenia można spojrzeć na Warszawę.

Ten zabieg - zderzenia centrum i peryferii, miejskiego zgiełku i chaosu z odległą oazą spokoju - nieraz pojawiał się w twoich książkach. W debiutanckiej powieści Kawa u Doroty takim miejscem była beskidzka Cicha Dolina. Tutaj jednak wyjazd bohatera z Warszawy ma chyba nieco inny cel. Jaki?

Mój bohater wyjeżdża tuż po pogrzebie przyjaciela. Ta śmierć była dla niego szokiem. Chce uciec od tego, co go przeraziło. Żeby opanować trwogę, pakuje rzeczy do samochodu i wyjeżdża. Nie wie, ani dokąd ma jechać, ani na jak długo. Po prostu chce uspokoić myśli.

Dopadła go fuga?

Coś w tym rodzaju. I gdy bohater już te myśli uspokaja, przychodzi refleksja, że miał kogoś bliskiego, przyjaciela - że mimo różnic trzymali się razem. Próbuje zrozumieć, kim ten przyjaciel dla niego był, jaką w jego życiu odgrywał rolę. Poza tym stara się również odkryć swoją drogę - kim tak naprawdę jest, jaki sens ma to, co mu się wciąż przytrafia.

Warszawa "zagrała" więc nieco inaczej, stała się bardziej oddalona. Z drugiej strony pojawia się w licznych reminiscencjach, a zwłaszcza w końcowej, bardzo ważnej scenie powrotu. Czym dla człowieka jest dystans wobec znanej przestrzeni i codziennej rutyny?

Mój bohater jest osobą miejską. Całe życie osobiste i zawodowe związał z Warszawą. A jednak miasto ma dwie twarze: fascynuje i jednocześnie przytłacza. Warszawa potrafi być i przyciągająca, i trucicielska. Są momenty, gdy chce się od niej uciec, żeby coś więcej zrozumieć. Bohater zbyt intensywnie żył miastem, zbyt intensywnie żył swoim życiem, za bardzo koncentrował się na sobie.

Zaczął wyhamowywać w scenerii dość przejmującej - na szpitalnych korytarzach, pośród łóżek i wenflonów...

On w tym wszystkim dość intensywnie uczestniczył, więc można powiedzieć, że teraz chce to z siebie otrząsnąć, spłukać w czystych wodach jeziora.

Ucieka od śmierci.

Śmierć go przeraża jako coś irracjonalnego. Ma przecież swoje bardzo poukładane życie. Takie egoistyczne i fikcyjne. Jest estetą, korzysta z kultury wysokiej. Czyta poetów niemieckich, interesuje się romantyzmem, słucha jazzu, zdrowo się odżywia. Śmierć przyjaciela była wyłomem w jego szklanej kuli, którą sam siebie obudował. Bo oto nagle musi zmierzyć się z korytarzem szpitala na Banacha.

Skoro jednak namiętnie czyta niemieckich romantyków, to przynajmniej teoretycznie powinien być ze śmiercią oswojony.

Ale u nich śmierć jest uduchowiona, piękna, czasem nawet heroiczna, a jego przeraża śmierć szpitalna, fizjologiczna.

Czy on w ogóle jest w stanie się zmienić?

Myślę, że podczas pobytu nad jeziorem formułuje pewne wnioski. Ta podróż i pobyt "tam" czegoś go uczą. Może nie wraca zupełnie odmieniony, ale przyjeżdża z jakąś odpowiedzią. Dlatego potrafi zmierzyć się z tym, co czeka go w Warszawie. Okazuje się, że ta podróż jest jednak pełna sensu.

Czy w związku z tym nie nawiązujesz do nieco już zapomnianego gatunku powieści edukacyjnej? Cała ta wyprawa głównego bohatera, motyw drogi, dojrzewanie, próba zrozumienia sytuacji, w jakiej się znalazł... Nawet jego przyjaciel to trochę taki mistrz, którego stara się "pokonać".

Przyznam, że nie miałem takiego zamiaru. Zresztą moi bohaterowie są w takim wieku, że edukacja w rozumieniu Schillera czy Goethego nie wchodzi już w grę. Można raczej mówić o późnym dojrzewaniu.

A ilu w rzeczywistości jest tych bohaterów? Bo z początku myślałem, że pojawiająca się w książce postać, nazywana konsekwentnie "mój przyjaciel", to po prostu cień głównego bohatera, jego lustrzane odbicie, jakiś zbiór lęków i obsesji. Do tej pory twoi bohaterowie byli raczej ludźmi z krwi i kości, tutaj jest inaczej. Ten "przyjaciel" jest w całości opowiadany, nieżywy. Skąd taki pomysł?

Wydaje mi się, że moja powieść ma dwóch bohaterów - tego, który jedzie, i tego, który został. Opowiadam też o tym drugim. Informuję, że miał żonę, dzieci, pokazuję różne etapy jego kariery zawodowej. To jest historia ich znajomości, przyjaźni. A, jak pisali romantycy, przyjaźń jest nawet wyższym uczuciem niż miłość.

Pamiętam, jak w Kawie u Doroty jedna z bohaterek stosuje w liście zwrot "Kochany Przyjacielu". Nie wnikając w to, co tam było dalej, wydało mi się to sformułowanie takie niedzisiejsze, a jednocześnie dziwnie piękne.

Bo chyba w ogóle przyjaźń, taka z ducha romantyczna, jest czymś pięknym, a na pewno wartym opisania.

PROZA POLSKA

Pusta rewolucja

Dariusz Pachocki

Olga Hund

Łyski liczą do trzech

Wołowiec: "Czarne", 2021

179 s. ; 20 cm

Olga Hund w książce Łyski liczą do trzech podjęła się analizy ważnego i nośnego problemu społecznej niesprawiedliwości. Już sam fakt, że się z tym zagadnieniem zmierzyła, zasługuje na uznanie. Inna sprawa to realizacja, która budzi ambiwalentne odczucia. Ad rem.

Historia osnuta jest wokół zdarzenia, które miało miejsce w jednym z czeskich miasteczek. Policjant - trudno powiedzieć: z nudów czy z głupoty - strzela do kryjącego się w krzakach bezdomnego psa. Pudłuje. Kula trafia w dziecko, które chwilę później umiera: "Gruchot, który wydało chude ośmioletnie ciało chłopca w zderzeniu z ziemią, był nieoczekiwanie wielki, absurdalnie głośny. Brzmiał jak odgłos nielegalnego wyrębu wielkich, starych dębów, pustych w środku". Dziecko było częścią społeczności Caaaków. Stanowią oni największą mniejszość narodową żyjącą w Czechach, od których odróżnia ich jedynie nieco ciemniejsza skóra i trzecie oko na czole. Zaopatrując Caaaków w ten dodatkowy atrybut, autorka książki uruchomiła dobrze już w literaturze znany motyw zderzenia z "innym". Do nakręcenia spirali wypadków potrzebne było jeszcze jedno: tchórzliwa reakcja służb, które postanowiły sprawę zatuszować, a policjanta, który strzelił, wysłać (pod zmienionym nazwiskiem) do sanatorium.

Autorka już na samym początku przygotowuje czytelnika na określoną sekwencję zdarzeń. Dynamizuje czytelnicze zmysły, katalizuje nieprzypadkowy zespół doznań, gra na precyzyjnie wypreparowanych rejestrach. Wszystko po to, by nie doszło do nieporozumienia polegającego na rozminięciu się recepcji z przyjętymi założeniami. Pożądane jest współczucie, niedowierzanie, złość, bezsilność, działanie. Ten przypadkowy cykl sam ułoży się we właściwym porządku. Warto także zauważyć, że narracja prowadzona jest dość apodyktycznie w jednym kierunku. Podejmujący lekturę ma się tej marszrucie poddać - inaczej uruchomią się przygotowane na taką okoliczność alarmy etycznego dyskomfortu. Rozumiem cel, jednak ten sposób preparowania wirtualnego czytelnika budzi mój wewnętrzny sprzeciw.

Rzućmy okiem na frazy, które w odpowiedni sposób ustawiają czytelnika pod zakładaną lekcję lektury. Przede wszystkim mam tu na myśli konsekwentne budowanie opozycji: Caaakowie - system, na który składa się wiele elementów: władze, policja, dziennikarze, różnego typu organizacje, no i wreszcie Czesi, dla których Caaakowie to wcielone zło. Organizacje pomocowe obowiązkowo wpisują sobie w statut okrągłe formułki "o podejmowaniu działań na rzecz integracji Caaaków i Czechów", a przy różnych okazjach "lubią o sobie mówić, że bronią interesów Caaaków". Tego typu słowa, krok po kroku, budują u czytelnika poczucie nieufności wobec wszystkiego, co w książce systemowe. Autorka pokazuje niesprawiedliwość i pogardę, której Caaakowie doświadczają, przerysowując głupotę lub niechęć urzędników i dziennikarzy. Opowieść o uciskanej mniejszości ma mieć wymiar uniwersalny, dlatego Hund posłużyła się wymyśloną nazwą, choć nietrudno domyślić się kto był pierwowzorem Caaaków. Autorka stara się burzyć wyobrażenia na temat narodu, który budzi określony zespół - niezbyt pozytywnych - skojarzeń. Jednak głównym jej celem jest pokazanie, że Caaakowie nie są sklejeni z dymu i mgły i powinni być traktowani jak równoprawni obywatele kraju, który zamieszkują. Olga Hund chciała zapewne, byśmy nie mieli wątpliwości, co do wydźwięku jej wypowiedzi, więc do granic możliwości wyostrzyła obraz niekompetencji i głupoty żołnierzy systemu oraz bezsilności uciśnionych. W takich sytuacjach - kiedy autor stawia zbyt wiele kropek nad i oraz zaczyna myśleć za czytelnika - istnieje niebezpieczeństwo przekroczenia delikatnej granicy.

Mam wrażenie, że tak się właśnie stało w omawianym przypadku. Przerysowano przerysowanie. W efekcie czytelnik siłowo wybijany jest z konwencji, którą rozpoznał i przyjął. Autorka straciła chyba wiarę w odbiorcę, którego może razić natarczywy sposób ubierania świata przedstawionego w czarno-białe szaty. Taki model narracji może przynieść skutki w postaci zapętlenia się i pogubienia we własnej narracji. Za ilustrację niech posłużą fragmenty, które miały za zadanie usprawiedliwić zachowanie Caaaków, wyjaśnić ich niechęć do integrowania się z krajem i autochtonami czy kontestowanie regulacji prawnych. Wszystko to ma być rodzajem buntu, celowego, systemowego działania, które ma zwrócić uwagę na problem i - jak mówi jedna z bohaterek - "nie będzie żadnych kompromisów". Taki sposób funkcjonowania będzie kontynuowany, dopóki "nie zaczniecie traktować nas jak pełnoprawnych obywateli tego kraju, dopóki nie wyrównacie nam szans". Póki to się nie stanie, "będziemy was łupić, gnębić, rozbijać wasze szklane sumienia, podlewać wrzątkiem wasze kwiaty. Będziemy wam na złość nosić długie spódnice, niemodne złoto i będziemy wam skłotować pustostany". Podejrzewam, że niepowodzeniem skończy się próba przekonania czytelnika do tego, że cały folklor Caaaków i ich sposób życia w obcym kraju jest - w prostej linii - reakcją na doświadczaną przez nich niesprawiedliwość. Jest to raczej zasłona dymna skrywająca caaakańskie niedostatki, wśród których są niechęć do dawania, a chęć do otrzymywania.

Autorka zagrała tu va banque. Jednak nie obawiała się tego, że będzie musiała odpowiadać na pytanie: a co się stanie, jeśli Caaakowie zaczną być traktowani właściwie? Autorka bezpiecznie ukryła się za kordonem fabularnych potencjałów, które nie przewidują takiej wersji zdarzeń. Hund chyba zdaje sobie sprawę z tego pęknięcia, gdyż po caaakańskiej rewolucji członkowie tej społeczności dostali możliwość funkcjonowania na równych prawach, mogli być nawet wybierani do Rady Miasta. Jednak nie wiemy, czy z tych demokratycznych zdobyczy skorzystali. Sądzę, że nie jest to przeoczenie, a naturalna konsekwencja przyjętych wcześniej założeń. Tego typu rozwiązania formalne budzą irytację. Rzecz w tym, że w książce Hund znajdziemy passusy, które doskonale ilustrują jej niewątpliwy dar opowiadania historii, poczucie humoru i literacki słuch.

Jednak wszystko to zostało złożone na ołtarzu sprawy. Autorka zatraciła się przy kreśleniu linii demarkacyjnej między dobrymi i złymi. Podjęty temat niewątpliwie jest istotny, a kompetencje pisarki więcej niż wystarczające, by stworzyć narrację, która nie wyrzuca czytelnika poza nawias, przymuszając do przyjęcia gotowych, jedynie słusznych rozwiązań. Piszę to z żalem, bo mogła to być zupełnie inna książka.

Klasztor i zło

Grzegorz Filip

Marcin Cielecki

Archipelag Lewiatana

Pruszków: "JanKa", 2020

399 s. ; 21 cm

Jak połączyć intrygę kryminalną z opowieścią o życiu klasztornym oraz dyskusją na temat dobra i zła? Powie ktoś, że to już było, taką powieść napisał Umberto Eco. Archipelag Lewiatana przynosi jednak całkiem inną historię.

Bartek, młody mieszkaniec blokowiska, główny bohater powieści Marcina Cieleckiego, zabija człowieka o pseudonimie Czort, którego wcześniej bezskutecznie oskarżał o gwałt na mieszkającej w sąsiedztwie dziewczynie, i chroni się w klasztorze przed karą. "Nie może nosić maski diabła, jeśli nie zrobił nic złego. Zabicie mężczyzny w piwnicy nie było zbrodnią. Było wyręczeniem Boga, który pozostał głuchy, słaby, nieobecny. Nie poczytuj mi, Panie, grzechu, albowiem nie mam go w sobie. Dusza moja nie jest winna krwi przelanej. To nie był człowiek, to była choroba i należało ją usunąć". W ten sposób, stylizując się na psalmistę, Bartek będzie myślał przez cały okres zamknięcia w klauzurowym klasztorze karmelitanek, położonym gdzieś na Warmii. Upozowany na doktoranta piszącego pracę o utopii, pozna życie zakonne, uczestnicząc biernie w codziennych mszach. Doceni przyrodnicze piękno okolicy, ze spotykanym podczas posiłków księdzem Henrykiem i szykującą się do wstąpienia w progi zakonu Agnieszką podyskutuje o Bogu i utopiach (Bartek dowodzi, że klasztor jest utopią. Ksiądz Henryk ripostuje, że chrześcijaństwo to potwarz dla utopii), o chrześcijaństwie i sprawach wiary. Wysłucha przejmującej opowieści osamotnionej matki dwóch zakonnic, będzie szpiegować Agnieszkę podczas jej tajemniczych wypraw do lasu i nad jezioro, wespół z księdzem uratuje życie staremu człowiekowi, innego za to pobije w pobliskim miasteczku.

Ksiądz Henryk (to on pełni w powieści rolę śledczego) zachodzi w głowę, dlaczego Bóg dał mu do pomocy takiego człowieka. "Dlaczego to ty tu siedziałeś? Doktorant piszący swoje dzieło życia (...). Nieprzystępujący do komunii. Żyjący tu ewidentnie na krzywy ryj. (...) Życie religijne w ogóle cię nie obchodzi. Ty po prostu zabrałeś komuś miejsce, komuś potrzebującemu tej ciszy, milczenia i samotności. (...) Jest w tobie jakiś fałsz (...). Powiedz, co ty takiego zrobiłeś, że tu jesteś?".

Całe otoczenie sprzyja duchowej przemianie bohatera: atmosfera klasztoru, studiowanie (bo nie modlitwa) brewiarza, lektura dziennika Herlinga-Grudzińskiego, czas, który zdecydowanie zwolnił, ćwiczenia wschodnich sztuk walki, głębokie rozmowy z księdzem i Agnieszką. Autor stawia na drodze Bartka dwoje nieprzeciętnych ludzi, każde z własnym problemem, a Bartek z kolei, wbrew woli, mimo obaw, wchodzi z obojgiem w silne relacje.

Występują też jednak okoliczności niesprzyjające duchowemu oczyszczeniu: izolacja, do której człowiek żyjący na wolności nie jest przyzwyczajony, walka z męczącymi urojeniami, napady lęku, wyobraźnia każąca raz widzieć w sobie Bożego mściciela, innym razem wyolbrzymiająca pająki na ścianie. Przeszkodą jest osaczenie przez współmieszkańców, chcących wiedzieć, skąd przybywa i jaką nosi w sobie tajemnicę, wreszcie świat zewnętrzny, który wytropi mordercę i upomni się o zadośćuczynienie. Znamienne również, że gdy Bartka dosięgnie ręka sprawiedliwości, to zaraz się cofnie. Czy widząc się poza prawem, można podlegać naciskom sumienia? Być może tak, ale to nie ten przypadek. Bohater nie ma wyrzutów sumienia, dręczy go tylko strach przed karą i niepewność, czy dobrze zatarł ślady.

Czytelnik stopniowo rekonstruuje motywy zbrodni, poznaje motywacje bohatera, świat jego wartości, wypełniający go bez reszty grzech pychy, z którym Bartek nie ma zamiaru walczyć. Archipelag Lewiatana to niby-kryminał, w którym nie chodzi o rozwiązanie zagadki morderstwa, lecz o pokazanie jego psychologicznych, duchowych, moralnych konsekwencji. Książka niepokojąca, oparta na schemacie konstrukcyjnym brewiarza, w której z fragmentami sensacyjnymi sąsiadują partie eseistyczne. Lekturze towarzyszy przygnębiające wrażenie, że jesteśmy po stronie przestępcy, a bronimy go przed sprawiedliwością nie tylko my, lecz także mury klasztoru i sam Bóg. Mimo to powieść nie jest szyderstwem z Bożej sprawiedliwości. W czasach, gdy uznani pisarze prowadzą dyskusję na temat wiary i Kościoła na poziomie Smarzowskiego czy kabaretu Neo-Nówka, Cielecki podejmuje szereg istotnych kwestii, angażując bohaterów książki w dyskusje o zwątpieniu, samobójstwach księży czy klękaniu do modlitwy. Ta książka to jeszcze jeden sygnał świadczący o tym, jak potrzebne jest przewartościowanie zastałych, aprobowanych konformistycznie hierarchii literackich.

Jest to powieść o kłamstwie, na którym zostają oparte wszystkie relacje, w jakie wchodzi bohater, łącznie z relacją ze sobą samym. A także opowieść o tym, jak bardzo nieoczywiste i perwersyjne potrafi być zło. Oto bowiem o ile nie widać przemiany w samym bohaterze, o tyle zarówno ksiądz Henryk, jak i Agnieszka taką przemianę przechodzą.

Udany debiut prozatorski olsztyńskiego eseisty i poety. Mankamentów dzieła nie ma sensu w tej chwili wyliczać. Poczekajmy na drugą powieść autora.

DRAMAT

Wolność zamknięta - w teatrze

Artur Grabowski

Samuel Beckett

Eleutheria

przeł. z ang. i oprac. Antoni Libera

Warszawa: Państ. Instytut Wydawniczy, 2021

211 s. ; 20 cm

Kiedy pierwotny utwór Wielkiego Autora wreszcie objawił się jego admiratorom, ci dostrzegli w nim przede wszystkim iskierki, które zapłonęły w kolejnych utworach, niczym wpisane w wersety Pisma zapowiedzi przyjścia Tego, który przyjść musiał. Gdyby jednak uznać, że ten pierwszy akt twórczy miał być jednak od początku aktem ostatnim, to moglibyśmy w Eleutherii dostrzec nie zaczyn, lecz spełnienie - procesu dłuższego niż doczesna aktywność Dramaturga.

Procesu uruchomionego dziełem, w którym wyraziście rudymentarne elementy jego ascetycznych dramatów komponują się finalnie (koliście) w strukturę bogatą i różnorodną, a jednak niezwykle spójną wewnętrznie i koncepcyjnie dopracowaną, a zarazem nie tak hermetyczną jak jego dzieła (działania) pośrednie, bo wpisaną w żywą tkankę społeczną (obyczaje), historię (czas powojenny) i samą materię teatru, tyleż współczesnego autorowi (mieszczańskiego), co zarazem historycznego (gatunki) i teoretycznego (konwencja sceniczna). Jednym słowem: bez znajomości późniejszych, znacznie bardziej niekonwencjonalnych, ale właśnie dzięki temu bardziej wyrazistych dramatów, nie umielibyśmy właściwie odczytać tego pierwszego. Gdyby zatem Beckett faktycznie zaczął się od tej sztuki, to pozostałby autorem źle odczytanym. Na szczęście zrozumiał to w porę i... uciekł do przodu, popełniając literackie samobójstwo. Rzecz jasna po to, aby odrodzić się we właściwej sobie postaci. Podobnie przecież postępuje główna postać sztuki - wycofuje się z życia, stając się dla tych, których na to nie stać, przedmiotem swoistej adoracji.

Tytuł sztuki "Eleutheria" znaczy po grecku "wolność", ale chodzi tu nie tyle o pewien stan czy sposób bycia, ile o wcieloną ideę, alegorię; coś jak Statua Wolności - bóstwo, ideał, idol. Wolność rozumiana w kategoriach politycznych też by się w tym mieściła, bo w sztuce toczą się polityczne spory, typowe dla naszej epoki. Eleutheria jest oczywiście kobietą, bo to również imię do dziś nadawane greczynkom. Adorują ją przeto (jawnie) mężczyźni - jako boginię Wszechpotencji, ale i kobiety (co mniej oczywiste) czczą w niej swoje pragnienie - Niekonieczność. Jedni i drugie ślą ku Wolności suplikacje, rzecz jasna daremnie, bo człowieczy kult wolności to nic innego jak codzienne świętowanie niewoli w postaci praktycznego egzystowania - tyleż w ciele własnym, co w organizmie gromadnym. Dokładnie tak postępuje paryska burżuazja, na której obyczaje satyrą byłaby ta historia, gdyby ją czytać dydaktycznie. Bohaterem, a właściwie antybohaterem, bo bynajmniej nie protagonistą, lecz zaledwie centrum uwagi wszystkich postaci, jest tu niejaki Wiktor (jakież inne imię mógłby mu nadać ironiczny demiurg?), dorosły chłopiec z dobrego domu, egzystencjalistycznie (jesteśmy w apogeum filozoficznej epoki) zbuntowany, żerujący wszakże na rodzinnym majątku i hamletyzujący sobie, może nie beztrosko, ale na pewno bez trudu, w paryskiej mansardzie. Tego jednakże dowiemy się dopiero w drugim akcie, bo w pierwszym tylko podglądamy jego prawie pustą celę, gdyż dominuje ona na scenie (jak w didaskaliach zaznacza autor) nad zatłoczonym meblami salonikiem rodzinnego apartamentu.

Ta gra z perspektywą widzenia jest oczywiście sposobem na sterowanie uwagą patrzących. Nękanie gapiącej się widowni za chwilę wywoła skutek (żelazna konsekwencja dramaturgii) praktyczny: wejście Widza na scenę w celu przejęcia kontroli nad spektaklem. Taki rozwój wypadków (z fikcji) sugerują już dwuznaczne wypowiedzi Ojca z pierwszego aktu (postaci nieco odstającej od paryskiej socjety, bo obdarzonej brytyjskim poczuciem humoru), dzięki czemu właściwa akcja dramatu rozwija się na oczach widzów raczej jako metamorfoza teatralnej konwencji niż jako wydarzenia w realnym świecie. W błyskotliwych konwersacjach charakterów komedii kwestie autoteliczne padać będą nierzadko, żeby punktować newralgiczne momenty przebiegu kompozycji akordem dysharmonicznym, zwolna zmierzając do objawienia się teatralności towarzyskiej gry. Ten typowo awangardowy gest (rozwijany przez samego Becketta w kolejnych sztukach) - konkretyzacji rzeczywistości teatru na oczach publiczności kosztem znakowego odsyłania tejże do "życiowego" doświadczenia - zarazem obnaża (i oskarża) konwencjonalność (czyli konformizm) międzyludzkich rozgrywek, na których ufundowana jest (być może nieuchronnie) każda społeczność. Aliści co do statusu przedstawianego nam świata mamy pozostać do końca niepewni, podobnie jak nie wiadomo, z którym bohaterem należałoby się utożsamić, a który zasługuje na nasz drwiący dystans lub litościwy cudzysłów. Autor ruchem szachowych figur przeskakuje od klasycznej piece bien fait do farsy, od psychologiczno-filozoficznej dramy egzystencjalnej do groteski niemal dadaistycznej, od protoabsurdystycznych alegorii do post-Pirandellowskich zabaw z metateatralnością. My, widzowie, mamy bowiem doświadczyć całego teatru, totalnej teatralności. Wszystko tu będzie ambiwalentne i niewiarygodne: a to kusząco zabawne, a to łzawo nieznośne, wreszcie absurdalne, a na koniec przynudzające, więc ostatecznie... wyzwalające z teatru. Tylko czy na pewno, skoro wszyscy wrócimy do życia w niewoli międzyludzkiego gospodarstwa?

Wszystkie postacie sztuki powiązane są ze sobą rodzinnie lub towarzysko. Również wciągnięci w spektakl widzowie to przecież ta sama klasa średnia, która pałęta się po scenie, z aktorami włącznie. Nic więc dziwnego, że wszyscy wzajem się w sobie przeglądają i tej gry odbić przed sobą nie kryją. Wyjątkiem jest Szklarz, który wraz z synem pojawia się deus ex machina na początku drugiego aktu, kiedy Wiktor rzuca butem w okno, bo próbuje "coś rozwalić" i "coś stracić", na modłę wszystkich rewolucjonistów. Rzemieślnik zostaje z nami do końca, wyraźnie nie przystając do reszty towarzystwa, ani społecznie, ani teatralnie, ostentacyjnie manifestując swój sceniczny i życiowy dystans do scenariusza wydarzeń. Po francusku "szklarz" to "vitrier", czyli "okniarz", ale może być też "glacier", czyli "lustrzarz"; to pierwsze słowo sugeruje "vitrine", czyli "okno wystawowe", zaś to drugie kojarzy się fonetycznie z "glacier", czyli "lodowiec". W sumie zatem chodzi o kogoś, kto świadom jest teatralności (wystawienia) całej sytuacji, bo stoi niejako w oknie, nieustająco zagląda z zewnątrz (zamiast naprawić okno zostawia szybę stłuczoną) i zimno komentuje całą sytuację. W rzeczywistości społecznej natomiast jest robotnikiem, a więc kimś świadomym pańskich "gierek", pochodzących zapewne, w jego mniemaniu, z nudy. Szklarz stanowi parę (typową dla późniejszych dramatów Becketta) ze swoim nieco osiłkowatym synem Michałem, który robi za pomagiera, czasem więc mu się obrywa od ojca-szefa, ale w sumie chłopak z niego dobry, właśnie dzięki swojej prostocie, więc mu tata nie odmawia miłości. Michał jest kimś w rodzaju anioła wobec boga-ojca. Nieświęta to wszakże "boskość", lecz demiurgiczna potencja zaledwie, gdyż kreacyjna moc Szklarza ogranicza się do quasi-reżyserskiego rzemiosła, a nawet jedynie do kontrolowania i komentowania spektaklu, który dzieje się co prawda w jego przytomności, ale przecież nie z jego woli.

O jaką wolność zatem gra się toczy? O wolność czyją? O wolność od czego, do czego? Na pierwszy rzut ucha, bo wnioskując z warstwy dialogowej, chodzi o uwolnienie się Wiktora od rodzinnego domu, od rodzinnych uwikłań i w ogóle od społeczeństwa, czyli od ludzi grających nieustannie swoje role w bulwarowych sztuczydłach. Wiktor jednakowoż postacią tragiczną nie jest; osobnik to raczej żałosny, a niechby i godny politowania. Młodzieniec sam nie wie, czego chce i ku czemu zmierza, a my nie rozumiemy, co też mu tak bardzo doskwiera, jeśli narzeczoną ma urodziwą i przychylną, a i jego starzy nie są gorsi od przeciętnych zgredów. Zaprawdę trudno go polubić, nawet gdyby wyznawało się (a kto nie wyznawał w młodości!) podobny kult swobody i ogólnego "Dajcie mi wszyscy święty spokój". Wiktor ostatecznie przegra, straci nawet swoją życiową szansę na piękną klęskę, żeby w scenie finałowej przemienić się w typową postać Beckettowską, czyli w kalekiego, bezdomnego samotnika na wygnaniu - kładzie się wzdłuż rampy "odwrócony chudymi plecami do ludzkości". W pewnym sensie autor (a, kto wie, czy Wiktor nie jest porte parole Samuela) prezentuje nam tutaj narodziny swojej ulubionej postaci; narodziny z łona rodziny i z teatru społeczeństwa na jałową ziemię współczesnej alienacji - którą my, homo sapiens zachodniej kultury, w toku naszej ewolucji nieopatrznie braliśmy za wolność.

Kiedy jednak, zamiast podążać za dialogiem, rzucimy okiem (tym razem) na scenę, to zobaczymy właśnie... scenę jak na dłoni. Widzimy bowiem przez całe dwa akty dwie przestrzenie jednocześnie: pokój Wiktora i salon w domu jego rodziców; przestrzenie "mimetycznie", położone w różnych częściach miasta, "faktycznie" zaś przylegające do siebie, a nawet przenikające się bezgranicznie. Słuchając ożywionego dialogu w salonie, musimy zmuszać się do odwracania wzroku od wypełnionego milczeniem i bezcelowym ruchem pokoju Wiktora. Trudno się zatem dziwić, że w końcu Widz, mieniący się przedstawicielem obywateli demokratycznej wspólnoty, domaga się percepcyjnego komfortu, należnej mu rozrywki oraz oczekiwanej od sponsorowanych artystów jasności przekazu. Widz wie, że ma władzę nad teatrem (mieszczański teatr jest dla widza), przeto szybko przejmuje nad nim kontrolę. Odbywa się przesłuchanie rebelianta (a mamy rok 1947) z torturami włącznie, aby zmusić go do wyjawienia tajemnicy - treści pragnienia ukrywającego się pod imieniem Eleutherii. I buntownik się załamuje, gdyż "boi się bólu". Bo jednak zwyczajny z niego człowiek? Bo heroizm to fantazmat? Bo do bohaterstwa nie wolno zmuszać? Tajemniczej treści alegorii Wolności nie poznamy nigdy, nie pozna jej sam przegrany Zwycięzca. Egzystencjalny ból polega bowiem na tym, że nawet gdyby udało nam się wolność osiągnąć, to nie wiedzielibyśmy, co z nią począć. Bo czy człowiek jest gotowy na to, co majaczy mu na horyzoncie myśli, kiedy nachodzi go pragnienie ucieczki z teatru międzyludzkich ról? Dowiadujemy się o tym na samym początku, pierwsza kwestia dramatu brzmi bowiem: "No i co?". Odpowie na to pytanie końcowy obraz: ogołocony, skulony na łóżku jak w grobie, Wiktor może zacząć swoje wyzwalanie - upartą odmowę udziału w tej farsie. Zapada kurtyna, krewni i znajomi biją brawo.

W przeciwieństwie bowiem do tego, co zdaje się sugerować we wstępie francuski wydawca i spadkobierca dramatopisarza, uważam, że nie tylko nie jest to rzecz ułomna, ale że wręcz mamy do czynienia z arcydziełem na miarę kanonicznych dramatów mistrza. Powiem więcej: Beckett jest tutaj nie tylko (esencjalnie) Beckettem i nie aż (uniwersalnie) Beckettem, jak w Godocie czy Końcówce, lecz jest również całym (totalnie) teatrem w Becketcie: Witkacym i Brechtem, Czechowem i Pirandellem, Mrożkiem i Ionesco. Zamyka nowoczesny dramat, żeby go otworzyć na... A, kto wie, jak nam będzie na wolności?

REPORTAŻ | LITERATURA FAKTU

Pedałując przez Polskę

Przemysław Trzeciak

Bernard Newman

Rowerem przez II RP

Niezwykła podróż po kraju, którego już nie ma

Reportaż z 1934 roku

przeł. z ang. Ewa Kochanowska

Kraków: "Znak Horyzont", 2021

445 s.: il. ; 21 cm

W 1934 roku świat powoli wychodził z Wielkiego Kryzysu. Od roku w Niemczech sprawował władzę Hitler. Jesienią do Gdańska przypłynęła polskim frachtowcem Lech grupka brytyjskich turystów, wśród nich Bernard Newman. Anglik zamierzał przejechać przez Polskę rowerem trzy tysiące kilometrów. Rower "George" - przedmiot niezwykły - toczył dyskusje z właścicielem, zapewne spragnionym rozmowy wobec nieznajomości języka tubylców.

Newman (zm. 1968) był pisarzem, autorem powieści, reportaży podróżniczych, wywiadów ze znanymi osobistościami, analiz i komentarzy wydarzeń politycznych ówczesnego świata. Jak informuje tłumaczka książki, Ewa Kochanowska, wracał jeszcze wielokrotnie do spraw polskich i do Polski. W latach wojny wydał trzy publikacje o Polsce i Polakach oraz znów trzy po wojnie, poczynając od Russia's Neighbour, the New Poland (1946). Jedną z sensacyjnych powieści poświęcił zdobyciu przez polski wywiad planów rakiety V1. Wiele wskazuje, że był związany z brytyjskim wywiadem, któremu dostarczał analizy sytuacji w odwiedzanych krajach. Miał znajomych wśród wysokich urzędników polskiego MSZ. Pod koniec wyprawy usiłował spełnić misję dobrej woli, negocjując z przedstawicielami władz litewskich warunki poprawy stosunków z Polską. Z Polski bowiem pojechał do Litwy i skończył podróż w Prusach Wschodnich.

W Gdańsku zaskoczyła go manifestacja nazistowskiej niemieckości. Miasto tonęło w hitlerowskich flagach, mieszkańcy nosili w klapach znaczki NSDAP. Cały pierwszy rozdział Newman poświęcił sprawie "korytarza", który stanowił casus belli pomiędzy Polską i Niemcami. Z uznaniem pisze o Gdyni, nowoczesnym mieście portowym powstałym z rybackiej wioski. Uważa, że na nagrobkach Pomorza i Kaszub znajdzie obiektywną wiedzę o "niemieckości" lub "polskości" tych ziem. Jeździ więc po cmentarzach, by stwierdzić: "Liczba nagrobków z polskimi nazwiskami znacznie przewyższała wszystkie pozostałe". Jest przekonany, że Polacy "za Gdynię i "korytarz" będą walczyć na śmierć i życie". Ale też: "Dla Niemiec "korytarz" pozostaje sprawą dumy narodowej". Wyraźnie przecenia wagę paktu o nieagresji podpisanego w styczniu 1934 roku pomiędzy Polską i Niemcami. Ile był wart, przekonaliśmy się wkrótce.

W czasie długiej podróży przeżywa liczne przygody. Na przykład na Pomorzu ratuje wieśniaka poranionego przez maszynę rolniczą, na Jasnej Górze zapobiega zgnieceniu przez tłum kobiety z dzieckiem, w Wilnie ratuje na ulicy epileptyka, na Podhalu organizuje gaszenie pożaru, w Pieninach jego tratwę porywa Dunajec. Z wyliczenia widać, że relacja nie jest suchą ewidencją spostrzeżeń, ale barwną opowieścią, w której sprawy poważne mieszają się z anegdotą i angielskim humorem.

Newman nie posiada elementarnych wiadomości o architekturze i sztuce. Przyznaje się do tego i stara się unikać opisów zabytków czy wizyt w muzeach. Przyzwyczajony do kamiennych katedr Zachodu, z niechęcią patrzy na ceglane kościoły. Nie zna się też na urodzie kobiet. "Zanim jeszcze wyruszyłem do Polski, wiele słyszałem o urodzie Polek. Albo mamy różne standardy urody, albo ja miałem pecha... Najładniejsza kobieta, jaką spotkałem, okazała się Rosjanką". Pochwala natomiast polską kuchnię.

Wiele uwagi poświęca mniejszościom narodowym. Zwiedza dzielnice żydowskie w Warszawie i Krakowie, we Lwowie interesuje się konfliktami polsko-ukraińskimi, pokonuje Czarnohorę, by poznać Hucułów. Mieszkańców Polesia nazywa Rosjanami zamiast Rusinami (chyba należało to poprawić w redakcji). Dla znakomitego angielskiego roweru piaski i bagna Polesia okazały się przeszkodą nie do pokonania. Autor jest zafascynowany trzęsawiskami Prypeci: "Patrzyłem na gwiezdne krajobrazy z różnych miejsc - na otwartym oceanie, w głębokiej dolinie, na wysokim szczycie, ale nigdy nie widziałem czegoś, co mogłoby się równać przepychem z nocnym niebem nad bagnami Prypeci". Gdy Newman pedałował z Pińska do Brześcia nad Bugiem, przez moment byliśmy obok siebie, miałem wtedy trzy lata.

Przejazd przez Litwę i Prusy Wschodnie nasycony jest rozważaniami politycznymi. Autor uważa, że: "Niemcy trzeźwieją, nazizm zmienia się z religii w światopogląd polityczny (...), jeśli zdołają uniknąć arogancji, rysuje się przed nimi jasna przyszłość". Tymczasem poziom arogancji rósł, aż do planów podbicia całego świata. Takie myślenie życzeniowe było wówczas charakterystyczne dla ludzi Zachodu.

Newman przyjechał do Polski nieobciążony wiedzą książkową. Polska wydaje się mu czystą, niezapisaną kartą. To zapewnia świeżość spojrzeniu, ale się wiąże z ryzykiem wielu błędów. Tłumaczka i redakcja starali się błędy prostować w licznych przypisach na końcu książki. Szkoda, że nie na odpowiednich stronach. Liczne zdjęcia chyba tylko w małej części są dziełem autora, brak o tym informacji. I tu dwie poprawki. "Drewniana świątynia na Huculszczyźnie" to kościół w nowotarskim Dębnie. Rzekomy "Pałac Saski", nazywany tak w tekście i w przypisach, wymaga szerszego omówienia. Budynek widoczny na zdjęciu nie ma nic wspólnego (no, może piwnice) z właściwym pałacem, późnobarokową rezydencją królów z dynastii Wettynów, wzniesioną około 1713 roku przez wybitnego Matthäusa D. Pöppelmanna. Jej resztki kazał rozebrać car Mikołaj I w 1838 roku i na tym miejscu obrotny deweloper Iwan Skwarcow zbudował według projektu Wacława Ritschela dwa połączone kolumnadą pawilony z przeznaczeniem na eleganckie sklepy. Po śmierci Skwarcowa władze umieściły tu dowództwo Warszawskiego Okręgu Wojennego carskiej armii. Po wojnie budynki przejął Sztab Generalny Wojska Polskiego, póki w 1939 roku nie przeniósł się na Rakowiecką. Obecne pomysły odbudowy tej rosyjskiej galerii handlowej są chybione pod każdym względem. Grób Nieznanego Żołnierza w arkadach zburzonej podczas wojny kolumnady tylko zyskuje na dramatycznej wymowie symbolicznej.

Przeszkadzała mi w czytaniu fraza: "ładnych parę tygodni", "ładnych parę godzin" itp. Przecież tu nie chodzi o estetykę tygodni lub godzin, tylko o niemożność określenia ich liczby.

Zachęcam do czytania Newmana. Jego reportaż najpierw wywołuje zdziwienie, że przed niespełna dziewięćdziesięciu laty Polska tak wyglądała, a potem każe się zastanowić nad zmianami w obrazie kraju i życiu jego mieszkańców. Zachęcam wydawcę do sięgnięcia po reportaże Newmana z wczesnego PRL-u.

RELIGIA | KOŚCIÓŁ

Święci rodzice świętego papieża

Juliusz Gałkowski

Milena Kindziuk

Emilia i Karol Wojtyłowie

Rodzice św. Jana Pawła II

Kraków: "Esprit": "W drodze", 2020

490 s., 64 s. tabl.: il. (gł. kolor.) ; 22 cm

Literatura poświęcona Karolowi Wojtyle jest ogromna i z roku na rok staje się coraz rozleglejsza. W związku z tym coraz trudniej o książki, które nie są wtórne i wnoszą coś nowego do "wojtyliańskiej" tematyki. Na tym tle wyróżnia się książka Mileny Kindziuk.

Dlaczego powstała biografia rodziców papieża? Wszak - jak przyznaje sama autorka - nikt nie zainteresowałby się życiem tych skromnych ludzi, gdyby nie wielkość ich syna, znaczenie jego funkcji i misji. Ale jednocześnie byli to ludzie niebagatelni. Po pierwsze, bez zrozumienia rodzinnego środowiska nie można zrozumieć dalszych losów Polaka-papieża. "To w rodzinie Papież uczył się kochać i rozumieć świat. Zdobył wiedzę i wiarę, uczył się patriotyzmu i miłości do ludzi. W takim duchu wychowywali go rodzice, w domu, którego okna wychodziły na kościół, a codzienne życie toczyło się w rytm tego, co trwałe i wiekuiste". Ale jest i drugi powód: zarówno rodzice, jak i starszy brat Jana Pawła II są kandydatami na ołtarze. Ten fakt powinien zastanawiać: czy na pewno ich kult jest skutkiem jedynie bliskiego pokrewieństwa z wielkim papieżem? Autorka poszła właśnie tym tropem. Warto jednak zauważyć, że jest to coś więcej niż tylko książka opisująca świątobliwe życie pobożnej rodziny.

Kindziuk wykonała badania nie tylko bibliograficzne i archiwalne. Jej książka jest wzbogacona o informacje, które wyszperała w prasie czy uzyskała w trakcie rozmów z nielicznymi świadkami. Dowodem na ową ciężką pracę może być zawarta w publikacji bibliografia. Skutkiem jest rozległa opowieść o rodzinie Wojtyłów oraz rodzinie Kaczorowskich, wszak matka Karola była z domu Kaczorowska. Trudno było autorce rozwinąć opowieść, z prostej przyczyny, że nie znamy zbyt wielu faktów. Młody zawodowy podoficer z C.K. armii w dzieciństwie szkolił się na krawca w warsztacie swojego ojca. Emilia wywodziła się z mieszczańskiej rodziny osiadłej w Krakowie. Jej ojciec był rymarzem, co zapewniało rodzinie w miarę dostani byt. Zatem, mając zapewniony dobry start i wsparcie obu rodzin, młodzi państwo Wojtyłowie mogli w dniu ślubu patrzeć w przyszłość z optymizmem. Początkowo mieszkali w Krakowie, na Krowodrzy, gdzie urodził się ich pierwszy syn - Edmund, a po pewnym czasie przeprowadzili się do Wadowic. Obecnie znane są one przede wszystkim jako miasto rodzinne ich młodszego syna. I oczywiście z powodu kremówek.

Kluczowym momentem opowieści jest fakt, że ciąża z Karolem stanowiła zagrożenie dla zdrowia i życia matki. Jednakże państwo Wojtyłowie podjęli heroiczną decyzję o leczeniu i dzięki niej na świat przyszedł Karol. Warto zwrócić uwagę, że historia narodzin młodego papieża została przechowana jedynie we wspomnieniach rodziny oraz znajomych. Brakuje jakichkolwiek dokumentów, przede wszystkim dokumentacji medycznej. Milena Kindziuk zadaje sobie i czytelnikom pytanie o wiarygodność wspomnień i w sposób przekonujący uzasadnia, dlaczego uznaje je za prawdziwe. Podobnie jak, mający oparcie jedynie we wspomnieniach, opis dnia codziennego rodziny. Opis istotny, ponieważ autorka jest głęboko przekonana, że wpływ rodziców na synów był przemożny, dzięki osobistej świętości odzwierciedlającej się w codziennym trudzie oraz starannemu wychowaniu obu synów.

Młodość przyszłego papieża była zabarwiona żałobą. Gdy miał dziewięć lat, umarła jego matka, a niedługo po niej starszy brat, który po ukończeniu studiów medycznych z ogromnym zaangażowaniem walczył z epidemią szkarlatyny. W ten sposób się zaraził i zmarł w 1932 roku. Karol Wojtyła ojciec zajął się wychowaniem syna, starając się podtrzymać rodzinne życie i wychowywać go tak samo, jak za życia żony. Udało mu się doprowadzić młodego Karola do dorosłości. Zmarł już w czasie okupacji.

W gruncie rzeczy opowieść o rodzinie Jana Pawła II jest opowieścią o smutnym dzieciństwie, które niejeden autor chętnie określiłby mianem "traumatycznego". A jednak zaowocowało ono w sposób przekraczający najśmielsze marzenia kogokolwiek, kto był świadkiem tego okresu życia przyszłego papieża. Źródło siły Jana Pawła II Milena Kindziuk znajduje właśnie w jego dzieciństwie, w wychowaniu, jakie zapewnili mu rodzice. Książka jest napisana potoczystym stylem, wypełniona faktami, a jednocześnie dostosowana w swoim gawędziarskim stylu do oczekiwań większości czytelników, którzy spodziewają się nie historycznej monografii, lecz zajmującej opowieści.