nr 9/1217
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie MinistraKultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak,
Juliusz Gałkowski,
Małgorzata Kąkiel,
Andrzej Skalimowski,
Maria Sokołowska,
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Joanna Majczak sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36,sekretariatu 22 826 62 60,tel./faks 22 826 62 35,e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw:01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawoskrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Cennik reklam znajduje się w "Kurierze Nowych Książek".
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2020
kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN
"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając
(na dowolny okres) na konto wydawcy
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków
Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:
Prenumerata krajowa:
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.
www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:
Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl
e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,
przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych
informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator
może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,
ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,
prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego
tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia
na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych
- iod@instytutksiazki.pl.
Ewa Thompson- zamówienie na portret
Andrzej Waśko
TRANSATLANTYK TO DOROCZNA NAGRODA INSTYTUTU KSIĄŻKI DLA wybitnego popularyzatora literatury polskiej za granicą. Laureatami Nagrody Transatlantyk mogą być tłumacze, wydawcy, krytycy, animatorzy życia kulturalnego. W tym roku przyznano ją Ewie Thompson. Profesor literatury porównawczej i slawistyki na Rice University w Houston mocno weszła na polski rynek idei w roku 2000 Trubadurami imperium (tytuł ang. Imperial Knowledge), książką o tym, jak imperialna świadomość Rosjan oraz kolonialny w istocie charakter imperium rosyjskiego (i sowieckiego) znalazły wsparcie w literaturze rosyjskiej XIX i XX wieku. Praca ta zainicjowała w polskim literaturoznawstwie zainteresowanie studiami postkolonialnymi. Postkolonializm, w pierwszej chwili skwapliwie podchwycony z rąk Ewy Thompson jako kolejna humanistyczna nowinka z Zachodu, wkrótce niektórych polskich teoretyków literatury zaczął jednak skłaniać do polemik. Thompson zastosowała bowiem podstawowe kategorie nurtu badań stworzonego przez Edwarda Saida - skupionego na krytycznej analizie ideologicznych przesłanek i uzasadnień zamorskich podbojów i kolonialnej praktyki Anglii, Francji oraz innych państw zachodnioeuropejskich - do analizy imperialnej polityki rosyjskiej w Azji i Europie Środkowej. A to prowadziło prostą drogą do spojrzenia na Polskę pozostającą przez dwieście lat w strefie podbojów Rosji jako kraj w istocie postkolonialny. Kiedy więc nasz humanistyczny establishment się zorientował, że takie myślenie, tu i teraz, nieuchronnie prowadzi do wniosków bardzo nieprzyjemnych dla niego samego, a mianowicie do oskarżenia polskich elit o mentalność postkolonialną (co jest w istocie autorską tezą Ewy Thompson), unieszkodliwił "niebezpieczne" studia postkolonialne, przekształcając je w łagodne studia post-zależnościowe.
Tak w skrócie przedstawia się bilans oficjalnej, akceptowanej, choć nie bez oporów, obecności Ewy Thompson na polskich uniwersytetach. Mogłaby to zmienić wydana w ubiegłym roku przez "Teologię Polityczną" druga z najważniejszych książek polsko-amerykańskiej badaczki, Zrozumieć Rosję. Święte szaleństwo w kulturze rosyjskiej (wyd. ang. 1987). To pasjonujące dzieło, tłumaczone na wiele języków, przedstawia odkrywczą - w opinii znawcy tematu, prof. Andrzeja Nowaka - całościową wizję kultury rosyjskiej i błyskotliwie tłumaczy jej odmienność od kultury Zachodu. Jeśli do tego dodać wydany kilkanaście lat temu przekład amerykańskiej książki o Witoldzie Gombrowiczu, to widać, że Ewa Thompson jest autorką o szerokim spektrum naukowych zainteresowań i osobą w Polsce znaną. Tyle że w proporcji do jej rzeczywistych dokonań na wielu polach jest znana zbyt słabo. Ten tekst, za krótki nawet na szkic do portretu, można więc traktować jako "zamówienie" na pełny portret intelektualny badaczki o międzynarodowej renomie, frapującej, dwujęzycznej pisarki, a zarazem osoby głęboko zaangażowanej w sprawy polskie.
W centrum problematyki interesującej Ewę Thompson znajduje się nie tylko całościowa koncepcja kultury rosyjskiej, ale także - wywiedziona pierwotnie z lektury Gombrowicza, a następnie wzbogacona licznymi doświadczeniami i obserwacjami, jej własna koncepcja kultury polskiej. Thompson należy do tych badaczy, którzy uważają, że immanentne cechy kultury rosyjskiej warunkują jednakowo historię państwa carów, jak i charakter Rosji sowieckiej. Kluczem do kultury i mentalności rosyjskiej jest jej synkretyczny charakter, historycznie oparty na przemieszaniu prawosławia z wpływami wcześniejszej, animistyczno-pogańskiej tradycji plemion zamieszkujących wielkie Księstwo Moskiewskie i graniczące tereny. Synkretyzm ten badaczka ilustruje analizą wielowiekowego masowego, nie tylko ludowego, kultu "świętych szaleńców" - jurodiwych. Święty szaleniec czczony przez lud przy ambiwalentnej postawie Cerkwii nosi kostium pogańskiego szamana i ma w istocie jego cechy moralne: nie uznaje granicy pomiędzy dobrem a złem, a jego "szaleństwo" sprowadza się do odrzucenia rozumu. Zrodzony w XIX wieku na fali romantyzmu kult "świętego szaleństwa" to archetyp "duszy rosyjskiej" spopularyzowanej na Zachodzie przez Tołstoja i Dostojewskiego, a zarazem wyraz irracjonalizmu stale powracającego w kolejnych fazach rozwoju rosyjskiej literatury.
Polska pojawia się w tym horyzoncie najpierw jako naród skolonizowany - politycznie przez Rosję, a duchowo przez szeroko rozumiany Zachód. Kultura polska jest jednak u swych fundamentów, w przeciwieństwie do rosyjskiej, klasyczną kulturą europejską opartą na arystotelesowskim realizmie i niepodważalnym prymacie logiki dwuwartościowej. W polskim doświadczeniu historycznym kluczowa jest więc nie tylko polityczna konfrontacja z Rosją, ale także postulowana, duchowa konfrontacja z Zachodem, jako centrum tego świata, którego Polska jest peryferią. Pod tym względem pierwotnej inspiracji dostarczyła Ewie Thompson twórczość Gombrowicza, zwłaszcza zaś jego Dziennik. Z Gombrowicza wydobyła przesłanie duchowej niezależności Polaka wobec Zachodu i jego (przewrotną) koncepcję sarmatyzmu. Sarmatyzm Gombrowicza, o którym pisał niegdyś Jan Błoński, należy - zdaniem Thompson - traktować serio, nie jako zbiór wad narodowych, ale jako klucz do naszej odrębności i suwerennej postawy wobec świata. Stąd anglojęzyczny kwartalnik poświęcony sprawom polskim, wydawany i redagowany przez Ewę Thompson od czterdziestu lat, nosi tytuł "Sarmatian Review". Dwa czynniki: naukowe studia nad literaturą w perspektywie postkolonialnej oraz zaangażowanie w życie kulturalne Polonii amerykańskiej z konieczności niejako doprowadziły jego redaktorkę do roli publicystki skupionej na strategicznej analizie współczesnych stosunków międzynarodowych. Jej zdaniem los Polski jest współcześnie funkcją tych stosunków, a w szczególności zależy on od postawy Stanów Zjednoczonych. Należy więc być rzecznikiem "sprawy polskiej" w USA, dbać o wiedzę amerykańskich elit na temat Polski, bronić polskiego wizerunku nie tylko w diasporze, ale przede wszystkim w środowiskach opiniotwórczych Ameryki. Działalność "Sarmatian Review" można porównać do kropli drążącej skałę niewiedzy i uprzedzeń na temat Polski. A dom Ewy i Jima Thompsonów w Houston był prawdziwą instytucją polską, jedną z najważniejszych nie tylko w Teksasie.
ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Wolności mamytyle, ile sobiewywalczymy
Z Wacławem Holewińskim rozmawia Ireneusz Staroń
W 2013 roku otrzymał pan Literacką Nagrodę im. Józefa Mackiewicza za powieść Opowiem ci o wolności, w której splatają się ze sobą losy dwóch "panien wyklętych". Dobry duch tego wyróżnienia pisał: "Jestem za ścisłością, gdyż jedynie prawda jest ciekawa. Ale jednocześnie prawda jest z reguły bardziej wielostronna i bogata, i barwna, niż wykoncypowane jej przeróbki". Nawiązując do tych słów, czy moglibyśmy uznać Mackiewicza za jednego z patronów pana twórczości?
Lubię twórczość Mackiewicza, choć piszę zupełnie inaczej niż on. Niewątpliwie był to pisarz, z którego sposobu myślenia korzystałem. Powieścią, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie była Sprawa pułkownika Miasojedowa. Czytałem ją w połowie lat osiemdziesiątych, w czasach podziemia, w wydaniu londyńskim. Zaraz potem przeczytałem Kontrę. Droga życiowa Mackiewicza jest pewnym wzorem do naśladowania. Nigdy nie wszedł w żadne układy. Faktycznie, prawda była dla niego drogowskazem. Z pewnością jest jednym z moich "patronów", ale podobnych patronów potrafiłbym znaleźć znacznie więcej.
Ci najważniejsi to...?
Nie potrafię wymienić dziesięciu ważnych dla mnie książek. Dla mnie ważnych może być dwieście czy pięćset dzieł, ponieważ całe życie czytam ogromnie dużo. Natomiast nie ma takich osób, na których bym się wzorował pod względem warsztatu. Jeżeli chciałby pan szukać moich paraleli literackich, jednak nie w sensie sposobu pisania, ale ludzi pióra, wymieniłbym Marka Nowakowskiego i Tomasza Burka, których postawę wielce ceniłem, z którymi się przyjaźniłem, od których wiele czerpałem. Ceniłem bardzo Lecha Budreckiego, wspaniałego krytyka, erudytę. Rozmowy z nim dały mi niezmiernie dużo. Był to człowiek, który nigdy nie ujawniał tego, co przeszedł w więzieniu, w śledztwie stalinowskim. Raz jeden powiedział o tym pewnemu dziennikarzowi. Proszę sobie wyobrazić dziewiętnastoletniego chłopca, któremu zakładają na głowę hełm i podłączają do niego prąd. To są rzeczy nieprawdopodobne.
W kontekście wartości mocno akcentowanych przez Mackiewicza chciałbym spytać o pańską koncepcję prawdy powieściowej, zwłaszcza w ostatnich książkach. Mają one bardzo specyficzną kompozycję...
Powiedzmy wprost - w polskiej literaturze takiej nie ma. Co więcej, kolejna moja powieść - mam nadzieję, że ukaże się w przyszłym roku - jest napisana dokładnie w ten sam sposób. Chodzi o historię Emanuela Szafarczyka - przywódcy sztyletników w czasie powstania styczniowego w Warszawie. Staram się być jak najbliżej prawdy, stąd w ostatnich moich pięciu książkach ogromna liczba przypisów, co w literaturze pięknej nie zdarza się często. Profesor Maciej Urbanowski - który bardzo ceni moje powieści - uważa, że przypisy są niepotrzebne. Chciałbym jednak, żeby czytelnik wiedział, w jakiej materii się obraca, żeby wiedział, kim tak naprawdę byli ludzie, o których piszę. Nie chodzi oczywiście o główne postaci historyczne, ale o postaci poboczne, które stanowią nie tylko tło. One świadczą o klimacie epoki, decydują o przebiegu wydarzeń. Gromadzę zawsze obszerny materiał faktograficzny, więc staram się, jak to tylko możliwe, być bliżej prawdy. Ale oczywiście prawem powieściopisarza jest trochę pofantazjować, mieć swoją koncepcję wypadków. Próbuję zatem dotrzeć do wnętrza moich bohaterów, przejąć ich sposób myślenia. Nie wiem, na ile to się udaje, dlatego w niektórych powieściach piszę, że tak mogło być, ale na pewno tak nie było. Jednak tam, gdzie fantazjuję, staram się tak fantazjować, żeby stworzyć wrażenie, że tak przynajmniej mogło być.
Niedawno w wywiadzie dla radiowej Dwójki wspominał pan, że nielinearna, epizodyczna - by tak rzec - nowelkowa konstrukcja ostatnich powieści jest zachętą dla czytelniczej wyobraźni, zaproszeniem do uzupełnienia białych plam.
Dzięki przeskakiwaniu w czasie zmuszam odbiorcę do większej uwagi i koncentracji. Jeśli czytający nie pójdzie moim tokiem rozumowania, z pewnością się zgubi. Po wtóre, skokowa kompozycja ma na celu pokazanie bohaterów z kilku perspektyw. Czasami identyczne zdarzenie widziane jest różnymi oczyma właśnie po to, aby pokazać, że można je rozmaicie interpretować. Nie ukrywam, że nie tworzę nigdy planu powieści. Zanudziłbym się na śmierć, gdybym miał w kajeciku wypisane po kolei wszystkie wątki. Oczywiście, posiadając ogólny plan, wiedząc, jak się historia zaczyna i jak się kończy, siadam do pisania i dopiero w trakcie przychodzą mi do głowy pomysły. Nie chcę się koncentrować na tym, żeby po kolei poustawiać zdarzenia. Mógłbym to zrobić, gdy książka jest gotowa, napisana, tylko po co? Mam wrażenie, że formuła, którą przyjąłem, jest dużo ciekawsza i z niej się już chyba nie wyzwolę.
Powieść Oraz wygnani zostali przeczytałem najpierw tak, jak została ułożona. Potem - zachęcony nieoczywistą kompozycją - wybierałem poszczególne epizody. Wreszcie - próbowałem czytać ją chronologicznie. Identyczną koncepcję spotykamy również w trylogii Pogrom o latach 1905-1907. Czy nie jest więc tak, że pisze pan kilka różnych powieści w jednej?
Chyba nie. Za bardzo jestem skoncentrowany na moich bohaterach. Oczywiście można powiedzieć, że Pogromy są powieściami w powieści. Każdy z bohaterów mógłby mieć osobną historię, ale jednak wszyscy się uzupełniają. Nie mam więc poczucia, żebym pisał parę powieści w jednej. Zwłaszcza w przypadku historii Ignacego Korwin-Milewskiego. Oraz wygnani zostali jest przede wszystkim opowieścią o nim. Rzecz jasna, występują w niej różne zdarzenia z naszej historii, pojawiają się rozmaite postaci, lecz koncentruję się na jednej osobie. Co innego w Pogromach. Tutaj każdy tom ma po dwunastu głównych bohaterów. Część tych, którzy pojawiają się w poprzedniej części, przechodzi później do kolejnego tomu. Za każdym razem dotyczy to połowy czołowych postaci, choć pomiędzy pierwszym a trzecim tomem łącznie głównych bohaterów jest znacznie mniej. Niektórzy z nich towarzyszą nam jednak od początku do końca historii. W Pogromach chciałem naświetlić nie jednostkę, a zdarzenie historyczne, które jest kompletnie zapomniane w polskiej literaturze. Zresztą nigdy specjalnie dobrze nie było opisane. Wypada oczywiście przywołać Andrzeja Struga, lecz w jego twórczości widać jedynie fragment rewolucji 1905 roku. Być może chcąc opisać zdarzenie, czas historyczny, należy naświetlić ileś wątków, które same też mogłyby zaistnieć jako oddzielne utwory literackie. Natomiast generalnie nie mam poczucia, że piszę różne powieści w jednej.
Właściwą historię w Oraz wygnani zostali poprzedzają barwne reprodukcje kilkunastu obrazów z kolekcji Korwin-Milewskiego. Płótna defilują przed nami niczym klatki z niemego filmu. Z kolei w trylogii Pogrom każdy rozdział rozpoczyna się od miniaturowej ilustracji, która koresponduje z opowieścią. Zresztą motyw kinematografu pojawia się w którymś momencie wprost, a na tylnej stronie okładki Pogromu 1906 prof. Dorota Heck porównuje książkę do scenariusza filmu sensacyjnego. Mamy wreszcie zróżnicowanie języka postaci, ciekawą grę pomiędzy narratorem wszechwiedzącym i mową pozornie zależną, cytaty z ówczesnej prasy... Kolejny poziom stanowi duża liczba przypisów, o których pan wspominał. Co daje takie kilkupiętrowe, wielogłosowe opowiadanie historii?
Moim pragnieniem jest możliwie jak najpełniej wejść w buty bohaterów, zacząć myśleć tak jak oni. Chcę być trochę edukatorem Polaków, ponieważ moją pasją zawsze była historia. Mam zresztą poczucie, że Polacy są jej kompletnie pozbawieni. To wynika w dużej mierze z systemu edukacji, w którym dziejów najnowszych jest coraz mniej. Powodem są pewnie również zmiany kulturowe. Ludzie żyją znacznie szybciej niż kiedyś, interesują się tylko chwilą, nie zagłębiają się w przeszłość. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że tamta historia jest na wyciągnięcie ręki. Przecież wydarzenia lat 1905-1907 mogliby mi opowiedzieć moi dziadkowie! To są raptem dwa pokolenia przede mną. Jednego z dziadków przez dwadzieścia cztery lata znałem, więc mógłbym wysłuchać jego wspomnień. Mieszkał niedaleko Lwowa, więc pewnie niewiele wiedział, co się w tym czasie działo w Warszawie. Drugi dziadek był warszawiakiem, ale zabito go w czasie wojny. Siłą rzeczy nie mogłem z nim porozmawiać. Historia lat 1905-1907 należy zatem do dziejów najnowszych, najbliższych nam wszystkim. Skoro jednak jesteśmy tego przekazu pozbawieni, to znaczy, że nie znamy swoich korzeni, nie wiemy, skąd pochodzimy i dlaczego jesteśmy tacy, a nie inni. Chciałbym, żeby moi czytelniczy poczuli ówczesną atmosferę. Pragnąłbym, żeby zobaczyli, że coś z czegoś wynika. Nie jest przecież tak, że myśmy nieustannie mieli tę Polskę. I że jest nam dana raz na zawsze. W czasie powstania listopadowego warszawiacy krzyczeli, żeby im dać broń. Chcieli też wieszać zdrajców, a raptem trzydzieści lat później ci sami warszawiacy zbierali pieniądze na prezent dla cara. Nie, nie dlatego, że ich ktoś zmuszał. Proces wynarodowienia postępował niewiarygodnie szybko.
W Pogromie 1907 mijamy prawosławnych modlących się przed murami niedokończonego soboru św. Aleksandra Newskiego, który stał na dzisiejszym placu Piłsudskiego. W trylogii Pogrom Warszawa jest już miastem w znacznej mierze rosyjskim.
Bo tak było. Wszystkie napisy były dwujęzyczne. Językiem urzędowym był rosyjski, w szkołach nie wolno było używać języka polskiego. Ktoś, kto chciał zrobić karierę, musiał wejść w struktury rosyjskie. Mój stryjeczny pradziadek był profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, dziekanem Wydziału Prawa, później zaś członkiem komisji kodyfikacyjnej w II Rzeczypospolitej, ale jednocześnie należał do przeciwników powstania styczniowego. Działał na uniwersytecie, gdzie językiem wykładowym był rosyjski. A przecież mówimy o człowieku świetnie wykształconym, znającym historię, piszącym po polsku, który jednak chcąc zostać profesorem, musiał wpisać się w strukturę rosyjską.
W powieści Oraz wygnani zostali obrazy pełnią niebagatelną rolę. Jednak trudno określić pana pisarstwo mianem prostej próby zbliżenia literatury i malarstwa. W trylogii Pogrom mamy dużo scen drastycznych, które mogłyby być utrzymane w poetyce naturalizmu, jakiegoś brutalnego realizmu. A jednak jest zupełnie inaczej. I powieść czyta się z zapartym tchem! Podobnie Warszawa lat 1905-1907 to miasto o drobiazgowo odtworzonej topografii, lecz nakreślonej szkicowo, bez rozbudowanych, plastycznych opisów. Czy zatem ceni pan bardziej reportażowe opowiadanie o ludzkich losach, dynamiczną akcję i dylematy psychologiczne, niźli budowanie scenografii?
To chyba nieprawda, w wielu miejscach opisuję przedmioty, architekturę, szczegół. Mam poczucie, że życie nigdy nie jest jednowymiarowe. Nasze dokonania, nasze przeżycia, ale też nasze myśli są często niejednorodne, czasami niespójne. W swojej najnowszej książce, którą na razie zna ledwie kilka osób, piszę o sztyletnikach walczących w powstaniu styczniowym. Podejmując taki wątek, nigdy nie znajdę jasnego moralnego drogowskazu. W poważnej polskiej literaturze nie ma zresztą żadnej powieści o sztyletnikach. Polacy boją się tego tematu, nie chcą słyszeć o skrytobójczym mordowaniu ludzi, oczywiście zdrajców albo okupantów. Nie dopuszczamy w naszych głowach, że polscy powstańcy mogli walczyć w ten sposób. Przyzwyczailiśmy się do Polaków - bohaterów bez skazy, ale historia ma przecież wiele odcieni, niuansów.
W Pogromach każdy z moich bohaterów jest na tyle złożoną osobowością, że trudno byłoby opisać ją wyłącznie w czarno-białych barwach. Oczywiście czytelnik znajdzie też człowieka, który jest złem wcielonym. To Wiktor Grün - postać autentyczna. Ale przecież on też miał jakieś cechy ludzkie. Z tą postacią wiąże się zresztą zabawna historia. Gdy napisałem drugą część Pogromu, odezwała się do mnie pani, która w którymś pokoleniu jest potomkiem Grüna. Wiedziała o całym złu tego człowieka, ale chciała dopytać o jakieś szczegóły. Ktoś, kto jest bandytą i mordercą, może okazać się dobrym ojcem albo przynajmniej przejawiać szlachetne gesty.
Tomasz Burek pisał, że wiek XX w Polsce zaczął się w latach 1905-1907. Odwołując się do pańskiej trylogii, nietrudno zauważyć, że pan się z tym zgadza.
Rewolucja 1905-1907 to kolejna ważna cezura po powstaniu styczniowym. W 1863 roku doszło do zrywu okupionego nieprawdopodobną liczbą ofiar. Jednak bez tej ofiary nas, Polaków, po prostu by nie było. Powstanie styczniowe i rewolucja 1905-1907 roku pokazały, że jesteśmy osobnym narodem. A do wynarodowienia naprawdę były dwa kroki. Proszę też pamiętać, że przegrana rewolucja doprowadziła jednak do przywrócenia w szkołach tego co najważniejsze - języka ojczystego. Rewolucja sprawiła też, że zaczęto respektować prawa pracownicze. Robotnik, który pracował po dwanaście, szesnaście godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu, nagle mógł pracować maksymalnie dwanaście. Nie zdajemy sobie sprawy, że w nieodległej przeszłości, w której funkcjonowali nasi dziadowie czy pradziadowie, były tak odmienne warunki społeczne. Naszą historię najnowszą sytuujemy, nie wiedzieć dlaczego, od Legionów Piłsudskiego.
Legenda II Rzeczypospolitej?
Tak, to jest ta legenda, której tropem idzie wielu Polaków. Istnieje wyobrażenie, że Legiony nagle zaczęły funkcjonować w 1914 roku. Gdzie tu prawda, gdzie fałsz? Przecież organizacja bojowa PPS-u przeszła swój chrzest bojowy w latach 1905-1907. Co więcej, opisuję to w tomie 1906, przeszła go wbrew chęciom późniejszego Naczelnika Państwa. Na naradzie w Falenicy przegłosowano Piłsudskiego i tylko dlatego doszło do działań zbrojnych. Bez kadr, bez ludzi sprawdzonych w boju, bez budowania ogromnego zaufania między tymi ludźmi, nie byłoby Legionów, nie byłoby sporej części polityków II Rzeczypospolitej. W tomie Pogrom 1907 opisuję na przykład działania adwokata Stanisława Patka, który kilkanaście lat później będzie negocjatorem traktatu wersalskiego i ministrem spraw zagranicznych. Zrozumienie między nim a Piłsudskim brało się właśnie z okresu 1905-1907, kiedy to Patek był obrońcą w procesach politycznych, m.in. Stefana Okrzei czy Józefa "Montwiłła" Mireckiego. We wszystkich tomach pokazuję nie tylko ludzi, którzy walczyli z bronią w ręku. Równie ważna była na przykład postać Stefanii Sempołowskiej albo tych, którzy tworzyli w fabrykach organizacje robotnicze sprofilowane na Narodową Demokrację. Okres 1905-1907 to konglomerat różnych działań, czas fermentu narodowego, społecznego, ekonomicznego. Nigdy nie odważyłbym się powiedzieć, że coś było ważniejsze od czegoś innego. Z jednej strony mamy wielką bojową determinację, z drugiej tysiące godzin przepracowanych przez Annę Sokołowską z niepiśmiennymi robotnikami. Ogromny postęp edukacyjny, formowanie myśli politycznej, budowa tysięcy zakładów przemysłowych. A przecież to także ludzie, którzy wybrani w wyborach do Dumy, uczyli się w niej parlamentaryzmu. To wszystko dało szansę, aby w 1918 roku kraj złożony z trzech zupełnie różnych systemów prawnych i ekonomicznych zaczął całkiem nieźle funkcjonować.
Trylogia Pogrom ukazuje bardzo ostry konflikt wewnętrzny. Naprzeciw siebie z bronią w ręku stawali robotnicy z endecji i ci popierający "Ziuka" Piłsudskiego. W tomie 1907 wspomina się wręcz o "robotniczej wojnie". Temat dramatycznego polsko-polskiego konfliktu jest wciąż aktualny.
Od ośmiu lat piszę swego rodzaju dziennik. W 2012 roku ukazał się w "Newsweeku" esej Piotra Bratkowskiego. Napisał: "Nigdy nie przeszło mi przez gardło, że kocham Polskę. I chyba rzeczywiście jej nie "kocham"". Polska dla niego to są najbliżsi, ważniejszy jest jego pies... Całkiem niedawno posłałem Piotrkowi mój zapis z 2012 roku, w którym wyznałem, że ze mną jest dokładnie odwrotnie. Wyjeżdżając z Polski, po tygodniu tęsknię. Dla mnie Polską są również groby i nasza historia. Bratkowski odpisał, że to rozumie i ceni, ale on ma inaczej. Nie oceniam, bardzo się różnimy. Może z tego wynika moje pisanie? Wszyscy moi bohaterowie - poza Jacobem Jordaensem z malarskiej powieści z 2007 roku - byli bardzo mocno związani z Polską. Nawet kosmopolita Korwin-Milewski największą malarską kolekcję w historii naszego kraju początkowo chciał oddać narodowi za darmo. Jestem mocno przywiązany do Polski, do wolności, do tradycji rodzinnej. Chciałbym wyciągać wnioski z minionych zdarzeń. Część polskiej literatury czytam poprzez historię, bo przecież sam tej historii w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dotknąłem. Poznałem ogromną liczbę ludzi, którzy tworzyli później zręby III RP, tych najważniejszych. Później, co naturalne, z wieloma moje drogi się rozeszły, ale miałem poczucie, że uczestniczyłem w czymś ważnym. Patriotyzm nie jest więc dla mnie pustym słowem. Znaczy bardzo dużo, choć - jak powiadam - na wielu poziomach. Nigdy bym o sobie nie powiedział, że nie kocham Polski albo że nie mogę czegoś dla niej zrobić.
W pana pisarstwie widać skądinąd słuszną ideę, bezpośrednią przekładalność życia na literaturę i odwrotnie. W kontekście też pana działalności podziemnej, pana bohaterstwa...
O nie, nie, to jest za duże słowo. Myślę, że nadużywamy takich określeń. Prezydent Lech Kaczyński odznaczył mnie Krzyżem Oficerskim Orderu Polonia Restituta. Takie samo odznaczenie miał trzykrotnie zestrzelony lotnik Dywizjonu 303. Jak to w ogóle porównywać? Są różne poziomy bohaterstwa, zaangażowania czy też ryzyka. To chyba najlepsze słowo. Oczywiście w trakcie mojej działalności opozycyjnej zdarzały się przypadki zabójstw. Zamordowano Stanisława Pyjasa, księdza Jerzego Popiełuszkę, ale to były jednak wyjątkowe sytuacje. Natomiast lotnik Dywizjonu 303 codzienne ryzykował życie. Może trzeba było wymyślić inne odznaczenie, żeby nas nie porównywać z tamtymi ludźmi? Unikam więc słowa "bohaterstwo" w przypadku działań opozycji lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych, choć jestem oczywiście dumny z tej działalności i była dla mnie ważna.
Czy to ma wpływ na literaturę, na pańskie pisanie?
Tak. To doświadczenie sprawia, że jest mi dużo łatwiej wyobrazić sobie sytuację kogoś, kto siedział w więzieniu, bo ja sam siedziałem; kogoś, kto był przesłuchiwany, bo ja sam byłem przesłuchiwany; kogoś, komu grożono, bo mnie też grożono. Wiem, jak takie sytuacje mogły wyglądać. Z tego punktu widzenia moja działalność pomaga w pisaniu, jeżeli oczywiście piszę o podobnych postaciach.
Czy moglibyśmy zatem nazwać pana pisarzem postaci "Żołnierzy Wyklętych"?
Już nie. Bardzo długo próbowano mnie tak klasyfikować. Napisałem cztery powieści o Żołnierzach Wyklętych, cztery i jedną trzecią, ponieważ jest też długie opowiadanie w tomie Nie tknął mnie nikt, jednak jestem autorem już piętnastu książek. Chodzi więc jedynie o część mojej twórczości. Co więcej, dziś to jest zamknięty etap w moim życiu. Proszę pamiętać, że kiedy pisałem Lament nad Babilonem, nie istniała chyba żadna powieść o Żołnierzach Wyklętych. Poświęciłem ją bardzo ważnej postaci - mojemu stryjecznemu dziadkowi - pułkownikowi Tadeuszowi Danilewiczowi. Swój dług wobec tego pokolenia już spłaciłem. Od tego czasu powstało sporo książek o "drugiej konspiracji". A ja? Nie wystarczy mi życia do zrealizowania zapisanych pomysłów.
Czy jednak byłby pan pisarzem postaci bohaterów pozostających na marginesie polskiej historii? W Oraz wygnani zostali śledzimy losy człowieka, który stworzył naszą narodową wyobraźnię jako mecenas i kolekcjoner, a przecież dziś jest w zasadzie anonimowy. Gdyby nie Korwin-Milewski, nie mielibyśmy takich obrazów jak Autoportret czy Stańczyk Jana Matejki, Babiego lata Józefa Chełmońskiego, Trumny chłopskiej czy też Żydówki z pomarańczami Aleksandra Gierymskiego...
Tak, Korwin-Milewski jest postacią zapomnianą, choć do naszej pamięci będzie też przywracany. W Muzeum Narodowym w Warszawie, najpewniej za dwa lata, będzie już przygotowywana przez kustosz Renatę Higersberger wystawa obrazów z jego kolekcji. A hrabia najpewniej nie byłby zapomniany, gdyby ten zbiór nie uległ rozproszeniu. W latach dwudziestych XX wieku był zmuszony sprzedawać zgromadzone płótna. Dziś wiemy mniej więcej o siedemdziesięciu, osiemdziesięciu obrazach z kolekcji, choć było ich około dwustu. Nie znamy nawet tytułów pozostałych, często nie potrafimy wskazać ich autorów. Część kolekcji jest już nie do odzyskania. Można powiedzieć, że państwo polskie popełniło straszliwy błąd. Korwin proponował odrodzonej Polsce zakup całości, ale powiedziano mu, że Polski na to nie stać. Wówczas nie mógł już oddać zbioru za darmo - po wojnie z Sowietami cały jego majątek pozostał na Wschodzie. Musiał sprzedawać obrazy, żeby się po prostu utrzymać. Jedynym jego dobrem była wyspa na Adriatyku i ta kolekcja. Do tego toczył proces z byłą żoną, bardzo twardą kobietą, która wyegzekwowała od niego to, co uważała, że jej się należy. Warto przywrócić pamięć o tym człowieku, choć możemy dywagować na temat jego patriotyzmu, postaw etycznych, ale w sferze kultury z pewnością jego zasługi były niezwykłe.
Korwin-Milewskiego problemy finansowe dotknęły dopiero pod koniec barwnego życia. Wcześniej wydawało się, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Chodzi nie tylko o pochodzenie ziemiańskie i odziedziczony majątek, lecz o jego niezwykłe zdolności.
Był człowiekiem interesu. Miał zmysł do robienia pieniędzy. Już na początku powieści opisuję autentyczną historię zakupu kopalni soli, a przecież takich interesów było znacznie więcej. W swoich dobrach budował młyny, gorzelnie. Dał się poznać jako osoba z nowoczesną wizją rozwoju gospodarczego. Pod tym względem był fachowcem jakich mało, dlatego też było go stać na kupowanie obrazów, fundowanie stypendiów, zachęty dla malarzy, ale też na fanaberie, jak na przykład zakup tytułu hrabiowskiego w Watykanie. Kupił go nie tylko dla siebie, ale i całej rodziny, zresztą wbrew jej woli. Ta zachcianka, jak przypuszczam, wynikała prawdopodobnie wyłącznie z tego, że nie chciał być traktowany gorzej od innych. Przyjaźniąc się z Habsburgiem, pragnął równych praw, nawet jeżeli nie w hierarchii tytularnej, to przynajmniej w bogactwie i fantazji. Skoro jeden miał jacht, drugi również musiał mieć statek. Odkupił go zresztą od Habsburga. Korwin-Milewski był zamożnym człowiekiem, ale ten majątek wynikał niewyłącznie z dziedziczenia. Okazał się bardzo gospodarnym, dobrze zarządzającym swoimi dobrami właścicielem. Trzeba też pamiętać, że był obytym w świecie intelektualistą. Skończył prawo na dobrym uniwersytecie, odbył pełen, pięcioletni kurs malarstwa w Monachium, w najsłynniejszej ówczesnej akademii sztuk pięknych. Obracał się w towarzystwie koronowanych głów. Był też człowiekiem polityki, a w każdym razie pisarzem politycznym. Bywał kłótliwym polemistą, często obrażał swoich adwersarzy, ale potrafił też argumentami dowodzić swoich racji. Znał perfekcyjnie kilka języków. W każdym kraju czułby się dobrze.
Był postacią wewnętrznie sprzeczną, odnosząca się krytycznie do polskości, zwłaszcza do jej tradycji powstańczych. W powieści jest scena, kiedy przyjeżdża, choć nie musi, do Warszawy w roku 1920, w przededniu bitwy warszawskiej, a potem nie chce uciekać przed bolszewikami. W innym rozdziale, z 1901 roku, w czasie morskiej nawałnicy brawurowo dopływa tonącym jachtem do celu, drwiąc przy okazji z obaw pasażerów.
To był człowiek szaleńczo odważny. Miał za sobą kilka pojedynków, często, może w sprawach błahych, ryzykował życiem. Potrafił podjąć ryzyko, umiał robić rzeczy, które dla wielu innych byłyby nie do pomyślenia. Do Warszawy raczej sprowadzał go proces, niżeli patriotyczne ciągoty, ale nigdy bym nie powiedział, że Korwin-Milewski nie był patriotą. On nie był patriotą polskim, lecz patriotą miejsca. Czuł się związany z miejscem urodzenia, z leżącymi na Litwie Gieranonami. Z całą pewnością był Polakiem, ale przecież polskość była również tam, tyle tylko, że on był przywiązany do ziemi, a nie do idei. Prawdą jest, że sprzeciwiał się powstaniom narodowym. Uważał, że spowodowały bardzo wiele nieodwracalnych szkód. Nie ma tu mojej zgody na tok rozumowania Milewskiego, ale wiem, że tak można było myśleć. Zresztą uważała tak ogromna rzesza ówczesnego ziemiaństwa. Przecież oni byli świadkami tego, co się stało po powstaniu styczniowym, widzieli, jak konfiskowano majątki, jak zsyłano tysiące ludzi na Syberię.
A więc była to kolejna inkarnacja idei krajowej? Tak bliskiej zresztą szlachcie pochodzącej z dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Tak, z całą pewnością. Ona jest czasami niespójna, bo Korwin-Milewski był człowiekiem, który dobrze się czuł w Wiedniu, Londynie czy w Petersburgu, a zapewne i na swojej wyspie na Adriatyku, ale to nie znaczy, że to były jego miejsca.
Oraz wygnani zostali to najdłużej pisana przeze mnie powieść. Pierwszy jej fragment opublikowałem w 2007 roku. W tym czasie zebrałem sporo materiałów. Nie miałem jednak ani wówczas, ani kończąc powieść w ubiegłym roku, wrażenia, że mój bohater nie czuł się związany z Polską. Był z nią związany zupełnie inaczej niż jego brat Hipolit - polityk, poseł do Dumy. Wiele rzeczy robił z przekory, z chęci błyszczenia. Także ze złości, bo taki miał charakter.
Trzeba jednak wspomnieć o tym, że chciał swoją kolekcję oddać rodakom...
Najważniejszym gestem świadczącym o przywiązaniu do Polski była właśnie ta chęć przekazania kolekcji narodowi. Wybór był między Krakowem albo Lwowem. Tak się nie stało, bo oba miasta odmówiły przekazania mu terenu pod budowę muzeum, które chciał zresztą sfinansować z własnych środków. Inna sprawa, że z dzisiejszej perspektywy nie wiemy, czy nie byłoby to gorsze rozwiązanie, powodujące, że w ogóle by tych obrazów nie było. Oczywiście w kontekście późniejszej naszej historii.
W jednej ze scen z roku 1901 Korwin-Milewski, pozując Leonowi Wyczółkowskiemu do portretu, opowiada o polowaniu na wilki, w którym brał udział przed laty, w pobliżu rodzinnej litewskiej posiadłości. Wspomnienia mają charakter symboliczny, nabierają walorów metafizycznej przypowieści. Hrabia, patrząc w ślepia konającego wilka, przeżywa prawdziwy wstrząs. Co mógł w nich zobaczyć?
Chciałoby się powiedzieć, że mógł zobaczyć swoją bardzo niejednoznaczną przyszłość, ale tego nie rozstrzygniemy. Korwin-Milewski był wychowany w rodzinie ziemiańskiej, miał więc wszystkie cechy polskiego szlachciury. Oczywiście takiego szlachciury z bardzo wysokiej sfery, nie zaś człowieka, który musiał wszystko zdobywać pracą własnych rąk. Przywiązany do idei wolności, swobody, tradycji przeniesionej jeszcze z szesnasto-, siedemnasto-, osiemnastowiecznej Rzeczypospolitej. Proszę pamiętać, że polski szlachcic był kojarzony nie tylko z obiegowym przysłowiem: "na zagrodzie równy wojewodzie". Polacy ze stanu szlacheckiego mieli ogromne poczucie wolności. Oczywiście słabszy, biedniejszy trzymał się klamki bogatszego, ale jednak przywiązanie do szlacheckich praw było czymś niezwykłym. W ówczesnej Europie niepowtarzalnym. Chciałoby się zatem, żeby bohater dostrzegł w oczach wilka jakiś rys wolności, swobody, odwagi, hardości. Bo to były cechy Korwin-Milewskiego. On je wszystkie miał.
A pan?
Ja czasami też miewam. I pamiętam, że wolności mamy tyle, ile sobie wywalczymy.
NASZA OKŁADKA
Czy wszystko jest sztuką?
Wojciech Kaliszewski
Wacław Holewiński
Oraz wygnani zostali
Powieść o Ignacym Korwin-Milewskim
Warszawa : Państ. Instytut Wydawniczy, 2020
254 s., 26 s. tabl. : il. kolor. ; 21 cm. - zł 45
Kim był Ignacy Karol Korwin-Milewski? To pytanie postawione jeszcze kilka miesięcy temu pozostałoby - prawdopodobnie - bez odpowiedzi. Dzisiaj ci, którzy przeczytali książkę Wacława Holewińskiego zatytułowaną Oraz wygnani zostali, odpowiedzą na nie bez trudu.
Jest to bowiem książka właśnie o nim, o ekscentrycznym, egotycznym i arcybogatym ziemianinie z kupionym tytułem hrabiowskim, urodzonym na Kresach w 1846 roku, który poza różnymi szalonymi pomysłami miał jedną wielką i naprawdę godną podziwu pasję: kochał sztukę, uwielbiał malarstwo i sam nawet - bez powodzenia zresztą - próbował malować. Pociągało go piękno, zachwycały kolory, barwy, kompozycje i świetlne plamy. Studiował w Monachium. Malarzem jednak nie został, odłożył paletę, trzeźwo i krytycznie osądzając swoje próby przy sztalugach, bo - jak powiada w powieści - "A malować, byle malować, szkoda mi czasu". Ten czas poświęcił na coś innego, ale zarazem dającego mu równie wiele zadowolenia i satysfakcję. Ostatecznie postanowił rzucić się w piękne, bo było go na to stać, życie. W przeciwieństwie jednak do innych bon vivantów nie trwonił pieniędzy tylko na kobiety, podróże i życie towarzyskie, ale przeznaczał pokaźne sumy na tworzenie kolekcji obrazów. Zbierał je, zamawiając także u polskich wybitnych malarzy tamtych czasów - u Aleksandra Gierymskiego, Chełmońskiego, Wyczółkowskiego, Malczewskiego, Axentowicza, a także u samego Jana Matejki. Kupował ich obrazy i zamawiał autoportrety. Tak powstała niezwykła - autorska można by powiedzieć - seria autoportretów wybitnych polskich artystów. "Miał to, co chciał - czytamy u Holewińskiego - piękne, najwspanialsze obrazy. Przyłożył do nich rękę. Zamawiał, fundował stypendia, doceniał talent, ale często potrafił sam ukierunkować, czasami wręcz zmusić do malowania po jego myśli". Efekt tych starań był imponujący. Siedemnaście powstałych wówczas autoportretów słynnych polskich malarzy posiada dzisiaj w swoich zbiorach Muzeum Narodowe w Warszawie.
Korwin-Milewski płacił i wymagał. Bywał przy tym apodyktyczny. Taki zresztą był w wielu innych sytuacjach. Holewiński doskonale tę cechę uchwycił i oddał, stosując narrację, która w sposób tradycyjny i najprostszy, z zachowaniem poznawczego autorskiego dystansu przenika cały opowiadany świat. Ale - trzeba to wyraźnie podkreślić - tylko upór i stanowczość pozwoliły stworzyć mu tę wspaniałą kolekcję malarstwa. Zebrane obrazy miały, jak powiadał, świadczyć o kulturze Polski. Milewski nie był jednak typem ani działacza patriotycznego, ani politycznego. Realizował głównie własne plany, kaprysy i zamiary. Wiele przy tym podróżował, żeglował po Morzu Śródziemnym i to wtedy także kupił niewielką wyspę o nazwie Santa Catarina, leżącą na Adriatyku u wybrzeży Chorwacji. Zbudował na niej pałac, w którym zamieszkał i w którym planował umieścić swoją kolekcję.
Oraz wygnani zostali od samego początku przyciąga uwagę czytelnika i utrzymuje ją w napięciu. Losy Milewskiego są bowiem fascynujące, niepowtarzalne i jednocześnie skupiają w sobie szeroki plan ówczesnych horyzontów historii, kultury i życia społecznego. To jest opowieść o konkretnym człowieku, a zarazem opowieść o czasach i świecie, w którym przyszło mu żyć. Całość opowieści zbudowana została z mikrocząstek fabularnych, z których każda jest wyraźnie autonomiczna, ale jednocześnie - poprzez samego bohatera - włączona w całość narracji. Taki układ sprawia, że opowieść jest dynamiczna i niezwykle żywa. Mieści się w niej doskonale świat wewnętrzny i zewnętrzny bohatera. Narrator Holewińskiego podąża za bohaterem krok w krok, towarzyszy mu w spotkaniach, jest świadkiem rozmów, razem z nim podróżuje, ale towarzyszy mu także w chwilach samotności, kiedy w głowie Milewskiego rodzą się szalone plany i pomysły. Mówi jego zdaniami, jego językiem, mówi w jego imieniu. Taki narrator - niewidoczny, dyskretny i ukryty - jest mimo wszystko kimś niezwykle rzeczywistym. Autor uczynił z niego emisariusza przekraczającego nieustannie granicę czasu, wysłannika samego bohatera, krążącego między różnymi światami i łączącego je w panoramę złożoną, wielowymiarową.
Książka Holewińskiego opowiada o pasjach i namiętnościach. Ale ich siła i dynamika ukazywana jest na poziomie zdarzeń, sytuacji, objawia się przede wszystkim w konsekwencjach decyzji podejmowanych przez bohatera. Holewiński unika głębokich analiz psychologicznych, interesują go fakty ujawniające swoje oblicze jakby na powierzchni świata. Perspektywa zewnętrznego obserwatora pozwala autorowi swobodnie dysponować czasem w granicach świata przedstawianego. Tak prowadzona fabuła nie zachowuje tradycyjnego porządku chronologicznego. Jej układ biegnie po linii meandrującej, obok siebie napotykamy zdarzenia, które dzielą dziesięciolecia. Całą opowieścią rządzi widoczna inwersja czasowa. Autor koncentruje się na wybranych zdarzeniach, chwilach i fragmentach życia swojego bohatera. Każdy z nich opatrzony jest datą roczną. Oraz wygnani zostali przypomina więc nieregularny, spisany nie ręką samego bohatera pamiętnik. Jest to rodzaj zwierzeń urealnionych po latach w opowieści Wacława Holewińskiego.
Kolekcja Ignacego Korwin-Milewskiego, gromadzona z taką pieczołowitością, uległa - niestety - rozproszeniu. Nie spełniły się plany stworzenia galerii we Lwowie lub w Krakowie. Wiele obrazów sprzedano potem na aukcjach, o wielu nic dzisiaj nie wiadomo. Ale przecież dzięki temu szalonemu pomysłowi polska kultura stała się bogatsza i zyskała co najmniej kilkanaście znakomitych obrazów.
Holewiński stworzył opowieść dobrze udokumentowaną, bogatą w szczegóły obyczajowe, kulturowe i historyczne. Na tym tle dzieje Ignacego Korwin-Milewskiego układają się w barwną, nieomal przygodową opowieść o człowieku, który smakując życie i bez skrupułów korzystając z jego uroków, tęsknił głęboko do czegoś trwałego i stabilnego. Brakowało mu w życiu niewątpliwie prawdziwej miłości i poczucia rzeczywistego spełnienia. Tęsknił za ciepłem i spokojem. Za swoją niezależność, oryginalność i niepowtarzalność płacił wysoką cenę. Była nią - mimo otaczających go ludzi, artystów, kochanek i różnych ówczesnych znakomitości politycznego świata - samotność. Myślę, że echo tego smutku, ślad opuszczenia i samotności odbija się ostatecznie w samym, tak bardzo zaskakującym na początku lektury, tytule książki.
Holewińskiegotrylogia rewolucyjna
Maciej Urbanowski
Wacław Holewiński
Pogrom 1907
Warszawa : Państ. Instytut Wydawniczy, 2020
390 s. : il. ; 21 cm. - zł 49
Wacław Holewiński jest bez wątpienia jednym z najważniejszych współczesnych naszych pisarzy historycznych. Decyduje o tym liczba książek, które na temat historii napisał, oryginalność podejmowanych przezeń tematów z przeszłości i wreszcie autorska, niepodrabialna poetyka, będąca jego znakiem firmowym.
Poetyce tej jest właściwie wierny od samego debiutu, a więc od głośnego Lamentu nad Babilonem z 2003 roku. Gdy w literaturze polskiej dominował wciąż gest ucieczki od historii, Holewiński sięgał jako jeden z nielicznych do przeszłości, a jako pierwszy podejmował temat żołnierzy wyklętych. Od razu też zwracał uwagę autentyczny, znany z historii bohater, rekonstruowany na podstawie dokumentów uzupełnianych wyobraźnią autora, artysty i zarazem archiwisty. Albo - mówiąc inaczej - artysty, który nadaje życie temu, co archiwista wyszperał z historycznych czeluści, w które owe dokumenty i świadectwa zepchnęło zapomnienie lub - jak było to w PRL - totalitarne manipulacje na zbiorowej pamięci.
Charakterystyczna była też od razu narracja powieści historycznych Holewińskiego - rozbita na liczne, mikronowelistyczne sceny i epizody, pozornie o różnym stopniu ważności, składające się na mozaikowe portrety ludzi opierających się historii spuszczonej z łańcucha, ale też dzielnie, często w samotności i opuszczeniu, nawet poniżeniu tę historię tworzących. "Poznanie jest szczątkowe, pamięć historyczna ułomna", tak interpretował ową mozaikowość Andrzej Lam. Pisarz tę szczątkowość ocalał i uzupełniał wyobraźnią, ale przecież nie uładzał jej na siłę. Znamienne też, że "lecząc" ową bolesną zwykle ułomność, Holewiński wystrzegał się zbędnej czułości. Mówił o historii w sposób antysentymentalny, antyliryczny, czasem nawet brutalny.
Wszystko to odnajduję w Pogromie 1907. Powieść ta zamyka swoistą trylogię, którą współtworzą Pogrom 1905 (2018) oraz Pogrom 1906 (2019). Całość jest polifoniczną opowieścią o fenomenie w podręcznikach historii określanym zwykle mianem rewolucji 1905 roku, która w nieistniejącej wówczas formalnie Polsce toczyła się na obszarze zaboru rosyjskiego, głównie w Warszawie oraz Łodzi.
Na jej temat niemal od razu zaczęły powstawać utwory literackie, by przypomnieć Różę Żeromskiego albo Ludzi podziemnych i Dzieje jednego pocisku Struga. Te dzieła były apoteozą rewolucji, kpił z nich potem Irzykowski w Czynie i słowie. Zaistniały też od razu krytyczne świadectwa roku 1905: Dzieci Prusa, Wiry Sienkiewicza czy Narodziny działacza Weyssenhoffa.
Z racji udziału Piłsudskiego i wielu wybitnych działaczy sanacji w rewolucji 1905 roku była ona czczona w II RP, zaś po drugiej wojnie z tych samych powodów traktowana niczym gorący kartofel, tym bardziej że "Wiktor" i jego towarzysze walczyli z caratem i Rosją tyleż w imię wyzwolenia proletariatu, co wyzwolenia Polski, i ów narodowy a zarazem antyrosyjski charakter tamtej rewolucji komunistom niekoniecznie się podobał. Ale też na początku lat siedemdziesiątych XX wieku Tomasz Burek dowodził w słynnym eseju, że "rok 1905 jest prologiem wieku XX, jest (...) rzeczywistym progiem współczesności", co zdawało się aktualne zwłaszcza w czasie Solidarności. W III RP już raczej nie, więc nazwiska Okrzei, Barona czy Montwiłł-Mireckiego coraz mniej znaczyły.
Holewiński sięgnął więc po raz kolejny po temat "niemodny" i po raz kolejny zaciekawili go polscy ludzie podziemni. Na jednej z ostatnich stron Pogromu 1907 czytamy: "Polska o większości z nich zapomniała, my nie mamy do tego prawa", a zaraz potem pojawia się długa lista nazwisk bojowników straconych na stokach warszawskiej Cytadeli w latach 1904-1909. Jednym z celów trylogii rewolucyjnej Holewińskiego jest bowiem bez wątpienia przypomnienie tych ludzi, ich ogromnych ofiar i cierpień, ale też odwagi, pomysłowości, patriotyzmu, które prowadziły do spektakularnych czasem zwycięstw, a przy tym paraliżowały aparat policyjny i wojskowy wielkiego Imperium Rosyjskiego i budowały podwaliny wolnej Polski. O niej marzą bohaterowie trylogii, dla niej giną, ale przecież nie wszyscy, co także świetnie pokazuje Holewiński. W ich ustach "marzenie" oznacza "mrzonkę", a my, czytelnicy A.D. 2020, słuchamy tych słów oczywiście z ironią, wiedząc, że jedenaście lat później owe mrzonki staną się realnością.
Ale ta ironia nie jest słuszna, a chyba też nie była ona celem Holewińskiego, który nie stworzył powieściowego pomnika ludzi podziemnych jako bohaterów bez skazy, szydząc z ich przeciwników. Zresztą autor pokazuje, jak często w rosyjskiej policji pracowali Polacy, jak wielu z nich było agentami. Wywodzili się oni także spośród rewolucjonistów. Sporo tu gorzkich słów o tzw. charakterze narodowym Polaków, ale też wiele pochwał. Wypowiadają je zwykle i nie zawsze świadomie Rosjanie. Na przykład: "To dziwny naród. Z obsesją wielkości, poczuciem prometeizmu. A jednocześnie każdy w swoją stronę. Z jednym się ułożysz, jutro inny go zastrzeli". Montwiłł-Mirecki nie ma złudzeń: "nikt o nim, jak już ta Polska się ziści, nie będzie pamiętał".
Przy lekturze trylogii, a zwłaszcza Pogromu 1907, uderzyło mnie, jak często padają w niej pytania i jak często zawisają one w powietrzu, bez odpowiedzi. Ale chyba o to właśnie chodziło - Pogrom 1907 to powieść otwartych pytań. O co? O Polskę. O Rosję i jej nienawiść do nas, Polaków. O sens terroru, którym posługiwali się polscy socjaliści. O sens historii. O granicę między odwagą i szaleństwem. O patriotyzm. Te pytania stawiają sobie bohaterowie Holewińskiego, ale są one chyba stawiane także nam, czytelnikom.
Tytułowy "pogrom" w tomie pierwszym dotyczył krwawej rozprawy żydowskich robotników Warszawy z sutenerami i alfonsami z tamtejszych burdeli. W tomie ostatnim słowo to staje się synonimem krwawej rozprawy rosyjskiej policji z bojownikami Polskiej Partii Socjalistycznej, zwalczanymi bezwzględnie, w dużej mierze dzięki rozległej sieci agentów, informatorów oraz prowokatorów. W tym też sensie Pogrom 1907 jest powieścią o klęsce i bez wątpienia nie stanowi optymistycznego zwieńczenia całości. Przynajmniej tak to widzą bohaterowie książki.
Jest ich zresztą bardzo wielu. Z moich wyliczeń wynika, że co najmniej trzydziestu. Wielu to postaci znane z historii Polski i Rosji. Obok Polaków ważną rolę odgrywają Rosjanie i Żydzi. Są reprezentanci elit państwowych, politycznych, wojskowych oraz intelektualnych, ale też proletariusze czy zwykli bandyci. Są mężczyźni i kobiety. Te ostatnie, jak Sempolińska czy Zaborowska, co ucieszy lub zdziwi fanów tzw. herstory, są niezwykle istotnymi, choć nie zawsze pozytywnymi aktorami (aktorkami?) w rekonstruowanych przez Holewińskiego wydarzeniach. W sumie Pogrom 1907 jest opowieścią nie tyle o jednostce w dziejach, co o jednostkach w dziejach. Każda z nich jest ważna. Przypisałbym Holewińskiemu słowa doktora Goldenberga: "Każdy z nich to dla mnie człowiek, każde życie ma swój wymiar, jakiś sens, którego nie jesteśmy w stanie pojąć". Także sens w dziejach.
Ale Pogrom 1907 to także opowieść o Warszawie, która jest swego rodzaju bohaterką powieści. Holewiński tworzy fascynującą mapę miasta sprzed ponad wieku, zbuntowanego, zamożnego, wielonarodowościowego, a zarazem systematycznie rusyfikowanego. Miasta coraz piękniejszego, nowoczesnego, pełnego wspaniałej sztuki, przez jedną z postaci porównanego do wiru, który wciąga ludzi, by potem wyrzucić ich ochłapy. Jesteśmy dzięki autorowi powieści oprowadzani po tej Warszawie przez przewodnika-narratora, który imponuje znajomością szczegółów. Wierzę mu, gdy pisze, że bielizna jednej z bohaterek ("kombinezon koszulka-majtki z nansuku, zapinany z boku, odpinany z boku, z odpinaną od tyłu klapką, obszyty walansjenką") kosztuje siedem rubli pięćdziesiąt kopiejek. Tu Holewiński spotyka się chyba z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem.
Tworząc powieściową kronikę roku 1907, Holewiński opowiada o nim za pomocą wspomnianych, chronologicznie uporządkowanych quasi-filmowych rozdziałów-epizodów, w których centrum umieszcza jedną wybraną postać. Patrzymy wtedy na dzieje oczyma owej postaci, co daje efekt polifoniczności czy raczej poliperspektywiczności. Dzięki temu opowiadana przez Holewińskiego historia jest wielowymiarowa, ale też jakby postrzępiona, a więc nieuładzona i "niepozszywana", a przez to w ruchu, a nawet nieładzie i niepokoju.
Czytając Pogrom 1907 myślałem o wpisanej w tę powieść wizji historii. Jak wiemy, nasi wielcy pisarze pisali o niej "ku pokrzepieniu serc" lub by "rozdrapywać rany podłości". I Sienkiewicz, i Żeromski pojawiają się w Pogromie, tak jak mignie w nim gdzieś Prus, autor Faraona, czy Jeske-Choiński, autor Gasnącego słońca. Pogromowi 1907 bliżej chyba do Żeromskiego w pesymistycznym, gorzkim widzeniu dziejów jako swego rodzaju "pogromu" bohaterów takich jak Henryk Baron, ale też często ludzi przypadkowych, nieświadomych, przeciętnych. Chyba żaden z bohaterów powieści Holewińskiego nie wychodzi bez szwanku z "pogromu" historii - nieważne, czy jest w centrum wydarzeń, czy gdzieś na ich marginesie.
Może dlatego najbardziej mnie zajął wątek Yvette - prostytutki, konspiratorki, która na koniec opiekuje się starym doktorem Goldenbergiem i małym Antosiem, budując wspólnie życie. Na boku historii.
JAKA JESTEŚ, KLASYKO?
Lekturana wrzesień
Anna Nasiłowska
Jan Józef Szczepański
Polska jesień
Warszawa : Państ. Instytut Wydawniczy, 1998
330 s. ; 20 cm
(Kolekcja Prozy Polskiej XX Wieku)
Wrzesień 1939 od początku był tematem spornym. Klęska (a jeśli tak, to przez kogo zawiniona), czy przegrana kampania? Kompromitacja elit, które opuściły kraj, czy rozsądne posunięcie, dzięki któremu mógł powstać rząd polski we Francji, a następnie w Londynie? Dowód bohaterskiego oporu i honoru czy politycznej głupoty, bo lepiej nie walczyć z silniejszym, zachowując zabytki i chroniąc życie obywateli? Znamy to? Znamy.
Spory zaczęły się podczas okupacji, różne stanowiska podzieliły emigrantów. Mimo upływu czasu temat wciąż okazuje się gorący, a dyskusje mogą być bolesne, namiętne i uwikłane w bieżącą politykę. Tak było w PRL, tak dzieje się teraz. Polska jesień Jana Józefa Szczepańskiego to powieść, która ma szansę pogodzić zwolenników heroicznej wizji z jej kontestatorami, a przynajmniej pokazać, że sprawa nie jest prosta.
Książka Szczepańskiego zaczęła powstawać już w okresie okupacji, jej fragment publikowano w podziemnej prasie. Ostatecznie gotowa była w 1949 roku, ale na druk musiała poczekać do odwilży politycznej, po raz pierwszy ukazała się w 1955 roku. Mimo wielu wznowień, powieść nie do końca zadomowiła się w świadomości czytelników. W pewnym okresie wyprzedziła ją Lotna Wojciecha Żukrowskiego, sfilmowana przez Andrzeja Wajdę, z dodatkiem słynnej sceny ataku kawalerii na czołgi, nieobecnej w opowiadaniu. Nie miała też miejsca w rzeczywistości, była symbolicznym elementem, który przeniknął do polskiej wyobraźni z niemieckiego filmu propagandowego.
Polska jesień opiera się na przeżyciach i obserwacjach autora. Jan Józef Szczepański, rocznik 1919, zdobył podoficerskie szlify jako artylerzysta we Włodzimierzu Wołyńskim, został powołany do wojska w 1939 roku i był podchorążym 6. Dywizji Piechoty Armii "Kraków". Trafił do niewoli pod Rawą Ruską i zbiegł z transportu. Takie też są losy bohatera powieści, dwudziestolatka Pawła Strączyńskiego, choć nie militarne konkrety, formacje i przebieg kampanii stają się tu istotne, ale los, doświadczenie i zmieniające się wojenne okoliczności, na które różnie reagują ludzie spotykani w toku kampanii.
Powieść napisana jest w formie pamiętnika Strączyńskiego. W miarę naiwny chłopak z inteligenckiego domu pod koniec sierpnia 1939 roku obserwuje zaskakujące zmiany zachowania w swoim otoczeniu. Pani z intelektualnego środowiska wyciąga z torebki Przepowiednię z Tęgoborza i zgromadzone w salonie poważne, stateczne osoby oddają się analizowaniu jej słów. Pojawia się też utrzymana w wysokim tonie filozoficznym przepowiednia zagłady wartości, sygnowana odwołaniem do Bierdiajewa. Strączyński jest bardziej oszołomiony niż przestraszony. Kilka dni później otrzymanie karty mobilizacyjnej przyjmuje jako naturalną konsekwencję dorosłości. W koszarach, a następnie w oddziale musi włożyć sporo wysiłku, by przestano traktować go jako "nadwyżkę" czy rezerwistę dołączonego na przyczepkę do prawdziwego wojska.
Są takie utwory, które dzięki temu, że napisane zostały wkrótce po przedstawianych zdarzeniach, przechowują bogactwo obserwacji. Polska jesień jest wspaniałym freskiem społecznym, w którym różnorodność postaci odbija się w języku. Wśród żołnierzy słychać Ślązaków i polską wieś, pojawia się wojskowa dosadność. Na przykład major, któremu żołnierze mówią, że w stajniach nie ma porządnych koni, tylko cywilne szkapy, odpowiada: "Koń, o którego żołnierz nie dba, zawsze będzie szkapą, a żołnierz, który nie dba o konie, zawsze będzie dupą. Zrozumieli?". Strączyński opatruje tę wypowiedź po inteligencku: "Muszę się przyznać, że zdolność formułowania tego rodzaju aforyzmów, będąca szczególnym darem liniowych oficerów, budzi we mnie prawdziwy podziw". Sprawa koni jest bardzo istotna - konie ciągną działa, konno przemieszcza się także ich obsługa. Dobry koń to skarb, prawdziwy przyjaciel. Klasyka polskiej literatury przechowała doświadczenia kawalerii, ale już fakt, że w każdym oddziale musiał być podkuwacz, zwykle umykał uwadze autorów.
Początek powieści jest heroiczny, choć opowiedziany codziennym językiem: to usiłowania, by dołączyć do prawdziwego wojska i zrobić coś, co wpłynie na przebieg kampanii. Potem jednak zaczyna chodzić o coś odwrotnego: kiedy odłączyć się od oddziału, gdy dalszy odwrót nie ma już sensu. Jedni koledzy wcześnie znikają bez pożegnania, inni czekają, wykrusza się dowództwo. Gdy resztki oddziału dostają się do niewoli, lepiej zrzucić mundur (choć nie jest to łatwe), znów stać się cywilem, wmieszać się w tłum. Strączyński z kolegą wyskakują z pociągu. Walka i indywidualne ratowanie się mają swój czas.
Dla mnie Polska jesień jest głęboko poruszająca dlatego, że pokazuje proces - nie zatrzymuje się ani na kulminacji w postaci walki, ani na klęsce. Mówi też o tym, jak trudno zachowywać się racjonalnie, mając za mało informacji. Bohater powieści wpisuje się w różnorodne doświadczenia społeczne, jego inteligencka świadomość jest tylko jednym z wariantów przeżywania. Utwór mówi też o czymś, co pojawia się w momentach przełomów - o wspólnym odczuwaniu chwili, emocjonalnym porozumieniu nawet bez słów wśród ludzi, których w jednym miejscu zebrał przypadek, ale łączy ich ten sam język, kultura. I uczucia. Niewiele się o nich mówi, bo i bez słów są zrozumiałe.
Siłą Polskiej jesieni jest ujęcie opowieści z perspektywy bohatera oraz posłużenie się formą niby-dziennika, fikcyjną (któż miałby tyle czasu, by w polu zapisywać szczegóły i dbać o formę?), ale i naturalną, typową dla dokumentów osobistych.
Jest jeszcze jedna bardzo udana powieść o Wrześniu, podobnie napisana, ale - w przeciwieństwie do Polskiej jesieni - bardzo mało znana. To Warszawa-Lwów 1939 Stefanii Zahorskiej, wydana raz, w Londynie w 1964 roku. Dzieło opublikowano po śmierci Zahorskiej (zmarła na emigracji w 1961 roku), ostatecznie zostało zredagowane przez Marię Danilewiczową i Lidię Ciołkoszową. Powieść zawiera fragmenty z dziennika autorki przeniesione w świat fikcyjnej bohaterki. Także tu akcja zaczyna się latem, gdy w Warszawie intelektualiści dyskutują w kawiarniach i wychodzi im, że polityka Hitlera to absurd. Potem następuje nagła zmiana i nie ma już czasu, by cokolwiek uporządkować. Decyzję o wyjeździe pociągiem ewakuacyjnym trzeba podjąć natychmiast, bo miejsc jest za mało. Utwór kończy się, gdy bohaterka przekracza granicę z Rumunią, samotnie, dzięki pomocy przypadkowych ludzi - Żyda, który ją podwozi, Ukraińców, którzy wiedzą, w jakim miejscu granica nie jest strzeżona. Trzeba by wznowić tę powieść, ale... kto się podejmie?
Są utwory źle się starzejące. Bywają jednak takie, co starzeją się dobrze, a decydują o tym: zdolność obserwacji, związek z momentem historycznym, osobiste ujęcie, które broni przed wejściem w polityczny spór. Możliwy jest wówczas cud literatury: można popatrzeć na dzianie się historii, tak jakby się tam było, zrozumieć, jak Wrzesień 1939 nieodwołalnie przeorał wszystkie polskie biografie, choć zaznana wtedy groza to pierwszy dreszcz, zaledwie wstęp do wszystkiego, co się działo później.