ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Powstaje nowy świat
Z Markiem Budziszem rozmawia Grzegorz Filip
W książce Samotność strategiczna Polski nie zajmuje się pan ruskim mirem, ideologią imperialną ani rosyjskim nacjonalizmem. Interesują pana geostrategia, problemy gospodarcze i militarne. Przyczyny wojny na Ukrainie widzi pan w chwilowej słabości USA po wycofaniu wojsk z Afganistanu, dobrych stosunkach Rosji z Chinami, w ograniczeniu możliwości Rosji w Europie (polityka klimatyczna) i konieczności utrzymania przez Moskwę pozycji na rynku paliw (Ukraina wyrastała na konkurenta na tym rynku). Czy tylko czynniki gospodarcze i różnice potencjałów wywołują wojny? Ideologie mają znaczenie drugorzędne?
Wydaje się, że nie, tylko że ja sporo o tym pisałem w poprzedniej książce, Wszystko jest wojną. Szkice o rosyjskiej kulturze strategicznej. Pisałem o tym, jak Rosjanie myślą o swoim miejscu w świecie, do jakich tradycji się odwołują, jak jest zbudowane ich państwo, jaki świat wartości wyznają rosyjskie elity, zarówno współczesne jak i historyczne, no i teraz uznałem, że zwłaszcza w sytuacji szybko zmieniających się relacji w Europie, całej rewolucji geostrategicznej, bo z tym właśnie mamy do czynienia, warto poświęcić więcej uwagi opisowi dnia dzisiejszego. Stąd tego rodzaju decyzja. Można by nawet powiedzieć, że w Szkicach... opisywałem pewien sposób myślenia rosyjskich elit o roli Rosji, jej przeznaczeniu i obecności w świecie, o narzędziach polityki. Wcześniej jeszcze, pisząc o sprzedaży Alaski, rekonstruowałem historycznie dziewiętnastowieczną politykę Rosji wobec Bałkanów i rozgrywki, głównie z Wielką Brytanią, o dominację w świecie, a teraz skoncentrowałem się z oczywistych względów, zważywszy na sytuację, w której się znaleźliśmy po wybuchu wojny, na bardziej doraźnym obrazie sytuacji, bo mamy do czynienia ze zmianami, w moim głębokim przekonaniu, nieodwracalnymi oraz rewolucyjnymi. Powstaje nowy świat, w którym będziemy funkcjonować w najbliższych latach, a może nawet dziesięcioleciach.
Analizuje pan to, co Rosja mówiła otwarcie przed wojną o swoich "interesach, intencjach i czerwonych liniach", pisze pan, jak rosyjskie kręgi eksperckie opisują obecnie sytuację i jak się zapowiada przyszła polityka Rosji. To niemal jedna trzecia książki. Gra toczy się o to, kto kogo wypchnie z Europy - Amerykanie Rosję czy odwrotnie. Dla nas tylko jedna z tych możliwości jest korzystna, bo Rosja panująca w Europie ułoży sobie stosunki z Niemcami i Francją na własnych warunkach. Nie będzie wówczas miejsca dla Polski. Czy istnieje jakaś trzecia droga?
Teoretycznie tą trzecią drogą jest zgoda głównie państw anglosaskich, Stanów Zjednoczonych na pewien nowy model relacji, który Rosja, w gruncie rzeczy również Chiny, proponują. Oni proponują wizję świata opartą na, jak to określają, wielu filarach siły. Nie jest to już świat, w którym największe znaczenie ma szeroko rozumiany obóz Zachodu, tylko świat bardziej zrównoważony, w którym liczy się też stanowisko Rosji, Chin, Indii, państw Ameryki Łacińskiej, takich jak Brazylia, czy państw afrykańskich, takich jak RPA. Oni uważają, że to jest pewien model docelowy, że porządek globalny powinien być wynikiem gry między tymi wielkimi państwami, a ponieważ to są państwa odmienne, o innych kulturach, innych tradycjach, również innych systemach wyłaniania rządzącej elity i tego, jak są te państwa zbudowane, to z tego powodu nowy świat nie może być oparty na jakimś jednorodnym systemie wartości, bo ich zdaniem takiego systemu jednorodnego nie ma. W związku z tym to musi być świat oparty na zasadzie takiej, powiedziałbym, dziewiętnastowiecznej polityki, w której czynnik potencjału siły i wpływów porządkuje relacje. Dlatego, gdyby Anglosasi, też i Europa, zgodzili się na tego rodzaju wizję porządku globalnego, to w gruncie rzeczy do starcia nie musiałoby dojść. Putin jeszcze przed wojną, na przykład w "Die Zeit" latem 2021 roku, zamieścił artykuł programowy, w którym wizję nowej Europy i nowych relacji w Europie wyłożył dość czytelnie. Potem ta wizja znalazła też swoje uzupełnienie w propozycjach traktatów między Rosją a państwami NATO i Rosją a Stanami Zjednoczonymi, które Putin ogłosił 19 grudnia 2021 roku. To była w gruncie rzeczy wizja zagospodarowania przez Europę Zachodnią i Rosję przestrzeni w Europie Środkowej. Europa Środkowa miała być zepchnięta do roli przedmiotu tych ustaleń. Ukraina w tym sensie miała być pierwszym krokiem. W największym skrócie rzecz ujmując, ta wizja porządku opartego na pluralizmie geostrategicznym jest też wizją porządku opartego na relacjach, w których głównym czynnikiem jest siła. Wartości nie są istotne. Państwa, szczególnie mocarstwa, są suwerenne, czyli mogą robić wszystko, co chcą we własnej strefie wpływów, mają w ogóle strefy wpływów, te obszary, gdzie ich interesy dominują. Do tego się wprost odwołują rosyjscy myśliciele i analitycy, i ta propozycja jest cały czas podtrzymywana wobec niektórych państw Zachodu. Po roku wojny na Ukrainie Putin nie zrewidował tego poglądu i mało tego, rosyjskie elity wręcz uważają, że dzisiejsza polityka Francji i Niemiec jest nieracjonalna, dlatego że jest polityką w dłuższej perspektywie nieobsługującą interesów tych dwóch państw. Znacznie rozsądniejsze, zdaniem rosyjskich ekspertów, byłoby porozumienie między Rosją a Francją i Niemcami, budowanie wspólnej przestrzeni od Lizbony do Władywostoku. Nie bez powodu Miedwiediew przypomniał niedawno ideę jeszcze z czasów Gorbaczowa, bo to jest cały czas aktualne. Propozycja leży na stole, tylko ceną miałoby być zerwanie więzi atlantyckich, wypchnięcie Stanów Zjednoczonych z Europy i po ostatniej deklaracji Putina i Xi Jinpinga to w gruncie rzeczy jest wspólne stanowisko Chin i Rosji. Oni walczą o wypchnięcie Stanów Zjednoczonych z Europy.
Rosja wyraźnie formułuje swoje cele: zniszczenie państwowości Ukrainy, odcięcie jej od morza, tak aby pozbawić wzrostu gospodarczego. Czy proukraińska koalicja jest równie wyrazista? Czego ona chce? Dla Rosji jest to wojna z całym Zachodem. Czy Zachód też tak widzi tę wojnę?
Wydaje mi się, że podejście Zachodu jest zmienne, to znaczy ono ulega ewolucji właśnie w stronę takiego spojrzenia. Zachód dojrzewa do myśli, iż nie jest już możliwe przywrócenie status quo ante, czyli restytucja porządku zakwestionowanego rosyjskim atakiem na Ukrainę już jest nierealna, trzeba zbudować nowy porządek bezpieczeństwa, również w Europie Środkowej. Rosjanie uważają, i władze celowo tego rodzaju narracje wzmacniają, że to jest w gruncie rzeczy wojna o charakterze egzystencjalnym, to znaczy Rosja nie walczy z Ukrainą, tylko z całym Zachodem, a w związku z tym, jeżeli przegra wojnę, to ceną może być dezintegracja państwowa Federacji Rosyjskiej albo w wariancie nieco bardziej optymistycznym - podporządkowanie interesu rosyjskiego interesom Zachodu. Tak czy inaczej, cena formułowana w kategoriach pewnej przestrogi czy obaw przez rosyjskie elity jest niezwykle wysoka. W Rosji przywiązanie do idei suwerenności jest znacznie silniejsze niż w państwach realizujących pewne projekty integracyjne. Rosjanie uważają, że jeżeli wojnę przegrają, to zapłacą wielką cenę, o wymiarze historycznym. A to też oznacza, że oni są gotowi kontynuować wojnę i moim zdaniem są przygotowani na długą wojnę, liczoną na lata. Rosja tej wojny nie może przegrać, a elita władzy realizuje też cele wewnętrzne. Pozbyła się liberalnej opozycji, przemodelowała system sprawowania władzy w Rosji na rzecz twardego autorytaryzmu, wzmocniła kontrolę nad aktywami ekonomicznymi, czyli podporządkowała sobie świat oligarchiczny. Wojna realizuje cele rosyjskiej elity i kręgu Putina, jeśli chodzi o kontrolę sytuacji wewnętrznej. To jest główny motyw, dla którego Rosja nie myśli poważnie o zakończeniu wojny w inny sposób niż przez osiągnięcie zwycięstwa. Powinniśmy być przygotowani na to, że wojna będzie trwała. Rosja nie odczuwa braków ekonomicznych ani związanych z potencjałem wojskowym, nie jest wyczerpana wojną, rządząca elita ma więcej władzy i lepiej kontroluje sytuację wewnętrzną niż przed wojną, a w związku z tym też trudno mówić o jakichś sygnałach, które pojawiałyby się w rosyjskiej elicie władzy na rzecz zakończenia wojny. Poza elitą władzy też nie ma sił na tyle istotnych, które mogłyby obalić obecny układ. To się oczywiście może zmienić, ale na razie niewiele zapowiada taką ewolucję sytuacji.
POLITYKA | HISTORIA
Prorokini Anna
Wojciech Górecki
Anna Politkowska
Rosja Putina
Bezkompromisowo
o krainie korupcji, kontroli i kłamstwa
przeł. z ang. Tristan Korecki
Białystok : "Mova", 2022
343 s. ; 21 cm
Anna Politkowska
Tylko prawda
Wybór reportaży
przedm. Helena Kennedy
przeł. z ang. Robert J. Szmidt
Białystok : "Mova", 2022
613 s., 8 s. tabl. : il. ; 21 cm
Przy lekturze książek Anny Politkowskiej (1958-2006) często przechodziły ciarki. Opisywana przez nią brutalna rosyjska rzeczywistość przełomu lat dziewięćdziesiątych i zerowych - zwłaszcza druga wojna czeczeńska, rozpoczęta w roku 1999 i formalnie zakończona dekadę później - budziła przerażenie i kazała zadawać sobie pytanie: "Jak to możliwe?!".
Obecnie, w drugim roku pełnowymiarowej agresji Rosji na Ukrainę, jej wznowione właśnie publikacje, Rosja Putina i Tylko prawda, wywołują już nie tylko ciarki, ale wręcz dreszcze. Nieżyjąca od siedemnastu lat dziennikarka wiedziała wcześniej od innych, w którą stronę zmierza kraj rządzony przez Władimira Władimirowicza i głośno o tym mówiła. Jednak choć była czytana i słuchana - świadczą o tym nagrody i tłumaczenia - to, podobnie jak w przypadku innych proroków, chyba mało kto jej całkowicie wierzył.
Oto fragment pierwszej książki: "Przyjrzyjmy się czystce etnicznej, jaka nastąpiła w ślad za tamtym aktem terroryzmu, a także nowej ideologii państwowej ogłoszonej przez Putina: "Nie będziemy liczyć kosztów. Niech nikt w to nie wątpi. Nawet gdyby koszty były wysokie"". Wspomniany akt terroryzmu to atak na moskiewski teatr na Dubrowce (jesień 2002 roku), a czystka etniczna objęła osoby narodowości czeczeńskiej, ale Putinowskie modus operandi nic się przecież nie zmieniło.
Politkowska opisuje rosyjskiego przywódcę u progu jego drugiej kadencji, rozpoczętej wiosną 2004 roku. Było to już po spacyfikowaniu Czeczenii - po zamachach z 11 września Putin wpisał operację na Kaukazie w walkę z globalnym terroryzmem - ale jeszcze przed wojną w Gruzji, aneksją Krymu, oderwaniem części Donbasu. I grubo przed obecną agresją na Ukrainę. Świat był pewien, że porozumienie z Moskwą jest realne. Tymczasem dziennikarka nie pozostawia złudzeń: "Dlaczego tak bardzo nie znoszę Putina? (...) Nie znoszę go za tę jego rzeczowość gorszą od zbrodni; za jego cynizm [w innym miejscu pisze o "wrodzonym prostolinijnym cynizmie" prezydenta - przyp. WG], za rasizm, za kłamstwa, za gaz, którego użył przy oblężeniu teatru na Dubrowce; za rzeź niewiniątek, która trwała przez całą jego pierwszą kadencję prezydencką". Diagnoza Politkowskiej brzmi: "Wraz z konsolidacją władzy w rękach Putina powrót systemu sowieckiego jest oczywisty". I jeszcze jeden cytat: "Mieliśmy już niegdyś w Rosji przywódców o takich zapatrywaniach. Prowadziło to do tragedii, rozlewów krwi na wielką skalę, wojen domowych".
W Rosji Putina jest wiele zapadających w pamięć rozdziałów. Armia w moim kraju i jej matki to historie żołnierzy traktowanych gorzej niż bydło oraz żołnierskich matek odbijających się od kolejnych instancji w poszukiwaniu zaginionych synów. W Innych opowieściach z odległych rejonów kraju przeczytamy o weteranie z Irkucka, który przewrócił się i przymarzł do podłogi w nieogrzewanym bloku oraz o głodującym dowódcy atomowego okrętu podwodnego na Kamczatce ("Garnizon jest stale zadłużony w miejscowych piekarniach, które ciągle zaopatrują okręty "na kreskę"" - w tej akurat dziedzinie po okresie naftowej prosperity sytuacja się poprawiła). Chyba największe wrażenie robi jednak osobista opowieść Tania, Misza, Lena i Rinat. Co się z nami stało?, w której Politkowska przedstawia poprzez losy swoich znajomych okres rozpadu ZSRR i pierwsze lata nowej Rosji ("kobiety stały się siłą napędową - angażowały się w przedsiębiorczość, rozwodziły z mężami"). Z kolei Jak się przywłaszcza mienie za cichym przyzwoleniem władz to arcydzieło dziennikarstwa śledczego - świetnie udokumentowana historia dzikich prywatyzacji na Uralu.
Tylko prawda składa się z kilkudziesięciu tekstów z lat 2000-2006 ułożonych w dziewięć rozdziałów. Połowa poświęcona jest drugiej wojnie czeczeńskiej: losom czeczeńskich cywili i popełnianych na nich zbrodni, próbom pociągnięcia do odpowiedzialności sprawców najbardziej okrutnych przestępstw (dziennikarka nieraz przekraczała granice zawodu, czynnie angażując się w obronę praw człowieka), nowej czeczeńskiej elicie, zgromadzonej wokół Ramzana Kadyrowa, terrorystycznym atakom na teatr na Dubrowce i na szkołę w Biesłanie. Tu także nie brakuje zdań, które wywołują gęsią skórkę: "Dzisiaj jest już jasne, że ludobójstwo [chodzi ogólnie o Czeczenię - przyp. WG] było planowane od samego początku. A ludobójstwo dokonane na jednym narodzie szybko przerodzi się w wyniszczenie następnego, to truizm ukuty w ciągu stuleci zarówno przez pokolenia najeźdźców, jak i najeżdżanych. Dla totalitarnego imperium, które rodzi się na naszych oczach, takie ekspedycje karne będą sensem istnienia". Jeden jedyny raz instynkt Politkowską zawodzi - gdy przewiduje rychły koniec Kadyrowa. Anno domini 2023 czeczeński lider wciąż ma się dobrze. Pozostałe teksty dotyczą między innymi rosyjskiej emigracji na Zachodzie (rozmowy z Władimirem Bukowskim i Borisem Bieriezowskim), ale także spektaklu tanga czy historii psa Politkowskich. Ostatnia część książki to reakcje światowej opinii publicznej na zabójstwo dziennikarki (została zastrzelona 7 października 2006 roku).
Biorąc pod uwagę, że oba tomy zostały przełożone z angielskiego, trudno się dziwić, że zdarzają się błędy w nazwach własnych czy specyficznej nomenklaturze (w "Chasawjurty" zamiast "Chasawjurcie", "Zachodnia Grupa Oddziałów" zamiast "Wojsk"), choć tłumaczenia są na ogół bardzo dobre. Staranniejsza pod względem edytorskim jest Rosja Putina. W tomie Tylko prawda zdarzają się denerwujące lapsusy, zaś całkowicie chybionym pomysłem było zamieszczenie na końcu Słowniczka z mocno zdezaktualizowanymi hasłami: przy Borisie Bieriezowskim nie ma adnotacji o jego śmierci w 2013 roku, Ramzana Kadyrowa przedstawiono jako premiera Czeczenii (przestał nim być w 2007 roku), a o Micheilu Saakaszwilim dowiadujemy się, że w roku 2004 objął urząd prezydenta Gruzji (sprawował go do 2013 roku) oraz że "doprowadził do wygaszenia" konfliktu w Abchazji (Tbilisi nie kontroluje jej do dziś). Słowniczek należało zaktualizować albo z niego zrezygnować, zaopatrując poszczególne teksty w przypisy "od redakcji".
Wołyńskie piętno
Natalia Pochroń
Adam Rafał Kaczyński
Sowietyzacja Wołynia 1944-1956
Warszawa : Instytut
Pamięci Narodowej. KŚZpNP, 2022
336 s. ; 25 cm. - (Monografie ; 171)
(Polacy w Rosji i Związku Sowieckim
oraz w Województwach Wschodnich II RP)
Czy polska historia Wołynia kończy się w 1945 roku? Adam Rafał Kaczyński pokazuje inną perspektywę. Przekonuje, że ostatnie lata wojny stanowiły tylko preludium do tragedii, która spotkała dawne województwo Rzeczypospolitej i która do dziś mocno kształtuje mentalność jego mieszkańców.
W swojej historii Wołyń wielokrotnie zmieniał przynależność państwową. Nigdy nie wydarzyło się to jednak w tak bezwzględny sposób, jak po 1939 roku. Wkroczenie Armii Czerwonej, potem okupacja niemiecka, krwawa działalność ukraińskiego podziemia i ponownie destrukcyjne porządki wprowadzone przez sowiecki reżim sprawiły, że w ciągu jednego dziesięciolecia całkowicie zniszczono tożsamość tej wieloetnicznej krainy.
Trudno znaleźć w polskiej i ukraińskiej historiografii monografię, która kompleksowo i rzetelnie opisywałaby powojenne dzieje Wołynia. Historia tych ziem obciążona jest dużym ładunkiem emocjonalnym, związanym z rzezią dokonaną przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach w latach czterdziestych XX wieku i w związku z tym mocno podporządkowana względom polityki. Dostrzegł to chociażby kanadyjski historyk ukraińskiego pochodzenia John-Paul Himka, pisząc, że nigdzie w światowej literaturze nie ma tak rażących różnic między zawartością źródeł a poglądami historyków i stawianymi przez nich tezami. Większość publikacji traktujących o Wołyniu poświęcona jest tematyce ukraińskiego podziemia, w tym próbom potępiania lub wybielania Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Kwestie społeczne, polityczne czy gospodarcze są najczęściej pomijane lub traktowane w zdawkowy sposób.
Adam Rafał Kaczyński wypełnił tę lukę. W najnowszej książce postanowił skoncentrować się na powojennych losach dawnego województwa Rzeczypospolitej. Zaczyna od krótkiego zarysowania sytuacji Wołynia w przededniu wybuchu drugiej wojny światowej, prowadząc następnie narrację przez okres okupacji sowieckiej i niemieckiej, ludobójstwo dokonane na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów, ofensywę Armii Czerwonej i walki na Wołyniu po proces instalowania się władzy sowieckiej i postępującej sowietyzacji regionu.
Jednym z narzędzi tej ostatniej były zakrojone na szeroką skalę deportacje i przemieszczenia ludności. Po zakończeniu drugiej wojny światowej ziemie dawnego województwa wołyńskiego opuściło około 140 tysięcy Polaków. Część z nich uciekła przed zbrodniami nacjonalistów z UPA, reszta została zmuszona do wyjazdu przez nowe władze - ich miejsce zajęli Ukraińcy oraz ludność rosyjskojęzyczna ze wschodniej Ukrainy. Oprócz tego Rosjanie przystąpili do bezwzględnej sowietyzacji przestrzeni publicznej. Temu miały służyć reforma szkolnictwa na modłę sowiecką, przeprowadzona w brutalny sposób kolektywizacja rolnictwa czy bezwzględna walka z Cerkwią i Kościołem. Ta pierwsza została podporządkowana Patriarchatowi Moskiewskiemu, drugi - całkowicie rozbity. Katolicyzm, tak istotny w dziejach Wołynia, na kilkadziesiąt lat został zepchnięty do podziemia.
Jak pokazuje Kaczyński, bezwzględne porządki Sowietów pociągnęły za sobą opłakane skutki. W ciągu kilku lat Wołyń stał się najbiedniejszym i najsłabiej zaludnionym regionem Ukrainy. Kolektywizacja połączona z ogromnymi obciążeniami podatkowymi spowodowała pauperyzację ludności i jej całkowite uzależnienie od władz. Nieudolna polityka gospodarcza doprowadziła do upadku rolnictwa i mocno osłabionego po wojnie przemysłu. Chociaż Sowieci przeznaczyli spore inwestycje na jego odbudowę, liczne problemy - jak choćby fatalny stan dróg i brak dostępu do elektryczności - połączone z "socjalistycznymi metodami produkcji", sprawiły, że próby industrializacji spaliły na panewce. Dodatkowo w wyniku walk oraz przymusowych deportacji region pozbawiono nie tylko elity intelektualnej i gospodarczej, ale i świadomej narodowo części ukraińskiego społeczeństwa. W efekcie Wołyń został zdegradowany do roli zaplecza materiałowego i rezerwuaru taniej siły roboczej dla pozostałych regionów sowieckiego imperium. Dramatyzm sytuacji podkreśla fakt, że szybko mieszkańcy zaczęli z rozrzewnieniem wspominać "syte" czasy wojny i okupacji niemieckiej.
Na wstępie autor zaznaczył, że pragnie spojrzeć na Wołyń z perspektywy zewnętrznego obserwatora, bez opowiadania się po którejś ze stron. Zamiar się powiódł. Swoją publikację oparł na solidnej kwerendzie, korzystając ze źródeł zgromadzonych w archiwach ukraińskich, rosyjskich i polskich. To pozwoliło mu w obiektywny i rzeczowy sposób zmierzyć się z problematyczną historią regionu, szczególnie z rozpalającym historyków tematem zbrodni dokonanej przez ukraińskich nacjonalistów. Posiłkując się źródłami, Kaczyński obalił wiele fałszywych poglądów, m.in. zaniżających liczbę polskich ofiar czy mówiących o krwawym odwecie ze strony polskiej. Przytaczając wyliczenia, dowiódł, że dysproporcja strat zadanych przez Polaków Ukraińcom jest porażająca, dodając, że nie były one w żaden sposób usprawiedliwiane przez dowódców wojskowych.
Jednocześnie Kaczyński stroni od pochopnych sądów czy piętnowania. Pisząc o działaniach ukraińskich nacjonalistów, przede wszystkim próbuje je wytłumaczyć, równolegle pokazując ich tragiczne skutki. Przybliża też wątek mniej znany a pasjonujący - ukraińskie ofiary terroru członków OUN. Po wkroczeniu Sowietów na te ziemie wielu członków tej organizacji podjęło się bowiem dobrowolnej kolaboracji z okupantem, wymierzając ostrze swojej brutalnej polityki przeciwko własnym rodakom. Mordowali ich za rzekome donosicielstwo, opór wobec reform czy bez powodu - dla zastraszenia.
To zresztą niejedyny mniej znany temat podjęty przez Kaczyńskiego. Równie interesująco prezentuje się wątek czeskiego osadnictwa na Wołyniu. W Polsce utarło się przekonanie, że stosunki II RP z Czechosłowacją nie układały się najlepiej, czego dowodzi przykład Zaolzia. Kaczyński pokazuje inny obraz: wołyńscy Czesi nie tylko do końca pozostali lojalni wobec Polski. W wielu przypadkach ratowali Polaków przed zbrodniami Ukraińców, narażając przy tym życie. Ostatecznie spotkał ich podobny los - po wojnie również zostali zmuszeni do opuszczenia tych ziem.
Powojenne losy Wołynia potoczyły się tragicznie. Chociaż 1945 rok położył kres bratobójczym walkom, dla mieszkańców tego regionu stanowił dopiero początek ucisku. Usuwając ślady polskości z Wołynia, Sowieci obiecywali Ukraińcom, że wyzwolą ich spod "polskiego jarzma" i przeprowadzą ambitne reformy prowadzące do rozwoju regionu. Żadna z nich się jednak nie udała. Poza rusyfikacją, która wyrządziła ogromne spustoszenie w ukraińskiej mentalności, i daje o sobie znać po dziś dzień.
SZTUKA
Rysowanie ręką piszącą
Artur Grabowski
Franz Kafka
Rysunki
pod red. Andreasa Kilchera
współpr. Pavel Schmidt
teksty Judith Butler, Andreas Kilcher,
Pavel Schmidt
przeł. z niem. Elżbieta Zarych, Tomasz Kunz
Kraków : Wydaw. Literackie, 2023
367 s. : il. ; 30 cm
Publikacja wszystkich rysunków Kafki ukazuje się sto lat po jego śmierci. Musieliśmy czekać tak długo, bo jego spadkobiercy i właściciele różnych części tego zbioru zawłaszczali swoje dobra zazdrośnie, traktując materialną spuściznę po wielkim pisarzu niemal jak relikwię.
Trudno się zresztą dziwić, wszak artysta jeszcze za życia stał się przedmiotem kultu, a dzisiaj każdy skrawek jego fantomowego ciała ma wartość Pisma wiecznie otwartego na nowe odczytania. Edytorzy wielkiej (dosłownie) księgi z jego rysunkami wzięli to sobie do serca, dając nam obcować z każdą kreską Mistrza, która nie jest literą. To bowiem, co nazwać by można "dziełem graficznym", nie ogranicza się tu bynajmniej do rysunków, choćby niedokończonych, lecz zawiera najmniejszą nawet rysę, skreślenie, przypadkową plamkę atramentu, jakie pozostawił po sobie jego ołówek i jakie spadły z jego pióra.
Rysunki, szkice i zwykłe bazgroły reprodukowane są w rozmiarze jeden do jednego, wraz z kartką, na której pozostawił je autor. Opatrzone wstępem i dwoma esejami, w tym pióra samej Judith Butler, wraz z opisami każdego "dzieła" z osobna, które to miniinterpretacje można same w sobie uznać za literacki, trochę ezoteryczny komentarz do figur, tworzą razem kodeks, który wolno nam śmiało dodać do całości dorobku pisarza. Z eseju wydawcy dowiadujemy się bowiem, że Kafka nie uważał swojego rysowania za całkiem marginalnie zajęcie, wręcz przeciwnie, w młodości miał związane z tą aktywnością ambicje artystyczne. Z tego jednak, co dane nam jest oglądać po latach obcowania z jego narracjami, wynika niezbicie, że jego kreślenie może zainteresować nas przede wszystkim jako dopełnienie lub kontekst twórczości literackiej. Poza kilkoma dopracowanymi, naprawdę ciekawymi plastycznie dziełami rysownika, pozostałe nie zostałyby zapewne zauważone przez koneserów sztuki. I słusznie, są one bowiem do czytania. Figury, jako rysowane ręką piszącą teksty, zdradzają raczej duchową treść niż zmysłową wrażliwość ich autora.
Większość ołówkowych rysunków to w istocie karykatury typów społecznych lub psychicznych. Niektóre mają wyraźnie charakter studium gestu, a rysownik chętnie ćwiczy różne warianty tej samej figury: rodzaj kroków, ukłonów, wymachów kończynami, wzajemnych układów ciała. Na jednej kartce znajdujemy wiele szkiców rozrzuconych w bezładzie, jakby próbek, wprawek, w najlepszym razie wersji jakiegoś wzorcowego wyobrażenia. Niejednokrotnie wręcz nakładają się one na siebie, świadcząc o tym, że intencją kreślącego nie był ostateczny efekt plastyczny, lecz jedynie utrwalenie performansu rysowania jako przedłużenia procesu obserwacji. Autor zamieszczonych na końcu książki opisów stara się co prawda zinterpretować te sąsiedztwa w ramach architektury kartki, ale w praktyce nic nie wskazuje na to, żeby szkicujący chciał stworzyć z nich kompozycję. Są, rzecz jasna, wyjątki, ale i te wydają się raczej spontanicznym uchwyceniem objawionej w obrazie interakcji postaci niż zaplanowaną strukturą elementów.
Kafka chętnie rysuje panów w eleganckich uniformach, ni to mieszczan spacerujących ulicami, ni to urzędników, ni to kelnerów, czasami wojskowych, rzadziej niezbyt zgrabne damy. Ich ciała przedstawione są w postaci zgeometryzowanej, jakby ustrukturyzowane strojem, który noszą. Odsłonięte części ludzkiej figury, czyli dłonie i stopy, nie różnią się od tych ubranych w społeczny mundur; pozbawione cech nagiego ciała, przybierają kształty jednopalczastych rękawiczek lub skarpetkopodobnych butów, zaś forma głowy ogranicza się do kółka, elipsy, czasami wręcz kropki. Figury ludzkie jawią się więc nie tylko jako "sztywne", ale też w tej uniformizacji "byle jakie", co podkreśla ostentacyjna niestaranność, celowa brzydota rysunku. Nasuwa się zatem wniosek, że nie mamy do czynienia z krytyczną satyrą, tudzież dobroduszną kpiną z ludzkich ułomności, lecz z jakimś rodzajem... wstrętu. Czy do samej ludzkiej cielesności? Czy do społecznego porządku, który ją deformuje, przekształcając organizmy w mechaniczne twory? Ludzie, których Kafka wyłuskuje z wielkomiejskiego tłumu, skrywają w sobie bezdusznego potwora, mechanicznego manekina. Golema?
Podczas gdy figury zgeometryzowane i zamknięte zwykle pozostają statyczne, to figury o kształtach obłych, rysowanych pewnie prowadzoną linią krzywą, niepołączonymi kreskami, mającymi sugerować wymiar głębi, otwierają się na tło, a tym samym na nieskończoność lub tylko pustkę otoczenia. Za pomocą cięć i sztychów grafitowym ostrzem rysownik wydobywa tym razem ciało prawdziwie człowiecze, nawet jeśli w kostiumie, to jednak jakby z niego wymykające się za sprawą a to nagłej erupcji energii, a to odnalezionej w sobie woli ruchu. Wszakże materialność takiego człowieka zdaje się iluzoryczna, w istocie bowiem ktoś taki jest... widmem. Postać nie tylko uwalnia się z niewoli społecznych konwencji, ale i tym samym gestem wyzwala się do innego, bezgranicznego sposobu egzystencji, atoli za cenę realności. Między materialną pałubą a senną zjawą formy bycia toną w bieli kartki.
Kafkę wyraźnie fascynują sportowcy i akrobaci, podziwia ich zwinność, zdolną sprzeciwić się potędze ziemskiej grawitacji. Może to być szermierz w wykroku, znakomicie uchwycony na sposób znany nam z obrazów futurystów, albo jeździec z uniesioną bojowo (paradnie?) szablą, albo dżokej na pędzącym rumaku. Łuki ustawiają się wobec siebie, zakrzywiając przestrzeń w idealnych proporcjach i trafnych symetriach, jakby napinająca je ręka nagle odnalazła cel i właściwą moc, by go osiągnąć. To nie treść obrazu, lecz ślad działania woli i energii jest tutaj znakiem do odczytania - znakiem ręki tworzącej. Wydaje się, że przyłapując ciało w akcji, rysownik natychmiast zmienia niedbały i niepewny swego małostkowy ruch dłoni trzymającej ołówek w zamaszysty i doskonały w swoim kształcie gest ramienia, wywijającego ostro zakończonym dłutem. Rysunki z tego cyklu są jakby śladem bojowego entuzjazmu ich twórcy, zdradzają odmienną stronę jego psychiki.
Szczytowym osiągnięciem rysującego pisarza nie są jednak nawet najlepsze szkice ołówkowe, lecz skromny ilościowo cykl rysunków piórkiem. Doprowadzone do perfekcji, planowo ustrukturyzowane linie i plamy zdają się tu jedynie korzystać z figury ludzkiej, żeby w istocie odsłonić nie samą postać, nie ciało, lecz człowiecze miejsce w pustce, integralny porządek formy samowystarczalnej, która tylko z pozoru, albo akcydentalnie jawi się nam w widzialnej, bo materialnej postaci. Czarne, chude sylwetki wyglądają jak cienie, a zarazem mają w sobie niezwykłą konkretność, jakby wizerunek był ich jedyną postacią bycia. Tutaj związek figury ludzkiej z rzeczą sprawia wrażenie niemożliwego do rozerwania. To nie jest ktoś, kto siedzi na krześle lub wspiera się na stole, to bio-obiekt, ale szczególnego rodzaju, bo właśnie niepodobny do jakiegokolwiek organicznego tworu. Człowiek zjednoczony z przedmiotem wyjątkowo "ludzkim", bo służącym do wsparcia ciała w przestrzeni pierwotnie pustej, jak nieoznaczona kartka, przestaje być tworem materialnym, staje się czystą formą. Ktoś taki jest zarazem doskonale nikim, a więc absolutnie wolnym od uwarunkowań, i doskonale jedynym, integralnie zjednoczonym ze swoim miejscem w nieskończoności. Jego forma cielesno-przedmiotowa wyznacza pion i poziom w kosmosie, porządkuje matematycznie rozpoznawalne, a więc nieprzypadkowe kształty: prostokąty i trójkąty ujawniają swoje odwieczne istnienie w polach między liniami kończyn i krawędzi.
Czytane w porządku kodeksu rysunki Kafki opowiadają sytuację rozpisaną na cząstkowe ujęcia, podobnie jak jego teksty zebrane opowiadają historię opisaną w odrębnych opowiadaniach. Sytuacje zamrożone w scenkach pozwalają pominąć przepływ egzystencji i poświęcić uwagę na studiowanie samej istoty bycia. Cóż jednak po wiedzy o wieczności człowiekowi przymuszonemu egzystować docześnie? Czy taka wiedza znosi, usprawiedliwia, a choćby tylko ujawnia definiującą każdego z nas jednostkową winę? Dlaczego zatem mielibyśmy od sztuki oczekiwać realistycznego odzwierciedlenia życia? Kafka nigdy nie chciał być drobiazgowym realistą, jego ambicją była wielka alegoria, ale nie odważył się zrezygnować z doświadczenia na rzecz objawienia. Dlaczego wybrał wymyślanie fabuł zamiast zostawiać ślady? Bo nie chciał zdradzić życia? Bo człowiek zmuszony jest konstruować sobie biografię, żeby mieć z czym stanąć przed trybunałem? Rysując, mógł pozwolić sobie na mniej, bo nie w tej materii rozkwitł jego talent, ale też czuł chyba, że rysunkami - właśnie jako pisarz - dopełnia jakiegoś trzeciego wymiaru, którego nie obejmują narracje nieuchronnie zatopione w czasie.
O LITERATURZE
Książki to fajna rzecz
Dyskutują: Emilia Kiereś - pisarka i tłumaczka; Małgorzata Strękowska-Zaremba - pisarka, recenzentka i dziennikarka;
prof. Krystyna Zabawa - literaturoznawczyni z Akademii Ignatianum w Krakowie i recenzentka. Moderuje Tomasz Kłusek - redaktor "Nowych Książek".
Tomasz Kłusek
Emilia Kiereś
Małgorzata Strękowska-Zaremba
Krystyna Zabawa
Tomasz Kłusek: Co prawda mamy rozmawiać o najnowszej literaturze dla dzieci i młodzieży, ale myślę, że warto poprzedzić to pytaniem o lektury, które oddziałały na dziecięcą wyobraźnię najmocniej. Proszę więc o powrót do krainy łagodności, czasu pierwszych samodzielnych lektur, książek, które być może najsilniej przyczyniły się do tego, że trawestując Miłosza, postanowiły panie żyć w służbie literatury dla dzieci. Na polu literaturoznawstwa, krytyki literackiej, sztuki translatorskiej i pisarstwa. O sobie tylko napomknę, że nauczyłem się czytać na Tytusie, Romku i A'Tomku Papcia Chmiela. W niesamowity sposób oddziałały na dziecięcą psychikę chyba przedwczesne lektury przygód Sherlocka Holmesa. I jeszcze Miś Uszatek Czesława Janczarskiego. W tym ostatnim wypadku książki zostały poprzedzone przez telewizyjne dobranocki z genialnym Mieczysławem Czechowiczem. Zabrzmi to dziwnie, ale bezustannie odkrywam w sobie ślady nieodwracalnego "zainfekowania" przez Tytusa, Holmesa i Uszatka.
Emilia Kiereś: Tych lektur, które zostawiły istotny ślad, było wiele i nie sposób wymienić wszystkie. Zaczęłam czytać wcześnie i czytałam, co tylko wpadło mi w ręce. Miałam też mądrą i wrażliwą przewodniczkę w osobie mamy; to ona podsuwała mi odpowiednie książki w odpowiednim czasie. Lubiłam poezję dla dzieci: Tuwima i Brzechwę, zwłaszcza Pana Dropsa i jego trupę oraz przepiękną Baśń o stalowym jeżu, wiersze Joanny Papuzińskiej, Danuty Wawiłow, Edwarda Leara, A.A. Milne'a, także pouczające wierszyki Stanisława Jachowicza, dzięki któremu dowiedziałam się, czym jest morał. Na domowej półce stała obszerna antologia tekstów dla dzieci Kolorowy świat w wyborze Celiny Żmihorskiej z obrazkami najlepszych polskich ilustratorów. Miała duży format, ponad czterysta stron i zawierała niezwykłe bogactwo wierszy, opowiadań, bajek, a nawet jednoaktówek. Spędzałam nad tą książką całe godziny, chociaż, jako że wydana w 1968, była odrobinę skażona duchem swojej epoki. Szczególnie jednak ukochałam wszelkie możliwe baśnie - to był świat, w którym czułam się najlepiej. I wcale nie przeszło mi to z wiekiem. W czasach podstawówkowych wpadłam w ciąg powieści przygodowych: Maya, Dumasa, Twaina. Teraz, kiedy lepiej umiem przeanalizować te moje upodobania, widzę, że najbardziej w opowieściach nęciło mnie to, co odbiegało od codzienności - a jeszcze bardziej chyba przemawiały do mnie historie, w których niezwykłe rzeczy przydarzały się w zwykłym życiu. Stąd moje przywiązanie do książek takich jak Bracia Lwie Serce, Mio, mój Mio, Ronja, córka zbójnika i Nils Paluszek Astrid Lindgren; wielokrotnie wracałam do cyklu o Mary Poppins, do książek Eleanor Farjeon, Ewy Szelburg-Zarembiny, Edith Nesbit, Hanny Januszewskiej, Michaela Endego. Nie zmienia to faktu, że Sherlock Holmes też jest mi szczególnie bliski i myślę, że to jemu zawdzięczam późniejszą niegasnącą miłość do literatury angielskiej. Fascynował mnie jako postać, a pies Baskerville'ów czaił się na mnie w ciemnych kątach mieszkania. To było coś!
Krystyna Zabawa: Och, przypomniała mi pani o Kolorowym świecie! Mam do tej pory ten zaczytany tom, już w innej okładce, bo stara się zniszczyła, choć była twarda. Przepadałam zwłaszcza za bajką O wesołej Ludwiczce Anny Świrszczyńskiej. Wiele wierszy z tej książki znam na pamięć. Moją pierwszą uświadomioną miłością literacką był Brzechwa, którego rodzice czytali mi tak często, że wkrótce brałam Kopciuszka albo Czerwonego Kapturka z pięknymi ilustracjami i w wieku trzech, czterech lat sama "czytałam". Te bajki też umiem recytować do dziś.
W naszym domu było dużo książek. Mama kupowała trudno dostępne wspaniale ilustrowane wydawnictwa dla dzieci "spod lady" długo przed moim urodzeniem. Miała znajomą panią w księgarni, która odkładała jej takie cuda, jak Baśnie Andersena i Brzechwa dzieciom z ilustracjami Szancera, Bajki Perraulta ilustrowane przez Grabiańskiego. Też kochałam baśnie, choć niektóre budziły we mnie strach i nawet śniły mi się po nocach, na przykład Bajka o żelaznym wilku Sieroszewskiego. Misia Uszatka i Plastusiowy pamiętnik miałam, ale nie byli to moi ulubieńcy. Kiedy już umiałam czytać, czytałam mnóstwo i wiele książek wywarło na mnie duże wrażenie, więc podobnie jak pani Emilii trudno mi je wszystkie wymienić. To były zapomniane już dziś powieści Frances Burnett, Edith Nesbit, cykl o Pożyczalskich Mary Norton... Później fascynowali mnie bohaterowie Juliusza Verne'a. W dzieciństwie nie wyjeżdżałam nigdy daleko, a zawsze ciekawiły mnie egzotyczne kraje, ludzie, kultura, przyroda i pewnie dlatego zaczytywałam się w książkach podróżniczych Arkadego Fiedlera. Nie mogę nie wspomnieć o Niziurskim, Bahdaju (ach, ten Kapelusz za sto tysięcy z główną bohaterką, moją imienniczką), Ożogowskiej, Szklarskim (przygody Tomka Wilmowskiego też były moim "oknem na świat"), wreszcie Panu Samochodziku Nienackiego.
Ale największym przeżyciem mojego dzieciństwa była bez wątpienia Ania z Zielonego Wzgórza. Coraz bardziej uświadamiam sobie jej wpływ na kształtowanie mojej wrażliwości, upodobań, a nawet wybór zawodu: od zawsze chciałam być nauczycielką! Taką jak panna Stacy i Ania. Nadal ta praca jest moją pasją. Ostatnio, pisząc szkic naukowy o tej powieści, doszłam do wniosku, że również upodobanie do poezji angielskiej zawdzięczam Ani. Nazwisko Tennyson to chyba trzecie po Brzechwie i Mickiewiczu, które zapamiętałam.
No właśnie, muszę jeszcze powiedzieć o Mickiewiczu, którego poznałam długo zanim zaczęłam czytać, bo moja mama miała wujka recytującego nam przy każdej okazji ballady i fragmenty Pana Tadeusza. Słuchałam go z otwartymi ustami, choć pewnie niewiele rozumiałam. Ale ten rytm, ta melodia, te dziwne słowa i podziw dla wujka, że można tak z głowy...
E.K.: Ballady Mickiewicza, no przecież! Jak mogłam o nich nie wspomnieć!
Małgorzata Strękowska-Zaremba: Ballady - to również moja lektura. Także, podobnie jak panie, zaczytywałam się w baśniach, z tym że baśnią były dla mnie również Biblia w wydaniu dla najmłodszych i mitologia grecka. Natomiast bardzo żywe jest we mnie wspomnienie czytanek z Elementarza Falskiego. Na tym podręczniku nauczyłam się czytać, potem wielokrotnie do niego wracałam, do dziś posługuję się cytatami zaczerpniętymi właśnie z niego. Jako że czytałam już w wieku czterech lat, i nikt nie ograniczał mi dostępu do półek z książkami, pierwsze samodzielne lektury nie zawsze były odpowiednie do wieku. Zanim poszłam do pierwszej klasy, miałam za sobą lekturę zarówno Szkolnych przygód Pimpusia Sadełki, Na jagody, Agata nogą zamiata, Księgi dżungli, trylogii Verne'a, jak i książek Karola Maya, nowel Prusa czy opowiadań Czechowa.
Bardzo lubiłam czytać rytmiczne rymowane wiersze, właśnie za to pokochałam Brzechwę, Tuwima i Mickiewicza. Najmocniej zapadły mi w pamięć te lektury, które poruszyły dziecięcą wrażliwość i wywoływały określone emocje. Chodzi przede wszystkim o teksty mówiące o śmierci. Największe wrażenie wywarł na mnie wiersz Józefa Ignacego Kraszewskiego Dziad i baba, w wydaniu "Naszej Księgarni", z ilustracjami Olgi Siemaszko - uświadomił mi, że jestem śmiertelna, a lęk, który czułam, gdy go czytałam, jest we mnie do dziś. Podobnie odebrałam Chłopców z Placu Broni. Natomiast opis umierania dzielnego Apacza Winnetou okupiłam godzinnym płaczem. Do tej samej grupy zaliczam książki podszyte smutkiem i wywołujące współczucie dla bohaterów, jak choćby niektóre baśnie Andersena, O krasnoludkach i sierotce Marysi, O rybaku i złotej rybce, Ania z Zielonego Wzgórza. Jednak najmocniej na moje emocje wpłynęła książka Siergieja Michałkowa Nie płacz, koziołku. Lęk o koziołka i wyobrażenie sobie, jak musi się bać biedny maluch osaczony przez wilki, to jest to, co nauczyło mnie empatii, a także snucia równoległych wymyślonych historii, w których koziołek zaprzyjaźnia się z wilkami.
Po drugiej stronie umieściłabym lektury, które dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Upewniały, że świat jest uporządkowany, radosny, ciepły. Najważniejszą książką w tej grupie był Plastusiowy pamiętnik. Możliwość identyfikacji z bohaterką dawała mi niesamowitą frajdę. Miałyśmy taki sam piórnik, taką samą gumkę-myszkę, ołówek, stalówkę, scyzoryk, kałamarz. Podobny wpływ miały na mnie wspomniane czytanki z Elementarza, a także Z przygód krasnala Hałabały, Puc, Bursztyn i goście, Miś Uszatek czy Kubuś Puchatek.
Już jako uczennica podstawówki skupiłam swoje zainteresowania na książkach przygodowych, podróżniczych, fantastycznych i opasłych dziewiętnastowiecznych powieściach polskich, francuskich i rosyjskich.
T.K.: Pani Krystyna wspomniała o Kapeluszu za sto tysięcy. To książka, którą wiele razy przeczytałem. Zawsze w pierwszym wydaniu z 1966, z ilustracjami Ignacego Witza. Mam żal do Stanisława Jędryki, że nie sfilmował przygód Krysi Cuchowskiej zwanej Dziewiątką. Przywołam teraz dialog Joja z Maćkiem Łańką z Telemacha w dżinsach Bahdaja:
" - Ale pistolet to ty jesteś. (...) Uciekasz z domu, a zabierasz ze sobą książki.
- (...) Lubię czytać.
- A ja z książkami na bakier. Czasem przerzucę jakiś kryminał albo coś o wojnie... Wolę życie, takie na co dzień, prawdziwe. Z życia więcej się możesz nauczyć. I do kina lubię chodzić, bo tam przynajmniej widać, co się dzieje.
- Książki to zupełnie co innego.
- Rozumiem.
- W książkach też jest prawdziwe życie. Czasem, kiedy czytam książkę, zdaje mi się, że to ja ją napisałem. Kiedyś, dawno, może wtedy, kiedy mnie jeszcze nie było.
- Filozof z ciebie.
- Tak tylko sobie wyobrażam. Przeczytam książkę, a potem się zastanawiam, jak to właściwie jest; czy to prawda, czy zmyślenie. Książki to fajna rzecz".
Książki to fajna rzecz! Maciek ma rację. Ale, czy Jojo, przeciwstawiający książkom życie prawdziwe i film, też jakiejś racji nie ma?
M.S.-Z.: Możliwe, że w czasach opisanych przez Bahdaja stawianie książki w kontrze do filmu i prawdziwego życia miało jakąś podstawę. Ja jednak uważam, że to rzeczy nieporównywalne, a już na pewno nie należałoby ich sobie przeciwstawiać, ponieważ granice między książką a życiem i filmem zacierają się coraz bardziej. To, co lata temu, z punktu widzenia ówczesnego czytelnika, mogło się wydarzyć tylko w książkach, na przykład nurkowanie z rekinami, dziś jest prawdziwym życiem. Film nie powstanie bez scenariusza, a scenariusz to też książka. Przeciwstawienie fikcji książki i prawdziwego życia też się nie obroni. Często to, co wydaje się najbardziej nieprawdopodobne w książce, wydarzyło się naprawdę, jak chociażby nieświadoma kradzież pieniędzy współpasażera dokonana przez jedną z bohaterek LO-terii Małgorzaty Karoliny Piekarskiej. A właśnie ta scena jest wzięta z życia. Film zaś, ten dzisiejszy, to nie tylko kinowa projekcja pełnometrażowego tytułu, dzięki nowym technologiom wkroczył do naszego życia w postaci filmików na YouTubie, które przedstawiają życie prawdziwe - niby prawdziwe, bo przecież filmiki wrzucane do sieci bywają też wyreżyserowane i na pokaz. Ale nawet gdy zobaczymy na nich coś autentycznego, pamiętajmy, że za pomocą deepfejka można zamienić prawdę w wytwór fantazji. Przenikanie się wymienionych mediów i życia sprawia, że powinniśmy je traktować równorzędnie i jako całość.
E.K.: Nie mogę się z tym zgodzić. Uważam, że - o ile takie faktycznie istnieje - zacieranie granic między światem mediów a naszym prawdziwym, jedynym i niepowtarzalnym życiem jest czymś groźnym. Im mniej widoczne stają się te granice, tym wyraźniej i usilniej powinniśmy je zaznaczać. Nasze życie nie może stać się częścią filmiku z YouTube'a. Nie jesteśmy bytami z TikToka. Potencjalna trudność w odróżnieniu prawdy od rzeczywistości wirtualnej, zaburzenia osądu - to potężne zagrożenie, z jakim styka się dziś młodzież. W moim przekonaniu trzeba z nim walczyć.
M.S.-Z.: Mówiąc o równorzędności książki, filmu i życia, twierdzę, że nie powinno się ich sobie przeciwstawiać, a raczej traktować jako jeden przedmiot badania, ponieważ przenikanie mediów i życia istnieje, czy to się nam podoba, czy nie. Nie twierdzę, że godzę się z zacieraniem granic - szczególnie między filmem i życiem, uważam za to, że badając całość, można wyznaczyć również granice, o których mówi pani Emilia. Rozumiem jednak, że w pytaniu pana Tomasza chodzi o prostszą sytuację, gdy na przykład młody człowiek przedkłada film i codzienność z jej atrakcjami ponad lekturę książek. Właściwie jest to pytanie o przyszłość książki. Czy przegra z filmem i innymi przyjemnościami? Śmierć książki przepowiadano wielokrotnie, miały pokonać ją kino, radio, telewizja, odtwarzacze wideo, internet. Jak dotąd przepowiednie się nie sprawdziły, chociaż spadek czytelnictwa jest zasmucający. Czy pokonają ją gry, telewizja cyfrowa i platformy streamingowe? Nie sądzę. Co najwyżej będziemy czytać na różnych nośnikach. Współczesnemu Jojowi powiedziałabym, że w książkach jest i życie, i film - jako projekcja wyobraźni czytelnika. Poprosiłabym, by wyobraził sobie komputer z tysiącami plików, każdy plik zawiera jakąś przyjemność, która jest nam dostępna w krótkim życiu. Im więcej plików zdążymy otworzyć, tym będziemy szczęśliwsi. Jeśli Jojo zrezygnuje z pliku KSIĄŻKI, to będzie uboższy o tę przyjemność. Współczuję mu. Bo to wyjątkowa przyjemność. Daje nie tylko radość, ale i schronienie przed smutkiem, samotnością, rozpaczą. Gdzie znalazłyby azyl Matylda Roalda Dahla czy Ania Danuty Awolusi, gdyby nie książki? Współczesny Jojo podobnie, oddając się lekturze, może odnaleźć równowagę w świecie realnym. Po przeczytaniu książki niech idzie na film, będzie mógł ocenić obie wersje. Zdarza się, że dopiero film kieruje zainteresowanie widzów ku książce (tak było na przykład z Misiem Uszatkiem), i też dobrze. Ja zazwyczaj wolę przeczytać książkę, zanim pójdę na film. Jednak w przypadku Gry o tron było odwrotnie, i nie odebrało mi to radości lektury. Uważam więc, że książka i film żyją w symbiozie, zaś życie realne... Dwukrotnie widziałam jego wygraną nad książką. Raz, ponad dekadę temu, kiedy nawet bary w knajpach tapetowano tapetą z nadrukiem grzbietów książek. I drugi raz - to całkiem nowa moda - gdy zobaczyłam choinki bożonarodzeniowe ułożone z książek.
E.K.: Wspólnym mianownikiem życia, literatury i filmu jest niewątpliwie fabuła. Ludzie od zawsze mają potrzebę fabuły - być może dlatego, że jest nią żywot każdego z nas? Człowiek opowiadał, jeszcze zanim nauczył się czytać i pisać, ale też ilustrował swoje dzieje: czy prehistoryczne malowidła naskalne, będące - być może - relacją z polowania, nie są w jakimś sensie poprzednikami filmu? A jednak wyłączyłabym z tego potrójnego zestawienia życie. Należy ono do całkowicie odrębnej kategorii. Zostajemy nim obdarzeni i musimy sobie radzić, mając na nie umiarkowany wpływ. Owszem, ono też funduje nam niezwykłe przygody, o tyle lepsze od tych książkowo-filmowych, że doświadczamy ich na własnej skórze, są wyłącznie nasze i prawdziwe. Nie możemy jednak zamknąć życia jak książki, żeby wrócić do niego później. Nie przysługuje mu też umowność, która cechuje film i literaturę, dwie wspaniałe dziedziny sztuki - bynajmniej nie przeciwstawne, ale wyraźnie odgraniczone.
Jednak w odniesieniu do tematu dyskusji myślę, że należy spojrzeć na to zagadnienie z nieco innej perspektywy. Książka i film często są traktowane jak dziedziny przeciwstawne, kiedy mówimy o nich w kontekście wychowania dzieci i młodzieży. Wszystkie apele o to, żeby więcej czytać dzieciom, a pokazywać im mniej filmów, nie biorą się jednak z przekonania, że kino jest czymś gorszym, a są jedynie odpowiedzią na badania, które wyraźnie wskazują, że czytanie bądź słuchanie tekstu jest korzystniejsze dla rozwoju niż oglądanie ruchomych obrazów. W dzisiejszym świecie znalezienie złotego środka jest z pewnością trudniejsze niż kiedyś. Ale to od nas: rodziców, opiekunów, nauczycieli zależy, która z tych dwu dziedzin będzie dominowała w życiu naszych dzieci. Dzieci czytają dzisiaj mniej nie dlatego, że nagle zaczęły się rodzić z gorszymi ku temu predyspozycjami. Czytają mniej, bo są z każdej strony atakowane niewymagającymi i dostępnymi na wyciągnięcie ręki mediami. Słowo pisane ma w dzisiejszych czasach tak silną konkurencję, jak nigdy wcześniej. Ale to my możemy sprawić, żeby z tą konkurencją wygrywało. Uczmy dzieci obcowania z książkami, ale nie podsuwajmy im ich jak lekarstwa. Nie mówmy też: "Zamiast oglądać, lepiej poczytaj". Po prostu sprawmy, żeby widziały, że dostają prawdziwy rarytas, skarb, którym chcemy się z nimi podzielić, a nie gorzką pigułkę.
K.Z.: "Dzielić się" - myślę, że to kluczowe. I pozwolić także dzieciom dzielić się ich fascynacjami. Bez oceniania, co jest lepsze, a co gorsze. Jeśli będziemy rozmawiać o literaturze czy filmie, siłą rzeczy włączymy je w nasze życie. Bliska mi jest wypowiedź Maćka z Telemacha w dżinsach: "W książkach też jest prawdziwe życie". Podobnie w filmie, teatrze i sztuce w ogóle. Od dawna wierzę w to, że sztuka jest jedna, więc przeciwstawianie sobie na przykład dzieła literackiego i filmowego nie ma sensu. W dalszej części "filozoficznych" rozmyślań bohater Bahdaja wskazuje dokładnie to, czego szukam w dziele sztuki: własnego doświadczenia, przeżycia, emocji, których nie umiem sama tak zgrabnie ująć w słowa czy obrazy. To truizm, ale przecież to, co czytamy i oglądamy, kształtuje nasze wybory i postawy, bezpośrednio wpływa na życie. Ile w naszym myśleniu i mówieniu jest książkowych (ale też filmowych) "zapożyczeń"! W dzieciństwie z przyjaciółką porozumiewałyśmy się cytatami z Bahdaja, Niziurskiego, Montgomery, budując w ten sposób szczególną więź.
Mam wrażenie, że pan Tomasz swoim pytaniem wyzwolił lawinę. I poruszył zagadnienie naprawdę filozoficzne - stosunku życia i sztuki, z którym zmagają się uczeni i artyści od wieków, więc raczej go tu nie rozstrzygniemy. Zgadzam się, że trzeba zauważać i respektować granice, o których mówi pani Emilia, bo zachwianie równowagi może być groźne, na co zresztą moglibyśmy łatwo znaleźć przykłady w literaturze. Myślę, że istotny jest krytyczny stosunek do tego, co czytamy i oglądamy. To, w moim przekonaniu, powinno być podstawowe zadanie instytucji edukacyjnych na każdym etapie: z jednej strony, ośmielanie do poszukiwania własnych emocji, przeżyć i doświadczeń w sztuce, a z drugiej - zachęcanie do zadawania pytań, wątpienia, sprzeciwu.
Chciałabym zakończyć wypowiedź optymistycznym akcentem. Od lat pytam studentów o ich stosunek do adaptacji filmowych. Znakomita większość potwierdza to, o czym mówi pani Małgorzata: zdecydowanie wolą najpierw przeczytać książkę, później obejrzeć film. Świetnie potrafią porównać oba media, często kategorycznie twierdząc, że powieść jest lepsza. Prowadząc wykłady z historii literatury, kiedy to tylko możliwe odwołuję się do dzieł filmowych, bo wiem, że nawet jeden kadr albo krótka scena ośmieli do rozmowy łatwiej niż sam tekst. I proszę mi wierzyć, młodzież czyta nie tylko to, co musi w ramach szkoły czy studiów. Wiele razy też byłam zaskoczona, jak bardzo osobiście młodzi ludzie traktują utwór literacki, jeśli tylko im na to pozwolić. Wtedy też można po raz kolejny stwierdzić, że sztuka (w tym literatura) jest do życia konieczna.
T.K.: Wydaje się, że w czasach Bahdaja wszystko było prostsze. Mieliśmy "Klasykę Młodych", "Złoty Liść", "Bibliotekę Młodych", "Klub 7 Przygód", "Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców", "Bibliotekę Błękitnych Tarcz" i "Poczytaj mi, mamo". Część książek ukazywała się poza seriami, ale tytułów było mniej, autorzy reglamentowani, no i dużo większe nakłady. Nie mówię, że dzisiaj jest gorzej, ale inaczej i trudniej. Trudniej, choćby dla mnie jako redaktora działu dziecięco-młodzieżowego. Na rynku ukazuje się wiele tytułów, zarówno polskich autorów, jak i tłumaczeń, często w mikroskopijnych nakładach. Trafiają do mnie na biurko i muszę podejmować decyzje. Co zrecenzować, o czym wspomnieć w nocie recenzyjnej, a co przemilczeć? Chciałabym zapytać o kryteria, którymi kierują się panie przy oddzielaniu dobrego od złego w literaturze najnowszej. Jakie tytuły zasługują na wyróżnienie, jacy autorzy, serie wydawnicze?
K.Z.: Zadał pan rzeczywiście trudne i kłopotliwe pytanie. Jestem przede wszystkim literaturoznawczynią i traktuję książki literackie jako potencjalne dzieła sztuki, w związku z czym zawsze wartości artystyczne/estetyczne są dla mnie najważniejsze. Ale jak zdefiniować te wartości? Dobra literatura (jak każda sztuka) powinna mieć moc wywołania w nas przeżycia estetycznego, czyli szczególnego poruszenia, najprościej mówiąc - emocji. To nie muszą być emocje pozytywne, książka nie musi nam się "podobać", może budzić sprzeciw, gniew, chęć dyskusji. Ważne, żeby nie pozostawiała czytelnika obojętnym. To jest mój pierwszy sprawdzian. W przypadku literatury dziecięcej ważne jest to, żeby wartościowy był nie tylko tekst, ale też ilustracje, tzw. "szata graficzna", projekt książki jako całości.
Uważam, że co najmniej od kilkunastu lat sytuacja książki dla dzieci w Polsce jest naprawdę dobra. Mamy świetne wydawnictwa ze świadomymi i znającymi swój fach redaktorkami i redaktorami, pisarki i pisarzy traktujących poważnie i odpowiedzialnie twórczość dla młodego odbiorcy, światowej sławy ilustratorów. Większość wydawnictw rozumie też, że do przekładów trzeba zatrudnić profesjonalnych doświadczonych tłumaczy. To niezwykle istotne! Mamy ostatnio wręcz "wyścig" bardzo dobrych tłumaczy klasyki dziecięcej. Czego chcieć więcej? Chyba tylko czytelniczek i czytelników. Podpowiedzią, jeśli chodzi o wybór dobrych książek, mogą być nagrody i wyróżnienia w konkursach literackich, takich jak Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY, Nagroda Literacka im. Kornela Makuszyńskiego, krakowska Żółta Ciżemka i parę innych.
Pan Tomasz wymienił serie wydawane w PRL-u. Mam wrażenie, że większość z nich to serie młodzieżowe. Dziś widzę więcej ciekawych zjawisk i książek w literaturze dziecięcej, ale może to dlatego, że takie książki wolę czytać. Wydaje mi się, że odpowiednikiem "Złotego liścia" jest w XXI wieku fantastyczna seria "Mistrzowie Ilustracji", wznawiająca klasykę w najlepszym wydaniu. Ostatnio ukazały się ponownie "Książeczki z Misiowej Półeczki" - interaktywne książki z mojego dzieciństwa, teraz pod tytułem "Bajki z Okienkami". Mamy wznowienia serii "Poczytaj mi, mamo", z którą mogą konkurować współczesne "Czytam sobie" i niezwykle ciekawie zaprojektowane "Poczytaj ze mną". Właściwie każde liczące się wydawnictwo ma swoje "okręty flagowe" - serie dla różnych grup wiekowych. Świadomie nie wymieniam wydawnictw ani tym bardziej autorek/autorów. To by zajęło za dużo miejsca, a źle bym się czuła, gdybym o kimś zapomniała...
M.S.-Z.: Zgadzam się z panią Krystyną, że pytanie dotyka wielu obszarów i trudno zawrzeć odpowiedź w krótkiej wypowiedzi. Zacznę od kryteriów, którymi się kieruję, wybierając książki. Zaznaczam, że moim zdaniem nie ma kryteriów, które byłyby obiektywne i bezstronne. Nasze wybory są subiektywne, szczególnie gdy chodzi o emocje. A dla mnie dobra książka powinna wywołać reakcję emocjonalną (tu też zgadzam się z panią profesor): radość, śmiech, płacz, gniew itp. Po przeczytaniu wartościowej książki mogę zapomnieć jej tytuł, imiona bohaterów, ale wrażenia, jakie na mnie wywarła, już nie. Jednakże, zanim przeczytam jakąś książkę, muszę ją wyłuskać z ogromnej liczby tytułów. Konkursy są dobrym wskaźnikiem dla poszukiwacza wartościowej lektury. Niestety - muszę dodać tu łyżkę dziegciu do beczki miodu - są konkursy, które darzę zaufaniem i takie, co do których mam wątpliwości (znając zakulisowe zabiegi i uwarunkowania). Co może ważniejsze, w każdym, nawet najlepiej przeprowadzonym konkursie będzie wiele pominiętych tytułów. Przykładem niech będzie choćby twórczość dla młodzieży przywołanej wyżej Piekarskiej (świetna obyczajowo i psychologicznie), która jak dotąd nie dostała nagrody w dziedzinie literatury dla młodych, a było za co ją przyznać. Z tytułów, których niesłusznie, moim zdaniem, nie zauważyliśmy, mogłabym zrobić wspaniałą listę, ale przytoczę tylko dwa: Adaś i słoń Ludwika Janiona i Migotnik Roberta Piuminiego. Podpowiedzią dla zagubionych czytelników może być "Złota Lista" przygotowywana przez Fundację "ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom". Niektórzy, szukając książki, kierują się renomą wydawcy, szczególnie małe wydawnictwa, dbające o poziom i estetykę produktu mają wiernych czytelników. Ja przede wszystkim wybieram książki pisarzy i pisarek, których twórczość zdążyłam poznać i ocenić jako wartościową (na przykład Szczygielskiego, Ryrych, Kosmowskiej i wielu innych). Liczę również na podpowiedzi znajomych zajmujących się literaturą dla młodych. Dość dobrym kryterium (choć też zawodnym) jest to, czy książkę wydał profesjonalny wydawca, czy też jej publikację sfinansował i przygotował do druku sam autor. Zwykle w tym drugim przypadku książki nie poddano redakcji i korekcie, co miewa opłakane skutki. Natomiast nie radzę kierować się tym, że książkę dla dzieci napisała osoba znana z mediów. Bycie celebrytą nie gwarantuje sukcesu w tym obszarze. W przyszłości ważnym medium zwiększającym obieg informacji o książce będzie internet - nie chodzi mi o e-booki czy audiobooki, lecz o to, by w internecie powstawały polskojęzyczne, rzetelne serwisy promujące czytanie i polecające książki (nie załatwią tego celebryci-youtuberzy, chodzi o profesjonalne serwisy z prawdziwymi redaktorami i specjalistami od książki dziecięcej).
E.K.: Na ogół kieruję się podobnymi kryteriami, ponieważ jednak literaturę dla dzieci i młodzieży czytam nie tylko ze względu na swój zawód, ale przede wszystkim jako rodzic, zwykle jest to dopiero wstęp do dalszej selekcji. Wybór książek dla dziecka to sprawa dość szczególna i wymagająca. Jako dorosły czytelnik przyjmę wszystko; najwyżej pożałuję straconego czasu albo odłożę książkę, jeśli mnie zmęczy, znudzi czy zniesmaczy. Jednak w przypadku dzieci i młodzieży literatura pełni, oprócz rozrywkowej, także funkcję formującą. Tu nie powinny się zdarzać pomyłki, dziecko powinno dostawać do rąk książkę, która będzie dla niego dobra. Oczywiście, istnieją tytuły sprawdzone (niekiedy wręcz przez pokolenia), które można podsunąć dziecku w ciemno, każdy rodzic ma też listę swoich "bezpiecznych" autorów. Ale co z nowymi autorami i tytułami? Krytycy, jurorzy konkursów, niekiedy blogerzy są tutaj bardzo pomocni; często umożliwiają oddzielenie pozycji wartościowych od byle jakich, chociaż niewątpliwie bolączką naszych czasów jest pewien nadmiar recenzji sponsorowanych przez wydawców. Wiarygodność i obiektywizm tych recenzji - w przeciwieństwie do niezależnej, profesjonalnej krytyki - mogą budzić uzasadnione wątpliwości. Uważam jednak, że zwłaszcza w zalewie nowych publikacji, w gąszczu różnorodnych, nie zawsze przez nas aprobowanych treści, idealna sytuacja to taka, kiedy rodzic, zanim da dziecku książkę, sam ją przeczyta i oceni, czy nadaje się dla tego konkretnego młodego człowieka: uwzględniając jego wrażliwość, zainteresowania, potrzeby, fascynacje, lęki. Nikt nie zrobi tego lepiej, bo nikt nie zna naszego dziecka lepiej od nas. To kwestia podstawowej odpowiedzialności.
M.S.-Z.: Ma pani rację, ostateczną decyzję o tym, jaka książka trafi w ręce małego dziecka, powinni podjąć rodzice (od razu pojawia się kwestia, która wykracza poza zadane pytanie: chronić czy nie chronić dzieci przed książkami na "trudne" tematy, typu śmierć, choroba itp.). Zgadzam się również z panią Krystyną - mamy dobrych autorów i coraz więcej wydawnictw dbających o staranność wydania. Z jakością redakcji bym nieco polemizowała - w skali całego rynku jeszcze nie odbudowaliśmy dawnej kadry. Uważam jednak, że rynek jest przesycony książką dla dzieci, i zgadzam się z panem Tomaszem, że trudno poruszać się w nim zarówno czytelnikom, jak i autorom. Jako recenzentka widzę nadzieję w działalności Polskiej Sekcji IBBY czy Fundacji "ABCXXI", zaś jako autorka na przykład w Fundacji Powszechnego Czytania. Zalew publikacji nie ułatwia życia pisarzom. Bardzo nieprzyjemną wiadomością dla nich była rezygnacja (czy też ograniczenie liczby publikacji) jednego z wydawnictw, związanego od ponad stu lat z literaturą dla dzieci, z wydawania książek dla dziewięcio-, dwunastolatków i młodzieży. Poza tym nasze książki mają zbyt małe wsparcie państwa, aby przebić się za granicę. Nie ma stabilnej polityki finansowania zakupu książek przez biblioteki. Tych bolączek jest wiele, ale to na inną dyskusję...
E.K.: Pani Małgorzata zwróciła uwagę na tendencję, która daje się ostatnio zauważyć i do której nie mogę się nie odnieść - jako matka i jako autorka. Chodzi o niepokojące zjawisko wycofywania się niektórych wydawnictw - bo jest ich więcej - z publikacji powieści dla dzieci i młodzieży na rzecz książek obrazkowych i popularnonaukowych. Oczywiście rynek dyktuje warunki - ale czy rynku nie należałoby też kształtować? Nie chcę uogólniać, ale trudno nie odnieść wrażenia, że poczucie misji, niegdyś konieczne i pożądane w tej branży, systematycznie schodzi na dalszy plan, a kluczowym kryterium stają się często wyniki sprzedaży. Zapewne nie można winić za to wyłącznie wydawców, którym przydałoby się jakieś dodatkowe wsparcie, bo mimo że sytuacja książki dla dzieci w Polsce jest generalnie coraz lepsza, to jednak w dalszym ciągu literatura dla najmłodszych uchodzi za "mniej ważną" - jakże niesłusznie! Słyszymy też, że młodzi ludzie czytają dziś mniej niż kiedyś, ale czy właśnie dlatego nie powinno się tym usilniej o nich walczyć? Ograniczenie liczby wydawanych powieści wydaje się jednoznaczne z rezygnacją z młodego czytelnika. Bardzo się obawiam, że taka polityka w dalszej perspektywie służy raczej intelektualnemu, emocjonalnemu i duchowemu zubożeniu odbiorców. Tymczasem już malutkie dzieci lubią słuchać - ale też opowiadać. Opowieść jako taka jest niezbędna do rozwoju. Nie da się jej zastąpić listą ciekawostek z kolejnej ilustrowanej encyklopedii. Mówiłam wcześniej o tym, że człowiek ma wrodzoną potrzebę fabuły i podtrzymuję to zdanie. Ta potrzeba się nie zmienia, tkwi w nas i należy ją pielęgnować, nie zagłuszać. Oczywiście na razie sytuacja ciągle jest dobra, szczęśliwie są wydawcy, którzy wręcz wyspecjalizowali się w wydawaniu powieści dla młodych i młodszych, ale to nowe zjawisko z pewnością trochę niepokoi.
M.S.-Z.: Ja tylko dwie uwagi, książki obrazkowe mają moc stwarzania fabuły i skłaniania do opowieści, więc broniłabym ich, pod warunkiem że całkowicie nie zastąpią książki tradycyjnej. I druga: nie tylko literatura dla dzieci uchodzi za mniej ważną, również jej twórcy są traktowani protekcjonalnie, co najdziwniejsze - także przez autorów piszących dla dorosłych. A przecież to my wychowujemy im czytelnika.
E.K.: W obu kwestiach się z panią zgadzam i natychmiast muszę podkreślić, że w żadnym razie nie jestem przeciwniczką książki obrazkowej jako takiej; wiele z nich mnie zachwyca, sporo ich mam na własnej półce i doceniam ich ważną rolę w budowaniu wyobraźni, kształtowaniu zmysłu estetycznego i uczeniu obcowania z książką. Moje spostrzeżenie dotyczyło tylko pewnego zaburzenia proporcji wśród publikacji, które już daje się zaobserwować i na które, jak sądzę, warto zwrócić uwagę.
T.K.: Podsumowując naszą dyskusję, powiem mocno. Jest tylko jedna alternatywa: książki albo barbarzyństwo. Przed laty autorka "Nowych Książek" Halina Skrobiszewska stwierdziła, że literatura stanowi najlepszy pretekst do rozmowy "starych" i "młodych". Dalej, że pozwala dostrzec to, co umyka naszej uwadze bądź z premedytacją jest odsuwane w odmęty świadomości czy podświadomości. Recenzentka przypomniała, że dawniej wychowawcami w szkole bywali najczęściej poloniści, a lekcje języka ojczystego przekształcały się w lekcje wychowawcze.
E.K.: Zgadzam się z panem, że zniknięcie książki oznaczałoby triumf nowego barbarzyństwa. Film jej nie wyparł, obawiam się jednak, że pojawiają się stale kolejne dla niej zagrożenia. Trudno udawać, że wartościowa literatura ma się tak samo dobrze jak kiedyś. Wierzę jednak w czytelnika i w to, że zarówno książka, jak i my, pisarze, pozostaniemy potrzebni, bez względu na wszelkie próby oddania sztuki, będącej przecież domeną człowieka, w inne, niekoniecznie ludzkie ręce. Literatura stanowi całkowicie wyjątkową gałąź twórczości artystycznej, nieporównywalny z niczym innym sposób wymiany idei i uczuć między jednostkami oraz społecznościami, unikatowy myślowy pomost łączący nawet odległe epoki. To ze względu na tę unikatowość, ale też na zdolność wpływania na język, którym się posługujemy, którym myślimy - i który poprzez to niejako nas stwarza, czyni nas takimi, jakimi jesteśmy - literatura pełni tak szczególną funkcję wychowawczą, kształtującą. I dlatego, tak wierzę, nieprędko ujrzymy jej koniec.
T.K.: Miejmy nadzieję, że nigdy tego końca nie będzie.
K.Z.: Są dwie książki, o których chciałabym na zakończenie wspomnieć. Jedna to Co czytali sobie, kiedy byli mali? (2014), w której Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski rozmawiają ze znanymi osobami o lekturach z dzieciństwa, m.in. z Jerzym Bralczykiem, Bohdanem Butenką, Januszem Gajosem, Krystyną Jandą, Kazikiem Staszewskim, Agą Zaryan... Druga powstała dzięki śląskim badaczkom literatury, Iwonie Gralewicz-Wolny i Beacie Mytych-Forajter, które poprosiły koleżanki z uczelni o napisanie szkicu na temat wybranej pozycji z literatury dziecięcej (Par coeur. Twórczość dla dzieci i młodzieży raz jeszcze, 2016). Obie książki dowodzą, jak ogromny wpływ na nasze późniejsze wybory ma to, czego słuchaliśmy lub co już sami czytaliśmy jako kilku- czy nastolatki. Czasem uświadamiamy sobie to oddziaływanie z wielką mocą, jak Janina Ochojska, opowiadająca o lekturze z dzieciństwa, która "zadecydowała o [jej] dalszym życiu". A czasem przypadkiem ze zdziwieniem odkrywamy w dawno wydawałoby się zapomnianym utworze źródło swoich inspiracji, upodobań, także uprzedzeń i lęków... Warto sobie zadać pytanie, co zawdzięczamy książkom z pokoju dziecinnego i warto o tym opowiadać... Dzieci i młodzież uwierzą w wartość czytania, jeśli podzielimy się z nimi swoim doświadczeniem.
M.S.-Z.: Piszący dla dzieci spełniają postulat pani Krystyny na każdym spotkaniu autorskim (szkoda, że spotkań z pisarzami nie wprowadzono do programu nauczania). Wracając jednak do pytania: skutkiem braku oczytania są m.in. nieumiejętność zrozumienia poglądów innych niż nasze, nieprzewidywanie następstw podejmowanych działań, brak wrażliwości. Nasze społeczeństwo, które czyta wyjątkowo mało, jest tego świadectwem. Uważam, że nie ma lepszego wychowawcy od dobrej książki, ważne więc, aby znalazły się w niej przykłady empatycznych postaw.
Nie wiem, jaką formę przybierze książka przyszłości, jestem jednak pewna, że przetrwa, ponieważ potrzeba opowieści (ich przekazywania i słuchania) jest w nas głęboko zakorzeniona od czasów malarstwa naskalnego poprzez literaturę oralną po druk i audiobooki. Będą to również książki tworzone przez sztuczną inteligencję. Czy jej teksty staną się konkurencją dla naszych książek, czy będą impulsem do sięgnięcia po tytuły stworzone przez człowieka? Zobaczymy.
PROZA OBCA
Dwa arcydzieła
Elżbieta Żurawska
Tarjei Vesaas
Wiosenna noc ; Zamek z lodu
przeł. z norw. Maria Gołębiewska-Bijak
Poznań : Wydaw. Poznańskie, 2023
397 s. ; 21 cm
(Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich)
Tarjei Vesaas (1897-1970) należy do najważniejszych norweskich pisarzy XX wieku. Jego nazwisko kojarzy się przede wszystkim z prozą, choć publikował także poezję i dramaty. Debiutował w latach dwudziestych XX wieku, a przełom w jego karierze literackiej nastąpił w latach czterdziestych.
Polskim czytelnikom i czytelniczkom znany był dotąd w dwudziestowiecznych tłumaczeniach Beaty Hłasko - z powieści Ptaki, Nocne czuwanie, Pałac lodowy, Wielka gra, Wiosenna noc i z wyboru opowiadań Koń z Hogget. Już w XXI wieku w przekładzie Anny Marciniakówny ukazał się Dom w ciemności.
Teraz Wydawnictwo Poznańskie w "Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich" proponuje nowe przekłady dwóch powieści Vesaasa - Wiosennej nocy, opublikowanej w Norwegii w 1954 roku i Zamku z lodu (1963), obie w tłumaczeniu Marii Gołębiewskiej-Bijak. O tej ostatniej powieści Henryk Bereza pisał w posłowiu do poprzedniego polskiego przekładu, że "jest utworem rzędu literackich arcydzieł". Wiosenna noc to również utwór takiej rangi.
Kluczowe wydarzenia rozgrywają się w tych dwóch tekstach w skrajnie różnych okolicznościach przyrody. W pierwszym panuje wiosna, "późna, u progu lata". Przechodzą nieprzynoszące wytchnienia ulewy z grzmotami. Powietrze jest przesycone zapachami roślin, "morzem woni". O takiej porze roku nocą nie zapada mrok. Akcja drugiej powieści zaczyna się w ciemnościach "zmrożonej, późnej jesieni". Wkrótce spadnie śnieg. Wiosenną noc i Zamek z lodu więcej jednak łączy niż dzieli. Począwszy od nastoletnich bohaterów i bohaterek wkraczających w dorosłość, przez centralne problemy i język.
W Wiosennej nocy świat oglądamy oczami czternastoletniego Hallsteina, który od razu daje się poznać jako chłopiec o ogromnej wrażliwości, żyjący "w swoim bajkowym świecie". On i jego starsza siostra Sissel zostają w domu sami na jeden dzień, ich rodzice wyjechali na pogrzeb do sąsiedniej wsi. Hallstein cieszy się z czasu, który spędzi tylko z siostrą. Trwają wakacje, a on czuje, że "poczucie bezpieczeństwa i zarazem swoboda są wszechobecne". Ten błogi stan nie trwa jednak długo. Pośród ulewy spokój nagle zaburza pukanie do drzwi - na progu stoi czworo nieznajomych, kolejna osoba czeka na drodze w zepsutym samochodzie. Do przybyłych należy kilkunastoletnia Gudrun, która nosi to samo imię, co wyimaginowana przyjaciółka Hallsteina, ma nawet taką samą charakterystyczną grzywkę ("Gudrun zeszła na ziemię" - nie dowierza chłopiec). Akcja błyskawicznie nabiera tempa, rodzeństwo zostaje wrzucone "w sam środek" niejasnych wydarzeń. Na dodatek po okolicy krąży zakochany w Sissel Tore.
Tej nocy ktoś się urodzi i ktoś umrze. Między tajemniczymi gośćmi toczy się skomplikowana, bliżej nieokreślona psychologiczna gra, w którą przede wszystkim Hallstein, ale także i Sissel, zostają wciągnięci. Pytania tylko się mnożą. Czy ktoś jest tu naprawdę niebezpieczny? Kogo należy bronić i przed kim? Na jaki znak czekać? Hallstein zawiera podczas tych kilkunastu godzin rozmaite przymierza. Zawsze pozostaje jednak wierny Gudrun. Powoli zaciera się granica między jawą a snem. Chłopiec poddaje się temu, "co odczuwa tej nocy jako istne czary".
Główną bohaterką Zamku z lodu jest jedenastoletnia Siss, szkolna przywódczyni. Wraz z pojawieniem się nowej uczennicy, Unn, w życiu Siss zachodzą poważne zmiany. Unn nie chce się przyłączyć do wspólnych zabaw, nie należy jednak do "zagubionych biedactw", a jej pozycja samotnej z wyboru jest na tyle silna, że zagraża roli Siss. To tylko pozornie niesprzyjający początek znajomości - dziewczynki są sobą mocno zaintrygowane, a Siss ocenia zainteresowanie Unn jako "coś nieznanego, a dobrego". Kiedy jednak Unn jest bliska wyznania Siss swojej tajemnicy, ta nie jest jeszcze gotowa na przyjęcie zwierzeń. Ucieka, chociaż przepełnia ją radość ze spotkania Unn: "Ich przyjaźń otwierała się na przyszłość jak jasna droga. Stała się wielka rzecz". Kiedy następnego dnia Unn znika na zawsze, Siss składa nieobecnej przyjaciółce obietnicę wierności i przejmuje jej miejsce w grupie, porzucając swoją dawną rolę i przyjaciół.
W obydwu przypadkach Vesaas rozkłada na części pierwsze rodzące się więzi. Jak w scenie, gdy Hallstein przygląda się Sissel i Toremu, słuchającym radiowego koncertu życzeń: "Spotkali się lekko i niezręcznie młodzieńczo gładkimi czołami tuż przy odbiorniku i na oczach Hallsteina. On zaś patrzył i czuł, że ten widok jest chyba godny uwagi i dobry. (...) Co z tego będzie? Bo to początek". Młodszy brat dojrzewa i rozumie, że podobne przeżycia staną się wkrótce także i jego udziałem. Kiedy Siss i Unn oglądają swoje wspólne odbicie w lustrze, czują, że dzieje się między nimi coś szczególnego: "Iskry i promienie, iskra od ciebie do mnie, ode mnie do ciebie i ode mnie tylko do ciebie... w lustro i z powrotem". Vesaas analizuje drobiazgowo także mechanizmy w bardziej złożonych ludzkich konstelacjach, jak tajemnicza rodzina w Wiosennej nocy czy szkolna grupa w Zamku z lodu. Gdzie przebiega granica lojalności, jakie są granice wierności? Autor opisuje wspólnoty wystawione na próby, które można przetrwać, o ile punktem wyjścia będzie cierpliwość, otwartość i gotowość wybaczania.
Pojęcie wspólnoty wykracza w tej prozie poza ludzkie kręgi. Świat pełen jest innych istot i sił. Kiedy Siss i Hallstein przyglądają się ślimakom, są zarówno obserwującymi, jak i obserwowanymi. Ślimaki "wyglądały na nieżywe, ale czuło się, że badają człowieka". Leżącej na tafli zamarzniętego jeziora Unn przygląda się ryba: "Kreska szarozielonego grzbietu, potem przewrót na bok i smagnięcie nieruchomym okiem dla sprawdzenia, co to takiego ta Unn". W Wiosennej nocy i Zamku z lodu pojawia się podobny, zapadający w pamięć motyw komunikacji z siłami natury - Hallstein przywołuje ulewę, a jeden z członków wyprawy poszukującej Unn głosem zatrzymuje śnieżycę. Nie ma mimo to wątpliwości, że siły natury są potężne, a najwyraźniejszym symbolem tej potęgi jest lodowy zamek powstały z zamarzającego wodospadu. "Miał wielką moc przyciągania" - zaczarował Unn, rzucił czar na poszukujących jej mężczyzn, wabił zwierzęta.
I wreszcie w obydwu powieściach mamy do czynienia z nierozwikłaną tajemnicą. A wszystko to zapisane pięknym, poetyckim językiem Vesaasa.
nr 7-8/1249
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak
Michał Gołębiowski
Tomasz Kłusek Mikołaj Rajkowski
Andrzej Skalimowski
Maria Sokołowska
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,
w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo
skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.
CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności
za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2023
półrocze 75 PLN, cały rok 150 PLN
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki,
która realizowana jest Pocztą Polską. Prenumeratę można zamówić na sklep.instytutksiazki.pl lub dokonując bezpośrednio wpłaty na konto.
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta. www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl, nexto.pl i virtualo.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,
przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych
informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator
może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych,
ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,
prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego,
tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówienia
na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.