ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Chciałbym, żeby krytyka była formą wypowiedzi literackiej
Z Wojciechem Ligęzą rozmawia Anna Czartoryska-Sziler
Poświęcił pan prawie pół wieku krytycznemu namysłowi nad literaturą, a szczególnie poezją. Pańska debiutancka recenzja powieści Mariana Pilota Zakaz zwałki opublikowana została w 1975 roku, a potem spod pana pióra wychodziły przeróżne formy - od obszernych prac naukowych, przez eseje, kończąc na felietonach publikowanych w prasie. Co spowodowało zwrot w tym kierunku?
To nie była prosta droga, gdyż jako młody człowiek chciałem być teatrologiem. W czasie studiów w Instytucie Filologii Polskiej na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego należałem do koła naukowego teatrologów. Pamiętam wspólne wyjazdy do Warszawy na nowe spektakle czy wyjścia do Teatru Starego w Krakowie, a sezony wówczas były naprawdę wspaniałe. W jednym roku można było obejrzeć inscenizacje Swinarskiego, Wajdy i Jarockiego. Konrad Swinarski zapraszał nas na próby Dziadów, a obserwowanie jego pracy z aktorami - jakież to było przeżycie! Nawet pewne kwestie dotyczące rozumienia arcydramatu kierował bezpośrednio do nas, ponad głowami aktorów, co odbieraliśmy jako niezwykłe wyróżnienie.
Zmiana zaciekawień nastąpiła w momencie wyboru seminarium magisterskiego. Mogłem zapisać się do profesora Jerzego Gota, historyka teatru i znakomitego dokumentalisty, albo do Kazimierza Wyki. Nie wahałem się ani chwili i wybrałem seminarium profesora Wyki poświęcone polskiemu romantyzmowi. Moja praca magisterska dotyczyła tradycji romantycznej w twórczości Sławomira Mrożka, więc starałem się spojrzeć na obie epoki, zobaczyć Mrożkową współczesność w krzywym zwierciadle i jednocześnie rozpoznać odniesienia do romantycznej przeszłości.
Po studiach zajmowałem się nie tylko marnowaniem czasu, gdyż w pewnej chwili zapragnąłem zadebiutować w prasie. Zapewne na początku źle skierowałem swoje kroki, bo powinienem pójść na ulicę Wiślną w Krakowie, do redakcji "Tygodnika Powszechnego", a tymczasem przekroczyłem inny próg, bowiem na tej samej ulicy mieściło się "Życie Literackie". Moje próby krytyczne rozpoczęły się od recenzji wymienionej przez panią eksperymentalnej powieści Mariana Pilota, ale już wcześniej przygotowałem omówienie książki Włodzimierza Pawluczuka Wierszalin. Reportaż o końcu świata, tylko że ten szkic ukazał się w druku później, we wrocławskiej "Odrze".
Zresztą w "Życiu Literackim" nie zagrzałem długo miejsca. Opowiem, jak było. Wówczas szefem działu krytyki był Włodzimierz Maciąg, który adiustował moje teksty, ale, bywało, zmieniał tytuły i skreślał puenty. Nie wnikam w to, czy miał rację, czy nie miał, jednak dla debiutującego wówczas młodzieńca było to cokolwiek deprymujące. Współpraca skończyła się tym, że profesor Maciąg pojechał na urlop, a na mojej recenzji książki Wiktora Weintrauba Profecja i profesura. Mickiewicz, Michelet i Quinet spoczęło oko redaktora naczelnego, Władysława Machejka, który poskreślał takie słowa jak "Bóg" "sprawa boża" "chrześcijaństwo", "religia" etc., z czego wyszedł krwawy absurd a la Witkacy. Po tej interwencji kontakt z "Życiem Literackim" się urwał, zresztą pora już była najwyższa - rok 1976, przed wypadkami w Radomiu. Współpraca z "Odrą" utrzymała się dłużej. Do tego periodyku przyjął mnie Jacek Łukasiewicz, który później był moim dobrodziejem, recenzował zarówno moją habilitację, jak i profesurę. Przechowuję jak relikwię jego list powiadamiający o tym, że "będziemy drukować".
Rozumiem zatem, że o pańskim poświęceniu się literaturze nie zadecydował żaden impuls, a była to raczej przemyślana decyzja...
Tak. Myśl przewodnia nie wydaje się skomplikowana: skoro do innych rzeczy się nie nadaję, to postanowiłem, że będę polonistą (śmiech).
W jednym z wywiadów wspominał pan, że za swoich mistrzów spojrzenia na literaturę uważa m.in. Jana Błońskiego, Ryszarda Przybylskiego, Zbigniewa Bieńkowskiego czy - wciąż publikującego - Jana Prokopa, a więc tych, którzy odcisnęli wyraźne piętno na krytyce ubiegłego wieku. W jaki sposób ich dorobek, strategie krytyczne, jakie przyjmowali wobec literatury, miały - a może nadal mają - wpływ na pańską działalność? W jaki sposób wpłynęły na warsztat, na techniki, z których pan korzysta? Oczywiście, o ile zechce pan zdradzić arkana swojej pracy.
Tajemnicy w tym żadnej - w miarę możliwości trzeba rozwijać myśl i styl. Pracować, poprawiać i nie przyzwyczajać się zbytnio do własnych ustaleń. Właściwie niewiele wiem o swoim warsztacie, więcej mogliby powiedzieć inni, ale na tyle, na ile potrafię to zobaczyć - bez należytego dystansu - to wydaje się, że mistrzom polskiej krytyki wiele zawdzięczam, choć nie zawsze daje się to precyzyjnie zmierzyć.
Wśród wybitnych postaci, które pani wymieniła, zabrakło Jerzego Kwiatkowskiego, a te właśnie inspiracje są bardzo ważne. Szybko zostałem osierocony przez profesora Wykę, a więc musiałem sam żeglować po nieznanych wodach, poszukiwać na własną rękę wzorów i rozwiązań. Po studiach w Krakowie podjąłem pracę na Uniwersytecie Śląskim. Profesor Kazimierz Wyka przyjechał tam z wykładem o Fredrze. Dobrze pamiętam jego słowa: "Panie Wojtku, proszę do mnie przyjść we wtorek, porozmawiamy o pańskiej przyszłości". Profesor zmarł w niedzielę, 19 stycznia 1975 roku, zatem nie dowiem się nigdy, jakie były zalecenia i spodziewania mistrza. Miałem jednak to szczęście, że mój doktorat recenzował Jerzy Kwiatkowski, co było ważną nauką otwarcia na wiele estetyk i języków artystycznych.
Jerzego Kwiatkowskiego odwiedzałem, kiedy już był bardzo chory, ale zarazem bardzo dzielny. Rozmawialiśmy o nowościach literackich, także tych wydawanych w samizdacie, również o metodach i powinnościach krytyki. Kwiatkowski przeczytał kilka moich prac, mówił o postawie gospodarza tekstu, czyli kogoś, kto oprowadza czytelników po własnym wywodzie, ujawnia zamierzenia i na tym, co wspólne w kulturze, odciska intelektualne signum (tego najwyraźniej brakowało w przedłożonych do lektury tekstach). Indywidualny styl - to też kwestia niebagatelna. W każdym razie tekst krytyczny nie powinien być enigmatem ani hermetycznym tworem ze słów. Do pierwszych założeń należy przekonanie, że pisana ludzkim językiem krytyka adresowana jest do ludzi, nie do wszystkowiedzących cyborgów. Co istotne, choć oczywiste: w ocenach literatury liczą się wartości, zarówno estetyczne, jak i etyczne. Warto spojrzeć na literaturę z perspektywy naszej biografii zbiorowej - rozpoznawanej oraz transponowanej w poszczególnych tekstach.
Do podstawowych książek krytycznych, takich jak Rzecz wyobraźni Kazimierza Wyki, Klucze do wyobraźni Jerzego Kwiatkowskiego czy Zmiana warty Jana Błońskiego, dołączyłbym pisma teatralne Konstantego Puzyny oraz Cyrograf Ludwika Flaszena, który dla teatru porzucił krytykę literacką. Wielką wartość poznawczą ma pisarstwo krytyczne Błońskiego i jego znakomite studia, między innymi o Witkacym, Gombrowiczu i Mrożku. Ogromne znaczenie w czasach późniejszych miała osobista znajomość ze Stanisławem Barańczakiem, zadzierzgnięta w latach osiemdziesiątych, podczas mojego stypendium w Stanach (i lektura jego znakomitych książek, takich jak Etyka i poetyka, Tablica z Macondo - z przyjazną dedykacją-pamiątką, Przed i po). Także eseistyka Adama Zagajewskiego, krytyka Tomasza Burka, który w młodości, by odróżnić się od ojca - Wincentego i wskazać na Sandomierz (chodziło o kasztelana sandomierskiego Mikołaja Spytka Ligęzę), przyjął pseudonim Łukasz Ligęza. Konkurowanie byłoby niełatwe, gdyby Tomasz pozostał przy tym nazwisku.
Czy pańskim zdaniem ci wielcy literaturoznawcy, którzy już odeszli, odnaleźliby się w dzisiejszym życiu literackim, które często jest przeniknięte ukrytą pod płaszczykiem krytyki reklamą, koteryjnością, utylitaryzmem, pójściem na łatwiznę? Czy taki namysł krytyczny, bliski tym wielkim krytykom, który również panu jest bliski, ma jeszcze przed sobą przyszłość?
Ma pani rację, właściwie moglibyśmy wieszczyć kres wielkiej krytyki literackiej, ale może to jednak przedwczesne. Wydaje się, że w naszym wielorakim świecie miejsce dla krytyki serio, nie imitacji, powinno się znaleźć, co prawda nie tak eksponowane jak dawniej, ale jednak. Przecież wspomniany już Jacek Łukasiewicz, który zmarł w ubiegłym roku, do końca pisał niedające się niczym zastąpić książki (o Grochowiaku, o Różewiczu), publikował świetne szkice krytyczne, wydawał znakomite zbiory wierszy. Nie zapominajmy o moim pokoleniu... Chociaż, być może dla młodych, energicznych, świetnie zorganizowanych następców już jesteśmy anachroniczni... Nie można jednak mówić o pustyni kulturalnej. Zmieniły się obyczaje, style komunikacji oraz pośredniczące media. Krytyka przeniosła się do uniwersytetów, a odbiorcami tekstów o literaturze, jeśli zechcą czytać, są w głównej mierze studenci. Krąg odbiorców się zawęził, ale trzeba się cieszyć, że istnieje. Słusznie pani zauważa, że zubożały intencje, że zmarniały ambicje. Do szczątkowych zwyrodniałych form krytyki należy dzisiaj, pożal się Boże, lajkowanie w internecie. Przemożna kultura masowa robi wszystko, by zwyciężało głupstwo, ale nie jest ono w stanie całkowicie wyrugować głębszego namysłu. Istotne wartości prowadzą żywot na pół utajony. Zresztą mieszanina różnych rzeczy w kulturze, melanż niskiego z wysokim, nie przekreśla nadziei, że teksty o dużej randze później zajmą należne sobie miejsce. Można oczywiście inaczej adresować swoje pisarstwo, nie zważając na mody i oczekiwania obecnych czytelników, tak jak Józef Wittlin, jeden z największych polskich eseistów, który twierdził, że w zasadzie już za życia można tworzyć pisma pośmiertne.
O ile będziemy dobrze potrafili sobie wyobrazić tego czytelnika i jego potrzeby... To daje jakąś nadzieję mimo wszystko...
Ale przyzna pani, że to daje większe pole manewru - nasza wyobraźnia niekoniecznie musi się zgadzać z realiami, które zastaliśmy i które nastąpią. Może przecież projektować inne światy.
W naszym kraju rocznie ukazuje się ponad trzydzieści tysięcy nowych tytułów. Czy w tej gonitwie współczesnego rynku wydawniczego krytyk-instytucja, który trzyma rękę na pulsie literatury, jest jeszcze możliwy? Czy też nawet nie krytyk, ale środowisko skupione wokół pisma czy portalu może pełnić taką rolę, wydawać by się mogło podstawową - odsiania ziarna od plew, poprowadzenia zagubionego czytelnika?
Trudne pytanie, dlatego odpowiedź wymaga wycieniowania. Na pewno pojedynczy krytyk nie ogarnia ogromu produkcji literackiej. Krytyk, który wie wszystko, we wszystkim, co nowe się orientuje, to naiwna idealizacja. Pyta pani też o ośrodki opiniotwórcze. I tutaj sprawa się komplikuje. Środowisko, pismo, dom wydawniczy, konkursy literackie i tak dalej - ustalają hierarchię, uzasadniają wybory estetyczne. Wszelako jedność życia literackiego się rozpadła, podzieliła, zatomizowała. Rozproszyły się siły kulturowe i kulturalne. Gdzie najlepiej orzekają o literaturze - w stolicy, w dużych miastach czy może na prowincji? Dystrybucja wartości jest chimeryczna. Obcujemy z kilkoma równoległymi obiegami, obserwujemy walkę między książkami modnymi a ponadczasowymi, doznajemy zderzenia powierzchni literackiej (szybkie sądy serwują reklama oraz zachęcający do zakupów internet) z głębią znaczeń i przesłań, do której zstępują koneserzy i znawcy. Kanon ksiąg pożytecznych i niezbędnych nieśmiało układa każdy z nas. Mówiliśmy o względnej bezradności, ograniczonej kompetencji oraz innych niedogodnościach. Dostrzegam to przy okazji konkursów literackich, w których spełniam obowiązki jurora. A tu się okazuje, że pojawili się nowi twórcy, o których dotąd pojęcie miałem raczej blade. Do tego zdarza się, że piszą odkrywcze wiersze. Pożytek dla jurora jest oczywisty - autoedukacyjny. Do miłych odczuć należy pozytywne zaskoczenie. Gust z racji wieku zrobił się bardziej klasyczny i nie wszystkie eksperymenty jestem w stanie ogarnąć, ale intuicyjnie czuję, a później dopiero mogę to ubrać w słowa, że coś jest ciekawe. Zapewne, jeśli wchodzę na teren krytyki, to na samym wstępie muszę przyznać, że jestem dyletantem, wszystko jedno jak długo zajmuję się literaturą.
Całkowicie zaskoczył mnie wstęp do ostatniego zbioru pana szkiców Ale książki, który ma formę niespotykaną dla tego typu publikacji, formę aforystyczną. Trochę wyjaśnień znajdziemy w samej książce, ale czy mógłby pan się z niego szerzej wytłumaczyć?
Pozwoliłem sobie na eksperyment, dlatego że znudziły mnie wstępy konwencjonalne. Trochę takich wstępów już napisałem, więc teraz przyszła mi do głowy myśl nieco szalona, żeby konwencję przełamać. Zresztą, jak pani zauważyła, tłumaczę się z tego, powiadając, że nigdy nie pisałem aforyzmów, że z taką formą pragnę się zmierzyć. Czy się udało, tego nie wiem, sąd nie do mnie należy. Zastanawiałem się natomiast, jak wyciągnąć esencję z zamieszczonych w Ale książki szkiców? I doszedłem do przekonania, że nie będę opisywać idei przewodnich i wykładać czytelnikowi, co "autor miał na myśli". W moich aforyzmach nie chciałem imitować ani Miłosza, ani Wierzyńskiego, Wata lub Szubera, pomyślałem natomiast, że zaproponowany rodzaj chimerycznego przewodnika mógłby być interesujący. Aforyzm nie mówi wprost, lecz sugeruje, wprowadzając pewną niejednoznaczność, lecz sensy klarują się, gdy przyrasta lektura. Wydaje się, że napięcie między trochę zagadkowym wprowadzeniem a treścią książki jest jakąś innowacją, jakimś walorem. Poza tym zawsze ciągnęło mnie w stronę pisarstwa, chciałbym, żeby krytyka była formą wypowiedzi literackiej.
Zatrzymując się jeszcze przy wstępie - otwierająca myśl: "Jeżeli wypadki dziejów zagrażają ładowi świata, nadgryzają fundamenty myślenia, powodują erozję wartości, to stałych miejsc zakorzenienia szukać trzeba gdzie indziej. W sobie, w sztuce, Transcendencji". Czy wobec tego można ten aforystyczny tekst potraktować jako manifest pańskiej niezachwianej wiary w moc sztuki, twórczości, wreszcie poezji?
Najchętniej odpowiedziałbym krótko: tak, naturalnie. Natomiast w dopowiedzeniu pomoże cytat z Wisławy Szymborskiej: "Moja wiara jest silna, ślepa i bez podstaw". Chociaż słowa nie powstrzymają kataklizmów dziejowych, to jednak zaszczepiają i przechowują wiarę w ład i sens istnienia. Jeśli się pozbędziemy takiego przekonania, to co nam pozostanie?
Wyrazem tej samej wiary jest też wiersz Czesława Miłosza Ale książki, któremu poświęca pan jeden ze szkiców. Współcześnie, w dobie upadku czytelnictwa, ta wiara nie przychodzi chyba łatwo?
Książki mają swoje odrębne żywoty i swoje dramaty. Jak wiemy, książki płoną, są mordowane oraz wykluczane ze społecznego istnienia. Ulubionym zajęciem ludzi, szczególnie tych ubranych w mundury, skupiających się we wrzeszczące masy, jest palenie książek... Ale trzeba ufać, że choć książki obracają się w popiół, to ich przesłania pozostają na długie lata. Pomimo tego, że książek jest za dużo na świecie, to zawsze trafia się na coś naprawdę własnego, na książki-drogowskazy, których wyrzec się nie można. Nie pamiętam kto, może Stanisław Barańczak, powiada, że mamy wielkie biblioteki w domu, ale przecież wystarczyłaby etażerka...
O LITERATURZE
Poeta poecie bratem
ks. Jerzy Sikora
Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz
Braterstwo poezji
Korespondencja, wiersze i inne dialogi 1947-2013
wstęp Andrzej Franaszek
zebrał, oprac., przypisami
i notami opatrz. Emil Pasierski
Kraków: Wydaw. Literackie
Wrocław: "Warstwy", 2021
356 s.: il. Kolor. ; 23 cm
Książka Braterstwo poezji zawiera korespondencję Tadeusza Różewicza z Czesławem Miłoszem, a także wybór tych wierszy, esejów, rozmów, zapisków intymnych i innych utworów, w których obaj wypowiadają się o sobie nawzajem. Ich komunikowaniu towarzyszy forma oficjalna "per pan", ale - z upływem czasu - w coraz bardziej złagodzonej, familijnej postaci: "Kochany Panie Tadeuszu", "Drogi Panie Czesławie".
Obaj odkrywają się, występują raczej bez masek i póz. Przy czym bardziej wylewny jest Różewicz. Relację z Miłoszem określa on mianem "miłości braterskiej". To korespondencja rzeczywiście braterska, bo przyjazna, szczera. W 1995 roku Różewicz zwierza się Miłoszowi: "Myślałem często o Panu i naszej znajomości (a może przyjaźni? To zależy od Pana)". W korespondencji Miłosz jest bardziej zdystansowany i pesymistyczny, powściągliwy w ekspresji uczuć niż Różewicz. Z kolei w ich poezji zauważamy odwrotność. Miłosz jawi się przecież jako poeta dnia, natomiast Różewicz jako poeta nocy. Poetycki Miłosz nawet w katastroficznym tomie Trzy zimy z 1936 roku prezentuje katastrofizm ocalający.
Autor Niepokoju życzy autorowi Ocalenia dalszych wspaniałych wierszy, dobrego zdrowia, pięknych snów. Opowiada też własne sny, również te z Miłoszem w roli głównej: "Odwiedził mnie Pan w domu jako bohater snu... Gościłem Pana w naszym mieszkaniu i częstowałem plackiem drożdżowym z rodzynkami i kruszonką". Dzieli się przeżyciami z codzienności. Na przykład mówi, że nie ma samochodu, a "jeżdżenie tramwajem jest dobrą szkołą życia", bo umożliwia obserwację zachowań ludzkich, dostrzeganie tego, co się dzieje wokół. Wystarczy przykładowo przywołać chociażby wiersz Ludożercy. W przededniu Bożego Narodzenia dzieli się z adresatem opłatkiem. Pewnego razu pisze: "Myślałem dużo o Panu, o muzyce Pańskiego wiersza". Przypomnijmy, że we wstępie do Traktatu poetyckiego Miłosz tak postulatywnie wypowiada się o poezji i taką sam uprawia:
Mowa rodzinna niechaj będzie prosta.
Ażeby każdy, kto usłyszy słowo
Widział jabłonie, rzekę, zakręt drogi,
Tak jak się widzi w letniej błyskawicy.
Nie może jednak mowa być obrazem
I niczym więcej. Wabi ją od wieków
Rozkołysanie rymu, sen, melodia.
Czyżby Różewicz tęsknił do rozkołysanej formy poezji, której nie ma - świadomie, z założenia - u niego, gdyż przejął się i przyjął dewizę Theodora Adorna, iż niemożliwa jest poezja po Oświęcimiu? Wprawdzie tworzy wiersze, ale jakże niepoetyckie, zgrzebne, odarte z metafor, z "ochów" i "achów". Taki jest przecież zamysł i realizacja Różewiczowskiego wiersza. Miłosz docenia poetycki kunszt Różewicza, chociażby wtedy, gdy chwali poetę za utwór *** ("Czas na mnie..."): "I nie waham się powiedzieć, że to jest wielki wiersz i że warto życie przeżyć, żeby taki wiersz napisać".
W ich korespondencji są więc nawiązania do własnej i adresata twórczości, do lektur, do sytuacji życiowej - na przykład stanu zdrowia. Różewicz się zwierza: "Zaćma mi dokucza". Z kolei Miłosz w liście z 2 marca 1995 roku informuje o stopniowym upadku władz fizycznych i umysłowych: "Żyję i co dzień próbuję zrozumieć, jak to jest, że za parę miesięcy skończę osiemdziesiąt cztery lata. I po co to?". Miłosz mówi o wielkiej przykrości, która go spotkała ze strony Herberta: "Skopał mnie w wierszu pt. Chodasiewicz". Różewicz współczuje i pociesza. Gdy w 1993 roku autor Trzech zim zamieszkał w Krakowie, najpierw jego mieszkanie przez kilka miesięcy było remontowane i urządzane. Wiedząc o tym, Różewicz w liście poleca krzesła firmy ze swojego rodzinnego Radomska, w której pracował jako pomocnik stolarza w czasie wojennej okupacji. Rekomenduje: "to najlepsze krzesła". Oprócz artykułowania codzienności są osobiste wspomnienia, plany. Natomiast uwidacznia się mniej komentarzy do tego, co dzieje się w obszarze społecznym, politycznym - krajowym czy międzynarodowym. Chociaż są wyjątki, bo na przykład w liście z 3 stycznia 1997 roku Różewicz wyznaje: "Ciągle jeszcze martwię się, a nawet dręczę tym, co w Ojczyźnie miłej (się) dzieje. Niestety... (ciągle) czytam gazety i oglądam TV".
W recenzowanym tomie znajdują się także niewysłane do Miłosza listy Różewicza. W jednym z nich - z 20 października 2001 roku - nadawca pisze o procesie twórczym. I swoją wypowiedź artykułuje obrazowym, wręcz poetyckim, językiem: "W pokoju ze słowa na słowo jest coraz ciemniej, z tego mroku, z tej ciemności wyciągam rękę do Pana i coś tam jeszcze mówię, myślę... A poeci tylko wędrują do źródła, ale nie są źródłem... tyle że każdy idzie swoją ścieżką, drogą, bezdrożem".
Los dał im sprawiedliwie - po równo: po 93 lata życia. Książka zawiera korespondencję, wiersze i inne dialogi z lat 1947-2013. Miłosz umiera w roku 2004, Różewicz - w 2014, a więc po 2004 roku Różewicz nie może już do Miłosza napisać listu ani zadzwonić. Ale może napisać wspomnieniowy wiersz. Tak na przykład czyni poprzez utwór Cień Miłosza, w którym są wyraźne nawiązania do Miłoszowego Daru z tomu Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada:
dziś 14 VIII 2006 r.
druga rocznica śmierci Miłosza
słyszę jego głos czyta wiersz -
(małą prozę przeźroczystą
jak japoński wiersz...
a może rysuneczek)
Stary poeta jest w ogródku widzi kolibra
nikomu niczego nie zazdrości...
Braterstwo poezji łączy się z braterstwem poetów. Braterstwa, miłości, ciepła bardziej pragnął Różewicz niż Miłosz. Andrzej Franaszek w świetnym wstępie zatytułowanym Starszy brat pisze: "Braterska miłość. Jeśli Czesław Miłosz także odczuwał ją do Różewicza, to chyba tylko przelotnie (...). Miłosz jednak był silniejszy, spadającym nań cierpieniom, udręczeniu, wyrzutom sumienia przeciwstawiał zachłanną pożądliwość istnienia (...). Autor Niepokoju natomiast - niech jego Cień wybaczy nam tę próbę osądu - wydaje się człowiekiem niosącym w sobie nigdy niezabliźnioną ranę osierocenia; ból śmierci brata oraz ból śmierci matki, najbliższych mu osób, którym w starości wystawi wspaniałe epitafia: książki Matka odchodzi i Nasz starszy brat. Czy to właśnie ta rana kazała mu szukać w Miłoszu braterskiego przyjaciela, marzyć o rozmowie, która byłaby dotknięciem serc, poświęcać wiersze, zaczepiać, wysyłać karty, listy?". Możliwe, że tak.
PROZA OBCA
Kochanek rewolucji
Mikołaj Rajkowski
Joseph Roth
Niemy prorok
przeł. z niem. Małgorzata Łukasiewicz
wstęp Witold Bereś
Kraków: "Austeria", 2022
245 s. ; 21 cm
Dzieła zebrane Josepha Rotha ukazują się nakładem wydawnictwa "Austeria" od 2015 roku. Kolejny tom w tej serii to powieść Niemy prorok z 1929 roku w przekładzie Małgorzaty Łukasiewicz.
Każda pozycja pozwala lepiej poznać dorobek piśmienniczy Rotha, obejmujący obok dłuższych i krótszych form prozatorskich także teksty dziennikarskie, podróżnicze oraz eseistykę, i odesłać do lamusa opinię, że autor Marszu Radetzky'ego to zagubiony w nowoczesności apologeta przegranej sprawy habsburskiej i autor nostalgicznych pocztówek. Przeciwnie: coraz trudniej zaprzeczyć, że widział on wyraźniej i dalej niż wielu współczesnych. Być może jego umiejętność spojrzenia chłodnym okiem na teraźniejszość wzięła się właśnie z tego, że swoje gorętsze uczucia ulokował w "świecie wczorajszym"?
W Niemym proroku Roth przedstawia losy Friedricha Kargana, impulsywnego rewolucjonisty o rosyjsko-austriackich korzeniach, wychowanego w habsburskim Trieście (trudno o bardziej Rothowską biografię!). Jego historię opowiada bezimienny narrator, zapowiadając wprzódy, że chodzi o swoistą apologię Kargana, usuniętego w ramach sowieckich czystek. Narrator, którego tożsamości do końca nie poznajemy, czuje się zobowiązany opowiedzieć prawdziwą historię człowieka, z którym łączyły go stosunki zupełnie niesprecyzowane (spójrzmy, jak piętrzą się niedomówienia już na pierwszych stronach powieści), sprowokowany do tego w rozmowie z "przyjaciółmi i znajomymi" (w rzeczywistości - oficerami aparatu bezpieczeństwa) w noc sylwestrową 1926 roku.
Poznajemy zatem Kargana kolejno jako nieślubne dziecko, ubogiego krewnego, przemytnika, studenta, agitatora i niezręcznego kochanka. Gdy zmuszony jest wybierać między miłością do eleganckiej, na swój sposób postępowej burżujki a służbą rewolucji, wybiera tę ostatnią. Od tego miejsca powieść toczy się w gorączkowym, przyspieszonym tempie; na przestrzeni kilkunastu stron Kargan przebywa drogę na Kołymę i z powrotem. Na carskim zesłaniu dosięga go wieść o zamordowaniu w Sarajewie austriackiego następcy tronu. Kargan rozumie doskonale, co musi się wydarzyć: historia zerwała się z łańcucha i ten, kto zdoła nagiąć ją do swojej woli, będzie demiurgiem przyszłego społeczeństwa. Postanawia zbiec. Przez ogarniętą nacjonalistycznym wzmożeniem Europę prześlizguje się dzięki statusowi wykorzenionego, zbędnego człowieka i... dyskretnej protekcji rządów państw centralnych (w rewolucji rosyjskiej dostrzegały szansę na wojenne zwycięstwo). Kargan stopniowo zdobywa wielkie wpływy w zwycięskiej partii rewolucyjnej (słowo "bolszewicy" nie pada na kartach powieści), wyróżnia się jako zacięty prześladowca burżuazji, trafia - jak nie bez ironii pisze Roth - do rubryki "zatytułowanej "Krwawi oprawcy" i sąsiadującej z rubryką poświęconą bokserom, kompozytorom operetek, biegaczom długodystansowym, cudownym dzieciom i lotnikom". Wkrótce jednak pojawiają się wątpliwości i niepokój duszy, którego ziarna zasiała, być może, dawna niespełniona miłość.
Wśród postaci z kręgu Kargana - z których część jest przedstawiona z nazwiska, część zaś ukryta pod inicjałem - można próbować rozpoznać rzeczywistych aktorów rosyjskiej rewolucji. Najprościej przedstawia się przypadek groźnego, pozbawionego ludzkich cech i emocji "Kaukazczyka" Savellego; inni zdają się konglomeratami kilku figur. W samym Karganie Claudio Magris i autor przedmowy Witold Bereś rozpoznają Trockiego - niebezpodstawnie, choć trzeba przyznać, że bohater powieści jest postacią dalece przeciętniejszą, żaden zeń przywódca ani doktryner. Kargan swoją karierę w szeregach rewolucjonistów rosyjskich zawdzięcza w równej mierze przypadkowi i determinacji - jego upadek jest wypadkową fatum i własnych zaniedbań.
Niemy prorok to powieść dość tradycyjna w formie, zawiera jednak kilka miejsc co najmniej zagadkowych. Narrator nie tylko nie ujawnia swojej tożsamości, lecz nawet samego Kargana (bo nie jest to jego prawdziwe nazwisko, o czym uprzedza narrator). Jego personalia, choć doskonale znane rozmówcom w moskiewskim hotelu, najwyraźniej muszą pozostać tajemnicą dla czytelnika.
Roth zdaje się traktować komunizm (notabene także to słowo w Niemym proroku nie pada) jako zjawisko źródłowo pokrewne nacjonalizmowi - a więc swego rodzaju sublimację resentymentu i agresji. To połączenie, które Roth obwiniał za destrukcję swojej ojczyzny - monarchii habsburskiej - w Rosji doprowadziło do katastrofy o podobnie niszczycielskim charakterze, dodatkowo skierowanej na zewnątrz. Czytany równolegle ze słynnymi powieściami o rewolucji, Niemy prorok może zdawać się zbyt ostrożny w prognozach, zbyt powściągliwy w ocenach. Waham się jednak, czy zaliczyć omawianą książkę do tego grona. Najwłaściwszym towarzystwem dla niej są... inne powieści Josepha Rotha. Czytelnicy z łatwością odnajdą w Niemym proroku to, czym Roth zachwyca w Marszu Radetzky'ego, Hotelu Savoy czy Hiobie. Nie brakuje w książce scen komicznych, galerii karykatur, obrazków z życia codziennego, które nawet w 1929 roku mogły jeszcze budzić pobłażliwą wesołość. Pióro Rotha nabiera zaś największej zręczności w tych miejscach, w których pochyla się nad tym, co było mu najbliższe: wiedeńska "obyczajówka", środkowoeuropejska krzątanina "ludzi bez właściwości", wspominany z sentymentem spokojny, choć niewolny od tragiczności losu świat, w którym ceniono umiar i - liczbę pojedynczą. W epoce rewolucji, wojny totalnej i ślepej przemocy, zdaje się twierdzić Roth, narracje przyjęły wyłącznie liczbę mnogą. Kargan dopiero na drugim, dobrowolnym zesłaniu smakuje "twardą i dumną melancholię samotnika, który wędruje obrzeżami radości, głupstwa i bólu". To jego nagroda za życie w służbie rewolucji, jego azyl w świecie, o którego stworzenie walczył.
Opisywana książka - w swoich literacko najsmaczniejszych momentach - reprezentuje wreszcie także wyraźny w późniejszej twórczości Rotha nurt mądrościowy. Znamienne, że myśl trzeźwą i gorzką, zdającą się odzwierciedlać przekonania autora, wygłasza w powieści niejaki Grünhut, postać skądinąd raczej żałosna i skompromitowana: "Życie jest krótkie, ma do zaoferowania parę mizernych sytuacji i te trzeba sobie cenić. Dwa razy może pan powiedzieć "chcę", raz "kocham", dwa razy "będę", raz "umieram". (...) Drobny ból, który pan czuje, gdy się pan skaleczy w palec, i tak jest przemożny w stosunku do krótkości pańskiego życia. I pomyśleć, że są ludzie, którzy dadzą sobie odrąbać rękę i wykłuć oczy dla idei - dla idei! Dla ludzkości, w imię wolności. To potworne".
Ślady i piętna
Bożena Witowicz
Siergiej Lebiediew
Ludzie sierpnia
przeł. z ros. Grzegorz Szymczak
Warszawa: "Claroscuro", 2021
466 s. ; 19 cm
Ludzie sierpnia to już piąta powieść w dorobku Siergieja Lebiediewa i czwarta na rynku polskim po Granicy zapomnienia, Dzieciach Kronosa i Debiutancie. Cechą charakterystyczną pisarstwa Lebiediewa jest zgłębianie historii jednostek na tle wielkich wydarzeń dziejowych - albo na odwrót.
Jako Rosjanina interesują go naturalnie te karty historii, które odnoszą się do Rosji i jej mieszkańców. Nie opisuje jednak wyabstrahowanych, fikcyjnych historii, lecz nadaje im akcent osobisty poprzez wplecenie do narracji losów członków swojej własnej rodziny różnych epok. W Dzieciach Kronosa opisywał losy protoplasty rodu - przybyłego na początku XIX wieku z Niemiec młodego lekarza Balthasara Schwerdta - ukazując je przez pryzmat losów ich potomków, a konkretnie babci Liny. W Ludziach sierpnia mamy do czynienia z historią Rosji XX wieku - tym razem za punkt wyjścia Lebiediew przyjął losy dziadka. W obu przypadkach chodzi o "wielkie tajemnice" rodzinne, które, choć dotyczą przeszłości, wciąż oddziałują na teraźniejszość.
Akcja Ludzi sierpnia dzieje się w burzliwych latach dziewięćdziesiątych XX wieku, w okresie rządów Borysa Jelcyna. Był to czas rozpadu ZSRR, ogromnych zmian politycznych i społecznych, prób (s)tworzenia podwalin demokracji, chaosu, wielkiej przestępczości i rodzenia się niewyobrażalnych fortun. Punktem wyjścia dla powieści jest pamiętnik - kronika rodzinna, którą bohater otrzymuje od babci w sierpniu 1991 roku. To osobiste wydarzenie zazębia się z ważnym wydarzeniem z życia kraju - obaleniem pomnika Feliksa Dzierżyńskiego, stojącego na Placu Łubiańskim w Moskwie przed budynkiem-symbolem radzieckiego terroru. Dalej obie sfery będą się w powieści przenikać.
Dla rosyjskiego społeczeństwa zburzenie pomnika przyniosło nadzieje na rozprawienie się z przeszłością, odnowę i rozkwit kraju - odtąd miało być już tylko lepiej. Stało się też doświadczeniem pokoleniowym. To "ludzie sierpnia", zrodzeni na gruzach posągu, mieli być tymi, którzy ową odnowę nieść będą, podobnie jak w Polsce przełomem był rok 1989 i... obalenie pomnika Dzierżyńskiego na obecnym Placu Bankowym w Warszawie. Jednak rozliczenie z historią - warunek niezbędny, by nie powtarzać błędów odchodzącej epoki i móc budować nowe - okazało się faktycznie niemożliwe. Odpowiedź na pytanie, dlaczego nie stało się to udziałem całej Rosji, otrzymujemy w powieści poprzez ekstrapolację losów jednej wybranej rodziny.
Lektura kart pamiętnika uświadamia bohaterowi powieści, jak niewiele wie o historii swojej rodziny - że składa się ona przede wszystkim z milczenia. Najbardziej jednak intryguje go to, co zostaje tylko zasygnalizowane na marginesie opowieści, odnotowane w imię rzetelności, ale coś, co w istocie chce się ukryć pomiędzy innymi szczegółami. Chodzi o losy jego dziadka ukryte pod skromnym inicjałem "M.". Usiłując je odkryć, nasz bohater podróżuje po Rosji, trafia do byłych łagrów Kazachstanu i wojennej Czeczenii. Z czasem poszukiwania "zaginionych bez wieści" stają się jego zawodem. Dzięki nim co i rusz odkrywa, że to, co widzialne, jest fałszem, a prawdę skrywa ziemia w ciałach przodków.
Lebiediew - geolog z wykształcenia - wykorzystuje swój warsztat zawodowy, by pozwolić bohaterowi dokopać się do nawarstwionych pokładów głęboko utajnionych, zapomnianych bądź przemilczanych kart historii Rosji i jej ludzi. Pokazuje, że Rosja do dziś jest jednym wielkim gułagiem, uwięzionym w nierozliczonej przeszłości. Utknięcie w historycznym czyśćcu stanowi wygodną strategię przetrwania, pozwalającą Rosjanom na zachowanie dobrego samopoczucia, resztek godności i iluzji imperium, którego świat się boi. Jednak to samooszukiwanie się oznacza trwanie w zaklętym kręgu, sztafetę przemocy, bólu i cierpienia zadawanego wciąż na nowo w wyniku popełniania tych samych błędów i zbrodni. Z drugiej strony mechanizm nie tyle wyparcia, co zapomnienia historii wielokrotnie pokazał Rosjanom, że tylko w ten sposób mogą przetrwać. Ci, którzy dążyli do ujawnienia prawdy i rozrachunku z przeszłością, nieodmiennie tracili życie. To instynkt samozachowawczy nakazywał im - i wciąż nakazuje - życie w kłamstwie. Jednak, jak pokazuje Lebiediew, niszczenie przeszłości w imię przetrwania niesie ze sobą moralne konsekwencje, ciężar niewypowiedzianego trawi duszę i stanowi brzemię dla kolejnych pokoleń. Losy babci Tani, jej pamiętnik i prawda o dziadku odkrywana przez bohatera powieści stają się analogią mechanizmów tworzenia w Rosji akceptowalnej prawdy, produkcji oficjalnej, zretuszowanej i zatwierdzonej przez władze partyjne wersji przeszłości, a zarazem trudności ujawniania prawdy. Zburzenie pomnika Dzierżyńskiego było dla "ludzi sierpnia" wydarciem knebla z ust, pozostał jednak, jak się okazuje, knebel fantomowy, tak głęboko wrośnięty w osobowość obywateli, że nawet upadek komunizmu nie był w stanie przełamać milczenia i strachu. Gdy w latach dziewięćdziesiątych XX wieku otwarto komunistyczne archiwa, nastąpił czas odkrywania prawdy, ale okazała się ona tak mroczna i bolesna, że nie była w stanie sprostać jej atrakcyjnej, zmitologizowanej wersji. Po początkowej euforii badania archiwalne zarzucono w imię nierozgrzebywania starych brudów. Po co to komu? Jaki miałby być z tego pożytek? W tym sensie powieść Lebiediewa traktuje o rozczarowaniu, kresie iluzji, że burzenie może być zaczątkiem budowania, że nowe pokolenie może przynieść nowe, a czytelnik zadaje sobie pytanie: czy jest wobec tego dla Rosji jeszcze jakaś szansa?
Lebiediew ukazuje też widziane z różnych perspektyw konsekwencje rozpadu ZSRR. Dla Rosjan do dziś jest to narodowa trauma, ale tym razem mamy też wgląd w następstwa tego rozpadu dla państw, które od imperium się odłączyły. I okazuje się, że szok separacji był dla nich o wiele większy. Choć pragnęły wolności, to nie były przygotowane przede wszystkim na jej gospodarcze następstwa, bezrobocie, biedę, przestępczość i rodzące się na gruzach imperium nowe dyktatury, konflikty i wojny.
U Lebiediewa historia to continuum, dzieje przeszłe nadal mają wpływ na czasy obecne. Te dwa wymiary są ze sobą nierozerwalnie związane, a czytelnik dzięki poznaniu osobistych historii rodziny autora otrzymuje też przystępny wykład historyczny i szansę na zrozumienie współczesnej Rosji.
Okruchy życia
Alicja Piechucka
Annie Ernaux
Lata
przeł. z fr. Krzysztof Jarosz
i Magdalena Budzińska
Wołowiec: "Czarne", 2022
237 s. ; 22 cm
Choć ostatecznie najbardziej prestiżową nagrodę literacką świata otrzymał w zeszłym roku pochodzący z Zanzibaru Brytyjczyk Abdulrazak Gurnah, do momentu ogłoszenia decyzji Akademii Szwedzkiej bardzo wysoką pozycję na giełdzie noblowskiej zajmowała Annie Ernaux.
Komentatorzy zauważali wówczas, że francuska pisarka miałaby szansę na takie wyróżnienie wcześniej, gdyby nie fakt, że jej utwory długo nie mogły doczekać się przekładu na język angielski. Urodzona w 1940 roku Ernaux zadebiutowała w połowie lat siedemdziesiątych powieścią Les Armoires vides. Niemal pół wieku i dwadzieścia tytułów później uznawana jest za autorkę wybitną, wobec której używa się we Francji przymiotnika immense, oznaczającego, że jest się w swojej dziedzinie gigantem. O twórczości Ernaux powstają prace naukowe, a ona sama w kraju, który dał światu jedną z najwspanialszych literatur, cieszy się statusem grande dame prozy. Nie zawsze jednak tak było. W udzielonym niedawno wywiadzie Ernaux, kojarzona przede wszystkim z nurtem autofikcji, wspominała negatywną lub wręcz pogardliwą recepcję, z którą dawniej spotykała się jej autobiograficzna twórczość, poruszająca najbardziej intymne, a nawet drastyczne tematy, jak osobiste doświadczenia seksualne lub przebyta aborcja. Jeden z krytyków przezwał ją na przykład "Madame Ovary", nawiązując oczywiście do tytułu najsłynniejszej powieści Flauberta i francuskiego słowa ovaire, oznaczającego "jajnik". Dziennikarze potrafili zadawać Ernaux niezbyt błyskotliwe pytania w rodzaju "Jak mogła pani coś takiego napisać?", a ona odpowiadała rozbrajająco: "Ale przecież tak to było". Dziś, gdy proza o charakterze autobiograficznym święci triumfy, czwarta fala feminizmu trwa w najlepsze, a kobietom zaczyna się w końcu przyznawać prawo do mówienia o tym, o czym patriarchalni konserwatyści niekoniecznie lubią słuchać, Ernaux trafia wreszcie w swój czas. Polscy czytelnicy niewładający językami obcymi mogą znać zaledwie jedną jej powieść, opublikowane u nas w 1989 roku Miejsce. W tym roku nakładem wydawnictwa "Czarne" ukazały się Lata, które francuską premierę miały czternaście lat temu i uchodzą za opus magnum pisarki.
Na ostatnich stronach Lat Ernaux tłumaczy, jaki zamysł towarzyszył jej podczas pracy nad książką, określaną jako powieść, choć słowo "opowieść" użyte przez polskiego wydawcę jest być może bardziej trafne. Nie mamy bowiem w tym przypadku do czynienia z powieścią w potocznym rozumieniu terminu: nie znajdziemy tu fabuły, dialogów czy psychologii postaci w tradycyjnym znaczeniu. Lata nie są też konwencjonalną autobiografią. Jak wyjaśnia francuska pisarka, "Dla niej - przeciwnie - liczy się to, by mogła uchwycić swój pobyt na ziemi w określonej epoce, czas, który przez nią przeszedł, świat, który zarejestrowała, po prostu żyjąc". Już sam fakt, że - jak wskazuje powyższy cytat - Ernaux nie wybiera narracji pierwszoosobowej, że opowiadając o swoim życiu, mówi o sobie per "dziewczyna", a później "kobieta", stoi w sprzeczności z tym, jak zwykło się myśleć o prozie autobiograficznej. Decyzja ta wpisuje się jednak doskonale w ogólną koncepcję książki: "W tym, czemu chce nadać formę bezosobowej autobiografii, nie będzie żadnego "ja" - tylko "się" i "my" - jakby teraz była jej kolej snucia opowieści o minionych dniach".
Ernaux prowadzi swą opowieść, obejmującą okres od własnych narodzin do roku 2006, dwutorowo. Pretekstem do opowiadania o kolejnych etapach życia pisarki i zarazem głównej bohaterki są ekfrazy fotografii z rodzinnych albumów oraz amatorskich filmów z osobistego archiwum. To, co przywykliśmy uważać za esencję autobiografii, czyli wspomnienia, w tym przypadku przywołane przez zdjęcia i nagrania filmowe, dzięki którym Ernaux może z dystansu przyjrzeć się temu, jak zmieniała się na przestrzeni dziesięcioleci, to jednak zaledwie część ambitnego i imponującego projektu literackiego, ale także historycznego, społecznego i kulturowego, którego owocem są Lata. Nawiązująca do barw francuskiej flagi, trójkolorowa okładka polskiego wydania, ozdobiona czarno-białymi zdjęciami dokumentującymi życie zbiorowości, a nie wybranej jednostki, jest pod tym względem strzałem w dziesiątkę. Autobiograficzna opowieść Ernaux nie jest jedynie zbeletryzowanym zapisem siedmiu dekad życia autorki, lecz także - a może przede wszystkim - subiektywną kroniką siedmiu dekad historii Francji i nie tylko. Lata zawierają bowiem także liczne odniesienia do tego, co działo się na świecie - począwszy od drugiej wojny światowej, a skończywszy na pierwszych latach bieżącego stulecia.
Gdyby książka Ernaux miała podtytuł, mógłby on brzmieć nie tyle Taka byłam, co Tacy byliśmy, ewentualnie Taka była Francja lub Taki był świat. Mógłby również brzmieć Okruchy życia, gdyby tej frazy nie wykorzystał w 1970 roku Claude Sautet w tytule swego najsłynniejszego zapewne filmu, wspomnianego zresztą w Latach dwukrotnie. Zachowując porządek chronologiczny, autorka stworzyła narrację, w której znalazło się miejsce dla niezwykle szerokiej gamy zjawisk i zagadnień. Nakreślony przez nią fresk obejmuje historię polityczną i społeczną oraz historię kultury. Wydaje się, że w Latach odnotowane zostało niemal wszystko, bez pominięcia żadnej z kluczowych dziedzin ludzkiej egzystencji. Odliczają się zatem sylwetki i pomysły kolejnych rządzących, literatura, sztuka i życie intelektualne, ale także popkultura, edukacja, sport, media i reklama, jedzenie, moda, a nawet pogoda; nie zabrakło również tego, co często najbardziej rozpala opinię publiczną, czyli seksu i głośnych zbrodni. Ernaux prowadzi czytelników przez różne domeny życia społecznego, a jednocześnie przez następujące po sobie epoki. Spacerując z nią po osi czasu, przeżywamy okupację i okołowojenną biedę, a później obfitość les Trente Glorieuses, jak określa się we Francji okres prosperity, który przypadł na lata 1945-1975. Przed naszymi oczami przewija się kawalkada wydarzeń, wśród których wojny - zimna, indochińska, algierska, wietnamska i wreszcie, po 11 września, wojna z terroryzmem - Maj '68, "pierwszego roku istnienia świata", upadek komunizmu czy powstanie Unii Europejskiej to zaledwie ułamek tego, nad czym pochyla się francuska pisarka. Odnotowane zostają przemiany społeczno-obyczajowe, rozkwit społeczeństwa konsumpcyjnego i permisywnego, kwestie klasowe, ewolucja języka, postęp technologiczny i medyczny oraz jego wpływ na umysł i ciało. Równolegle do zdarzeń naznaczających społeczno-polityczny makrokosmos, śledzimy to, co dzieje się w prywatnym mikrokosmosie autorki i zarazem protagonistki, poznając poszczególne etapy jej losu: dzieciństwo, dojrzewanie i dojrzałość, małżeństwo, macierzyństwo i rozwód, nowe miłości, pracę zawodową i twórczą.
Reputacja dzieła wybitnego, którą cieszy się omawiany tu utwór Ernaux, jest moim zdaniem zasłużona. Lata to proza utkana ze wspomnień, osobistych i zbiorowych, z doznań i wrażeń, z okruchów, fragmentów i katalogów, z historycznych faktów i pozornie nieistotnych szczegółów indywidualnej egzystencji, oddająca atmosferę "czasu, w którym się już nigdy nie będzie". To proza eksplorująca fenomen pamięci oraz tożsamości jednostki i wspólnoty, których nośnikami mogą być produkty masowej konsumpcji i reklamy, tytuły filmów i piosenek oraz tysiące innych rzeczy. To proza świetna pod względem stylistycznym, rzeczowa, czerpiąca z dyskursu socjologicznego, ale miejscami także zaskakująco poetycka. To proza czerpiąca z dziedzictwa wymienionych zresztą w tekście książek Marcela Prousta, Georges'a Pereca i Marguerite Duras, ale zarazem odmienna od twórczości każdego z nich. To proza autofikcyjna, autotematyczna i feministyczna, ukazująca emancypację bohaterki i artystki, która zdążyła wejść w dorosłe życie, nim wybuchły druga fala feminizmu i rewolucja seksualna, a we Francji zalegalizowano aborcję.
Zadanie, które postawiła przed sobą Ernaux, nie sprowadza się tylko do - przekonującego skądinąd - prześledzenia ewolucji bohaterki i świata. Lata stanowią - niezwykle w moim mniemaniu udane - poszukiwanie odpowiedzi na pytania o to, w jakim stopniu kształtują nas historia, polityka, kultura i społeczeństwo, idee, poglądy, trendy i zmieniający się styl życia lub dlaczego jedne wydarzenia historyczne głęboko przeżywamy, a inne niemal nas nie dotykają. Ernaux podejmuje ponadto przejmującą refleksję na temat czasu, przemijania i śmierci. To dużo, ale wielkość Lat zasadza się tak naprawdę na czymś innym, czymś, co przyprawia o zawrót głowy. "Czy pewnego dnia będzie można odczytać zapisaną w mózgu człowieka całą jego historię, to, co zrobił, co powiedział, zobaczył i usłyszał?", pyta francuska pisarka, gdy jej opowieść zaczyna dobiegać końca. Lata są właśnie beletrystyczną próbą zbliżenia się do tej nieistniejącej technologii. Książka Ernaux to kronika zmieniającego się świata i kronika świadomości jednostki, która w tym świecie żyła, czuła, myślała i tworzyła, rejestrując to, co osobiste, i to, co bezosobowe, to, co przełomowe, i to, co trywialne, ale zaskakująco poruszające, wchłaniając całą sobą ni mniej, ni więcej, tylko życie we wszelkich jego formach i przejawach.
POPULARYZACJA NAUKI I WIEDZY
Liczby Conwaya
Krzysztof Ciesielski
Donald E. Knuth
Liczby nadrzeczywiste
Jak dwoje byłych studentów nakręciło się
na czystą matematykę i odnalazło
pełnię szczęścia
przeł. z ang. Tomasz Miller
Kraków: Copernicus Center Press, 2022
157 s. ; 21 cm
Zmarły w 2020 roku w wieku 82 lat na covid John Horton Conway był matematykiem niezwykłym. Jedno z najbardziej poczytnych czasopism matematycznych, kwartalnik "The Mathematical Intelligencer", po jego śmierci poświęciło mu cały numer. Była to pierwsza osoba w historii uhonorowana w ten sposób przez ów periodyk.
Conway uzyskał doktorat w Cambridge, gdzie pracował do 1986 roku, następnie przeniósł się na równie prestiżowy uniwersytet w Princeton w USA. Osiągnął wybitne rezultaty w kilku, nieraz odległych od siebie, działach matematyki. Jest autorem słynnej "gry w życie", spopularyzowanej w 1970 roku w kultowej kolumnie Martina Gardnera w "Scientific American". Jedno z osiągnięć Conwaya to wprowadzenie pewnych oryginalnych liczb.
Znajomość z liczbami rozpoczynamy w dzieciństwie od liczb naturalnych. Potem zapoznajemy się z kolejnymi rozszerzeniami tego zbioru, dochodząc do liczb rzeczywistych, które można utożsamić z punktami na prostej (mówimy o osi liczbowej). Na tym jednak koniec, bowiem nie mówi się już w szkole, że kolejnym uogólnieniem jest zbiór liczb zespolonych. Liczby zespolone, które możemy interpretować jako punkty płaszczyzny, okazują się znacznie "lepsze" od liczb rzeczywistych. Ze względów matematycznych są one w zasadzie idealne i mają liczne zastosowania.
W latach siedemdziesiątych XX wieku John Horton Conway wprowadził inne uogólnienie zbioru liczb rzeczywistych. Przedstawiając geometrycznie liczby zespolone, dodajemy do osi liczbowej drugą oś, prostopadłą. Conway natomiast w sprytny sposób "przedłużył" oś liczbową, idąc "poza nieskończoność", a ponadto "wsadził" tam jeszcze wyrażenia "nieskończenie małe, ale większe od zera". Okazało się, że w ten sposób powstała bardzo ciekawa struktura o nad wyraz interesujących własnościach. Nie ma ona co prawda ani takiego znaczenia, ani tak "kompletnych" własności, jak zbiór liczb zespolonych, niemniej jednak jest godnym uwagi niestandardowym obiektem matematycznym.
I tu "na arenę wchodzi" człowiek, którego nazwisko zna niemal każdy matematyk na świecie: Donald Ervin Knuth, matematyk i informatyk, dziś emerytowany profesor Uniwersytetu Stanforda w USA. Ma on w dorobku ważne wyniki naukowe, napisał świetne podręczniki, a sławę zyskał przede wszystkim jako twórca rewelacyjnego programu do składania tekstów. Ów program - o nazwie TeX - zrewolucjonizował edytorstwo. Żadnego tekstu nie można złożyć do druku lepiej i ładniej niż za pomocą TeX-a. W szczególności jest to ważne przy składzie tekstów zawierających symbole matematyczne - TeX robi to perfekcyjnie. Matematyków, którzy nie używają TeX-a, praktycznie nie ma. Obecnie autor pracy matematycznej sam ją składa, używając właśnie TeX-a. Potem, przy tworzeniu wersji do druku, dostarczony materiał zostaje jeszcze odpowiednio przygotowywany przez specjalistów. W przypadku matematyki różnica w tekście złożonym TeX-em a jakimkolwiek innym programem edycyjnym, w tym popularnym Wordem, jest niewyobrażalna.
W 1974 roku Donald Knuth napisał książkę Surreal Numbers poświęconą liczbom wprowadzonym przez Conwaya. To właśnie on nazwał te liczby surreal, Conway pisał po prostu o liczbach. Mamy tu przepiękną, nieprzetłumaczalną grę słów. Liczby rzeczywiste to po angielsku real numbers. Przedrostek "sur" oznacza "nad, powyżej". Surreal znaczy "surrealistyczny". Conwayowi nazwa nie tylko się spodobała, ale wręcz napisał, że jest za nią Knuthowi wdzięczny.
Pojawia się tu problem z przekładem na język polski. Niektórzy mówią "liczby nadrzeczywiste", pod takim tytułem też ukazał się polski przekład książki Knutha, jednakże termin ten jest niezbyt szczęśliwy. Po polsku znacznie lepiej, moim zdaniem, mówić o "liczbach Conwaya" - takiej nazwy również się używa. W reklamie polskiego wydania książki, umieszczonej na ostatniej stronie okładki, zacytowana została opinia Gardnera, który też odegrał istotną rolę w spopularyzowaniu tych liczb: "System Conwaya jest iście "nadrzeczywisty"". W oryginale Gardner napisał: "Truly "surreal"" i niewątpliwie miał na myśli surrealizm.
Książka Knutha została napisana w formie dialogu. Dwoje młodych ludzi, Alice i Bob, znajduje na wakacjach wielki głaz z zapisanymi obcym językiem pewnymi formułami. Niestety głaz jest ułamany, części zapisanej teorii nie ma, więc Alice i Bob próbują ją odtworzyć. I to się udaje... Jak napisał Knuth, za cel wziął nie tyle wyłożenie teorii Conwaya, ile pokazanie, jak może wyglądać jej rozwijanie. W szesnastu rozdziałach Alice i Bob dochodzą stopniowo do coraz bardziej zaawansowanych aspektów teorii.
Książka jest świetnie napisana, aczkolwiek jej lektura - choć nie wymaga zaawansowanego przygotowania matematycznego - dla osób, które mniej się interesują matematyką, może być męcząca i trudna. Knuth zaznaczył, że chodziło mu o dostarczenie materiału uzupełniającego program dla studentów matematyki młodszych lat.
Kilka gorzkich słów muszę poświęcić jakości polskiego wydania i przekładu. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda znakomicie. Twarda okładka, ładna czcionka, dialogi napisane dobrym stylem... Matematykowi jednak, a jest to opowieść matematyczna, nie wszystko się spodoba. W książce pojawiają się sformułowania i zwroty, które - choć językowo poprawne - pozostają w niezgodzie z polską terminologią matematyczną - i nie są to niestety przypadki odosobnione. Mam też zastrzeżenia do pewnych fragmentów przekładu zmieniających czy wręcz wypaczających oryginał - na przykład zwrot w podtytule "students turned on to pure mathematics" przełożony został na "dwoje byłych studentów nakręciło się na czystą matematykę". Poza tym matematyka razić będzie wygląd użytych w składzie symboli matematycznych - ułamków, pewnych oznaczeń, rozmiar wskaźników... W angielskim oryginale wygląda to zupełnie inaczej - prawidłowo i znacznie ładniej. Paradoksem jest, że książka twórcy TeX-a nie została złożona TeX-em. A wystarczyło amerykańskiego wydawcę poprosić o odpowiednie pliki i tylko dobrze przełożyć tekst na język polski. Szkoda!
nr 7-8/1238
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak,
Juliusz Gałkowski,
Tomasz Kłusek, Mikołaj Rajkowski
Andrzej Skalimowski,
Maria Sokołowska,
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,
w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo
skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.
CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość)- 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności
za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2022
kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN
"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając
(na dowolny okres) na konto wydawcy
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków
Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:
Prenumerata krajowa:
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.
www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:
Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl
e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie, przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.