nr 7-8/1216
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak,
Juliusz Gałkowski,
Małgorzata Kąkiel,
Andrzej Skalimowski,
Maria Sokołowska,
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Joanna Majczak sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36,sekretariatu 22 826 62 60,tel./faks 22 826 62 35,e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw:01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca, w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych. Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Cennik reklam znajduje się w "Kurierze Nowych Książek".
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2020
kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN
"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając
(na dowolny okres) na konto wydawcy
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków
Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:
Prenumerata krajowa:
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.
www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:
Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl
e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,
przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych
informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator
może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,
ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,
prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego
tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia
na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych
- iod@instytutksiazki.pl.
OKŁADKA
Wspólny kanon
Joanna Lisek, literaturoznawczyni w Katedrze Judaistyki Uniwersytetu Wrocławskiego. Od 2018 roku redaguje serię "Żydzi. Polska. Autobiografia", ukazującą się w ramach projektu "Kanon literatury wspomnieniowej Żydów polskich". Rozmawia Małgorzata Kąkiel
Kto i co decyduje o zaliczeniu do kanonu?
Przy doborze dzieł zależało nam przede wszystkim na szeroko rozumianej reprezentatywności, która oddawałaby różnorodność i dynamikę przemian społeczności żydowskiej na ziemiach polskich od wieku XVII do połowy XX. Najwcześniej powstały tekst znajdujący się w naszym kanonie pochodzi z roku 1613, najpóźniejszy zaś z 1955. Kultura żydowska jest wielojęzyczna, dlatego uwzględniamy teksty pisane po hebrajsku, w jidysz, po polsku, rosyjsku, niemiecku. W korpusie znajdą się pamiętniki, dzienniki Żydów z centralnej Polski, Wielkopolski, Galicji, Wołynia, Podola, Polesia, Ukrainy, Białorusi i Litwy, a więc wszystkich ziem dawnej Rzeczypospolitej. Reprezentowane są dzieła obejmujące nie tylko wszystkie języki i regiony Żydów polskich, ale też różne grupy kulturowe, religijne czy polityczne. Uwzględniamy również perspektywę kobiecą i męską: w naszej serii wydanych będzie 9 tomów zawierających teksty autobiograficzne napisane przez kobiety.
Wydajemy dzieła kanoniczne, czyli te, które już zostały rozpoznane jako istotne i funkcjonują w obiegu badawczym i czytelniczym, ale nie w języku polskim (np. pamiętniki warszawskiego właściciela kawiarni Jecheskiela Kotika). Jednak zdecydowana większość planowanych tłumaczeń to wspomnienia nieprzełożone jeszcze na żaden język (np. fundamentalny tekst Abrahama Gottlobera), a są też takie, które pozostają do dzisiaj w rękopisach. Listę autorów tworzyliśmy wspólnie z profesorem Marcinem Wodzińskim, konsultując ją w gronach specjalistów.
Czyli autorzy wywodzą się z różnych środowisk?
Tak, to osoby pochodzące z różnych warstw społecznych, o różnym typie i stopniu wykształcenia, religijności i osadzenia w tradycyjnej kulturze żydowskiej, mieszkańcy wielkich miast i małych miasteczek, ludzie znani i tacy, którzy nie wyróżniali się czymś szczególnym, ale ich wspomnienia dostarczają wielu ważnych informacji z zakresu obyczajowości i historii życia codziennego, a niekiedy mówią o wielkich wydarzeniach historycznych (np. zupełnie nieznane polskim historykom wspomnienia Jaakowa Lewina z powstania listopadowego). Z osób, które już za życia cieszyły się sławą i których wspomnienia wydajemy, można wymienić np. kanonicznych pisarzy jidysz: Icchoka Lejbusza Pereca i Szaloma Abramowicza (czyli Mendele Mojcher Sforima), opublikujemy też w tym roku dziennik pochodzącej z Krakowa najsłynniejszej reformatorki systemu kształcenia ortodoksyjnych Żydówek - Sary Szenirer czy zapiski Szymona An-skiego - znanego żydowskiego etnografa, autora słynnego Dybuka.
Jaki cel przyświeca tej inicjatywie?
Celem projektu jest wprowadzenie żydowskiej literatury wspomnieniowej do polskiego obiegu naukowego i literackiego. Dzieje Żydów polskich są częścią historii Polski. Przetłumaczony kanon żydowskiej literatury wspomnieniowej będzie stanowić ważne źródło do badań polskich historyków, kulturoznawców, filologów, etnografów i socjologów. Przede wszystkim jednak to są po prostu bardzo ciekawe teksty, które poprzez przypisy i wstęp dostosowujemy do szerokiego grona czytelników.
Kto wchodzi w skład zespołu redakcyjnego?
Zespół pracujący nad edycją serii "Żydzi. Polska. Autobiografia" liczy ponad 30 osób. Są w nim tłumacze, redaktorzy i badacze (historycy, literaturoznawcy, socjologowie, religioznawcy, językoznawcy). Trzeba podkreślić, że to pierwszy projekt, który na taką skalę integruje tłumaczy i badaczy ze wszystkich ośrodków studiów żydowskich w Polsce. Kierownikiem projektu jest profesor Marcin Wodziński, ja jestem koordynatorką całości i redaktorką serii. Grupę tłumaczy z języka hebrajskiego prowadzą dr hab. Agnieszka Jagodzińska i mgr Leszek Kwiatkowski. Projekt jest realizowany pod kierunkiem Katedry Judaistyki Uniwersytetu Wrocławskiego, finansowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Naszym partnerem jest Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, a wydawcą Wydawnictwo Naukowe PWN.
Jaki jest zamysł kolejności publikowanych tomów?
Dotychczas ukazały się cztery tomy. Musimy opublikować 27 tomów w ciągu pięciu lat. O kolejności wydawania decydują względy praktyczne, te tomy, które mamy przetłumaczone i opracowane, natychmiast wydajemy. Nie zachowujemy chronologii. Do tej pory ukazały się: Obrazki z moich lat chłopięcych Ludwiga Kalischa, dwa tomy wspomnień Jecheskiela Kotika oraz Najstarsze pamiętniki Żydów krakowskich, obejmujące dwa teksty: Zwój pana Meira Meira ben Jechiela Kadosza z Brodu oraz Zwój nienawiści, którego autorem jest Jom Tow Lipmann Heller. Lada moment ukaże się tom Boso przez ciernie i kwiaty. Memuary tzw. matki teatru żydowskiego Estery Racheli Kamińskiej, następnie Awiezer, spowiedź maskila Mordechaja Arona Gincburga oraz Żydowska kontrkultura młodzieżowa, bunt i polityka w Bielsku Podlaskim okresu międzywojennego. Autobiografia nadesłana na konkurs JIWO i list Beniamina R. do Maksa Weinreicha.
ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Ten bezczelnySłowacki!
Z Markiem Troszyńskim rozmawia Artur Grabowski
Powiedziałeś kiedyś, że zajmujesz się Słowackim, bo to "niedoceniony, mało i źle rozumiany element układanki czterech wieszczów". Jak wygląda ta układanka i gdzie jest miejsce w niej dla Słowackiego? Mam na myśli pewną strukturę duchową polskiej kultury, nie towarzyski układ.
O rety! Naprawdę tak powiedziałem? Dzisiaj trudno mi zgadnąć, co mogłem mieć wtedy na myśli. O ile mnie nie wkręcasz...
Tak napisałeś. Ale wkręcam cię. W coś, w co my wszyscy jesteśmy wkręceni. Dlatego o to pytam.
Konstrukt trójki, potem czwórki wieszczów powstał późno, gdy sławę Nie-Boskiej uzupełnił ogrom korespondencji jej autora, a potem odkryto twórczość Norwida. Wcześniej, kiedy wszyscy dziś zaliczani do grupy czterech wieszczów jeszcze żyli, realnym układem funkcjonującym we wzajemnych odniesieniach była relacja Mickiewicz-Słowacki. Ten dwubiegunowy układ zdefiniował już Krasiński, który publikował anonimowo lub pod pseudonimem, ale - podobnie jak Norwid czy później Wyspiański - mógł się określać właśnie wobec tych dwóch, w zaklętym kręgu zakreślonej przez nich problematyki. A więc "układanka czterech wieszczów" jest dla mnie w dużej mierze ograniczona do tandemu Słowacki-Mickiewicz. Czy tandem w polskiej kulturze (sztuce, polityce...) może się udać? Czy jest miejsce dla takiego układu "pod wysokim napięciem", czy raczej uporczywe dążenie do hierarchizacji musi niezawodnie wysunąć kogoś na pierwsze miejsce?
Za życia Mickiewicza powszechnie uważano, że górował nad wszystkimi. Kiedy więc jakiś młodzieniaszek stawiał się z nim na równi, to musiało drażnić.
Ale przecież sam Słowacki pisał o swoim adwersarzu "wielki pierwszy". Przewrotnie podkreśliłbym aspekt czasowy tej formuły. Bo rzeczywiście, pierwszym chronologicznie był i zawsze zostanie Mickiewicz. Słowacki, młodszy o lat zaledwie jedenaście, był reprezentantem już kolejnej generacji kulturowej, przyszedł na świat literacki urządzony na nowo i zaprogramowany. Dla młodego Juliusza znany mu już wówczas z domowych wizyt Mickiewicz był idolem. Jako dziecko płakał, dotknięty drwinami z Dziadów, których dopuszczał się wielki Śniadecki, nakręcany przez ojczyma Słowackiego, Augusta Bécu. Gdy Mickiewicz wyjeżdża na zesłanie, Słowacki jest już piętnastoletnim młodzieńcem i zaczyna żyć w kręgu jego legendy. Dociera do jego muzy, Maryli, daje swoje wiersze, które się jej podobają. Spotykają się, by rozmawiać o Nieobecnym. Wspólne czytanie poezji i wspominanie było jak sakrament, jak próba czerpania z aury, którą Wielki Pierwszy wokół siebie roztaczał i którą po sobie zostawił. Dla Słowackiego stał się idolem na całe życie, ale nie wzorem do naśladowania, jak dla wielu współczesnych, lecz impulsem do szukania własnego głosu.
Mówisz, że zawsze było ich dwóch, ale zdaje się, że to Słowacki ustawił sobie partnera.
Ten bezczelny młodziak, w poczuciu własnej wartości, którą intuicyjnie rozpoznawał czy wyczuwał, uroił sobie w duszy ideał tandemu. Jak to później określił - dwóch różnych, na przeciwnych krańcach - "Bogów". Z tego samego źródła bierze się zastanawiająca skłonność Słowackiego do tworzenia bohaterów o podwójnej strukturze. Po raz pierwszy projektując swoją przyszłą wielkość, przedstawia ją pod symbolem zdublowanego kolosa Memnona. Dwa giganty stojące obok siebie na grobie ojczyzny, wydające (co prawda tylko jeden z nich miał tę właściwość i to do czasu...) dźwięk przy wschodzie słońca - to wspaniała figura dwóch wieszczów, patronów niepodległości. Gdy pisał o tym, miał niespełna dwadzieścia trzy lata i absolutnie żadnych zasług, by mierzyć się miarą Memnona. Przeciwnie, pisze to, bo zmaga się z problemem osobistym - z dolegliwym wspomnieniem wyjazdu z Warszawy w przededniu bitwy grochowskiej. Obsadzenie się w roli jednego z dwóch gigantów mogłoby zostać poczytane za bezczelność, ale przecież było, i to w tekście niewydrukowanym za życia poety, świadectwem wielkiej wiary w siebie, w swoją gwiazdę. Dzisiaj widzimy, że miał rację, że intuicja go nie zawiodła.
Mam taką wizję pewnych modeli rozwojowych pisarstwa naszych szamanów... Mickiewicz kręci się wokół jakiegoś centrum, które spełnia się, domyka. Krasiński z centrum strzela wokół siebie. Norwid odsłania sobie własną tajemnicę w kolejnych metamorfozach. Czy, gdyby przeczytać ten rozwój wstecz, dostrzegasz w Słowackim jakieś antycypacje, jakąś nieuchronność?
Zdecydowanie tak. Przede wszystkim miał on w sobie niemal od zawsze poczucie godności, znaczenia, wierzył, że będzie miał trwałe miejsce w narodowym panteonie. Myślę, że już w dzieciństwie "ukąszony" przez geniusza literatury, wszedł na drogę, z której nie miał powrotu. Literatura najpierw była tylko medium dla talentu, radością pisania - tworzenia czy usidlania piękna w słowie. I chociaż z perspektywy końca niedługiego życia niechętnie mówił o niektórych wczesnych utworach - czy też, jak je nazywał w listach do matki, dzieciach - widział jednak ich rolę, ich konieczność, logiczne następstwo. Gdzieś nawet napisał: "Jedyna logika, którą w tym wszystkim spostrzegam, jest ta, żem zaczął gonić za motylami, a potem stałem się pogonią prawdy zatrudniony".
Ale wiara w siebie to za mało na przeczucie kształtu swojego losu. Chodzi mi o to, czy już na początku widać jakieś znaki tego, co się ostatecznie spełniło jako dojrzała formuła artysty.
Wiara w siebie go chyba nigdy nie opuściła, a przeczucia rosły razem z nim, z każdą kolejną zmianą losu. Żyło się krócej, więc intensywniej, dojrzewało się szybciej. Dla mnie zaskakujący jest wymyślony za młodu symbol Memnona - przecież to nie był żaden poeta czy artysta, lecz w pierwszej wersji - faraon, w drugiej - król Etiopów i rycerz wojny trojańskiej. Więc mimo powołania artysty poety od początku jest wyjście poza, nie ma zamykania się w opłotkach literatury, jest wyraźny aspekt społeczny, wręcz polityczny. Talent Słowackiego należał do tych rozwijających się, ale widać, że jego zamiarem nie było doskonalenie warsztatu. Zwróciłbym może przewrotnie uwagę na jego prozę. Już pisane w Dreźnie dzienniki, ich najbardziej literacka część, na tle ówczesnej prozy przedstawiają się niezwykle nowocześnie. Jednak w owym czasie wieszcza obowiązywał idiom poetycki, prozatorska noga polskiego romantyzmu mocno kulała. Swój talent w tej konkurencji Słowacki próbował wykorzystać, ale ostatecznie jego genialne Preliminaria peregrynacji..., pastisz staropolskiej gawędy i inne próby - także pisany prozą Horsztyński - pozostały w tece. Jedynymi ogólnie znanymi przykładami prozatorskiej wybitności są wstępy, którymi chętnie poprzedzał niektóre wydania. No i listy...
Właśnie. Zarzuca się mu wszechobecną autokreację. A przecież korzystanie ze swojego życia jako materiału twórczości to bardzo nowoczesna formuła artysty.
W mówieniu o tych autokreacjach jest sporo przesady. Oczywiście był zafascynowany Mickiewiczem, wielbił Byrona, i naturalną koleją rzeczy próbował ukształtować swoje "ja" na obraz i podobieństwo idola. Ale kreując się na dandy, pisze szczerze, że nie chce wyglądać jak typowy poeta, jak abnegat, a już nie daj Boże, jak Mickiewicz, którego do domu gry nie wpuszczono. Jednak to wysokie wzorce mu przyświecały, ten "śpiewający" Memnon, ta pierś na miarę Fidiasza, a nie krawca.
Myślisz, że miał skłonność do, jak byśmy dziś powiedzieli, ekscesów? Czy to był typ ryzykanta?
Słowacki lubił ryzyko, ale kontrolowane. Wskazuje na to choćby jego gra na giełdzie. Oprócz roku 1846 (kryzys gospodarczy we Francji) zawsze odnosił zyski. Jak to robił? Przede wszystkim - niezależnie od własnego rozeznania i intuicji, że trzeba inwestować w to, w czym widział przyszłość (koleje żelazne) miał kolegę finansistę, który mu skutecznie doradzał. Jeśli zaś chodzi o podróżowanie, wyjazdy były zawsze jakoś przygotowane, powiązane z utylitarną potrzebą. Tak było z misją kurierską do Paryża i Londynu, a potem - już z własną poznańsko-wrocławską. Wyjazd szwajcarski związany był z misją medalową, która mu się nadarzyła, kiedy chciał uciekać z Paryża. Gdy dokuczyła mu mała stabilizacja w Genewie, akurat w rodzinie wykluł się pomysł włoskiej eskapady, więc do niej dołączył. Wyjazd do Frankfurtu był manifestacją determinacji wobec Bobrowej, pokazaniem, jak bardzo mu na niej zależało. Prawdziwą podróżą życia była natomiast wyprawa na Bliski Wschód, zwiedzanie Grecji, Egiptu, Palestyny - w niepewne czasy, na koszt zaciągniętego długu... Tu znowu uległ namowom kolegi i skorzystał z jego wsparcia. Można powiedzieć, że raczej chętnie wykorzystywał nadarzające się okazje, żeby zobaczyć świat, niż je prowokował. Ale wśród tych wszystkich wyjazdów i podróży stale przewija się myśl o spokojnej przystani, o azylu. Na początku myślał o południowej Francji, Marsylii, o Włoszech. Pod koniec życia marzył o domku przy rodzinie, w wiejskim gospodarstwie gdzieś w okolicach Lwowa, na Wołyniu. Na pewno nie był kunktatorem, a zarazem chociaż nie borykał się z problemami finansowymi tak, jak większość emigracji, to jednak ciągle musiał rachować. Tych rachunków w jego notatkach jest całkiem sporo.
Trzeźwy racjonalista? A przecież powiadają, że narkoman...
Może nadarza się okazja, żeby wyplenić plotki o rzekomych doświadczeniach narkotycznych poety. Goźliński w swojej fantazmatycznej powieści Jul opartej na życiu Wielkiej Emigracji przedstawia mieszkanie Słowackiego niemal jako hurtownię dealera. Infantylna fascynacja "sztucznymi rajami" nie ma wiele wspólnego z prawdą, bo cierpiąc na suchoty gardlane, nie miał Słowacki trudności związanych z oddychaniem, które w tamtym czasie leczono właśnie opium. Zażywane od wczesnej młodości narkotyki - na co miał niby wskazywać Lambro - raczej powinny doprowadzić do regresu i degrengolady. Nie znamy w życiu Słowackiego, znaczonym choćby listami pisanymi w kilkutygodniowych odstępach, załamania stale jednak wznoszącej się ścieżki twórczości. Przeciwnie, obserwujemy samodyscyplinę, konsekwentną autodydaktykę i poważne traktowanie życiowego zadania.
Planował siebie?
Oczywiście. Ale nie w sensie, jaki dziś nadają temu spece od kariery w korporacjach. Planował siebie, bo chciał utrzymać wysoki poziom etyczny. Cieszył się życiem, urodą poznawanego świata, wiedział, że jego przeznaczenie wykracza poza standardową skalę zwykłego śmiertelnika. Starał się postępować logicznie i racjonalnie. Rozpoznał swój talent, ale też trzeźwo interesował się sytuacją emigracji, postępem nauki, polityką. I działał tak, jak w danych okolicznościach uznawał za stosowne, zabierał głos jako poeta, potem również jako członek różnych towarzystw i komitetów.
Bardzo silnie wyczuwa się u niego umysł krytyczny, analizowanie doświadczenia wewnętrznego, a zarazem autoironiczny dystans do siebie.
Obecna w jego utworach niemal od początku ironia świadczyła o doskonałym rozpoznaniu własnego talentu oraz temperamentu. Była skierowana do czytelnika wyrobionego, dlatego w wielu miejscach pozostawała niezauważona. Odkrywana, powodowała konieczność weryfikacji wcześniejszych odczytań. Romantyczna ironia miała funkcje przekraczające prosty krytycyzm, była częścią twórczej strategii. Niezależnie od zadań kreacyjnych (autokreacyjnych) ironia budowała ekskluzywną wspólnotę tych, którzy potrafią poza twardą fasadą oczywistości zobaczyć w kontrze konieczne dopełnienie pozornie prostego przekazu.
I w końcu pragmatyka, krytycznego ironistę nawiedza Duch. Kim lub czym jest ten Duch?
Tym razem moja odpowiedź będzie bardzo konkretna: duch jest najczęściej występującym w twórczości Słowackiego słowem. Występuje ponad sześć tysięcy razy, a od kolejnego w rankingu wyrazu dzieli go aż około trzy tysiące użyć! To są dane ze wstępnej wersji słownika frekwencyjnego, który jest początkowym efektem mojej współpracy z Clarin-PL (Common Language Resources & Technology Infrastructure). Miała nosa profesor Marta Piwińska, tytułując swoją książkę Juliusz Słowacki od duchów. Teraz nawet możemy uzupełnić ten tytuł: Słowacki od sześciu tysięcy duchów. I nie tylko ta ogromna liczba użyć słowa "duch", ale ich dwukrotna niemal przewaga nad kolejnym w rankingu wyrazem - "człowiek" - okazuje się bardzo znacząca i niespotykana w porównaniu z analogicznymi danymi innych pisarzy. Naturalnie efekt ten zawdzięczamy w dużej mierze powtarzanej w ostatnim okresie jak mantra frazie - "wszystko przez Ducha i dla Ducha stworzone jest, a nic dla cielesnego celu nie istnieje", która od chwili jej zapisania w Genezis z Ducha pojawia się niemal jak refren w pismach z ostatnich pięciu lat życia. Czyli w części twórczości, która nieznana była jego współczesnym, bo przeduchowiony Słowacki to Słowacki z rękopisów wydawanych pośmiertnie. Duch w ostatnich latach życia staje się dla niego jedyną i najprawdziwszą realnością; jest też prapoczątkiem (no bo przecież - genezis - z Ducha), a więc jest historią - przez tropiony w przeszłości korowód królów-duchów. Ale może przede wszystkim jest przyszłością. Pojawia się w wielkim wołaniu, a może nawet wywoływaniu czy projektowaniu wielkich duchów przyszłości - jak w wierszu o słowiańskim papieżu.
Czy to znaczy, że ten duch był duchem specyficznie polskim?
Sprawa polska jest niewątpliwie powiązana ze sprawą Ducha. W pismach stricte politycznych Słowackiego czytamy o naglącej potrzebie pozbycia się, czy też przepracowania zużytej idei, którą symbolizuje "kolorowy ułan" lub "półrycerze" obrazujący jakąś wręcz organiczną, przeklętą niemoc. Wkurza go naród, który - jak ironizuje niemal już po norwidowsku - ciągle tylko na konia wsiąść usiłuje. Kiedy Mickiewicz skwitował jego pierwsze tomy jako "piękny kościół, w którym nie ma Boga", miał na myśli brak treści, brak idei. Ten zarzut ukryty w metaforze sugerującej dodatkowo bezbożność, w pozornie niewinnym zdaniu, znanym tylko z ustnej wersji i z satysfakcją powtarzanym jako plotka, dał hasło do ostracyzmu. Ale dla samego Słowackiego stało się być może jednym z impulsów, który niejako zaprogramował drogę twórczą! Tak się zaczęły jego zmagania z polskością. W 1839 roku, w Kilku słowach odpowiedzi... napisał, że czuje się "rycerzem tej nadpowietrznej walki, która się o narodowość naszą toczy", chociaż upierał się, że "myli się ten, kto sądzi, że narodowość poezyi zależy na opisywaniu narodowych wypadków: wypadki są tylko szatą, ciałem, pod którym trzeba szukać duszy narodowej lub duszy świata". Do roli duchowego przywódcy dojrzewał przez całe krótkie życie. Przecież jego wystąpienia, także przeciwko Mickiewiczowi, nie miały na celu dokopać przeciwnikowi. Wiedząc o przewodniej roli Mickiewicza, o sile przebicia i posłuchu wśród emigracji, reagował wtedy, gdy go coś naprawdę do tego zmuszało, gdy coś uważał za istotne. Była to na przykład kwestia relatywizmu. Kiedy Mickiewicz przemycał w koncepcji wallenrodyzmu makiaweliczną strategię podstępu, a mówiąc otwarcie po prostu zdrady, wtedy Słowacki mówił kategoryczne "nie". Rycerz był dla niego figurą człowieczeństwa, najwyższym ideałem, i bronił go przeciwko wszelkim "półrycerzom" i kolorowym ułanom. Krytyczne słowa o Panu Tadeuszu, którego wielbił i zrozumiał jak nikt chyba z jemu współczesnych, znajduje też tylko dla groteskowego "bicia się na kije" - etosu rycerskiego topionego w wiejskim korycie, co nazwał genialnie "wieprzowatością". Nie różnili się generalnie obaj samą ideą, jej istotą, ale strategią rozpowszechniania idei: Mickiewiczowej wyrozumiałości dla obolałych i sfrustrowanych rodaków Słowacki przeciwstawił ironię i sarkazm. Zdarzało się, że definiował polskość jako "gburostwo, pijaństwo, obżarstwo, / Siedem śmiertelnych grzechów, gust do wrzasku, / Do ukwaszonych ogórków, do herbów". A przecież bezkompromisowa wizja "polactwa" nie przeszkadzała mu kreować wizji papieża słowiańskiego (de facto przecież: polskiego) czy kryptonimować słowem "Polska" i "polskość" najwyższego wspólnotowego ideału ludzkości. Ale co znamienne, jednocześnie zastrzegał w jednym z listów do matki: "do takiej Polski, w której by Boga i prawdy nie było, należeć nie pragnę". Więc na pewno nie była to etniczna wspólnota krwi czy, mówiąc po dzisiejszemu, jednorodna grupa haploidalna... Ale chyba za daleko odbiegam od tematu?
Nie odbiegasz, tylko docierasz do sedna. Zacząłem rozmowę przecież od tego, że sprawa Słowackiego dotyczy nas tu i teraz. Ale te duchowe projekty mają wymiar uniwersalny. Dlatego chciałbym zapytać: jak Król-Duch ma się do innych filozoficznych koncepcji "ducha", nie tylko dziewiętnastowiecznych?
Nie mam zielonego pojęcia. Staram się zajmować faktami, a nawet ich materialnym śladem - rękopisem, śladem pióra na papierze, skupiać się na jego rzeczowej analizie, a ty mnie przypierasz do ściany o ducha, idee, filozofie...
Zaraz cię uwolnię, wiem, że tęsknisz za konkretem. Ale jednak sam Słowacki rozwija się od zmysłowego doświadczania egzystencji do duchowego doświadczenia... Czego właściwie?
Jeśli już miałbym jakoś się odnieść do filozofii, to może warto wspomnieć o nietzscheańskiej koncepcji nadczłowieka, w kontekście której odczytywany jest Popiel i jego następcy z Króla-Ducha. Oskarża się nawet Słowackiego o rzekomą pochwałę, a przynajmniej usprawiedliwienie amoralizmu jednostek wybitnych, błędnie mieszając plan opisowy poematu z aksjologicznym. Słowacki czytał filozofów, krytycznie odnosi się do Kanta i Hegla, lecz zamiar napisania dzieła filozoficznego szybko porzucił. Można się u niego doszukiwać raczej wpływu idei wczesnofilozoficznych, inspiracji platońskich, Pitagorasa, później ojców Kościoła (Orygenes). W młodości obserwujemy oznaki fascynacji antyklerykalną retoryką Woltera, ale mowy o głębszym przejęciu się filozofią oświeceniową być nie mogło. O wiele większe zainteresowanie wykazywał Słowacki dla osiągnięć nauki - to była jego prawdziwa obsesja. Przypowieści i epigramaty, które pisał w ostatnich miesiącach życia, w połowie odnoszą się właśnie do nauki. Uważnie śledził w czasopismach rubryki "scjentyficzne". Uważał, że nauka - chociaż sama o tym nie wie - jest na tropie wielkiego odkrycia niewidzialnych sił rządzących światem, a więc udowodnienia prymatu świata ducha nad światem materii. I w tym sensie pisał o matematyce wiary: "matematyka wiary - nie zaś mistycyzm". Więcej u niego Joule'a i Faradaya, Herschla, Franklina i innych, niż odwołań do idei filozoficznych.
Czy Słowacki chciał, i czy mógłby, wykroczyć poza rolę twórcy dzieł sztuki, stać się kimś w rodzaju przewodnika duchowego?
Na pewno walczył o "rząd dusz", ale jego walka miała charakter duchowy, to były działania na wskroś pietystyczne. Miał całkowitą wiarę w to, że te akty polityczne, bazgrane a vista w notesie na paryskim poddaszu mają sens i są nawet bardziej czynem niż miotanie się po Europie, tworzenie legionów. Bo prawdziwa walka odbywa się i rozstrzyga tam, w górze. Jak mówił jedyny raz w roli trybuna na posiedzeniu komitetu powstańczego w Poznaniu: nie armat, pułków i oficerów brak rewolucjonistom! Nie ma wątpliwości, że świadomie podejmował wyzwanie wodzostwa i traktował je śmiertelnie poważnie. I - zważywszy na niszczący go, ale może i jednocześnie dopingujący czarny PR na emigracji - jestem pełen podziwu dla jego dzielności. Słowacki nie tylko nie poddał się i nie załamał, ale na uboczu, skromnie i w ślepym zaufaniu co do sensu swojej misji pracował dla przyszłej niepodległej. I miał rację! Te zapisywane przez niego wtedy kartki, które w większości ocalały, dzisiaj traktowane są jak relikwie.
Relikwie? Czy tym razem ty nie przesadzasz?
Spróbuj zamówić oryginały rękopisów choćby w Ossolineum, to się przekonasz. Nie przesadzam, tylko przekraczam. Bo podążam za przewodnikiem... Abstrahując od mistycznego wodzostwa narodu, przypomnieć można nieznany szerzej fakt, że pod koniec życia wokół Słowackiego zgromadził się ekskluzywny krąg wyznawców. Stanowiła go młodzież przybyła z kraju, siłą rzeczy odcięta od emigracyjnych oszczerstw i krzywdzących opinii. Do tego kręgu aspirował Cyprian Norwid, a jednym z uczniów był jego brat, Ludwik. Ostatnie pisma Słowackiego - samozwańczego Mistrza, Tłómacza Słowa - były wykładami pisma na wzór platońskich dialogów, listów pasterskich dla gromadki uczniów-wyznawców. Po latach wspominali oni jego niezwykłość i charyzmę. Miał też Słowacki dar przepowiadania, z którego zdawał sobie sprawę, i, podobnie jak Norwid, widział, że jego przekaz, niedoceniany przez współczesnych, dotrze do "późnego wnuka".
I dotarł, chyba takim, jakim chciał.
Myślę, że sprawy ducha, wodzostwo narodu to są piękne, wielkie tematy, ale właśnie w ten sposób zarzynany jest "szkolny" Słowacki. Taki narodowowyzwoleńczy i niepodległościowy, ten od Piłsudskiego, a potem od duchów i od papieża słowiańskiego, to jednostronny przekaz, Słowacki od cierpień narodowych. A, i jeszcze - kochający mamę... Ale mało kto nie kocha mamy! A Słowacki akurat swojej zawdzięczał wiele, jej inteligencji i towarzyskiej aktywności. Nie trzeba jednak żadnych wygibasów interpretacyjnych, żeby zobaczyć w lekturze listów syna do niej, jak potrafił wybić się na samodzielność. Widać też jak na dłoni, że trzymał matkę na odpowiedni dystans, starając się nie ranić jej matczynych uczuć.
Zostawiamy ducha i wracamy na domowe progi. Wiem, że Słowacki intymny najbardziej cię pociąga.
Naprawdę nie jestem skłonny do pochopnych syntez i uogólnień, do oderwanych od realiów gdybań. Najbardziej interesuje mnie ślęczenie nad rękopisami, czasem bardzo zagmatwanymi, wyglądającymi niekiedy niemal jak asemantyczny deseń, a emanującymi niesamowitą energią. Na kartach rękopisów pozostał nie tylko ślad pióra, ale także czas i nastrój chwili, kształt dłoni i siła ramienia, cały ten pas transmisyjny dla rodzącej się w głowie myśli. Materialny kontakt z przedmiotem, jakim jest rękopis poety, ma dla mnie takie znaczenie, jak medium w telepatii. Wymyśliłem sobie rolę strażnika ortodoksji dzieła Słowackiego, chcę przywrócić, ocalić sens zanikających, źle czasem odczytywanych czy przekręcanych zapisów.
Czy dlatego zająłeś się badaniem różnych, pozornie marginalnych notatek poety?
Wydaje mi się, że aby dotrzeć do prawdy o człowieku, trzeba spróbować zobaczyć go w powszednim życiu, w pozornie drobnych i nieważnych szczegółach. Kontekst codziennej egzystencji jest brakującą cząstką w zbanalizowanym portrecie Słowackiego, w którym pewniki przeplatane są niesprawdzonymi domysłami, powtarzanymi kłamstwami i hipotezami uchodzącymi za fakty. Pomijając inne przyczyny, chyba też dlatego "napisałem" Słowackiemu jego Dziennik niektórych dni mego życia, który wprowadza czytelnika w życie nieprzytłoczone zawodem literackim. Zebranie wszystkich dziennikowych zapisów Słowackiego i ułożenie ich w chronologicznym ciągu wydało mi się interesujące jako próba stworzenia przeciwwagi dla innych dzieł pisanych z pozycji autora, narratora czy nawet korespondenta, czyli autora zwróconego do konkretnego adresata. Ten dziennik jest kompozycją tekstów, które powstawały w różnych miejscach i nie były pomyślane jako całożyciowy ciąg opowieści o sobie. To doraźne, czynione w różnych okazjach i w różnym celu notatki. Pisane w różnej stylistyce, na początku bardzo świadomie i z dużym wyczuciem formy, z przeznaczeniem do druku, potem adresowane do matki, w końcu pisane dla samego siebie. Stopniowo pozbawione kontekstu codzienności, unieważnianego przez medytacje filozoficzne, refleksje natury ogólnej. Ustawienie ich chronologicznie i przeczytanie we wzajemnym kontekście w tej zmienności formy, w ucieczce od kreacji, jeszcze na poły fikcjonalnej, do zapisu prywatnego, osobistego pozwala zobaczyć inną twarz Słowackiego.
Porozmawiajmy więc o osobowości poety. Jego konstrukcja psychiczna zawsze stanowiła przedmiot wyjątkowego zainteresowania; spośród wszystkich naszych romantyków on najchętniej bywał poddawany różnym psychoanalizom. Zapytam zatem prowokacyjnie: twierdzisz, że Słowacki to patron indywidualistów i kontestatorów. A może po prostu mizantrop? Rozkapryszony i przerafinowany, emocjonalnie niedojrzały do współżycia z innymi, zarozumiały (nawet jeśli słusznie oceniał swój talent), egotyczny i wynoszący się ponad innych?
Lecisz stereotypami, których jedynym źródłem są opinie kręgów nieprzychylnych Słowackiemu, ukute przez współczesnych mu, może nielicznych, ale bardzo obecnych w "mediach społecznościowych" i rozsiewających takie fałszywe opinie. Tkających czarny PR. Naprawdę nie trzeba głębokich studiów, aby stwierdzić, że było przeciwnie, Słowacki był i lubiany, i atrakcyjny towarzysko. Ten negatywny obraz został - jak widać z tego, co mówisz, ale przecież prowokacyjnie powtarzasz sąd obiegowy - narzucony przez krąg beztalenci otaczający Mickiewicza. Przez tych Witwickich, Zaleskich, Ropelewskich et consortes. I rzutowanie ich małostkowej, bo opartej na złej krwi i zupełnej ignorancji w dziedzinie krytyki literackiej, opinii jako oceny rzekomo wszystkich mu współczesnych, jest zwykłą nieprawdą.
Żeby nie powiedzieć: intencjonalną agresją.
Nie chcę powiedzieć wprost, że ta niechęć była indukowana przez postawę Mickiewicza. Choć jego kamaryli wydawało się zapewne, że pognębienie literackiego konkurenta będzie wypełnieniem niewypowiedzianego nakazu. Tymczasem większość bezstronnych opinii, szczególnie spoza branży literackiej, czyli bezpośredniej konkurencji, podkreśla przede wszystkim jego urok i niezwykłą charyzmę Słowackiego. Gdy, obsmarowany po wydaniu pierwszych dwóch tomików, wyjeżdża z Paryża do Szwajcarii, wspaniale funkcjonuje w pensjonacie, jest uwielbiany przez jego właścicielki, ma przyjazne relacje ze zmieniającymi się jak w kalejdoskopie kolejnymi pensjonariuszami. Z libańskiego klasztoru Betcheszban, gdzie spędza ponad miesiąc, wyprawiony jest jak najbliższa rodzina; dostaje na drogę prowiant i tak wielki bukłak z winem, że muszą go za nim nieść dwaj mnisi. A co po powrocie do Paryża? Spotyka go zmasowany atak za słowa prawdy w Beniowskim, a przede wszystkim za tę - jakże bezczelną - wizję dwóch (skandal!) równorzędnych "na słońcach swych przeciwnych" - Bogów! Wiemy, że Słowacki wspierał finansowo ubogich, także tych, od których zaznał niesprawiedliwości, jak Goszczyński, mieszkający zresztą u niego przez pół roku. Niedźwiedzki, nastawiony do Słowackiego wrogo na podstawie krążącej famy, po poznaniu go staje się już nawet nie przyjacielem, ale powiernikiem. Wreszcie: relacja młodego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego - obecnie oficjalnego świętego - a może jeszcze bardziej fakt jego oddanego, przyjacielskiego trwania przy odchodzącym poecie są dla mnie bardziej wiarygodne niż wszystkie potwarze. To za Felińskim chyba Pigoń uważał, że Słowacki umierał w aureoli świętości.
Czy konsekwentna ewolucja stanowi o pisarskiej wyjątkowości tego poety? Czy Słowacki stworzył jakiś własny model bycia pisarzem, czy kontynuował jakąś linię tradycji?
Bycie pisarzem jest chyba z natury związane z kultywowaniem własnej indywidualności. Pisanie jest pracą samotnika, i tutaj każdy pisarz stanowi dla siebie model nieporównywalny z nikim innym. Bardzo bliskie są mi postacie z tej epoki: Byron, Balzac, Stendhal... Wydaje mi się, że z uwagi na specyfikę procesu pisania, jego etapów - publikowanie, odbiór czytelniczy, recenzje - wymaga ono dość specyficznych cech. Podobnych trochę do kompetencji ogrodnika, który sadzi drzewo czy sieje roślinę, i gdy już wykona swoją pracę, musi się wykazać cierpliwością, może tylko obserwować rozwój, a nie jest w stanie wpłynąć na zainicjowany proces. Nie dysponuję szczegółową wiedzą o innych pisarzach i ich technikach pisania, ale dla Słowackiego pisanie było czynnością po części mechaniczną - stawał się sekretarzem ułożonego już w głowie dzieła. W pięć dni napisał Mazepę. Niektóre rzeczy zajmowały mu więcej czasu, potem była jeszcze - szczególnie pod koniec życia - mozolna praca poprawiania i przepisywania na nowo, ale w sumie napisanie wszystkich tekstów nie wypełniło mu życia bez reszty. Żeby pisać, nie trzeba koniecznie czytać (chociaż on sporo czytał), ale przede wszystkim trzeba żyć! Słowacki żył - spotykał się ze znajomymi, chodził po mieście. Tańczył, podrywał dziewczyny, prowokował. Był na pewno nietuzinkowym wędrowcem przez romantyczną Europę i to, co zostawił - zarówno na piśmie, w rysunku czy jako ślad we wspomnieniach żyjących - może być ciągle poznawane i odkrywane na nowo.
Bardzo uważnie studiujesz rękopisy Słowackiego. Czy masz wrażenie, że obcujesz ze śladem procesu twórczego? Czy czujesz czasem, że obcujesz z osobą, nie tylko z tekstem?
Mnie nie obchodzi ślad procesu, tylko widoczny znak obecności fascynującego człowieka. Nie wydaje mi się, że potrafiłbym z siebie wykrzesać zainteresowanie dla tekstu albo procesu, nawet twórczego. Co prawda należę do generacji, dla której naturalne i oczywiste było strukturalistyczne ujęcie literatury, i bardzo sobie cenię narzędzia wykształcone przez strukturalizm. Ale mimo to nigdy nie potrafiłem tak zupełnie oderwać tekstu ani jego autora czy narratora od realnej, fizycznej, historycznej osoby. Te abstrakcyjne poziomy autora i narratora były dla mnie zawsze poniekąd jak widma, które łatwo rozpływały się w niebyt przy prostym pytaniu o metrykę. Moje wrodzone personalistyczne nastawienie powoduje, że interesował mnie przede wszystkim człowiek, którego poznawałem przez tekst, napisany i autoryzowany przez niego. I może dlatego bardzo szybko od filologii opartej na wydaniach przeszedłem do studiów rękopiśmiennych. Decydujący był moment, w którym się zorientowałem, że kolejne wydania tego samego utworu publikowały teksty czasem zasadniczo się różniące.
Twoje edytorskie dzieła traktuję jak artefakty. Pokazujesz różne wersje możliwych układów, zestawiasz wyglądy kartek, z zapisków komponujesz ezoteryczne ideogramy wydarzeń. Czy może ponosi mnie poetycka wyobraźnia?
Trochę. Ja stawiam sobie zadania skromniejsze... Po prostu w przypadku pism Słowackiego tradycyjne metody edytorstwa nie zdawały egzaminu. Nie chodzi już o to, że wraz z upadkiem kultury pisma odręcznego coraz trudniej zdekodować brulionowy zapis. Przecież w dotychczasowych, kanonicznych wydaniach wiele słów jest błędnie odczytanych. Zamiast "druku" mamy "ducha", zamiast "gobelin" - "gibelin", zamiast "życie" - "żyto". Lektura rękopisu niemal każdego utworu obfituje w rewelacje zmieniające diametralnie sens wielu wypowiedzi. Pisanie późnego Słowackiego, zupełnie lekceważące standardy formalne poetyki, było testem wydajności metodologii edytorskich, ale też sytuowało się poza wydolnością technik druku. Bez oglądania się na krytykę, edytora czy zecera Słowacki pisał rozgałęziony hipertekst, w bardzo tylko umowny sposób mogący zaistnieć w wersjach drukowanych. Metodologia oparta na teorii hipertekstu, wraz z nowoczesnym edytorstwem elektronicznym umożliwiają dzisiaj niemal bezszkodowe odtworzenie tych tekstów ze wszystkimi pomiędzy nimi relacjami - hiperłączami. Interaktywna publikacja - szczególnie gdy się ma do dyspozycji infrastrukturę badawczą Clarin-PL - jest użytecznym uzupełnieniem koniecznego i ciągle potrzebnego wydania w formie serii książkowej. Na szczęście rysuje się szansa takiej publikacji dzięki inicjatywie wydawnictwa PIW.
Podkreślasz jednak, że używasz hipertekstów, żeby spotkać się z człowiekiem. Rodzi się więc pytanie, czy na ciebie samego to obcowanie ze Słowackim poprzez "ślady", które zostawił, jakoś wpłynęło?
Nie umiem tego zdefiniować, ale że wpłynęło, to fakt - wyznaczyło moją ścieżkę zawodową... Było też dla mnie mapą wakacyjnych wędrówek śladami. Nie mogę sobie wyobrazić siebie bez mojej pracy, żeby móc odpowiedzieć na pytanie: kim bym był, na jakim etapie mojego życia... Ale prawdą jest, że dążenie do uchwycenia tekstu prawdziwszego niż w wydaniach doprowadziło mnie do rękopisów, najpierw do jednego z raptularzy Słowackiego. A to spowodowało, że znalazłem się w kręgu profesor Zofii Stefanowskiej, promotorki mojego edytorskiego doktoratu. A może wcześniej, bo dla mnie prawdziwe spotkanie ze Słowackim zaczęło się dopiero po studiach, od profesora Stanisława Makowskiego, który zadał mi lekturę późnego Słowackiego. Bo tytuł magistra uzyskałem rozprawą o Krasińskim...
Niezwykłe, bo potrójne wydanie Samuela Zborowskiego zatytułowałeś Alchemia rękopisu. To sugeruje proces przemiany.
Istnieje coś takiego jak magia rękopisu. Trudno się jej nie poddać. Podczas pracy są momenty, gdy dostaję na biurko autentyk, brulion, który woził Słowacki ze sobą przez Szwajcarię i Bliski Wschód do Paryża, mam przedmiot pochodzący z jego najbliższego otoczenia, który oprócz kresek zapisu zawiera mnóstwo śladów jego żywej obecności. Więc ten rękopis nie jest dla mnie tylko kolejnym egzemplarzem w rzędzie innych dzieł, jak Kordian, Lilla Weneda, Ksiądz Marek, ale wpisuje się w szereg przedmiotów, takich jak rękawiczki, butelka, cygaro. Jako rzecz pośród innych rzeczy, nieabstrakcyjny tekst budujący z gruntu nieco zafałszowany obraz człowiekopisarza. Wtopienie się w krąg tych realiów, spojrzenie na literaturę od strony jej kontekstu rzeczowego, zanurzenie w powszedniość pozwala mi na ujawnienie ich związków z treścią zapisu, skutkuje częstokroć rewizją interpretacji czy sądów klaustrofobicznie zamkniętych w siatce odniesień intertekstowych.
W ten sposób "nasz" poeta staje się dla ciebie...
Jeśli mam już mówić o "moim" Słowackim, to... wydaje mi się, że spotkanie w ważnym momencie życia mocnej osobowości może się tak skończyć, jak stało się to w moim przypadku. I wcale tego nie żałuję. Słowacki nie zagarnia dla siebie; on ma naprawdę tę wielką siłę odśrodkową, o której genialnie mówił Krasiński. Ktoś taki pokazuje swój świat, ale uczy i pozwala znajdować swój własny. Słowacki wciągnął mnie w Wielką Przygodę, dzięki której także zobaczyłem wiele miejsc na świecie i poznałem wielu ludzi, niekoniecznie samych słowackologów. Przekonałem się, że Słowacki uczy wolności. Wolności niełatwej, bo zdaję sobie sprawę, że wiąże się ona z nieustającą odpowiedzialnością. Za siebie, ale może przede wszystkim za wspólnotę. On sam swoim życiem dawał tego doskonały przykład. Był wiarygodny. To jest coś, co ludzi pociągało, żeby za nim pójść. Jest dla mnie zaszczytem należeć do jego chóru.
NASZA OKŁADKA
Słowacki na nowo
Anna Nasiłowska
Juliusz Słowacki
Dziennik niektórych dni mego życia
Antologia zapisów diariuszowych
pomysł i oprac. Marek Troszyński
Warszawa : Państ. Instytut Wydawniczy, 2019
270 s. : il. (w tym kolor.) ; 21 cm. - zł 49
Czy Juliusz Słowacki wciąż pisze? Tak można by zapytać, odwołując się do powiedzenia filologów, którzy odnalezienie nieznanych utworów kwitują żartem: "O, znowu coś napisał zza grobu!".
Zdarza się, że kompozytorzy wciąż komponują, malarze malują, a pisarze martwą ręką podrzucają wytrwałym badaczom nieznane utwory. Czasem są to odnalezione w archiwach lub u osób prywatnych rękopisy, czasem - teksty zapomniane, odszukane w rocznikach czasopism z epoki. W wypadku twórcy dużej rangi nawet okruszek, nawet kilka wersów w sztambuchu jakiejś panny, byle zapisanych ręką poety - stanowi wydarzenie, bo oto pojawił się nieznany autograf. Szanse na to zawsze istnieją, choć raczej kanon dzieł Słowackiego wydaje się zamknięty.
Problemy z edycjami dzieł Słowackiego są innej natury. Zasady edytorskie mówią, że za obowiązującą przyjmuje się wersję tekstu z ostatniej edycji za życia autora. Nie zawsze tak można, bywa, że trzeba uwzględnić poprawki, bo na przykład na ostatnią edycję autor nie miał wpływu, wmieszała się cenzura, albo drukarz się pomylił i doszło do przemieszania czy sklejenia jakiejś partii tekstu. Jeśli jednak utwór nie był drukowany? Juliusz Słowacki w późnym okresie życia był bardzo chory, a pisał właściwie do końca, jeszcze na łożu śmierci kreśląc poprawki, dyktując nowe strofy i ustalając kolejność już napisanych rękopisów. Tak powstał Król-Duch, utwór, nie dość że zagadkowy i mistyczny, to jeszcze niedokończony, o niepewnej kolejności poszczególnych partii. Zadaniem edytora jest w takim wypadku zaproponowanie linearnego porządku. I jeszcze - bagatela! - odczytanie rękopisu...
Edytorstwo, w związku z możliwością zastosowania nowych technik cyfrowych, przeżywa drugą młodość. Dawniej edytor miał do dyspozycji rękopis (rzadko) lub mikrofilm czy fotokopię z mikrofilmu, teraz - może mieć skan oryginału, który da się fragmentami powiększyć lub wyostrzyć wyblakły atrament. Korzystając z takich technik Marek Troszyński opracował nową edycję Samuela Zborowskiego Juliusza Słowackiego. Książka, zatytułowana Alchemia rękopisu, wydana w 2017 roku (Wydawnictwo IBL) ma postać sporego albumu, na który składa się wstęp, faksymile autografu (w całości) oraz transkrypcja. Trudno tę księgę oglądać bez wzruszenia, mogąc wodzić palcem po zapisanych przez poetę liniach. Rzecz w teorii wydaje się prosta: skan, program, komputer i tak dalej, w rzeczywistości jest to bardziej skomplikowane. Miałam okazję rozmawiać z Markiem Troszyńskim o przygotowaniu tej książki, wiem więc, że uzyskanie zaplanowanego efektu wymagało na przykład wizyt edytora w drukarni. Juliusz Słowacki jeszcze osobiście czuwał nad drukiem, dziś autor nanosi korektę i na tym jego rola się kończy, przeważnie nawet nie wie, gdzie i jak wszystko się dalej odbywa.
Przygotowanie wydanych obecnie pism autobiograficznych Słowackiego wymagało zupełnie innego nastawienia. Przede wszystkim brak tu jednego, ciągłego rękopisu. Słowacki kilkakrotnie, w różnej formie prowadził dzienniki. W listach do matki pojawiają się informacje, że pewne partie czerpie on wprost ze swego dziennika, nawet z dziennika prowadzonego po angielsku, choć zapisy się nie zachowały. Następnie (chronologicznie) w roku 1832 prowadził tak zwany Dziennik paryski. Formę dziennika, tyle że w dużej mierze rysunkowego, mają notatki z podróży wschodniej, uzupełniają je notatki hasłowe, czasami w formie równoważników zdań. Kolejny jest Raptularz z lat 1843-1849 oraz Dziennik snów i widzeń z tego samego okresu. Mocnym argumentem na rzecz ich połączenia jako Dziennika niektórych dni mego życia jest świadomość Słowackiego, że taka forma istnieje, i wielokrotne do niej powracanie, nawet jeśli poecie zabrakło w jego intensywnym, twórczym i, niestety, krótkim życiu czasu na pełniejsze wykorzystanie możliwości, jakie daje dziennik. Może to zresztą dobrze - znane jest zjawisko pochłaniania przez dziennik innych gatunków: koncentrowanie się na relacji autobiograficznej i szczegółowych zapisach poszczególnych dni zastępuje i pożera inne rodzaje twórczości autora. Zamiast dramatu otrzymujemy wtedy szkic dramatu, zamiast powieści (jak u Lechonia) - pisanie o pisaniu powieści, zamiast kolejnych wierszy - wiwisekcję autora, który chciałby je pisać... Słowacki tworzył gorączkowo, w wielkim napięciu, w poczuciu, że może mu nie starczyć czasu, że nie starczyło go na dziennik - o to do poety pretensji mieć nie można.
Drugim argumentem na rzecz zebrania razem różnych form zapisu jest rosnąca świadomość czytelników, że dziennik twórczy może mieć charakter literacki, a niezależnie od tego dostarcza jedynego w swoim rodzaju wglądu w osobowość, życie i myślenie autora. Słowacki widziany w ten sposób najpierw jest eleganckim dandy, lubiącym skupiać na sobie uwagę dziewcząt. Nie interesują go wielkie damy, księżne czy salonowe lwice jak Delfina Potocka, którą też poznał. Jego uwagę przyciągają skromne osoby, jak Kora Pinnard, Francuzka z rodziny drukarzy, którzy wypuścili w świat jego tomy, czy nawet skromna trzynastoletnia dziewczyna z Wersalu, która podawała do stołu podczas jego wizyty u przyjaciela. Celem był nie romans, lecz zaledwie lekki flirt. Potem widzimy podróżnika po Bliskim Wschodzie, z ogromnym pietyzmem szkicującego krajobrazy. Dziś wystarczyłoby pewnie zrobić zdjęcie, szybko, bez potrzeby gruntownej analizy ujęcia, światła, kompozycji pejzażu. W ogóle podróż dziewiętnastowieczna jawi się jako "gruntowne" przedsięwzięcie, wymagające trudu, planu i sporej wiedzy. Słowacki jako autor pejzaży okazuje się turystą o wrażliwym spojrzeniu, lubiącym egzotykę. W następnej odsłonie, z ostatnich lat jego życia, Słowacki to człowiek bez reszty oddany duchowości, poszukujący wskazówek w snach, zapisujący krótko przemyślenia i obserwacje. Jego pióro osiąga aforystyczną zwięzłość, ale nie maluje już szczegółów, jak w dzienniku z 1832 roku. "Emigracja jest jak wino stare, już go ani w stare, ani w nowe beczki lać nie można - musi zostać tak, jak jest, w butelkach indywidualizmu"- zanotował w marcu 1848 roku.
Na czytelnika Dziennika niektórych dni mego życia czeka pewna pułapka, czy może zagadka, zastawiona przez edytora. Oto zapis wizyty w Wersalu 23 lipca 1832 roku, gdy Słowacki dyliżansem udał się z Paryża, by odwiedzić przyjaciela, najpierw przytoczony jest w wersji wyjętej z listu do matki. Cytat z dziennika w liście poprzedza uwaga: "Gwałt sobie zadając, nie opuszczę w dzienniku żadnego słowa - Ty pojmiesz, Mamo, jak wielką z mojej skrytości czynię ofiarę...". Następnie pojawia się wersja z Dziennika paryskiego, która z początku brzmi tak samo, więc nie dość uważny czytelnik może mieć wrażenie, że to omyłka druku polegająca na powtórzeniu stron. Szkoda, że te wersje nie zostały wydrukowane tak, by łatwo było je zestawić. Różnice nie są duże. W wersji do matki Słowacki napisał, że jego przyjaciel gniewał się, gdy podająca do stołu dziewczyna przynosiła potrawy nie w guście litewskim przyrządzone; w drugiej wersji - chodzi o danie francuskie, suflet, który opadł... To oczywiście drobiazg, stylizacji ulega również flirt, w wersji do Matki - beztroski, w wersji dla siebie - niepokojący, bo koresponduje z dość brutalnym zapisem schadzki przyjaciela. Zmiany poczynione w tekście są niewielkie, ot, opustka... potrawy litewskie zamiast sufletu... inne słowo... dla Matki - klarowniejszy tok zdania, akapity, mniej urwanych myśli; dla siebie - więcej i brutalniej o erotyce, ale całościowy wydźwięk okazuje się odmienny. To, oczywiście, rzuca światło na kwestię szczerości listów do Salomei Słowackiej, w których syn tyle samo się zwierza, co kamufluje swoje istotne problemy. Marek Troszyński wydobył we wstępie jeszcze jedną cechę listów: jeśli Słowacki pisał do Salomei, że nigdy nie chodzi do domów gry - znaczyło to, że bywał w nich rzadko, jeśli zaś deklarował całkowitą szczerość - należy przyjąć, że po prostu chciał sprawić takie wrażenie.
Edytorstwo zawsze było specjalizacją wymagającą szczególnej staranności i cierpliwości, ale nie tylko: wśród pożądanych cech potrzebna jest także odwaga i poświęcenie wybranemu autorowi jeśli nie całego, to dużej części swojego czasu i życia. Dzieła Słowackiego opracowywane były w przeszłości przez wielu wybitnych edytorów, zajmowali się tym przed wojną Juliusz Kleiner, Jan Gwalbert i Michał Pawlikowscy, Manfred Kridl i Leon Piwiński, potem między innymi Julian Krzyżanowski, Paweł Hertz i Marian Bizan. Każdy badacz miał trochę inny warsztat i odmienną wizję dochodzenia do najlepszej postaci tekstu. Współczesne edytorstwo nie jest wyłącznie kontynuacją tej pracy, oznacza także korzystanie ze specjalnych programów komputerowych, wrażliwość na nowe problemy, które stały się istotne dla czytelników. Oryginał się nie zmienia, ale przypomina Platońską ideę, jego odczytanie i interpretacja - mogą. Marek Troszyński jest tyleż kontynuatorem świetnej tradycji, co nowatorem, który wprowadził dzieła Juliusza Słowackiego w wiek XXI.
DZIENNIKI
O pożytkachz czytania dzienników
Krzysztof Kosiński
Na początku był Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda, zresztą w dwóch wersjach - jednej wypolerowanej, drugiej bardziej pikantnej, na poły mitycznej. W pewnej mierze to właśnie on określił postrzeganie dziennika jako formy pisarskiej i ustawił poprzeczkę oczekiwań wobec innych dzienników. Przynajmniej z punktu widzenia czytelnika złaknionego po 1989 roku prawdy o tzw. minionej epoce.
Barwny, bezkompromisowy Tyrmand łączył wątki polityczne, literackie, intymne, a każdy czytający znajdował tu coś dla siebie. Jedni dandysowskie pozy, inni diagnozy komunizmu, który Tyrmand nazywał bez ogródek totalizmem. Czytelnikom towarzyszyło skryte marzenie, że podobnie jak autor Złego myśli większość Polaków, a komunizm to tylko osad z zewnątrz.
Wstrząs wywołała publikacja w 1997 roku dziennika Stefana Kisielewskiego, który z kpiarsko-autoironicznym wdziękiem powrócił z zaświatów, psując samopoczucie warszawskich i krakowskich salonów. Pospołu z Tyrmandem Kisiel pokazywał, jaką siłę rażenia może mieć dziennik.
W 1998 roku Mieczysław Rakowski rozpoczął edycję swojego wielotomowego dziennika politycznego, obejmującego lata 1958-1990. Czytali go i cytowali niemal wszyscy, gdyż pozwalał zobaczyć reżim od środka, zarazem ukazywał jego bardziej ludzkie oblicze. Zaskakiwał celnością ocen, tyle że dociekliwi historycy obnażyli jego iluzoryczność. Wyszło bowiem na jaw, że wbrew deklaracjom autor - w usilnym dążeniu do zbudowania sobie pomnika - sporo pozmieniał post factum.
Wbrew pesymistycznym prognozom szuflady nie okazały się całkiem puste. Szczególnie literatów. Owszem, nie objawiła się powieść, która ujęłaby w ramy wojenną i powojenną historię Polski (tę pustkę próbował zapełnić Jan Polkowski Śladami krwi), niemniej okazało się, że przed 1989 rokiem pokątnie pisano całkiem sporo. I tak oto polski czytelnik otrzymał edycje dzienników m.in. Aleksandra Wata, Leszka Proroka, Mieczysława Jastruna, Mariana Brandysa, Kazimierza Brandysa, Józefa Czapskiego, Jana Lechonia, Andrzeja Kijowskiego, Sławomira Mrożka, Krzysztofa Mętraka, Anny Kowalskiej, Krystyny Kofty, Teodora Parnickiego, Mirona Białoszewskiego, Witolda Gombrowicza, Jarosława Iwaszkiewicza, Jana Józefa Szczepańskiego, Agnieszki Osieckiej, Grzegorza Musiała, Henryka Grynberga, Jerzego Zawieyskiego, Julii Hartwig, Wiktora Woroszylskiego, nie wspominając już o mniej znaczących postaciach, na przykład Zdzisławie Łączkowskim. Do tego trzeba dodać dziennik Jerzego Andrzejewskiego, wydany w końcówce PRL-u. Ukończone zostały edycje monumentalnych dzienników Zofii Nałkowskiej i Marii Dąbrowskiej. Na pierwszy plan wybijał się Iwaszkiewicz, bo nie dość, że autor po wojnie był koncesjonowanym zarządcą polskiej literatury, to jeszcze z brutalną szczerością naruszał obyczajowe tabu. Do tego opisał polskie miesiące, zwłaszcza Marzec 1968 roku, zgoła odmiennie niż oczekiwano.
Lista dzienników nieliterackich jest krótsza, choć także znacząca. Zaskoczeniem okazał się dziennik Janusza Zabłockiego, który dalece skomplikował obraz katolicyzmu społecznego w okresie PRL-u. Lektura dziennika i wspomnień Hanny Świdy-Ziemby ujawnia dramatyczne napięcia przeżywane przez młodych ludzi po wojnie. Niewyeksploatowaną kopalnią wiedzy o polityce, kulturze, codzienności pozostaje dziennik Karola Estreichera. Interesująca może okazać się lektura dziennika socjologa Jana Szczepańskiego. Z kolei dziennik Jana Błońskiego okazał się zaledwie apendyksem do o wiele ciekawszych rozmów prowadzonych przez niego i z nim. W ostatnich latach Instytut Pamięci Narodowej ujawnia rzecz nadzwyczajną: Pro memoria prymasa Stefana Wyszyńskiego. Nie należy lekceważyć dzienników pozornie nudnych, na przykład Józefa Tejchmy, niegdyś peerelowskiego prominenta, skoro można się od niego dowiedzieć, że "pojęcie geopolityki, choć było nam [pokoleniu ZMP] znane od Dmowskiego, było nam obce jako zasada".
Osobny rozdział polskiej diarystyki to okres wojny i okupacji. Obok szerzej znanych zapisków Ludwika Landaua czy Zygmunta Klukowskiego nieco na uboczu pozostaje Dziennik okupacyjny Stanisława Rembeka, pisany jakby mimochodem, rejestrujący mnóstwo powszednich szczegółów. Dla wielu czytelników ożywczym wstrząsem okazała się lektura pamiętnika, poniekąd dziennika, Adama Ronikiera czy Roku złych wróżb (1943) Tadeusza Katelbacha. Dopiero teraz ukazuje się dziennik Chaima Arona Kapłana z lat 1939-1942, rzucający dodatkowe światło na relacje polsko-żydowskie.
Diarystyka od stuleci wiąże się z podróżami. Przykładem zabytkowe diariusze Teodora Billewicza czy Jana Michała Kossowicza. W dziennikach pisanych przez cudzoziemców Polacy mogą przejrzeć się jak w lustrze. W przypadku historii PRL-u nie ma ich wiele, tym bardziej należy odnotować dziennik z lat 1980-1982 Amerykanina Thomasa Swicka, z kapitalnymi obserwacjami Warszawy, miasta, w którym jak nigdzie indziej drzwi mieszkań "rozdzielały dwa odmienne światy" - zatęchłej szarzyzny oraz prywatności pachnącej koperkiem i natką pietruszki.
Konwencjom wymykają się dziennik Gombrowicza z lat 1953-1969 oraz Herlinga-Grudzińskiego Dziennik pisany nocą, łączący kronikę, esej, album, opowiadanie; oba pisane dla paryskiej "Kultury". Unikalnym zjawiskiem diarystycznym są komentarze do słów, spisywane przez blisko trzy dekady przez Michała Głowińskiego, układające się w semantyczne studium PRL-u, nawiązujące do Lingua Tertii Imperii Victora Klemperera. Najniezwyklejszym dokumentem osobistym w historii polskiej diarystyki pozostaje Dzienniczek siostry Faustyny Kowalskiej, ujawniony w całości w 1983 roku.
Nie wiadomo, ile dzienników zniszczono w obawie przed demaskacją czy represjami. Część została aresztowana i przepadła, przykładem dziennik Jerzego Kornackiego. Bywają czasy, w których pisanie dziennika staje się aktem heroizmu.
W przypadku PRL-u na dzienniki i pamiętniki cień rzucają akta "bezpieki". Wszak część pisarzy i intelektualistów dzień po dniu inwigilowano, podsłuchiwano, fotografowano. Materiał ten, o ile się zachował, układa się niekiedy w paradoksalny dziennik. Jak czytać zapiski Jerzego Zawieyskiego po ujawnionych przez Joannę Siedlecką nagraniach jego codziennego życia?
Wysyp dzienników sprawił, że ta forma pisania zdaje się uchodzić wręcz za powinność literata. Może to skutkować dewaluacją dziennika, a nawet grafomanią. Stefana Chwina, zachwycającego się zapachem prezydenta Kwaśniewskiego, który w dodatku "co parę chwil" zwracał się doń "panie profesorze", trudno czytać bez uczucia zażenowania. Pisanie dziennika wiąże się z ryzykiem kiczu, minoderii, egotyzmu, megalomanii. Pokpiwał z literatów diarystów Marek Nowakowski. Sam poprzestał na Dzienniku podróży w przeszłość, który okazał się bardziej literackim rebusem niż autobiografią.
Po co właściwie pisze się dziennik? Niektórzy rozpoczynali od manifestów, czasem wyjaśniali motywacje w trakcie pisania, inni po prostu pisali. Herling-Grudziński po kilkunastu latach pisania dziennika konstatował, nawiązując do dzienników Franza Kafki, że "rozmawia się w dzienniku z sobą samym, ze światem, z innymi, z Bogiem". Jan Józef Szczepański zastrzegał na wstępie swojego dziennika, że ma on jego samego "wyleczyć i wychować", a więc uczynić dojrzalszym pisarzem, lepszym człowiekiem. Tyrmand ostrzegał, że "nie można się tu obejść bez selekcji tworzywa faktów i owej tkanki psychicznej zrastającej się codziennie w codzienne życie wewnętrzne człowieka. Ale pojawianie się elementu selekcji stawia pisanie to w rzędzie literackiej organizacji tekstu".
Tu otwiera się pole do dyskusji, w jakiej mierze dzienniki przynależą do literatury i czy stanowią wiarygodne źródło historyczne. Pytanie to nabrało mocy podczas sporu o legendarne Szkice piórkiem, gdy się okazało, że Andrzej Bobkowski napisał właściwie dwie książki, przy czym tylko jedna z nich, ta nieopublikowana, powstała w czasie wojny. Szczególnie historyk powinien dążyć do tego, by zobaczyć dziennik w oryginale. Notatki w kalendarzyku, pojedyncze karteluszki, szkolny zeszyt, opasły brulion... Może to świadczyć o spontaniczności bądź intencjonalności dziennika. Czy autor pisał bez skreśleń, czy coś dodał, czy dziennik pozostał w rękopisie, czy zamienił się w maszynopis?
Tym samym słowem nazywamy zapiski różniące się niekiedy biegunowo. Cóż bowiem łączy - poza nazwą - dzienniki Szczepańskiego i Parnickiego? Szczepański tworzył świadomie epicką opowieść, czyniąc z Kasinki Małej swoje Soplicowo. Parnicki prowadził, jak to określał, "zeszyt notatek o własnej pracy pisarskiej", rejestrując przy okazji codzienne udręki, uzyskując w niezamierzony sposób efekt hiperrealizmu. Z kolei Krzysztof Mętrak celował w zdania pojedyncze, trafiając nieraz w sedno, na przykład: "W komunizmie najtrudniej jest przewidzieć przeszłość".
W epoce sprzed internetu, telefonii, masowej fotografii tylko pisząc, można było ocalić wspomnienia. Do pisania zachęcano uczniów, by uczyli się systematyczności i wyrażania myśli. Osiecka zaczęła pisać, mając dziewięć lat. Pamiętnik przepoczwarzył się wkrótce w dziennik. Pod wpływem autorki dzienniki zaczęły prowadzić koleżanki, czytały siebie nawzajem, współuczestnicząc w swoim dojrzewaniu. Potem robi się jeszcze ciekawiej, bo Agnieszka wrasta w komunizm i z niecierpliwością czeka się, kiedy (i czy) z niego wyrośnie.
W dzienniku można odsłonić - najpierw przed samym sobą - własną intymność. Tak uczynili Białoszewski w Tajnym dzienniku czy Gombrowicz w Kronosie. Dziennik bywa spowiedzią, medytacją, wiwisekcją i powinien raczej pozostać w ukryciu. Co właściwie zyskujemy, czytając o wrzodach w pachwinie (Gombrowicz) czy o "porno dla homo" (Białoszewski)? Dziennik może być warsztatem twórczym. Gromadzi się w nim myśli, sny, zarysy fabuły, cytaty, wycinki prasowe, zdjęcia, dodaje do tego sceny z życia towarzyskiego; przykładem dziennik Mrożka. W Raptularzu teatrologa Zbigniewa Raszewskiego refleksje naukowe przeplatają się z obserwacjami codzienności, autor odchodzi od dziennika, nadgania potem czas w formie pamiętnika, a pod wpływem impulsu, na przykład wojny sześciodniowej, znów pisze dzień po dniu.
Do prowadzenia dzienników motywują przełomowe wydarzenia. Zapiski Jana Józefa Lipskiego nabrały regularności w 1956 roku, wręcz przymuszał się do codziennego pisania, bo "nawet parodniowy dystans zaciera już bezpośredniość, a to i owo z wydarzeń drobnych, lecz interesujących w ogóle ginie". Kisielewski zaczął pisać w 1968 roku, gdy skazano go na milczenie i samotność. Miewał wątpliwości, czy warto; przeważyło poczucie, że "publiczne pisanie w PRL to pisanie rzeczy marginesowych i kalekich", a w dzienniku może pisać, co chce. Wielu sięgnęło po pióro po wprowadzeniu stanu wojennego, choć tylko nielicznym udało się uchwycić tamten czas, jak Grzegorzowi Musiałowi, poecie i lekarzowi. Dziennik bywa obroną kultury przed opresją polityki oraz ideologii; przykładem zapiski Zygmunta Mycielskiego, szczególnie te z lat osiemdziesiątych XX wieku. Dziennik może być też pośmiertną zemstą za doznane krzywdy.
Najciekawsze w dziennikach jest to, co napisane mimochodem. Inaczej nie dowiedzielibyśmy o decyzji władz Kołobrzegu w 1982 roku, by sprzedawać kobietom deficytowe majtki w zamian za trzysta kapsli od butelek (Białoszewski). Choć subiektywne, dzienniki świadczą o duchowej wolności. Ocalają polszczyznę. Przechowują humor. Utrwalają zjawiska ulotne. Dzięki nim przeszłość można odczuć zmysłowo. Samo obserwowanie czyjegoś przeżywania świata bywa fascynujące. W epoce internetu diarystyka uległa gwałtownemu przeobrażeniu, liczy się interakcja i natychmiastowość. Nigdy wcześniej tak wielu ludzi nie wyrażało siebie poprzez media społecznościowe, blogi, kanały YouTube - na masową skalę, lecz pobieżnie. Epickich dzienników już raczej nie będzie.
Z tą marmurową głowąw dłoniach
Przemysław Kordos
Jorgos Seferis
Król Asine i inne wiersze
przeł. z gr. i komentarzem opatrz.
Michał Bzinkowski
Wrocław : Kolegium Europy Wschodniej
im. Jana Nowaka Jeziorańskiego, 2019
262 s. : il. ; 20 cm. - zł 39,90
Jorgos Seferis
Dni 1941-1956
przeł. z ang. Michał Bzinkowski
Gdańsk : "słowo/obraz terytoria", 2019
406 s. ; 22 cm. - (Biblioteka Mnemosyne)
Swoistość literatury nowogreckiej polega między innymi na tym, jak jest ona bliska greckiemu społeczeństwu. Jej najznakomitsi pisarze, w pierwszym rzędzie poeci, ukształtowali w swoim narodzie patriotyzm oraz wrażliwość, przepracowali jego tożsamość i będący jej składową stosunek do dziedzictwa, ocalili tradycję, ale także otworzyli oczy Greków na nowe prądy myśli, zarówno ze Wschodu, jak i z Zachodu.
Grecka literatura na różne sposoby trafiała pod strzechy - mnie osobiście najbardziej urzeka przykład muzyki popularnej, która swobodnie czerpie z dorobku poetów, również tych najtrudniejszych, i wprowadza często niełatwą, awangardową poezję do powszechnego obiegu, także na parkiety taneczne. Jednym z takich twórców, którego teksty stanowią inspirację dla znanych kompozytorów, jest Jorgos Seferiadis, tworzący pod pseudonimem Seferis. Jeden z jego wierszy, Zaprzeczenie, z muzyką Mikisa Theodorakisa, stał się ważnym protest songiem, nieformalnym hymnem przyjętym przez przeciwników junty czarnych pułkowników (1967-1974).
Dzięki wieloletniemu uporowi Michała Bzinkowskiego, tłumacza, ale i filologa staro- i nowogreckiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w przeciągu ostatnich kilku miesięcy ukazały się dwie pierwsze pozycje książkowe związane z twórczością jednego z dwóch greckich noblistów. Najpierw wydane zostały obszerne wypisy z dzienników poety - Dni 1941-1956, a potem autorski wybór poezji pod tytułem Król Asine i inne wiersze, zawierający przegląd utworów z całej jego twórczości.
Już Zaprzeczenie, jeden z wczesnych tekstów Seferisa, wskazuje skutecznie na podstawowe cechy jego twórczości. Krótki ten wiersz co prawda jest rytmiczny i rymowany, a regularność formy Seferis porzuci szybko, niemniej zawiera charakterystyczne dla niego tajemnice oraz kody. Metaforyka pozostaje prosta i grecka - morze, upał, piasek, bryza - ale okoliczności są dalekie od sielanki. Zbiorowy podmiot zapisuje na piasku "jej imię" - czyje? - i cieszy się, gdy napis zostaje zmazany. Kim jest ona - (nie)określoną kobietą, Grecją, a może wolnością? - odpowiedź czytelnik musi dopowiedzieć sobie sam. Ważna jest ostateczna deklaracja o porzuceniu dotychczasowego życia, zbyt intensywnego i branego zbyt na poważnie, na rzecz nowego, jeszcze niesprecyzowanego podejścia. I w taką grę będzie Seferis grał z czytelnikiem w całej swojej twórczości: inicjując otwarcie na intymne myśli, sceny, ale jednocześnie pozbawiając tropów, jednoznaczności, które pozwoliłyby na jasną identyfikację aluzji, wydarzeń, postaci. Niedopowiedzenie jest podstawową taktyką Seferisa, która wiąże się z jeszcze jednym, bodaj najważniejszym motywem jego twórczości - stosunkiem do starożytnych i do pozostawionego przez nich dziedzictwa. Nie na darmo Michał Bzinkowski zdecydował się zatytułować antologię za jednym z najważniejszych wierszy poety, za tekstem, który śmiało podejmuje tę kwestię.
Ruiny Asine, polis wspomnianej w Iliadzie przez Homera w tak zwanym katalogu okrętów, leżą nieopodal dzisiejszego Nafplio. Zajmują skaliste wzgórze, po którym można krążyć wytyczonymi ścieżkami i oglądać resztki starożytnego miasta, o którym wiadomo tyle, co nic. Same ruiny są równie mało imponujące, składają się na nie głównie ślady fundamentów, którym towarzyszą tabliczki informacyjne zawierające desperackie próby ustaleń przez archeologów, na resztki czego patrzymy. Podobnie Seferis w wierszu każe zwiedzającym Asine szukać śladów starożytności, uosobionych przez króla polis. Znajdujemy tylko cienie, niepewne ślady, domysły, wyobrażenia. Przeszłość jest ulotna, pusta, a to, czego się o niej domyślamy, pozostaje obarczone niepewnością, która budzi rozpacz.
Pesymizm przenika twórczość Seferisa i odciska piętno nie tylko na jego zmaganiach z dziedzictwem, ale przede wszystkich na postawie wobec wielkich wydarzeń historycznych, które raz po raz ściągają nieszczęścia na jego ojczyznę. Urodzony w 1900 roku, w młodym wieku opuszcza rodzinne okolice Smyrny. Studiuje na Sorbonie, kiedy dowiaduje się o przegranej wojnie grecko-tureckiej w 1923 roku. Potem jako dyplomata Seferis często jest na pierwszej linii wydarzeń - towarzyszy rządowi greckiemu na uchodźstwie w Egipcie, gdzie zamartwia się o losy kampanii afrykańskiej, a potem, po wojnie, najpierw z Aten, a później z placówki w Turcji, obserwuje tragedię wojny domowej. Następnie bierze udział w negocjacjach wokół kwestii cypryjskiej, która w 1955 roku nabiera zbrojnego charakteru, a kończy się nieoczekiwanym uzyskaniem przez wyspę niepodległości w 1960 roku. Schyłek życia poety to panowanie junty w Grecji, okres, który Seferis spędza w milczeniu. Nie doczekuje upadku dyktatury, umiera w 1971 roku, trzy lata przed jej końcem.
Wydarzenia rzadko znajdują bezpośrednie odniesienia w jego twórczości poetyckiej, podobnie jak doświadczenia osobiste i intymne, kolejne obroty koła historii wspominane są aluzyjnie, enigmatycznie, zwykle w bardziej uniwersalnym kontekście. Wybór wierszy przygotowany przez Michała Bzinkowskiego pozwala czytelnikowi zapoznać się ze wszystkimi cechami twórczości Seferisa, od utworów z debiutanckiego zbiorku z 1931 roku, przez mierzącą się ze starożytnością Mityczną historię oraz tajemniczy, powstały podczas wojny domowej poemat Drozd, po późniejsze wiersze, takie jak cykl cypryjski, zdający relację z tysięcy lat słodko-gorzkich losów wyspy i patrzący z niepokojem w jej przyszłość. Antologię tłumacz poprzedził obszernym, głównie biograficznym wstępem, ułatwił lekturę samych wierszy przez zamieszczenie licznych przypisów końcowych. Dodał też piękne fotografie autorstwa samego Seferisa, które pozwalają doświadczyć tego, co poeta bodaj najbardziej ukochał - greckiego krajobrazu.
Obecnie największa pomoc w obcowaniu z poetycką twórczością Seferisa płynie z jego dzienników. Za podstawę wyboru Michał Bzinkowski przyjął dwa wydania angielskie, które - jak wszystkie dzienniki Seferisa - ukazały się już po jego śmierci. Tłumacz jednak oparł swój przekład na tekstach oryginalnych, dzięki czemu polski czytelnik otrzymuje tłumaczenie niezapośredniczone. Dodatkowo oba wstępy, Waltera Kaisera oraz Rodericka Beatona, zostały przełożone z języka angielskiego przez Justyna Hunię.
Trzon dziennika stanowią zapiski z lat 1945-1951 (w całości greckie wydanie Dni, t. V) oraz 1941-1944 i 1951-1956 (fragmenty t. IV i VI), dzięki czemu ukazany zostaje okres od pierwszych lat wojny do stabilizacji powojennej. Czytelnik dowiaduje się o problemach osobistych, głównie zdrowotnych, poety i jego znajomych, poglądach na kwestie polityczne i ideologiczne, o drobnych wydarzeniach codziennych, obrazkach wrażeń, często ulotnych, ale też poznaje wypisy z bieżących lektur Seferisa, brulionowe fragmenty wierszy, z których część znajduje później ostateczną formę w kolejnych tomikach, wreszcie notki do projektowanych książek i esejów. Tekst Seferisa charakteryzuje nieobcy dziennikom nieład wynikający z często zmieniającego się rytmu życia, chorób, tułaczki, przeprowadzek, powrotów. Przynajmniej trzy motywy przenikają całość opublikowanego po polsku tekstu: przede wszystkim pesymizm wobec sytuacji politycznej w Grecji i w regionie, ale także niechęć przechodząca w obrzydzenie wobec kręgów kulturalnych i politycznych. Kolejnym motywem jest podziw mieszający się z grozą wobec starożytnych oraz ich dokonań, lecz również bezradność wobec niemożności poznania przodków, wreszcie zachwyt nad przyrodą i wyraz ukojenia, jakie ona niesie. To najszczęśliwsze fragmenty u Seferisa - migawki o pocztówkowym charakterze z okna domu na Poros czy ze statku płynącego Nilem.
Wielka różnorodność kształtu dzienników pozwoli jego odbiorcom znaleźć odpowiadające ich potrzebom i gustom fragmenty. Jedni poszukiwać będą wątków związanych z pozostałą twórczością poety, inni skupią się na rekonstrukcji odbioru przemian historycznych dziejących się na jego oczach. Jeszcze inni poświęcą czas na odszyfrowywanie opinii o luminarzach życia kulturalnego czy politycznego, niektórych postaci ukrytych pod antycznymi pseudonimami. Przez karty dzienników przewinie się Angelos Sikelianos, Nikos Kazandzakis, Manolis Triandafilidis, Lawrence Durrell, Winston Churchill.
Miłośnicy greckiej literatury z uwagą przeczytają skopiowane do dzienników fragmenty z nienapisanej monografii o twórczości Konstandinosa Kawafisa. Seferis niedługo po śmierci Starego Poety z Aleksandrii chodzi jego śladami w jego mieście i próbuje o nim pisać. Niestety nie udaje mu się skończyć zamierzonego przedsięwzięcia, ale już notatki, te okruchy myśli o Kawafisie, są moim zdaniem jednymi z najważniejszych i wciąż świeżych stron napisanych o twórczości aleksandryjskiego poety. Seferis jako jeden z pierwszych Greków poznaje się na poezji Kawafisa i zaczyna rozumieć jego wielkość.
Przejmująca jest relacja poety z wizyty na wybrzeżu jońskim Morza Egejskiego, ze spacerów po Smyrnie i z wizyty w podmiejskiej Skali, skąd pochodziła jego rodzina i gdzie urodził się on sam. Utracone ziemie, zrujnowane budynki, które pamiętał z dzieciństwa, pogłębiają jego poczucie straty. Wrażenie tylko wzmacniają odwiedziny starożytnych ruin, które - znowu - budzą w nim bolesne uczucia. "Rozpacz ruin Azji Mniejszej jest nie do opisania", zaczyna się wpis z 22 października 1950 roku, czym poeta podsumowuje jońską wyprawę. W kontraście stoi przywoływany przez Beatona obszerny opis lotu zawróconego z trasy z powodu burzy piaskowej, który Seferis przeżywa w lipcu 1956 roku, i który ukazuje w pełnej krasie celność pióra poety w formach prozatorskich.
Te pięknie wydane Dni, podobnie jak antologia wierszy, zostały przez tłumacza opatrzone przypisami, które pozwalają się zorientować w gąszczu nazw miejsc, cytatów i nazwisk. Dni nie są łatwą lekturą, wymagają skupienia, ale i elastyczności, ponieważ mają formę surową, bez myśli o odbiorcy innym niż sam autor. Niemniej są ważnym dokumentem epoki, niezbędnym przypisem do twórczości poety, zasadniczym tekstem, który pokazuje bóle, w jakich rodziła się nowa, powojenna Grecja.
Wszystkie naszedzienne sprawy
ks. Jan Sochoń
Władysław Tatarkiewicz
Dzienniki. T. 1
Lata 1944-1960
Z rękopisów odczytali, wstępem i biografią filozofa poprzedzili Radosław Kuliniak et al.
Kęty : Wydaw. Marek Derewiecki, 2019
795 s. ; 23 cm. - (Biblioteka Europejska)
Dziennik to współcześnie nadużywany gatunek literacki, głównie z tej racji, że nie wymaga wielkiej sprawności pisarskiej, a tylko szczerości, często posuniętej do fałszywego ekshibicjonizmu. Każdy człowiek ma prawo mówić o sobie. Dlatego wielu ludzi, zwłaszcza uprawiających tak zwane zawody artystyczne, chwyta za pióra, by zadziwić publiczność osobliwościami swojego losu i charakteru, zdradzić sekrety, o które nikt nie pyta.
Niestety tego rodzaju produkcje nie przypominają dawnych prywatnych kronik rodzinnych, kronik prowadzonych i przekazywanych z pokolenia na pokolenie jako znak rodowej czy mieszczańskiej ciągłości dziejowej. Raczej zgodnie z wymogami internetu przybierają teraz postać blogów, na ogół niemających żadnej wartości literackiej bądź umysłowej. Ostatnio, wraz z rozprzestrzenianiem się światowej pandemii, popularność zyskują wideodzienniki, będące natychmiastową reakcją na wspomniane dramatyczne wydarzenia.
Oczywiście nie wypada się niepokoić. Każdy czas wymusza na uczestnikach kultury konieczność posługiwania się określonymi formami podawczymi, a niekiedy umożliwia tworzenie zupełnie nowych.
Ale... Wciąż liczą się teksty twórców, którzy pisanie intymne uznawali za ważne, wręcz niezbędne dla własnej biografii intelektualnej. Prym wiodą przede wszystkim pisarze. Wystarczy przywołać klasyczne już dzienniki Amiela, Claudela, Gide'a, Greene'a, Kafki, Guittona, Szestowa, a w Polsce Reymonta, Żeromskiego, Tyrmanda, Gombrowicza, Wata, Lechonia, Iwaszkiewicza, Zawieyskiego, Białoszewskiego, Kamieńskiej czy Herlinga-Grudzińskiego, z perspektywy czasu uznawane często za ich największe artystyczne osiągnięcia.
Filozofowie rzadziej korzystali z tego typu gatunkowych możliwości, lecz i wśród nich spotykamy chlubne wyjątki. Przywołajmy chociażby zapisy Berkeleya, de Birana, Kierkegaarda, Marcela, Wittgensteina, Barthesa, u nas Brzozowskiego, Micińskiego, Twardowskiego, Ossowskiego, Elzenberga.
Jedne są dziennikami filozoficznymi, inne dziennikami filozofa. Pierwsze stanowią niejako przedłużenie refleksji metafizycznych poszczególnych autorów, przetworzenie ich myśli w dziennik, swego rodzaju autoanalizę, filozoficzny rachunek sumienia, laboratorium twórcze. Drugie natomiast nie zawierają w przeważającej części takich treści, koncentrują się bardziej na sprawach życia codziennego, doświadczanych wydarzeniach, spotkaniach, są drobiazgowym zapisem dziejącej się rzeczywistości. Najczęściej powstają z potrzeby serca, stając się narzędziem pamięci (także społecznej), zdarza się że i swoistej autoterapii.
Tak zapewne było w przypadku Władysława Tatarkiewicza, wybitnego filozofa, historyka filozofii, znawcy estetyki oraz jej dziejów, wychowawcy i nauczyciela akademickiego, autora jednej z najpoczytniejszych książek dotyczących filozofii - Historii filozofii, na której wychowały się pokolenia Polaków, począwszy od 1931 roku, kiedy to ukazało się jej pierwsze wydanie. Odkryte niedawno zapiski Tatarkiewicza obejmują lata 1944-1977. Dzięki żmudnej, wręcz benedyktyńskiej pracy edytorów otrzymaliśmy pierwszy tom owych materiałów. Zapewne pod koniec przyszłego roku pojawi się tom drugi, zamknięty datami 1961-1976. Niestety pierwsze kalendarzyki, w których Tatarkiewicz zaczął notować swoje przeżycia i spostrzeżenia (od 1911 roku nazbierało się ich trzydzieści cztery), spaliły się podczas powstania warszawskiego razem z innymi archiwaliami. Na szczęście pozostałe dokumenty wraz z Dziennikami ocalały.
Przedstawiany tom składa się z biografii filozofa doprowadzonej do początków drugiej wojny światowej oraz z tekstu samego Dziennika. Notatki filozofa rozpoczynają się wpisami dotyczącymi powstania warszawskiego, kiedy, jak zanotował, wraz z najbliższymi stał się innym człowiekiem, a kończą w kwietniu 1960 roku. Ostatnią część opracowania stanowi indeks nazwisk, bardzo przydatny, pozwalający na rozeznanie się w różnych kontekstach społecznych, środowiskowych, niekiedy politycznych czasów wojennych i powojennych.
Notaty (określenie używane przez Tatarkiewicza) Dziennika są zazwyczaj zwarte, niezbyt rozbudowane, oszczędne. Daje się w nich wszakże odczuć wewnętrzne napięcie, emocje skrywane pod szatą słów, ale też widoczną delikatność w relacjach z ludźmi, zwłaszcza z kolegami z otoczenia naukowego. Filozofia nie może bowiem skurczyć się do ideologicznego nakazu, ani tym bardziej stać się orężem w światopoglądowej walce. W związku z tym od razu narzuca się pytanie: dlaczego tak niewiele w Dziennikach odniesień do życia politycznego, do sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po zagarnięciu jej przez sowietów?
Oczywiście te kwestie nurtują, nawet bardzo ciążą, przyznawał się, lecz krył je pod warstwą spraw naukowych, pisarskich, uniwersyteckich, wszelkiego rodzaju zebrań, koleżeńskich odwiedzin, podróży albo gier w brydża, co zresztą (obok troski o elegancję ubioru) było jego pasją. 6 października 1953 roku zanotował przy okazji "towarzyskich przyjemności", że rząd zabronił prymasowi Wyszyńskiemu sprawowania jego urzędu. Tylko tyle. A przecież bolał nad płonącą Warszawą, martwił się losem Żydów skazanych na zagładę. Po jakimś czasie związał się przyjaźnią z Księdzem Prymasem. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku podpisał się pod listem "34" - protestem ówczesnych intelektualistów przeciwko cenzurze, skierowanym na ręce Józefa Cyrankiewicza - choć później jego nazwisko pojawiło się wśród tych, którzy ubolewali, że ich stanowiska zostały wykorzystane do wszczęcia antypolskiej kampanii. Wspominał o zarzutach, jakie kierowano pod jego adresem, że "robi politykę na wykładach", że pisze z pozycji "burżuazyjnego obiektywizmu", zapomina o klasowym uwarunkowaniu faktów historycznych. W roku akademickim 1950/51 zabroniono mu uniwersyteckich wykładów, do których powrócił dopiero po październiku 1956 roku. Bardzo to była złożona sytuacja.
Wydaje się, że władze partyjne w pewnym stopniu szanowały intelektualne kręgi uczonych i twórców, ludzi mądrych i niezależnych, choć jednocześnie ich się obawiały. Stąd nad Tatarkiewiczem, Dąmbską, Kotarbińskim, Ingardenem, Ajdukiewiczem, Ossowskimi zawieszano tarczę ochronną, akceptując ich styl życia i działania, gdyż rozsławiali Polskę w Europie, występując na międzynarodowych zjazdach, kongresach, pisząc książki oddziałujące na całą ówczesną kulturę.
Dzienniki ujawniają długą drogę Tatarkiewicza prowadzącą do osiągnięcia statusu uczonego światowej miary. Ukazują trudności, ale i wielki hart ducha, twórczego wysiłku, tak charakterystyczny dla postawy autora Dziejów sześciu pojęć. Poznajemy historię polskiej nauki, a zwłaszcza filozofii, w horyzoncie mniej lub bardziej rozbudowanych autorskich komentarzy i spostrzeżeń. Tatarkiewicz robił zapisy z potrzeby uwiecznienia ulotnych chwil życia, ale również z chęci udokumentowania ważnych, przełomowych wydarzeń. W ten sposób utrwalił portret własnego środowiska naukowego, opisał proces budowania w Polsce kultury uniwersyteckiej w czasie carskiego panowania, tuż po odzyskaniu niepodległości i w dalszych latach.
Mamy do czynienia z niebywale cennym źródłem wiedzy, tym bardziej że zarówno wojna światowa, jak i czasy komunistyczne dokonały ogromnego spustoszenia w tkance polskiego życia narodowego, kultury, religii. Z kart Dzienników wyłania się postać filozofa troszczącego się o taki kształt nauki i obyczaju, który wywodziłby się z ducha tradycji klasycznych, przesiąkniętych duchem chrześcijaństwa. Ktokolwiek dzisiaj chciałby się zmierzyć z historią wieku XX, powinien zapoznać się z Dziennikami Władysława Tatarkiewicza, wprawiającymi czytelnika nie tylko w stan zaciekawienia, ale i uzasadnionej wdzięczności.