Nowe Książki 6/23 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Pomiędzy postem i karnawałem

Z ks. prof. Jerzym Sikorą rozmawia Tomasz Kłusek

Tomasz Burek w wywiadzie dla "Arcanów" z 1998 roku stwierdził: "W istocie zamach na kategorię Absolutu okazał się wręcz samobójczy w swych skutkach dla nadętego swym znaczeniem człowieka nowoczesnego". Samobójczy między innymi dla sztuki. O fatalnych skutkach eksmitowania Absolutu z kultury mówił nie tylko autor Dziennika kwarantanny, ale przywołuję go tu ze względu na to, że do tej wypowiedzi odniósł się niegdyś ksiądz profesor w tekście okazjonalnym, ale ważnym. Chodzi mi o rozpoznanie miejsca "Toposu" na czasopiśmienniczej mapie, które zamieszczone zostało w publikacji "Topos": pismo literackie, idee, środowisko. Studia. Gdy czytam, że sopocki periodyk "dokonuje nie tyle autotelicznego oglądu literatury, co głęboko egzystencjalnego i kontekstualnego spojrzenia na człowieka obecnego w literaturze i poza nią", to odnoszę wrażenie, iż ksiądz przedstawia jednocześnie swoje credo: pisarskie, literaturoznawcze i krytycznoliterackie.

Bliskie jest mi trójwymiarowe zarówno uprawianie literatury, jak i spojrzenie na nią, a mianowicie w aspekcie egzystencjalnym, metafizycznym i kulturowym. Oczywiście nie są to wyraźnie od siebie oddzielone aspekty. One wzajemnie dialogują i się uzupełniają. Szukam człowieka podmiotowo usytuowanego - co nie znaczy, że jedynie egotycznie, chociaż i egotyzm może być wielkiej miary, na przykład gombrowiczowski - który zgłębia tajemnicę istnienia, na rozmaitych epistemologicznych poziomach poszukuje sensu życia. Jako probierz ma aksjologię - narzędzie niebezpieczne, lecz nieodzowne w egzystencjalnych eksploracjach. Łatwo nie ulega rezygnacji, nihilizmowi, stara się za wszelką cenę coś zrobić - na ile może i potrafi - z "kłopotem z istnieniem". Posłużyłem się tu oczywiście formułą, którą Henryk Elzenberg umieścił w tytule swojej książki, do której często sięgam. Niekoniecznie w potrzebie literaturoznawczej, naukowej, ale również wtedy, gdy mam kłopot z samym sobą, ze swoim istnieniem. Moje credo w zapatrywaniu na literaturę przejawia się w tym, iż uważam, że ma ona nie tylko karmić pięknem - mieć wymiar estetyczny, ale i być blisko człowieka, nie funkcjonować jedynie jako zbiór chwytów językowych, jak chcieli formaliści, ale podpowiadać, jak żyć, co z tym naszym życiem możemy zrobić. Dlatego ogromnie cenię "romansową" - zapośredniczającą egzystencjalnie - metodę czytania literatury przez Jana Błońskiego. Dlatego wręcz z uporem maniaka wracam do Czarodziejskiej góry Manna, Zbrodni i kary Dostojewskiego czy Zamku Kafki. Zastrzegam, że jednocześnie jestem przeciwko nachalnemu dydaktyzmowi, moralizowaniu, które rzecz jasna osłabiają wartość utworu. Literatura nie ułatwia mi wcale życia. Nieraz jeszcze bardziej je zawęźla, komplikuje. Ale za to ubogaca i przydaje smaku. Moim ulubionym poetą jest Thomas Stearns Eliot. Uczyłem się angielskiego, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych wyjeżdżałem na kursy językowe do Londynu, nie tylko po to, aby móc rozmawiać w tym języku, ale główny cel jawił się w tym, aby mieć możność czytania w oryginale poezji właśnie Eliota. Fascynuje mnie jego sposób pokazania życiowego zagubienia współczesnego człowieka.

Życie bez karnawału jest tytułem znamiennym. Wrócę jeszcze do tego, ale w tej chwili chciałbym zatrzymać się przy "poetyckiej trzynastce". Na około stu pięćdziesięciu stronach analizowana jest twórczość trzynastu liryków, którzy nie zostali przecież wybrani przypadkowo. Tutaj musi się ukrywać jakiś klucz. Zresztą nie wiem, czy słowo "ukrywać" jest właściwe, bo ksiądz sygnalizuje problem we wprowadzeniu, a Wojciech Kudyba dookreśla w posłowiu. Najpierw cytat: "Skończył się dwudziesty wiek i mamy już ponad dwie dekady następnego stulecia. Postmodernizm ulega atrofii, powoli odchodzi do lamusa. Poezja, zwłaszcza o nacechowaniu metafizycznym, jawi się jako odtrutka na postmodernistyczny relatywizm i ontologiczną pustkę". Otóż bohaterami Życia bez karnawału są poeci, w których twórczości łatwo odnaleźć ozdrowieńcze "ziarna metafizyki".

Wydaje się, że "ziarna metafizyki" obecne w poezji początków trzeciej dekady XXI wieku są samoistną, nie z góry założoną, reakcją, a nawet lekarstwem, na postmodernizm i płycizny kultury masowej. Poetycka metafizyczność nigdy nie mówiła i również teraz nie mówi jednym wspólnym językiem. Trudno ją umieścić w obrębie konkretnego systemu filozoficznego, wymyka się definitywnym klasyfikacjom. We współczesnej odmianie metafizyczności uaktywnia się chyba większa szczerość artysty niż w innych przekazach poetyckich. Poezja ta, dowartościowując tradycję, łączy w sobie pierwiastki tradycyjne i nowoczesne, również awangardowe. Między innymi nawiązuje do neoklasycyzmu o proweniencji eliotowskiej. Jest wyraźnie nacechowana aksjologicznie. Przeciwstawia się relatywizmowi, kierując się ku klasycznej triadzie Prawdy, Dobra i Piękna. Na szlakach niekoniecznie wyraziście religijnych, ale szerzej ujmując - metafizycznych, autorzy z "poetyckiej trzynastki" szukają tropów ocalających przed zawłaszczającym ludzką duchowość konsumpcjonizmem. Ważny jest metafizyczny (wrodzony?) instynkt. I ci poeci go mają. Chcą wychylić się ku "drugiej przestrzeni". Na przykład Barbara Gruszka-Zych, gdy pisze o odlatujących dzikich gęsiach i postrzega je "jakby tłukły drewnianymi skrzydłami / w powietrze próbując wymłócić / z tajemnicy lotu ziarna metafizyki". Albo Maciej Bieszczad, gdy w wierszu W krainie zwierciadeł wyznaje: "Zasłaniają Cię apartamentowce / i galerie handlowe, ale chyba najbardziej / ludzkie umysły". Czy też Adam Ziemianin zauważający, że "Między Bogiem a prawdą / Nie ma szczeliny / Nawet na wetknięcie szpilki". Współczesny poeta, któremu bliska jest metafizyczność, czasem rzecz jasna zostaje obdarowany epifanią, objawieniem, ale przeważnie czyni mozolną poznawczą wędrówkę. Podejmuje ją pokornie, nie za wszelką cenę, nie zakłada z góry, że musi "tam" koniecznie dojść. Wtedy wiersze są bardziej artystyczną, ale i własną, relacją z drogi, z czegoś, co trwa, co niedomknięte, a nie z finalnych, definitywnych dojść i rozstrzygnięć. Tak jest w poezji Jana Polkowskiego. To właśnie często małe, drobne doświadczenia, przeżycia, namysły prowadzą na ścieżkę wiodącą do głębi bytu, do uchylenia rąbka tajemnicy istnienia. W wierszach "poetyckiej trzynastki" - ujętych dialogowo jako zbiorowość - znalazłem wręcz cały zakres odniesień do Absolutu, począwszy od sceptycyzmu, a skończywszy na zawierzeniu i zaufaniu Najwyższemu. Ci poeci metafizykę czerpią przeważnie z własnego doświadczenia i ich poetyckie teksty są osobistymi świadectwami. W konstruowanym obrazie świata mamy bezinteresowną kontemplację i niedystansowanie się wobec zwyczajności, codzienności, nieuciekanie w zaświaty. Przeciwnie - empatię, wczuwanie się w to, co najbliższe, doświadczalne, dookolne. Niekoniecznie spekulację. Spekulacja bowiem bardziej przynależy do oglądu ściśle filozoficznego. Ci twórcy pokazują, że szczególnie język poezji dobrze nadaje się do artykułowania metafizycznych namysłów, refleksji, pytań. Wydaje mi się, że nieraz więcej metafizyki jest w pytaniach niż w odpowiedziach. Metafizyczne myślenie jest wyjściem poza świat fizyczny, poza pragmatyzm. I nie tyle myślenie, co przeczucie.

W tomie Deszczowe lato znajduje się wiersz Cisza. Przytoczę go w całości: "zmókł alfabet / do ostatniej litery / jaka ulga / wreszcie nikt nie jest na językach / cisza bez słowa / bez dwóch zdań / nawet bez zasiania maku / bez szelestu głosek / nie ma czego owijać w bawełnę // otwieramy usta / z zachwytu i przerażenia - / wystarczy / by dogadać się ze światem". O poetach rozmawiam nie tylko z literaturoznawcą, ale i poetą. Zacytowany utwór doskonale współbrzmi ze słowami o bezinteresownej kontemplacji, doświadczaniu i wczuwaniu, niekoniecznie spekulacji. Ważne są nie tylko słowa, ale i milczenie, albo inaczej: najpierw milczenie, a potem słowa. Oto, moim zdaniem, filozofia poezji autora Deszczowego lata i kilku innych zbiorów liryki. Mówię o tym, bo Życie bez karnawału to w równej mierze krytyka literacka, jak dzielenie się poety swymi przemyśleniami z innymi poetami.

Tak, dzielenie się. Na płaszczyźnie czy też za pomocą bardziej intuicji, współodczuwania niż spekulacji. Bliska mi jest dewiza Gastona Bachelarda: "Kiedy jeden poeta mówi z sympatią duchową o drugim poecie, to, co powiada, jest dwakroć prawdziwe". Adam Czerniawski ma przekonanie, że jedynie poeta potrafi przetłumaczyć drugiego poetę z innego języka, uczynić, aby było jak najmniej lost in translation. Przywołał pan moją poetycką Ciszę. Ciszę bez słowa, opozycyjną względem języka. Są poeci, którzy znakomicie "mówią" ciszą: Cyprian Norwid, Tadeusz Różewicz, Anna Kamieńska, Emily Dickinson... Ale jest też coś - mam takie przeczucie - co domaga się jeszcze innego sposobu artykułowania. Nie wystarczy ani słowo, ani milczenie. W jednym z wierszy napisałem: "między wieżą Babel a świątynią Ciszy / leży nieznana Kraina / nie potrafię jej nazwać / ani przemilczeć". Co zrobić z ową "nieznaną Krainą"? Mamy tutaj do czynienia z dramatem nie tylko epistemologicznym, ale i egzystencjalnym. Chyba musimy zadowolić się samym uświadomieniem takiego stanu rzeczy. I koniec. Podobnie jak z problemem Formy, tak nam wyeksplikowanej przez Gombrowicza, a z której wydostać się niepodobna. Jeszcze wracając do kwestii: poeta jako krytyk literacki. Oczywiście uprawianie poezji pomaga w pisaniu o niej, ale nie na zasadzie sine qua non. Są zarówno znakomici krytycy, którzy byli jednocześnie poetami: Eliot, Jacek Łukasiewicz, ale i są świetni tacy, którzy sami nie parali się poezją: Jan Błoński, Tomasz Burek, Jerzy Kwiatkowski.

Wydawca zdecydował o włączeniu do książki krótkiego, ale niezwykle treściwego szkicu Wojciecha Kudyby Codzienność czytania albo czytanie codzienności. Przytoczę fragment: "Chodzi wszak Sikorze o "życie bez karnawału" - o prywatność pozbawioną stylizacji i retuszu, prywatność zwyczajną: szarą, codzienną, niefotogeniczną. To ona jest mu bliska najbardziej. Bliskość, dotykalność jest jej najważniejszą zaletą". To prawda. Ale skoro ksiądz przywołał Czarodziejską górę Manna, to przyszedł mi do głowy Pieter Peeperkorn, który przynajmniej na jakiś czas zawładnął duszą Hansa Castorpa. Ten ostatni, zmęczony pedagogicznymi zabiegami Settembriniego i Naphty, zawierzył holenderskiemu plantatorowi kawy. Castorp uczestniczy więc w wystawnych ucztach, które organizuje i opłaca Peeperkorn. Według niego doznawanie przyjemności powinno być jedynym celem człowieka. Życie nie jest jednak karnawałem. Zastanawiające, że zarówno Naphta, jak i Peeperkorn kończą samobójstwem. Karnawał to zapomnienie, udawanie, przybieranie różnych masek. Castorp dość szybko to zrozumiał. Poeci, o których ksiądz pisze, też.

Wiem, że jest pan entuzjastą Czarodziejskiej góry. Również i mnie ona od dawna fascynuje. Podchodzę do niej i się oddalam, ale wracam. Chyba w pełni jeszcze się na nią nie wspiąłem. Pocieszam się, i zarazem usprawiedliwiam, że to z powodu jej wielkości, a nie mojego ślamazarstwa. A może jednak mój sprzęt wspinaczkowy niedomaga? Może nazbyt się asekuruję albo idę na oślep? Nie wiem. Castorp, Settembrini, Naphta, Peeperkorn... wędrują w moich myślach, wyobraźni, a pewnie i po części - świadomie, podświadomie? - w życiowych decyzjach i wyborach. A także w twórczości. Przed równo dwudziestu laty w zbiorze małej prozy zatytułowanym Pęknięte lustro zamieściłem tekst Konfiguracja losu, który rozpoczyna się słowami: "Zamieszkałem u stóp Wielkiej Góry. Nie była Czarodziejską Górą, ale mimo wszystko wyjątkową. Wspinałem się na nią codziennie...". Patrzę, jak inni - w rozmaitych realizacjach artystycznych, intelektualnych - odnoszą się do bohaterów utworu Manna i ich przepisów na życie. Wykorzystuję również w pracy akademickiej. Na przykład na wykładzie o Nowej Fali przywołuję Zmieniony głos Settembriniego Stanisława Barańczaka jako ważny tekst pokoleniowy nowofalowców. Interpretując, zapraszam do dyskusji, polemiki. Wspomniany Settembrini miał rozum jak brzytwa, podobnie Naphta. Intelekt to narzędzie potrzebne w życiu, ale stosowane w nadmiarze - jako panaceum - staje się niebezpieczne. Skalpel rozumu może zranić, a nawet zabić. Słusznie przywołał pan jeszcze Peeperkorna. Zaufał on zmysłom, emocjom i uczuciu. Jego życiowa dewiza brzmiała: najważniejsza jest przyjemność. Ale okazuje się, że do czasu - dopóki ma się dobre zdrowie i sprawne ciało. Natomiast kiedy tego zabraknie, a życiowe menu dalej takie samo, można przegrać. Jedynym wyjściem staje się popełnienie samobójstwa. Zresztą czy wyjściem? Czy nie spotkaniem się ze ścianą? Mann w Czarodziejskiej górze ostrzega nas przed skrajnościami. Kieruje ku arystotelejskiej regule "złotego środka". Hans Castorp wprawdzie próbuje różnych pomysłów na życie, podsuwanych mu jak na tacy przez mentorów, ale całkowicie się nie zatraca. W ostatecznym rozrachunku ma mniejszy lub większy dystans. Podejrzewam, że mój kot Diego (przywołuję go w Życiu bez karnawału jako asystenta w trakcie zajęć zdalnych ze studentami polonistyki) czytał Czarodziejską górę. Może nocą jak ja spałem? Widzi przecież w ciemności, a książka znajduje się w pierwszym rzędzie na półce w domowej bibliotece. Znalazłem ślady sierści. Dlaczego zaszczytnie posądzam go o lekturę? Dlatego że nieraz pracując razem ze mną przy komputerze, uderza łapką w klawisze, patrzy mi prosto w oczy, z których czytam: "Przestań ciągle wypisywać uczone dyrdymały, odpocznij, pomiziaj mnie chociaż trochę, dotknij mojej sierści, a potem pisz dalej". I te uwagi czworonoga najinteligentniejszej rasy maine coon staram się brać do serca i umieszczać w swojej relacji do świata. Podobnie czynią chyba poeci w Życiu bez karnawału. To znaczy, starają się być przede wszystkim autentyczni. Nie udawać, nie nakładać masek, nie gubić się w pustym, rozrechotanym śmiechu. Słuchać ciała, serca i umysłu, ale się nie zatracać w tym słuchaniu.

O LITERATURZE

El conde Witoldo

Jadwiga Clea Moreno-Szypowska

Pau Freixa Terradas

Witoldo wyobrażony

Recepcja twórczości Witolda Gombrowicza w Argentynie i obraz pisarza w argentyńskim imaginarium kulturowym

przeł. z katal. Adriana Sara Jastrzębska

Warszawa: Instytut Badań Literackich PAN

302 s. ; 21 cm

(Badania Polonistyczne za Granicą ; t. 20)

Gombrowicz na dwadzieścia cztery lata zapodział się w Argentynie i tam napisał najważniejsze dzieła. W 1939 roku na zaproszenie Ministerstwa Przemysłu i Handlu wsiadł na statek Chrobry, by uczestniczyć w inauguracyjnym rejsie. Może przeszkadzał swoją niefrasobliwością, irytował i nie pasował do świata polskiej kultury II RP i trzeba było coś zrobić z tym "dzikusem"?

Wyjazd okazał się opatrznościowy. Gombrowicz umknął wojnie. Przez dalsze życie na emigracji pozostał chłystkiem, zachował młodość, z którą w sierpniu 1939 zszedł na ląd z polskiego transatlantyku. Jak wyznaje Rita Gombrowicz, jej mąż chełpił się tym, że nigdy nie wydoroślał: był albo młody, albo - kiedy powrócił na Stary Kontynent - zaraził się jego starością i od razu został człowiekiem leciwym. W Argentynie zachowywał się jak źrebak. Zieleń południowego kraju i młodzieńczość mieszkańców spotęgowały lekkość i świeżość emigranta, odciskając piętno na jego osobowości i sztuce. Upojony eliksirem młodości pozostał trzpiotem igrającym z wszelkimi konwenansami. Ten nieokiełznany mustang (bądź raczej bagual z Patagonii) nigdy nie pozwalał założyć sobie wędzidła. Gnał pełnią swojej osobowości po niczym nieograniczonej pampie Mundus Novus, zachwycając młodych artystów, którzy uczynili z niego idola, przeciwstawiając go kręgowi szacownych twórców związanych z wydawnictwem "Sur", zapatrzonych w Mundus Altus. Gombrowicz, zamiast ulegać europejskim tendencjom wyznaczanym przez Paryż - które deklarowały obalenie dawnych (wyższych) wartości, lecz ciągle w nich tkwiły - kierował spojrzenie ku niższym. Odwracając tradycję, chciał by - paradoksalnie - wyższe klęczało przed niższym, tak by niższość tworzyła wyższość. Apelował, by niższość dopuściła się gwałtu na wyższości, co od razu podchwycili młodzi, czyniąc z niego ikonę kontrkultury. Ekscentryczna postać cudzoziemskiego artysty jednych odpychała, a drugich przyciągała. Gombrowicz pozostawał obcy z wyboru. Stał się jednak dla Argentyńczyków pisarzem mówiącym o ich własnej kondycji. Pod frazesami dotyczącymi Polski odczytywali tekst o Argentynie. Wydawać by się mogło, że niewiele jest podobieństw między tymi dwoma krajami. Polski pisarz wyodrębnił jedną cechę, którą jego północna ojczyzna odrzucała, a południowa przyjmowała. Była to młodość. Polacy, miast tworzyć "Młodą Polskę" otwierającą drogę na nowe zdefiniowanie siebie, utwierdzali się w sienkiewiczowskiej wizji ojczyzny z czasów I Rzeczypospolitej i pielęgnowali typ Polaka, który podąża za dźwiękiem wieszczej liry Mickiewicza. Argentyńczycy, świadomi swej kulturowej małoletności, działali w imię Nowej Argentyny i w ferworze autokonstrukcji ogłaszali klasykiem literatury współczesnego im pisarza, Jorge Luisa Borgesa. Ta młodzieńcza zbieżność pozwalała Argentyńczykom postrzegać Gombrowicza jako część motoru przyspieszającego samouświadomienie narodowe. Kto mógł ich lepiej i "obiektywniej" opisać, jeśli nie ów intelektualny przybysz, zawsze wykładający kawę (a może mate) na ławę, nie zważając na to, czy kogoś obrazi. Cudzoziemiec spoglądający spod oka na kraj, który go przyjął, goszcząc go nie jak arystokratę krwi lub pióra, lecz jak zwykłego emigranta.

Szły słuchy, że gdzieś daleko, w państwie o egzotycznej nazwie Polonia, kiedyś wydał jakieś pisemka, a teraz regularnie publikował dla paryskiej "Kultury", co go uprawniało do tytułowania siebie pisarzem. Mimo wszelkich starań Gombrowicz w Argentynie do końca pozostał anonimowym literatem. Zaistniał jako malownicza postać otoczona barwną legendą. Olśniewająca osobowość przyćmiła twórczość. Ta kalejdoskopowa recepcja zostaje w książce Witoldo wyobrażony przedstawiona w sposób przystępny - a zarazem skrupulatny - przez polonistę i literaturoznawcę Pau Freixę Terradasa.

Gombrowicz - w swojej legendzie - to el conde polaco (hiszp. polski hrabia), który nosi kapelusz, pali fajkę i gra w szachy w Café Rex, gdzie wieczorami przeprowadza niezwykły eksperyment translatorski. Polak, który nie znał dobrze docelowego języka, przekładał Ferdydurke w domu na hiszpański (opierając się na francuskiej wersji), po czym zanosił tekst do kawiarni, gdzie wspólnymi siłami literatów i kelnerów nadawano mu ostateczną wersję, często tak różną od polskiego oryginału, że niektórzy badacze uważają ją za osobne dzieło. Inny element legendy to zaciekła walka między Gombrowiczem a Borgesem. Nie znosili się i każde spotkanie kończyło się jakąś prowokacją ze strony Polaka. Najbardziej znaną anegdotą (choć nieprawdziwą) jest ta, która opowiada, że kiedy polski pisarz wsiadał na statek do Europy, zapytany o przyszłość literatury argentyńskiej, odkrzyknął z pokładu: "Zabijcie Borgesa!". To wszystko stało się pożywką dla recepcji Gombrowicza, który swoją barwą zamalował tak starannie własną twórczość, że jest ona po dziś dzień ledwie dostrzegalna. Postać przerosła sztukę. Dopiero wystawienie w 1963 roku w Paryżu Ślubu w reżyserii Argentyńczyka Jorge Lavelliego otworzyło mu drzwi do niecierpianego przezeń teatru. I tak, trochę na przekór autorowi, obok rozpoznawalnego polskiego jaśnie pana stanął podziwiany geniusz teatralny - Witold Gombrowicz. Jednakże dopiero po swojej śmierci el conde Witoldo zaistniał jako el escritor polaco-argentino (hiszp. pisarz polsko-argentyński). Stało się to za sprawą Ricarda Piglii, który nazwał go najlepszym argentyńskim pisarzem XX wieku, proponując narodową lekturę jego twórczości. Późniejsi hermeneuci podchwycili tę interpretację.

Według Freixy Terradasa są trzy formy recepcji Gombrowicza w Argentynie. Pierwsza skupia się na życiu el conde Witoldo, niezwykłej postaci stanowiącej świetny materiał dla powieści czy filmów. Druga to wystawianie sztuk teatralnych Polaka, uznanego za jednego z najważniejszych dramaturgów XX wieku. Trzecia opiera się na lekturze, głównie Dziennika argentyńskiego, specjalnie spreparowanego rok przed śmiercią autora z myślą o czytelnikach z jego przybranej ojczyzny. W niej Gombrowicz jawi się jako obcojęzyczny argentyński pisarz przedstawiający i kreujący wizerunek Argentyny.

Te trzy odbiory przeważają jeszcze w XXI wieku, choć coraz częściej pojawiają się badacze, którzy sięgają po spuściznę literacką Gombrowicza bez interpretacyjnych naleciałości, chcąc zaoferować świeższe (chciałoby się rzec młodsze, nowsze, zieleńsze) nie tyle spojrzenie na postać, co odczytanie jego twórczości jako część literatury światowej. Dzięki temu zaczyna się mówić więcej o jego sztuce niż o osobie czy też koncepcji. Zapał, z jakim Gombrowicz zdumiewał - tak innych, jak i samego siebie - nadal wpływa na neutralną recepcję jego twórczości. Stąd też "Witoldo wyobrażony" staje się ofiarą własnych popędów bałwochwalczych, czego przykładem jest recenzowana książka.

POEZJA

Błyski świadomości

Jarosław Petrowicz

Równo z prawej

Antologia polskiego poematu prozą

red. Jakub Kornhauser ; Zofia Baładyga et al.

Poznań: Wydaw. Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury, 2022

162 s. ; 21 cm

(Biblioteka Poezji Współczesnej ; t. 263)

Istnieje taki gatunek literacki, w który wpisana jest sprzeczność. Nazywa się: poemat prozą. Refleksyjne lub osobiste utwory charakteryzuje zwarta i wyrazista kompozycja. Bywa, że są rytmizowane. Rozluźnione rygory formy wierszowej każą doszukiwać się poetyckości przede wszystkim w semantycznej organizacji wypowiedzi.

Poetyckość nie musi zawierać się w wersach. Warstwa leksykalna, dobór słownictwa, bogactwo metaforyki i środków poetyckich służą obrazowości i wyrazistości stylistycznej wypowiedzi. Samo zdefiniowanie cech charakterystycznych i dystynktywnych poematu prozą sprawia kłopoty. Mówi się o przekładzie na formę literacką aktów świadomości. Poemat prozą wymaga kondensacji, zakłada pewien rodzaj redukcji, zwartej kompozycji, gdyż momentalność i organiczna jednolitość to jej cechy konstytutywne.

Poematy prozą mogą mylić się z prozą poetycką, która też korzysta z bogactwa środków językowych, zagęszcza je, stosuje rytmizację, jednak zawiera motywy fabularne. Tu przykładem są Mickiewiczowskie Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego czy Duma o hetmanie Stefana Żeromskiego. Do najsłynniejszych poematów prozą należą utwory składające się na tom Paryski spleen Charles'a Baudelaire'a. Z gatunkiem literackim kojarzą się takie nazwiska jak: Aloysius Bertrand, Arthur Rimbaud, Max Jacob. W literaturze polskiej, myśląc o tym gatunku, należy wymienić Annę Świrszczyńską, Jana Brzękowskiego, Julię Hartwig, Zbigniewa Herberta, Krystynę Miłobędzką, ale lista autorów poematów prozą jest znacznie dłuższa, co uświadamia antologia Równo z prawej.

Dobrze się stało, że Jakub Kornhauser przypomina i upomina się o ten gatunek literacki. W krótkim wstępie wskazuje na to, że poemat prozą wiedzie w polskiej literaturze żywot utajony. Wymienia różne warianty poematu prozą, na przykład reportersko-nomadyczny, anegdotyczno-baśniowy, miejsko-geometryczny, zapis automatyczny i hasłowo-encyklopedyczny. Zwraca uwagę na różnorodność tej formy, a jego książka z całą pewnością tę rozmaitość obrazuje, przekonuje też o tym, że gatunek ten stanowi "laboratorium form, poręczne narzędzie dla wszystkich eksperymentatorów oraz tych, którzy stracili wiarę w możliwość prowadzenia wielkich narracji triumfu samoświadomych podmiotów". Kornhauser porównuje blokową budowę poematu z blokiem marmolady, poemat jest cięty równo z lewej i z prawej strony. Stąd tytuł antologii. Znaczenia kumulują się w takim tekście w sposób linearny, tak jak w prozie, ale i tu pojawiają się problemy - bo poemat prozą wyrzeka się czasem logiki przyczynowo-skutkowej, korzysta z heterogeniczności gatunkowej i językowej, grzęźnie w paradoksach i obiecuje wiele sensów.

Zamieszczone w zbiorze utwory pochodzą z przestrzeni stulecia. Pierwsze teksty to utwory Aleksandra Wata i Juliana Tuwima z publikacji z początku lat dwudziestych, ostatnie Zofii Bałdygi, Zuzanny Bartoszek, Żanety Gorzkiej, Konrada Góry, Barbary Klickiej, Małgorzaty Lebdy, Macieja Meleckiego i Marcina Pierzchlińskiego z książek wydanych w 2021 roku. Najmocniejszą reprezentację pod względem ilościowym mają teksty z lat ostatnich. Książka jako całość nie kieruje się jednak porządkiem chronologicznym. Antologista pogrupował utwory tematycznie w jedenastu rozdziałach. Gromadzą się one wokół zagadnień mówiących kolejno: o życiu, dzieciństwie, emocjach, miejscach, odchodzeniu i śmierci, o lesie, mieście, grzechach, snach i Polsce. Przy czym owe tematy mają charakter orientacyjny, bywają pretekstem do refleksji i wielorakich odkryć. W obrębie rozdziałów zastosowano chronologię.

W sumie Kornhauser zamieścił w tomie dziewięćdziesiąt pięć tekstów siedemdziesięciu sześciu autorów. A zatem większość twórców reprezentowana jest tylko przez jeden tekst. Najwięcej - pięć utworów - należy do Zbigniewa Herberta, po trzy do Anny Świrszczyńskiej, Krystyny Miłobędzkiej, Mirona Białoszewskiego i Andrzeja Sosnowskiego, po dwa do Barbary Klickiej, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Debory Vogel, Adama Kaczanowskiego, Jakuba Kornhausera, Tadeusza Różewicza i Aleksandra Wata.

No i tu pojawiają się - tak jak zresztą to bywa przy antologiach - pierwsze pytania. Julia Hartwig - tylko jeden utwór? Mniej od Kaczanowskiego, Klickiej, Kornhausera? No z drugiej strony tyle samo mają Czesław Miłosz i Wisława Szymborska, Halina Poświatowska i Adriana Szymańska - też tylko po jednym tekście. A gdzie Międzyrzecki? Nie ma Iwaszkiewicza z jego Kasydami? A Andrzej Trzebiński i Zdzisław Stroiński? Poematy prozą bywają układane w cykle, co zdradzają nawet niektóre teksty w antologii zamieszczone, opatrzone cyframi. Myślę, że w niektórych wypadkach wyrywanie utworów z pierwotnego kontekstu nie służy im, pozbawia je ważnych sensów. A poematy prozą lubią występować w grupach, stanowiących "naturalne otoczenie". Uważam, że niektóre teksty w ogóle nie mogą funkcjonować jako odrębna całość, gdyż powiązania z innymi częściami (np. Legenda aurea Tuwima) są zbyt mocne, by je rozrywać. W tym względzie ten zbiór nie wydaje mi się reprezentatywny.

Natomiast do zalet książki należy ukazanie wachlarza możliwości gatunku. Należą do nich: zdolność wychodzenia poza utrwalone konwencje, zasady czy podziały literackie; naruszanie tradycyjnych rozróżnień na liryczne, narracyjne i eseistyczne; odkrywanie potencjału niezużytych form wyrazu, mogących odświeżyć polską poezję; konfrontacja podmiotu z rzeczami i sytuacjami, przyjmująca rozmaite i zindywidualizowane kształty; dramatyzacja spotkania świadomości ze światem.

W sąsiedztwie lapidarności i doskonałej prostoty Zbigniewa Herberta, dyskretnego liryzmu Anny Świrszczyńskiej czy filozoficznych dociekań nad naturą związków pomiędzy różnymi zagęszczeniami bytu Krystyny Miłobędzkiej niektóre teksty młodszych twórców wydają się bardziej bezpośrednie, dosadne czy wręcz wulgarne. Może to znak czasu? Poeci wiedzą, że poemat prozą odżegnuje się od powagi ostateczności, ale konsekwencją bywa to, że błyski świadomości bezpowrotnie mogą zniknąć. Forma niedoceniona przez krytyków, niezauważana, traktowana jako margines właściwej twórczości zdaje się przeżywać dobry czas i domaga się poprzez książkę skomponowaną przez Kornhausera większej uwagi. Można ją podczytywać "na wyrywki", można też przeczytać od deski do deski - wtedy z książki wyłoni się rozpadający się na kawałki obraz rzeczywistości, którego nijak nie można scalić.

LITERATURA POPULARNA

Kobieta samotna

Agata Koss-Dybała

Jędrzej Pasierski

Martwy klif

Wołowiec: "Czarne", 2023

271 s. ; 21 cm. - (Komisarz Nina Warwiłow ; 6)

Są tacy, którzy pracują cały czas. Nie dla nich urlop ani relaks. Nazywa się ich pracoholikami. Ja wolę o nich mówić jako o ludziach zdefiniowanych przez wykonywany zawód. Jakby ów zawód był najważniejszą częścią ich osobowości. A jak wiadomo, leczenie dysfunkcji osobowości jest bardzo trudne, jeśli w ogóle możliwe.

Nina Warwiłow, bohaterka serii kryminałów Jędrzeja Pasierskiego, niewątpliwie należy do takiej kategorii. Nie tylko rozwiązuje wszystkie zagadki, co czyni ją gwiazdą polskiej policji, na której sprawach uczą się adepci rzemiosła. Ona zawsze trafia tam, gdzie dzieje się zbrodnia, niektórzy nawet przypuszczają, że "niesie śmierć". Tak jest w najnowszej, szóstej powieści serii, zatytułowanej Martwy klif. Pasierski posyła Ninę na urlop. Ale ten stan sama bohaterka podaje w wątpliwość, nie wierząc, że umie odpoczywać. I słusznie. Trafia w sam środek zbrodni. W małej miejscowości w północno-zachodniej Polsce grasuje seryjny morderca. Warwiłow, choć początkowo niechętnie, wchodzi do gry. Terapeutyczne działanie sielskich krajobrazów Zalewu Szczecińskiego, klifów i lasów, czas odmierzany posiłkami i spacerami, rozkosze lektury pozostają w strefie planów. Policjantka znowu jest polskim, żeńskim odpowiednikiem Herkulesa Poirota, zanurza się w świat dedukcji i - czego udało się unikać sławnemu Belgowi - świat walki, również tej fizycznej. Ale Nina na wszystko jest przygotowana: instynkt, błyskotliwy intelekt oraz wytrenowane długimi spacerami i codziennym bieganiem ciało pozwalają wygrać i tym razem. Nie tylko fizyczna sprawność Niny odróżnia ją od Herkulesa Poirota. Agatha Christie obdarowała nas postacią, o której historii prawie nic nie wiemy. Tymczasem Pasierski w kolejnych książkach odkrywa przed nami frapującą historię Niny, w połowie Rosjanki. Pozwala nam także poznać skomplikowaną naturę Niny, która walczy ze swoją "osobowością" i nadaremno szuka partnera życiowego. Jej - kobiety bardzo atrakcyjnej fizycznie - przeznaczeniem jest samotność. Dlaczego? Można powiedzieć, że trudno wytrzymać z człowiekiem, na którego trzeba tylko czekać. Nawet córka Niny, Mila, zwyczajowo wita ją słowami "czekałam na ciebie". Ale to dziecko, a dzieci potrafią kochać bezwarunkowo. Ja jednak wolę inną odpowiedź, bardziej metaforyczną, którą znalazłam w Martwym klifie. Czy wiedzą Państwo, z jakiego drewna starożytni mieszkańcy północno-zachodniego skrawka współczesnej Polski, na poły wojowie, na poły bandyci, robili łuki? Z drewna smaganych wiatrami samotnych cisów, które nabierały niezwykłej siły, niedostępnej tym rosnącym w grupie.

Jeszcze jedna uwaga na marginesie słów o Ninie Warwiłow, która - przypomnę - ma status gwiazdy policji. Pasierski dołącza do dyskusji o roli kobiet w polskiej policji, co jest wątkiem pojawiającym się już wcześniej w polskim kryminale. To głos zdecydowanie feministyczny. Jej "tymczasowy", lokalny partner nazywa się Szymon Kacperski, który z Poznania trafia z własnej woli na prowincję. Nie muszę chyba pisać, kto nadaje ton temu śledztwu. Jedna z głównych różnic między nimi jest taka, że Nina szybko adaptuje się w nowym środowisku, rozumie genius loci. Tu warto zauważyć, że w ten sposób Pasierski znalazł bardzo inteligentny sposób opisywania miejsca akcji powieści. W poprzednich książkach, prowadzeni przez Ninę, odkrywaliśmy warszawską Pragę czy Beskid Niski. W Martwym klifie poznajemy specyfikę wysp Uznam i Wolin. Znakiem szczególnym tego skrawka Polski jest to, że po wojnie tworzyły one swoisty Dziki Zachód, gdzie ciągnęli wszyscy, którzy chcieli zapomnieć o swojej przeszłości, zacząć życie od początku, z czystą kartą. Czy jednak można wymazać przeszłość? Na pewno nie można bez niej tworzyć przyszłości. Jak Nina szybko odkrywa, lokalsi pasjonują się nie tyle poznawaniem historii miejsca, które wybrali do życia, ile tworzeniem i umacnianiem mitów dotyczących tej ziemi, mitów mniej lub bardziej odległych w czasie. Nina także wie, że przeszłość determinuje losy ludzi, że nie da się wymazać pamięci rodziców, dzieciństwa czy doznanych w młodości krzywd. Martwy klif jest opowieścią o konieczności dokonywania rozliczeń z przeszłością. I jeśli mogę sobie czegoś życzyć w kolejnych powieściach Pasierskiego, to zderzenia wątku pochodzenia Niny z obecną sytuacją relacji polsko-rosyjskich. Ale wracając do Kasperskiego, jemu wniknięcie w nowe środowisko zajmuje dużo więcej czasu i nie jest takie bezwarunkowe. On nie czyta tubylców jak otwartą książkę, on poszukuje różnic pomiędzy tymi, których znał a tymi, których poznaje. Warto dodać, że trzecioosobowa narracja prowadzona jest albo z punktu widzenia Niny, albo Szymona, a język powieści przemyślany i staranny. Narracja pełna krótkich zdań lub równoważników nawiązujących do języka rozmowy, a nie opisu sprawia wrażenie, że czytelnik słyszy opowieści jednego z pary policjantów.

Agatha Christie byłaby zadowolona z twórcy tak dobrego kryminału jak Martwy klif, można powiedzieć swojego "późnego wnuka". Swego czasu usłyszałam opinię, która mnie, nie ukrywam, nieco zbulwersowała. Otóż padło stwierdzenie, że udział kryminału w polskim współczesnym kryminale jest stosunkowo niewielki, że w większości dobrych powieści osnowa kryminalna "obudowana jest" wątkami psychologicznymi czy socjologicznymi, które stają się wobec niej co najmniej równorzędne, jeśli nie ważniejsze. Znam czytelników - i do nich się zaliczam - dla których jest to zaleta, nie wada. Stąd moje oburzenie. Wydawało mi się, że dobry kryminał powinien właśnie być wielowarstwowy, że zbrodnia jest tylko jednym z tematów frapującej opowieści. Czas jednak weryfikuje niektóre sądy. Poznawałam twórczość Jędrzeja Pasierskiego i obserwowałam, jak dojrzewa pisarz, który konsekwentnie powtarza, że w kryminale najważniejszy jest... kryminał właśnie, wszystko inne może być atrakcyjnym, ale dodatkiem. Martwy klif, podobnie jak poprzednie książki serii, jest opowieścią o zbrodni przede wszystkim. Ale tutaj bardzo ważna uwaga. W Martwym klifie trup ścieli się gęsto (jak to w opowieści o seryjnym zabójcy). Akcja zaczyna się od momentu znalezienia trzeciego ciała. I nie jest ono ostatnie. Nie ma tu jednak brutalnych opisów, a informacje o kolejnych morderstwach, i owszem, budzą grozę, ale z powodu rosnącego napięcia i pytań nie tyle o to, jaki będzie wynik, ale czy Ninie uda się wyjść ze starcia z mordercą bez szwanku. To pytanie angażuje tak bardzo, bo świat bez Niny Warwiłow byłby i mniej ciekawy, i mniej bezpieczny. Pasierski obdarował nas polską wersją Herkulesa Poirota z wartością dodaną. Dał bohaterce historię, która, podobnie jak jej osobowość, intryguje i budzi emocje. To bardzo ociepla postać Niny, mimo że jej osobowość jest dysfunkcyjna. Takie kobiety czasami bywają samotne.

FILOZOFIA | KULTURA

Pustynia to stan ducha

ks. Jan Sochoń

Bartosz Jastrzębski, Jerzy Jastrzębski

Samotność i wspólnota

Czyli sztuka życia w późnej starożytności

(teoria i praktyka I-V wieku)

Kraków: TAiWPN "Universitas", 2022

442 s. ; 24 cm

Książkę Samotność i wspólnota cechuje rzadko wśród uczonych spotykana ostrożność interpretacyjna. Nie dziwi to wszakże, gdyż dotyczy ona wczesnochrześcijańskiej rzeczywistości przesyconej "emocjami konfesyjnymi", budującej dopiero swój doktrynalny kościec.

Jej autorzy, Jerzy Jastrzębski - ojciec i Bartosz Jastrzębski - syn, przynależą do generacji pisarzy niebywale wrażliwych na głosy tradycji, zwłaszcza tej o religijnym zabarwieniu. Przekonani są bowiem o jej źródłowym wpływie na kształt całej zachodniej cywilizacji, nie wyłączając czasów współczesnych. A w niej szczególną uwagę kierują na "epidemię pustelnictwa", która opanowała pewne kręgi społeczne pomiędzy (w szczytowym momencie) III a VII wiekiem po Chrystusie. Przywołane pojęcie "epidemii" ma nie tylko charakter ironiczny, wskazuje bowiem na niebywały rozwój różnych form religijnie pojętego odosobnienia, które stało się konstytutywną częścią życia zbiorowego w fundacyjnych wiekach chrześcijaństwa, nie tylko zresztą w Europie. Jego praktykujących zwolenników nazywamy w ogólności Ojcami Pustyni.

Dlaczego tak się stało, jakie czynniki osobiste, wierzeniowe, wynikające z układu sił społeczno-politycznych, napięć pomiędzy cesarstwem a zwolennikami ideałów pustelniczych, rozrostu cezaropapizmu, a może jeszcze inne, skłaniały mężczyzn, rzadziej kobiety, do porzucania zbiorowości i udania się na pustkowia, by próbować w sposób nieraz trudny dzisiaj do wyobrażenia ogołacać się ascetycznie w celu kontemplatywnej więzi z Bogiem? Odpowiedź jest niebywale trudna. Mimo że dysponujemy znaczną liczbą "wielkich tekstów monastycznych" w rodzaju Żywotu Antoniego, pewnymi danymi archeologicznymi, to jednak najgłębsze motywy radykalnego zerwania ze światem nadal muszą pozostawać w sferze naukowych domysłów. Warto jednak dalej dociekać owych przyczyn, także dlatego, że mogą one rozjaśnić fakt dosyć szybkiego zaniku skrajnego odsuwania się od wspólnoty na rzecz różnego typu cenobityzmu, czyli mieszanego modelu łączącego samotność i wspólnotę, co praktyka historyczna szybko potwierdziła, zgodnie zresztą z Biblią, na której kartach nie odnajdujemy specjalnych zachęt do trwałego oddzielania się od zbiorowości.

Autorzy prezentowanego studium podjęli wysiłek, żeby ponownie spojrzeć na uwarunkowania, strukturę, rozwój, plan wyznaniowy - swoistą teologię, jak też głównych projektodawców ruchu monastycznego. Nad ich interpretacjami unosi się duch zasadniczych metodologii, jakie zaproponowali w swoich pracach Ewa Wipszycka, ks. Marek Starowieyski oraz Ryszard Przybylski. Nie zawsze są one ze sobą zgodne, niekiedy znacznie odbiegają od siebie, lecz klarownie wyznaczają horyzont możliwości badawczych. Przy tym Jastrzębscy ujawniają własne odczytania omawianych kwestii, nie boją się ryzykownych pomysłów, wychodząc z założenia, że autorytetu z długotrwałości tradycji nie należy z góry odrzucać, raczej powinno się mu zaufać.

Ich monografia ma charakter filozoficzno-kulturoznawczy i poprzez wydarzenia minione chce mówić o nas, współczesnych. Eseiści tropią wspólne znaki wrażliwości zaistniałe w pierwszych wiekach kultury religijnej oraz we współczesności, chociażby to, że obecnie chrześcijanie stanowią mniejszość w wielu krajach Europy (Francja, Holandia), prowadząc aktywność kościelną w otoczeniu nieprzychylnej im na ogół kultury ateistycznej, obojętnej religijnie, a nawet pogańskiej. W związku z tym stale odżywa problem relacji jednostki do wspólnoty, uwikłany w najróżniejsze teorie filozoficzne bądź socjologiczne, powiązane z oddziaływaniem wpływowych środowisk medialnych. Wskazanej kwestii Jastrzębscy poświęcają uwagę w początkowych fragmentach opracowania. Co mianowicie jest "pierwsze": jednostka czy grupa? Czy wytrzymuje próbę czasu wybór samotnej egzystencji, skoro człowiek z natury jest "kimś społecznym", "kimś politycznym", ukierunkowanym na bycie z innymi? A jeżeli już wybiera życie poza murami miasta, to w imię jakich wartości, jakich postaw i nadziei?

Literatura poświęcona odpowiedziom na powyższe pytania jest niemal nie do ogarnięcia, pełna domniemań i sprzecznych propozycji. Jastrzębskich interesuje, jak sami zaznaczają, odrębna perspektywa. W jej horyzoncie stawiają tezę, że nawet w najbardziej radykalnej formie monachizm czerpał swoją wizję "dobrego życia" z filozoficznej tradycji grecko-rzymskiej, a szczególnie z propozycji późnego Cesarstwa Rzymskiego. Chodziło w niej nie tyle o treści ściśle metafizyczne będące wynikiem namysłu teoretycznego (theoria), ile raczej o porządek praktyczny: jak żyć, by osiągnąć szczęście na podobieństwo bogów? Czy odgrodzić się od zewnętrzności, skupiając się na sferze prywatności, a może umniejszać codzienne potrzeby albo z obojętnością znosić kaprysy losu, nie wyłączając z tej gamy ewentualności godne i świadome samobójstwo?

Autorzy śledzą związki myśli późnego platonizmu, szkół hellenistycznych i rzymskich z rodzącą się powoli zasadą chrześcijańską, styl refleksji pustelniczej konfrontując z ówczesną filozofią i pisarstwem twórców pogańskich, akceptując ważne prawo hermeneutyczne o istnieniu ciągłości kulturowej, której nie niweczą wyjątkowo rewolucyjne odkrycia. Nadto zastanawiają się nad związkami i rozbieżnościami pomiędzy chrześcijańską a pogańską wizją życia i szczęścia, twierdząc, że chrześcijaństwo narodziło się wtedy, kiedy ewidentnie trafiło do świadomości Hellenów i Rzymian, a zwolennicy nauk Chrystusa zdołali je wypowiedzieć w języku zrozumiałym dla współczesnej sobie kultury, przesyconej dogłębnie pierwiastkami neoplatońskimi.

Ojcowie Pustyni, pochodzący z różnych warstw społecznych, żywo reagowali na wspomniane procesy cywilizacyjne, korzystali (także za pomocą ustnego przekazu) z nazewnictwa wypracowywanego w toczonych wtedy polemikach i dyskusjach. Dzięki temu zdobywali coraz mocniejszy grunt pod własne wybory życia samotniczego, a zarazem zyskiwali głębsze przekonanie o konieczności pozostawania w pewnych relacjach ze wspólnotą. Powstałe w takiej sytuacji napięcie nigdy nie znikło z krajobrazów obyczajowości religijnej, a i obecnie bywa nieraz podnoszone.

Uzasadnieniem zgłoszonej wyżej tezy zdaje się struktura eseistyki Jastrzębskich. Jej pierwsza część to panorama wczesnych epok, w których formowała się dogmatyka i światoobraz chrześcijaństwa, a więc idee i treści fundujące światopogląd pustelniczy, klasztorny, szerzej chrześcijański. Tutaj autorski język dąży do jak największej dyscypliny, filologicznej sprawności, precyzji i finezji w ujmowaniu analizowanej problematyki. Zapytanie o samotność jako taką, o jej rolę w budowaniu ludzkiej osobowości i w związku z tym, czy pustyni należy poszukiwać w samym sobie, czy wiązać się z szansami niesionymi przez wspólne życie z innymi mnichami, coraz bardziej przechylało się w stronę półpustelnictwa i aktywności klasztornej, nie tylko ze względów materialnych, potrzeby bezpieczeństwa, z wpływów rosnącego w siłę Kościoła, lecz dodatkowo ze względu na zmiany w pojmowaniu człowieka, Boga, świata, świętości i procedury zbawienia. Wiele tutaj różnych poglądów, znoszących się opinii, o których barwnie i z dozą badawczego umiaru opowiadają Jastrzębscy. Podejmują problemy zarysowujące kobierzec egzystencji poświęconej całkowicie Bogu, na przykład: stosunek ludzi do anachoretów, doświadczenia eremickich kobiet, rozwój systemu opieki nad chorymi, "białe męczeństwo", zdrowie i choroba, pogrzeb i śmierć.

Drugą część stanowią przedstawienia postaci ważnych w tamtych epokach, które naznaczyły je swą filozoficzno-teologiczną wrażliwością i twórczym geniuszem (Marek Aureliusz, św. Justyn Męczennik, Arnobiusz z Sikki, Bazyli Wielki, Boecjusz). Wszyscy oni potwierdzają umocowane w tkance chrześcijaństwa twierdzenie, że wspólnota była, jest i będzie potrzebna w każdym przeżyciu religijnym. Bez niej człowiek popada w swego rodzaju szaleństwo, co naturalnie nie wyklucza pozawspólnotowych sposobów dochodzenia do jak najbliższej więzi z Bogiem, zwłaszcza że współczesne rozumienie "pustyni" zdaje się w pewnych aspektach współgrać z jego nowoczesnym pojmowaniem. Z tej racji warto pozytywnie nawiązywać do anachoreckich ruchów wczesnochrześcijańskich. Bartosz i Jerzy Jastrzębscy dają pierwszorzędne świadectwo takiego właśnie oryginalnego podejścia.

HISTORIA

Koniec mitu szczurołapa

Daria Czarnecka

Robert Gellately

Wierni wyznawcy Hitlera

Jak zwykli ludzie stali się nazistami

przeł. z ang. Aleksandra Arumińska

Warszawa: Instytut Pileckiego, 2022

493 s. ; 23 cm

Społeczeństwo niemieckie w okresie międzywojennym nie było radykalne w całej swojej masie. Nawet w chwili, gdy Trzecia Rzesza święciła największe triumfy, miliony nie popierały polityki narodowosocjalistycznej. Jak zatem było możliwe zbudowanie "tysiącletniej" Rzeszy?

Na to pytanie szuka odpowiedzi Robert Gellately, kanadyjski badacz zajmujący się historią współczesnej Europy, ze szczególnym uwzględnieniem okresu drugiej wojny światowej i zimnej wojny. Na koncie ma wiele wysoko cenionych opracowań, niektóre z nich używane są jako podręczniki akademickie w Stanach Zjednoczonych. Polski czytelnik może go pamiętać jako autora opracowania rękopisów lekarza i psychiatry dr Leona Goldensohna, wydanych pod tytułem Rozmowy norymberskie. Tym razem staraniem Instytutu Pileckiego na język polski przetłumaczono studium poświęcone złożonym relacjom społeczeństwa niemieckiego wobec nazizmu.

Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza (NSDAP) była mało znaczącą bawarską partyjką, której kres miał położyć pucz piwiarniany, do jakiego doszło jesienią 1923 roku. Klęska tego operetkowego "zamachu stanu" miała udowodnić całej Republice Weimarskiej, że niszowy, odwołujący się do ekstremistycznych idei projekt polityczny Adolfa Hitlera po prostu nie jest tym, czego potrzebują Niemcy. Stało się jednak inaczej i następne dziesięć lat pokazało, że ta grupa ludzi była w stanie podporządkować sobie cały kraj i rozpocząć dużo bardziej ambitny zamiar - budowę Tysiącletniej Rzeszy. By tego dokonać, NSDAP oparła się na terrorze oraz zlepku przekonań, pretensji i pojęć, które okazały się wspólne dla wielu obywateli państwa, powstałego dzięki decyzjom wersalskim na gruzach starego porządku.

Pierwsza wojna światowa nie bez kozery zwana była Matką Stulecia. Pozostawiła po sobie zgliszcza, a znakomita większość Niemców nie rozumiała, dlaczego cesarstwo, które było ich ojczyzną, rozpadło się, zaś część ich terytorium znalazła się w obcych rękach. Dlatego też teoria ciosu w plecy, "żydowskiego tchórzostwa", które odebrało możliwość obrony państwa, a zarazem idee radykalnego nacjonalizmu, antysemityzmu, dążenie do odzyskania honoru oraz zdobycie przestrzeni do życia (Lebensraum) były bliskie wielu zwykłym obywatelom. Sytuacji nie poprawiały nieudolne rządy. Republika Weimarska nie potrafiła skanalizować drzemiących w społeczeństwie sił, brakowało też pomysłu na trwałe przezwyciężenie problemów gospodarczych.

Tęsknota za potęgą II Rzeszy była jednak wybiórcza. Niosła bowiem ze sobą niechęć do panujących w niej stosunków klasowych. Remedium na wszystko co złe miała stanowić proponowana przez partię Hitlera idea wspólnoty narodowej, uzupełniona o pierwiastek socjalistyczny w jej programie. Dawało to nadzieję na stworzenie potęgi bez feudalnych naleciałości. Jednak na Volksgemeinschaft naziści nie chcieli czekać: wprowadzenie obowiązkowej Służby Pracy Rzeszy pozwoliło zapomnieć o dawnych uprzywilejowanych klasach. Jednako służyli narodowi i państwu inteligenci i parobkowie - za taką samą zapłatę!

Poparcie dla nazizmu zmieniało się w trakcie istnienia III Rzeszy zależnie od politycznych posunięć, było różne wśród różnych grup społecznych czy religijnych. Wreszcie trudno wskazać, jaki był poziom utożsamienia się Niemców z ideologią Hitlera. Nawet takie działania, jak odrzucenie Traktatu Wersalskiego, powodowały z czasem społeczny dysonans, gdy stało się jasne, że Niemcy znalazły się na wojennej ścieżce. Z drugiej strony entuzjastyczni ochotnicy spędzali długie godziny na działalności dobroczynnej. Zwłaszcza w początkach istnienia państwa Hitlera stanowiło to świetnie przyjmowaną odmianę po niesolidarnych latach Cesarstwa Niemieckiego oraz Republiki Weimarskiej. Niemiecki Front Pracy zapewniał niemieckim robotnikom różnorodne formy odpoczynku czy zagospodarowania wolnego czasu, a Hitlerjugend dawało możliwość wyjazdów nawet niezamożnym dzieciom. We wspomnieniach wielu osób, które przed 1939 rokiem uczyły się w niemieckich szkołach, pojawia się wyznanie, że to właśnie tym instytucjom najczęściej zawdzięczano wyjazd poza rodzinną miejscowość.

Wierni wyznawcy Hitlera opowiadają tę trudną historię ze szczegółami. W efekcie otrzymujemy wieloaspektowy i zniuansowany obraz ówczesnych Niemiec. Autor wykonał ogrom pracy badawczej, a swoją wiedzę przekazał we frapującej formie. Co istotne, wchodzi w polemikę z wieloma zastanymi opiniami, bardzo konsekwentnie ukształtowanymi przez niemiecką politykę historyczną. Aparat terroru nazistowskiego państwa, pomimo swej relatywnej szczupłości kadrowej, mógł sprawnie funkcjonować przede wszystkim dzięki donosom. Dowodzące tego wywody autora zadają kłam tezie o rzekomym niezaangażowaniu niemieckiego społeczeństwa.

Autorowi nie brakuje odwagi w formułowaniu sądów: bardzo skrupulatnie odmalowuje choćby przekształcenie naturalnego dla społeczeństwa niemieckiego "nazizmu" w obcy "hitleryzm". Nie unika również oceny postaw Niemców wobec Holokaustu. Opisując zróżnicowane postawy, wyraźnie wskazuje najbardziej typowe, czyli głębokie niezaangażowanie w wyjaśnienie losów żydowskich sąsiadów. Tymczasem to ostatnie wcale nie byłoby trudne, biorąc pod uwagę liczbę Niemców biorących udział w działaniach na Wschodzie. Praca Gellately'ego stanowi wreszcie fenomenalne studium na temat przyczyn indywidualnego uwikłania w nazizm. Późniejsi czołowi ideologowie i działacze zaangażowali się weń, nierzadko zaprzeczając swoim wcześniejszym przekonaniom politycznym.

Gellately imponuje erudycją, znajomością źródeł, doskonałym warsztatem interpretatorskim oraz odwagą w odrzucaniu przyjętych schematów historiograficznych. Wskazuje na mnogość motywów wyznawców narodowego socjalizmu oraz pozornie niezaangażowanej części społeczeństwa. Wszak niejeden działacz narodowosocjalistyczny dążył również do realizacji własnych partykularnych celów, które zdecydowanie nie były życzeniami czy rozkazami Hitlera. Wierni wyznawcy Hitlera przynoszą powiew świeżości w rozważaniach o narodowym socjalizmie oraz społeczeństwie niemieckim w latach 1920-1945. Znakomicie się stało, że autor pokazuje związek pomiędzy myśleniem społeczeństw Drugiej oraz Trzeciej Rzeszy. Nie stroni również od krytyki kultu rzekomej charyzmy Hitlera, tłumaczącej jakoby wszelkie działania społeczeństwa niemieckiego. Po tej książce historiograficzne ujęcie Führera III Rzeszy jako swoistego szczurołapa z Hameln nie może się już utrzymać.

nr 6/1248

MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

ZESPÓŁ:

Grzegorz Filip redaktor naczelny

Anna Stypułkowska sekretarz redakcji

Małgorzata Borczak

Michał Gołębiowski

Tomasz Kłusek Mikołaj Rajkowski

Andrzej Skalimowski

Maria Sokołowska

Piotr Szewc

Teresa Kurek oprac. techniczne

Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat

PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski

ZDJĘCIE S. 4: Albert Zawada (Wydaw. Literackie)

KOREKTA: Bogna Piotrowska

ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5

tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl

WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6

Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34

NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca, w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.

CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.

WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ

KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2023

półrocze 75 PLN, cały rok 150 PLN

Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską. Prenumeratę można zamówić na sklep.instytutksiazki.pl lub dokonując bezpośrednio wpłaty na konto.

Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków Bank Gospodarstwa Krajowego konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ

? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW

WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ

Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.

Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta. www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl, nexto.pl i virtualo.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie, przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.