ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Śpiew w ciemności
Z Wojciechem Wenclem rozmawia Szymon Babuchowski
Niedawno nakładem Instytutu Literatury ukazała się twoja książka Lechoń. Rycerz i faun. Po biografii Kazimierza Wierzyńskiego zająłeś się zatem kolejnym skamandrytą. Czy ten czas, w którym obaj poeci żyli i tworzyli, jest ci w historii literatury jakoś szczególnie bliski, inspirujący?
W historii literatury - w sensie pokoleń, grup poetyckich, programów - niekoniecznie, bo takie postrzeganie jest typowe dla awangardy. Dla mnie dawne wiersze, podobnie jak nowe, tworzą - jak to ujął Jarosław Marek Rymkiewicz - "jedno wielkie morze języka poetyckiego poza czasem". Taka perspektywa umożliwia nie tylko dialog między poetami różnych epok, ale i poczucie ich istnienia tu i teraz, obok nas. Natomiast historycznie okres, w którym żyli Lechoń i Wierzyński, jest bardzo istotny dla Polski. To czas odzyskania niepodległości, II Rzeczypospolitej, drugiej wojny światowej i komunistycznego zniewolenia, które oni oglądali zza oceanu, współtworząc emigracyjny nurt "niezłomnych". Trzeba też pamiętać, że obaj urodzili się w ostatniej dekadzie XIX wieku, co pozwala dostrzec genezę późniejszej kultury polskiej. Sam początek XX wieku, gdy byli dziećmi, jest okresem niezwykle ciekawym. Studiując go, można analizować kluczowe dla Polski procesy społeczne, polityczne, przeobrażanie się mitów narodowych. Pisząc biografię Wierzyńskiego, którego przodkowie byli Niemcami, poświęciłem wiele miejsca roli rodzin napływowych w kształtowaniu polskości. Z kolei w książce o Lechoniu starałem się pokazać wpływ romantyzmu na Józefa Piłsudskiego i kulturę międzywojnia. Nie chodzi tu o powierzchowny "kult wieszczów". Mam na myśli "romantyzm walczący", budzący z letargu do czynu, reprezentowany przez Maurycego Mochnackiego, a potem owocujący surową oceną Polaków w dramatach Wyspiańskiego.
W pewnym stopniu biografie obu poetów idą podobnym torem: wspólny start w świecie literatury, bliskie relacje z międzywojenną elitą, potem los emigracyjnego poety, zbieżność poglądów na wiele spraw. Czy to wszystko przełożyło się na wspólnotę wrażliwości? A może na tym lista podobieństw się kończy?
Obaj - Wierzyński i Lechoń - byli piłsudczykami, w II RP mieli wielu przyjaciół w kręgach władzy, później w emigracyjnych środowiskach piłsudczykowskich, co miało wpływ na formułowaną przez nich surową ocenę polityki gen. Władysława Sikorskiego. Przede wszystkim jednak byli gorącymi patriotami, stąd ich tożsame reakcje na wydarzenia wojenne, Teheran, Jałtę i sowietyzację Polski. Obaj - w odróżnieniu od środowiska paryskiej "Kultury" - nigdy nie wyrzekli się Wilna i Lwowa. Natomiast osobowościowo byli bardzo różni. Wierzyński, nastawiony raczej koncyliacyjnie, stosował ostrą retorykę, ewidentnie pod wpływem młodszego kolegi. Nie chodzi o poglądy polityczne, bo te mieli wspólne, ale o sposób ich wyrażania. Natomiast Lechoń był Rejtanem emigracji - bezwzględnym oskarżycielem, trochę prowokatorem, ale w słusznej sprawie. Emigracyjni lawiranci, po cichu zachodzący do komunistycznej ambasady i planujący powrót do kraju, nienawidzili go albo się go bali.
Czy w życiu prywatnym bardzo się różnili?
Obaj byli towarzyscy, ale Wierzyński - dystyngowany pan spod Lwowa, dwukrotnie żonaty - w gruncie rzeczy dążył do stabilizacji. Urodzony na stacji kolejowej w Drohobyczu, został zmuszony do koczowniczego trybu życia. Radził sobie z tym doskonale dzięki wrodzonej ciekawości świata i ludzi, ale też dzięki umiejętności porządkowania spraw. Stale narzucał sobie dyscyplinę, był sumienny, odpowiedzialny, rzetelny. Miał też cechę, którą ktoś niezbyt życzliwy określił terminem "Pen-clubizm". Świetnie czuł się na oficjalnych literackich uroczystościach, oprócz porywających, emocjonalnych mów (zwłaszcza pogrzebowych) potrafił składać okrągłe zdania o demokracji, prawach człowieka czy powinnościach pisarza. Lechoń - wolny strzelec i kryptohomoseksualista - rzucał się w wir kabaretów, kawiarń i artystycznych salonów. Pławił się w blichtrze tego świata, tryskając poczuciem humoru, plotkując, wygłupiając się. Dopiero nad ranem w pustych mieszkaniach płakał, dręczony psychastenią. Jego życie było chaosem, a ludzi traktował jak marionetki. Zmieniło się to dopiero w latach pięćdziesiątych, gdy zaczął praktykować wiarę.
Różnił ich też chyba stosunek do poezji?
Tak, Wierzyński był tytanem "pracy twórczej", pisanie traktował jako świadectwo życia, interesował się poetyckimi "nowinkami" i marzył o formalnej ewolucji swoich wierszy. Lechoń miał wieloletnie okresy niemocy, zwalczał ideę "postępu w sztuce", do śmierci pisał po skamandrycku i nie śledził bieżącej produkcji literackiej. Dialogował z Mickiewiczem, Słowackim, Wyspiańskim. Zamiast poszukiwać "współczesnej formy", sięgał do źródeł literackiej polszczyzny.
Bardzo dokładnie przedstawiasz, zwłaszcza w książce o Wierzyńskim, tło epoki. Na ile jest to ważne dla rozumienia poety i poezji?
Myślę, że tło historyczne ma fundamentalne znaczenie. Osadza poetę w kontekście kulturowym, społecznym, politycznym. Uświadamia, że jego twórczość budowała konkretną wspólnotę wartości. Pozwala odkryć ciągłość idei bądź jej przerwanie przez wojnę czy cenzurę. Wtedy pojawiają się pytania: czy ta idea, brutalnie przerwana przez obcą siłę, ma dla nas sens?, czy godząc się z jej przerwaniem, nie odbieramy sobie istotnej części polskości? Warto próbować zrozumieć poetę i poezję, ale dla mnie jeszcze ważniejsza jest rekonstrukcja - ujmę to górnolotnie - "kultury duchowej narodu", którą Niemcy i Sowieci wycięli razem z naszymi elitami.
Czy Wierzyński i Lechoń byli typowymi "dziećmi swoich czasów"?
Tak. Wprawdzie Lechoń konsekwentnie patrzył w przeszłość, ale głównie po to, by znaleźć tam odpowiedź na wyzwania współczesności. Szukał życia, nie "poezji grobów". Z kolei Wierzyński długo pozostawał "dzieckiem", świętując odzyskanie niepodległości w duchu Wiosny i wina. Dopiero jako autor Wolności tragicznej stał się poetą dojrzałym. Obaj - jeden wcześniej, drugi później - wsłuchali się w głos "polskiej duszy". Rozumieli procesy niewidzialne gołym okiem, a korzeniami sięgające XIX wieku. Dlatego niejednokrotnie potrafili uchwycić istotę zmian, a nawet trafnie antycypować wydarzenia historyczne. Dość wspomnieć Karmazynowy poemat Lechonia albo takie utwory Wierzyńskiego jak Wstążka z "Warszawianki" czy Via Appia. Obaj byli wizjonerami, może nawet wieszczami narodowymi, choć zdaję sobie sprawę z anachronizmu tego określenia. Wspaniałe, zrodzone w ogniu utwory Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy Tadeusza Gajcego są niezrównane na poziomie egzystencjalnym, ale żeby objąć całość wojennego doświadczenia Polaków, trzeba sięgnąć po historiozoficzne wiersze Lechonia, Wierzyńskiego, a także Stanisława Balińskiego. Nikt tak jak oni nie ukazał też dramatu emigracji niepodległościowej, w tym żołnierzy, których domy rodzinne znalazły się za linią Curzona.
W jakim stopniu tropy, które zostawił Jan Lechoń w swoich wierszach, okazały się pomocne dla zrozumienia jego postaci? A może są tam też tropy fałszywe, tę postać zaciemniające?
Wbrew popularnym opiniom, wiersze Lechonia są ściśle związane z jego życiem. Odzwierciedlają autentyczne stany emocjonalne, wzruszenia i gniew, poczucie niemocy czy dumy. Oczywiście wszystko to jest ubrane w pewien kostium kulturowy, wyrażone poprzez aluzje, analogie, nawiązania, cytaty. Poeta przez całe życie budował polskie i europejskie uniwersum, wykorzystując mity greckie, symbole, klasykę literatury, pamięć historyczną. Bardzo ważny był dla niego teatr. Rozumiał potrzebę dyscypliny, rymu, rytmu. Kto traktuje tę tradycję jako skamielinę, podsumuje twórczość Lechonia słowem "stylizacja". Dla mnie jest to kosmos pełen życia. Uniesienia i udręki poety są tym bardziej wstrząsające, że zostały jakby wykute w kamieniu. Poezja Lechonia jest w pewien sposób święta. Spotykamy się w niej z czystością intencji, miłością do piękna i do Polski, prawdą, szlachetnym patosem i czymś, co nazwałbym instynktem tragicznym. Fałszywe tropy pojawiają się natomiast w Dzienniku, zwłaszcza w wynurzeniach z podtekstem homoseksualnym. Mnóstwo tam zdań niezrozumiałych, sprzecznych ze sobą, kokieteryjnych, dyktowanych pożądaniem, a nie umysłem. Czytając je, miałem wrażenie, że poeta zakłada maskę i wchodzi w ciemność.
Silny związek poezji Lechonia z jego biografią ukazujesz, pisząc chociażby o tomie Srebrne i czarne. Wbrew stereotypowym odczytaniom tej książki przez pryzmat konwencji literackich, dowodzisz, że te wiersze wynikają wprost z choroby, na którą cierpiał autor. Wiele jest takich nieporozumień w interpretacji jego twórczości?
Sporo. Na uniwersytetach i w szkołach wciąż cytuje się słynny fragment Herostratesa: "A wiosną - niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę", sugerując, że Lechoń był burzycielem tradycji romantycznej, którą miała zastąpić - jak byśmy dziś powiedzieli - "ciepła woda w kranie". Drugi popularny cytat pochodzi z Ducha na seansie: "Księcia Józefa konterfekt sczerniały / Na ziemi leży podarty w kawały". Rzadko towarzyszy temu poważna analiza wierszy, które są znacznie bardziej skomplikowane, niż się wydaje. W istocie bunt poety był dramatycznym gestem w duchu Wyspiańskiego. Miał obudzić Polskę z letargu. Był skierowany przeciwko tym wszystkim, którzy łączyli patriotyczny sentymentalizm z lojalizmem wobec zaborców. Lechoń kochał romantyzm, a portret księcia Józefa wisiał nad jego biurkiem. Chciał jednak czerpać z tej tradycji siłę potrzebną do budowy wolnej Polski. Nie zgadzał się na sprowadzenie jej do poziomu izby pamięci.
O LITERATURZE
O Lemie na kilkanaście sposobów
Paweł Hohmann
Stanisław Lem
Fantastyka naukowa i fikcje nauki
pod red. Doroty Heck
Warszawa: Narodowe Centrum Kultury, 2021
359 s.: il. ; 26 cm. - (Jubileusze)
Książka poświęcona rodzimemu klasykowi światowej SF może być cenną pozycją dla kogoś, kto śledzi współczesne sposoby pisania o literaturze przez profesjonalnych badaczy. Oto krótka kwerenda: Dorota Heck podkreśla we wstępie - twórczość autora Solaris zawiera szeroki obraz świata; jego pisanie przypomina gromadzenie faktów (również tych nowych), co skłania do szukania wyjaśnień o naturze zjawisk, jakie nas otaczają lub nadejdą w przyszłości (Jakub Zdzisław Lichański).
Autor przejawia nieustanne zainteresowanie filozofią nauki (Zbigniew Trzaskowski). Zdaniem pisarza rozwój technologii zniszczy cywilizację, jeżeli tylko przyjmiemy optykę transhumanizmu (Teresa Grabińska). Jego projekt krytycznoliteracki - uprawiania prozy jako modelu o charakterze poznawczym - omawia Andrzej Wasilewski. Czytanie Edenu razem z Aelitą Aleksego Tołstoja i Nowym wspaniałym światem Aldousa Huxleya proponuje Andrzej Stoff; z Mirandą Antoniego Langego konfrontuje Lema Maria Jolanta Olszewska dla przywołania kontekstu autobiograficznego, związanego ze szczególnym doświadczeniem przez pisarza czasu Zagłady. O nieostrych, dla niektórych badaczy literatury, genologicznych granicach eseju uprawianego przez autora Solaris pisze Małgorzata Krakowiak. Tymczasem, według Agnieszki Kwiatkowskiej, Cyberiada okaże się światem robotów stworzonych na obraz i podobieństwo człowieka, a przywołując wyżej wymieniony tom, Marta Skwara zrelacjonuje założenia sztuki translatorskiej według Stanisława Lema: rzetelny tłumacz nosi w sobie drugiego autora, który musi przełożyć na obcy język i inny paradygmat kultury specyfikę sarmackiej odmiany polszczyzny, przefiltrowanej przez sienkiewiczowskie stylizacje rodem z Trylogii. Sprawę skomplikuje dodatkowo nośna warstwa gombrowiczowskich szyderstw, inspirowanych powieścią Trans-Atlantyk. O sposobie budowania neologizmu (znowu) w Cyberiadzie - czyli: konstruowanie tzw. amalgamatów pojęciowych, formalnych, a także kontaminacji leksykalnych mówi artykuł Agnieszki Libury. Autorka wspomina w nim również o 409 neologizmach obecnych w Kongresie futurologicznym (za Aleksandrą Potocką-Woźniak). Świat Niebytu (ponownie na podstawie Cyberiady) przeanalizuje Mieczysław Szyszkowicz, na marginesie matematycznego sposobu zapisywania problemu "istnienia" tzw. zbioru pustego, w rozumieniu opakowania na Nic: {?}. Sprzężenie zwrotne jako istotne pojęcie z zakresu eseistyki Lema? Odpowiedź na to pytanie przyniesie artykuł Eugeniusza Porady. Koncepcje przekładu semiotycznego Jacek Kopciński skomentuje na przykładzie zmagań teatru, Sławomir Bobowski - filmowców, a Łukasz Kucharczyk - autorów komiksów z prozą autora Solaris. O nieprzypadkowej nieobecności gier wideo na podstawie twórczości Lema poświęcony jest osobny tekst Pawła Bernackiego. W finale książki znajdziemy dwa materiały: Doroty Michułki oraz Alicji Mazan-Mazurkiewicz, które podejmują temat skomplikowanej dla uczniów i nauczycieli obecności autora Bajek robotów w dydaktyce szkolnej.
Wnioski? Stanisław Lem jest autorem wciąż żywym, chętnie analizowanym przez kolejne pokolenia naukowców z bardzo różnych, odległych gałęzi wiedzy. Nowe odczytania, reinterpretacje klasycznych tekstów są dowodem na autentyczną obecność jego myśli wśród szerokiego grona czytelników. Tłumaczony, wznawiany, fascynuje zdolnością do trafnego wskazywania nadchodzących problemów współczesnej cywilizacji.
Czyżby? Sytuacja jest bardzo poważna. Jeśli jednak nie, to tym gorzej dla nas. A kiedy bywa idealnie? Otóż nigdy. Tylko tyle ma nam do powiedzenia Stanisław Lem, gdy nie pisze powieści w stylu kosmicznej hard SF. Na przykład muzyk (didżej) techno po wyłączeniu prądu musi wziąć garnek i łyżkę, żeby znowu wybijać rytm, który wstrząsa światem. Otwieram tekst Lema, odejmuję w nim rakiety/kosmos/fabułę, aby w rezultacie otrzymać rozwlekły, pretensjonalny scholastyczny moralitet, przeciążony erudycyjnymi dygresjami na temat zawsze pragnącego zła człowieka, uformowanego przez chaotycznie bezsensowne konsumpcyjne społeczeństwo drapieżnych małp, szamotających się w trakcie upływających lat ewolucji materii, natury i technologii.
Tak - na starcie swojej kariery wybrał gatunek prozy popularnej i osiągnął w nim zasłużony sukces na skalę globalną. Tak - w ogóle nie interesuje mnie fakt, że miał Lem literackie ambicje na skalę Josepha Conrada, Thomasa Manna, Fiodora Dostojewskiego, Franza Kafki i Alberta Camusa. Bo kiedy tylko sam opuszczał scenografię fantastyki naukowej, od razu zmieniał się w kaznodziejskiego doktrynera, który zawsze sucho poucza swoich czytelników, niczym rozbrykane dzieci w przedszkolu.
W latach pięćdziesiątych XX wieku temat podróży kosmicznych był najciekawszym z możliwych sposobów na uprawianie popularnej literatury SF. I bezpiecznym. Jednak gdy już wreszcie zobaczyliśmy ciemną stronę Księżyca, zdjęcie Ziemi z jego powierzchni, szybko okazało się, że nigdzie nie polecimy. Kosmos to nie ocean, rakieta to nie okręt, a podróż po Układzie Słonecznym to nie wycieczka samochodem po naszym miasteczku. Dlatego z fantastyki się wyrasta. Jak z piłki nożnej, komiksów, gier, zabawek, muzyki słuchanej w dzieciństwie.
Filmowe, komiksowe, teatralne adaptacje prozy Lema nie mają większego sensu, ponieważ rozrywkowa sztuka popularna nie akceptuje spokojnej narracji z elementami naukowej spekulacji, pozbawionej akcji i czytelnego konfliktu pomiędzy silnie stereotypowymi przeciwnikami. Pozostaje tylko czekać na wagnerowską operę na podstawie na przykład Niezwyciężonego, w której śpiewacy odziani w kosmiczne skafandry będą przez kilka godzin wykrzykiwać pseudonaukowe arie na tle rdzawej pustyni z planety Regis III. W szkolnym zestawie lektur - na wszystkich poziomach nauczania - wydaje się Lem niezrozumiałym, za trudnym w odbiorze myślicielem. Pisanie bajek nie oznacza automatycznie wejścia w krąg zainteresowań dzieci, nie wspominając o nastolatkach, dla których intelektualne subtelności prozy autora Solaris są praktycznie niedostrzegalne. Szkoda, że w pracy nie znalazł się rozdział poświęcony dwóm kryminałom: Śledztwu i Katarowi. Obie powieści są znakomitym przykładem nic nieznaczącej prozy poświęconej czystemu przypadkowi. Tam, gdzie w sztuce pojawia się kompletny chaos - nie ma miejsca na głębsze przeżycia estetyczne i nie sposób prawidłowo oceniać świata przedstawionego, nawet jeśli stworzył go sam Stanisław Lem.
PROZA POLSKA
Czyściec opowieści niesamowitych
Ireneusz Staroń
Jarosław Jakubowski
Ciemna Dolina
Szczecin-Bezrzecze: "Forma" ; Szczecin: Dom Kultury 13 Muz, 2021
152 s. ; 18 x 18 cm. - (Kwadrat)
Ciemna Dolina to najnowszy tom opowiadań Jarosława Jakubowskiego. Wybierając taki, a nie inny gatunek, autor z pewnością spełnia z naddatkiem oczekiwania czytelnika. Jaka jednak jest ta gatunkowość utworów Jakubowskiego?
Podobna jak w przypadku nie tak dawnego zbioru Portier i inne opowiadania (2019) Jana Polkowskiego, choć bez silnie obecnego tam nachylenia metaliterackiego. Artykulacja tajemnicy, zarysowana subtelnie groza, groteska przechodząca niepostrzeżenie w onirię, która nie wynika jednak z ulirycznionego, na poły schulzowskiego stylu prozy poetyckiej, lecz staje się cechą samego świata przedstawionego. A przy tym niezawodne ciążenie ku paraboli czy alegorii, jak w przypadku epizodu z wielkim, czarnym psem - bestią broniącą wstępu do parafialnej świątyni. Bo i taki wątek tu znajdziemy.
Choć często są to opowieści w duchu Edgara Allana Poego czy Howarda Phillipsa Lovecrafta (z którego motto towarzyszy opowiadaniu Przejście), litość i trwoga - kategorie nierozerwalnie związanie z poczuciem katharsis - nie rodzą się w czytelniku Jakubowskiego jako wynik prostej analizy niesamowitych zdarzeń. Owszem, te także nie napawają optymizmem, bo trudno o taki, gdy chociażby fabuła inicjalnej opowiastki (to też dobre słowo!) opiera się na przygotowaniach pogrzebu kogoś, kto nie tylko jest w pełni sił, ale po prostu musi nagle umrzeć, bo... musi. A cały ceremoniał przygotowuje oczywiście kochająca żona. Nie zawsze najważniejsze jest też to, co wyniknie z tych podszytych najczarniejszym, metafizycznym humorem perypetii. Niezależnie od fabularnych zmiennych, tonacja oscyluje tutaj wokół kafkowskiej tragifarsy, a każda z opowieści, choć konstrukcyjnie dokładnie przemyślana, wydaje się nie tyle kończyć, co urywać w jakimś miejscu. Rozwiązanie intrygi pozostawia pewien niedosyt, bo i ono w groteskowych dekoracjach mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Ktoś powie, że to poetyka fragmentarycznego gatunku. To również, lecz trudno podejrzewać Jakubowskiego o prostą restytucję romantycznej (i już popkulturowej) grozy. Absurdem jest tworzyć podobne opowieści - zdaje się mówić "gospodarz" tego "poematu". A tytułowa Ciemna Dolina czytana i biblijnie, i psychoanalitycznie (wątki erotyczne u Jakubowskiego to materiał na osobny esej) to nie tylko miasto umarłych rodem z Schulzowskiego Sanatorium pod Klepsydrą, ale także somnambuliczny czyściec, z którego rzadko mogą wydobyć bohaterów siły pochodzące z samego świata przedstawionego.
Kto jednak spisuje te "opowieści wariata"? Bohaterowie Jakubowskiego to postaci przerysowane i przetrącone, jednak i te określenia są nazbyt mocne, bo przerysowanie niekiedy wynika z dziwnego splotu zwyczajności. Owszem, zdarzają się na kartach Ciemnej Doliny wypadki zgoła niecodzienne, za którymi czają się niewytłumaczalne siły ciemności, a po wielu latach odnajduje się przysłowiowe trupy w szafie. Wówczas puenta okazuje się najbardziej oczekiwana - Jakubowski doskonale gra tu konwencjami - a zatem oddalona od życia. Czy też lepiej: od jednego z kilku życiowych schematów, takich jak "praca - dom - praca", romans z partnerem "po przejściach", czy też uteatralizowany niedzielny spacer "kochającej się" rodziny. Znacznie gorzej dla samopoczucia czytelnika jest wtenczas, gdy protagonista z całym wachlarzem swoich słabostek człowieka w średnim wieku z pozornie ustabilizowaną pozycją, z pozornie kochającą rodziną i równie pozornie ustalonym rytmem dnia, trafia nagle do świata na opak, w którym dzieje się NIC. A różnica okazuje się jedynie ilościowa, jak choćby w opowiadaniu Z. Dość powiedzieć, że tytułowa, biblijna Ciemna Dolina to po prostu miejscowość jak każda inna, ze swoją drużyną piłkarską Ludowego Klubu Sportowego, z meczami młodzików i klas okręgowych oraz opowieściami o dojrzewaniu chłopców zapowiadających się na znakomitych piłkarzy, a kończących pod budką z piwem. Ów schemat łamie oczywiście tajemnicze zniknięcie gwiazdy juniorskiego futbolu i straszliwa zbrodnia w tle, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że ta ciemność Doliny to tylko jakiś przerażający naddatek ciemności zwyczajnej, kumulacja tragedii złamanych, małomiasteczkowych biografii. Czy ich suma zmieni się w noc żywych trupów, jak w opowieści Przesiadka, czy też w balladowy powrót z cmentarza, jak w Grobie Hanny Mikosz, zależy tylko od ustawienia soczewki. Bo Ciemna Dolina jest wystarczająco ciemna bez dosłownych duchów i upiorów.
"Nie wiadomo skąd w naszym kościele wziął się wielki, czarny pies" - tak rozpoczyna się opowiadanie Wielki pies ze środkowej części zbioru. Nie zawsze klasyczną dla poetyki tego gatunku tajemniczość sygnalizuje Jakubowski wprost w pierwszych słowach. Jednak i z takimi przykładami mamy do czynienia. Autor bowiem maksymalnie wykorzystuje wybrane ramy gatunkowe. Zdolność to - dodajmy - wcale nieoczywista i nie tak częsta, a i nazwisk pisarzy wielorodzajowych nie spotyka się obecnie na każdej okładce. Liryka, epika, dramat - tak już dziś moglibyśmy zatytułować dzieła zebrane Jakubowskiego (bo i takie udałoby się złożyć), a przecież autor nie poprzestaje na tym. Bywa też krytykiem literackim i dziennikarzem. Jeśli więc chcielibyśmy wyciągnąć z szerszego komunikacyjnego kontekstu jakąś czytelniczą lekcję, byłaby ona następująca: zmienianie konwencji rodzajowych wpływa u Jakubowskiego na sprawność warsztatową, nie ma w sobie nic z pretensjonalności skrojonej pod literackie ego, a przy tym nie dąży do eseizowania i wielorodzajowości w jednym tekście. Piszę to bez ukrytych intencji. Nie jestem bowiem przeciwnikiem synkretycznego przechodzenia jednej konwencji w drugą - wręcz przeciwnie. Warto jednak podkreślić, że działanie na różnych tekstowych polach może prowadzić także do literatury gatunkowej, a nie tylko do takiej, która podważa sam sens mówienia gatunkami.
A co mówi już sam wybór klasycznej konwencji z dreszczykiem? Gdy w rzeczywistości opowiedzianej próżno szukać nadziei, płynie ona i z niezmienności gatunku, i z biblijnego tytułu, w którym choć ciemno, widzimy jak w zwierciadle. I jasno.
PROZA OBCA
Niegdysiejsza ja
Alicja Piechucka
Siri Hustvedt
Wspomnienia przyszłości
przeł. z ang. Jerzy Kozłowski
Warszawa: "W.A.B.", 2021
414 s.: il. ; 21 cm
O tym, że w życiu wielkie nadzieje oznaczają często wielkie rozczarowania, wiedział już Charles Dickens, który dał temu wyraz w jednej ze swych klasycznych powieści. Nadmierne oczekiwania miewamy jednak nie tylko w stosunku do życia, lecz także do literatury, po której spodziewamy się często zbyt wiele, bazując na reputacji twórców, zapowiedziach wydawniczych i ciekawych pomysłach na książki. Z ich realizacją w praktyce bywa różnie.
Ostatnio przekonałam się o tym po raz kolejny podczas lektury Wspomnień przyszłości. Autorka książki, Amerykanka Siri Hustvedt, która pracę doktorską napisała notabene o Dickensie, bywa określana jako "literacka gwiazda", "pisarka światowej sławy", a nawet "wielka pisarka". Wspomnienia... spotkały się z entuzjastycznymi recenzjami, których fragmenty, co zrozumiałe, skwapliwie przytoczono w polskim wydaniu. Zestawienie tych dytyrambów z własnymi wrażeniami każe mi myśleć o głównej bohaterce powieści Hustvedt, którą pochwały krytyków pod adresem utworów jej zdaniem słabych skłaniały ku przypuszczeniu, "że albo ręka rękę myje, albo znakomitości są ignorantami". Nie posądzam o ignorancję J.M. Coetzeego, noblisty w dziedzinie literatury i literaturoznawcy zarazem. Chcę nawet wierzyć, że wyrażona przez niego pochlebna opinia na temat Wspomnień... nie ma nic wspólnego z jego przyjaźnią z Paulem Austerem, czołowym amerykańskim pisarzem, a prywatnie mężem Hustvedt. Tym niemniej pozostanę przy własnym zdaniu.
Protagonistka i zarazem narratorka książki tak podsumowuje memuary bogatej, lecz niezbyt mądrej damy z nowojorskiej socjety, których ghostwriterką była: "Książka jest powieścią wielowątkową, fikcją literacką jak wszystkie autobiografie". Mniej więcej to samo można by powiedzieć o omawianej tu powieści. Analogie pomiędzy Hustvedt a jej bohaterką, znaną jako S.H. lub Minnesota, nie sprowadzają się do posiadania takich samych inicjałów ani do tego, że obie pochodzą ze stanu, któremu druga z nich zawdzięcza przydomek. Wspomnienia... mają też nie tylko wielowątkową, lecz wręcz wielopoziomową strukturę. Zgodnie z tym, co sugeruje tytuł powieści, sześćdziesięcioletnia S.H. wraca w niej pamięcią do końca lat siedemdziesiątych. Wtedy to postanowiła zrobić sobie roczną przerwę pomiędzy studiami licencjackimi i magisterskimi, przenieść się z Minnesoty do Nowego Jorku, napisać powieść, a także szukać przygód intelektualnych i erotycznych. Udało jej się osiągnąć wszystkie cele z wyjątkiem trzeciego. Narracja, prowadzona z perspektywy drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku, obejmuje reminiscencje młodości, ale także dzieciństwa spędzonego na Środkowym Zachodzie oraz teraźniejszość dojrzałej kobiety i pisarki. Narracja ta splata się ponadto z fragmentami dziennika, który Minnesota prowadziła podczas owego formacyjnego roku, oraz kartami powieści, która nigdy wcześniej nie ujrzała światła dziennego. Jakby tego było mało, osobny wątek stanowi historia Lucy, straumatyzowanej sąsiadki, której jeremiady fascynują dwudziestoletnią S.H. I na tym jednak nie koniec, ponieważ na fabularnym stelażu rozpięte są liczne refleksje o charakterze metaliterackim oraz te dotyczące czasu, pamięci i kondycji kobiet, poparte obfitymi odniesieniami do literatury, filozofii, a nawet fizyki. Oprócz wspomnianych tekstów autorstwa młodszej i starszej Minnesoty oraz dygresji filozoficznych i rozmaitych nawiązań do dziedziny, której Hustvedt poświęciła gros swojego życia zawodowego, mamy tu cytaty i zbliżenia na biografie paru tuzów literatury i literaturoznawstwa. Są to Mary Wollstonecraft Shelley, Paul de Man i przede wszystkim Elsa von Freytag-Loringhoven, postać faktycznie fascynująca i dopiero odkrywana przez znawców kultury i sztuki. Osią całości ma być konfrontacja "starej narratorki" z tą, która zostaje określona jako "niegdysiejsza ja", lub, jak kto woli, konfrontacja "przyszłości, która jest teraz przeszłością", z młodością. W centrum zainteresowań Hustvedt są też, jak łatwo się domyślić, implikacje niezbyt skądinąd odkrywczej prawdy, że "wspomnienie zawsze zawiera się w teraźniejszości".
Szkopuł w tym, że efektem tego skomplikowanego literackiego przedsięwzięcia jest książka moim zdaniem nie najlepsza i niespecjalnie interesująca. Rozumiem doskonale, co zrobiło wrażenie na recenzentach i zapewne zrobi też wrażenie na wielu czytelnikach. Siła Wspomnień... tkwi w ich mocno wyeksponowanym ładunku intelektualnym, którego nie zamierzam kwestionować, ale którego bym nie przeceniała, bo ani sam w sobie nie jest porażający, ani nie jest w stanie zamaskować słabości całego utworu. Erudycja, której blask z pewnością oślepi laików, a i niejednego krytyka może, jak widać, przyprawić o zawrót głowy, nie wstrząśnie kimś, kto posiada takie samo lub lepsze przygotowanie intelektualno-akademickie jak autorka, skądinąd oczywiście świetnie wykształcona i oczytana.
Prawda jest taka, że konstruując swoją powieść w sposób pozornie bardzo ambitny, Hustvedt znacznie ułatwiła sobie zadanie. Nie jestem pewna, czy na czterystu stronach udałoby jej się rozwinąć którąkolwiek z warstw utworu, nie obnażając jednocześnie mankamentów każdej z nich. Zapewne świadoma tego pisarka, mająca na koncie, obok tomiku poezji i wielu tekstów niebeletrystycznych, sześć powieści, dodaje więc do siódmej z nich wszystko, co się da. Nie ogranicza się zresztą do treści czysto tekstualnych. Wspomnienia przyszłości są bowiem ilustrowane rysunkami jej autorstwa, które sama określa jako bazgroły, a ja przez grzeczność nie zaprzeczę.
Minnesota z ironią odrzuca tytuł Moje interesujące życie, zaproponowany przez kobietę, która wynajęła ją do spisania własnych wspomnień. Równie ironicznie brzmiałby on w odniesieniu do wybranego przez nią roku z jej własnej młodości, podczas którego miało miejsce kilka dramatycznych sytuacji, ale nic naprawdę pasjonującego się nie wydarzyło. Codzienność i przemyślenia składające się na "portret artystki z czasów młodości", sylwetki jej przyjaciół i kochanków (a nawet babci jej przyjaciółki) oraz relacje z paru intelektualno-artystycznych eventów nie wystarczyłyby do stworzenia ciekawej całości, a już na pewno musiałyby zostać ujęte w ciekawszy sposób. Opowieść o życiu na Środkowym Zachodzie początku drugiej połowy dwudziestego wieku ma być może potencjał, ale nie zostaje on wykorzystany. O swojej bieżącej sytuacji S.H. pisze w sposób nużący. Powieść detektywistyczna dla młodzieży, nad którą pracuje dwudziestoletnia bohaterka, ma zapewne być zabawna, a jest dość irytująca. W historii Lucy drażnią aspekt ezoteryczno-okultystyczny i drewniany sposób przedstawienia dramatycznych wydarzeń z życia tej postaci. Konfrontacja dawnego i nowego ja jest w dużym stopniu nominalna: niewiele z niej tak naprawdę wynika, ponieważ summa summarum o ewolucji bohaterki na przestrzeni czterech dekad nie dowiadujemy się aż tak wiele. Wspomnienia przyszłości jako całość sprawiają ponadto wrażenie utworu wymuszonego, któremu brakuje lekkości i naprawdę spójnej koncepcji, choć wszystkie warstwy pozornie ściśle łączą się ze sobą.
W moim przekonaniu stosunkowo najlepiej bronią się dwa aspekty powieści Hustvedt. Pierwszym z nich jest autotematyzm Wspomnień przyszłości: uwagi dotyczące niuansów warsztatu pisarskiego i procesu twórczego mogą szczególnie zainteresować literatów i literaturoznawców. Drugi aspekt wiąże się z feministyczną wymową wszystkich warstw fabuły. Kluczowe znaczenie mają w tym przypadku próba gwałtu, której ofiarą pada młoda Minnesota, krzywdy psychiczne i fizyczne wyrządzone Lucy przez byłego męża oraz biografia Elsy von Freytag-Loringhoven, która z dużym prawdopodobieństwem była prawdziwą autorką słynnej Fontanny przypisywanej Marcelowi Duchampowi. Hustvedt poświęca sporo uwagi zagadnieniom feministycznym i choć robi to w literackiej formie, która nie rzuca na kolana, udaje jej się nadać własnym refleksjom i spostrzeżeniom silny wydźwięk. Przemoc wobec kobiet, jak przypomina amerykańska autorka, to nie tylko przemoc seksualna czy domowa; to także przemoc intelektualna, polegająca na protekcjonalnym traktowaniu kobiecych umysłów, której dopuszczają się zarówno "Wielcy Mężowie", luminarze środowisk elitarnych i akademickich, jak i młodzi adepci wiedzy i sztuki. Elsa nie jest oczywiście odosobnionym przypadkiem; "dziewczyn i kobiet okradzionych z inteligencji i dzieł" jest więcej. Przekaz Wspomnień przyszłości wydaje się w tej kwestii jasny: kobiety muszą wyrabiać w sobie asertywność i zwalczać nieuzasadnione poczucie winy, które odczuwają nawet wtedy, gdy są ofiarami. Tylko tak mogą stawić czoło przeciwnościom wynikającym z podkreślanej w powieści Hustvedt niezaprzeczalnej prawdy: "Świat kocha silnych mężczyzn i nienawidzi silnych kobiet".
POPULARYZACJA NAUKI I WIEDZY
Czuły przewodnik
Paweł Pstrokoński
Jacek Karczewski
Zobacz ptaka
Opowieści po drodze
il. Agnieszka Ciszewska
Poznań: Wydaw. Poznańskie, 2021
397 s. ; 23 cm
Spośród prawie dwustu krajów uznawanych przez ONZ połowa ma w godłach ptaki najróżniejszych gatunków. Owe roztańczone i rozśpiewane istoty wiele razy pomagały zrozumieć świat: "W ich wołaniach słyszeliśmy fantastyczne opowieści, wróżby i przepowiednie". Jacek Karczewski w swojej trzeciej książce - Zobacz ptaka - namawia czytelników do obserwowania tych wzrokowców przyozdobionych "w odświętne piórka" i przypomina, dlaczego nadal powinni być oni ważni dla człowieka.
Z wstępnego tekstu dowiadujemy się, że mamy do czynienia z pierwszą i jedyną książką, jaką Karczewski kiedykolwiek chciał napisać. Jego najnowsza opowieść zawiera pięćdziesiąt przedstawień wybranych gatunków ptaków (wciąż mnie zastanawia, czym się autor kierował przy wyborze akurat tej właśnie pięćdziesiątki spośród czterystu sześćdziesięciu trzech spotykanych w Polsce gatunków) żyjących w różnych środowiskach (miasto, wieś, las, woda). Historie te przeplata piętnastoma esejami o Przyrodzie i naszym stosunku do niej. Niemal na każdej z prawie czterystu stron wyczuwa się troskę Karczewskiego o los Przyrody (podobnie jak on pozwolę sobie konsekwentnie używać wielkiej litery przy tym rzeczowniku).
Karczewski nie poprzestaje na ukazaniu niekorzystnych dla Przyrody działań człowieka - w opisach znajdziemy także proste do zastosowania porady, jak codziennymi wyborami i zachowaniami możemy choć trochę poprawić negatywny bilans naszego wpływu na otoczenie. Atrakcyjnym dopełnieniem opowieści o ptaszynach są akwarele malarki Agnieszki Ciszewskiej. Autor nie zdradza jednak, czy w zamysłach od razu była to książka tak bogata w ilustracje, czy może pomysł ów pojawił się dopiero po napisaniu wcześniejszych książek - Jej wysokości gęsi (2019) i Nocy sów (2020). Niestety, momentami mnogość kolorów (tło, czcionka) może przytłaczać i odciągać uwagę od skrzydlatych głównych bohaterów, którzy, jak podkreśla wielokroć Karczewski, "mają swój temperament i osobowość".
W tomie Zobacz ptaka znajdziemy ciekawostki (między innymi: ile kilogramów owadów zjada w ciągu sezonu jedna rodzina bogatek) oraz informacje o biologii opisywanych gatunków: skąd pochodzą, czym się żywią, jak się odzywają, jak kochają. Jerzyki na przykład robią to "w powietrzu, oczywiście krzycząc przy tym jak opętane!". "Starożytni Persowie mówili o nich Bad Khorak - te, co żywią się wiatrem". Moim zdaniem, nie ta jednak warstwa opowieści decyduje o sile wywodów Jacka Karczewskiego. To legendy, odwołania do historii, mitologii czy polskiej muzyki mają moc oddziaływania i nadają książce szerszy kontekst. Dzięki temu pojmujemy, że ptaki są w naturze i kulturze zawsze i wszędzie! Na przykład dowiadujemy się, że rudzik i szczygieł byli towarzyszami Jezusa podczas ukrzyżowania, że u wikingów rudzik - "ten braciszek łata, był ptakiem Thora, potężnego boga burz, piorunów, ognia i światła". Czytamy też, że czaple przez wieki nie tylko należały do menu człowieka, ale że ich przetopionym tłuszczem "nacierano sieci, kije wędkarskie, a nawet robaki na przynętę. Ludzie wierzyli, że w ten sposób przejmą ich magiczne moce i żadna ryba im się nie wyślizgnie. Przywiązywane na skraju szuwaru, robiły za wabie w czasie polowań na ptaki wodne (nikt dokładnie nie wie, jak to działało)". Do tego Jacek Karczewski chętnie i trafnie używa porównań, by jeszcze bardziej przybliżyć czytelnikowi ptasi świat. Oto mysikrólik - jeden z najmniejszych krajowych ptaków, który waży "tyle, co dwie nieduże oliwki bez pestek i nadzienia". Dodam, że ze wszystkich wymienionych w książce historii, najbardziej poruszyła mnie ta o oślepianych ziębach, którym "wypalano oczy rozgrzaną do czerwoności igłą", wierząc, że okaleczone w ten sposób ptaki piękniej śpiewają. Ostatecznie ich godne traktowanie wywalczyli dopiero... ociemniali weterani pierwszej wojny światowej. I tak od stu dwu lat bezprawne jest jakiekolwiek okaleczanie tych ptaków.
Piętnaście esejów to pole, na którym Karczewski najsilniej i najskuteczniej punktuje nasze oderwanie od Przyrody, jednak również w pięćdziesiątce ptasich opowieści można dostrzec rosnący w autorze niepokój. "To najprawdopodobniej stan pól i trawników jest jedną z głównych przyczyn światowego kryzysu demograficznego wróbli" - pisze. Obawy przyrodnika potwierdza praca badawcza opublikowana pod koniec zeszłego roku w czasopiśmie naukowym "Ecology and Evolution". Jak z niej wynika, od roku 1980 z terenu Europy zniknęło 560-620 milionów ptaków, z czego najwięcej, bo prawie 250 milionów, to właśnie wróble - mieszczuchy lubiące ćwierkać w skrytości gęstego krzewu. W jednym z esejów Karczewski między innymi z tego względu zachęca do zakładania ogrodów, bo to "najlepszy karmnik, a także budka lęgowa i prywatny rezerwat w jednym".
Być może teraz, gdy ptaków ubywa, tytuł Zobacz ptaka staje się jeszcze bardziej aktualny, gdyż niedługo niektórych pierzastych wzrokowców (sami również jesteśmy wzrokowcami) trudno będzie spotkać. I dostrzec.
W zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie, by książkę czytać z przerwami, bo to swoisty "przewodnik po ptakach, który ma nie tyle pomóc je rozpoznawać, co... zobaczyć". I on naprawdę to sprawia! Starannie wydany tom Zobacz ptaka zachęca do uchwycenia obecności wszystkich tych rzepołuchów, gadożerów, wąsatek, wojtków, pichytek czy birkutów (nazwy pochodzą z eseju poświęconego nazwom gatunkowym ptaków), "a nazwy dużo mówią nam o konkretnych ptakach, a nawet pomagają rozpoznać je w terenie", choć "niektóre mocno zniekształcają rzeczywistość i mogą się okazać zwodnicze". Poza tym nazwy ptaków "to często solidna lekcja geografii, kulturoznawstwa i mitologii". A zatem, bez dwóch zdań, książka będzie dobrą wskazówką dla świeżo upieczonych ptasiarzy stawiających pierwsze kroki w rozśpiewanym i kolorowym świecie równoległym, jak też dla czytelników, którzy chcieliby spojrzeć na ptaki nie tylko z biologicznego punktu widzenia.
HISTORIA
O pamięci po obu stronach lustra
Tomasz Danilecki
Sharon Macdonald
Krainy pamięci
O dziedzictwie i tożsamości
we współczesnej Europie
przeł. z ang.
i komentarzami opatrz. Robert Kusek
Kraków: Międzynarodowe
Centrum Kultury, 2021
417 s. ; 22 cm. - (Heritologia)
Od form pamięci i dziedzictwa może się nam dziś kręcić w głowie i nic nie wskazuje na to, by ten stan miał się w najbliższej przyszłości zmienić. Bo pamięć działa nie tylko wstecz, ale również do przodu.
"Europa stała się wręcz krainą pamięci, mającą obsesję na punkcie zanikania i utraty pamięci zbiorowej oraz sposobów jej zachowywania" - twierdzi brytyjska antropolog Sharon Macdonald, i cytując Białą Królową z Alicji po drugiej stronie lustra, przekonuje, że takie są skutki "życia na wspak". Chociaż Alicja, jak każdy przeciętny zjadacz chleba, jest przekonana, że żyje "normalnie", a jej pamięć działa tylko wstecz, to twierdzenie Macdonald o lęku przed perspektywą utraty własnej tożsamości przez narody Europy jest prawdziwe.
"Uobecnianie przeszłości" - jak nazywa Macdonald kompleks działań podejmowanych na rzecz zachowania pamięci o minionych czasach i zdarzeniach - jest obecnie wręcz obsesją europejskich narodów. Zwrot historyczny w kierunku upamiętniania przeszłości, jaki nastąpił na kontynencie na przełomie XX i XXI wieku, nazywany jest "gorączką pamięci", "obsesją pamięci", "manią", "obłędem", "przemysłem pamięci" czy "krucjatą dziedzictwa". U podstaw powstania Krain pamięci legła próba zrozumienia i dokonania syntetycznego opisu tego fenomenu pragnienia pamiętania. Szczegółowe cele, które postawiła sobie Sharon Macdonald to "zidentyfikowanie ogólnoeuropejskich modeli i wzorców charakteryzujących sposoby doświadczania przeszłości i obchodzenia się z nią" oraz wykazanie, że w ramach tego kompleksu istnieją też "konkretne wariacje, których nie można sprowadzić wyłącznie do kategorii różnorodności", takie jak pamięć zbiorowa, aktywizacja przeszłości bliskiej i dalekiej w polityce pamięciowej lokalnych społeczności czy łączenie pamięci indywidualnej ze zbiorową.
Dlaczego w dzisiejszych czasach mamy do czynienia z "gorączką upamiętniania"? Skąd pragnienie tworzenia coraz to nowych muzeów? Dlaczego kolekcjonujemy przedmioty, fotografie, wspomnienia? Dlaczego chcemy ocalić jak najwięcej śladów upływającego czasu? Czy jest to sposób na odnalezienie stabilności w błyskawicznie zmieniających się czasach? Jak i dlaczego pojawiają się (a także znikają, tracąc pierwotne znaczenia) muzea i pomniki? Dlaczego dotąd nie udało się wymyślić wspólnego europejskiego dziedzictwa, lecz nadal dominują narracje narodowe? Próbując odpowiedzieć na ten wachlarz pytań, autorka posługuje się przede wszystkim metodologią antropologiczną, choć sięga także do metod historycznych.
Krainy pamięci składają się z dwóch części: w pierwszej Macdonald stara się przeanalizować procesy uobecniania przeszłości z perspektywy antropologicznej oraz historii badań tej tematyki, w drugiej zaś analizuje konkretne aspekty fenomenu pamięci, takie jak opowiadanie przeszłości, jej odczuwanie, sprzedawanie (!) czy muzealizacja codzienności. Stawia tu również pytania o tożsamość narodową i możliwości konstruowania dziedzictwa transkulturowego i kosmopolitycznej pamięci. Wreszcie polemizuje z twierdzeniem amerykańskiego historyka Gavriela Rosenfelda o końcu pamięci. Uważa, że taki finisz jest niemożliwy, gdyż za procesami uobecniania przeszłości, w tym konstruowania modeli dziedzictwa, kryje się lęk jednostek, społeczności i całych narodów przed utratą własnej tożsamości, ale także - jak dotąd niefortunne - próby budowania tożsamości ponadnarodowej, europejskiej, kosmopolitycznej. Choć sama autorka jest zwolenniczką tworzenia dziedzictwa transkulturowego, to zastanawia się, czy "otwartość i pełniejsze zrozumienie są możliwe bez konieczności całkowitej rezygnacji z tego, co narodowe i z pokrewnych modeli kultury"? I odpowiada, że "pamięć kosmopolityczna niekoniecznie wypiera czy "rozbija" naród. To raczej on stara się prezentować jako ciało kosmopolityczne, ujarzmiając i inkorporując inne przeszłości", w tym zwłaszcza te, które niosą ze sobą wartości uniwersalne.
Końca pamięci nie widać również dlatego, że nie widać końca historii, a - jak pisze Macdonald - "debaty o dziedzictwie końca wieku XX oraz zainteresowanie historią czynią z przeszłości punkt wyjścia do szerszych dyskusji o zagadnieniach natury moralnej i politycznej". Przeszłość - jej zdaniem - stała się być może "najważniejszym forum etycznym naszych czasów". Dzięki coraz bardziej powszechnej świadomości różnic występujących pomiędzy historykami, historycznemu rewizjonizmowi, debatom o programach nauczania, polityce tożsamości, kontrowersjom wokół różnych form upamiętniania, a w końcu także koncepcji historii jako czegoś "potencjalnie reakcyjnego i regresywnego zarazem", historia znajduje się obecnie "w sercu debaty publicznej, stanowiąc impuls do politycznej oraz etycznej zadumy".
Sharon Macdonald konkluduje, że nie ma sygnałów wskazujących na słabnące znaczenie fenomenu pamięci dla Europejczyków. Stawia przy tym tylko jedno zastrzeżenie: "Chyba że czas stanie w miejscu. Wówczas to samo stanie się z pamięcią". Ale czas - jak widać co dzień na ekranach telewizorów - ciągle przyspiesza, choć nikt nie wie, ku czemu zmierza.