ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
O baśniach, romantyzmie i grze w scrabble
Z Emilią Kiereś rozmawia Tomasz Kłusek
Zwykle rozmowy z pisarzami zaczynam pytaniem o edukację literacką. W tym wypadku muszę zapytać o pani mamę. Przygotowując się do naszej rozmowy, sięgnąłem po książki z domowej biblioteki. Kwiat kalafiora ukazał się w formie książkowej w 1981 roku, Kłamczucha dwa lata wcześniej. Mam tę powieść z ilustracjami pani mamy. Przypomniałem sobie też film Anny Sokołowskiej, będący ekranizacją powieści. Zaczyna się on i kończy piękną bossa novą Jerzego Matuszkiewicza. Wspaniała książka, wspaniały film. Pani Emilio, jaką rolę w pani edukacji literackiej odegrała lektura książek Małgorzaty Musierowicz?
Niezwykle trudno jest to ocenić. Oczywiście wszystko, co czytamy, zostawia w nas ślad, mniejszy lub większy, bardziej lub mniej znaczący - ale nie da się tego w żaden sposób zmierzyć, tym bardziej że pisarz stale ewoluuje, jego edukacja literacka nigdy się nie kończy. Powieści mamy stanowią część ogromnej, nieustannie się rozrastającej mozaiki złożonej ze wszystkich przeczytanych przeze mnie tytułów i odegrały w mojej edukacji literackiej rolę równie istotną, jak lektura pozostałych lubianych i cenionych przeze mnie książek. Różnica polega być może na tym, że byłam świadkiem powstawania wielu powieści mamy, widziałam, jak wygląda praca nad nimi. Zapewne miały one też wpływ na ukształtowanie mojego światopoglądu i systemu wartości - przypuszczam jednak, że mniejszy niż codzienne przebywanie z samą mamą, z rodzicami w ogóle. To, co mama przekazuje w książkach, przekazywała także nam, swoim dzieciom, od zawsze, tyle że na inny, codzienny, domowy sposób.
Mama była dla mnie zawsze przede wszystkim mamą - a pisanie książek to była po prostu jej praca, zawód jak każdy inny. Mama pisała książki, wujek pisał książki, ich znajomi pisali książki - normalna sprawa, w moich dziecięcych oczach zupełnie zwyczajna, na swój sposób wręcz oczywista. Z pewnością to przeświadczenie ostatecznie pomogło mi zdecydować, czym chcę się zajmować w życiu. Przypuszczam, że gdybym nie tkwiła od dziecka w świecie związanym z literaturą, mogłabym się nie ośmielić na obranie podobnej ścieżki.
Nasi rodzice nigdy nie starali się wpłynąć na wybory i życiowe decyzje swoich dzieci. Chociaż cała nasza czwórka, wychowana w domu, w którym stale się pisało, malowało i rysowało, chętnie zajmowała się twórczością własną, tylko ja związałam zawodowe życie z literaturą. Zawsze chciałam pracować blisko książek, choć wcale nie od razu poczułam, że chcę je pisać. Mama też nigdy mnie do tego nie namawiała. Ale ponieważ słowo mnie ciekawiło, podglądałam ją przy pracy, zadawałam pytania. W ten sposób mimochodem mama przekazała mi sporą wiedzę o rzemiośle pisarskim. Zawdzięczam jej bardzo dużo. Z czasem, rzecz jasna, wypracowałam na tej bazie własny warsztat, własne metody pracy. To warunek konieczny, jeśli chce się pisać. To także jedna z rzeczy, które powtarzała mi mama: nie należy nikogo naśladować. Zresztą chyba nawet bym tego nie potrafiła; zawsze czułam, że trzeba pisać sobą samą, niczego nie udawać, na nikim się nie wzorować. Tylko wtedy twórczość jest autentyczna, ma rzeczywistą siłę oddziaływania. Między innymi dlatego moje książki są zupełnie inne niż książki mamy - co, jak się przekonałam, niekiedy zaskakuje czytelników. Niektórzy z nich spodziewają się znaleźć w tym, co piszę, swoiste "przedłużenie" jej twórczości - ale tak nie jest, tak nie może być. Chociaż mamę i mnie bardzo wiele łączy, to zarazem jesteśmy bardzo różne, mamy całkiem odmienne charaktery, inne doświadczenia - a więc i nasze książki, pisane szczerze i prawdziwie, muszą być - i są - różne.
A gdyby miała pani wskazać innych autorów i tytuły ich książek, które ukształtowały pani wrażliwość estetyczną? Chodzi mi przede wszystkim o lektury z czasów dzieciństwa i później, jako nastolatki. Jaki jest pani stosunek do literatury tworzonej z założenia dla dziewcząt? No bo taki Bahdaj czy Szklarski byli preferowani przez chłopców, a Siesicka czy Snopkiewicz przez dziewczęta.
Podział na literaturę dla dziewcząt i chłopców wydaje mi się trochę sztuczny. Oczywiście jest w tym pewna racja - chłopcy w większości chyba mniej chętnie sięgną po przygody Pollyanny czy Ani z Zielonego Wzgórza - ale staram się unikać takich podziałów, wychodząc z założenia, że dobra literatura zaciekawi każdego, bez względu na wiek i płeć. Wydaje mi się, że dla czytelnika nie ma najmniejszego znaczenia, czy bohaterem jest chłopiec czy dziewczynka, o ile historia jest wciągająca, a postacie przekonujące. Ja sama w dzieciństwie czytałam wszystko, ale wolałam właśnie te książki "chłopięce". Namiętnie czytałam Karola Maya, ogromnie lubiłam Tomka Sawyera i Hucka Finna, kochałam trzech muszkieterów. Oczywiście chętnie sięgałam też po literaturę "dziewczęcą", ale jeśli miałabym wskazać, które książki miały na mnie większy wpływ, to uznałabym, że te "chłopięce" właśnie. Fascynowały mnie przygody, intrygi, wojownicze i szlachetne charaktery, fortele, pojedynki, pościgi. Być może dlatego w powieściach, które piszę, też więcej jest chłopców. Nie robię tego z rozmysłem - bohater każdej mojej książki przychodzi do mnie sam. Tutaj ciekawostka: kiedy powstawał Kwadrans, chciałam, żeby główną bohaterką była dziewczynka, Ludwika. Zaczęłam pisać, ale zupełnie mi to nie szło. Nie potrafiłam wczuć się w tę postać, nie umiałam prowadzić narracji z jej perspektywy, zupełnie to nie pasowało. Wtedy wymyśliłam jej starszego brata, Jeremiego, który niejako sam wskoczył na pierwszy plan - i nagle problem przestał istnieć. Fabuła zaczęła się pięknie rozwijać, wszystkie poprzednie trudności zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie umiem powiedzieć, dlaczego tak musiało się stać. Może winne są temu właśnie "chłopięce" lektury? Ale wracając do pytania o kształtowanie wrażliwości estetycznej: myślę, że najwięcej zawdzięczam baśniom. Od najmłodszych lat chętnie poznawałam rozmaite polskie podania i legendy. Na okrągło czytałam też baśnie braci Grimm, chociaż tak bardzo się ich bałam! Często wracałam do zbioru Baśnie angielskie, za to nie przepadałam za Andersenem (nie licząc Calineczki!). Lubiłam Dziadka do orzechów Hoffmanna, pokochałam "baśniowe" powieści Astrid Lindgren: Braci Lwie Serce, Ronję, córkę zbójnika, Mio, mój Mio. Mary Poppins też urzekła mnie połączeniem codzienności z fantastycznym światem czarów i wyobraźni, podobnie książki Edith Nesbit, Eleanor Farjeon i Hanny Januszewskiej. Później, jako nastolatka, wsiąkłam w dziewiętnastowieczne powieści, przede wszystkim angielskie. I w poezję. Ale to już inna historia.
Chciałbym zadać pani pytanie natury teoretycznoliterackiej. Czy nie sądzi pani, że literatura dla młodzieży, pisana w konwencji realistycznej prozy społeczno-obyczajowej o proweniencji jeszcze dziewiętnastowiecznej, wyczerpała swoje możliwości? Biorąc pod uwagę choćby tylko kontynuowanie Jeżycjady, a co ważniejsze bezustanną popularność cyklu, wydaje się, że na tak postawione pytanie należy odpowiedzieć przecząco. Jeżeli jednak tak jest, to co skłania panią do przekraczania tej konwencji? Bo Lapis to bez wątpienia erupcja nieokiełznanej wyobraźni, całkowite uwolnienie historycznej fantazji z przesłaniem - powiedzmy - futurologicznym.
Otóż właśnie seria stworzona przez mamę, Jeżycjada, jest dowodem na to, że możliwości powieści się nie wyczerpały. Nadal można na tej bazie stworzyć coś nowego. Mama wykreowała swoisty, odrębny podgatunek, powieść humorystyczną w szczególnym wydaniu, w której łączy w sposób niezwykle spójny to, co poważne, z tym, co błahe, smutne z wesołym, realizm z absurdem. Potrafi w lekką, humorystyczną formę ubrać zagadnienia ważkie, o sporym ciężarze gatunkowym, i stwarza niepodrabialną, unikatową całość. Ostatnia jak dotąd część Jeżycjady została opublikowana w 2018 roku i nie tylko potwierdziła niegasnącą popularność serii, ale wręcz pokazała, że stale zyskuje ona nowych odbiorców. Doświadczenie podpowiada mi zresztą, że powieść dziewiętnastowieczna i jej późniejsze warianty to niezmiennie ukochany gatunek czytelników na całym świecie. Wierzę - choć może to niepopularny pogląd - że żaden gatunek literacki nie wyczerpał swoich możliwości, a te pozostające w uśpieniu mogą się w każdej chwili odrodzić. Indywidualność i pierwiastek twórczy w człowieku są tak silne, że zawsze istnieje szansa na rozwinięcie, przekształcenie czy udoskonalenie każdej formy.
PROZA POLSKA
Powieść o "mistrzowskim" powstaniu
Tomasz Mizerkiewicz
Jerzy Alter
Powstanie
Wielobarwna panorama Wielkopolski
czasów Powstania
Poznań : "Rebis", 2021
332 s. ; 23 cm
Nowa powieść poświęcona powstaniu wielkopolskiemu została nie tylko świetnie opowiedziana, ale zaskakuje też wybraną modalnością wypowiedzi. Narrator sławi bowiem powstanie nie tylko jako czyn zbrojny, ale i jako wyczyn objawiający specjalnie rozumiane mistrzostwo jego sprawców.
Autorem powieści zatytułowanej po prostu Powstanie jest znany poznański filmoznawca Marek Hendrykowski, który w roli pisarskiej przybrał pseudonim Jerzy Alter. Narracja oparta została na solidnych rozpoznaniach archiwistycznych, często dowiadujemy się o roli postaci oraz zdarzeń, które rzadko dotąd były przedmiotem należytej uwagi. Alter, na przykład, eksponuje rolę biskupa Stanisława Adamskiego jako wyjątkowo sprawnego koordynatora wielu działań organizacyjnych, ale też opowiada o mało znanej wyprawie wojsk wielkopolskich do walk w obronie Lwowa. Fabuła nie jest chronologiczną relacją z wypadków powstańczych, lecz nieraz przeskakuje w okres późniejszy, a przede wszystkim okazuje się zbiorem nader różnych wglądów oraz perspektyw: z wysokości wielkiej polityki i dyplomacji, od strony obyczajowej, pojedynczego zdarzenia z życia codziennego, listu z epoki, dyskusji intelektualistów, uzgodnień handlowych i ekonomicznych. Pod względem gatunkowym mamy połączenie powieści politycznej, obyczajowej oraz epistolarnej, trafiają się partie lekko publicystyczne, elementy powieści-dyskusji, utworu psychologicznego. W tym debiucie powieściowym znajdujemy fragmenty znakomicie skomponowane, udane portrety postaci, świetne opisy emocji (tu wyróżnia się kapitalny rozdział o narodzinach miłości lesbijskiej Pocałunek w fabryce guzików).
Sympatycznie gadatliwy narrator dyskretnie sugeruje, że był to czas powstania rozumianego jako podniesienie się etyczne i społeczne. Wyraźnie zaznaczone zostało rosnące upodmiotowienie kobiet, ich udział w najlepszych wydarzeniach życia politycznego i gospodarczego. Kilka razy widzimy czyjeś wzniesienie się ponad podziały, a otwartość zbiorowa pozwala nawet chętnym do pozostania na miejscu Niemcom także poczuć się częścią wspólnego świata. Nie jest to obraz naiwny, nie przemilcza się istniejących wówczas uprzedzeń stanowych (rozdział Misja. Listy ambasadorowej), różnic między Polakami trzech zaborów, donosicielstwa (rozdział List gorącej patriotki). Wielkopolanie mieli poza tym prawo nosić w sobie uraz za to, że musieli walczyć w samotności, nie otrzymali wsparcia od "piłsudskiej" Polski, a mimo to natychmiast po powstaniu całkowicie zaangażowali się w wojnę polsko-bolszewicką. Powstanie było bowiem okresem moralnego przeorientowania umysłów ku wzniosłości, ku "górnym" wartościom etycznym: szlachetności, solidarności, otwartości, wolności. W ten sposób, podpowiada Alter, dochodzi do narodzenia autentycznej wspólnoty, bierze ona początek z ruchu włączania i szukania nowych powiązań, a nie z gestów wykluczania innych przez zacietrzewionych "gorących patriotów".
To jednak nie wszystko, Alter sławi bowiem powstanie nie tylko jako czyn, ale też jako wyczyn, jako po mistrzowsku przeprowadzoną akcję. Na okładce książki widnieje stół bilardowy, gdzie zamierzający uderzyć czarną bilą w figurkę-popiersie cesarza Wilhelma starannie koordynuje układ kija i dłoni. Powieść ukazuje różne przykłady rozgrywek taktycznych, czasem jest to gra biskupa Adamskiego z władzami pruskimi, innym razem ogranie przez sołtysa jednej z wsi niemieckiego urzędnika ogłaszającego godzinę policyjną. Istotniejszym wyczynem okazują się dla opowiadającego fenomenalne osiągnięcia organizacyjne, które wymagały odważnych eksperymentów i świetnego zgrania wykonawców. Takim osiągnięciem była zdumiewająco skuteczna sieć finansowa zorganizowana przez Wielkopolan w ich prowincji wraz z emigrantami zarobkowymi w Westfalii. Udał się pomysł na wysłanie do akcji byłych przestępców (rozdział Parszywa trzydziestka), którym dano szansę darowania win, jeśli zlikwidują groźną grupę dowodzoną przez niemieckiego bandytę w okolicach Czarnkowa. Co rusz miały miejsce skuteczne mistyfikacje powodujące, że Niemcy oddawali bez walki lokalne arsenały broni. Dowiadujemy się też, dlaczego najlepszy moment na wybuch powstania pojawił się na dwa miesiące po ukonstytuowaniu się powojennej Polski. Z podziwem dla mistrzostwa wykonania opowiada się o imponująco rozegranej akcji zakończonej przejęciem lotniska w Ławicy wraz z całym wojskowym lotnictwem i jego wyposażeniem. W ostatnim przypadku pojawiają się niemal "sportowe" elementy wyczynu, kiedy planowane jest brawurowe bombardowanie Frankfurtu nad Odrą.
Narrator swoją opowieścią nakierowuje zatem naszą uwagę na nieoczywisty element powstania, w których heroizm łączy się z mistrzostwem, a może gdzie heroizm to przede wszystkim mistrzostwo wyczynowe dowiedzione w akcjach militarnych i cywilnych. Kształcona przez lata zdolność koordynacji działań, budowania sieci kontaktów i ulotnych, bądź przeciwnie, obliczonych na pracę wieloletnią, form organizacyjnych skutkują zatem umiejętnościami, które zadecydowały o sukcesie zrywu wolnościowego. Dzięki nim bowiem udawały się sytuacyjne, szybkie fenomeny organizacji i reorganizacji w działaniach dużych oraz małych zbiorowości wielkopolskich. Narrator zdaje się Wielkopolaninem, gdyż z jednej strony opowiada z licznymi wtrętami z niemczyzny, naśladując mowę miejscowych, a z drugiej strony potrafi zrozumieć i opisać mistrzostwo owego powstania i związane z nim ulotne formy piękna. Piękno to nie polega wyłącznie na przelewaniu krwi (choć i o tym pamięta opowiadający w rozdziale Apel poległych), lecz przede wszystkim na znakomicie skutecznym zgraniu niezliczonych działań militarnych, finansowych, komunikacyjnych i edukacyjnych.
Powstanie wielkopolskie, podobnie jak wiele innych ważnych zdarzeń z polskiej przeszłości, każdego roku opisywane jest w kilku nowych powieściach, lecz rzadko zdarza się znaleźć wśród nich opowieść równie innowacyjną, co utwór Jerzego Altera. Pisarz wypracował nową ścieżkę dostępu literackiego do wielkich wydarzeń polskiej historii, stąd anonsowanego przezeń w zakończeniu większego cyklu powieści historycznych można oczekiwać z dużym zainteresowaniem.
O LITERATURZE
Obcowanie z Liberą, pisarzem wybitnym
Wacław Holewiński
Małgorzata Juda-Mieloch
W cieniu marnego czasu
O twórczości Antoniego Libery
Kraków : Instytut Literatury, 2021
376 s. ; 24 cm. - (Biblioteka Krytyki Literackiej Kwartalnika "Nowy Napis")
W lutym współprowadziłem w radiowej Dwójce audycję specjalną związaną ze śmiercią Jarosława Marka Rymkiewicza. Zmarłego wspominali wybitni pisarze, reżyserzy, wydawcy, a wśród nich Przemysław Dakowicz, który powiedział o swoim przyjacielu: "Odszedł ostatni z wielkich". Wryły mi się te słowa w pamięć, ale gdzieś z tyłu głowy stukała myśl, pytanie: czy na pewno ostatni?
Nie trzeba wielkiej odwagi ani przenikliwości, aby do "wielkich" zaliczyć Antoniego Liberę. Pisarza, eseistę, tłumacza, ale też człowieka, który w żadnych okolicznościach nie obawiał się głosić rzeczy prawdziwych, choć nierzadko niepopularnych. Człowieka idącego własną drogą twórczą, stającego w opozycji zarówno intelektualnej, jak i osobistej wobec tych, którzy próbują narzucić nam stadne sądy, jedyne właściwe interpretacje, intelektualną jałowość.
I oto dostaliśmy w serii "Biblioteka Krytyki Literackiej Kwartalnika "Nowy Napis"" książkę, która moje słowa zdaje się nie tylko potwierdzać, ona w sposób szczególny podkreśla rangę dorobku Antoniego Libery. Zarówno poprzez dziewięćdziesięciostronicowe krytyczne omówienie jego dokonań literackich, translatorskich, wspomnieniowych, jak też poprzez pokazanie drogi ideowej autora. Książka to szczególna także dlatego, że na kolejnych stronach "dostajemy" samego Liberę. Liberę w pigułce, w tekstach przez niego wybranych. Oczywiście nie ma tu całych utworów, ale te fragmenty dają - bez wątpienia - pojęcie o tym, co pisze autor Madame, jak pisze, dlaczego. Dają pojęcie o tym, skąd przyszedł, w jakim jest miejscu, czym jest jego pisanie, jakich narzędzi używa, kim są jego mistrzowie.
Przejdźmy jednak na początek do tekstu Małgorzaty Judy-Mieloch. Najważniejszy w nim rozdział poświęca autorka, co zrozumiałe i naturalne, najbardziej znanemu utworowi prozatorskiemu Libery. Madame, powieść wydana w roku 1998, tłumaczona na wiele języków, uznana za arcydzieło przez tak wybitnych krytyków jak Tomasz Burek, wciąż i wciąż domaga się interpretacji, wyjaśnień, zburzenia prostych opisów, często krzywdzących autora, przypisujących mu nieprawdziwe intencje.
Juda-Mieloch, jako klucz do "pełnego rozumienia powieści", wskazuje jej Postscriptum, będące jednak częścią utworu, a więc także fikcją. To tam "narrator, opowiedziawszy całą historię, odkrywa przed czytelnikiem, że ta opowieść nie jest ani jego wspomnieniem, ani konwencjonalnym monologiem, lecz stworzonym przez niego po latach utworem literackim". To prawda, zapewne z elementami biograficznymi, ale przetworzonymi przez czas, doświadczenie, przez rozumienie, inne niż w chwili "dziania się" opowiedzianej historii.
Warsztat krytyczny pozwala autorce także na, zapewne odkrywcze dla większości czytelników Madame, spojrzenie na konstrukcję utworu (budowa zdań według zasad metrycznych), a w konkluzji stwierdzenie, że: "Bohater Libery nie chce przeżywać swej miłości jak "gimnazista w snach huzarskich". Chce ją opisać jak Homer, Dante czy Shakespeare". "Powieść w powieści", jak pisał Jacek Łukasiewicz? Romans, jak chce większość czytelników? Powieść społeczno-obyczajowa? A może Bildungsroman? Juda-Mieloch rozkłada Madame na czynniki pierwsze: język, bohater, czas, pokrewieństwa, literackie, ideowe, biblijne, filozoficzne... Uff. Ktoś zada pytanie, po co? Powieść to powieść. Ale przecież to opracowanie krytyczne, dla tych, którzy chcą wniknąć w twórczość Libery głębiej, nie ślizgać się po powierzchni, raczej zanurkować najgłębiej jak się da...
Mniej miejsca niż Madame poświęca autorka kolejnym utworom spośród dzieł oryginalnych Libery: prozie autobiograficznej Godot i jego cień oraz tryptykowi nowelistycznemu Niech się panu darzy. Są to jednak omówienia na tyle szczegółowe, że czytelnik z całą pewnością "złapie trop". W tym pierwszym kluczem interpretacyjnym jest relacja Libera - Beckett. Pisze Juda-Mieloch (i warto te zdania powtarzać): "To właśnie te bardziej wymagające "filologiczne" fragmenty czytelnicy Godota i jego cienia identyfikowali jako "eseje beckettologiczne". Tymczasem w porządku relacji mistrz - uczeń są one po prostu opisami działań pochłoniętego swymi studiami adepta literatury. To naturalny element narracji w tak pomyślanej powieści". W tryptyku nowelistycznym istotą jest czas. To, że zdarzenie z przeszłości ma znaczenie, czasami doniosłe, dziś, w chwili gdy narrator, przez przypadek albo zupełnie świadomie, do niego wraca.
Druga część tomu to wybór twórczości Libery. Nie ma w nim Madame, są natomiast fragmenty prozy autobiograficznej, nowel z tryptyku Niech się panu darzy, jest rozdział poświęcony Beckettowi (z uroczym pierwszym "spotkaniem" ośmiolatka z Godotem w warszawskim Teatrze Współczesnym), jest publicystyka z arcyważnym tekstem Teatr polski - tradycja i przyszłość (debata w Belwederze 20 września 2017 roku). Byłem świadkiem tej debaty, polemiki Libery z Olgierdem Łukaszewiczem. Świadkiem, jak wielkie wrażenie zrobiły na zebranych słowa autora Madame. Mamy także tekst, powiedziałbym, nostalgiczny, poświęcony "małej ojczyźnie" Libery, warszawskiemu Żoliborzowi. Osobny rozdział stanowią przekłady. Co tu kryć, największych, a więc: Sofokles, Horacy, Shakespeare, Racine, Goethe, Hölderlin, Baudelaire, Wilde, Kawafis, Yeats, Rilke, Apollinaire, Joyce, Eliot, Beckett i kilka innych nazwisk. Kończy tom tekst o "warsztacie" tłumacza.
Ale chciałbym w tym omówieniu zatrzymać się przy utworze szczególnym, tj. Najlepiej się nie urodzić. Przyznam, że był jednym z niewielu tekstów Libery, których wcześniej nie znałem. To rzecz poświęcona, chciałem napisać, rodzicom. Jednak byłoby to zubożenie, zawężenie tematu szczególnego. Wojny, getta, Żydów, relacji polsko-żydowsko-niemieckich, postaw wszystkich tych nacji w okresie powojennym, emigracji, szukania alibi dla czasu wojny, traum wyniesionych z okupacji, odnajdywania się w innej, komunistycznej rzeczywistości.
Proza wspomnieniowa, ale kiedy czytałem ten tekst, myślałem, że przecież to jest materiał na znakomite opowiadania, może powieści. Getto tuż przed likwidacją, matka Libery, która musi się połączyć telefonicznie z aryjską częścią Warszawy. Pajęczarz, który jej w tym pomaga. Albo: jest już po aryjskiej stronie, bez pieniędzy, dokumentów, bez pomysłu, jak się ratować. I spotkanie, które niesie nadzieję życia. Potem sielanka we dworze, piękni ludzie ze skazą kontaktów z Niemcami. Jest za to cudowny uczeń. Powojenna rzeczywistość: aresztowany przez UB ojciec Libery, rozmowa jego matki z przyrodnim bratem, funkcjonariuszem urzędu. I to pytanie: a on jest nasz? Powtórzę to pytanie: a on jest nasz? I jeszcze pani profesor, odważna, szlachetna, która wie, że w swojej opinii mającej ratować życie, musi się podpisać dwoma nazwiskami. To drugie ma znaczenie. Ale nad tym wszystkim, w moich myślach, górowało to, co wydarzyło się za murem. Na ulicach trupy, głód, za chwilę getto przestanie istnieć. I gdzieś na ulicy Żelaznej spotyka się "grono profesorów, ich asystentów i uczniów z wydziałów filozofii i filologii klasycznej dawnego uniwersytetu...". Spotyka się, "by nie popaść w depresję i nie dać się zdegradować, by zachować kondycję, godność i ideały, czyli zajmować się tym, co jest jedynie ważne, to znaczy myślą i prawdą". Dyskutują, kłócą się o jakiś szczegół, rozumienie jakiegoś zdania. Tym razem temat brzmiał: "O wartości logicznej sentencji Teognisa "Najlepiej się nie urodzić"". Byli zainteresowani, byli przekonani, że warto podjąć dyskusję, a może nie chcieli ulec, pogodzić się z rzeczywistością? Czytam ten tekst i jestem nim do głębi poruszony. Bo jest w nim to, co tak rzadkie we współczesnej literaturze. Czas, jego upływ, prawda, samotność każdego z nas.
Recenzowana książka trafi do nauczycieli, literaturoznawców, zapewne też do grona wielbicieli twórczości pisarza. Może też trafi w ręce kogoś nieprzygotowanego, dla kogo Libera będzie odkryciem. Ten przewodnik pozwoli mu go rozumieć - niepowierzchownie. Pozwoli na podróż pełną zaskoczeń i niespodzianek. I zostawi poczucie obcowania z pisarzem wybitnym.
HISTORIA
Legenda Dzielskiego
Maciej Zakrzewski
Mirosław Dzielski i krakowscy liberałowie
red. nauk. Szymon Bródka
Kraków : "Znak", 2021
346 s. ; 21 cm
Mirosław Dzielski, krakowski filozof, liberał, opozycjonista, ale niepierwszoplanowy. Jego działalność jako niezależnego publicysty i członka opozycji antykomunistycznej trwała niewiele ponad dekadę. Zmarł w październiku 1989 roku.
W Krakowie uwielbia się legendy, opowieści, anegdoty. Te o smoku, Franciszku Józefie, Piotrze Skrzyneckim i... o sprzedawcy skarpetek na Floriańskiej. Pławią się w nich i inteligenci, i dziarscy chłopcy. Każda grupa ma własne. To jest naturalna otulina dla miasta, która jakimś cudem nie została jeszcze zabudowana przez nachalną deweloperkę wyobraźni. Właśnie w tym, że legendy nie mają wiele wspólnego z rozumem, kalkulacją, a więcej z tymi trudno uchwytnymi siłami w człowieku, tkwi sekret ich trwałości. "Dzielski" jest jedną z najpiękniejszych opowieści dawnego inteligenckiego Krakowa, co ciekawe wcale niewygasającą. Nie ma głośnych konferencji naukowych, grantów, festiwali z zagranicznymi naukowcami, akademii ku czci. Jest ulica Dzielskiego, są jeszcze, coraz bardziej leciwi, dawni znajomi, raz na dekadę wyjdzie zbiór tekstów. Tyle. Wystarczy jednak, aby trafiać w umysły co bystrzejszych młodych adeptów myślenia, szukających niesztampowych odpowiedzi na pytanie o wolność.
Szymon Bródka, redaktor wydanej nakładem "Znaku" książki Mirosław Dzielski i krakowscy liberałowie, zebrał w jednym tomie nie tylko analizy dorobku, ale i wielobarwność opowieści o jednym z najważniejszych prekursorów powojennego liberalizmu w Polsce (wtedy jeszcze socjalistycznej). Obok monumentalnego wyboru pism z 1995 roku (Odrodzenie ducha - budowa wolności. Pisma zebrane), księgi pamiątkowej z 1991 (Widzieć mądrość w wolności. Księga pamięci Mirosława Dzielskiego) i znakomitego opracowania Adama Plichty z 2019 (Wolność i polityka. Myśl społeczno-polityczna Mirosława Dzielskiego) jest to najważniejsza pozycja na ten temat. Nie tylko udało się połączyć wątki naukowe z osobistymi wspomnieniami; nie tylko zestawiono autorów z różnych pokoleń, ale co istotniejsze, i co jest rzeczywiście znacznym osiągnięciem, zebrano teksty autorów z różnych opcji ideowych i politycznych. Niewiele jest współcześnie książek, w których obok siebie można zobaczyć nazwiska Bronisława Łagowskiego, Bronisława Wildsteina, Ryszarda Legutki, Jana Woleńskiego, Andrzeja Walickiego, Pawła Kłoczowskiego czy Aleksandra Halla. Udało się, często posiłkując się tekstami już uprzednio ogłoszonymi, stworzyć nie tylko rzetelną narrację, ale właśnie pokazać - coś co trudno uchwycić - fenomen Dzielskiego, intelektualisty, który dzięki uczciwości myślenia potrafił wchodzić w interakcje z różnymi stronami polskiej, tak często skłonnej do wchodzenia w alianse z politykami i masami, inteligencji. Dzielski dobrze rozumiał powołanie klerka, łączącego postawę społecznego zaangażowania i intelektualnego dystansu. Precyzyjnie tę cechę oddał Ryszard Legutko, który zawsze podkreślał wagę czynników osobowościowych dla zrozumienia znaczenia Dzielskiego. Pisał: "Główną cechą wyróżniającą go była samodzielność i to samodzielność świadoma. W tamtych czasach, a mówię o końcówce lat siedemdziesiątych i latach osiemdziesiątych, kiedy rodziła się nowa fala antykomunistycznej opozycji, zaczęły w środowisku opozycyjnym powstawać odruchy stadne. Nie dostrzegałem tego jeszcze, natomiast widział to Dzielski i mówił o tym otwarcie (...). Jeśli opozycja stanowiła zalążek III RP, to już wtedy rozmaite złe rzeczy można było dostrzec, o ile ktoś miał bystry wzrok i ostrość sądu. A Dzielski dysponował jednym i drugim". Antystadność myślenia Dzielskiego, najjaskrawiej widoczna w jego związkach z Solidarnością, o których obszerniej wspomina Tadeusz Syryjczyk. Po sierpniu 1980 roku Dzielski, zadeklarowany liberał, zaangażował się w działalność związkową. Był m.in. rzecznikiem zarządu regionu struktur małopolskich, próbował przekonywać działaczy związkowych i robotników do pomysłów wolnorynkowych. Bez większego odzewu. Niemal do rangi symbolu urasta fakt, iż w czasie I Zjazdu Solidarności w Gdańsku w wyborach na ogólnopolskiego rzecznika związku otrzymał... 10 głosów. Masy odwzajemniają nieufność. Naturalnym jego otoczeniem i polem oddziaływania była podziemna "13" i Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe, słowem, inteligencja. Znaczenie Dzielskiego, i kilku jeszcze innych nielicznych Don Kichotów, polegało na wykształceniu w kraju robotniczym, z gospodarką centralnie planowaną, gdzie formy własności prywatnej poza rolnictwem przetrwały w formie szczątkowej, liberalnej inteligencji, która skutecznie starała się wzbudzić w postsocjalistycznym społeczeństwie marzenie o kapitalizmie i nadać tym samym kierunek przyszłej transformacji.
Dawni przyjaciele, współpracownicy, bez akademijnej czołobitności piszą o sporach z Dzielskim, czasem po latach przyznawali mu racje, czasem przeciwnie - wskazywali na pomyłki. Czynią to już z perspektywy trzydziestu lat istnienia III Rzeczypospolitej. Nachalnie jednak na kartach książki powraca pytanie, co Dzielski zrobiłby, jakby się zachował, jaki miałby osąd zachodzących procesów, gdyby nie zmarł przedwcześnie, u progu niepodległości. Pytania z konieczności pozostają bez odpowiedzi, wyrażają jednak poczucie braku, wyrzutu... Że coś poszło nie tak; że można było lepiej, sprawniej, uczciwej... Być może właśnie zabrakło tego "bystrego wzroku i ostrości osądu", cech wtedy i współcześnie wyraźnie deficytowych.
Nieustannie wraca, nie tylko w tekście Adama Plichty, motyw aktualności publicystyki autora skandalizujących życzeń noworocznych dla porucznika Borewicza. Po trzech dekadach kosztownych sukcesów kapitalizmu, całkowitej klęsce chrześcijańskiego liberalizmu, kwestia tego, co Dzielski ma do powiedzenia współczesnemu pokoleniu, jest kluczowa. Czy Dzielski jest inteligencką legendą, jednak bez konsekwencji?
Nie będzie wielkim odkryciem stwierdzenie, że wigowski liberalizm Hayeka, który tak przemawiał do autora koncepcji historycznego kompromisu, w obecnych warunkach gospodarczych, społecznych i politycznych z dużym prawdopodobieństwem odchodzi w przeszłość. Czy jednak dezaktualizuje się również sprawa wolności? Nie. Wymaga ona ciągłego konfrontowania pojęć z rzeczywistością, ze zmiennymi warunkami, krytycznego myślenia i dyskusji. I to jest najważniejsza nauka Dzielskiego, ta która niezależnie od czasów pozostanie aktualna.
Zebrane teksty, nadmieńmy, znakomitych autorów, pokazują, iż Dzielskiego nie można sprowadzić wyłącznie do doktryny, zamknąć w formule liberała. Takie legendy nie tyle szybko umierają, ile nigdy się nie rodzą. Dzielski to szkoła myślenia, również przykład niezwykłej wrażliwości moralnej. Przypomnienie w tak przemyślanej formie postaci Dzielskiego w obecnym stanie napięcia umysłów, niesamowitej polaryzacji, ideologizacji i polityzacji polskiej inteligencji jest cennym przedsięwzięciem; przypomnieniem o zbyt często "zdradzanym" powołaniu.
Pogromca mitów na postumencie
Wojciech Stanisławski
Maciej Górny
Polska bez cudów
Historia dla dorosłych
Warszawa : "Agora", 2021
352 s. : il. ; 22 cm
Fantastyczna panorama społecznego i propagandowego tła zmagań Wielkiej Wojny i powojennego chaosu byłaby o wiele wdzięczniejsza w odbiorze, gdyby nie witriolowy sarkazm autora wobec wszystkiego, co wspólnotowe.
Opinia, iż "pierwsza wojna światowa nie zachowała się w polskiej pamięci zbiorowej" nie jest pozbawiona podstaw, choć powtarzana bywa tak często i natrętnie, że stała się rodzajem komunału. Ale znacznie mniej od batalistyki i polityki (bitwy pod Verdun i ofensyw karpackich, Gallipoli i pokoju brzeskiego) znana jest w Polsce historia społeczna epoki pierwszej wojny, zmagania walczących, a następnie wysokich układających się w Wersalu stron, czy wreszcie jej "dogasanie", trwające w Europie Środkowo-Wschodniej aż do 1922, może nawet 1923 roku.
O wszystkich tych kwestiach pisze od lat Maciej Górny. Jako autor Wielkiej Wojny profesorów (2014, wydana przez IH PAN rozprawa habilitacyjna) oraz Kreślarzy ojczyzn (2017), współautor (wraz ze zmarłym w ubiegłym roku prof. Włodzimierzem Borodziejem) dwutomowej Naszej wojny (2018, obecnie szykowane jest drugie wydanie) stał się czołowym w polskiej historiografii specjalistą od wyżej zarysowanej wiązki zagadnień. Potwierdza to najnowsza jego książka, zbiór szkiców Polska bez cudów. Historia dla dorosłych. Potwierdza, choć jednocześnie wytrąca czytelnika z równowagi nie tylko przywoływaniem nieznanych faktów, oryginalnością, a czasem przewrotnością spojrzenia, dystansem do utartych tez historiografii - lecz i uderzającą cierpkością tonu. Irytacja autora (której przedmiot postaram się nakreślić niżej) przyciąga uwagę, nieraz ze szkodą dla treści.
Ze szkodą, bo Polska bez cudów - zbiór szkiców, częściowo powstałych na potrzeby tego tomu, częściowo stanowiących rozszerzoną wersję artykułów publikowanych wcześniej w anglo- i niemieckojęzycznych pracach zbiorowych i czasopismach akademickich - naprawdę rozszerza horyzonty, ukazując nieznane lub lekceważone aspekty Wielkiej Wojny. Maciej Górny często "krąży" wokół swoich ulubionych zagadnień, jak choćby zaangażowania naukowców podczas wojny i po jej zakończeniu. Fascynujący jest tu stosunkowo krótki szkic Cena za krew, ukazujący szczegóły negocjacji wysokości powojennych odszkodowań, kruczki ukrywane w paragrafach skuteczniej niż w przypadku współczesnych umów kredytowych we frankach. Jak znaczący był choćby dla gospodarki II RP fakt, że kraj otrzymał niemiecki tabor kolejowy proporcjonalnie do długości linii nie w dawnym zaborze pruskim, lecz na wszystkich szlakach w Kongresówce, na których w czasie wojny zwężono pierwotny rosyjski rozstaw szyn!
Te kwestie są oczywiście przejawem żywego w historiografii współczesnej zainteresowania stykiem nauki i struktur nowoczesnego państwa, rozszerzania zakresu działania administracji, zdolnej do mobilizowania intelektualistów i profilowania kierunków ich dociekań. Również inne zagadnienia poruszane przez Macieja Górnego dowodzą rozszerzania zainteresowań historyków o kwestie dotąd lekceważone. Zwraca uwagę opis mobilizacji i emancypacji społecznej, dokonujących się na zapleczu frontów, zarówno w sposób zinstytucjonalizowany (poprzez struktury samorządowe i samopomocowe, przejmujące zadania coraz bardziej niewydolnego państwa, w pierwszej kolejności pozyskiwanie i redystrybucję żywności), jak też całkowicie "oddolny". Konsekwencją poboru było zatrudnienie w fabrykach kobiet, młodzieży i włościan z interioru, konsekwencją ciężarów wojny - ich radykalizacja...
Również inna kwestia poruszana w Polsce bez cudów - kreowania nowych świąt, instytucjonalizacji i rytualizacji pamięci zbiorowej - wiąże się z wcześniejszymi dokonaniami badawczymi Górnego (współpraca przy fundamentalnym wieloksięgu Roberta Traby poświęconym polsko-niemieckim miejscom pamięci), ale też należy do szerokiego nurtu badań nad lieux de mémoire i "tradycji wynalezionych". Trzeba od razu dodać, że wielkim atutem książki (szerzej, podejścia badawczego prof. Górnego) jest sprawne poruszanie się w historiografii większości państw Europy Środkowo-Wschodniej i łatwość budowania "perspektywy komparatystycznej". O niewydolności państwa carów i mobilizacji ziemstw w Rosji lat 1915-1917 pisano sporo, o strajkach, wybuchających na ziemiach czeskich i austriackich po drugiej stronie frontu również wiadomo. Tymczasem ukazanie tych zjawisk jako elementów procesu o wielorakich konsekwencjach społecznych i politycznych jest czymś nowym.
"Wynajdywanie tradycji" rodzi (lub wyostrza, jeśli ktoś miał wcześniej ku temu dyspozycję) sceptycyzm wobec różnego rodzaju prawd zastanych, opinii ugruntowanych raczej na ich powtarzaniu przez pokolenia nauczycieli niż na danych źródłowych. Taki sceptycyzm nie jest u historyka przywarą, przeciwnie. Z satysfakcją śledzę u Górnego gotowość do podważania pozornych oczywistości, sprawdzania wartości obiegowych fraz. Czasem ten sceptycyzm ma wartość anegdotyczną, jak w przypadku przypomnienia dość groteskowych dokonań i reputacji lorda d'Abernon, w Polsce rzeczywiście znanego wyłącznie jako autor opinii o "osiemnastej decydującej bitwie w dziejach świata". Wkład Edgara Vincenta w upadek Banku Osmańskiego i jego skłonność do romansów nie są wielką tajemnicą, skoro możemy o nich przeczytać w brytyjskiej wersji biogramu w Wikipedii, ale ich wzmiankowanie odświeżająco odbrązawia postać historiografa amatora, cytowanego nad Wisłą ze zbytnią powagą. Czasem - jak we wspomnianym szkicu o roli samorządów - sceptycyzm autora Polski bez cudów pozwala spojrzeć w nowym świetle na przemiany polityczne lat Wielkiej Wojny i porządku wersalskiego. Czasem ułatwia ogląd przeszłości we właściwych proporcjach, uświadamia, że tragiczne doświadczenie "walki bratobójczej" podczas pierwszej wojny światowej nie było udziałem jedynie Polaków, lecz dotknęło większość narodów Europy Środkowo-Wschodniej.
Najbardziej wyrazistym przykładem tego fundamentalnego sceptycyzmu jest chyba rozdział poświęcony bitwie warszawskiej i wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1921. Autor nie kryje w nim zamiaru polemiki ze "współczesnymi i potomnymi, widzącymi w tym starciu coś na kształt wojny światów". I prowadzi ją, nie tylko ośmieszywszy d'Abernona (pośrednio jego tezę o "osiemnastej decydującej"), nie tylko (słusznie) przywołując wielkość bezpośrednio zaangażowanych w sierpniu 1920 roku sił, znacząco mniejszych niż w przypadku zmagań nad Marną. Przypomnienie o szczególnym charakterze tej wojny, tak różnym od zmagań lat 1914-1918, drwina z górnolotnego stylu, po jaki sięgnął Piłsudski w polemice z Tuchaczewskim, ukazanie niskich praktyk propagandowych obu stron - wszystko to prowadzi Górnego do odebrania tamtej wojnie wszelkiego niemal znaczenia.
Pasja "mitoburcy" (stosowniejszy byłby może modny angielski termin debunker) nie opuszcza jednak Górnego ani na chwilę. Z satysfakcją przywołuje każdy fakt kłócący się z potocznym, "patriotycznym" obrazem przeszłości. Powszechny brak zaufania do polskiego państwa? Masowe dezercje poborowych w roku 1920? Częsta kolaboracja z bolszewikami? Fałszowanie faktów przez czcigodnych geografów? Słabość polskiej delegacji w Wersalu, trzymanej "w przedpokoju" rokowań? Tak, wszystko to było. W obrazie Górnego tworzy jednak spójny negatyw, odzierając polskie lata 1914-1921 z wszelkiej urody, zasług, radości z odzyskanej niepodległości czy poczucia wspólnoty, mocniejszego (bodaj przez chwilę) niż granice klas, zaborów czy orientacji politycznych.
Tę pasję antybrązowniczą łatwiej ukazać zresztą poprzez język autora Polski bez cudów. Krytyczny wobec retoryk lat Wielkiej Wojny, przekonany, że za użyciem słowa "naród" bez wyjątku stać musi agresywny nacjonalizm, zaś hasło "bolszewik" to ciężka demagogia ("za pomocą takiej retoryki można było swobodnie mianem bolszewizmu określać właściwie jakiekolwiek społeczne niepokoje" - pisze), sam daleki jest przecież od zdań przezroczystych i beznamiętnych! "Piłsudski (...) nie zapisał się w annałach historii wojskowości złotymi ani żadnymi innymi zgłoskami" - to zaledwie nieżyczliwa opinia. Zamiar "bycia zabawnym" zadeklarowany przezeń na skrzydełku książki prowadzi Górnego do takich pereł gazetowego humoru, jak zatytułowanie rozdziału o analogiach między polityką pamięci II RP a potrianońskich Węgier Budapeszt w Warszawie, snadź w nadziei, że czytelnicy dostrzegą w tym aluzję do nicowanej już tysiąckroć frazy wpływowego polityka. Padające we wstępie zdania o "celebrowaniu stulecia wolności", o znużeniu "uroczystymi akademiami" (nieco tautologiczne, zważywszy, że takie są zazwyczaj akademie) ustawiają rolę i intencję autora podobnie jak sam tytuł książki. Polska bez cudów. Historia dla dorosłych obiecuje coś radykalnie odmiennego niż dotychczasowy dorobek historiografii, będącej jedynie obfitującą w "cuda" historią dla dzieci.
Ocenie tej przeczą choćby liczne przypisy do książki Górnego, ukazujące dorobek historiografii ostatnich lat. Przyjęta przez autora poza bohaterskiego pogromcy mitów i fałszerstw może być oczywiście powabna - zdaje się jednak wywodzić wprost z arsenału heroizującej bez umiaru propagandy wojennej sprzed stu lat. Nie pierwszy to niestety w dziejach nauki przypadek zbytniego zauroczenia autora studiowanym przezeń tematem.
POPULARYZACJA NAUKI I WIEDZY
Stawanie się, trwanie czy tylko następstwo zdarzeń
Stanisław Mrówczyński
Julian Barbour
Nowa teoria czasu
Punkt Janusa
przeł. z ang. Tomasz Lanczewski
Kraków : Copernicus Center Press, 2021
464 s. : il. ; 22 cm
Fizycy jako spadkobiercy filozofów przyrody deliberują od wieków nad czasem, chcąc uchwycić jego naturę. Czasowi właśnie poświęcona jest książka Juliana Barboura, brytyjskiego fizyka teoretyka, kosmologa, erudyty.
Barbour swoją teorię czasu przedstawia w kontekście gorących debat trwających już trzy stulecia. Najżywotniejsze bowiem koncepcje czasu ukształtowały się wkrótce po narodzinach nowożytnej fizyki. Izaak Newton - prawodawca naukowej metody - umieścił w pierwszej części Matematycznych zasad filozofii naturalnej słynne stwierdzenie: "Czas absolutny, prawdziwy i matematyczny, sam z siebie i przez swą naturę, upływa równomiernie bez związku z czymkolwiek zewnętrznym i inaczej nazywa się trwaniem". Dalej Newton wyjaśnia: "Wszystkie ruchy mogą przyśpieszać i zwalniać, ale upływanie absolutnego czasu nie ulega żadnym zmianom. Trwanie, czyli dążność do zachowania istnienia rzeczy, pozostaje to samo niezależnie od tego, czy ruchy są szybkie, czy wolne, czy też nie ma ich wcale. I dlatego też trwanie to powinno odróżniać się od tego, co jest tylko jego zmysłową miarą". Drugi gigant owej epoki - Gottfried Wilhelm Leibniz - przedstawił zupełnie odmienne stanowisko. Dla niego czas był tylko relacją - porządkiem następstwa rzeczy. Gdy czas Newtona ma naturę substancjalną, jest rzeczą, Leibniza - jedynie własnością rzeczy. Jeśli ze świata Newtona usunąć wszelką materię, czas pozostanie nienaruszony. Natomiast czas Leibniza zniknie zupełnie, jeśli jego najlepszy ze światów pozbawić zdarzeń.
Obie koncepcje nie wyjaśniają jednak najbardziej dojmującej własności czasu: jego jednokierunkowości - czas upływa, nigdy się nie cofając. Gdy rozważamy proste zjawiska, takie jak ruch wahadła czy zderzające się kulki, przeszłość i przyszłość są jakby wymienne. Jeśli je sfilmujemy, a film puścimy od tyłu, nie dostrzeżemy istotnej różnicy. Gdy podobnie postąpimy ze zjawiskami bardziej złożonymi, takimi choćby jak rozpływająca się w wodzie kropla atramentu, cofający się film przedstawi sytuacje, które nie występują. Fizycy przeto dzielą procesy na odwracalne i nieodwracalne. Choć prawa dynamiki pozwalają na zmianę kierunku czasu, nie można zamienić przeszłości i przyszłości układów złożonych. Porcelanowe skorupy mogą być przyszłą formą filiżanki, nie zaś jej przeszłością. Nie bywa przecież, aby skorupy wskoczyły na stół i skleiły się w naczynie. Od przeszło wieku fizycy starają się pogodzić odwracalność w czasie praw dynamiki z zachodzeniem procesów nieodwracalnych. Przyczyn występowania strzałki czasu, jego jednokierunkowości, wciąż nie rozumiemy.
Strzałka czasu jest centralną kwestią książki Juliana Barboura, która nie należy do typowych publikacji popularnonaukowych. Te bowiem przedstawiają teorie, które już się utrzęsły, są akceptowane. Barbour natomiast prezentuje własną koncepcję, raczej niszową, i od lat rozwija ją ze współpracownikami. Mamy więc nie teorię, lecz daleki od zwieńczenia program badawczy wsparty stanowczym filozoficznym stanowiskiem.
Barbour nawiązuje do koncepcji Leibniza czasu pozbawionego obiektywnego bytu, określającego jedynie relacje następstwa zdarzeń. Podobnie traktowana jest przestrzeń, którą tworzą relacje wzajemnego położenia obiektów. Dalej twierdzi, że kierunek upływu czasu, którego doświadczamy, określa ewolucja Wszechświata, ta zadaje nadrzędną strzałką czasu. Nie jest to pogląd dominujący wśród fizyków. Zwykle optują oni za prymatem termodynamicznej strzałki. Wyznaczają ją nieodwracalne zjawiska cieplne, którym towarzyszy wzrost entropii, czyli narastanie chaosu. Barbour eksponuje różnice obu podejść, ukazuje odmienność nieograniczonego przestrzennie, rozszerzającego się Wszechświata od zamkniętego w naczyniu gazu, którym rządzą prawa termodynamiki. Ekspansja Wszechświata nie powoduje rozpadu struktur, lecz przeciwnie - galaktyki, układy planetarne wyłaniają się z chaosu pierwszych chwil po Wielkim Wybuchu.
Najważniejsza w całej koncepcji okazuje się jednak teza, że obecny kierunek ewolucji Wszechświata nie jest jedynym możliwym, że w istocie mamy symetrię ruchu do przodu i wstecz w czasie. Wszechświat, jak dowodzi Barbour, mógł doświadczyć fazy kurczenia się, zanikania galaktyk, ich rozpadu w bezkształtną masę, by po przejściu przez punkt, który w standardowej kosmologii określany jest jako Wielki Wybuch, wejść w obserwowaną obecnie epokę ekspansji. Punkt ów nazywa imieniem Janusa - starorzymskiego boga, patrona wszelkiego początku, przejść i bram, przedstawianego jako postać o dwóch obliczach skierowanych w przeciwne strony.
Podstawę przedstawionej konstrukcji stanowi prosty model, w którym Wszechświat to układ punktów materialnych czy też mas punktowych, przyciągających się zgodnie z newtonowskim prawem powszechnego ciążenia. Przyjmując, że całkowita energia układu (kinetyczna i potencjalna), a także moment pędu, są zerowe, początkowo upchnięte w małej objętości masy rozbiegają się w nieskończoność, a blisko sąsiadujące tworzą systemy planetarne - wzajemnie obiegające się masy. Układ wykazuje symetrię przy odwróceniu czasu. Jeśli w pewnej chwili prędkości wszystkich punktów materialnych zamienić na przeciwnie skierowane, układ będzie ewoluował jak na filmie puszczonym od końca. Skorupy rozbitej porcelany wskoczą na stół i skleją się w filiżankę. Jednak po przejściu punktu Janusa układ znów się będzie rozszerzał, powstaną galaktyki i systemy planetarne.
Prosty i sugestywny model dobrze służy całej koncepcji, jest wszakże daleki od realistycznych rozwiązań współczesnej kosmologii. Ta opisuje Wszechświat nie na gruncie mechaniki Newtona, lecz einsteinowskiej Ogólnej Teorii Względności i uwzględnia rozliczne efekty, choćby promieniowanie, aby teorię pogodzić z wynikami obserwacji. Dlatego podejście Barboura stanowi jedynie program badawczy, którego realizacja, jeśli możliwa, będzie długim procesem wymagającym rozwiązania licznych trudności technicznych.
Przy zachowaniu nawet sporej dozy sceptycyzmu wobec prezentowanej koncepcji, książka Barboura jest jednak niezmiernie ciekawą, wartościową, choć nieprostą lekturą. Ukazuje fundamentalny problem i ambitną próbę jego rozwiązania. W tle pojawiają się: zajmująca historia, debaty gigantów i wiele świetnych, erudycyjnych dygresji.
Na koniec trudno się nie odnieść do braków książki, czysto edytorskiej natury. Już pierwsze zdanie przedmowy, objaśniające wybór tytułu, wprowadza konfuzję. Zamieniono bowiem w wydaniu polskim tytuł i podtytuł, lecz odnoszących się do nich fragmentów tekstu nie zmodyfikowano. Sporo jest wyrażeń będących kalkami z angielskiego, na przykład: "Mechanika statystyczna w łupinie orzecha", gdy po polsku powiedzielibyśmy raczej "w pigułce". Tekst nie zawsze jest zrozumiały, choć trudno orzec, czy tylko w polskiej wersji. Barbour - miłośnik Szekspira - wielokrotnie przywołuje wersy wielkiego dramaturga, przy których wbrew regułom edytorskiego fachu nie pojawia się nazwisko tłumacza. Podobnie rzecz się ma ze znanym wierszem Williama Butlera Yeatsa. Przekładów pewnie dokonał tłumacz całości, choć obaj poeci mieli wybitnych translatorów.
Wspomniane edytorskie braki nie dziwią, jeśli redaktora polskiego wydania nie było. Może istniał, ale jego nazwiska nie wymieniono. Pojawia się jedynie osoba odpowiedzialna za "adjustację i korektę". Nieobecność redaktora zdumiewa szczególnie, jeśli uwzględnić wylewne podziękowania autora redaktorom oryginału, którzy nadali książce ostateczny kształt. Przydałby się i tłumaczeniu redaktor w takiej roli.
nr 5/1236
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak,
Juliusz Gałkowski,
Tomasz Kłusek, Mikołaj Rajkowski
Andrzej Skalimowski,
Maria Sokołowska,
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,
w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo
skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.
CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość)- 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności
za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2022
kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN
"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając
(na dowolny okres) na konto wydawcy
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków
Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:
Prenumerata krajowa:
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.
www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:
Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl
e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie, przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.