Nowe Książki 5/2021 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

8.00 zł
6.64 zł (6,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Historia jest nieskończonym źródłem inspiracji

Z Elżbietą Cherezińską rozmawia Wacław Holewiński

Pretekstem do naszej rozmowy jest kończący pani cykl Odrodzone Królestwo tom o tym właśnie tytule. Ale przecież Elżbieta Cherezińska zaczynała swoją przygodę literacką nie z beletrystyką. Najpierw był "długi epizod" z Szewachem Weissem, potem z Chaimem Rumkowskim.

Zawsze podkreślam, że to spotkanie Szewacha Weissa pchnęło mnie do pisania. Wielowymiarowe życie ambasadora Izraela było idealnym materiałem na powieść, ale jak pisać powieść o kimś, kto żyje? Napisałam więc opowiadania, ujmując jego doświadczenia w krótkiej, epizodycznej formie i nadając im nieco oniryczny, symboliczny charakter. Tym samym zrobiłam po raz pierwszy coś, czym zajmuję się dzisiaj: wcieliłam się w postać. Tyle że miałam to szczęście, iż mój bohater mógł się ze swoim literackim sobowtórem skonfrontować. Dopowiem: nic nie zmienił. A z kolei spotkanie ze wspomnieniami Estery Daum, sekretarki Chaima Rumkowskiego, dało mi solidną lekcję pracy między dokumentem wspomnieniowym a dokumentami archiwalnymi. Wspomnienia Estery (spisane przez nią przed śmiercią) były lakoniczne. Pisała, co zapamiętała z getta łódzkiego, ale nie opowiadała tamtego świata detalicznie. Miałam świadomość, że dzisiejszy czytelnik sporo wie o getcie warszawskim, a niewiele o łódzkim, zaś różniły się między sobą zasadniczo. Stąd powstała potrzeba uzupełnienia świadectwa Estery materiałem archiwalnym i zbudowania przestrzeni getta na oczach czytelnika. Książka przyjęła formę dziennika sekretarki, ale powstała z kilkudziesięciu stron wspomnień. Tak więc te dwa pierwsze doświadczenia były szkołą tworzenia fabuły na podstawie materiałów archiwalnych. Przydały się później.

Dlaczego literatura, a nie teatr, przecież jest pani z wykształcenia teatrologiem? I dlaczego historia? Historia w tak ogromnej przestrzeni. Od średniowiecza do dzisiaj? To skala pani zainteresowań?

Teatrologia to dobre studia humanistyczne; większość absolwentów realizuje się zawodowo w innych dziedzinach, bardzo różnych. Dziennikarstwo, przemysły kreatywne. Mieszkam w Kołobrzegu - trudno być teatrologiem w mieście bez teatru! A historia? Przecież opowiadanie jest historią!

No tak, ale... Oboje piszemy o historii, tyle że ja bym nie miał odwagi na - szukam dobrego słowa, dobrego określenia, takiej przestrzeni czasowej. Bo rzadko kto, zajmując się historią, bierze na warsztat tak odległe, nieprzystające do siebie czasy.

Myślę, że to nie kwestia odwagi, a zainteresowań. Pana kręci historia nowsza, mnie dawniejsza. O niej wiem więcej, ciągle się uczę, pogłębiam wiedzę na różnych płaszczyznach i też prześladuje mnie poczucie, że wiem, ile nie wiem. Na pewno bardzo mi pomógł ruch rekonstruktorski i intensywnie rozwijająca się od lat archeologia eksperymentalna. Możliwość podglądania doświadczeń archeologów zmierzających do odpowiedzi na pytanie "Jak nasi przodkowie to robili?" bardzo otwiera horyzonty. A rekonstrukcje? Mój mąż zajmował się nimi od dawna, zaczęłam jeździć z nim na festiwale historyczne, zanim zaczęłam pisać, więc w sposób naturalny zdobywałam doświadczenia. W Północnej drodze, opowieści o wikingach z przełomu X i XI wieku, opisuję ich domy i życie codzienne. W takim domu mieszkaliśmy w duńskim skansenie w Ribbe, wiem, ile ciepła daje długie palenisko, jak kopci, jak na nim gotować. Wiem, jak się zachowują wełniane ubrania w ulewie, a jak na mrozie. Nosiłam je, a wcześniej sama szyłam. Moje dzieci podróżowały z nami, dorastały, bawiły się zabawkami wzorowanymi na tych sprzed tysiąca lat. Takie doświadczenie jest bardzo pomocne.

To człowiek jest ważny? Niezależnie od czasu? Przecież nie jest tak, że społeczeństwo, jednostka nie jest uzależniona od czasu, w którym żyje. Choćby ze względu na długość życia, technologie, środki komunikacji.

Właśnie ten balans jest ciekawy - realia życia i uwarunkowania historyczne, a naprzeciwko nich człowiek, z jego pragnieniami. Oczywiście można napisać opowieść, w której zabraknie człowieka, a bohaterem stanie się natura. Ale nawet wówczas będziemy ją opisywać przez pryzmat emocji. Nie, nie tych, które jakoby mają czuć skały, góry i wulkany, ale tych, jakie ma wywołać u czytelnika ich podglądanie. Zatem skoro emocje, to koniec końców wracamy do człowieka. Bohatera opowieści albo odbiorcy.

Kiedy uznała się pani za zawodowca? Kiedy pisanie stało się pani głównym zajęciem, kiedy pani doszła do wniosku, że z pisania da się żyć, i że może ono nieść spełnienie?

Można pisać "po godzinach", mieć jakąś normalną pracę, wracać z niej i siadać do komputera. Ale jeśli jednocześnie ma się rodzinę, rodzi dzieci, wychowuje je (i pracuje na pełen etat), to sprawa się robi po prostu niemożliwa. W którymś momencie trzeba podjąć decyzję. Nie da się pisać dobrych książek ani "w międzyczasie", ani "po godzinach". Każda sztuka jest zaborcza. Podjęłam decyzję po drugiej książce, po Sekretarce Rumkowskiego. Uznałam, iż spłaciłam dług wobec historii, które mi powierzono i chciałam opowiadać własne historie. Tak powstał czterotomowy cykl Północna droga. Gdy byłam w połowie cyklu, wiedziałam, że z tej drogi nie zejdę, że będę pracować jeszcze więcej, by na niej pozostać. W międzyczasie pisałam inne książki - Gra w kości i Korona śniegu i krwi ukazały się równolegle z finałowymi częściami Północnej drogi. W praktyce oznaczało to, że nieustannie pisałam, nie fetowałam premier swoich książek, tylko już pracowałam nad kolejną. Nie zauważyłam momentu, w którym przyzwyczaiłam się do tego, iż nazywa się mnie pisarką. Ocknęłam się, gdy książki zaczęły mieć sprzedaż uznawaną za bestsellerową, gdy mój wydawca powiedział: to ty wypracowałaś.

Moja córka powiedziała mi kiedyś: nie pisz książek większych niż 250 stron. Nikt grubszych nie przeczyta. To oczywiście pewna przesada, ale 900 stron...

Cha, cha, cha! Mam na swoim koncie dwustustronicowe chudzielce, wiem, wiem, od nich zaczynałam. Ale historie, które mam do opowiedzenia są złożone. Lubię pokazywać je z wielu punktów widzenia, to mnie naprawdę interesuje. Na przykład przejęcie Gdańska przez Zakon zupełnie inaczej wygląda z punktu widzenia Poznania, Krakowa czy Malborka. To jakby inne wydarzenia. Tak samo utrata tronu polskiego przez Łokietka - z punktu widzenia Vaclava II to naprawdę inna historia. Przeszłość zbyt często staje się narzędziem w rękach współczesnej polityki, wystarczy nieco inaczej ją naświetlić albo nagłośnić i już możemy manipulować dzisiejszym widzeniem historii. Podkreślam: dzisiejszym. Bo historii nic nie zmieni. Ona już się wydarzyła. No i mamy odpowiedź na objętości moich książek - zależy mi na pokazywaniu wielu punktów widzenia. Wtedy historia staje się nieoczywista i niezwykle ciekawa. A przecież to jest najważniejsze - wciągnąć czytelników w opowieść.

Doprecyzujmy to widzenie z wielu punktów. Bo przecież tę narrację można tworzyć w nieskończoność. W przypadku Łokietka inna będzie na przykład perspektywa wójta Alberta, inna Bolesława II, inna Bolka Opolskiego. Więc jak dokonać tego wyboru, według jakich kryteriów?

Kryteria ważności historycznej są istotne, bo pokazują proces z punktu widzenia głównych graczy. Dla "finałowego" Łokietka to Zakon Krzyżacki, król Jan Luksemburski, Giedymin, Carobert, król Węgier. Z tych perspektyw obejrzymy politykę zagraniczną Królestwa Polskiego. Ale interesuje nas też polityka wewnętrzna - i wtedy do gry wchodzi wspomniany wójt Albert, biskup Muskata, arcybiskup Świnka, po nim Janisław, baronowie Starszej Polski. To wciąż mało. W tym czasie dochodzi do przejścia księstw śląskich pod panowanie czeskie. Tych księstw było wiele i motywacje do hołdów lennych różne. To był mój największy orzech do zgryzienia. Nie mogę pokazać wszystkich, bo przysłonię pierwszy plan. Zdecydowałam się na dwa śląskie punkty widzenia: książę jaworski Henryk i książę głogowski Przemko - nazwijmy ich twardzielami, którzy się nie poddali. Oraz książę wrocławski (też Henryk), który się poddał. Jego motywacje były skomplikowane, umykające ocenie i przez to ja (i mam nadzieję czytelnicy) towarzyszymy mu, wiedząc, że nie miał wyboru. Zatem, wracając do kryteriów - trzeba się na coś zdecydować i tego trzymać. Wielokrotnie pomijam jakiś wątek, albo go marginalizuję tylko dlatego, że wiem, iż powieść go nie udźwignie. No i jeszcze jedno, do czego ciągle wracamy: człowiek. Zawsze biorę pod uwagę to, czy jakiś wątek wzbogaci wizerunek głównych bohaterów, uczyni go mniej jednoznacznym i oczywistym.

Zapytam też może jeszcze inaczej. Kiedy zaczynamy pisać, mamy w głowie jakiś obraz naszego bohatera, mamy zebrany materiał. Ale czy zdarza się pani, czy zdarzyło się, aby w trakcie pisania ten obraz się zmienił? Podam drobny przykład: piszę scenariusz filmu o Łupaszce. Obowiązuje pogląd, że Zygmunt Szendzielarz nie poprosił Bieruta o łaskę. I nagle, w trakcie pisania, dostaję dokument, że jednak poprosił... Dalej jest bohaterem, ale jakoś zmienia to mój punkt widzenia.

W przypadku średniowiecza trudno o pojawienie się nowych dokumentów, ale zawsze może pojawić się nowe odkrycie archeologów, które odmieni punkt widzenia. Nie mam z tym problemu, bo lubię bohaterów niejednoznacznych i sama siebie stawiam w sytuacji oglądania tego samego człowieka z różnych stron.

Kolejne pani książki wychodzą prawie co roku, czasami nawet dwie. Ile czasu pani poświęca na pisanie?

Piszę codziennie, po osiem, dziesięć godzin. Czasami więcej, gdy zbliżam się do finału i nie chcę przerywać emocjonalnego toku opowieści. Do tego dochodzi czas na przygotowanie się do pisania, na zgromadzenie materiałów, przeanalizowanie ich, szukanie słabych i mocnych punktów. Lubię jeździć i oglądać miejsca akcji - ale robię to, zanim zacznę pisanie, by nie przerywać samej pracy nad tekstem.

Chciałem zapytać o źródła, bo o ile do Legionu, książki o Brygadzie Świętokrzyskiej, wiedziałbym, po co sięgać, to do cyklu Odrodzone Królestwo - zupełnie nie.

Już podpowiadam: Kronika wielkopolska, roczniki Jana Długosza i tegoż samego Żywot świętej Kunegundy, Kroniki książąt polskich Piotra z Byczyny, Kronika zbrasławska, Kronika ziemi pruskiej Piotra z Dusburga - i tak możemy wymieniać dalej. Do tego dochodzą kodeksy, opracowania korespondencji, zbiory ilustracji itd. Świetne opracowania polskich historyków, ich prace badawcze, które zmieniają utarte postrzeganie historii. Badania archeologiczne - te są niezwykle ważne, trzeba je śledzić na bieżąco, bo prawdopodobieństwo, że cudownie odnajdzie się jakiś nowy, autentyczny dokument średniowieczny jest bliskie zeru, ale każdego dnia archeolodzy mogą odkryć coś nowego. Rutynowe odnawianie ścian świątyni może odsłonić nieznany fresk, a ten rzucić ciekawe światło na znaną z pozoru historię.

Nie będę ukrywał, Legion, to książka z pani dorobku mnie najbliższa ze względu na moje zainteresowania. Dlaczego akurat Brygada, bodaj najbardziej opluwana przez komunistów i postkomunistów jednostka podziemia? Jak mierzyć się z czarną legendą, czarnym PR-em, który skoncentrowano właśnie na niej? Z kolaboracją, antysemityzmem, które jej żołnierzom i dowódcom przypisano?

Historia Brygady jest brawurowa i nie jest przesadą nazywanie ich polskimi bękartami wojny. Nie robiłam sobie założenia, że będę walczyć z czarną legendą, po prostu podeszłam do nich bez uprzedzeń, chciałam opowiedzieć tę historię, pokazać ludzi skazanych na zapomnienie, ale nie z punktu widzenia ofiar, tylko uczestników historii.

Pokazała pani w Legionie dziesiątki, setki postaci. To świetny materiał na długi serial. Gotowy scenariusz. Wydaje się, że reżyserzy powinni się nań rzucić natychmiast. A jednak nie. I, nie mam wątpliwości, że kieruje nimi obawa, aby nie być wpisanymi właśnie w ten czarny PR...

Mój znajomy producent filmowy mówi, że nie ma nic bardziej złudnego niż książki, które wydają się gotowymi scenariuszami. Owszem, zainteresowanie Legionem od strony filmowej i serialowej było bardzo duże, ale, jak pan wspomniał, ta książka ma wielu bohaterów, z różnych stron przedwojennej sceny politycznej. Tak jak w przypadku książek o średniowieczu, chciałam pokazać rzeczywistość z wielu punktów widzenia. I dość często miałam wrażenie, że osoby zainteresowane przeniesieniem Legionu na ekran chętnie zmniejszyłyby wielostronność opowieści. To dla mnie nie do przyjęcia.

PROZA OBCA

Psychoterapia przez absurd

Tomasz Jopkiewicz

John Lennon

Przestworzone rzeczy

przeł. z ang. Filip Łobodziński ; rys. autor

Stronie Śląskie: "Biuro Literackie", 2020

354 s. ; 20 cm. - (Proza Obca ; 59)

Groteska i purnonsens z należytą dawką makabry oraz karkołomne gry językowe dominujące w dokonaniach literackich Johna Lennona nie powinny przesłaniać faktu, że wbrew pozorom mamy przecież do czynienia z twórczością boleśnie osobistą. Wielu traktowało literackie próby Johna Lennona jako produkt uboczny oszałamiającej muzycznej kariery beatlesa i oczywiście jest w tym dużo racji, zwłaszcza w sensie rynkowym.

Ale to nie są tylko zabawne igraszki cechujące się niewątpliwą znajomością klasyki gatunku - zwłaszcza brytyjskiej - spod znaku Lewisa Carrolla czy Hilaire'ego Belloca, radosne dokazywanie w ramach mającej za nic wszelkie autorytety konwencji. Tom w brawurowym przekładzie Filipa Łobodzińskiego zawiera całość literackich dokonań Lennona, czyli tomiki In His Own Write (1964), A Spaniard in the Works (1965) oraz pośmiertny, zredagowany przez Yoko Ono Skywriting by Word of Mouth (1986). Teksty z dwóch pierwszych zbiorów przetłumaczył przed laty Robert Stiller (Na własne kopyto). Łobodziński elegancko się od tamtej translatorskiej próby dystansuje, widząc w niej wyraz publicystycznych pasji autora i chęć wpisania dokonań Lennona w ówczesne polskie realia, co rzeczywiście wydaje się zabiegiem mocno wątpliwym, także z uwagi na szybką dezaktualizację. Nowy tłumacz postępuje odmiennie i zachowuje (oraz wyjaśnia w zwięzłych przypisach) realia angloamerykańskie oraz biograficzne konteksty z odległych już dekad.

Paradoksem w postrzeganiu postaci Lennona jest pewna statyczność jego wizerunku. Autor Imagine wydaje się dziś postacią dość skutecznie uwięzioną w złotej klatce pamięci - legendy zaprojektowanej przez wdowę, Yoko Ono, która od lat konsekwentnie pielęgnuje jego wizerunek, starając się go pozbawić ostrych kantów. Oto buntownik idealista, a poza tym człowiek wrażliwy i obdarzony wyśmienitym poczuciem humoru. Rzecz jasna taki obraz osobowości Lennona był czasem podważany, ale niezbyt skutecznie. Tymczasem Lennon, jaki przemawia do czytelnika z tych zapisków, to ktoś pełen niepokoju i wątpliwości, świadom swych słabości oraz niedoskonałości, jak również daremności prób naprawy świata. Dziki humor wydaje się być często zasłoną dla wątpliwości lub lęków.

Taki obraz wyłania się zza gwaru radośnie sowizdrzalskich i nonszalancko bezinteresownych swawoli językowych i zmyłek narracyjnych. Dotyczy to zwłaszcza wspomnianego ostatniego tomiku pośmiertnego, który wyraźnie odbiega charakterem od poprzednich. Oczywiście i w tym przypadku otrzymujemy słowotwórcze wyczyny, szczególne upodobanie do homonimów i homogramów, pełną animuszu grę z przyzwyczajeniami czytelnika podświadomie oczekującego choćby pozorów spójnej narracji. Bohaterowie krótkich opowiastek czy wierszyków przechodzą dziwaczne przemiany, często nie jesteśmy pewni, kto i w jakim celu opowiada. Liczy się skuteczna konfuzja, zaskoczenie i brzmieniowa oryginalność. A jednak nieraz można odnieść wrażenie, że zza lawiny zbijających z pantałyku perypetii i metamorfoz (co uzupełniają na ogół celnie karykaturalne rysunki) wyłania się na pozór niewidoczny, ale ciągle mocno obecny autor, nie tylko w roli mistrza ekscentrycznej prześmiewczej ceremonii, lecz także jako ktoś, kto prowadzi niestrudzony dialog z samym sobą, często się z sobą nie zgadzając.

Lennon miał świadomość swego dziedzictwa klasowego, z którego chciałby się wyzwolić, ale specjalnie na to nie liczył. Oraz problemów osobistych, których nijak nie potrafił trwale rozwiązać. Wiele miejsca zajmują tu kpiny z psychoterapii i metod uzdrawiania dusz, które przeważnie okazują się oszustwem. "W tym okresie przeszedł serię dogłębnych doświadczeń religijnych i uzyskał stan oświecenia zwany Dobry Boże" - pisze o jednym ze swych chimerycznych bohaterów. A jednocześnie jego własna twórczość wydaje się formą samoleczenia, choć częstokroć mocno zakamuflowaną, to jakoś skuteczną formą psychoterapii. Pojawiają się tu swiftowskie z ducha abominacja i przerażenie światem połączone z przekonaniem, że jedyna droga to wiara w siebie czy też w "Yoko i siebie", co wyraził kiedyś wprost w piosence God. Przy całym tym triumfującym anarchizującym satyrycznym żywiole zwraca uwagę instynktowna (czy może jednak raczej ukształtowana kulturowo?) niechęć do wszelakich ekstremizmów. Przejawia się to choćby w zjadliwym opisie nowojorskich radykałów z początku lat siedemdziesiątych, dotkliwie sarkastycznym i autoironicznym zarazem. A także w licznych uwagach na temat Ameryki i jej kultury, Ameryki, która stała się jego domem, ale ciągle obcym domem, bo jej konserwatywne oblicze jest mu także wstrętne, a przede wszystkim właśnie obce. "Zabawne, jak zawsze im się udaje utrzymywać nas w stanie pobudzenia graniczącego z obłędem" - to stwierdzenie można odnieść nie tylko do mediów, ale i całego amerykańskiego otoczenia.

Już w znanej piosence Beatlesów Revolution dał Lennon wyraz nieufności wobec wezwań do fizycznej przemocy. Ta niechęć dochodzi do głosu i tym razem: "Naszych braci w rewolucji najbardziej niepokoił fakt, że nie byliśmy p r z e c i w k o niczemu a co najwyżej za czymś.(...) Oni nas chcieli "wykorzystać", a my ich "nawrócić"". "Ja tam mogę żyć bez Marksa i Jezusa" - napisał w innym miejscu. Już w pierwszym tomiku dostajemy też smakowitą humoreskę (Scena trzecia. Akt pierwszy), szydzącą z pełnego przemocy zarówno kapitalistycznego, jak i rewolucyjnego żargonu.

Lennon sam siebie usilnie chce przekonać, w wyraźnie odstającym od pozostałych tekstów autobiograficznym fragmencie Ballady o Johnie i Yoko, że w życiu można osiągnąć harmonię, ale poza tym na papierze jakoś zawsze wychodzi mu niewesoła groteska. Relacje międzyludzkie, zwłaszcza stosunki rodzinne, ale i erotyczno-uczuciowe, podszyte są w wielu tekstach okrucieństwem (Na Franku mucha nie siada) i nieuniknionym rozczarowaniem. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że pisząc o swych problematycznych bohaterach, pisze o sobie. "Nie czuła się bezpiecznie nawet we własnych ramionach". Albo: "Szybko rosła mi neuroza. Kazałem ją przystrzyc do wielkości kropki na plecach". Czy też: "Nocami leżałem przytomny i rozmawiałem z kimś innym. Lata mi to zabrało, nim stało się to moim pełnowymiarowym hobby".

Rezultaty tej autoterapii często przyjmują formę sarkastyczno-melancholijnych, rozsianych w tekstach aforyzmów, które miały pozór czystej zgrywy, często szyderczej kpiny z celebrowania własnej powagi i życiowych nawyków. "Sprawność fizyczną zachowasz, gdy zrobisz szybki skłon ku nowym poglądom" - rozbrzmiewa znienacka dobra rada.

Lennon pisał o sobie trafnie jako człowieku "wychowanym w wyniosłym ubóstwie klasy średniej". To jeden z kluczy do jego mentalności i - pomimo wszystko - swoistego stoicyzmu. "Złe wiadomości należy zażywać ze szczyptą rezerwy" - pisał i można podejrzewać, że pisał to całkiem serio. "Przez większość życia trzymałem się blisko siebie - przecież mogłem siebie potrzebować w każdym momencie". W takim żartobliwym stwierdzeniu zawarta jest przecież duma, skrywana bezbronność i spokojna desperacja. Postawa to zaskakująco żywotna i aktualna. Bo czyż nadal nie żyjemy w świecie, w którym "gdy tylko zaleczono mu niedomagania wymowy, jego słowo stało się prawem"?

O LITERATURZE

Próba klasycyzmu

Wojciech Kaliszewski

Italo Calvino

Po co czytać klasyków

przekł. z wł., przypisy i posł. Anna Wasilewska

Warszawa: Państ. Instytut Wydawniczy, 2020

335 s. ; 20 cm. - (Domy ze Słów)

"Lubię - powiada Italo Calvino - Czechowa, bo nie zmierza tam, dokąd zmierza. Lubię Conrada, bo żegluje po otchłani i nie tonie. Lubię Tołstoja, bo czasem wydaje mi się, że jestem bliski zrozumienia, jak on to robi, a jednak nic z tego". Tak Calvino przed ponad półwiekiem kwitował dziennikarskie pytanie o autorów, których szczególnie sobie ceni.

A zatem - moglibyśmy do tego dodać - czyta, bo lubi, poświęca czas na niepróżnujące próżnowanie, które daje mu zadowolenie, ale i porusza intelekt, skłania do namysłu, zmienia, kształtuje, formuje. Dla starożytnych na tym właśnie polegał ideał duchowego i kulturalnego rozwoju: otium post negotium.

Te zdania, te odpowiedzi znalazły się w wydanym niedawno w Polsce tomie szkiców Calvina zatytułowanym Po co czytać klasyków, wyborze esejów na temat dzieł i pisarzy szczególnie bliskich autorowi, od antyku po współczesność.

Książka Itala Calvina jest poświęcona czytaniu, ale nie czytaniu w ogóle, tylko czytaniu książek, które trwają nieprzerwanie w tym, co nazwać można pamięcią kultury. To właśnie klasyka, to są autorzy klasyczni i klasyczne książki. Jeśli z książką i jej autorem łączy czytelnika wyjątkowa i nieomal osobista relacja, to znaczy - powiada Calvino - że jest to książka klasyczna. Bliskie, szczere relacje opierają się bowiem na zasadach przejrzystych, najprostszych, uniwersalnych i zarazem niepowtarzalnych, a zatem - klasycznych. Dzięki tym lekturom można poznawać nie tylko świat innych ludzi, inne czasy, ale przede wszystkim samego siebie. Dzięki klasykowi "zdołasz określić samego siebie w relacji z nim albo też w opozycji do niego". Calvino przedstawia w swojej książce swoisty katalog argumentów skłaniających do czytania i poszukiwania lektur. Rewaloryzują one w sposób oczywisty sens inteligenckiego etosu, przypominając, że lektury stanowią jego podstawę.

Szkice Calvina mają charakter interpretacyjny. Czytanie jest dla autora odczytywaniem sensu. Poszukiwanie znaczeń w tekstach - szczególnie dawnych - stanowi zajęcie pasjonujące i przynoszące satysfakcję. Czytelnik kroczy po śladach zostawionych przez pisarza, odnajduje jego tropy i dopasowuje do nich własne ścieżki.

Calvino rozpoczyna swoją książkę od Homera. Interesuje go przede wszystkim Odyseja jako prefiguracja wszelkich opowieści o niełatwych powrotach. A potem po kolei - Ksenofont, Owidiusz i Pliniusz Starszy. Calvino poszukuje w dziełach tych autorów treści nieprzemijających, wciąż ważnych i znaczących także dla nas dzisiaj. O Historii naturalnej Pliniusza pisze, że badanie natury, świata roślin i zwierząt rozwija wyobraźnię człowieka, ucząc go pokory wobec życia.

Calvino dostrzega w literaturze dawnej to, co sprawia, że jest ona wciąż świeża i poruszająca. Poszukiwanie źródeł inspirujących Homera, badanie struktury Owidiuszowych Przemian czy śledzenie metafor w perskiej opowieści o siedmiu księżniczkach łączy się tutaj z filologiczną dociekliwością i dokładnością. Calvino potrafi skoncentrować się na pozornie drobnym, błahym szczególe tekstu i wyprowadzić z niego znaczące dla całości utworu wnioski. Przykładem zastosowania takiej punktowej analizy jest choćby esej, w którym autor zajmuje się strukturą formy Orlanda szalonego. Badacz krok po kroku, odwołując się do funkcji określonych dystychów, ukazuje ich znaczenie kompozycyjne, trafnie zauważając, że poemat Ariosta jest "poematem ruchu", poematem "swobody", utworem zaskakującym czytelnika zmiennością sytuacji, rytmów i napięć. Calvino wplata te filologiczne uwagi w opowieść o poemacie, który miał rzeczywiście wpływ na literaturę europejską, zapowiadając choćby formę późniejszego romantycznego poematu dygresyjnego.

Italo Calvino sięga po tytuły, których lektura sprawia mu niewątpliwie przyjemność, ale które stawiają także wyzwania dla wiedzy i intelektu. To jeden z kluczy wyboru. Te książki są dla niego tak ważne, że chce się nimi podzielić i chce je przybliżyć czytelnikom, wciągając ich do wspólnej lektury. Ale kluczem podstawowym jest przekonanie, że te książki wpłynęły także na obraz swoich czasów, wzbogacając zarazem ich treść. Są więc świadectwem i źródłem, skutkiem i przyczyną, dokumentem i wciąż żywą skarbnicą wzruszeń.

Czytając książkę Itala Calvina, warto zwrócić uwagę na szkic poświęcony słynnej powieści Daniela Defoe Przypadki Robinsona Crusoe. W tej, opartej na prawdziwych zdarzeniach, morskiej opowieści ujawniły się treści ważne dla epoki oświecenia. Defoe zawarł w Robinsonie... wykład prawd moralnych, określających praktyczny stosunek człowieka do świata i do bezpośrednio otaczającej go rzeczywistości. Była to pochwała rzetelności działania, zaradności, pomysłowości i odpowiedzialności. Chodziło więc o cechy, które miały być pomocne w budowaniu nowego, racjonalnego, oświeceniowego świata. Calvino bardzo jasno wydobywa z powieści Defoe te właśnie aspekty, podkreślając, że uznano Robinsona... "za prawdziwą biblię cnót kupieckich i przemysłowych, za epopeję indywidualnej przedsiębiorczości". Ale ten wymiar opowieści nie przeszkodził jej walorom narracyjnym. Przypadki Robinsona Crusoe to powieść o człowieku, o dramacie rozbitka, o samotności i sile ludzkiej woli.

Lista tytułów dzieł, które Calvino czyta, analizuje i przedstawia w swojej książce jest długa i śmiało przecina epoki, łącząc ze sobą odległe stulecia. Wprawdzie trudno zamknąć cały świat myśli, słów i przeżyć między Homerem a Raymondem Queneau, czy między Owidiuszem a Pasternakiem. Ale ta rama lekturowa działa jak przypomnienie, zachęca i wskazuje metodę. Calvino analizuje formy, odkrywa wartości języka, ukazuje trwałe związki literatury ze światem tęsknot i nadziei człowieka.

Eseje Calvina są także świadectwami swojego czasu i miejsca. Dzisiaj, kiedy czyta się na przykład szkic o Pasternaku, napisany w 1958 roku, nie sposób nie zauważyć oczywistych anachronizmów, polegających między innymi na traktowaniu rzeczywistości w Rosji sowieckiej w kategoriach dających się porównać ze światem zachodnim.

Książka o czytaniu klasyków jest ważna także z tego powodu, że skłania do zmiany tempa życia. Autor ma rację, kiedy pisze, że czytanie zawsze wymagało czasu i namysłu. Kiedyś stanowiło fundament wykształcenia humanistycznego. Ten, kto nie czytał, nie mieścił się po prostu w kategorii ludzi ukształtowanych moralnie i wykształconych intelektualnie. Lektury zawsze formowały postawy, budziły ciekawość świata, pozwalały odnaleźć się w złożonej rzeczywistości. Italo Calvino tę - nieoczywistą dzisiaj - oczywistość po prostu przypomina.

POPULARYZACJA NAUKI I WIEDZY

Nie ma fizyki bez matematyki

Andrzej Sołtan

Roger Penrose

Droga do rzeczywistości

Wyczerpujący przewodnik po prawach rządzących Wszechświatem

przeł. z ang. Jerzy Przystawa

Warszawa: "Prószyński Media", 2020

1112 s.: il. ; 25 cm

Droga do rzeczywistości to trudna i wymagająca lektura, z gęsto wplecionymi formułami matematycznymi. Autor ma świadomość, że taki wywód zniechęci wielu potencjalnych czytelników do zajrzenia do środka. Inni odłożą książkę na półkę, gdy zaraz po przedmowie dotrą do liczących ponad dwie strony wyjaśnień notacji matematycznej, która obficie pojawia się na następnych setkach stron tekstu.

Niektórych jednak, nawet tych źle wspominających szkolne rachunki na ułamkach, mogą zainteresować metafizyczne wątki łączące obraz świata tworzony przez nasze umysły i w naszych umysłach ze światem idei matematycznych oraz światem fizycznym.

Nad podziw rozległy zakres poruszanych tematów ukazuje wielką erudycję autora. Dzięki niej, a wbrew powyżej wyrażonym pesymistycznym uwagom, książka powinna trafić do wielu zainteresowanych fizyką teoretyczną, również tych zajmujących się nią profesjonalnie. Podtytuł Drogi do rzeczywistości Rogera Penrose, laureata Nagrody Nobla z fizyki w 2020 roku - Wyczerpujący przewodnik po prawach rządzących Wszechświatem - dookreśla charakter dzieła. Profesjonalizm tłumacza, recenzentów i konsultantów gwarantuje wysoką wartość polskiego wydania.

W krótkim omówieniu bardzo obszernego tomu nie sposób poświęcić uwagi większości zagadnień. Skupiam się zatem na subiektywnie wybranych. Fizyka szkolna przyzwyczaiła nas do wyrażania praw rządzących światem za pomocą równań. Ściśle biorąc, równania wiążą ze sobą obiekty matematyczne, nie fizyczne. Zatem doskonałe podporządkowanie się świata realnego zależnościom matematycznym musi oznaczać, że wszystkim elementom świata fizycznego odpowiadają kategorie i pojęcia matematyki. Penrose z mocą przekonuje do istnienia struktur matematycznych, czyli tworów doskonale abstrakcyjnych. I dla każdego fragmentu rzeczywistości taki twór znajduje. Wszystko wokół nas dzieje się w czasie i przestrzeni. Nic więc dziwnego, że fizycy wszech czasów, poczynając od starożytności, tworzyli modele tych dwu fundamentalnych elementów rzeczywistości. Czyni to także Penrose, przyporządkowując światom Arystotelesa, Galileusza, Newtona, Einsteina... Zobaczmy, co nasz autor pisze o "czasoprzestrzeni" Galileusza: jest to linia prosta czasu ("przestrzeń" jednowymiarowa) i wiązka włóknista, której "włóknami" jest trójwymiarowa przestrzeń Euklidesa. Zapewniam, że jeżeli się książkę Penrose'a czyta powoli, można zrozumieć.

Odpowiedniość fizyka - matematyka dla struktur z obu dziedzin wymaga zastanowienia. Wszelkie doświadczenia wydają się wskazywać, że dla określenia położenia punktu w wybranym układzie odniesienia potrzeba trzech liczb rzeczywistych (bo mamy trzy wymiary: długość, szerokość, wysokość, a w żadnej obserwacyjnie dostępnej skali przestrzeń nie wydaje się ziarnista). Jeżeli Wszechświat jest nieskończony, to możemy mieć do czynienia z liczbami nieskończenie wielkimi. Nieskończoność liczbą nie jest, ale matematyka zna nieskończoności różnej mocy, czyli "wielkości". W szczególności zbiór liczb naturalnych 1, 2, 3, ... (intuicyjnie nie mamy z nim kłopotu) jest tej samej mocy, co zbiór ułamków n/m, gdzie n i m są dowolnymi liczbami naturalnymi (a wydaje się, że powinno być ich znacznie więcej). Ale już zbiór liczb rzeczywistych ma moc większą, czyli jest bardziej "liczny". Jakby tego było mało, to zbiór liczb rzeczywistych zawartych na przykład między 0 a 1 jest równoliczny ze zbiorem wszystkich liczb rzeczywistych ciągnących się do nieskończoności. Logika formalna i teoria mnogości - dwa potężne filary współczesnej matematyki - dobrze sobie radzą z takim "dziwnym" zachowaniem zbiorów nieskończonych. Ponadto dopuszczają nieskończoności jeszcze większe niż nieskończoność liczb rzeczywistych. Penrose zauważa, że istniejące teorie fizyczne w znikomym stopniu skorzystały ze struktur znanych w teorii zbiorów i dodaje: "Mam przekonanie, że odkryjemy niebawem, iż zagadnienie obliczalności będzie miało poważne znaczenie dla przyszłej teorii fizycznej".

Finezyjny formalizm matematyczny mechaniki kwantowej niezwykle precyzyjnie określa relacje w świecie atomów. To wzmacnia przekonanie, że własności abstrakcyjnych formuł wiernie oddają naturę rzeczywistości na poziomie podstawowym. Z drugiej strony, przedziwne zachowania obserwowane w skalach mikro nie pozwalają wielu fizykom zaakceptować ontologicznych wartości tego formalizmu, a nawet każą wątpić "co do samego istnienia "prawdziwej rzeczywistości"". Penrose opowiada się po jednej ze stron i dodaje, że "w mechanice kwantowej zagadnienie "rzeczywistości" musi być podjęte". Rezygnacja z "rzeczywistości" opisu na poziomie kwantowym oznacza de facto rezygnację z "rzeczywistości" na każdym poziomie, gdyż "wszystkie poziomy są kwantowe". Tym samym nie podziela pozytywistycznego podejścia do mechaniki kwantowej wyrażonego przez Hawkinga: "Nie wymagam, żeby teoria odpowiadała rzeczywistości, ponieważ nie wiem, co to jest rzeczywistość. (...) Wszystko, co mnie interesuje, to pytanie, czy teoria jest w stanie przewidzieć wynik pomiaru". Penrose natomiast uważa, że "zagadnienie ontologiczne jest kluczowe dla mechaniki kwantowej, choć pojawiają się tutaj problemy, które w chwili obecnej są wciąż dalekie od rozwiązania".

Cechę "rzeczywistości" Penrose najchętniej przypisałby funkcji falowej, czyli matematycznej strukturze przedstawiającej ewolucję układu kwantowego. Jej kształt, na ogół zależny od czasu, pozwala wyznaczyć prawdopodobieństwo znalezienia układu kwantowego w konkretnym stanie, choć przed wykonaniem pomiaru nie ma pewności, czy sam układ "wie", w jakim jest stanie. Ale interpretacja "rzeczywistego" sensu funkcji falowej nie jest taka prosta, nawet dla pojedynczej cząstki, na przykład elektronu, który za moment - uderzając w ekran kineskopu - pozostawi na nim jasną plamkę. Kolejne elektrony zaznaczają swoją obecność plamkami pojawiającymi się to tu, to tam, w całkiem odległych od siebie miejscach. Jeżeli funkcja falowa to wyłącznie informacja o rozciągłym rozkładzie prawdopodobieństwa, czemu czasem nie pojawią się na raz dwie plamki? Bywa przecież, że w jednym losowaniu totolotka dwie osoby wygrywają po milionie. Penrose wnikliwie dyskutuje możliwości interpretacyjne mechaniki kwantowej i wychodzi poza zarysowany wyżej podział dychotomiczny. Rozważa kilka modeli i nie pomija losu kota Schrödingera dręczonego kwantową niepewnością. Przywołuje nawet modele, w których na wynik obserwacji układu ma wpływ istnienie świadomego obserwatora. Te jednak traktuje powściągliwie. Stwierdza, że prowadzą one do "wysoce nieprawdopodobnego obrazu Wszechświata".

Spośród wzajemnie wykluczających się modeli tylko jeden może być prawdziwy. Zatem wszystkie pozostałe są błędne. Nasuwa się smutna konstatacja, że być może wszystkie są błędne, gdyż model właściwy nie został jeszcze odkryty. Wydaje się, że ta idea nie jest Penrose'owi obca.

W książce Penrose'a pojawia się jeszcze wiele pasjonujących wątków. Tytuły paragrafów kuszą: Splątanie kwantowe, "Kwarki kolorowe", Próżnie alternatywne, Czy cały Wszechświat jest "układem izolowanym"?, Czarne dziury, Zasada antropiczna, Niewyjaśnione parametry, Zasada holograficzna. I cały rozdział ostatni: Którędy wiedzie droga do rzeczywistości?

Czas na podsumowanie. W niniejszym tekście uniknąłem formuł matematycznych, by nie zrazić żadnego czytelnika. Penrose, choć świadom zagrożenia, pozostaje bezkompromisowy - kieruje swoje dzieło jedynie do wytrwałych, upartych poszukiwaczy Prawdy.

REPORTAŻ | LITERATURA FAKTU

Pionierzy w tweedowych marynarkach

Maciej Krupa

Scott Ellsworth

Ponad światem

Wspinaczka, obłęd i zabójczy wyścig

o himalajskie szczyty

przeł. z ang. Anna Bereta-Jankowska

Warszawa: Burda Media Polska, 2020

395 s., 16 s. tabl.: il. ; 22 cm

W natłoku książek o tematyce górskiej pojawiła się lektura znakomita. Jej autorem nie jest wspinacz, lecz amerykański historyk i uniwersytecki wykładowca. Tytuł Ponad światem nie wydaje się chwytliwy, a podtytuł Wspinaczka, obłęd i zabójczy wyścig o himalajskie szczyty - długawy. Okładka szara z czarno-białą fotografią. Krótko mówiąc - przeciwieństwo wszechobecnych krzykliwych okładek i tytułów. Odkrycie.

Scott Ellsworth, doktor historii z University of Michigan, napisał fascynującą historię pierwszego okresu podboju Himalajów i Karakorum. Czasów, kiedy dżentelmeni w tweedowych marynarkach i wełnianych swetrach, skórzanych butach i bawełnianych kombinezonach dokonywali rzeczy niezwykłych, wykazując się odwagą, czasem brawurą, i niebywałą wyobraźnią. Autor wykonał ogromną pracę dokumentacyjną, o której pisze w posłowiu i wykazie źródeł. Rozmawiał z dziesiątkami osób, przeczytał setki tekstów, odwiedził Anglię, Niemcy, Austrię, Indie, Pakistan i Nepal.

Znane i wielokrotnie opisane są epickie boje Anglików o Mount Everest - dziewięć wypraw w latach 1921-1953. Dopiero ostatnia z nich zakończyła się sukcesem. Podobnie dramatyczną walkę toczyli Niemcy o Nanga Parbat i Amerykanie o K2. Ale kto - poza specjalistami - słyszał o solowej, dramatycznej wyprawie Anglika Maurice'a Wilsona, który w 1933 roku najpierw poleciał małym samolotem z Londynu do Indii, a potem próbował samotnie zdobyć Mount Everest? Kto wie o zakończonej sukcesem wyprawie czterech młodych Amerykanów na szczyt Minya Konka (7556 m) w Syczuanie? Wówczas, w 1932 roku, była to druga co do wysokości góra zdobyta przez człowieka. Autor przypomina także wczesne, mało znane wyprawy na Kamet (7756 m) w 1931, do Sanktuarium Nanda Devi w 1934 czy też polską wyprawę na Nanda Devi East w 1939 roku.

Często się nam wydaje, że wspinaczka bez tlenu, solowe ataki szczytowe i styl alpejski są wynalazkami kilku ostatnich dekad. Tymczasem to wszystko wydarzyło się już wcześniej. Wspinacze w latach dwudziestych wchodzili bez tlenu powyżej ośmiu tysięcy metrów, w tym samym czasie Eric Shipton był zwolennikiem i praktykiem małych wypraw działających w stylu alpejskim, a Hermann Buhl zdobył samotnie Nanga Parbat już w roku 1953.

Właśnie rok 1953 zamyka opowieść Ellswortha. Zdobycie Everestu i Nanga Parbat oraz porażka Amerykanów na K2 kończą pionierską epokę podboju gór najwyższych.

Na tle zwykle dość zgrzebnej literackiej formy wydawanych w Polsce górskich książek styl Ellswortha jest elegancki i wyrazisty, potoczysty i obrazowy. W dodatku Anna Bereta-Jankowska zgrabnie poradziła sobie z przekładem. Niech za jeden z dowodów posłuży otwierający pierwszy rozdział opis miasta: "Deszcz bębnił o dachy Londynu już od tygodnia, co jakiś czas ustając, by po chwili rozpadać się na nowo. Zmywał sadzę z okien pałacu westminsterskiego i przesączał się przez skórzane podeszwy butów sklepikarzy i urzędników spieszących do pracy po mokrych chodnikach. Piętrowe autobusy toczyły się tam i z powrotem po Oxford Street, niczym olbrzymie mechaniczne żuki, z wycieraczkami pracującymi sumiennie w takt na trzy drugie, podczas gdy w Regent's Park opiekunowie zoo znów byli zmuszeni zostawić włączone lampy UV w niemal opustoszałych wolierach. Nawet kieszonkowcy na Piccadilly Circus zmyli się, poszukując bardziej obiecujących miejsc gdzieś pod dachem". Autor nie szczędzi czytelnikowi szczegółów, wrażeń, dźwięków i zapachów, które tworzą atmosferę miejsca, w którym się toczy opowieść.

Nie obyło się bez kilku drobnych wpadek autora, tłumacza i redaktora. W latach dwudziestych w Alpach nie można było "wsłuchać się w podzwanianie sprzętu na uprzężach", bowiem pierwsze uprzęże wspinaczkowe pojawiły się dopiero czterdzieści lat później. Książka Edwarda Whympera Travels Amongst the Great Andes of the Equator nie dotyczy Andów Ekwadoru, bo "equator" to po polsku "równik". A Yvon Chouinard, znany amerykański wspinacz, przedsiębiorca i ekolog, nie jest bynajmniej kobietą.

W Ponad światem imponuje liczący trzydzieści stron wykaz źródeł, daleko wykraczający poza standardową bibliografię i otwierający przed czytelnikiem ocean piśmiennictwa poświęconego omawianym tematom, od publikacji klasycznych po niewielkie artykuły w niszowych pisemkach, z zajmującym odautorskim komentarzem. To kolejna wielka zaleta książki, którą uzupełnia wykaz dramatis personae, zestawienie wypraw w góry najwyższe z lat 1931-1953, słownik górskiej terminologii oraz indeks osobowo-rzeczowy.

DLA MŁODZIEŻY

Pucio urósł po raz szósty

Maria Sokołowska

Marta Galewska-Kustra

Pucio w mieście

Zabawy językowe

dla młodszych i starszych dzieci

il. Joanna Kłos

Warszawa: "Nasza Księgarnia", 2021

38 s. ; 25 cm. - (Uczę się Mówić)

Choć na okładce widnieje jedno imię (a raczej rodzinna ksywka), książki o Puciu opowiadają tak naprawdę o całej rodzinie. Sam Pucio to chłopiec w wieku przedszkolnym, mający niewiele starszą siostrę Misię i młodszego braciszka - Bobo. Oprócz mamy i taty ważną rolę odgrywa tu piesek Funio, a także mieszkający na wsi babcia i dziadek oraz pełna fantazji ciocia Iga - z zawodu malarka.

Na przestrzeni serii Pucio odwiedza dziadków w ich gospodarstwie, idzie do przedszkola, spędza z rodziną urodzinowy dzień, szaleje na sankach podczas ferii zimowych, przeżywa narodziny Bobo i jedzie kamperem na nadmorskie wakacje. W najnowszej, szóstej już części cyklu o Puciu, rodzina wybiera się na wystawę cioci Igi i z tej okazji do miasta zjeżdżają się jedni i drudzy dziadkowie oraz wujostwo. Pucio i Misia będą pomagać przy przygotowaniach do rodzinnego obiadu, pojadą z resztą rodziny autobusem do galerii, a później pokażą dziadkom swój ulubiony plac zabaw. Zwyczajność i codzienność przygód Pucia nikogo nie powinna dziwić - o czym w końcu należy nauczyć się opowiadać w pierwszej kolejności, jak nie o tym, co nas otacza i wydarza się każdego dnia?

Pucio w mieście powstał w ramach serii "Uczę się Mówić" wydawnictwa "Nasza Księgarnia" i ma na celu wsparcie dzieci w nauce poprawnego artykułowania pierwszych głosek, poznawania słów, a później również konstruowania pierwszych zdań i własnych opowieści. Twórczyniami książek o Puciu i jego rodzinie są ilustratorka Joanna Kłos oraz Marta Galewska-Kustra - logopedka i pedagożka dziecięca, zajmująca się - jak czytamy z tyłu książki - "rozwijaniem kreatywności oraz terapią opóźnionego rozwoju mowy i wad artykulacyjnych u dzieci". To doświadczenie jest bardzo widoczne w opracowanych i napisanych przez Martę Galewską-Kustrę książkach, bo w sposób przemyślany, a przy tym atrakcyjny dla dzieci wprowadzają one czytelników w świat języka i opowieści. Każdą część cyklu otwiera spis jej bohaterów, który chętnie studiują dzieci, oraz parę słów od autorki przeznaczonych dla rodziców. Ze wstępu można się dowiedzieć, jak zbudowana jest książka, jak można z niej w sposób optymalny korzystać, jak ułatwić dzieciom naukę mowy na kolejnych etapach rozwoju i czego unikać podczas lektury (presji, strofowania!). We wstępie autorka wskazuje również te zachowania dziecka, które powinny zaniepokoić rodzica i skłonić go do konsultacji z logopedą.

Zarówno treść, jak i sposób, w jaki opowiedziana jest fabuła książek, zostały dostosowane do stadium nauki mowy, na jakim znajduje się dziecko. Jako że chłopczyk, podobnie jak czytelnicy rośnie i się rozwija, w pierwszej opublikowanej w 2016 roku książce o nim - Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych - przeważały proste zdania oznajmujące, które wskazywały na odgłosy wydawane przez przedmioty i otoczenie. To jednak nie wszystko - u dołu strony, na której czytamy: "Ktoś puka do drzwi: PUK, PUK! Kto to? To tata!", znalazł się obrazek z pukającą dłonią, szczekającym psem, tykającym zegarem i nożyczkami wydającymi odgłos "ciach ciach". Oprócz czytania książki dziecku można więc również wskazywać umieszczone u dołu przedmioty i powtarzać wydawane przez nie dźwięki lub zachęcać do tego dziecko. W kolejnych książkach, wraz z postępem w nauce mówienia Pucia, zdania stają się coraz bardziej złożone, a u dołu strony znajdują się przymiotniki (Jaki? Brudny/czysty Funio) oraz przyimki (Gdzie jest piłka? Na stole, w koszu itp.). W najnowszej książce o Puciu, o podtytule Zabawy językowe dla młodszych i starszych dzieci, u dołu strony znajdziemy elementy miasta, które warto odnaleźć i nazwać na ilustracji (np. myjnia samochodowa, stacja benzynowa), zawody, które wykonują postaci postronne (np. ogrodnik, muzyk), ale przede wszystkim wybraną czynność rozpisaną na trzy obrazki, o której dziecko może próbować stworzyć własną historię, ucząc się przy tym sztuki opowiadania oraz poznając związki przyczynowo-skutkowe i relacje czasowe. Takie przemyślane wyszczególnienie elementów u dołu strony i instrukcja, jak się nimi posługiwać, zamieszczona we wstępie, stanowią ogromny atut i czynią serię o Puciu unikatową.

Warto uprzedzić, że ten, kto szuka w książkach poczucia humoru czy zadziorności skandynawskiej literatury dla dzieci, srodze się zawiedzie. Przygody Pucia to bardzo poprawna lektura. Książka ma silnie dydaktyczny wydźwięk, przestrzega więc przed brakiem kasku na rowerze, przypomina o zakupie biletu w autobusie czy pociągu oraz o niebezpieczeństwach związanych z ruchem ulicznym, a opisane w niej rodzeństwo jest dla siebie wyjątkowo uprzejme, w sklepie zaś najchętniej sięga po warzywa. Nieskazitelna poprawność cechuje (na szczęście!) również język, jakim książki o Puciu zostały napisane, co docenią z pewnością rodzice zmuszeni do obcowania z fatalnymi tłumaczeniami książek powstałych na kanwie zagranicznych kreskówek. Ów język nie jest również przesłodzony, nie znajdziemy tu nadmiaru zdrobnień ani językowej czułostkowości - choć czułość już jak najbardziej. Wspomniana poprawność nie oznacza przecież, że perypetie Pucia wyzute są z uczuć - chociażby pojawienie się w rodzinie najmłodszego jej członka, czyli Bobo, oddane zostało z dużą empatią i emocjonalną prawdą, zaś w Puciu na wakacjach pojawia się sympatyczny epizod, w którym tata opisuje swój strach przed burzą w dzieciństwie. Prostolinijność książek Galewskiej-Kustry oznacza jedynie brak fabularnych fajerwerków, jednak nie po to te książki powstały, by czytelnika zaskoczyć, a raczej by wesprzeć go w niełatwej sztuce poprawnego wysławiania się w naszym ojczystym - jednym z najtrudniejszych na świecie - języków.

Temu również celowi zostały podporządkowane ilustracje i układ książki. Krajobraz otaczający Pucia, stworzony przez Joannę Kłos, jest dopracowany, konsekwentny i utrzymany w spokojnych barwach. Można nie lubić sposobu, w jaki ilustratorka rysuje postaci - z czerwonymi nosami i policzkami - nie można jednak odmówić im pewnego uroku. Charakterystyczna kreska Joanny Kłos posłużyła również do stworzenia paru mniejszych książeczek o Puciu skupionych na jednym aspekcie mowy (np. Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem czy Co robi Pucio?), gier, a nawet puzzli i Pucia-przytulanki. Duet ilustratorki oraz logopedki-pisarki może się pochwalić także inną serią - o muszce Fefe (np. Z muchą na luzie ćwiczymy buzie, czyli zabawy logopedyczne dla dzieci), a także paroma innymi publikacjami wspomagającymi - logopedów, rodziców i dzieci - w nauce mowy tych ostatnich.

nr 5/1224

MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie MinistraKultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

ZESPÓŁ:

Grzegorz Filip redaktor naczelny

Anna Stypułkowska sekretarz redakcji

Małgorzata Borczak,

Juliusz Gałkowski,

Małgorzata Kąkiel,

Andrzej Skalimowski,

Maria Sokołowska,

Piotr Szewc

Teresa Kurek oprac. techniczne

Joanna Majczak sekretariat

PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski

ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel

KOREKTA: Bogna Piotrowska

ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5

tel. red. nacz. 22 826 70 36,sekretariatu 22 826 62 60,tel./faks 22 826 62 35,e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl

WYDAWCA: Instytut Książki31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6

Dział Wydawnictw:01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34

NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawoskrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Cennik reklam znajduje się w "Kurierze Nowych Książek".

WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ

KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2021

kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN

"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając

(na dowolny okres) na konto wydawcy

Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków

Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ

? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001swift code: GOSKPLPW

WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ

Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:

Prenumerata krajowa:

Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.

www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:

Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl

e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl

Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,

przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych

informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator

może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,

ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,

prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego

tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia

na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych

- iod@instytutksiazki.pl.