Nowe Książki 4/2021 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

8.00 zł
6.64 zł (6,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Wystarczy poetycki sposób życia

Z księdzem profesorem Janem Sochoniem rozmawia Jakub Pyda

Zacznijmy Sienkiewiczem: Rok 2020 był to dziwny rok. A jaki był on dla księdza?

Pod pewnymi względami był dobry - pandemia niewiele zmieniła, jeżeli chodzi o rytm mojej pracy. I tak jej przeważającą część zawsze wykonywałem tutaj, w domu, pośród książek. W tym czasie miałem też pewne pocieszające odkrycie. Chyba bardziej niż kiedykolwiek doświadczyłem bliskości z muzyką. Od samych początków epidemii intensywnie żyję w jej blasku.

Jaka to muzyka?

Przeważnie słucham dwóch gatunków. Najpierw muzyki dawnej w najróżniejszych formalnych odsłonach, szczególnie barokowej. Słucham też jazzu. Zwłaszcza ballad jazzowych w rodzaju Keitha Jarretta i niezwykłych propozycji, często wywiedzionych z ducha jazzu, zespołu kameralnego Kronos Quartet z San Francisco. Niemal codziennie nastawiam też płyty Milesa Davisa.

Właśnie Davisa usłyszałem, gdy ksiądz otworzył drzwi. Przypomniał mi się wtedy ostatni wiersz z tomu Brewiarz celnika. Przywołuje w nim ksiądz słowa swojego brata: "Wiesz, Miles gra tak jakby wiedział, / kim naprawdę jestem".

Tak, Krzysztof go uwielbiał. A mnie muzyka Davisa pozwoliła przeżyć trudny czas po jego śmierci, po odejściu mojej siostry Ireny, czas niepokojący również z powodu pandemii, która wciąż ogałaca świat z wartości tworzonych i przekazywanych przez kulturę i religię. Intensywnie doświadczyłem tego, że sztuka, zwłaszcza muzyka, otwiera na treści nienazywalne, głęboko jednak docierające do umysłu i serca. Co więcej, otwiera także na innych ludzi, bo przecież ktoś ze swojego duchowego wysiłku tę muzykę tworzy i przekazuje słuchaczowi. Muzyka buduje uniwersalny język, który ogarnia człowieka w całym jego duchowo-cielesnym uposażeniu. Intensyfikuje nadto emocje konfesyjne, wskazując na niezbywalność duchowości w ludzkim sposobie bycia.

A co złego przyniósł ten rok?

Przede wszystkim umniejszyła się moja działalność duszpasterska, moja praca w Kościele. Z trudem przeżywam też to, co teraz się dzieje na świecie. Mam na myśli utracenie przez społeczeństwa europejskie - w tym także nasze - więzi z tradycją wyrastającą z wartości chrześcijańskich. A ponieważ kultura chrześcijańska wywodzi się z korzeni grecko-rzymskich i hebrajsko-islamskich (pamiętajmy, że kiedyś kultura arabska silnie wpłynęła na europejski sposób myślenia, zwłaszcza gdy idzie o filozofię), to mamy do czynienia z radykalnym zerwaniem ciągłości. Mam wrażenie, że dzisiejszy świat chce dramatycznie, może ostatecznie, zerwać z jakąkolwiek tradycją i zbudować wszystko od nowa.

To nie pierwszy raz, kiedy pokolenie młodych chce poukładać świat po swojemu.

Problem polega wszakże na tym, że dziś jedynym kryterium we wznoszeniu tego nowego gmachu ma być kategoria wolności. I to zredukowana do wytworu ludzkiego umysłu - bez żadnego nawiązania do rzeczywistości realnej. Ta obecnie wielu osobom wydaje się płynna, zmienna, nieustannie się przekształcająca. W związku z tym - jak świat dziś mówi - prawdy nie da się w żaden sposób ująć. Można mówić tylko o rzeczywistości przekształconej przez nasz umysł, przez nasze podmiotowe doświadczenie. Zachowujemy się, jakby nie było niczego, co jest niezależne od ludzkich możliwości poznawczych. Właściwie liczy się tylko pluralizm, prowadzący niestety do akceptacji takiej formy tolerancji, która w pewnych sytuacjach przekształca się w trwałą obojętność.

Jak wpływa to na stosunek człowieka do kultury?

Kultura, tak jak wszystko inne, staje się zupełnie plastyczna. Ale kreatorem jest tu człowiek, dla którego rzeczywistość transcendentna bądź w ogóle nie istnieje, bądź jest czymś, o czym absolutnie nic nie można powiedzieć. W związku z tym kultura zakorzeniona w najgłębszych religijnych treściach - dogmatach, doświadczeniu, moralności - kompletnie zanika.

I co dzieje się w takiej sytuacji?

Wtedy ludzie pozwalają sobie na coś, czego wyrazem w Polsce stały się uliczne strajki kobiet. To była wielka manifestacja właściwie jednego przekonania: wszystko, absolutnie wszystko zależy od nas. My stanowimy o życiu i żadne ponadsubiektywne normy nas nie obowiązują. Mnie, jako osobę wierzącą, to wszystko bardzo boli. Myślę, że naprawdę mamy do czynienia z realnym końcem pewnego modelu czy paradygmatu kulturowego, a nawet - odważyłbym się powiedzieć - cywilizacyjnego. Musimy sobie uświadomić, że świat zbudowany na długowiecznych tradycjach europejskich, u źródeł których stoi chrześcijaństwo, został praktycznie odrzucony.

Brzmi katastroficznie.

Czasami realizm bywa katastroficzny. Dzisiejszą sytuację można by opisać w duchu Osipa Mandelsztama - że Europa przypomina wielki młyn pełen różnorodnych ziaren, z których się wypieka bochny chleba. Położenie ziarna w chlebie odpowiada położeniu jednostki w tym całkowicie nowym i mechanicznym połączeniu zwanym wspólnotą europejską. Zdarzają się takie momenty w historii, kiedy wszystko powoli przestaje działać; po prostu nie piecze się już chleba, młynarz się zestarzał i zmęczył, a szerokie skrzydła wiatraków bezradnie czekają na robotę. Z głębi młyna dobiegają jakieś dziwne, chaotyczne okrzyki, ale skrzydła wiatraków już nie pracują. Odnoszę wrażenie, że obecnie znajdujemy się w takiej sytuacji. Europa zatrzymała się i coraz gorliwiej porzuca chrześcijański styl życia, a świat azjatycki, świat kultury islamskiej rozpędzają się coraz bardziej. Wszystko to sprawia, że mamy do czynienia z poważnym kryzysem. Jak na to reagować? Przecież trzeba jakoś reagować.

Czy w tej sytuacji Bezcielesny sens. Szkice z filozofii kultury jest księdza prywatną odpowiedzią? W tych esejach wraca ksiądz do silnych tradycji intelektualnych, wśród których pierwszorzędną rolę odgrywa tomizm. Czy to książka "interwencyjna"?

Nie myślałem w ten sposób. Bezcielesny sens składa się z tekstów pisanych w ciągu kilku ostatnich lat. Książka ta zmieniała się, w miarę jak ją komponowałem. Całość spina wstęp i zakończenie, które powstały najpóźniej, a stanowią swego rodzaju manifest. Rozważam w nich, jak dziś, w obliczu wcześniej zarysowanego kryzysu, powinien się odnosić do rzeczywistości taki człowiek jak ja. Czyli ktoś, kto uzna siebie za konserwatystę - w dobrym, może najlepszym znaczeniu tego słowa. Mam na myśli akceptowanie wielkiej, poprzedzającej nas tradycji. A zarazem ktoś, kto do swojego myślenia o świecie włącza treści płynące z chrześcijańskiego objawienia. Z tej racji w szkicach tych proponuję wizję filozofii kultury zakorzenionej w pryncypiach realizmu metafizycznego.

Bezcielesny sens to pokaźna lektura. Ponad trzysta stron maszynopisu. Wygląda jak synteza myśli, próba wyrażenia jakiejś całości.

Chcę pokazać coś, co Étienne Gilson określił mianem filozofii chrześcijańskiej. Ta Gilsonowska formuła pozostaje niezwykle aktualna, mimo że w przeszłości miała wielu przeciwników, jak choćby zmarłego już profesora Stefana Swieżawskiego. Pamiętam, jak kiedyś nas, studentów, przekonywał, że filozofia i chrześcijaństwo to dwa odrębne porządki. "Nie ma przecież matematyki chrześcijańskiej" - mówił. Później, kiedy się zaprzyjaźniliśmy, odpowiadałem mu: "Dobrze, Profesorze, zrozum, że bycie chrześcijaninem, przyjmowanie treści chrześcijańskiego objawienia zasadniczo wpływa na moje rozumienie świata i człowieka". Można by to spuentować tak: mimo metodologicznych odrębności filozofia i religia powinny się łączyć w prawdzie. A prawdy - jestem o tym najgłębiej przekonany - nie dotyczy metodologia. To jest coś, co scala wszystkie sposoby rozumienia świata. Prawda dotyka samego serca człowieka, jego więzi z ludźmi i z Bogiem.

Jaka byłaby więc prawda o nas, Europejczykach?

Myślę, że ona się streszcza w fundamentalnej zasadzie, którą św. Jan zawarł w Prologu swojej ewangelii. "Na początku było Słowo". Właśnie ów Logos, czyli Słowo, jest koroną antropologiczną Europy. Dzięki Logosowi człowiek może uczestniczyć w życiu Boga, odkrywać sens, bez którego egzystencja ludzka byłaby czymś sprzecznym, jednookim. Tomasz z Akwinu w Sumie przeciw poganom wyraźnie stwierdził, że przyjście Słowa w ciele było odpowiedzią na konieczność ukazania człowiekowi dostępu do szczęścia. Jeżeli zaś Europa tę koronę zagubi, nie wyjdzie z ciemności. Kiedy ludzki umysł zamyka się na to, co go przekracza, pozostaje skazany na samego siebie i musi się zagubić.

Czemu ksiądz tak sądzi?

Z natury rzeczy człowiek sam jest w stanie wznieść się tylko do poziomu dobra, powiedzmy, ewangelicznego. Potrafi być szlachetny, godnie traktować innych. Taka postawa nie wymaga wiary w Boga ani akceptacji określonej doktryny religijnej. Bez nich człowiek z powodzeniem może rozwijać swe naturalne potencjalności, budować społeczeństwo, zabiegać o dobro wspólne. Ale to wciąż zbyt mało, aby być osobą szczęśliwą. Żaden człowiek, choćbyśmy go kochali do utraty tchu, nie potrafi zaspokoić naszych ostatecznych tęsknot. Potrzebujemy dobra nieskończonego, a to ofiarowuje jedynie Bóg. Wszakże śmierć nie stanowi przeszkody do spotkania i zjednoczenia. Nie powinniśmy zatem kurczowo trzymać się świata. Nasza codzienność to droga z tego życia do życia przyszłego. Do szczęśliwego rozkoszowania się bliskością Najwyższego.

Ciekawe, że mówi ksiądz o szczęściu. To w końcu jedna z obietnic dzisiejszego świata. Wszyscy mówią: bądź szczęśliwy.

Warto więc może podkreślić, że to nie jest jakieś odkrycie nowoczesności. Kategoria szczęścia należy do samych źródeł ludzkiej kultury. Człowiek z natury rzeczy - jak już stwierdził Arystoteles w Etyce nikomachejskiej - dąży do jakiegoś celu, a tym celem w najogólniejszym sensie jest dobro. Trzeba by teraz dookreślić, co to dobro oznacza - w wymiarze indywidualnym, międzyludzkim, społecznym i na poziomie państwa. Jednak już na tym etapie widać, że człowiek nie jest kimś skończonym, pełnym. Bóg nie stworzył człowieka jako bytu doskonałego. Nie jest tak, że przyszliśmy na świat w jakiejś złotej, hedonistycznej klatce i niczego do szczęścia nie potrzebujemy. Właśnie cała sprawa polega na tym, że nam ciągle czegoś brakuje. Gdy sobie to uświadomimy, łatwiej zrozumiemy ludzkie dążenia. Możemy wtedy głębiej poznać nas samych.

Czego w takim razie człowiek potrzebuje?

Na początku warto przyznać, że człowiek - jak to się określa w języku metafizyki - jest bytem przygodnym. Jest kimś, kto z natury domaga się wsparcia i pomocy. Bez matki, ojca, ale też bez odpowiedniego środowiska i kultury wreszcie - nie przeżyje. Wśród tych uwarunkowań wskazałem właśnie na kulturę, bo ona w zasadniczy sposób określa ludzkie możliwości. Przychodzimy na świat już ukształtowany przez działania i rozmaite osiągnięcia naszych poprzedników. Dopiero w takiej kołysce kultury możemy się właściwie rozwijać. Samorozwój oczywiście nie kończy się wraz z, dajmy na to, osiemnastymi urodzinami. Całe życie to proces aktualizowania tego, co potencjalnie jest w nas zawarte. W ten sposób - jak mówią specjaliści - tworzymy swoją psychologiczną twarz. To droga, po której idzie się raz szybciej, raz wolniej, tak już będzie do śmierci. Można powiedzieć, że człowiek jest in statu nascendi - a życiową dynamikę nadaje mu właśnie kultura, której ogniskową zawsze pozostaje religia, z ideą przebaczenia, miłosierdzia, zbawienia.

FILOZOFIA

Pociąg do filozofii Erica Weinera

Szymon Wróbel

Eric Weiner

Ekspresem z Sokratesem

Czego martwi filozofowie uczą nas o życiu

przeł. z ang. Paweł Tomanek

Warszawa: Wydaw. Naukowe PWN, 2020

365 s. ; 21 cm

W naszej scjentystycznej kulturze co kilkanaście lat odnawia się potrzeba powrotu do filozofii spontanicznej, naturalnej, bliskiej życia i człowieka. Dość wspomnieć jeszcze ciepłe książki o filozofii życia codziennego Alaina de Bottona, ze Sztuką podróżowania na czele, oraz już chyba ostygłe publikacje norweskiego pisarza Josteina Gaardera i spektakularny sukces jego Świata Zofii z roku 1991.

Te powroty filozofii naiwnej i masowo czytanej są prawdopodobnie symptomem wyobcowania i elitarnego zamknięcia filozofii akademickiej, która odstrasza choćby samym językiem - albo tak sformalizowanym, że zupełnie nieinteresującym, albo tak ekscentrycznym, że niezrozumiałym.

Książka Erica Weinera Ekspresem z Sokratesem. Czego martwi filozofowie uczą nas o życiu zachęca do filozofii czytelnika niewtajemniczonego, ale wrażliwego. Od kilkunastu lat Eric Weiner konsekwentnie przekonuje, że filozofii nie należy się bać. Jego Geografia szczęścia (2008), Poznam sympatycznego Boga (2011), Genialni (2016), a obecnie Ekspresem z Sokratesem to udane próby oswojenia filozofii, przybliżenia jej treści osobistemu rozwojowi, przemianie moralnej, prozaicznemu obcowaniu człowieka ze sobą, innymi ludźmi i światem. Filozofia nie ma prawa nas przerażać. Filozofia ma prawo nas zdumiewać, ale nie ma prawa nas onieśmielać. Filozofia jest dziełem życia i ma za zadanie uczyć nas żyć, czyli zmagać się z przeciwnościami losu. Martwi filozofowie nigdy nie są martwi, o ile potrafią wzniecić nowe zasoby życia.

Ekspresem z Sokratesem to swoisty "pociąg myśli" - czasem wykolejony, czasem smutny albo radosny, wygodny bądź wymagający, ale najczęściej melancholijny. Podróżując pociągiem, który - zdaniem autora - jest środkiem komunikacji najbardziej sprzyjającym zadumie, objeżdżamy świat, zatrzymując się w miejscach związanych z wybranymi filozofami. Wybory Erica Weinera zastanawiają mnie zresztą najbardziej. Nie ma wśród odwiedzanych filozofów Arystotelesa, Tomasza z Akwinu, Kartezjusza, Kanta, Hegla, Heideggera, Carnapa, Derridy. W zamian "wstajemy z łóżka" z Markiem Aureliuszem, "wpadamy w zadumę" z Sokratesem, "uczymy się chodzić" z Rousseau, uczymy się "widzieć" jak Thoreau, "słuchać" jak Schopenhauer, "radować się" jak Epikur, "być uważnym" jak Simone Weil, "być życzliwym" jak Konfucjusz, "doceniać małe rzeczy" jak Sei Sh?nagon, "niczego nie żałować" jak Nietzsche, "radzić sobie z przeciwnościami losu" jak Epiktet, "starzeć się" jak de Beauvoir i wreszcie "umierać" jak Montaigne. To bardzo napięty program.

Podróż odbywa się pociągiem i jest podzielona jak dzień (lub życie) na trzy części - Świt, Południe, Zmierzch. Potrzebujemy zatem filozofów brzasku, zenitu i wieczoru życia. Potrzebujemy filozofów narodzin i początków, mędrców południa, pełni istnienia i myślicieli odejścia, zmierzchu. Poranek nadaje ton reszcie dnia. Południe wytwarza nastrój entuzjazmu, daje poczucie radości. Starość, która zawsze okazuje się bliższa, niż się wydaje, jest "nieuzmysławialnym", niezauważalnym przepływem życia. "Starość nie tyle wytwarza nowe cechy, ile wzmacnia już istniejące. Starzejąc się, stajemy się bardziej intensywną wersją siebie samego". Z tego powodu być może głównym tematem książki jest przemijanie.

Należy zadać pytanie: kto mówi w tej książce? Kim jest Eric Weiner? No cóż, autor z pewnością sprawia wrażenie osoby bardzo sympatycznej, wprowadzającej nas w teksty i praktyki filozofii. Nie boi się świata, nie boi się naiwności i prostoty. W każdym rozdziale przyznaje się do swoich słabości, mankamentów, wad. Deklaruje, że jego podróże to raczej wygodne objazdy, a nie karkołomne wspinaczki lub wyprawy godne grotołaza. Wyznaje: "Pakuję plecak, elegancki model miejski, którego Thoreau nigdy by nie założył". Z pewnością nie mamy tu filozofa heroicznego, ale raczej prozaicznego. Dla Erica Weinera prawdziwy heroizm to heroizm dnia codziennego.

Eric Weiner to nade wszystko troskliwy ojciec adoptowanej trzynastoletniej dziewczynki, który istotną część swego czasu spędza w Starbucksie, popijając kawę w towarzystwie ulubionych autorów oraz przypadkowo napotkanych przechodniów, towarzyszy nieoczekiwanych rozmów. Być może autor Genialnych, podobnie jak jeden z jego bohaterów - Marek Aureliusz - oddaje się ciągłemu dążeniu do okiełznania swojego przyrodzonego pesymizmu. Z pewnością jednak uwielbia jeździć pociągiem, uznaje bowiem, że wizyta w pociągu ofiarowuje mu rzadką kombinację ekspansji i przytulności. Myśli rodzą się w ruchu. Należy jednak zapytać, czy filozofia i pociągi rzeczywiście pasują do siebie tak bardzo jak to sugeruje autor? Z pewnością filozofia to pociąg, który zawsze odjeżdża, ale czy kiedyś dociera do celu? I czym jest ten cel? Być może istnieje także pociąg do filozofii jako składu niewygodnego, nieprzytulnego, proletariackiego. O klasowym usytuowania wagonów autor Ekspresem z Sokratesem zapomina.

Eric Weiner chce nas wprowadzić w zadumę. Zaduma to w zasadzie cud, przedmiot nieustannego zdumienia. Przedmiotem zdumienia jest samo życie. W naszej cybernetycznej kulturze rozwiązuje się problemy, nie przeżywając związanych z nią pytań. Dla Erica Weinera liczy się jednak bardziej pytanie i samo dążenie. Weinera nie interesuje ostateczne znaczenie życia, ale raczej to, by samemu prowadzić życie pełne znaczenia. Jego celem jest zapobiegnięcie życiu błędnemu. Jego główną potrzebą - uniknięcie sytuacji, w której u kresu stwierdzamy, że nie żyliśmy w ogóle.

Weiner potrzebuje filozofii do wzniecenia ruchu radości. "Świat potrzebuje porywów filozoficznego entuzjazmu. Nie jej studentów, a na pewno nie specjalistów od niej, ale właśnie entuzjastów, z całym ich nieskrępowanym zapałem". Jedynym poważnym celem kształcenia jest zatem ćwiczenie uważności i rozpalanie ognisk radości. W pełni natężona uwaga okazuje się największą ekstazą. Przeciwieństwa uwagi nie stanowi roztargnienie, ale niecierpliwość. Życie to dar, który pozwala nam okazywać serdeczność wszystkim innym ludziom, doceniać małe rzeczy, powtarzać - jak w Dniu świstaka - scenariusze dnia od początku do końca lub do miejsca oznaczonego słowem fine. To wzniecenie pragnienia powtórzenia życia stanowi jedyny rzeczywisty cel filozofii.

POLITYKA | SPOŁECZEŃSTWO

Peryferyjna Polska i zmierzch demokracji liberalnej

Piotr Kaszczyszyn

Bartłomiej Radziejewski

Między wielkością a zanikiem

Rzecz o Polsce w XXI wieku

Warszawa: Wydaw. Nowej Konfederacji, 2020

299 s.: il. ; 21 cm. - (Kroniki Międzyepoki)

Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku Bartłomieja Radziejewskiego to wybór jego artykułów i esejów z lat 2013-2020. Ułożone chronologicznie materiały zostały dobrane przez samego redaktora naczelnego thinkzina "Nowa Konfederacja" w autorskim kluczu interpretacyjnym.

Dla Radziejewskiego stanowią one pogłębione komentarze do tzw. międzyepoki - okresu w historii Zachodu, który został zapoczątkowany w roku 2008 rosyjską agresją na Gruzję i oznaczał zmierzch obowiązującego paradygmatu "końca historii". Obecna międzyepoka to zdaniem Radziejewskiego swoisty "czas pomiędzy" - stary demoliberalny porządek już się chwieje, ale nowy ład międzynarodowy jeszcze się nie wyłonił.

Jest to o tyle istotne, że taka rama interpretacyjna stanowi jednocześnie intelektualny znak rozpoznawczy całego środowiska "Nowej Konfederacji", a książka Radziejewskiego to pierwsza pozycja z ich nowej serii wydawniczej. Stąd krótka recenzja wyboru tekstów redaktora naczelnego staje się pośrednio okazją do szerszego nakreślenia sylwetki ideowej całego środowiska.

W pierwszej kolejności Bartłomiej Radziejewski przyjmuje perspektywę państwo-centryczną, z niej analizując polską rzeczywistość polityczną. Wątpliwa sprawność instytucji państwa, niska zdolność rządu do efektywnego wdrażania reform na poziomie polityk publicznych, krytyka intelektualnej słabości polskich elit politycznych - naczelny "Nowej Konfederacji" w kolejnych tekstach jest mocno krytyczny wobec polskiego państwa i jego zarządców.

Z podkreślaniem kluczowej roli państwa i jego instytucji związana jest bezpośrednio określona perspektywa patrzenia na politykę. Dla Radziejewskiego polityka to klasycznie rozumiana troska o dobro wspólne, korzeniami ideowymi sięgająca do tradycji republikańskiej, połączona z realistyczną szkołą patrzenia na instytucjonalny potencjał państwa. Stąd autor Między wielkością a zanikiem odrzuca przesadne skupianie się na tzw. politycznej bieżączce, o której za tydzień nikt już nie pamięta, i nie zgadza się na redukcję polityki do wymiaru "walki o stołki".

Trzecią cechą charakterystyczną myślenia Bartłomieja Radziejewskiego i całego środowiska "Nowej Konfederacji" jest spojrzenie na polską wspólnotę polityczną i kondycję naszego państwa z perspektywy postkolonialnej. Z jednej strony oznacza to trzeźwą, pozbawioną hurapatriotycznych złudzeń ocenę naszego potencjału politycznego, gospodarczego, społecznego czy technologicznego. Z drugiej nie wiąże się z popadnięciem w historyczny fatalizm, w myśl założenia, że z naszej peryferyjnej kondycji narodowej nie uda nam się nigdy uwolnić. Wręcz przeciwnie, Radziejewski nawołuje do intelektualnej samodzielności, wyrwania się z politycznego minimalizmu, odwagi w myśleniu i działaniu.

Skąd ten dziejowy optymizm naczelnego "Nowej Konfederacji"? Podkreślając przejściowy charakter epoki, w której przychodzi nam żyć od kilkunastu lat, Radziejewski zwraca uwagę, że czas wyłaniania się nowego ładu międzynarodowego może być dla Polski wielką szansą na wyrwanie się z naszej pozycji państwa półperyferyjnego i awans w globalnej lidze politycznych graczy.

Wpisywanie Polski w szerszy porządek globalny i analizowanie naszej pozycji politycznej z perspektywy zmian międzynarodowych to kolejna cecha rozpoznawcza myślenia redaktora naczelnego "Nowej Konfederacji". W wydanym zbiorze znajdziemy materiały poświęcone m.in. forsowanej od roku 2018 tezie Radziejewskiego o nowej zimnej wojnie pomiędzy USA i Chinami, duży tekst analizujący zmiany w międzynarodowym systemie walutowym czy przedstawienie zmierzchu demokracji liberalnej w kluczu starcia dwóch politycznych tendencji: hiperdemokracji i turboliberalizmu.

Perspektywa wpisywania Polski w międzynarodowe trendy w wykonaniu naczelnego "Nowej Konfederacji" jest o tyle wartościowa, że ucieka od momentami infantylnego redukowania globalnego kontekstu do prostych haseł "Kaczyński to drugi Trump/drugi Orban", a Polska to część "populistycznej międzynarodówki", co uprawia w polskiej debacie publicznej część środowisk liberalno-lewicowych. Jednocześnie unikamy w ten sposób drugiego skrajnego podejścia w myśl logiki "nasza chata z kraja", czyli całkowitego ignorowania procesów globalnych i skupiania się wyłącznie na własnych sprawach i problemach.

Ostatnia z cech wyróżniających myślenie Bartłomieja Radziejewskiego to mocne osadzenie aksjologiczne. Naczelny "Nowej Konfederacji" nie ucieka od krytyki demokracji liberalnej z perspektywy klasycznej, arystotelesowskiej etyki, sięga po tradycję republikańską, nawołuje do odrodzenia dawnych cnót politycznych i budowy elit państwowych, które swoją pracę dla Polski będą wykonywać profesjonalnie, ale traktować jednocześnie w kategoriach służby, a nie sposobu na łatwy zarobek.

Z lektury zbioru Między wielkością a zanikiem wyłaniają się dwa kluczowe wnioski. Po pierwsze, praca intelektualna Bartłomieja Radziejewskiego i środowiska "Nowej Konfederacji" pokazuje, że możliwa jest w Polsce suwerenna myśl prawicowa czy też konserwatywna, krytyczna wobec poczynań rządu Zjednoczonej Prawicy, inaczej niż media bardziej przychylne obecnej władzy definiująca i oceniająca polityczną rzeczywistość. Z perspektywy debaty publicznej takie niezależne głosy pokazujące, że na prawicy "jest życie poza Jarosławem Kaczyńskim", wydają się bardzo wartościowe i wzbogacające intelektualnie.

Po drugie, sam Radziejewski ma coraz rzadszą, a przez trudną do przecenienia zdolność widzenia syntetycznego. Odchodząc od coraz mocniej rozpowszechnionej w debacie publicznej wąskiej specjalizacji i przedstawiania rzeczywistości z perspektywy ograniczonych tematycznie działek, naczelny "Nowej Konfederacji" proponuje autorską opowieść, która świat nie tylko opisuje, ale też stara się zinterpretować i zaproponować własne rozwiązania stojących przed Polską wyzwań.

Co naturalne, książka ma swoje ograniczenia i słabości. Kluczowa z nich znajduje się już w samym tytule, który zestawia ze sobą dwa przeciwieństwa: wielkość i zanik. W całości zbioru znajdziemy perspektywę raczej manichejską: albo Polska będzie wielka, albo nie będzie jej wcale. W pierwszym kroku Radziejewski poddaje polskie państwo i jej elity surowej krytyce, aby za moment wobec tego samego słabego państwa stawiać wymagania ponad jego siły. W konsekwencji można nieraz odnieść wrażenie, że finalna ocena poczynań rządu czy polskich elit politycznych może być zbyt surowa i nieadekwatna do naszych istniejących możliwości jako państwa.

Ten jego moralny pryncypializm nie jest jednak zaskoczeniem, jeśli spojrzeć na Radziejewskiego jako część polskiej tradycji inteligenckiej, dla której taka postawa była czymś powszechnym, wystarczy sięgnąć choćby do twórczości Stanisława Brzozowskiego. Tę postawę można by nazwać "romantywizmem" - połączeniem pozytywistycznych celów i diagnoz (realizm polityczny chwalony w książce przez Radziejewskiego) z romantyczną retoryką i moralnym maksymalizmem.

Nie zmienia to zasadniczego faktu, że zbiór Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku to pozycja godna lektury jako świadectwo intelektualnej niezależności, zdolności do pogłębionej analizy rzeczywistości w poprzek utartych sposobów myślenia i umiejętności formułowania syntetycznych opowieści interpretujących polską rzeczywistość polityczną u progu trzeciej dekady XXI wieku.

POEZJA

Poetka miłości i wiary

Anna Nasiłowska

Anna Kamieńska

Poezje zabrane. T. 1

pod red. Wojciecha Kruszewskiego

Lublin: Muzeum Lubelskie, 2020

659 s.: il. ; 24 cm

Anna Kamieńska

Poezje zebrane. T. 2

pod red. Wojciecha Kruszewskiego

Lublin: Muzeum Lubelskie, 2020

555 s.: il. ; 24 cm

Anna Kamieńska

Poezje zebrane. T. 3

pod red. Wojciecha Kruszewskiego

Lublin: Muzeum Lubelskie, 2020

575 s.: il. ; 24 cm

Anna Kamieńska

Notatnik

pod red. Wojciecha Kruszewskiego

Lublin: Muzeum Narodowe, 2020

711 s.: il. ; 24 cm

Anna Kamieńska nie należy obecnie do poetek, o których się dużo pisze; zbiorowa pamięć w miarę upływu czasu odsuwa na dalszy plan większość nazwisk, poza najbardziej głośnymi albo dyskutowanymi ze szczególnych powodów.

Poetka zmarła w 1986 roku, jej twórczość pozostała więc związana z zamkniętym już okresem, który miał swoje przedłużenia po 1989 w postaci wkładu starszych pisarzy w nową literaturę, ale nie dotyczyło to wszystkich. Oczywiście pamięta się o Czesławie Miłoszu, a więc, siłą rzeczy, także o jego opinii wyrażonej w wierszu Czytając Notatnik Anny Kamieńskiej z tomu Dalsze okolice (1991), że Anna Kamieńska była osobą dobrą, a to w poezji skazuje na poślednie miejsce... Tak uważał noblista. W poemacie Orfeusz i Eurydyka, pochodzącym z późniejszego okresu, pojawia się podobne przeświadczenie:

Liryczni poeci

Mają zwykle, jak wiedział, zimne serca.

To niemal warunek.

Tuż po wojnie właśnie Czesław Miłosz tłumaczył dwu młodziutkim debiutantkom z Lublina, Annie Kamieńskiej i Julii Hartwig, że "miłość to nie temat do wierszy". Julia Hartwig mu uwierzyła, pozostała poetką rozumu i uczuć umiarkowanych, jak czułość lub podziw dla piękna.

A Kamieńska? Kamieńska miała z Miłoszem swoje porachunki, odmienne niż Julia Hartwig, szanująca zawsze hierarchie towarzyskie i artystyczne. W zapiskach z Notatnika Anny Kamieńskiej, po raz pierwszy wydanego w całości, czy niemal w całości, jest też uwaga po lekturze tomu Miłosza Miasto bez imienia: "Postawa mędrca przemawiającego z dystansu. Jest klasykiem. A przecież za dużo tu słów, pycha kreowania i nazywania świata, swoisty nominalizm. Apodyktyczny ton tej mądrości. Biada nam, gdyby "liberałowie" zdobyli władzę". (t. 4, s. 378). Zastanawiające. Jaka to intuicja w 1972 roku podpowiedziała poetce ostatnie zdanie? Nie dowiemy się. Miłosz był w środowisku literackim lat wojny i okresu tuż powojennego bardzo ważną postacią, ale nie budził jednoznacznych uczuć. Chodziło chyba nie tylko o apodyktyczny ton. Szkoda, że Kamieńska nie napisała więcej, ale na tym polegała poetyka tych zapisków, że to zawsze zaledwie "błysk" (odnosząc się znowu do późniejszych podobnych zapisów Julii Hartwig). Notatnik to rodzaj dziennika myśli, pozbawionego zdarzeń, a wpisy ograniczają się do malutkich porcji tekstu, czasem będących cytatami. Więcej można domyślać się z innych uwag, jak taka: "Awangarda wmówiła nam nieśmiałość uczuć. To rzecz piękna. Ale jest też wspaniałomyślność i talent w okazywaniu uczuć".

I oto mamy zarys podstawowej rozbieżności, dotyczącej tego, co poezja powinna wyrażać, a czego jej robić nie wolno, dotyczący stosunku do prawdy i ludzkiego doświadczenia egzystencji. Miłosz odradzał, awangarda zakazywała, a życie Anny Kamieńskiej to zarówno poszukiwanie mądrości w księgach, jak i silne uczucia, związane z macierzyństwem i wdowieństwem. Śmierć jej męża, poety Jana Śpiewaka w 1967 roku, po dziewiętnastu latach wspólnego życia, otworzyła nowy etap intensywnej miłości: wdowieństwo przeżywane było jako rana, tęsknota i niepokój. W Notatniku pojawia się nawet żal, że wcześniej nie napisała, póki był czas po temu, erotyków, zubażając obraz miłości o tę sferę. U Anny Kamieńskiej pojawia się w nowoczesnej, postawangardowej formie romantyczny temat miłości, która sięga poza grób. Ta miłość liczy się ze śmiercią i nie sięga po dawne sztuczki, jak próby obcowania z duchami.

Zmarły powraca w snach. W snach dochodzą do głosu głębsze warstwy psychiki. Carl Gustav Jung uważał, że większość marzeń sennych to zwykłe wytwory zmęczonego umysłu, które po obudzeniu zostają zapomniane. Te nie mają specjalnego znaczenia, liczą się sny wielkie, które pamiętamy. Jung czytał poprzez nie przeszłość ludzkości, jej wielkie duchowe dzieje, które mają wpływ na indywidualną psychikę. Sny Anny Kamieńskiej mówiły jednak wciąż o tym samym: o żywym związku, którego nie przerwała śmierć. To była miłość bolesna, wciąż narażona na utratę i niepewna wzajemności. Zmarły mąż, powracając w snach, nie przeistoczył się ani w świątka, ani w upiora, ani w idealnego kochanka; chorował, leżał na szpitalnym łóżku, albo oddalał się nie wiadomo dokąd, zobojętniały na okazywaną mu uwagę. To niesamowite, że psychika Anny Kamieńskiej w ten sposób go utrwaliła, przecież zmarli łatwo stają się własnością żywych, którzy manipulują pamięcią. Ileż kobiet we wdowiej pamięci zmieniło niesfornych, a nawet niewiernych mężów w swoją wyłączną własność.

Ani Julia Hartwig, ani Wisława Szymborska nie były poetkami miłości, pamiętały zawsze o "wstydliwości uczuć" i nie czyniły osobistych wyznań. Anna Kamieńska - narzekająca na nieatrakcyjność swojej ziemskiej powłoki - stała się współczesną poetką miłości. Napisany po śmierci męża tom Biały rękopis (1970) jest niewątpliwie jednym z najważniejszych jej poetyckich dokonań. Ani śladu postawy świadczącej o "zimnym sercu", choć wiersze Kamieńskiej są zobiektywizowane, rzeczowe, nie ma w nich łez ani nadmiernej ekspresji. Może Miłosz nie chciał dostrzec u Kamieńskiej tego, co wykraczało poza jego koncepcję dystansu jako koniecznego warunku sztuki.

Na wielkich duchowych przestrzeniach Miłosz i Kamieńska często poruszali się podobnymi drogami, gdyż czytali te same książki. Simone Weil, Thomas Merton... Kamieńska dochodziła do postawy zaangażowanej chrześcijanki długo. Jeszcze w 1969 roku zanotowała: "Przy swojej niewierze i agnostycyzmie mam bardzo wiele odruchów wzruszeniowych związanych z religią". A potem coraz częściej cytowała, na przykład Emmanuela Mouniera (a więc personalistę, egzystencjalistę katolickiego), Leona Bloy, którego czytano jeszcze przed wojną w kręgu "Verbum", Leszka Kołakowskiego i kolejnych wielkich nawróconych. Sama nie stworzyła opowieści o własnym przełomie religijnym, ale wśród zapisków pojawia się przede wszystkim postać Jana Twardowskiego, przyjaciela i po trosze przewodnika, który mógł być wzorem pokory, także intelektualnej. Kamieńska widziała niekonsekwencje Ziemi Ulro Miłosza i nie podejmowała podobnych prób. Jej droga była skromniejsza, wymagająca właśnie praktykowania pokory - podejmowała się tłumaczenia "ksiąg". Prace były wielorakie, miały postać szkiców o Biblii (Twarze Księgi i Na progu Słowa) oraz tłumaczeń. W latach osiemdziesiątych wydane zostały jej wersje psalmów i O naśladowaniu Chrystusa Tomasza a Kempis. Współpracy z Szymonem Datnerem zawdzięczamy też książkę Z mądrości Talmudu, wybór fragmentów Talmudu, opublikowany już z żałobną obwódką, otaczającą nazwisko Kamieńskiej jako współtłumaczki. Książkę tę krytykowano, wybór był mały. Kamieńska w Posłowiu od razu uprzedzała, że czytelnik nie powinien sądzić, że otrzymał wystarczającą porcję wiedzy. Także w poezji droga Kamieńskiej była unikalna. Była jedną z niewielu osób, które zawsze potrafiły strzec tradycji wielokulturowej, zanim to stało się modne. Jej wiersz o Monte Cassino, z cyklu Notatnik włoski, otwiera taka formuła:

Przechodniu powiedz Polsce żeśmy polegli w jej służbie

synowie jej Polacy Żydzi i Rusini

Przechodniu powiedz że krew nasza była jednej barwy.

Po raz pierwszy pisałam o tomie poetyckim Kamieńskiej Milczenia z 1979 roku, ale pierwszą jej książką, jaką przeczytałam, była powieść dla dzieci Rozalka Olaboga (1968), jedna z lektur w szkole podstawowej. Odnalazłam niedawno egzemplarz, powieść jest dziś archaiczna przez odwołanie do kultury wiejskiej, jaka już od dawna nie istnieje. Zebrane w trzech tomach dzieła poetyckie i Notatnik Kamieńskiej pokazują jedno pasmo jej życia: poetyckie i duchowe, pomijając tłumaczenia, utwory dla dzieci, szkice, w tym arcyważne eseje o Księdze. Trzeba o nich pamiętać i szkoda, że edycja pozbawiona jest zarysu pokazującego - nawet w postaci niedużej noty - rozległość jej prac literackich. Jej poezja także jest całym wielkim światem: zaczyna się od ludowości, afirmacji, pieśni. Krasnystaw me genuit (Krasnystaw mnie zrodził) - napisała o sobie stosunkowo wcześnie, niczym Klemens Janicius, poeta łaciński, syn prowincji. A w wierszu dodała, że zrodził ją wojenny rok.

PROZA POLSKA

Wehikuł świeckiego czasu

Tomasz Mizerkiewicz

Dariusz Bitner

Wędrowiec

Szczecin: "Granda", 2020

221 s. ; 20 cm

Proza Dariusza Bitnera coraz lepiej porozumiewa się z czytelnikami. Nowa powieść Wędrowiec wzmacnia ten niespodziewany trend, gdyż stanowi ciekawą literacko oraz przewrotną wersję historii o wehikule czasu.

Chyba wiele się zmieniło we wrażliwości współczesnych odbiorców polskiej prozy. Bitner, piszący jako zapomniany przez salony szczeciński odludek z dawnej szkoły artystycznej Henryka Berezy, przestaje razić osobliwymi oglądami świata i zawziętą pisaniną, a staje się nieprzekupnym twórcą o mało poznanym, niezwykle sprawnym warsztacie pisarskim oraz wyrażającym odkrywcze, zsekularyzowane doświadczanie obecnej kultury. Powieść Wędrowiec, powiedzmy otwarcie, posiada typowe wady wielu książek Bitnera, jest nieco zbyt chaotyczna kompozycyjnie, w dialogach często nie wiadomo, kto w danym momencie mówi, napięcie dramatyczne to pojawia się, to znika. Zarazem co chwila natykamy się na przejawy niewątpliwego mistrzostwa literackiego, do których należą znakomite dygresje eseistyczne, miniscenki w rodzaju tyrady szpitalnej recepcjonistki, przerażającej jedną z bohaterek wizją kobiecego starzenia się, bezpretensjonalny obraz dzieciństwa i inne.

Przede wszystkim jednak unosi powieść główny pomysł na wykorzystanie motywu wehikułu czasu. Wehikuł wymyśla Eugeniusz, który jako mały Genek ogląda w sowieckim piśmie "Kraj Rad" wizerunek człowieka witruwiańskiego nakreślony przez Leonarda da Vinci i tworzy - nie pierwszą w swoim małoletnim życiu - magiczną maszynę. W ten sposób przemierzamy wraz z nim zwłaszcza pasmo przyszłej starości, gdzie razem z żoną Marceliną przypominają sobie dzieje zawikłanej miłości szkolnej, po której następował okres jej prostytucji i jego zapomnienia o ukochanej zakończony nagłym powrotem trwałego odtąd uczucia. Banalne późniejsze życie zawodowe kończy się emeryturą w przyszłości mocno wykraczającej poza okres nam współczesny. W futurystycznym państwie, które już przeszło od autorytaryzmu do totalitaryzmu, próbuje się na koniec owdowiałego Eugeniusza unicestwić eugenicznie.

Wehikuł jest raczej mentalną dyspozycją odkrytą przez bohatera, który intensywnie wyobrażając sobie, że jego głowę otacza kula Leonarda da Vinci, doznaje dyslokacji w czasie. Zarazem nie jesteśmy do końca pewni, czy to czasem nie marna fantazja starca niemogącego poradzić sobie z samotnością, dziwnością sfuturyzowanego świata i narastającymi lękami. Marcelina zafundowała mu na wszelki wypadek terapię psychologiczną, tyle że prowadzący ją Bonawentura zostaje w toku wieloletnich rozmów uwiedziony przez nadzieję, jaką dają historie Eugeniusza o podróżach temporalnych, stąd role leczącego i leczonego się odwracają. W którymś momencie Bonawentura, zawiedziony, że w podróżach czasowych nie chodzi o to, aby móc dzięki magicznej sztuce zabić Hitlera, pyta natarczywie o cel owych wędrówek i dowiaduje się, że machina czasu jest "po, dokładnie, nic. Kiedy człowiek dojdzie do końca, zawsze powstaje jedno niezmiernie ważne pytanie: co dalej? Otóż odpowiedź na to jest zawsze taka sama i nie ma innej: dalej nie ma nic".

Powieść Bitnera nie opowiada zatem o wpisanej w historie w rodzaju Wehikułu czasu Wellsa nadziei eschatologicznej, czyli pełnym niepokoju oczekiwaniu na lepsze "potem". Nie ma w niej także perspektywy religijnej, choć hipoteza istnienia Boga pojawia się nieraz w dysputach z Bonawenturą nieprzypadkowo posiadającym imię wielkiego franciszkańskiego teologa. Machina czasu odkrywać ma i cały czas uprzytamniać Eugeniuszowi, że wbrew wielu jawnym i nieświadomym kulturowym scenariuszom warto też żyć czasem nieeschatologicznym, że czekające za śmiertelnym zakrętem nic wyzwala do życia w tu i teraz, pozwala odzyskać czas najbliższy. Zapewne zatem do najważniejszych odniesień intertekstualnych utworu należy Wędrowiec i jego cień Nietzschego, tam też bohater rozmawia z cieniem jak Eugeniusz z Bonawenturą, cień nie jest dla niemieckiego filozofa znakiem pośmiertnego życia, lecz jako cień fizykalny przywraca intensywność świeckiego bycia w życiu namacalnie obecnym.

Należy zatem powiedzieć, że czas zostaje w powieści potraktowany równie bezceremonialnie co literatura. Bitner zwykł w bezwzględny sposób rozprawiać się z nadziejami wpisanymi w horacjańskie utrwalanie się w słowie, pozbawiał swoje pisanie równie egotycznych urojeń, a literaturę widział oraz widzi nadal w Wędrowcu jako zwyczajne cmentarzysko, by przypomnieć twierdzenia z jednej z jego ostatnich książek eseistycznych. Pisanie staje się czymś banalniejszym i bardziej nagląco potrzebnym, towarzyszy ludzkiemu zagospodarowywaniu ulotnego tu i teraz, pomaga w trwaniu oraz przetrwaniu w pewnym życiowym zakątku, pozwala praktykować krytykę wszystkiego, co przejawia się jako ingerencja w pracowicie intymizowany świat zapisywacza. Nie po to zatem sięga Bitner po wehikuł czasu, żeby uwodzić nadziejami wiecznego życia lub ekscytującą wiedzą o przyszłości. Myśl o czasie nie ma ekstrapolować jego bohatera w majaki czasoprzestrzenne, od których roi się we współczesnej kulturze z jej wizjami reklamowymi, biznesowymi, politycznymi, technokratycznymi. Pracowite podróże "po nic", dające odczucie czasowej nicości w sensie nietzscheańskim, pozwalają zwyczajnie zasiedlać własną biografię, czerpać z niej dowolnie i pełnymi garściami, sycić się czasem własnego życia dzięki odzyskiwanej na chwilę przez wędrującego Eugeniusza radosnej bezcelowości. Odprężenie, swoboda z korzystania z czasu, który nie jest towarem, nie sprzedaje się go, nie poświęca, nie oddaje, okazuje się wielką zdobyczą bohatera kreującego maszynę czasu. Ponieważ raz po raz wraca w powieści i kwestia religijności, to zapewne należałoby wtedy o niej myśleć tak, jak Giorgio Agamben w Profanacjach - dzięki wehikułowi świeckiego czasu nieustannie odbiera się go wszelkim konsekratorom, profanuje jego uświęcone przejęcia i czyni pełnoprawnym elementem zwykłego życia staruszków pamiętających biedne dzieciństwo w PRL-u i zastraszonych przez agresywne życie współczesne.

Wędrowiec Dariusza Bitnera przekonuje, że warto żyć - choćby niekiedy - czasem nieeschatologicznym, pokazuje jak wędrówki w tym paśmie stają się nową szansą literatury oraz paradoksalną, bo niemożliwą bez dotknięcia przez nietzscheańskie nic, nadzieją dla współczesności.

nr 4/1224

MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie MinistraKultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

ZESPÓŁ:

Grzegorz Filip redaktor naczelny

Anna Stypułkowska sekretarz redakcji

Małgorzata Borczak,

Juliusz Gałkowski,

Małgorzata Kąkiel,

Andrzej Skalimowski,

Maria Sokołowska,

Piotr Szewc

Teresa Kurek oprac. techniczne

Joanna Majczak sekretariat

PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski

ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel

KOREKTA: Bogna Piotrowska

ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5

tel. red. nacz. 22 826 70 36,sekretariatu 22 826 62 60,tel./faks 22 826 62 35,e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl

WYDAWCA: Instytut Książki31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6

Dział Wydawnictw:01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34

NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawoskrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Cennik reklam znajduje się w "Kurierze Nowych Książek".

WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ

KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2020

kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN

"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając

(na dowolny okres) na konto wydawcy

Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków

Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ

? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001swift code: GOSKPLPW

WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ

Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:

Prenumerata krajowa:

Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.

www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:

Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl

e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl

Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,

przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych

informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator

może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,

ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,

prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego

tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia

na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych

- iod@instytutksiazki.pl.