Nowe Książki 3/23 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Arcypoemat pamięci

Z prof. Andrzejem Waśką rozmawia Tomasz Kłusek

Od lat osiemdziesiątych związany jest pan z Uniwersytetem Jagiellońskim. Przez ten czas uzbierało się wiele pana prac historycznoliterackich i edytorskich. Chciałbym zapytać o pański rodowód intelektualny. Jeśli bez trudu można sporządzić listę badaczy, którzy z ulegania modom intelektualnym uczynili swoje credo, to pan od początku wobec wszelkiego nowinkarstwa pozostaje nieufny. Mody przemijają, a rozwój humanistyki nie polega na prostej kumulacji wiedzy. Podręczniki do medycyny sprzed stu lat mogą dziś interesować co najwyżej historyków tej dyscypliny, natomiast książki Stanisława Tarnowskiego, Juliusza Kleinera, Stanisława Pigonia wciąż błyszczą na firmamencie polonistyki. Jeżeli został przywołany Pigoń, to trzeba powiedzieć, że jest pan w dużej mierze kontynuatorem jego dorobku, również jako uczeń Juliana Maślanki, ostatniego asystenta Pigonia.

Zacznijmy od sprostowania pewnego stereotypu. Stanisław Pigoń był, jak wiadomo, związany z Uniwersytetem Jagiellońskim, ale po wojnie został zmarginalizowany i zasadniczo nie miał wpływu na kierunek, w którym podążała urzędowa polonistyka w PRL i w Krakowie. To samo można powiedzieć o moim promotorze, profesorze Maślance, w odniesieniu do późniejszego okresu. Polonistyka na UJ i krąg Pigonia są to więc - de facto - dwa różne tematy na inną okazję. Ja nigdy nie uważałem, że tradycja jest bezwzględnie dobra, a nowinki naukowe bezwzględnie złe. Ale dość szybko zauważyłem, że w wielu obszarach badań nad romantyzmem bez znajomości prac Stanisława Tarnowskiego, Antoniego Małeckiego, Józefa Tretiaka, Józefa Kallenbacha, Ignacego Chrzanowskiego, Juliusza Kleinera, Stanisława Pigonia, Stefana Kołaczkowskiego, Konrada Górskiego i innych polonistów starszych generacji niewiele sensownego da się zrobić. Zwłaszcza że pierwsza połowa XX stulecia, do roku 1939, była złotym wiekiem polskiej humanistyki. Toteż zabierając się do pracy w schyłkowych latach PRL, postanowiłem bezpośrednio nawiązywać do pewnych wątków polonistyki międzywojennej, w polemice z wzorcowymi, socjalistycznymi interpretacjami traktującymi każde zjawisko przeszłości jako ilustrację teorii walki klas, a nie jako złożone i zniuansowane zagadnienie historyczne. Dlatego m.in. zająłem się tradycją szlachecką i twórczością Krasińskiego, tematami, które w tamtym schemacie zawsze znajdowały się na straconej pozycji. Nigdy jednak nie odżegnywałem się przy tym od różnych współczesnych inspiracji, a także - co uważam za szczególnie ważne - lektur spoza mojej specjalności. W ten sposób na etapie doktoratu stworzyłem sobie program naukowy, który odtąd realizowałem, po swojemu projektując sprzężone badania nad historią literatury i kultury, które były znakiem rozpoznawczym moich mistrzów. I dalej próbuję to robić, bo tego, co zacząłem, jeszcze nie doprowadziłem do końca. Mam absolutne przekonanie, że misja historii literatury w Polsce nie jest skończona. Wspominam o tym, bo przez cały okres życia zawodowego obserwowałem literaturoznawców niemarksistów, którzy złożywszy historię literatury do grobu, co pięć lat odkrywali, a to nowe metodologie, a to "przebudowę polonistyki", a to "nową humanistykę"... Mówi się czasem, że księża, którzy tracą wiarę, zaczynają reformować Kościół. Podobnie jest z niektórymi polonistami, którzy ustawicznie próbują reformować swoje rzemiosło tylko dlatego, że ono prywatnie im się znudziło albo, najzwyczajniej w świecie, nie potrafią go uprawiać w należyty sposób.

Stwierdzenie, że pańska praca "Pan Tadeusz". Media pamięci dotyczy poematu Mickiewicza jest na tyle banalne, co usprawiedliwione. W ostatnich dziesięcioleciach powstało wiele rzeczy, których autorzy zapowiadali nowatorskie analizy wybitnych dzieł, a czytelnicy otrzymywali w efekcie tylko rozpaczliwe wręcz próby zastosowania efemerycznych często teorii do rozpoznania takich lub innych tytułów. Po poprzedniej epoce pozostało w bibliotekach zbyt wiele makulatury marksistowskiej, która udawała naukowe literaturoznawstwo. Dalej, zbyt często wpadają mi w ręce książki, których autorzy zapowiadają analizę jakiegoś dzieła, a otrzymuję co najwyżej informację o stanie umysłowym badacza. W przypadku "Pana Tadeusza". Mediów pamięci badacz nie przesłania tematu.

Mówiąc najkrócej, książka jest w swoich założeniach eksplikacją Pana Tadeusza. Dzieła najwybitniejsze zasługują na to, by co pewien czas powstawały na ich temat opracowania tego typu. Arcydzieło literackie jest syntezą różnego rodzaju wartości, które muszą być reprodukowane w świadomości kolejnych pokoleń, bo bez tego kultura danej zbiorowości ulega regresowi. Historyk literatury ma być pośrednikiem pomiędzy współczesnymi czytelnikami a stylem artystycznym, obrazem epoki i ogólną wizją świata zapisaną w arcydziełach, a przede wszystkim ma pomagać innym w odkrywaniu ich piękna, które sam dostrzega i przeżywa. Można to nazwać hermeneutyką lub sztuką interpretacji. W Mediach pamięci wędruję więc przez kolejne księgi Pan Tadeusza oprowadzam, jak jeden z czytelników to trafnie ujął, po Panu Tadeuszu, żeby pokazać, jak można zaciekawić się i zafascynować tym dziełem - i w jaki sposób ja sam do tego doszedłem (bez opowiadania o moim "stanie umysłowym"). Nowym pomysłem jest to, że nie wychodzę od streszczania przebiegu akcji, ani od bohaterów i ich wzajemnych relacji, ani od jakichś ogólnych kategorii gatunkowych czy filozoficznych - tylko od serii motywów fabularnych, wokół których skupia się problematyka historyczna Pana Tadeusza, i poprzez które Mickiewicz tworzy jego najszerszy, epicki plan. Są to różne, bardziej lub mniej znane motywy: krajobrazy, przedmioty znaczące lub symboliczne, budowle, obrazy, księgi, pieśni i "koncerty", tańce, inne, drobne niby elementy charakterystyki obyczajowej, różne typy żywego słowa - które nazywam ogólnie "mediami pamięci". Te motywy pośredniczą w narracji o ojczyźnie poety, o jej kształcie dawnym i przemijającym, a jednak w jakiś sposób wiecznym. I tą drogą dochodzę też do kwestii w literaturze o Panu Tadeuszu klasycznych, takich jak jego niepowtarzalna struktura artystyczna i status epopei tradycyjnie mu przypisywany. Próbuję uzasadnić, dlaczego, według mnie, jest to dalej aktualne.

Mickiewicz w IV części Dziadów pisze o "książkach zbójeckich". Mają one tak wielką moc oddziaływania na psychikę czytelnika, że zmieniają ją całkowicie i nieodwracalnie: casus Wincentego i Zygmunta Krasińskich. Generał winił nieodpowiednie lektury za chorobę czarnego romantyzmu syna. Później termin "książki zbójeckie" został upolityczniony. To były rzeczy, które miały wywierać zgubny wpływ na obywateli PRL-u. Wspomnijmy tylko Książki zbójeckie Wojciecha Karpińskiego. Ja tym terminem posługuję się teraz na swój użytek. Dla mnie to książki, po lekturze których prawie wszystkie inne wydają mi się banalne. W tym rozumieniu "książek zbójeckich" jest niewiele, a Pan Tadeusz to arcydzieło nad arcydziełami. Przypominam tu sobie Andrzeja Dobosza, który w Trzeba zabić tę miłość Janusza Morgensterna oświadcza, że czyta zasadniczo tylko książki sprzed wojny krymskiej. Czasami zdarzy mu się, że bierze do rąk książkę współczesną i wybucha śmiechem. Mocno, ale coś w tym jest.

Wiek XX w literaturze, jak go poznałem i jak go pamiętam, żył wielkim mitem literatury nowoczesnej. Mit ten na przestrzeni dekad przybierał różne formy: wiary w awangardowe programy i eksperymenty, wiary w "groteskę, drwinę, śmiech", wiary w pokolenia literackie, wiary w wielką powieść współczesną... Wszystko to, jak mniemano, dzięki programowemu odcięciu od tradycji, miało nas prowadzić do świetlanej przyszłości, w której literaturę nowoczesną wyobrażano sobie jako artykuł pierwszej potrzeby dla mas, a jej twórcy mieli być obiektem powszechnego kultu. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. W filmach z lat siedemdziesiątych widzimy brodatych młodzieńców i wnętrza mieszkań wypełnione książkami. W mieszkaniach dzisiejszego pokolenia nie ma książek, stare książki służą zaś jako dekoracja w sieciowych kawiarniach. Nie ma też żadnych nowych "pokoleń" ani grup poetyckich. Po 1989 roku mieliśmy jeszcze swoisty karnawał literacki związany m.in. z próbami ustanowienia kultu Miłosza i Szymborskiej. Ale to też minęło i po karnawale przyszedł, jak zawsze, post. Żyjemy w epoce post-literackiej. Literatura trwa jednak, mimo że nie przynosi prestiżu i nie wspiera jej moda. Trwa dzięki stosunkowo wąskiej, ale trwałej grupie wyrobionych czytelników, ludzi myślących. Oni zaś, w obliczu zmierzchu dwudziestowiecznych mitów i bożyszcz literackich, będą wracać m.in. do naszych romantyków - po prostu dlatego, że zostawili oni wiele dzieł nieprzedawnionych w wymiarze artystycznym, a także intelektualnym, a ludzie myślący tego właśnie szukają.

JAKA JESTEŚ, KLASYKO?

Filip. Reaktywacja

Józef Franciszek Fert

Leopold Tyrmand

Filip

(bez cenzury)

wstęp i oprac. Dariusz Pachocki

Warszawa : "MG", 2022

391 s. ; 25 cm

Najpierw chwila intymnych wyznań: "To jest moja ukochana książka, najlepsza, jaką napisałem po polsku, najlepsza moja powieść, gdzie udało mi się zsyntetyzować najważniejsze sprawy z mojego życia. To jest moja spowiedź pisarska".

W innym miejscu: "Filip opisuje młodego człowieka w wojennych Niemczech, który chce się mścić, ale nie ma żadnych możliwości podjęcia otwartej akcji politycznej. Wobec tego, że nie wolno mu spać z Niemkami [za co mógł zapłacić życiem, jak to przytrafiło się jego przyjacielowi pracującemu u niemieckiego wieśniaka], robi to intensywnie, ryzykując za każdym razem życie. Aż do czasu, kiedy poznaje dziewczynę, w której się zakochuje" (fragmenty wywiadów z autorem Złego, "Ameryka" 1966, nr 94 oraz Nie pozostało mi nic innego jak zostać pisarzem. Rozmowa z Leopoldem Tyrmandem, "Literatura" 1989, nr 11-12). I jeszcze jeden cytat, myślę, że bardzo na miejscu przy rozmowie o Filipie: "Tajemnica powodzenia u kobiet jest prosta: trzeba się nimi interesować. To zainteresowanie przychodzi z wiekiem i dlatego młodzieńcy, nabici potencją i zdobni w urodę, skarżą się [czasem - skreślone przez autora i zastąpione:] często na brak powodzenia. Wynika to stąd, że interesują się głównie sobą, swymi potrzebami i możliwościami ich zaspokojenia, czego kobiety - świadomie lub nieświadomie, ale bardzo słusznie - nie lubią" (to z książki: L. Tyrmand, Zielone notatniki).

Te zwierzenia Tyrmanda przytoczyłem z książek Dariusza Pachockiego o autorze Filipa. Pachocki to dziś najwierniejszy badacz i popularyzator twórczości autora Dziennika 1954. Dobrym przykładem jego kompetencji może być Alfabet Tyrmanda - świetny przewodnik po życiu i pismach głośnego kiedyś, a dziś nieco zapomnianego pisarza i bon vivanta; rzecz ułożona przez Pachockiego wyszła w wydawnictwie MG w roku 2020. Pachocki cierpliwie i niespiesznie zbiera te świadectwa nawet z najbardziej niedostępnych źródeł i dzieli się nimi w swych książkach, starannie i wszechstronnie dopracowanych. W moich uwagach o Filipie będę czerpał pełnymi garściami z efektów wielomiesięcznych (wieloletnich) prac Pachockiego w archiwach krajowych (nie wyłączając IPN) i zagranicznych (głównie amerykańskich). Moje uwagi o nowym wydaniu Filipa nie służą jednak omówieniu czy ocenie samej powieści, jako że - mimo dość zawiłej drogi do czytelników - jest to dzieło nieźle utrwalone w kulturze literackiej (głównie w krytyce dawniejszej i nowszej, czego przykładem mogą być ciągle świeże studia Ryszarda Przybylskiego, O tym jak Leopold Tyrmand wałęsał się w świecie kultury popularnej czy Ingi Iwasiów, Opowieść i milczenie. O prozie Leopolda Tyrmanda). Powieść Tyrmanda ukończona w 1959, wkrótce po ogromnym sukcesie Złego, po raz pierwszy i ostatni wydana została w kraju w roku 1961. Tak było aż do roku 1990, gdy Filip znów wrócił do Polski, choć z niezagojonymi ranami z lat 1960-1961. To pierwsze wydanie doszło do skutku po wielomiesięcznych bojach autora. Tyrmand, jak czytamy we wprowadzeniu Pachockiego do omawianego wydania: ""Musiał wykłócać się o każde zdanie (...)". Ostatecznie powieść ukazała się w 1961 roku w minimalnym nakładzie i choć zniknęła z księgarskich półek, o dodruku nie mogło być mowy". Nota bene spojrzenie w metryczkę wydawniczą pierwszego wydania coś do tego, o czym mowa, pozwala dopowiedzieć: nakład "10 000 + 253 egz.". Dalej: "Oddano do składania 29. VI. 1960. Podpisano do druku 28. VI. 1961. Druk ukończono w lipcu 1961".

To wszystko jest naprawdę interesujące, a najbardziej sam Filip, ale ja proponuję spojrzeć na umiłowane dzieło Tyrmanda przez szkło powiększające jego nowego wydawcy - Dariusza Pachockiego - który dotarł do wersji "egzemplarza cenzorskiego", wykradzionej (?) i wywiezionej przez autora na Zachód i udostępnionej po latach w obecnym wydaniu. To sensacyjne znalezisko opatrzone zostało stosowną informacją: Filip (bez cenzury). Wyzywający podtytuł: bez cenzury, pochodzi najpewniej od wydawcy, choć nie tyle uściśla - jak by się można spodziewać - zawartość, co raczej otwiera niespodziewane perspektywy nowych problemów. Zresztą nad Filipem pastwiła się nie ta jedna cenzura, dobrze nam znana z pracowitej działalności prewencyjnej nad Wisłą, lecz i w "wolnym świecie" (wydanie powieści w 1985 w Contemporary Images International w Chicago w ramach projektu obejmującego także inne dzieła pisarza) postarano się, by umiłowane dziecko Tyrmanda nie drażniło smaku "wolnych podniebień". Pachocki podał we wstępie obszerny zestaw różnych kategorii tych ingerencji, ale także przywrócił swemu Filipowi większe i mniejsze fragmenty usunięte przez interwentów. W tym celu zastosował oryginalną metodę przypominającą sposób operowania na tekstach autentycznej cenzury, która zwykle przy swych obróbkach cudzych tekstów posługiwała się czerwoną kredką. Po naniesieniu tych skreśleń egzemplarz cenzorski wracał do urzędu i nie miał prawa stamtąd się wydostać. Jest to więc dla mnie spora zagadka, jak Tyrmandowi udało się owo tabu cenzorskie złamać czy obejść, a co ważniejsze - wywieźć tak niebezpieczną kontrabandę na Zachód. Ciekawe też, gdzie ów fantastyczny corpus delicti ukryto. Bo przecież od czasu utarczek Tyrmanda z wydawcą chicagowskim nikt trefnego maszynopisu nie widział. To, co dał nam Pachocki, to uzyskana na drodze jego żmudnych kwerend, porównań i dedukcji rekonstrukcja Filipa wyniesionego chyłkiem (i nielegalnie) z pola bitwy z otwartymi ranami, zadanymi przez cenzorów. Ostatecznie mamy dziś przed sobą widowisko literacko-cenzorsko-wydawnicze, w którym główny bohater - w wielu rysach bardzo przypominający samego Tyrmanda - opowiada nam, jak sobie radzić w groźnych przypadkach losów i jak można nawet w totalitarnej Rzeszy wdać się z nią w wojnę - "tylnymi schodami" (Iwasiów) - ocalając życie, a nie tracąc twarzy. "Byle nie przyznać się do polskiego pochodzenia, od którego gorsze byłoby tylko żydowskie" (tamże).

PROZA OBCA

Relacje pod mikroskopem

Elżbieta Żurawska

Tove Ditlevsen

Moja żona nie tańczy

Opowiadania wybrane

przeł. z duń. Iwona Zimnicka

Wołowiec : "Czarne", 2022

146 s. ; 24 cm

Po Twarzach, Ulicy dzieciństwa i Trylogii kopenhaskiej możemy sięgnąć po kolejną porcję prozy duńskiej autorki Tove Ditlevsen (1917-1976), tym razem w formie opowiadań. Na omawiany zbiór składają się teksty z czterech tomów z lat 1944-1963. Intrygujący tytuł polskiego wyboru w przekładzie Iwony Zimnickiej pochodzi od opowiadania opublikowanego oryginalnie w 1952 roku w zbiorze Parasolka.

Tworzone przez prawie dwie dekady teksty Ditlevsen mają wiele cech wspólnych. To zwykle krótkie sceny, rozgrywające się wśród niewielu postaci w ograniczonej przestrzeni - opowiadanie Wiosna relacjonuje zwięzłą rozmowę w kawiarni, zaś tekst Dwie kobiety wizytę w zakładzie fryzjerskim. Narracja często sięga jednak wstecz i wybiega w przyszłość.

W otwierającym tom opowiadaniu Dziecko i mężczyzna o względy pewnej kobiety rywalizują kochanek i syn, i to ten drugi zdobywa na moment jej uwagę, przywołując postać swego ojca. Ostatnie z opowiadań, Powtórka, jest historią kobiety doświadczającej porzucenia dwukrotnie - dawno temu jej ojciec opuścił rodzinę, teraz zdradza ją mąż. Oba teksty reprezentują centralną tematykę zbioru: wnikliwą analizę rozmaitych więzi. Bohaterów i bohaterki Ditlevsen oglądamy przede wszystkich w relacjach z innymi. Autorkę interesują różne etapy związków oraz zachodzące w nich zmiany.

I tak Pierwsze spotkanie traktuje o inicjacji seksualnej, przeżyciu skrajnie różnym dla bohatera i bohaterki. Mężczyzna z opowiadania Odpowiedzialność porzuca narzeczoną, z którą dzień wcześniej ustalił datę ślubu. Uparte życie to epizod z gabinetu lekarskiego i poczekalni pełnej kobiet, które próbują w pojedynkę załatwić aborcję, choć za każdą z nich stoi "cień mężczyzny". W opowiadaniu Dobry interes młode małżeństwo zamienia mieszkanie na dom pewnej rozwódki z trójką dzieci, co nieoczekiwanie sprawia, że świeżo upieczona małżonka zaczyna dostrzegać obcy, niepokojący rys osobowości swego męża. Kilka tekstów, między innymi Wieczór, traktuje o sytuacji rozwodników, próbujących poradzić sobie w skomplikowanych konstelacjach z byłymi i obecnymi partnerami oraz synami i córkami z zakończonych i nowych związków.

Relacje między rodzicami i dziećmi zajmują ważne miejsce wśród badanych przez Ditlevsen więzi. Co interesujące, opowiadania podejmują przy tym kilkukrotnie temat adopcji, ukazany zarówno z punktu widzenia rodzica (o tym m.in. opowiadanie Złotokap), jak i z przekonująco zbudowanej perspektywy dziecka (poruszający Dobry chłopiec). Tutaj również autorka sięga po szeroki wachlarz postaci, naświetlając także relacje międzypokoleniowe łączące ludzi dorosłych. W tomie powraca figura dominującej starszej kobiety, kontrolującej życie swoich synów, jak bohaterka tekstu Łzy lub, w mniejszym stopniu, Jego matka. Opowiadanie Ogródek działkowy przedstawia mężczyznę przytłoczonego nieplanowaną wizytą dzieci i wnuków, a zwłaszcza niespodziewanym prezentem.

W wielu przypadkach relacje między postaciami są okazją do wyeksponowania problemu uwięzienia bohaterów i bohaterek w przeróżnych rolach. Niekiedy to otoczenie wtłacza w nie postacie, niekiedy to postacie same je sobie narzucają, jak w opowiadaniu Chwila przerwy, którego bohaterka tkwi w małżeństwie niczym w butach o za małym rozmiarze, kupowanych jej przez męża. Związek z nim zapowiadał poczucie bezpieczeństwa, lecz "z bliska okazało się, że owo poczucie bezpieczeństwa ją ogranicza, uciska jej duszę jak za ciasne buty". Zmęczona podobnym "poczuciem bezpieczeństwa" jest młoda mężatka z tekstu Na miłość boską, której życie przywodzi na myśl los jej prowadzanej na smyczy terierki. Bohaterka opowiadania Parasolka myśli o ewentualnym urodzeniu dziecka "wyłącznie z przyczyn konwencjonalnych", a podejrzewając męża o zdradę, nie czuje się tak zraniona, "jak wiedziała, że powinna się czuć". Przed nie lada wyzwaniem staje kobieta z opowiadania Młoda dziewczyna zostaje babcią - otoczenie nigdy nie pozwoliło jej wyjść z roli beztroskiej dziewczynki, a teraz, kiedy jej córka rodzi syna, bohaterka czuje, że powinna tę "typową" dla siebie młodość połączyć z powagą seniorki. Nie jest jednak pewna, czego właściwie oczekują od niej bliscy, a sama kompletnie siebie nie zna. Postacie bywają także zamknięte w granicach wyznaczonych przez klasę. Najjaskrawszym przykładem jest tu Fortepian, w którym wywodząca się z nizin społecznych rodzina próbuje zapewnić swoim dzieciom lepszą przyszłość, najpierw nabywając symbol wyższych sfer, tytułowy instrument, a następnie pozbywając się symbolu sfer niższych - popularnego nazwiska.

Do długiej listy atutów tomu zdecydowanie należy język Ditlevsen. W ucho i oko wpadają zwłaszcza charakterystyczne dla jej prozy niecodzienne porównania i metafory, czego próbkę stanowi fenomenalny opis zabiegu trwałej ondulacji "nasuwającego skojarzenia ze średniowiecznymi torturami", dokonywanego przez "budzącą grozę maszynę ośmiornicę" wyposażoną w "długie, zakończone metalowymi szponami macki".

Frapujący jest sposób, w jaki autorka zaznacza napięcia między postaciami. Mogą się one ujawniać za pomocą słów, jak w tytułowym opowiadaniu, w formie na pozór niewinnego zdania Moja żona nie tańczy, mającego jednak dla bohatera i bohaterki ogromną siłę rażenia, wskazującego delikatny temat, dotąd pomijany przez nich milczeniem. Ditlevsen jest jednocześnie mistrzynią opisów komunikacji niewerbalnej. We wspomnianym tekście sprawa ostatecznie rozstrzyga się w ciszy między mężem i żoną. Ona "już otworzyła usta, gdy jej spojrzenie napotkało jego oczy. Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu. Jego oczy były dobre i zasmucone, wiedziały wszystko. Intensywnie czegoś szukały. Może po prostu potwierdzenia. Ale czego? Słowa zatrzymały się na jej wargach. Miały pozostać niewypowiedziane". Podobnie w opowiadaniu Kogel-mogel, gdzie między bohaterkami pada jedynie kilka replik o złudnie banalnej treści. Więcej - podejrzenia, fałszywe oskarżenie i wstyd z powodu nieufności - rozgrywa się tutaj bez słów. Gesty, ledwie zauważalne zmiany w mimice, spojrzenia - to one są nośnikami znaczeń.

Zadziwiająco łatwo odnaleźć się wśród prezentowanych przez autorkę postaci, rozpoznać elementy własnych doświadczeń w skrawkach ich historii. Stąd lektura nie zawsze jest przyjemna. Nie zmienia to faktu, że opowiadania Ditlevsen są - niezmiennie - znakomite.

POPULARYZACJA NAUKI I WIEDZY

Nowości o nowotworach

Ewa Bartnik

Kat Arney

Zbuntowana komórka

Rak, ewolucja i tajniki życia

przeł. z ang. Piotr Królak

Warszawa : "Marginesy", 2022

375 s. ; 22 cm

Niezrównaną książką o nowotworach jest Cesarz wszech chorób Siddharthy Mukherjee. Nadal polecam jej lekturę, mimo że się ukazała trzynaście lat temu, a to w biomedycynie znaczy dawno. Zbuntowana komórka wydana została po angielsku dziesięć lat później i opisuje obecny stan wiedzy o nowotworach.

Autorka, Kat Arney, uzyskała doktorat z genetyki na Uniwersytecie Cambridge. Nie jest to jej pierwsza książka popularnonaukowa. Złapałam ją tylko na jednym błędzie (s. 101) - białko ras nie jest kinazą (czymś, co przyłącza grupy fosforanowe do białek), lecz GTPazą - a jeden błąd na paruset stronach można darować. Przeczytałam też w Zbuntowanej komórce, że praca angielskiego biochemika, dwukrotnego noblisty w zakresie chemii Fredericka Sangera o sekwencjonowaniu DNA, ukazała się w 1975 roku, co nie jest końcem lat siedemdziesiątych; redagując tom, można było to drobne uchybienie naprawić.

Zwykle przy recenzowaniu tłumaczenia kupuję angielską wersję książki. Jeśli nie wiem, o co chodzi w polskojęzycznej edycji, sprawdzam, jak to napisano po angielsku. Podczas czytania Zbuntowanej komórki natknęłam się na kilka fragmentów sugerujących, że konsultacja merytoryczna nie była należyta (dokonała jej Aleksandra Małochleb). Podam parę przykładów, a potem pożalę się na tłumaczenie (na ogół dobre, ale niewolne od kilku poważnych potknięć).

Zawsze byłam zafascynowana pracami amerykańskiego chirurga i onkologa Judaha Folkmana dotyczącymi jednej z niesamowitych zdolności nowotworów - powodowania wzrostu do nich nowych naczyń krwionośnych. Na s. 35-36 Zbuntowanej komórki pojawia się opis jego prac. Po polsku czytamy zdanie: "Zapobiega przemianie nowych naczyń krwionośnych w guzy". W wersji angielskiej brzmi ono: "Prevents blood vessels from growing into tumours", co znaczy: zapobiega wzrostowi naczyń krwionośnych do guzów. Nie mam w tym przypadku pretensji do tłumacza, naprawdę nie musi znać się na ukrwieniu guzów, mam natomiast poważne pretensje do konsultacji merytorycznej. Z kolei w innym miejscu, na s. 99 wespół zespół tłumacz i osoba od korekty merytorycznej wyprodukowały zdanie: "Pojawił się w organizmie sam, nie był pochodzenia wirusowego". Po angielsku napisano: "Avian, not viral in origin", czyli nie pojawił się sam, ale pochodził od ptaków.

Nie będę już pisać o korekcie merytorycznej, dodam tylko, że tłumacz potrafi naprawdę pięknie wyrazić po polsku całkiem złożone części książki, a następnie "oddać pad" przy prostym zdaniu (może to znowu kwestia korekty?): "Barwnik przylega do pewnych sekwencji DNA lepiej niż inne". Otóż chromosomy barwi się tak, iż powstają jasne i ciemne pasy, co wynika z faktu, że konkretny barwnik lepiej się wiąże z pewnymi obszarami chromatyny, czyli łączy się z pewnymi typami sekwencji lepiej niż z innymi. Nie powinno się zatem pisać, że dany barwnik "przylega" lepiej niż inne barwniki. Z kolei na s. 110 i 111 retinoblastoma (siatkówczak) jest z nieznanych powodów raz przetłumaczona jako siatkówczak zarodkowy, a raz jako glejak siatkówki. Kończąc wyliczenia, dodam: w książce z niezrozumiałych przyczyn DNA "wychwytuje" mutacje, kiedy je nagromadza czy akumuluje - słowo pick-up jest tłumaczone dosłownie, bez uwzględnienia kontekstu. Pojawia się to w kilku miejscach, a więc znowu korekta merytoryczna szwankuje.

Mimo wskazanych usterek warto się zapoznać z publikacją autorstwa Kat Arney. Chociaż jestem dość dobrze zorientowana w ogólnej tematyce nowotworów, czytając Zbuntowaną komórkę, dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Na przykład: słyszałam o zakaźnych nowotworach u diabła tasmańskiego i mięczaków, ale dzięki Arney zdobyłam sporo nieznanych mi dotychczas informacji.

Autorka ma interesujące podejście do przyszłości terapii nowotworów. Jej zdaniem trzeba bardziej badać ekologię nowotworów, ich otoczenie w organizmie, zachodzące w nich procesy, a nie tylko to, co obecnie najczęściej się bada, czyli mutacje w DNA. Z tym się nie do końca zgadzam, jest sporo przypadków badań tych właśnie sekwencji DNA, wykorzystywanych do celowanych terapii nowotworów, jednak przyznaję - Arney bardzo ładnie przedstawiła i uzasadniła swoje poglądy.

Książka została napisana w trochę dziennikarskim stylu - autorka odbyła wiele rozmów z naukowcami i lekarzami pracującymi nad zrozumieniem i terapią nowotworów. Arney w interesujący sposób zaprezentowała ich poglądy, między innymi nowatorskie podejście do tłamszenia rozwijającego się guza, bez dążenia do jego całkowitego usunięcia, co zdaniem autorki w zasadzie zawsze bywa nieskuteczne (z tym też się nie zgadzam, ale faktycznie opisane dane o leczeniu raka prostaty są bardzo przekonujące; jednak wiele osób żyje długo bez wznowy po wyleczeniu oryginalnego nowotworu).

Podczas lektury Zbuntowanej komórki parę razy byłam zła ze względu na tłumaczenie/korektę merytoryczną, ale biorąc pod uwagę cały tekst, muszę podkreślić, że świetnie się go czyta. Z opowieści Kat Arney można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o nowotworach. Ważne jest także to, że mamy do czynienia z aktualnym stanem wiedzy o chorobie, na którą według przewidywań zachoruje co drugi człowiek.

POLITYKA | SPOŁECZEŃSTWO

Neoliberalizm i robotnicy

Michał Rydlewski

Stéphane Beaud, Michel Pialoux

Powrót do kwestii robotniczej

Badania socjologiczne przeprowadzone

w fabryce Peugeota w Sochaux-Montbéliard

przeł. z fr. Katarzyna Marczewska

red. nauk. Małgorzata Jacyno

Warszawa : Oficyna Naukowa, 2022

511 s. ; 22 cm. - (Mutacje Kapitalizmu)

Powrót do kwestii robotniczej czytałem, oglądając w telewizji obchody porozumień sierpniowych. To jeden z niewielu dni w roku, w którym mówi się, a właściwie "wspomina" (w podwójnym tego słowa znaczeniu) o robotnikach i warunkach ich pracy, związkach zawodowych oraz robotniczym charakterze rodzącej się Solidarności.

Hale fabryczne, świetlice zakładowe, flanelowe koszule, kaski - to dla wielu ludzi, nie tylko młodych, obrazy martwej już historii, gdyż niemającej znaczenia dla współczesności. Czy aby na pewno?

Poznawczym oraz etycznym obowiązkiem jest, patrząc na Sierpień '80, postawić szereg pytań. Co się stało z polską klasą robotniczą po okresie transformacji ustrojowej? Jak wprowadzono neoliberalne przemiany modelu pracy? Jak zniszczono robotniczą kulturę i dlaczego klasa dominująca pogardzała robotnikami? Dlaczego przestano mówić o robotnikach i w czyim to było interesie? Jak klasa robotnicza stała się medialnie niewidzialna? Czy jej gniew determinuje w jakiś sposób wybory polityczne?

Niestety istnieje niewielka liczba publikacji z zakresu nauk społecznych (poza książkami Elizabeth C. Dunn i Davida Osta), które opisywałyby i analizowały problematykę polskiej klasy robotniczej i jej przemian. Brak też takich, które próbowałyby odpowiadać na postawione wyżej pytania. Znalezienie analogii pomiędzy sytuacją klasy robotniczej we Francji i w Polsce nie stanowi większego problemu, dlatego recenzowana książka może być inspirująca dla polskiego czytelnika.

Stéphane Beaud i Michel Pialoux - autorzy Powrotu do kwestii robotniczej - przez kilkanaście lat, od początku lat osiemdziesiątych do końca dziewięćdziesiątych XX wieku, prowadzili badania socjologiczne w fabryce Peugeota w Sochaux-Montbéliard. Dzięki temu, że autorzy nie zamknęli się w zbyt wąskim obszarze socjologii pracy oraz dzięki wykorzystywaniu różnych metodologii, w tym etnograficznych, udało im się stworzyć interesujący obraz przemian kultury robotniczej. Jest ona siecią relacji pomiędzy fabryką, domem, szkołą a rynkiem pracy. To sieć, która nieustannie fluktuuje. Przykładowo zmiany w fabrykach wpływają na życie rodzinne. Powodują zacieranie się granic pomiędzy prywatnym a zawodowym, wytwarzają konflikty pokoleniowe itp. Francuskim socjologom udało się dobrze opisać realia pracy robotników.

To chyba najsmutniejsza część książki. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, choćby dzięki profesjonalizującemu się językowi zarządzania, który w gruncie rzeczy maskuje wyzysk robotników, praca w fabryce ma wciąż wiele wspólnego z praktyką tzw. tayloryzmu. Obszernie cytowane w książce fragmenty rozmów z robotnikami ukazują fabrykę jako miejsce nieustannego, acz "pluszowego" dyscyplinowania, nadzorowania i karania w rozumieniu Michela Foucaulta.

Celem władz koncernu jest rozmontowanie kultury i solidarności robotniczej, oporu wobec wyzysku, uczynienie z ludzi narzędzi maksymalizacji zysków. Opisy tego, jak zmęczeni - fizycznie i psychicznie - są robotnicy, jak wylęknieni, jak czują się przedwcześnie zestarzali, są naprawdę przejmujące (jedna z osób wprost mówi o przemianie robotnika w warzywo). Tego cierpienia nie da się zniwelować. Pozostają jedynie strategie jednostkowego oporu, takie jak bumelanctwo, "mały sabotaż" czy alkohol ("wyłączenie" się z sytuacji pozwala ją lepiej znieść). Te wszystkie zachowania mają paradoksalnie ocalić poczucie godności czy wartości swojej osoby.

Reakcja na wyzysk jest analogiczna jak reakcja na świadomość, że wykonywana praca jest bez sensu, by przywołać tytuł książki Davida Graebera. Nie zrozumie się wewnątrzfabrycznej racjonalności tych działań z uprzywilejowanej pozycji kogoś, kto nie podziela takiego doświadczenia pracy, która alienuje i pozbawia człowieczeństwa. Ten opis wypalenia i zmęczenia robotniczego powinien być pretekstem do dyskusji nad zdrowiem fizycznym i psychicznym społeczeństwa francuskiego czy polskiego, którego sporą część tworzą właśnie robotnicy. W przedmowie do Powrotu do kwestii robotniczej Małgorzata Jacyno trafnie zauważa, że nie tylko klasa robotnicza jest wyzyskiwana, wyzyskiwani są także pracownicy branż niematerialnych, którzy cierpią m.in. na depresję, bezsenność, uzależnienia. To bardzo ważna obserwacja, wymaga jednak dwóch komentarzy.

Po pierwsze, o problemach ludzi pracujących w gospodarce niematerialnej, szczególnie fetyszyzowanej w Polsce klasy kreatywnej, sporo się mówi. Prywatny przemysł psychologiczny, zarówno profesjonalny, jak i nieprofesjonalny, jest nastawiony na odzyskanie przez nich psychiczno-mentalnego dobrostanu. Mają na to pieniądze, stać ich na mindfulness, kształtowanie uważności (zazwyczaj na samych siebie). Poza tym osoby te świetnie funkcjonują w narcystycznym świecie mediów społecznościowych: ich problemy są społecznie ważne i medialnie widzialne. O robotnikach społecznie i medialnie się milczy. A jeśli już się o nich mówi, najczęściej prywatnie, bo publicznie nie wypada, to z mocnym akcentem "chamofobicznym": to niewykształcona masa nadająca się do młotka, zbyt nienowoczesna, bo lubiąca karkówkę z grilla i piwo z Biedronki, źle ubrana i śmierdząca, nieestetyczna (niewybielone zęby, brak modnej fryzury), co gorsza, głosująca na partie "populistyczne". Dla liberalnych mediów nie są ważni, a dla części lewicy prawa robotników są tym ważniejsze, im dalej są oni geograficznie (stąd kryzys lewicy).

Po drugie, widać, że podlegając kapitalistycznym realiom pracy, zarówno materialnej, jak i niematerialnej, jesteśmy identycznie wyzyskiwani i kończymy tak samo: jako "wypalone społeczeństwo", by użyć tytułu książki Byung-Chul Hana. Jeśli wszyscy jesteśmy wyzyskiwani, bo wszyscy gdzieś pracujemy, to dlaczego - rozpoznając tę sytuację - nie zjednoczymy się przeciwko wspólnemu wrogowi? Neoliberalny kapitalizm ma na to sposób: będzie dążył do mnożenia wielości naszych tożsamości i fetyszyzował sprawy światopoglądowe, aby coraz bardziej nas indywidualizować, wykorzeniać, a w efekcie czynić niesprawczymi w kwestii poprawy swego losu.

Powrót do kwestii robotniczej to w istocie książka o konieczności przywrócenia widzialności klasie robotniczej. W Polsce po 1989 roku klasa ta znika z krajobrazu społecznego i medialnego, staje się niewidzialna, wręcz wstydliwa. A jeśli się pojawia, to jako obiekt do upokorzenia i rytualnego okazania pogardy. Wszak robotnicy to "homo sovieticusy", nierozumiejące nowego polskiego neoliberalnego kapitalizmu, ludzie "cywilizacyjnie zapóźnieni". Tak mówiły o nich intelektualne elity (część czyni to do tej pory), które jeszcze do niedawna miały bronić ich interesów. Teraz już nie ma interesów klasowych, np. robotniczych, wszak każdy jest kowalem własnego losu. Dla neoliberalnych przemian funkcjonalnym było pozbycie się narracji klasowej. Być może bez rozmontowania pojęcia klasowości, a co za tym idzie poczucia wspólnotowości, przemiany te nie potoczyłyby się w tak brutalny sposób. W tym sensie Powrót do kwestii robotniczej to namowa do myślenia antyindywidualistycznego i systemowego, gdyż bez niego nie zrozumie się wielu kwestii społecznych, które wydają się problemami osobnymi i pochodzącymi z "różnych parafii".

DLA MŁODZIEŻY

"Wolność kocham i rozumiem"

Anna Augustyniak

Cezary Harasimowicz

Tygrys

il. Marta Kurczewska

Warszawa : "Agora", 2022

157 s. ; 22 cm. - (Zwierzaki)

Na różne sposoby, my ludzie, unieszczęśliwiamy dzikie zwierzęta i robimy to jedynie dla naszej rozrywki. Czy nie po to istnieją cyrki, ogrody zoologiczne, delfinaria, byśmy mieli frajdę z bliskiego obcowania z innymi gatunkami, a przy okazji również uciechę z poskramiania ich drapieżnej natury?

Biorąc do ręki książkę Cezarego Harasimowicza, nie spodziewałam się spotkania ze smutkiem, ale to dobry smutek, taki, który budzi nadzieję na zmianę na lepsze. Ta zmiana musi zajść, zresztą już się powoli dokonuje, miedzy innym właśnie dzięki takim opowieściom.

W tym miejscu konieczne będzie posłużenie się nieco przydługim, ale wielce znaczącym cytatem: "Dzieciaki i dorośli na widowni zamykają zdziwione buzie. Czuję się fajnie na środku areny z pejczem w łapie. Wszystkie światła na mnie! Orkiestra gra ciszej i robi się jeszcze ciekawiej. Pan Zampano nie chce wyjść z klatki, więc mocniej strzelam z pejcza i powtarzam głośniej: - Ruszaj się. Zampano!!! - No co ty, Tigere? Przecież jestem... - Pan Zampano nie kończy zdania (...). - Kim niby pan jest? - Człowiekiem - odpowiada pan Zampano. Widownia milknie. Orkiestra przestaje grać. Krążek światła reflektora wędruje to na mnie, to w stronę pana Zampano. - No to co, że jest pan człowiekiem - pytam. - Nooo, nie będę się tu wydziczał jak jakiś zwierz (...). Pac!!! Strzelam kolejny raz z bata. - Ruszaj się człowieku! Pan Zampano wyskakuje z klatki jak poparzony. Przymruża oczy. Nie wiem czy ze strachu, czy od blasku reflektorów. Publiczność nieśmiało bije brawo. - Co mam teraz zrobić? - pyta rozpaczliwym tonem pan Zampano. - Zrób hop - wskazuję pejczem kubik, taką dużą kostkę z białego drewna. Pan Zampano się ociąga. - Ale ja się wstydzę. - "Hop" ci mówię, Zampano! Pac!!! Pac!!! Pac!!! Trzy razy strzelam z bata. Pan Zampano już się nie wstydzi. Wskakuje posłusznie na biały kubik i szczerzy zęby do widowni. Dzieciarnia i dorośli biją brawo".

Czy ktoś z nas w dzieciństwie nie bywał w cyrku i nie piszczał z radości na widok słoni, pudelków i lwów wykonujących karkołomne sztuczki? Im groźniej było, tym bardziej rosło napięcie podsycane przez werblistów i punktowe reflektory. Dorośli widzowie bili brawo, więc dzieci, które zwykle lubią zwierzęta, brały to za wspaniałą rozrywkę i niejednokrotnie przypłacały takie widowiska uczuciową gorączką. Jeśli jednak kogoś wychowywano w empatii dla innych gatunków, rozumiało się samo przez się, czym jest niewola i wymuszanie nienaturalnych zachowań u zwierząt. Taki ktoś pojmował również cierpienie zwierząt i nie musiał zabawiać się w odgrywanie ról, jak Tigere ze swoim treserem panem Zampano u Harasimowicza. Odwracając role, autor książki pozwolił czytelnikom zobaczyć co by było, gdyby... Nie wchodzimy przy tym wcale w skórę innego, zmieniamy jedynie perspektywę i to w swojej własnej skórze. Ten zabieg ma charakter edukacyjny, choć może wywoływać śmiech albo zdziwienie. Jakże bowiem człowiek miałby służyć zwierzętom? Przecież to zwierzęta powinny służyć człowiekowi, one są użyteczne i nie mają statusu podmiotowego. Przywykliśmy je eksploatować na najróżniejsze sposoby i nie przejmujemy się tym, że są do nas podobne, czują ból oraz strach. Po prostu wyrywamy drapieżniki z ich naturalnego środowiska i poskramiamy, żeby na arenie widowisko oklaskiwano.

Książka Harasimowicza jest doskonale zilustrowana przez Martę Kurczewską. Dostajemy dwie równoległe opowieści - prozatorską i graficzną, współbrzmiące ze sobą i grające na emocjach, gdyż łzy u czytających leją się niejednokrotnie. Tigere od wielu lat mieszka w klatce i występuje w cyrku Paradiso, jest źle traktowany przez ekipę, nawet przez swojego tresera pana Zampano. Zmuszany do występów, zwykle poddaje się uderzeniom bata i zadowala cyrkową publiczność. Aż nagle wydarza się coś innego niż zwykle. Skupiony tygrys patrzy na płonącą obręcz, słyszy wrzaski pana Zampano i kaskadę trzaśnięć pejcza, czuje je na swoim grzbiecie i już, już ma skakać, gdy na widowni rozlega się głos zapłakanej dziewczynki: "- Mamo, mamusiu! Ja nie chcę, żeby kotek skakał przez ogień! Ja nie chcę! Tak nie może być!". Wtedy budzi się w nim sprzeciw, ma jednego sprzymierzeńca, małą dziewczynkę, lecz to wystarcza, by miał siłę odmówić wykonania rozkazu. Mimo bicia i szturchania kijem nie wychodzi więcej z klatki, szczerzy ostrzegawczo kły i leży w kącie. Dyrektor cyrku podejmuje decyzję o sprzedaniu tygrysa, podjeżdża ciężarówka z napisem "Horses". Tigere znika w jej czeluściach, a tam uwięzionych jest już kilka podobnych do niego zwierząt.

Dalsza część historii inspirowana jest wydarzeniem nagłośnionym medialnie, gdy w 2019 roku na granicy w Koroszczynie zatrzymano nielegalny transport dzikich zwierząt. Z rzymskiego cyrku przewożono dziesięć tygrysów do prywatnego ogrodu zoologicznego "Bajka" w rosyjskim Dagestanie. Gdy odkryto je w ciężarówce, okazało się, że są wycieńczone, odwodnione, z zapadniętymi oczami i futrem obklejonym odchodami. Z głodu i ze stresu nie wykazywały chęci życia, jeden z tygrysów zresztą już nie żył. Cezary Harasimowicz przypomina to wydarzenie, włączając Tigere do przewożonego nielegalnie stada i oddając mu narrację, która zapętla się pomiędzy bytem a śmiercią. Ten zabieg powoduje, że los udręczonych zwierząt jest czytelnikom jeszcze bliższy, ale tym samym wchodzimy w świat mentalności ludzi, dla których liczy się zysk oraz fanaberia, by posiadać dzikie zwierzęta. Czy mamy świadomość, że przykładamy do tego biznesu rękę, chodząc do cyrku i do ZOO? I że to dla takich ludzi jak my zabiera się wolność zwierzętom, czyni je więźniami za metalowymi kratami. Nie jest to zgotowywaniem piekła na Ziemi? Na szczęście są na tej Ziemi również tacy ludzie jak Pani od Zwierząt, w której myśli i sny przenika Tigere. Ona nie usprawiedliwia przemocy i z pomocą przychodzi, kiedy trzeba działać. Tygrys to opowieść otwierająca oczy na dziki świat. Jakkolwiek go rozumieć.

nr 3/1245

MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

ZESPÓŁ:

Grzegorz Filip redaktor naczelny

Anna Stypułkowska sekretarz redakcji

Małgorzata Borczak

Tomasz Kłusek Mikołaj Rajkowski

Andrzej Skalimowski

Maria Sokołowska

Piotr Szewc

Teresa Kurek oprac. techniczne

Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat

PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski

ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel

KOREKTA: Bogna Piotrowska

ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5

tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl

WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6

Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34

NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca, w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.

CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.

WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ

KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2023

półrocze 75 PLN, cały rok 150 PLN

Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską. Prenumeratę można zamówić na sklep.instytutksiazki.pl lub dokonując bezpośrednio wpłaty na konto.

Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków Bank Gospodarstwa Krajowego konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ

? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW

WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ

Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.

Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta. www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl, nexto.pl i virtualo.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie, przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.