Nowe Książki 3/22 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Mam pasję kaznodziei

Z Rafałem A. Ziemkiewiczem rozmawia Piotr Gociek

Powiedziałeś kiedyś, że za każdym razem, kiedy przychodzi ci do głowy pisanie prozy, a nie publicystyki, czujesz się jakbyś okradał własne dzieci. To jedyny powód, dla którego nie wracasz do literatury pięknej? Bo jest na nią mniejszy popyt?

W każdym żarcie jest odrobina prawdy, ale nie musi być to cała prawda. Wielokrotnie mówiłem, że zaakceptowałem decyzję czytelników. Często sięgam po przykład Arthura Conan Doyle'a, który wyboru czytelników nie chciał zaakceptować, nienawidził swoich opowiadań o Sherlocku Holmesie, pisał powieści historyczne o wojnach napoleońskich, o których jeśli ktoś pamięta, to tylko dlatego, że są to powieści autora opowiadań o Sherlocku Holmesie. Wielu było autorów, którzy mieli inne ambicje, a docenieni zostali za rzeczy, które sami uważali za nieistotne. Philip K. Dick za swoje najważniejsze powieści uważał te głównonurtowe, jak tylko zarobił trochę pieniędzy, to rzucał fantastykę, po czym szybko musiał do niej wracać, bo okazywało się, że te głównonurtowe powieści były bardzo słabe, tylko on tego nie przyjmował do wiadomości. Pomyślałem, że ja się nie będę z czytelnikami droczył. Skoro w większych nakładach kupują Polactwo niż Walc stulecia czy Ciało obce, to widocznie mają rację. Jeszcze jedna rzecz: być może to dorabianie ideologii po fakcie, ale z czasem zacząłem uważać, że to co robię, nie jest żadną kapitulacją. Po prostu w przeciwieństwie do czasów, w których obaj startowaliśmy, dzisiaj punkt ciężkości w literaturze przesunął się na książki tego typu.

To znaczy jakiego? Jak określić twoje dokonania od Michnikowszczyzny po Chama niezbuntowanego czy Strollowaną rewolucję? Non-fiction? Publicystyka? Esej?

Poczuwam się do tego samego gatunku, który uprawiają Jordan Peterson, Nassim Taleb czy Douglas Murray. Te bestsellerowe publikacje nie są książkami fabularnymi, ale nie można ich też nazwać tradycyjną publicystyką. To jest coś nowego. Używam określenia "proza dyskursywna" w odróżnieniu od "prozy narracyjnej". Więc ja uważam - o ile kogokolwiek interesuje moje zdanie na temat moich książek - że piszę właśnie prozę, a nie publicystykę.

Werdykt czytelników, któremu - jak mówisz - się podporządkowałeś, wcale taki oczywisty nie był. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych dostałeś trzy nagrody im. Janusza Zajdla, przyznawane przez miłośników fantastyki, a książki takie jak Pieprzony los kataryniarza czy Walc stulecia były chętnie czytane. Gdzie było to rozdroże? Powód odejścia? Bez dorabiania ideologii po fakcie, proszę. Przeświadczenie, że ta forma nie wystarcza do boksowania się ze światem?

Nie będę ukrywał, że coś się we mnie skończyło po Walcu stulecia. Nałożyło się kilka rzeczy, również, sięgając po cytat z Barei, "na odcinku prywatnego szczęścia". Walc stulecia jest książką, z której do dzisiaj jestem najbardziej dumny, jeśli chodzi o moje dokonania w fantastyce, i uważam ją za naprawdę udaną. Natomiast kolejna książka, którą próbowałem napisać, ostatecznie nie powstała. Niby ją skończyłem, ale nie nadawała się do publikacji. Uświadomiła mi to, że ja tak naprawdę zawsze byłem słaby w wymyślaniu historii, że moje fabuły są w jakiś sposób wymęczone, że gawędziarstwo, snucie opowieści to nie jest moja pasja. Moją pasją jest wygłaszanie kazań. Mogę je wkładać w usta bohaterów i tak się przez wieki w literaturze robiło. Ale skoro czytelnicy wcale tego po mnie nie oczekują, jak tego dowiódł sukces Polactwa i wcześniej książki Viagra mać, to może lepiej, uznałem, podążyć za sukcesem. Próbowałem jeszcze coś zdziałać w prozie współczesnej. Tyle że o ile Ciało obce, ze względu na tak zwane momenty, wzbudziło jakieś zainteresowanie, o tyle już Żywina i Zgred, z którymi wiązałem duże nadzieje, nie zostały przez czytelników specjalnie docenione. Widziałem też, że w fantastyce się dużo zmienia i nie czułem przymusu wewnętrznego, żeby za tym nadążać. Koledzy, z którymi startowałem, zdążyli mnie przeskoczyć: Jarosław Grzędowicz czy Jacek Piekara. Pojawili się nowi, też ciekawi. A ja sobie znalazłem własną niszę i się w niej urządziłem. Mam jeden pomysł na nieortodoksyjną powieść fantastyczną, noszę go w sobie od trzydziestu lat i może ją jednak kiedyś napiszę. Ale na razie cały czas mam coś pilniejszego do napisania. Więcej kazań do wygłoszenia.

Mówisz, że gawędziarstwo to nie jest twoja pasja. Przypominają mi się wyznania Stanisława Lema, który książki pisać uwielbiał, ale opowiedział kiedyś, jak okrutnie go męczy wymyślanie fabuł, perypetii, wymyślanie bohaterów. Nie to go najbardziej interesowało. Wolał naukę i filozofię.

Świętej pamięci Maciej Parowski pewnie by podkreślił, że skoro ja się urodziłem 13 września, a Lem 12 albo też 13, to jest między nami zodiakalne podobieństwo. Stanisław Lem jest przykładem pisarza, który musiał, bo pisał w czasach, kiedy trzeba się było męczyć z wymyślaniem fabuł i bohaterów, tego oczekiwano. Dopiero gdy stał się wystarczająco sławny, machnął na to ręką i zaczął robić recenzje czy wstępy i posłowia do nieistniejących książek, które niech napisze kto inny, bo on nie ma czasu albo go to nie interesuje. Pewnie dzisiaj by się tak nie męczył.

Polecam wszystkim jego felietony, które pisał w ostatnich dekadach życia. Swoje zainteresowania, oceny i obserwacje wkładał w te krótkie tekściki, z których niejeden pisarz zrobiłby całą powieść.

Zauważ, że jest jednak między nami ogromna różnica: Lem w swoich publicystycznych tekstach, mając tę samą pasję do wygłaszania kazań, jednocześnie hołdował tradycyjnemu przekonaniu, że on sam powinien pozostawać przezroczysty. Najchętniej wypowiadał się jako komputer Golem XIV.

Pokazywał problem, unikał oceny...

...i przede wszystkim starał się jako on sam, jako Lem, nie istnieć w swoich tekstach. Manifestował się jako czysta myśl, jako machina, która analizuje dane wejściowe, a potem przedstawia wynik obliczeń. Natomiast co się stało z prozą światową? Popatrzmy, co łączy takich autorów jak wymienieni przeze mnie wcześniej Peterson (którego uwielbiam) czy Taleb albo ostatnio Éric Zemmour we Francji, który nawet wykreował się swoimi tekstami na ważną postać publiczną. W tym, co z rozpędu nazywamy publicystyką, czyli tego rodzaju książkach jakie i ja piszę, i które cieszą się wielką popularnością, autor sam siebie kreuje. On właściwie jest sam swoim własnym bohaterem. Narrator tych książek nie jest bezosobowym, beznamiętnym autorytetem w stylu Lema. On mówi wprost: dostajecie moje przemyślenia, podlane sosem anegdot, pełne skojarzeń, płynnych przejść od religii starożytnych Sumerów po współczesne osiągnięcia nauki i aktualną politykę. Taki pisarz jest w pewnym sensie guru, w pewnym sensie coachem, w pewnym sensie kumplem. Twórca prozy dyskursywnej nie jest jedynie dostarczycielem analiz, ale subiektywnym interpretatorem rzeczywistości. Trochę jak felietonista, który nie kryje własnego spojrzenia, epatuje jajcarstwem, sięga po prywatne wzruszenie. Wszystko to wydaje mi się znakiem czasów, znakiem nowej literatury. W XIX stuleciu powieść, uważana wcześniej za podrzędną formę do umoralniających opowiastek, naraz stała się dominującą formą poważnej literatury. Teraz obserwujemy następną zmianę, w której biorą udział nie tylko pisarze. Funkcję głównego opowiadacza historii przejęło kino i serial telewizyjny. Nikt dziś nie oczekuje od literatury opowiadania historii, bo znajduje się je gdzie indziej. Już parę dekad autorzy amerykańscy mówili w wywiadach wprost - pamiętam taką rozmowę z pewną pisarką publikowaną w "Fenixie" - że na tamtejszym rynku nie ma szans przebić się żaden pisarz, którego książka nie nadaje się do szybkiej adaptacji filmowej lub telewizyjnej. Rozbudowane opisy, monologi wewnętrzne, sztuczki narracyjne, eksperymenty - tego po prostu wydawca nie weźmie. To znaczy nadal powstają książki skomplikowane i ambitne, ale one są doceniane w obiegu elitarnym, uniwersyteckim. Film pożera wszystko inne. Dla reszty pozostaje rola dostarczycieli historii, której na okładce będzie można walnąć tekst "now a major movie", a dziś także "wkrótce serial Netflixa". Owa autorka mówiła, że nie chce się jej już pisać, bo miałaby dać się sprowadzić do roli kamery i mikrofonu, tylko po to, żeby ktoś zobaczył, że da się to bez problemu opowiedzieć w obrazkowej formie.

nr 3/1234

MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

ZESPÓŁ:

Grzegorz Filip redaktor naczelny

Anna Stypułkowska sekretarz redakcji

Małgorzata Borczak,

Juliusz Gałkowski,

Tomasz Kłusek,

Andrzej Skalimowski,

Maria Sokołowska,

Piotr Szewc

Teresa Kurek oprac. techniczne

Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat

PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski

ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel

KOREKTA: Bogna Piotrowska

ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5

tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl

WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6

Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34

NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca, w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.

CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość)- 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.

WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ

KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2022

kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN

"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając

(na dowolny okres) na konto wydawcy

Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków

Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ

? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW

WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ

Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:

Prenumerata krajowa:

Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.

www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:

Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl

e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl

Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,

przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych

informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator

może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,

ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,

prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego

tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia

na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych

- iod@instytutksiazki.pl.

PROZA OBCA

Inna opowieść

Wit Pietrzak

Colum McCann

Apeirogon

przeł. z ang. Aga Zano

Poznań: Wydaw. Poznańskie, 2021

438 s.: il. ; 24 cm

Colum McCann należy do grona najciekawszych pisarzy irlandzkich pokolenia lat sześćdziesiątych. Takie powieści jak Ta strona jasności czy Niech zawiruje świat ugruntowały jego pozycję jako jednego z najlepszych i najłatwiej rozpoznawalnych stylistów prozy anglojęzycznej ostatnich lat, sytuując go obok takich nazwisk jak starsi odeń John Banville, Ian McEwan czy Kazuo Ishiguro.

Siódma w dorobku McCanna powieść Apeirogon (McCann opublikował też trzy zbiory opowiadań) jest pierwszą tak radyklanie zrywającą z konwencjami prozy realistycznej: od konstrukcji fabuły przez styl narracji aż po figurę narratora. I choć książka do najłatwiejszych w odbiorze nie należy, to odpowiada na wyzwania współczesności jak mało która.

Apeirogon podzielony jest na tysiąc jeden fragmentów różnej długości - od jednego zdania lub zdjęcia po kilkunastoakapitowe całostki, przywodzące na myśl powieści Sebalda. Opowiada historię mieszkającego w Jerozolimie Żyda Ramiego Elhanana i Palestyńczyka Bassama Aramina, których łączy ból po utracie córek: prawie trzynastoletniej Smadar, ofiary samobójczego ataku bombowego, i dziesięcioletniej Abir, śmiertelnie postrzelonej przez anonimowego żołnierza izraelskiego. W krwawym konflikcie izraelsko-palestyńskim śmierć dzieci jest tyleż tragedią, co regularnym zdarzeniem, lecz Rami i Bassam, zamiast oddać się pragnieniu zemsty, dołączają do Stowarzyszenia Rodzin, które zrzesza rodziców ofiar z obydwu walczących stron. Przyjaźń mężczyzn i zrozumienie cierpienia po stracie dziecka zaprzecza tezie, jakoby zażegnanie konfliktu oraz zaprzestanie rozlewu krwi było niemożliwe. Rami i Bassam stają się orędownikami pokoju, głosząc idee wybaczenia, koegzystencji Żydów i Palestyńczyków, zarówno na otwartych wykładach w kraju, jak i na międzynarodowych konferencjach. Wszędzie powtarzają zdanie, które przewija się przez całą powieść: "To się nie skończy, dopóki nie zaczniemy rozmawiać".

Historie Ramiego i Bassama opowiedziane zostały niechronologicznie, a epizody z ich życia, ciągle powracające wspomnienia córek, przeplatają się z rozmaitymi faktami, czasami niezwiązanymi z głównym wątkiem fabuły. Liczne opisy życia ptaków, od drozda aż po sokoła, przechodzą we wspomnienia ostatniej kolacji François Mitterranda, na której spożywał ortolany, "maleńkie ptaszki o żółtym podgardlu"; przywoływany jest kontekst Holokaustu, lecz już po chwili narracja skupia się na podróży Jorge Luisa Borgesa do Jerozolimy. Za każdym razem jednak, czy to fakty ornitologiczne, czy też przywoływane wydarzenia historyczne powracają do okupacji Palestyny, do tragedii dziejących się na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy, do Jerozolimy wstrząsanej samobójczymi atakami. Wydaje się, że nieważne, jak daleko odbiegamy od losów Ramiego i Bassama, siła cierpienia ich oraz tysięcy im podobnych rodziców ofiar konfliktu przyciąga nas na powrót do Jerozolimy, do Betlejem, Bajt Dżali, a wojna izraelsko-palestyńska urasta do archetypu wszelkich okupacji prowadzących do rozlewu krwi pomiędzy ludźmi potencjalnie mogącymi żyć w pokoju. Jedną z takich wojen jest regularnie przywoływany konflikt w Irlandii Północnej. W rezultacie słowa Ramiego i Bassama kierowane są nie tylko do Żydów i Arabów, ale do wszelkich zwaśnionych stron, czasem od stuleci prowadzących pozornie nieuniknione walki.

Choć przesłanie bohaterów powieści jest w gruncie rzeczy idealistyczne, to McCann nie pozwala sobie na obraz cukierkowej przyszłości, gdy zwaśnione strony usiądą do wspólnego stołu. Ciągle powracające opisy śmierci Smadar i Abir, skontrastowane ze wspomnieniami pokazującymi, jak pełne były życia i optymizmu, podkreślają trudność, wręcz niemożliwość gestu wybaczenia. W połowie powieści, w epizodach noszących numer 500 (kolejne fragmenty ponumerowane są od 1 do 500 i od 500 do 1, a przedziela je jednostronicowy epizod o numerze 1001), przywołane są przemówienia Ramiego i Bassama, w których opowiadają oni swoją historię przed audytorium ludzi chcących pogłębić wiedzę o konflikcie izraelsko-palestyńskim. Nie dowiadujemy się z tych rozdziałów dużo więcej niż z wcześniejszych części powieści, ale po raz kolejny podkreślony zostaje straszliwy ból, który czyni ideę wybaczenia o tyle trudną, co też konieczną, jeśli kolejne pokolenia dzieci mają uniknąć losu Smadar i Abir.

Choć zatem pokojowe przesłanie Ramiego i Bassama pobrzmiewa w każdym zdaniu Apeirogonu, to konstrukcja formalna powieści z jednej strony zaprzecza szansie na zażegnanie konfliktu, a z drugiej sugeruje, że w akcie opowiadania otwiera się możliwość dostrzeżenia drogi wyjścia. Cykliczność numeracji kolejnych fragmentów oraz powracające frazy o konieczności rozmowy i wybaczenia podkreślają niekończącą się tragedię śmierci, zemsty i słów o potrzebie zmiany, po których następuje kolejna śmierć, a cały cykl się powtarza. Apeirogon to bowiem wielokąt o policzalnie nieskończonej liczbie boków - paradoksalność tej definicji odnosi się do zmagań Palestyńczyków z Żydami, bo o ile rachunek krzywd jest przecież policzalny - można wymienić wszystkie ofiary, prześladowanych i przesiedlonych - to jego wynik wynosi zawsze n+1, tak jak śmierć Smadar i Abir pociągają za sobą cierpienia kolejnych ludzi.

A jednak powieść McCanna podsuwa też możliwość bardziej optymistyczną, wpisaną w liczbę 1001. Z jednej strony jako palindrom 1001 przypomina o cykliczności przemocy, ale z drugiej przywodzi na myśl Baśnie tysiąca i jednej nocy - historie opowiadane, aby ocalić życie i choć przecież niegwarantujące nieśmiertelności, to dające nadzieję na kolejny dzień. We fragmencie 1001 narrator, wyjawiwszy, że jest członkiem przybyłego z całego świata audytorium pragnącego wysłuchać historii Ramiego i Bassama, stwierdza, że wszyscy przybyli są tu, "by znaleźć w ich historiach inną opowieść, pieśń nad pieśniami, i odkryć się - ciebie i mnie - w wyłożonej kamienną posadzką kaplicy, gdzie siedzieliśmy godzinami pochłonięci, bezradni, zachwyceni, zagubieni, cyniczni, zadowoleni, milczący".

W świecie toczonym wojnami, o których my, cieszący się przywilejem wolności i pokoju mieszkańcy Zachodu, pamiętamy rzadko, a jeszcze rzadziej chcemy słyszeć, nadzieja na zaprzestanie rozlewu krwi leży w "innej opowieści", w opartej na wybaczeniu i miłości bliźniego - miłości mimo wszystko - ponadnarodowej pieśni nad pieśniami. Pieśni niosącej się w tysiącu i jednym fragmencie Apeirogonu, powieści na miarę naszych czasów.

PROZA POLSKA

Ballada o walących się domach

Marta Tomczok

Marta Knopik

Rok Zaćmienia

Warszawa: "Lira", 2021

344 s. ; 21 cm

W ostatnich dwu latach literatura polska reagowała na problematykę przemysłu ciężkiego ze szczególną intensywnością.

W reportażach Kajś: opowieść o Górnym Śląsku Zbigniewa Rokity, Ziemia jałowa Magdaleny Okraski, Ballada o śpiącym lwie Agaty Listoś-Kostrzewy, powieściach Anny Dziewit-Meller Od jednego Lucypera i Bestiariusz nowohucki Elżbiety Łapczyńskiej czy w poezji Jakuba Pszoniaka (Chyba na pewno) oraz Jakuba Kornhausera (Krwotoki i wiewiórki) po latach milczenia ponownie ożyły huty i kopalnie, i to na skalę niespotykaną co najmniej od pół wieku. Ale nie powróciły, jak dawniej, w glorii chwały, jako symbol ekonomicznej przewagi i politycznego zwycięstwa. Objawiły się jako źródła zniszczenia środowiska naturalnego, przyczyna kryzysu klimatycznego, powód poważnych zmian społecznych (takich jak przesiedlenia ludności, nieraz dosłowne upadki miast, zamknięcia miejsc pracy). Tradycja związana z ponadstuletnią pracą w przemyśle całych regionów okazała się w tych opowieściach zbiorem ciekawych i coraz trwalej przenikających do kultury ponadregionalnej mitów. Mitów, które pomagają tej tradycji - bardzo inkluzywnej przecież i do znudzenia nazywanej lokalną - wydostawać się poza konkretne granice, rozszerzać pole odbiorców, a także łączyć z innymi mitami, całkowicie tradycji określonego regionu obcej.

Powieści Marty Knopik Czarne Miasto (2020) i Rok Zaćmienia, będące dylogią czekającą na dopełnienie kolejnym tytułem, zapowiadanym przez wydawcę, można traktować jak test uniwersalizujących możliwości tematyki regionalnej i jej łączliwości z różnymi, istotnymi współcześnie, opowieściami: o zagrożeniu cywilizacji katastrofą, potrzebie zrównoważonego rozwoju i oszczędzaniu sił przyrody, możliwościach ludzi, by stworzyć alternatywny świat w razie zagrożenia zniszczeniem świata materialnego etc. Przy czym wszystkie te aktualne problemy pisarka wywodzi ze zdarzeń realnych, które dotknęły Górny Śląsk po transformacji ustrojowej i miały związek z likwidacją kopalń. Bezpośrednią przyczyną splotu okoliczności, do jakiego dochodzi w Roku Zaćmienia, jest jednak zapadnięcie się znacznej części miasta pod ziemię. Knopik wprawdzie nie mówi nigdzie, o jakie miasto chodzi, jej powieść (a mowa o najnowszym Roku Zaćmienia) zaciera bowiem wszelkie prawdziwe nazwy geograficzne czy daty, ale nietrudno się domyślić, że owym "czarnym miastem" stał się Bytom, jedno z największych i najstarszych śląskich miast, zrujnowane wskutek trwającej wiele dziesiątek lat eksploatacji podziemia w poszukiwaniu rud ołowiu, a później węgla kamiennego. Zapadający się pod ziemię Bytom, z jego modernistyczną architekturą i powtykanymi w nią gdzieniegdzie widowiskowymi kopalniami czy elektrociepłowniami, okazuje się przestrzenią właściwie wymiecioną z konkretów, do pewnego stopnia pustą i nieprzypominającą siebie. Przestrzeń, którą wytwarza pisarka w oparciu o rzeczywistość, przypomina raczej znane z filmów na temat powstania warszawskiego - chociażby z Kanału Andrzeja Wajdy - podziemne miasto, składające się z setek korytarzy, ciemnych drzew i innych roślin, pamiętających, być może, odległe okresy geologiczne, takie jak karbon. Skądinąd kilka rozdziałów powieści nosi tytuł W ciemności i nawiązuje do innego "kanałowego" dzieła - filmu Agnieszki Holland poświęconego Żydom ukrywającym się we Lwowie.

Podziemna kraina, wzniesiona w niewyjaśnionych dokładnie okolicznościach na gruzach nieistniejącego już miasta, stanowi, w pewnym sensie, kopię miasta naziemnego wraz z jego resztkami i pozostałościami, poprzyklejanymi do podłoża, pozabezpieczanymi i popodpieranymi. "Ale jak jest poza tunelami, trudno powiedzieć. Widać tam nadal wszystko jest rozchybotane i niestabilne" - czytamy. Wprawdzie widok domów podpartych drewnianymi belami lub domów "związanych" odpowiednią więźbą, domów pochyłych i krzywych, w których dziecięce wózki nie potrafią ustać w miejscu i czuje się zawrót głowy, nie jest na Śląsku rzadkością, jednak Knopik go w swojej powieści nie powtarza. Rezygnując z opisu uszkodzonej ziemi, proponuje moralitet, w którym ci, którzy nie chcą zmierzyć się z apokalipsą (takie w powieści słowo pada), chowają się do tuneli, zaś ci, którzy są gotowi do przyjęcia katastrofy, żyją poza nimi, odważnie czekając na kolejne wydarzenia.

Do tego, estetycznie i myślowo niestabilnego, świata przybywa pewnego dnia wysłannik z Ameryki, John Fox, by odszukać na zlecenie swojej firmy Tadeusza Bednarskiego i powiadomić go o otrzymanym za oceanem spadku. Odnalezienie spadkobiorcy zajmuje Foxowi ponad 300 stron powieści i setki godzin, spędzonych w tunelach. Dzięki jego podróży poznajemy jednak strukturę podziemnego miasta i jego mieszkańców: ludzi, którzy musieli porzucić pracę w kopalniach, ale wciąż pamiętają węgiel - wspominają jego gatunki, rzeźbią z niego figurki i na różne, najczęściej dość fantastyczne, sposoby kultywują tradycje robotnicze, które u Knopik ciekawie uzgadniają się z szeroko dziś dostępną wiedzą na temat ziół, białą magią, wiarą w duchy i czary.

Zdyscyplinowana i oparta na religijnych podstawach śląska kultura robotnicza nie stała się dotąd częścią żadnej powieści fantasy. Nie była też łączona z wielokulturowymi fabułami na temat magii, pozbawionymi chociażby historycznego czy geograficznego konkretu. Dzięki przełamaniu tych ograniczeń wiele fragmentów wspomnianej kultury otrzymało drugie życie, choć czytanie o górnikach, którzy mieszkają w miejscach bez nazw, wracają z karczm (jakby byli bohaterami Mickiewiczowskiej ballady Pani Twardowska), a nie z poszczególnych, konkretnych kopalń, może wprawiać w konsternację, dziwić i pozostawiać uczucie niedosytu. I nie chodzi wcale o to, że owa kultura robotnicza nie podlega zmianom, jednak jej historyczność, zbyt łatwo przetrawiona i przeformułowana w ogólnik, może stać się - niczym narracje na temat magii bądź duchów - opowieścią bez wyrazu, estetycznym ozdobnikiem, a w najgorszym razie po prostu kiczem.

W przypadku Roku Zaćmienia mamy raczej do czynienia z bardzo bogatą i intelektualnie dość "zwariowaną" odyseją, dzięki której autorka pokazuje nie tylko ziemskie, ale i ponadziemskie, wręcz metafizyczne zagrożenia świata nazbyt pieczołowicie zamieszkiwanego przez człowieka. Jej moralitet to w gruncie rzeczy przestroga przed urealnieniem marzeń niektórych miliarderów, budujących pod ziemią schrony, do których można uciec i przetrwać - grożące nam chyba coraz częściej i zapowiadane już przez niejednego proroka, godziny ciemności. Przestroga dosyć przewrotna - bo to, co wydarzyło się kilka lat temu na Karbiu, w dzielnicy Bytomia, skąd było trzeba ewakuować ludzi w wyniku zawalenia się kamienic, przytrafić może się nam wszystkim, o ile wciąż bezmyślnie będziemy niszczyć ziemię.

KONTRAPUNKT

Zatroskany katolik patrzy na Kościół

Stanisław Gałkowski

Michał Gierycz

Mała pochwała katolicyzmu

Kościół i polityka w późnej nowoczesności

Warszawa: Fundacja Świętego Mikołaja. Redakcja "Teologii Politycznej", 2021

419 s. ; 21 cm. - (Życie Codzienne Idei ; t. 15)

Książka Michała Gierycza jest interesującą próbą analizy sytuacji tej instytucji we współczesnym świecie. W zalewie publikacji mających na celu uzasadnienie tezy o upadku i zaniku religii, a w szczególności Kościoła rzymskokatolickiego, w świecie, lub - na odwrót - zaprzeczeniu teorii sekularyzacyjnych, ta praca zaskakuje świeżością podejścia.

Z jednej strony mamy do czynienia z książką napisaną z pozycji wobec instytucji Kościoła i wiary katolickiej życzliwej oraz wyrażającej wyraźny dystans do szeregu zjawisk zachodzących we współczesnym świecie. Jednakże nie jest to bynajmniej krytyka współczesności, ani tym bardziej próba opisu świata językiem "kościelnym". Wręcz na odwrót. Gierycz, opisując rzeczywistość, wskazuje na to, że katolicyzm jako propozycja ideowa i moralna wciąż odgrywa istotną rolę na światowym rynku idei. Chociaż, czego nie można ukrywać, jego pozycja jest coraz słabsza.

Z drugiej strony książka ta mogłaby być zatytułowana Mała krytyka katolicyzmu, jeżeli słowo "krytyka" rozumieć nie jako surową lub negatywną ocenę, lecz jako głębszą analizę połączoną ze wskazaniem pozytywnych i negatywnych stron. Stąd propozycja przedstawienia "pochwały katolicyzmu" na tle współczesnego świata, propozycja ciekawa i udana.

Autor przedstawia swoje analizy w dziesięciu rozdziałach, z których każdy mógłby być osobnym tekstem, choć niewątpliwie tworzą też one spójną całość. Zaczyna od dwóch aspektów współczesnego spotkania Kościoła i świata, a więc ukazuje, jaka jest koncepcja polityki prezentowana w nauczaniu Kościoła oraz jak wyglądają koncepcje urządzenia współczesnego, demokratycznego świata. Ani jedno, ani drugie stanowisko nie jest do końca określone, zatem czytelnika nie powinno dziwić, że zarówno postawa "kościelna", jak i "świecka" mają także swoje skrajności. Te skrajności występują w postaci fundamentalizmu i próby budowy "państwa świeckiego" w pełni odseparowanego od religii.

Czymś niewłaściwym podczas prób analizy relacji państwo-Kościół jest zestawianie tych dwóch skrajności. Czyni się to w celu udowodnienia istnienia tak diametralnych różnic, że niejako z konieczności wiodą one do sporu i konfrontacji. Warto przy okazji zauważyć, że w takim przypadku najczęściej wysuwanym wnioskiem jest konieczność wyeliminowania katolicyzmu, jako pewnej propozycji ideowej, ze społecznego życia. Dotyczy to także fundamentalistów religijnych, którzy uświadamiając sobie konflikt, odrzucają współczesne państwo, gdyż nie odpowiada ono ich założeniom religijnym.

Kolejne rozdziały autor poświęca sytuacji wynikającej z procesu postępującej integracji europejskiej. Nie sposób nie zauważyć, że szereg koncepcji głoszonych przez instytucje europejskie oraz przez siły polityczne ogłaszające się "głównym nurtem europejskim" pozostają w zdecydowanym konflikcie z zasadami wiary. Autor wskazuje na przemianę w koncepcjach integracji europejskiej, określając je wręcz mianem wersji "1.0" i "2.0". Uznaje te koncepcje za przeciwstawne. O ile pierwsza nie jest sprzeczna z ideami wynikającymi z wiary katolickiej, to w przypadku drugiej konflikt zdaje się nieunikniony.

Dlatego ważne jest podjęcie zagadnienia roli, jaką we współczesnej UE pełnią chrześcijańscy demokraci. Autor analizuje działalność polityków europejskich związanych z tym nurtem i zestawia ją z nauczaniem Kościoła. I chociaż pole działania, jakie Kościół pozostawia sferze świeckiej, jest bardzo duże, to jednak Gierycz uważa, że chadecja europejska nie stanowi siły politycznej reprezentującej Kościół i w ogóle wyznawców chrześcijaństwa w konfrontacji ze współczesnymi ideologiami. Dominuje logika "eskapizmu i rozmywania przesłania chrześcijańskiego w życiu publicznym". Powoduje to, że chrześcijanie i instytucje kościelne muszą szukać innych sojuszników oraz tworzyć własne agendy i reprezentacje.

Ostatnie trzy rozdziały książki Michała Gierycza są próbą ukazania, w jaki sposób Kościół stara się sobie radzić we współczesnym świecie. Wynika z nich konstatacja, że jest to szalenie trudne wyzwanie, a próby odpowiedzi na nie zdają się bardzo skomplikowane. Jest to przede wszystkim skutek tego, że nauczanie Kościoła nie stanowi jednoznacznej i klarownej doktryny politycznej. Autor zresztą przyznaje, że tak być nie powinno, bo Kościół nie jest jeszcze jedną instytucją polityczną, ani tym bardziej nie stanowi zwartej i zdyscyplinowanej armii wyznawców. Ludzie Kościoła proponują rozmaite rozwiązania ideowe, a w jego łonie toczą się bardzo często gorące i trudne do rozstrzygnięcia spory. Przykładem jest dyskusja nad etyką seksualną, do której asumpt dała encyklika Humanae vitae. Dyskusja ta - jak słusznie zauważa autor - jest głębokim sporem antropologicznym. Sporem nierozstrzygniętym do końca, chociaż oficjalne nauczanie jest powszechnie znane. Jak widać na tym przykładzie, brak jednolitej wykładni prezentowanej na zewnątrz jest wynikiem sporu wewnętrznego pomiędzy "konserwatystami" a "liberałami" kościelnymi. Natomiast wybór postawy - co autor uważa za niedobrą sytuację - wynika często z przyjmowanej koncepcji relacji Kościoła ze światem, a nie z nauczania Stolicy Apostolskiej.

Kolejnym ważnym problemem, jaki zauważa Gierycz, jest sposób rozstrzygania o zakresie zmian w nauczaniu Kościoła. Dotyczy to kwestii doktryny, duszpasterstwa czy liturgii. Autor nie ukrywa swojego negatywnego stosunku do tych zmian, które w efekcie tworzą jakiś swoisty "nowy paradygmat". Gierycz jest tak bardzo krytyczny wobec nowej koncepcji, że nie waha się stwierdzić: "Wydaje się ona destrukcyjna dla całej pieczołowicie wypracowanej posoborowej koncepcji metapolitycznego zaangażowania Kościoła. Oczywiście mogłaby przynieść również pewne korzyści, wynikające z faktu, że rezygnacja z obrony wartości absolutnych niewątpliwie uczyniłaby Kościół bardziej zintegrowanym z duchowo-intelektualnym klimatem współczesności". Ale przecież nie o tak źle pojmowaną integrację z duchem nowych czasów chodzi. Misją Kościoła nie jest dostosowywanie się za wszelką cenę, gdyż nade wszystko jest on depozytariuszem Objawienia i tradycji.

Mała pochwała katolicyzmu to ciekawa propozycja intelektualna. Jej uważna lektura pozwoli czytelnikowi zrozumieć kilka fundamentalnych problemów, które określają pozycję Kościoła rzymskokatolickiego we współczesnym świecie. Wątpliwości może budzić ich dobór oraz sposób prezentacji. Trudno jednak jednoznacznie stwierdzić, czy wynika to jedynie z koniecznych skrótów, dokonanych przez autora, czy też z jego założeń. Nie ulega wątpliwości, że to jedna z najciekawszych prób zrozumienia i określenia sytuacji Kościoła rzymskokatolickiego hic et nunc. Mam tu oczywiście na myśli publikacje na naszym rynku wydawniczym i przeznaczone przede wszystkim dla polskiego czytelnika. To mówienie o Kościele jako instytucji uniwersalnej z perspektywy zatroskanego polskiego katolika czyni najnowszą książkę Michała Gierycza publikacją niezwykle interesującą i wartościową.

O LITERATURZE

Książka z prądem

Paweł Chojnacki

Kazimierz Maciąg

Sam jeden

Józef Mackiewicz - pisarz i publicysta

Warszawa: Instytut Pamięci Narodowej

KŚZpNP: Fundacja Rozwoju

Sytemu Edukacji, 2021

533 s.: il. ; 21 cm. - (Literatura i Pamięć)

O ile uchwała sejmu o Roku Józefa Mackiewicza stanowiła zaskoczenie dla miłośników twórczości pisarza, to na pracę Kazimierza Maciąga czekaliśmy od dawna. Zapowiedziana - nie nadchodziła miesiącami. Zrodziło się nawet przypuszczenie, że może rzeszowski historyk literatury uzupełnia dzieło ustaleniami i interpretacjami wyprowadzonymi z ogłoszonych ostatnio sześciu tomów korespondencji oraz czterech - prozy publicystycznej naszego klasyka.

Przypuszczenie niestety nieuzasadnione. Słowa "ostatnio" użyłem umownie, gdyż odnosi się do minionych lat pięciu. Jest ono zarazem na miejscu, gdyż czas biegnie... "ostatnio" jakby inaczej. Wspomniane woluminy wydawanych przez londyńską "Kontrę" pism zebranych - choć dostępne na rynku - ciągle nie weszły do obiegu krytyczno-badawczego.

Wyczekana jest ta lektura Samego jednego. Otwiera ją m.in. motto Kazimierza Zamorskiego - "Pływał pod prąd, do źródła prawdy, tej nie zawsze strawnej, tej kłującej w oczy, obnażającej złudzenia, błędne poglądy, jakie wbrew faktom trwają i trwać będą". Wyczekana, a jednocześnie napełniająca obawą. Janusz Kowalewski w orwellowskim roku w liście do Barbary Toporskiej i Józefa Mackiewicza charakteryzował tekst Leszka Szarugi: "Duża kobyła drętwej mowy (...) o twórczości Pana Józefa. Cholerna nuda, aż dziw, że na taki świetny temat samograj można tak drętwo pisać". Ale z korespondencji Kowalewskiego Kazimierz Maciąg nie korzysta... Nie paliłem się do tej recenzji, wiedząc po wysłuchaniu w sieci bibliotecznego wykładu autora, jak trudne to będzie zadanie. Zamówiono ją jednak - nie ma wyjścia...

Włodzimierz Bolecki w 2011 roku: "Dziś mackiewiczologia stoi na rozdrożu. Prace popularyzacyjne, choć zawsze bardzo potrzebne, nie wnoszą już w zasadzie nic nowego do wiedzy o twórczości Mackiewicza". Nie tego od nich oczekujemy. Więc czego? Porządku? Proporcji? Atrakcyjnej formy? Prawdy, o której chyba już wszyscy wiedzą, że jest ciekawa (i niewiele więcej pamiętają)? A jednocześnie, jak przeczytamy we wstępie: "Niemal corocznie pojawiają się kolejne książki poświęcone jego twórczości (oprócz Czesława Miłosza nie ma drugiego tak często analizowanego twórcy emigracyjnego)". Tu przystanę. Zacznę od indeksu nazwisk - kogo dużo, a kogo brakuje? Bardzo często (brązowy medal po Boleckim i Cacie) spotkamy właśnie Miłosza. A ja mam wrażenie, że noblista w swej starannie przemyślanej strategii zawodowej zabezpieczył się, chwaląc Mackiewicza i "chciał tu przynajmniej bokiem przymazać się" do niego. (Wileńskie, gwarowe określenie biorę z listu do ks. prałata Waleriana Meysztowicza z 29 kwietnia 1970, który kiedyś ogłosiłem, otrzymawszy od cytowanego Kazimierza Zamorskiego - mój wkład do mackiewiczologii).

Jednak nie Czesław Miłosz powinien stanowić dla Józefa Mackiewicza bramę do współczesności. Jest pierwszy zgrzyt, a będą niestety i następne. Choć Kazimierz Maciąg deklaruje: "Kończę redagowanie tej książki, w grudniu 2020 r.", to w przypisach, do których przechodzimy - w wymuszonym warunkami pędzie przeglądu - znajdziemy wiele późniejszych śladów. Najświeższą datą zaznaczonego dostępu do źródeł internetowych jest 1 czerwca 2021. Nie ma więc wytłumaczenia dla braku choćby wzmianki o nowych zbiorach, od wiosny były dostępne. Tym bardziej że profesor ryzykownie podszczypuje.

Przy omówieniu artykułu Materia prima poda złośliwy komentarz: "Z powodów znanych tylko redaktorom Dzieł Mackiewicza praca ta nie została zamieszczona w tomie jego publicystyki Wielkie tabu i drobne fałszerstwa". Ale jest w wyborze Wrzaski i bomby! A powody wcześniejszego pominięcia... Cóż, może cokolwiek słabsza? Kwestia gustu. Trudno przecież polemizować ze smakiem literackim, np. z opinią, że "Morderstwo nad rzeką Waką jest jednym z artystycznie najciekawszych opowiadań Józefa Mackiewicza", czy że Przygoda małego diabełka jest może "niezbyt wyszukana". Ale z innymi punktami dyskutować trzeba.

Uderza stwierdzenie, że pisarz nie ma "opracowanej bibliografii publicystyki zamieszczanej w czasopismach obcojęzycznych". Niepełna - ale oczywiście jest! Trzeba jednak sięgnąć do wydania Drogiej Pani... z 2012 roku, a w nim dostrzec na stronach 545-564 zestawienie wykonane przez Michała Bąkowskiego. Autor dodaje w podsumowaniu: "Fragmentarycznie tylko rozpoznana jest (...) korespondencja, tylko częściowo opublikowana". Cóż z tego, że "tylko" częściowo, skoro i z tej wydrukowanej prawie nie korzysta?

Książka obfituje w potknięcia, które wyrastają ponad proste przejęzyczenie. "Ludwik Mieroszewski", to chyba... Mierosławski? Pardon, chodzi oczywiście o Juliusza Mieroszewskiego. "Pandora" w "rubryce "Puszka"", to także Adam Pragier, nie tylko Stefania Zahorska. Jerzy Niezbrzycki wymieniony bez pseudonimu, pod którym jest znany (Ryszard Wraga) i pod którym publikował cytowany - pośrednio - artykuł. Błędne jest również rozpoznanie bohaterów znanego zdjęcia jury nagrody "Wiadomości" (pomieszanie pechowego Pragiera ze Stanisławem Balińskim). To przykłady z rzędu pomyłek, które nie powinny się zdarzyć. Bank rozbija Tryumf prowokacji. Niczym - Ogniem i szablą... Nie wszędzie omyłka się tłumaczy.

Bardziej niż didaskalia - degustowane głównie przez smakoszy - uwagę zwraca oczywiście treść. Wybiorę tylko jeden z szeregu budzących kontrowersję fragmentów. Jednak podtytuł dzieła - "publicysta" - nakłada pewne obowiązki na naukowca i popularyzatora, który wyrokuje: "Politycznie najbliższe Mackiewiczowi było środowisko londyńskie związane z rządem na uchodźstwie, podtrzymujące wyraźną opozycyjność wobec władz Polski komunistycznej". Wszak nie "opozycyjność", nawet bardzo "wyraźna", tylko odmówienie władzom PRL prawomocności i legalności charakteryzowało Polski Londyn. Zupełnie pominięte zostały też wątki poruszone w broszurach "...mówi Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa..." (1969) oraz "Trust" nr 2. Nowy plan zniszczenia antykomunizmu (1976).

Już lektura samych not i rejestru nazwisk daje orientację o kierunkach. I w brakach. Nie ma na przykład Tadeusza Kadenacego ani Bronisława Mamonia. Nina Karsov - raz wystąpi. Petitem, ale i tu "niesłusznie", gdyż pierwsze wydanie Bulbina z jednosielca w 2001 roku nie było zaopatrzone w noty jej autorstwa (w przeciwieństwie do edycji z 2017 roku, która nie jest wspominana). Wydaje się, że wobec aktywnego wydawcy książek Mackiewicza badacz-popularyzator wykazuje rodzaj uprzedzenia. Formułuje aluzje o "osobliwych problemach" z dystrybucją, o "barierach edytorskich", na które twórczość ta natrafia w kwestii przekładów. Na kolejnej stronie wylicza je (nie wszystkie) w sążnistym przypisie...

"Problem polega na tym, że mackiewiczologia w niewielkim stopniu zadomowiła się w dyskursie uniwersyteckim" - kontynuował diagnozę Włodzimierz Bolecki. Ale nawet wdzięczność za przejaw tej akademickiej aklimatyzacji nie może powodować wprowadzenia taryfy ulgowej. Przeciwnie - zaplecze ma podnosić wymagania. Skoro - wedle recenzentów - to "solidna książka popularnonaukowa", w jej ocenie stosujmy inne kryteria niż w glosach do osobistej impresji, która niekoniecznie musi trafić - jak mówią założenia ambitnej i potrzebnej serii "Literatura i Pamięć" - do "szerokiego grona czytelników". Dlatego z tak mierzoną książką należy dalej prowadzić polemikę. W chwili, gdy kończę recenzję, nie jest znany program wydarzeń Roku Józefa Mackiewicza. Odczytana dzisiaj twórczość "samego jednego" (także ta dotychczas nieznana) może dać odpowiedzi, które potrafią zaskoczyć. Szczególnie tych, którzy przygodę z pisarzem zakończyli na lekturze Kontry w latach osiemdziesiątych.

Od "celi Konrada" do "krypty Gustawa"

Arkadiusz Bagłajewski

Zbigniew Majchrowski

Krypta Gustawa

Warszawa: Instytut Teatralny

im. Zbigniewa Raszewskiego, 2021

532 s., 23 s. tabl.: il. ; 23 cm

(Nowa Biblioteka Instytutu Teatralnego)

W zakończeniu Celi Konrada (1998) Zbigniew Majchrowski napisał słowa - jak się okazuje - zapowiadające najnowszą książkę: "To, co zdarzyło się w celi Konrada, zdecydowało na długie lata o stylu polskiej literatury. Przyszło nam prześledzić (...) długą drogę od Mickiewiczowskiego "Ja mistrz!" do "Ja. Ja. Ja" Gombrowicza, od "Daj mi rząd dusz!" po "Dajcie mi człowieka"".

Krypta Gustawa ukazuje, jak dokonało się owo przejście w odniesieniu do inscenizacji Dziadów: od legendarnej realizacji Wyspiańskiego po wystawienia sceniczne ostatniej dekady. Charakterystyczne i zarazem kluczowe interpretacyjnie jest zwrócenie uwagi na teatralną recepcję arcydramatu w perspektywie "długiego trwania" romantyzmu, zwłaszcza - po roku 1989 - żywo dyskutowanej tezy Marii Janion o "zmierzchu paradygmatu". A inscenizacje ostatniego trzydziestolecia zajmują istotne miejsce w utwierdzeniu charakteru owej zmiany.

Dlaczego Dziady? To niby wiemy - arcydramat, największe dzieło romantyzmu. Dramat obrosły w interpretacje, ale też unieruchomiony w schematach lekturowych. Nieprzeczytany, jak usiłują dowieść twórcy teatralni, czytający często z dezynwolturą, która tak irytuje tradycyjną historię literatury. Ale mogą to robić. Przecież od samego początku, od Wyspiańskiego, poczynano sobie dość bezceremonialnie z dziełem Mickiewicza, przykrawając jego tekst do takiej czy innej scenicznej wizji - będącej zawsze redukcją tekstu. Ale niekoniecznie redukcją znaczeń, bo teatr jako czułe miejsce spotkania tekstu i wizji scenicznej potrafi wydobyć to, co w danym momencie organizuje życie zbiorowości: nazwać niepokoje, postawić diagnozę, dać perspektywę rozumienia tego, co dokoła.

Na zasadnicze więc pytanie: po co nam Dziady (ale też Kordian, Nie-Boska komedia, Wesele, Wyzwolenie...), Majchrowski odpowiada - wbrew uproszczeniom interpretacji, wbrew niektórym teatralnym lekturom - "Mickiewiczowskie Dziady nie są poezją grobów, nie są żałobne, lecz drapieżnie rozrachunkowe i świętokradcze". I takie właśnie Dziady zza owych skamielin i uproszczeń potrafi wydobyć współczesny teatr. Autor Krypty Gustawa skupia swoją uwagę na inscenizacjach dramatu z ostatniego półwiecza, choć kontekstowo sięga po wcześniejsze legendarne spektakle: od Wyspiańskiego przez Schillera po pierwszą powojenną - Bardiniego z 1955 roku. Jednak przełomowe dla współczesnego teatru okazały się Dziady Grotowskiego z 1961 roku, i to do nich jako teatralnego "początku" nowszych odczytań nawiązują twórcy oraz w swym opisie autor książki.

Jakie realizacje wyróżnia? Początek nie jest zaskoczeniem: Dziady Dejmka z legendarną rolą Holoubka. Rozgrywając swe Dziady "po bożemu", Dejmek nieoczekiwanie wyreżyserował też emocjonalne reakcje widowni, stworzył Dziady polityczne, marcowe, wzmożone patriotycznie. Pochodzące z następnej dekady, zrobione już po Grudniu, Dziady Swinarskiego były odejściem od owej "mszy narodowej", jaką stał się dramat Mickiewicza w roku 1967, w kierunku deziluzji romantycznego uwznioślenia. Ale zdaje się, że Majchrowski wyżej stawia Dziady olsztyńskie Henryka Baranowskiego (1977): wyklęte, bo jak uważano ohydne i odrażające, a później przemilczane. A były to Dziady drapieżne, polityczne, ale inną odznaczały się politycznością niż Dejmkowe: po wypadkach radomskich, po zabójstwie Pyjasa ujawniały ducha "obywatelskiego oporu wobec haniebnych wyczynów władzy".

Te realizacje są kontekstem, kontrą - mniej, czy bardziej widoczną - w teatralnych relekturach ostatniego trzydziestolecia. Ale koronkowa robota Majchrowskiego polega na zdolności wyprowadzenia z obejrzanego (i przeczytanego) pewnych ogólniejszych przesłanek interpretacyjnych, tak samych Dziadów, jak romantyzmu po 1989 roku. Dlatego w kompozycji książki pojawią się niezmiernie ciekawe interpretacje owych przesunięć, przeformułowań, nowych interpretacji - wydobywanych okiem teatrologa i umysłem literaturoznawcy. Co się zatem zmienia w myśleniu o Dziadach? Ucieleśnienie, czy też docieleśnienie bohatera. Jest on najdosłowniej rozbierany z tradycyjnego surduta i białej koszuli: ten nowy Gustaw ujawnia "ciężar ciała", jak u Korczakowskiej (2014, Białystok), czy obnosi się ze swoją cielesnością w wielkiej kreacji Bartosza Porczyka we wrocławskich spektaklach Zadary (2014). Kolejnym elementem rewizji jest ujawnienie potencjału teatralnej herstorii (najnowszy teatr okazał się medium wyjątkowo czułym na tekst samego Mickiewicza; dotychczasowe sceniczne "kłopoty" z "Widzeniem Ewy" zostały odsunięte; ukazano wywrotowy potencjał związku erotyki i mistyki, a także sięgano po znane z wcześniejszych realizacji transfiguracje męskiego w żeńskie). I wreszcie - dzieci w Dziadach. Co się stanie, gdy spojrzymy na historię Bohatera Polaków z dziecięcej perspektywy, obecnej czy wręcz wyeksponowanej przez samego Mickiewicza we wszystkich częściach dramatu. Otóż pojawi się inny punkt widzenia, z jednej strony, jak u Dejmka, umożliwiający opowiedzenie historii w perspektywie emocjonalnej, z drugiej, jak u Rychcika, poprzez popkulturowe klisze ujęcia dziecięcego może dojść do znaczącej rewizji znaczeniowej dramatu. Wszakże między jednym a drugim ujęciem mieści się, zawarta w samym tekście, linia interpretacyjna osłabienia "męskiego" twardego patriotyzmu, wspartego na mesjanizmie i mistyce, na rzecz ujęć bardziej sprywatyzowanej relektury teatralnych Dziadów, jak w ujęciu z Teatru Wierszalin. Majchrowski błyskotliwie wydobywa przedefiniowanie rozumienia wspólnoty, jakie zaproponował Tomaszuk: już nie "narodowej sprawy męczennicy", ale samotny Guślarz jest wyrazicielem spersonalizowanej obrzędowości wspólnoty, która tyleż jest skłonna uczestniczyć w narodowym misterium, ile nie rozumiejąc go, bierze udział w popkulturowych rytuałach. To dlatego w ważnym poznańskim spektaklu Rychcika (2014) Mickiewicz wybrzmiewa postkolonialnie, pośród znajomych gadżetów popkulturowych, a miejsce zbiorowych utwierdzeń wspólnoty losu zajmuje jakże prekursorskie spojrzenie na kłopoty ze spotkaniem z Innym. Osobne miejsce w teatralnych potyczkach z arcydramatem zajmuje wrocławska inscenizacja całości Zadary, oparta na swoistym manifeście reżysera, poddającego dekonstrukcji i dekompozycji tekst, ale zarazem wydobywającego z nowej, rozproszonej całości inne sensy, niż zawarł Mickiewicz w narodowym dyskursie cierpienia i mesjanistycznej ofiary.

Porzucenie metafizyki Dziadów jednak nie musi być gestem obrazoburczym: pozwala dostrzec w teatrze to, co pomijane, marginalizowane, ukryte poza męskimi dyskursami. Okazuje się, że sam Mickiewicz zmieścił w Dziadach te wywrotowe treści, które potrafi wydobyć reżyser. Historia literatury jest ostrożniejsza w zapale rewizyjnym, musi widzieć całość, a w niej także to, co dzisiejszego teatru nie interesuje. Czasem przydałoby się reżyserom trochę owej pokory historycznoliterackiej. O tym też pisze autor książki. Ale teatr współczesny ma tę przewagę, że czasem udaje mu się ujawnić to, co marginalne, niedoczytane. Pozwala spojrzeć inaczej na sam tekst, ożywić go, wyrwać ze stereotypów lekturowych.

Świetna książka Zbigniewa Majchrowskiego jest zaproszeniem do nowej, pogłębionej lektury Dziadów - kierowanej tak do współczesnego literaturoznawstwa, jak teatru.