ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Pisanie to mój dar dla innych
Z Anną Bolecką rozmawia Wacław Holewiński
Zacznijmy nietypowo: lubi pani naszą historię, zwłaszcza tę najnowszą? Pytam nie bez kozery. Swoją nową powieść Medalion z perłą rozciągnęła pani na 23 lata i kilka pokoleń. Zaczyna się w roku 1922, kończy jeszcze w czasie trwania wojny, w roku 1945.
Rzeczywiście, większość moich powieści ma tło historyczne, choć nie jest to czas zbyt odległy. Koniec XIX wieku i pierwsza połowa XX. Trudny, ale fascynujący i ważny dla zrozumienia naszej współczesności okres. Dlaczego zwykle sięgam do przeszłości? Bo to pozwala mi patrzeć na rzeczywistość i moich bohaterów z dystansu. Miniony czas w pewnym sensie się zatrzymuje, mogę go oglądać z różnych stron. I tylko muszę bardzo uważać, żeby postaci powieściowe nie wiedziały więcej, niż to było możliwe w danym miejscu i czasie. A czy lubię historię najnowszą? Nie bardzo. Atakuje nas, często trudno ją zrozumieć. Zwłaszcza źle mi się kojarzy okres PRL-u, a szkoda, bo chciałabym napisać trzecią część Medalionu - powojenną. Po Medalionie z ametystem i Medalionie z perłą jakiś medalion... z czym? Jeszcze nie wiem.
A Warszawa? Jest pani miastem. Chciałbym, aby pani trochę opowiedziała o kuchni pisarskiej. Sam pisałem wielokrotnie o Warszawie i wiem, że wcale nie jest łatwo o informacje dotyczące "starej" Warszawy, tej sprzed stu i więcej lat.
Ma pan rację. Trzeba się napracować, żeby odnaleźć zatarte ślady przeszłości. Jednak jest sporo materiałów. Wydano dużo pamiętników, dzienników, listów, albumów. Może dlatego, że Warszawa została tak strasznie okaleczona, po wojnie wszelkie świadectwa były bardzo cenne. Do każdej kolejnej powieści przygotowuję się, zbierając takie osobiste przekazy. Dzięki temu mogę budować swoje postacie, dając każdej swoisty charakter. Gdybym opierała się tylko na wyobraźni, ich język byłby mój, a nie ich - odrębnych, niepowtarzalnych bytów. Natomiast kiedy chcę nadać mojej prozie muzyczny rytm, a muzyczność jest dla mnie ważna - wtedy czytam opowiadania Bunina w pięknych przekładach. Ostatnio dołączył też internet, istny skarbiec najrozmaitszych informacji. To dzięki niemu, całkiem przypadkiem, trafiłam na ślad mojej prababki Katarzyny, o której wiedziałam tylko, że podobno prowadziła w Warszawie salon literacki, gdzie spotykali się pisarze, dziennikarze, artyści.
Ogród Saski. "Przy bramie do parku stał żandarm, który nie wpuszczał Żydów w chałatach".
Ten akurat niemiły szczegół powtarza się we wspomnieniach naszych dziadków i prababek. Oczywiście nie zawsze pamiętam, skąd pochodzi jakaś informacja, jakiś barwny szczegół, który wykorzystałam w powieści. Choć gdybym zajrzała do notatek i bibliografii, a one zajmują niejedną teczkę, mogłabym to odtworzyć. Chyba najwięcej takich świadectw, opisów starej Warszawy znajdzie pan w Medalionie z ametystem, którego akcja dzieje się w latach 1896-1918. To tam próbowałam opisać tę niezwykłą rewolucję 1905 roku, która w Warszawie była krwawa, o czym chyba niewiele wiedzieliśmy. Ale o tym pan dobrze wie, bo opisał pan te zdarzenia w swoich Pogromach.
Swoistym interludium są objaśnienia historyczne na początku wielu rozdziałów.
To było całkiem spontaniczne. Prosiło się po prostu, żeby w tak dużej i rozbudowanej powieści dać czytelnikowi nie tyle oddech, ile raczej szansę spojrzenia z góry. Co działo się wtedy na świecie? Jaki był układ sił politycznych? Ważne wydarzenia dzieją się i kształtują życie ludzi. Moi bohaterowie komentują to, co się dzieje, niejako na żywo, i tu jest pewna trudność. Oni nie mogą wiedzieć więcej o wydarzeniach, niż wiedzą. Kiedy doktor Mieczysław opowiada o wojnie 1920 roku czy o stosunkach między Polakami i Ukraińcami, musi mówić o tym, co widzi, czego doświadcza wtedy. I tak jak my nie wiemy tego, co on wiedział, on nie może mieć tej perspektywy, jaką my mamy po stu latach. To było pewne wyzwanie dla mnie jako pisarki.
Napisała pani we wstępie, że część bohaterów ma swoje odzwierciedlenie w pani rodzinie. Zdradzi pani, kto jest postacią rzeczywistą, a przynajmniej najbliższą rzeczywistości?
Właśnie, raczej bliską rzeczywistości. Jedną z głównych postaci jest prababka Katarzyna, o której prawie nic nie wiedziałam. W odkryciu pewnych szczegółów o niej dopomógł mi, jak już powiedziałam, internet. Dowiedziałam się na przykład, gdzie mieszkała, jak wyglądał salonik w jej mieszkaniu. Ale prawdziwym skarbem okazały się jej listy do córki, odnalezione po wielu latach, ocalałe cudem w starej szafie. W wojennej Warszawie nie tylko los papierów był przesądzony, ale i pozornie bardziej trwałej porcelany, dębowych mebli i wielopiętrowych kamienic. A zatem setka listów z lat 1900-1943 to nie byle co. Tylko że te listy poznałam, kiedy już stworzyłam postać Katarzyny w pierwszym tomie tej historii, w Medalionie z ametystem. Na szczęście w Medalionie z perłą mogłam skorzystać z tego cennego materiału. W listach powieściowej Katarzyny wykorzystałam pewne opisy Warszawy mojej autentycznej prababki i jej charakterystyczne powiedzenia czy słowa, które już dawno wyszły z użycia. Jednak proszę pamiętać, że jest to nadal wyobrażony portret prawdziwej osoby. Ona rzeczywiście była malarką, jej obrazy gdzieś są, ale gdzie? Nie jesteśmy w stanie ich odnaleźć. Typowy los twórczości wielu kobiecych pokoleń. Nieco bliższa mi, bo znana osobiście, moja babcia Janka także została sportretowana jako ktoś rzeczywisty, a zarazem wyobrażony. I wreszcie moja matka jako młoda, pełna życia dziewczyna, którą los szczęśliwie wybawiał z okupacyjnych opresji.
Wrócę jeszcze do tych listów. Odzyskała je pani po latach. Zdarzenie z pogranicza cudu. To są tylko listy do córki?
Nie, nie tylko. Wśród ocalałych papierów były też listy i wiersze męża mojej ciotecznej babki. Te materiały z czasem trafią do Biblioteki Narodowej jako cenne świadectwo twórczości mało znanego młodopolskiego poety. Swoją drogą powojenna historia małżeństwa tych dwojga, którzy w mojej powieści są Ziemkiem i Mery, jest dość smutna. Ziemowit, jako ostatni potomek starej szlacheckiej rodziny z Kresów, stał się obiektem zemsty stalinowskiej władzy. Nękano go, uniemożliwiając pracę i codzienne życie. Chciałabym opisać tę historię w kolejnym Medalionie.
PROZA OBCA
Guliwer nie trafił do krainy Houyhnhnmów
Marcin Kołakowski
Juan Gabriel Vásquez
A gdy obejrzysz się za siebie
przeł. z hisz. Katarzyna Okrasko
Warszawa: "Echa", 2022
463 s.: il.; 22 cm
A gdy obejrzysz się za siebie jest arcyliteracką biografią wybitnego kolumbijskiego reżysera filmowego. To również pełna zwrotów akcji, ideologicznie skonfliktowana oraz sentymentalna podróż w przestrzeni i czasie - przez Europę, Amerykę i Chiny ostatniego stulecia. Juan Gabriel Vásquez, uważany za wirtuoza współczesnej hiszpańszczyzny, jest zapewne jednym z najbardziej rozpoznawalnych w Polsce i na świecie pisarzy kolumbijskich.
Na naszym rynku pojawiły się już tłumaczenia pięciu z ośmiu jego powieści, z których najbardziej charakterystyczną dla stylu literata jest zakorzeniona w dziejach rodzinnej Kolumbii (i w zachodnim kanonie literackim) Sekretna historia Costaguany. Wydana niedawno biograficzna powieść o losach rodziny reżysera filmowego Sergio Cabrery A gdy obejrzysz się za siebie, została przełożona przez Katarzynę Okrasko z należytym pietyzmem i starannością o oddanie niepowtarzalnego warsztatu artystycznego pisarza. W swojej najnowszej powieści Vásquez ponownie podejmuje tematykę związaną z trudnymi i burzliwymi dziejami swojej ojczyzny, sięgając tym razem do historii najnowszej, obejmującej drugą połowę XX wieku i początek nowego milenium.
Akcja A gdy obejrzysz się za siebie rozpoczyna się w 2016 roku, kiedy Sergio Cabrera przybywa do Barcelony, by wziąć udział w retrospektywie swoich filmów i otrzymuje wiadomość o śmierci ojca. Wrażenie egzystencjalnego kryzysu potęguje fakt, że małżeństwo reżysera stoi pod znakiem zapytania, a w Kolumbii odrzucone zostały porozumienia pokojowe mogące potencjalnie położyć kres toczącemu od ponad pięćdziesięciu lat wewnętrznemu konfliktowi zbrojnemu. Powieść stanowi właściwie ogromną retrospekcję, w której niewiele wydarza się w teraźniejszości bohatera, a środek ciężkości położony zostaje na portret jego rodziny raz za razem porywanej przez siły historii. Tym sposobem cofniemy się do czasów hiszpańskiej wojny domowej, jej reperkusji w postaci republikańskiej emigracji do Ameryki Łacińskiej, okresu rewolucji kulturalnej Mao Zedonga w Chinach oraz kolumbijskiej partyzantki lat sześćdziesiątych.
Sam tekst wyłonił się z wielogodzinnych nagrań magnetofonowych obejmujących rozmowy Vásqueza z Sergiem Cabrerą oraz wspomnień tego drugiego. Opowiedzenie na prawie pięciuset stronach trudnych losów rodziny reżysera przez jego bliskiego przyjaciela musiało być dla pisarza nie lada wyzwaniem, jednak efekt końcowy nie sprawia bynajmniej wrażenia bezkrytycznej i przydługiej laudacji. Nasuwa się wręcz pytanie o gatunek: czy tekst jest biografią, powieścią czy może biografią literacką, skoro stanowi kunsztownie opracowaną rekonstrukcję życia pewnej osoby i jej bliskich? Wybór motta poniekąd udziela odpowiedzi, gdyż dowiadujemy się z cytatu Forda Madoxa Forda, iż "każda biografia człowieka albo przypadku powinna być powieścią". Idąc za ustaleniami Philippe Lejeune'a, eksperta w zakresie diarystyki i autobiografizmu, możemy przyjąć, że biografia faktycznie szkicuje raczej obraz rzeczywistości zamiast tworzyć jej złudzenie. Uciekając od kategorii użytkowości, nie musi zatem rządzić się pryncypium prostego prawdopodobieństwa i może postawić na poszukiwanie sensu w pozornie przypadkowych zdarzeniach, które układają się w dzieje jednostki oraz jej bezpośredniego otoczenia: kulturowego, historycznego i politycznego. Owo intensywnie literackie zagłębienie się w życie przyjaciela u Vásqueza wydaje się mieć właśnie ten integrujący kwintesencję ludzkich losów cel, bez konieczności nadawania całości pewnych publicystycznych czy naukowych ram.
Narracja unaoczniająca, bliska postaciom i ich przeżyciom, ma w sobie zarówno nieco ze stylistyki thrillera, jak i powieści eseistycznej, gdyż Vásquez łączy w niezwykle zrównoważony sposób wartkość akcji z refleksjami społeczno-politycznymi i kulturowymi. Ta cecha charakterystyczna powieści uwidocznia się szczególnie w obszernej partii poświęconej pobytowi rodziny Cabrerów w maoistycznych Chinach opanowanych zarówno entuzjazmem, jak i terrorem kulturowej rewolucji. Ze względu na nagromadzenie codziennych i niezwykłych zarazem zdarzeń można by się pokusić o ekranizację tego właśnie epizodu, lecz straciłby on znacząco na swojej wartości, gdyby pominąć niespecjalnie filmowe dyskusje i rozważania na temat sensowności przekształcania społeczeństwa wedle chińskiego modelu solidarności. Charakterystyczne jest również przeplatanie się zasadniczo dwóch planów czasowych - przeszłości i teraźniejszości - co doskonale odmalowuje dojmujące poczucie uwiązania bohatera kajdanami historii zarówno światowej jak i rodzinnej.
Za dominantę tematyczną tekstu moglibyśmy uznać radykalizm ideologiczny, którego ofiarą padł główny bohater i członkowie jego rodziny, zwłaszcza siostra Sergia, Marianella. Oddani sprawie proletariackiej intelektualiści i artyści o silnie lewicowych przekonaniach potykają się bowiem raz za razem o swoje własne ograniczenia klasowe, kulturowe, ideowe, a nawet uczuciowe. Skazani na ograniczenie własnego zmysłu krytycznego wobec imperatywu szerzenia idei solidarności klasowej, w spektakularny sposób przegrywają nierówną walkę ideową z poczuciem strachu i paranoi generowanymi przez kontrolujące każdy aspekt ich życia "dowództwo ideowe". Balansowanie pomiędzy potrzebami zbiorowości a osobistym poczuciem bezpieczeństwa okazuje się nietrwałe i ostatecznie nieosiągalne, co przypłacają szeregiem rozczarowań i poczuciem bezsilności. Rzeczywistość oparta na socjalistycznym modelu wspólnoty w wydaniu chińskim i partyzanckim przybiera znamiona antyutopii, którą Sergio i Marianella ostatecznie odrzucają.
A gdy obejrzysz się za siebie to również świadectwo trudnych relacji rodzinnych, zwłaszcza z ojcem, którego figura nie jest w stanie udźwignąć ciężaru posągu ze spiżu. To również tekst o kobietach w niezwykle zmaskulinizowanym świecie. To właśnie one, szybciej niż ideowo opętani mężczyźni, doznają olśnienia i wydostają się ze światopoglądowych pułapek, które je unieszczęśliwiają, wyniszczają fizycznie i psychicznie. Wielowątkowa, napisana z wyjątkowym kunsztem powieść ma znamiona zaprawdę wielkiej literatury, której nie ogranicza ani specyfika gatunkowa, ani kartografia obszaru kulturowego, z którego się wywodzi.
O LITERATURZE
Prześwietlenie Lalki
Jarosław Petrowicz
Paweł Waszak
Wokół Okrąglaka
Kraków: "Libron", 2022
223 s.: il.; 19 cm
W każdym piśmiennictwie znajdują się arcydzieła, które obrastają karmiącą się nimi literaturą. Stają się powodem nowych poszukiwań i rozmyślań na temat ludzkich doświadczeń. Bywają źródłami inspiracji i przedmiotami interpretacji. W naszej literaturze należy do nich z pewnością Lalka Bolesława Prusa. Choć dzieło jest rozległe i powstało bez mała półtora wieku temu, wnikliwi i kompetentni czytelnicy starają się nie uronić z niego ani słowa.
Znalazł się wśród nich Paweł Waszak, polonista i poeta, autor ilustrowanego albumu Między Kopernikiem a Zygmuntem, czyli tło warszawskie w "Lalce" Bolesława Prusa (2006). Na książkę Wokół Okrąglaka składa się dziewięć szkiców literackich, poświęconych sprawom w dziele Prusa niejednoznacznym, fragmentom niejasnym, wydarzeniom zagadkowym. Wśród nich zwracają uwagę: stosunek pozytywisty do wiary, Kościoła katolickiego i księży, nieobecność Rosji i Rosjan w świecie przedstawionym, topos wiecznej sławy, dom Wokulskiego, zdobycie majątku przez protagonistę w Bułgarii podczas wojny rosyjsko-tureckiej, jego podróże do Paryża i do Moskwy, chronologia w powieści oraz miłość.
Tytuł omawianej pozycji odnosi się do tajemniczej budowli w Łazienkach, a miejsc związanych z akcją Lalki autor omawia znacznie więcej. Pyta o odzwierciedlenie w powieści dziewiętnastowiecznej rzeczywistości. Mimo że jest to, według niego, "najbardziej warszawska powieść polska", gdyby miał tylko do użytku Lalkę, Warszawy tamtych lat raczej by nie zobaczył. "A wygląd - rzecz ciekawa. Czasem ciekawsza od powieściowych perypetii" - zaznacza, a w innym miejscu przestrzega: "Poszukiwania domów czy mieszkań bohaterów literackich są miłym zajęciem, ale czasami prowadzą donikąd lub do nieuprawnionych wniosków". Autor porusza temat tablicy poświęconej bohaterowi powieści przy Krakowskim Przedmieściu 4, stwierdzając, że jest ona podwójnie myląca - sam adres to tylko hipoteza, a i dom ponad sto lat temu nie istniał w takim kształcie i miejscu. "Legendy mają swoje prawa" - konstatuje.
W rozdziale Wiara samoobsługowa zwraca uwagę na to, że w życiu opisywanej społeczności prawie nieobecny jest Kościół katolicki. Jeśli pojawiają się ksiądz czy biskup, to z punktu widzenia akcji pozostają zupełnie nieważni. W dwóch scenach odbywających się w kościele księża nie uczestniczą. Waszak przytacza nieliczne sytuacje, gdzie mowa jest o osobach duchownych. Najistotniejsza jest ta związana z pomocą Mariannie, kobiecie upadłej, którą ratują zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Kłopot w tym, że i one istnieją w powieści w sposób "bezscenowy" - nie pojawiają się w żadnej ze scen utworu. Kościół w powieści to instytucja usługowa. A przecież - jak zaznacza polonista - rzeczywistość była odmienna. Mimo że duchownych prześladowano, a zakony ulegały kasacji, księża wielkiej wiary działali, schodzili czasem do podziemia, nie tracili wiary i nadziei, czynili posługę duszpasterską.
Zagadnienie świata nieprzedstawionego dotyczy także Rosjan. Oni też ukazani są jedynie w sposób symboliczny. Autor podejmuje polemikę z Leksykonem "Lalki". Rozprawia się tu z poglądem, jakoby Prus nie uwzględniał obecności zaborców w Warszawie z powodów patriotycznych. Zastanawia się, czy twórca Katarynki nie reprezentuje takiej postawy jak generał Paweł Chrzanowski. Waszak dochodzi do wniosku: "Rosji (prawie) nie ma w Lalce, by uwypuklić ogrom polskiej nędzy moralnej i usunąć pretensje martyrologiczno-mesjanistyczne z polskiego myślenia". Imperium istnieje w Lalce w tle, gdyż jest sprawcą autocenzury, a lojalizm pisarza wobec caratu wydaje się aż nazbyt wyczuwalny. Zaglądając do kuchni literackiej i ideowej Waszak nie pomija kwestii humoru, anachronicznego i niekoniecznie wyszukanego.
Badacz analizuje wybrane fragmenty Lalki pod względem topograficznym. W tytułowym szkicu Wokół Okrąglaka przygląda się Łazienkom i Ogrodowi Botanicznemu. Przywołuje scenę rozmowy Wokulskiego z Ochockim, który zwierzał mu się z marzenia o wynalezieniu machiny latającej. Konfrontuje fikcję z rzeczywistością. Podąża wieloma tropami i każdy sprawdza. Cytuje artykuły i przewodnik po stolicy z drugiej połowy XIX wieku, co pozwala mu naświetlić metodę twórczą Prusa.
W szkicu Żona Ochockiego autor analizuje stosunek Wokulskiego do sławy, przedstawia jego wahania, targane emocjami serce, które ciągnie ku Izabeli, ale ostatecznie odrzucone kieruje się być może właśnie w stronę odkryć naukowych: "Są wiec przesłanki, by ostrożnie twierdzić, iż subiekt-student wysadził ruiny jak uczeń, a zmartwychwstały pasjonat nauk przyrodniczych, spaliwszy za sobą mosty, wyniósł się do Paryża, by tam, spotkawszy się z Ochockim, starać się o względy jego żony", tj. sławy.
W szkicu Bułgaria bez Bułgarów i biznes ponad podziałami prześwietla sprawę zdobycia majątku przez Wokulskiego na wojnie rosyjsko-tureckiej. Analizuje postawy: Rzeckiego i Wokulskiego, wskazuje moralne wybory, przedstawia wątpliwości związane z dostawami wojennymi i stosunek innych bohaterów do kupca. Zagadkowe sprawy z Suzinem ciągną się dalej. Okazuje się, że wyjazd do Paryża daje wielkie zyski, gdyż wiąże się z kupowaniem okrętów dla Rosji. Na przewrotnie zatytułowany szkic Dlaczego Wokulski nie kupił chmielu? można jedynie odpowiedzieć: bardziej opłaca się handlować bronią. Jakże niestety aktualnie brzmi konkluzja: "Sprowadzanie handlu do schematu sprzedaż-kupno bez uwzględnienia kontekstu polityczno-historycznego i powstających niekiedy dylematów moralnych dowodzi groźnej ślepoty, która i dziś nęka różne rejony świata, szczególnie te nawiedzane konfliktami zbrojnymi. Zawsze znajdzie się ktoś niewidzący różnicy między zarobkiem np. na chmielu a zarobkiem na rakietach i tym podobnej galanterii".
Rozprawa z Lalką dotyczy także datowania. W Rebusach chronologicznych Waszak uściśla daty, korzystając z ówczesnej prasy i wiedzy historycznej. Niektóre ustalenia pozwalają określić dokładny czas wydarzeń, inne wskazują na niekonsekwencje lub błędy Prusa, który potrafił pomieszać porządek czasowy. Badacz odkrywa też metodę powieściowej chronologii i nazywa ją "poślizgiem w czasie". Zamieszcza dwie tabele, w których fikcja miesza się z rzeczywistością. Imponuje gorliwość autora Trenów znikąd w śledzeniu szczegółów nie tylko chronologicznych.
W finałowym szkicu O dzikich pretensjach miłośnik powieści analizuje "wątek rozrachunkowy natury sercowo-literacko-społecznej". Zestawia Wokulskiego z Gustawem z IV części Dziadów. Wskazuje na problem granicy pomiędzy światem realnym a fikcją literacką. Analiza prowadzi momentami do smutnych wniosków. Realizm Lalki bywa wątpliwy, partie dotyczące szczęśliwej Francji przypominają Waszakowi późniejsze teksty propagandowe bloku sowieckiego - publicystyczne fantomy. "Gdyby w cytowanym fragmencie zastąpić nieliczne realia paryskie np. moskiewskimi, otrzymalibyśmy socrealistyczny pean na cześć stolicy mas pracujących. I równie zgodny z prawdą". Polonista krytykuje przedstawienie Francji jako idylli kapitalistyczno-cywilizacyjnej, zarzuca jej fantomowość, niezgodność z rzeczywistością. Ten fragment powieści "pachnie ubogim laboratorium literatury tendencyjnej".
Całą książkę odczytuję jako rzetelne i uczciwe wczytanie się w tekst arcydzieła. Obfituje ono wieloma pytaniami i wątpliwościami, których rozwianie nie zawsze wydaje się możliwe, ale tam gdzie jest, prowadzi do odkrywczych i niepokojących wniosków. Zaletą zbioru jest to, że wytrąca tryb czytania arcydzieła z kolein stworzonych przez dziesięciolecia recepcji. Literaturoznawstwo - podobnie jak literatura - tworzy swoje mity. Waszak dzięki dociekliwości, drobiazgowości i cierpliwości pasjonata niektóre z nich demaskuje. To jest duży walor jego historycznoliterackich gawęd.
KULTURA
Muzyka sięgająca nieba
ks. Jan Sochoń
Krzysztof Lipka
Świętość i brzmienie
Muzyka w Biblii
Warszawa; Sopot: "Octopusdesign", 2022
204 s.; 22 cm
Książka Krzysztofa Lipki to ryzykowne, ale zarazem bardzo potrzebne opracowanie, niemal pionierskie w polskiej literaturze przedmiotu, gdyż poza nielicznymi przekładami prac poświęconych muzyce starożytnego Izraela i jej instrumentarium nie dysponujemy poważnymi interpretacjami na temat poruszany w Świętości i brzmieniu.
Oczywiście nasi badacze rozumieją wagę problemu i choćby z racji przekładowych muszą odnosić się do zagadnień należących do biblijnej kultury muzycznej. Okazuje się bowiem, że różnice w podejściu do poszczególnych wyrazów czy nawet całych zwrotów pomieszczonych w Biblii są tak odmienne, że ich znaczenia niekiedy zupełnie się rozmijają. Nie sposób zatem ustalić, jakie oryginalne cechy budowały "myślenie muzyczne" plemion semickich, tym bardziej że nie mamy żadnych przedstawień malarskich czy rzeźbiarskich, które rozwinęły się w szczątkowej formie dopiero w dalszej historii Izraela. Z tej racji podstawowym źródłem wiedzy o żydowskiej muzyce i jej powiązaniu z religijną wiarą i później Świątynią Jerozolimską pozostaje Tanach, czyli Biblia hebrajska.
Lipka, znakomity muzykolog, filozof, człowiek radia, wszechstronny pisarz, którego zażyłość ze Starym i Nowym Testamentem godna jest szczerego naśladowania, dostrzegając różnego rodzaju trudności i kłopoty interpretacyjne związane z lekturą (i tłumaczeniami) ksiąg biblijnych, szczególnie miejsc mających znaczenie muzyczne, postanowił o własnych siłach zmierzyć się z narosłymi przez ponad trzy tysiące lat treściami budującymi muzycznoreligijny styl życia Izraelitów. Na uboczu zainteresowania pozostawił materiały archeologiczne, naukową metodologię, specjalistyczną literaturę przedmiotu. Jako konsekwentny czytelnik kochający Biblię ograniczył się do skupionej lektury, do porównań terminologii muzycznej proponowanej w różnych przekładach biblijnych. Zaufał własnemu doświadczeniu hermeneutycznemu i wiedzy, jaką zdobył podczas wieloletniej praktyki naukowej, pisarskiej i - co najważniejsze - czytelniczej. Mając te specyficzne narzędzia, postanowił wyodrębnić wszystkie aspekty świętej narracji, które odsłaniają rolę i znaczenie muzyki w kulturze religijnej Hebrajczyków. Nie chodziło mu o rozpatrzenie jej w perspektywie estetycznej, lecz o uwyraźnienie muzyki jako koniecznej cząstki życia, wychowania, kształtowania etosu społecznego i moralnego.
Posługiwał się, zgodnie z rodzinną tradycją, przekładami protestanckimi, głównie Biblią Gdańską, ważną dla protestantów tak, jak tłumaczenie ks. Wujka dla katolików, choć niekiedy sięgał do Biblii Poznańskiej. Mimo że nadzwyczaj krytycznie odniósł się do współczesnych tłumaczy katolickich, którzy, jego zdaniem, odzierają teksty biblijne z hieratyczności, tajemnicy, wiekuistego światła płynącego z Bożej obecności i dają się ponosić twórczemu fantazjowaniu. Lipka starał się zaprezentować w kwestiach kontrowersyjnych jak najbardziej prawdopodobne wyjaśnienia, stale pamiętając o zmienności form muzycznych oraz instrumentarium, jak też o całkowitej odrębności muzyki, o której mówi Biblia, od tej nam współczesnej.
Założył również (niezbyt chyba słusznie), że postęp dokonuje się w sztuce, natomiast ludzkie myślenie pozostaje oporne na wszelkiego typu zmiany. Tak właśnie było w przypadku Hebrajczyków, którzy zachowali pierwotną, świętą aurę czasów początku, kiedy Jahwe przemawiał do nich w czystym słowie patriarchów, przywódców pustynnych czy w nagłych epifaniach. Autor przekonuje, że tamten święty okres wciąż trwa, niepodatny na jakiekolwiek przekształcenia, profilując "nasze dziś". A muzyka? Ona wywodzi się właśnie z owych korzeni, z pierwszego błysku objawienia się jedynego Stwórcy, który uczynił z półkoczowników wędrujących w poszukiwaniu nowych pastwisk i wody dla stad owiec i kóz naród wybrany. Toteż muzykę uznał Lipka za najbardziej poręczny sposób porozumienia człowieka z religijnie pojętymi siłami transcendentnymi. Jako że jest sztuką duchową, symboliczną i abstrakcyjną, ze swej natury może współtowarzyszyć ludziom w relacjach z boskim Ty. Co wypada więc o niej powiedzieć? Tyle, ile zdołamy odczytać z kart Tory, której słowa zastępują słowa samego Boga.
Lipka wybrał tropy pozostawione przez historycznie ukształtowane wzory biblijne, od Księgi Rodzaju do Apokalipsy, zwracając uwagę na dokonania kapłanów Lewitów. Oni doprowadzili do scementowania tego, co określamy muzyką tamtych wieków, charakteryzującą się w swych początkach wąską rozpiętością między najwyższym a najniższym dźwiękiem, stałym powtarzaniem pewnych aklamacyjnych formuł, oddzielnością gry na instrumentach i śpiewu solowego, nieobecnością dokładnego stroju, nieodróżnianiem całych tonów od półtonów, improwizowanym "zgiełkiem" instrumentalnym (również zgiełkiem głosów, ale nie wrzaskiem), melorecytacją, więzią pieśni religijnych ze świeckimi, skandowaniem na powtarzanym dźwięku, swoistą "narkotycznością" śpiewu, lecz nigdy w oktawie, i w ogóle brakiem słowa odpowiadającego współczesnemu terminowi "muzyka" (z wyjątkiem akadyjskiego nig?tu= muzyka).
Zapewne Psalmom Dawidowym towarzyszyła gra na instrumentach, trudno jednak określić, jak to działanie przebiegało. Czy wydobywano dźwięki między poszczególnymi wersami, czy raczej mamy do czynienia z melodyjnym wtórowaniem melorecytacji? W starożytności przecież nie zapisywano linii melodycznych, zachowując je w przekazie ustnym, a ten miał charakter dynamiczny i poniekąd niestały. W każdym razie różnorodność muzyki żydowskiej okazała się nader widoczna. Inaczej wyglądała w krajobrazach monadycznych, inaczej podczas prosperity państwa (wówczas w dużym stopniu wiązała się z Jerozolimską Świątynią) czy w okresie diaspory. Zmieniała barwy po upadku żydowskiej państwowości, gdy Rzym panował nad ówczesnym światem, a zupełnie odmiennie rozprzestrzeniła się w kulturze Żydów sefardyjskich.
Lipka wie o tym, podchodzi przeto do problemu z należytą ostrożnością. Przywołuje miejsca z Biblii Gdańskiej, gdzie zostały wymienione najróżniejsze instrumenty. Oczywiście łatwo tutaj o pomyłki i zaraźliwe błędy, które niestety zagnieździły się w wielu przekładach. Eseista zestawia ze sobą kolejne księgi i wymienia rodzaj instrumentu wraz z liczbą wzmianek o nim. Ich liczba narastała z biegiem czasu, poczynając od związku z militarną sferą życia, aż do wypunktowania estetycznej roli muzyki, co rozpoczynają Księgi Psalmów. Dalej opisuje możliwości i sposoby wykonywania muzyki, nie wyłączając wpływu na nie pewnych okoliczności zewnętrznych. Analizuje kwestie ówczesnego śpiewu solowego (także zespołowego), konkludując całą kwestię ironicznym zapytaniem: gdyby trzy tysiące lat temu Hebrajczycy mogli na pustyni śpiewać czterogłosowe chorały?
Fascynujące są jego słowne ujęcia instrumentów muzycznych, które jako przedmioty nie cieszyły się szczególnym uznaniem, choć były niezbędne w kulcie religijnym i obyczajowości świeckiej. Szkoda, że nie mogę szerzej przedstawić wyników refleksji Lipki, zachęcam więc do lektury. Wówczas wyjdzie na jaw rola instrumentów dętych (trąba okazuje się instrumentem zdecydowanie uprzywilejowanym), strunowych i perkusyjnych (bębny, bębenki, dzwonki, może tamburyn i cymbał), rozpoznamy, czy kobiety uczestniczyły w śpiewie i muzykowaniu świątynnym, zagłębimy się w "muzyczną warstwę" Psalmów, przekonani przez autora, że odnoszenie terminu "melodia" do muzyki Starego Testamentu jest anachronizmem. Podobnie jak mówienie o śpiewających kapłanach, głosach solowych, licznych instrumentach, chórach.
Być może muzyka Starego Testamentu była specyficznym, jak nazywa Lipka, hałasem, krzykiem, zbiorowym szałem, ale to właśnie jej zawdzięczamy rozwój muzyki zachodniej. Bez, niekiedy dyskretnego, towarzystwa muzyki nie sposób wyobrazić sobie życia Hebrajczyków, którzy wiązali z nią swe decyzje moralne, religijne, obyczajowe.
Ostatnie części studium Lipki dotyczą ksiąg, które nie weszły w skład Biblii hebrajskiej, nie wyłączając Nowego Testamentu. Obecność i pojmowanie w nich muzyki różni się od tradycji starotestamentalnych. Autor ujawnia owe odrębności i charakterystyczne cechy, nie decydując się szerzej zagłębiać w meandry świętych zapisów, zwłaszcza Apokalipsy. Dowodzi wszakże węzłowej tezy, że Biblia przydziela muzyce rolę służebną wobec dobra i prawdy, w porządku etycznym i eschatologicznym. Że jest, także obecnie, w niej zakorzeniona, mimo że minęły (oby nie bezpowrotnie) czasy, w których człowiek naocznie rozmawiał z Bogiem, wychwalał Go w radosnym śpiewie i tańcu.
REPORTAŻ | LITERATURA FAKTU
Czterozmysłowi
Andrzej Wróblewski
Anna Goc
Głusza
Warszawa: "Dowody na Istnienie", 2022
247 s.; 22 cm. - (Seria Reporterska)
Większość osób, które się nie zetknęły z ludźmi głuchymi, przekonana jest, że język migowy to coś w rodzaju esperanta, więc głusi wszędzie porozumieją się z głuchymi. Tymczasem naturalnych języków migowych jest na świecie prawie sto pięćdziesiąt i różnią się od siebie tak, jak polski różni się od niemieckiego.
Reporterską książkę Anny Goc można nazwać encyklopedią wiedzy o świecie głuchych. Zaskakująca i zadziwiająca Głusza odkrywa zupełnie nieznany świat milczenia. W Polsce żyje w nim około pół miliona ludzi, z których około sto tysięcy posługuje się językiem migowym. Lektura Głuszy zawstydzi czytelników, jeśli uświadomią sobie, że nie mieli o sprawie pojęcia i przebywali w gęstej mgle stereotypów (choćby takich, że każdy głuchy potrafi czytać z ruchu warg i pisze lub czyta po polsku) mijających się z rzeczywistością. Wreszcie jest to książka w pewnym stopniu ozdrowieńcza, bo zachęca, wręcz nakazuje weryfikację własnych przekonań w odniesieniu do każdej stygmatyzowanej z jakiegoś powodu grupy społecznej.
Czy dla głuchego dziecka lepiej, gdy jego rodzice też są głusi? Najpierw spójrzmy na to pytanie w świetle etyki: czy jedno nieszczęście może być pomniejszone nieszczęściem innych? Czy takie pytanie w ogóle możemy stawiać? Otóż odpowiedź zależy od celu, jaki się wyznacza wychowywaniu głuchego dziecka, bo okazuje się, że w polskiej rzeczywistości inny cel wyznacza państwo, a inny rodzice. Państwo nastawione jest na naukę języka polskiego, a rodzice (choć dalece nie wszyscy) przede wszystkim na umiejętność komunikowania się dziecka z otoczeniem, w tym głównie z innymi głuchymi posługującymi się językiem migowym. Tak więc z punktu widzenia państwa lepiej jest, gdy rodzice słyszą, czyli posługują się polskim językiem mówionym, a z punktu widzenia dziecka i jego procesu socjalizacji lepiej, gdy rodzice też są głusi.
Owa dwoistość celów rozpisana została przez autorkę na cały okres dochodzenia do dorosłości. Jest to droga najeżona niewytłumaczalnymi absurdami powodującymi, że głuche dziecko nie ma praktycznie żadnych szans w dorosłym życiu, bo pozbawione wykształcenia i zawodu (nie licząc prostych prac fizycznych) na trwałe zostaje wpisane do grona obywateli drugiej kategorii. Grzechem pierworodnym było tu powstałe jeszcze w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku przekonanie, że osoba kaleka musi się dostosować do większości, a nie odwrotnie. W szkolnictwie specjalnym objawiło się to zatrudnianiem nauczycieli, którzy nie znali języka migowego, a także zapisami w regulaminach szkół, nakazującymi karanie dzieci posługujących się takim językiem. Schemat był następujący: nauczyciel mówił "głośno i wyraźnie", zapisywał swoje kwestie na tablicy, a dzieci mechanicznie to przepisywały, kompletnie nic nie rozumiejąc. Jeszcze dzisiaj jest wielu "lingwistów", którzy twierdzą, że obserwując ruchy ust osoby mówiącej, sposób wdychania i wydychania powietrza, można się nauczyć wypowiadania poszczególnych słów. A fakt, że tak uczone dziecko nie słyszy samego siebie, czyli nie wie, jakie dźwięki wydaje, nie ma większego znaczenia, bo to kwestia powtarzalności - trzeba dużo ćwiczyć. Innymi słowy, głuche dziecko może zacząć mówić, jeśli się wykaże odpowiednią wytrwałością. W tym kontekście pojawiły się też takie słowa, jak dyscyplina, rygor, tresura i stwierdzenie, że umiejętność posługiwania się językiem migowym... odciąga od nauki prawdziwego języka.
Można powiedzieć, że niewiele dzieci wykazało się nadludzką wytrwałością, bo spośród wielotysięcznej rzeszy uczniów szkół dla głuchych maturę zdało ledwie kilka osób. Jest to zresztą oddzielny temat, bo głusi zdają w Polsce dokładnie taką samą maturę jak osoby słyszące, czyli mają też egzamin ustny. Jedyne udogodnienie daje ogólna instrukcja wstępna podawana w języku migowym; zrozumienie poszczególnych poleceń wymaga znajomości polskiego języka pisanego, który dla dziewięćdziesięciu dziewięciu procent głuchych jest językiem obcym. To tak, jakby nagle nakazać wszystkim polskim uczniom klas maturalnych zdawać maturę po węgiersku. Z pewnością kilku by zdało.
Pewne nadzieje na zmianę sytuacji łączono z wymyślonym przez niedosłyszącego matematyka, a dziś profesora nauk humanistycznych, systemem językowo-migowym (SJM). W połowie lat osiemdziesiątych SJM wprowadzono do szkół dla głuchych, spychając tym samym naturalny polski język migowy (PJM) na drugi plan. Dziś tę decyzję uważa się za początek wielkiego, trwającego całymi latami chaosu. Od tłumaczy języka migowego wymagało się znajomości SJM, choć było oczywiste, że nie rozumie go większość głuchych. Sam twórca SJM przyznał później, iż PJM wcale nie jest prymitywny. Podobne, płonne nadzieje stwarzał postęp technologiczny. Twierdzono, że coraz bardziej udoskonalane aparaty słuchowe, a później implanty wyeliminują problem głuchoty. Rzeczywistość okazała się znacznie trudniejsza, o czym zaświadczają głusi rozmówcy Anny Goc, którzy zdecydowali się na technologiczne eksperymenty. Bo słabo czy nawet bardzo słabo słyszeć to zupełnie co innego niż nic nie słyszeć.
Autorka wspomina swoje niegdysiejsze zdziwienie, gdy opowiedziano jej historię o słyszącym synu głuchego małżeństwa, który stracił nagle przytomność. Rodzice, z natury rzeczy, nie mogli zadzwonić po pogotowie, więc zaczęli walić w drzwi sąsiadów. Udało się, ale wyglądało na to, że "w Polsce nie da się wezwać pomocy w inny sposób". Można śmiało założyć, że podobne zdziwienia będą towarzyszyły czytelnikom Głuszy. Bo na przykład: jak odbywa się wizyta u lekarza? W większości przypadków głuchy chory wchodzi do gabinetu z kimś słyszącym i znającym język migowy. A lekarz, przekonany, że każdy głuchy potrafi czytać z ruchu ust, wyprasza tę trzecią osobę, ponieważ obowiązuje go tajemnica lekarska. Jak głuchy ma zaprotestować? Pół biedy, gdy tą trzecią osobą jest słyszące dziecko chorego, ale wtedy coś istotnego może zostać przekręcone, gdyż dziecko wielu słów nie zrozumie. A jak to będzie na porodówce? I co musi zrobić głuchy pragnący zobaczyć Wenecję?
Autorce należą się słowa najwyższego uznania za pracę, jaką wykonała, by wniknąć w świat głuchych. Sprawozdanie Anny Goc z tej eskapady zadziwia wszechstronnością i szczegółowością, a dosłowne tłumaczenia rozmów i wypowiedzi głuchych poruszą niejednego czytelnika. Nie da się też nie wspomnieć o znakomitym tytule: Głusza. Wieloznacznym, a równocześnie trafiającym w samo sedno.
HISTORIA
Czy Lenin był dobry?
Tomasz Danilecki
Thierry Wolton
Historia komunizmu na świecie
Próba dochodzenia historycznego
Kaci - żelazną ręką
przeł. z fr. Michał Romanek
Kraków: Wydaw. Literackie, 2021
1204 s.: il.; 25 cm
Zawarte w tytule pytanie, które zadano mi ostatnio, wydało mi się tak absurdalne, że oniemiałem. Usłyszałem je od poznanej niedawno uchodźczyni z Ukrainy, a moje osłupienie było tym większe, że pytanie padło po dłuższym "wykładzie" o historii i zbrodniach komunizmu, którego wysłuchała.
Pobrzmiewało w tym pytaniu echo dawnej opowiastki o złych "czynownikach", którzy w "ruskim mirze" winni byli wszelkich klęsk i niepowodzeń, a "dobry car", gdyby tylko o tym wiedział...
Choć znajoma Ukrainka na własnej skórze przekonała się, na czym ów "mir" (w języku rosyjskim zarówno "świat", jak i "pokój") polega, nie potrafiła uwolnić się spod wpływu sowieckiej propagandy i edukacji. Homo sovieticus wiecznie żywy - pomyślałem.
Przypomniałem sobie tę scenkę, czytając Historię komunizmu na świecie francuskiego dziennikarza i eseisty Thierry Woltona. Co prawda brałem to dzieło do rąk nieufnie, co podyktowane było nie tylko jego monumentalnymi rozmiarami (niemal 1100 stron tekstu, nie licząc przypisów, bibliografii i indeksów, a to dopiero pierwszy z trzech tomów!). Moją nieufność pogłębiało też francuskie pochodzenie autora (w końcu to francuscy intelektualiści przez lata zaciskali oczy, uszy i usta, by nie zauważać i nie wspominać o zbrodniach komunizmu, a de Gaulle jako pierwszy uznał PKWN za legalny ośrodek władzy w Polsce), jak również jego młodzieńcza fascynacja goszyzmem. Autor, zdając sobie najwyraźniej sprawę z tych potencjalnych wątpliwości czytelników, szczerze o tym pisze we wstępie i wyjaśnia, że to głównie dzięki rosyjskiej żonie - urodzonej w Norylsku córce więźniów Gułagu, uciekinierce, a zarazem i opiekunce uciekinierów ze Związku Sowieckiego - był w stanie zrozumieć "system".
Książka nie ma ambicji dzieła naukowego, nie jest też - jak pisze skromnie autor - "chronologicznym opisem podboju świata przez komunistów". Stanowi natomiast imponującą i udaną próbę zebrania w spójną i logiczną całość rozproszonych faktów, wypowiedzi i cytatów, mającą przede wszystkim odpowiedzieć na pytania: jak i dlaczego system komunistyczny mógł powstać i rozwinąć się w dwudziestowiecznym świecie. To bardziej pasjonujący esej niż wykład akademicki, w którym narracja autora przeplatana jest obszernymi cytatami z wypowiedzi i wspomnień luminarzy "systemu", z najważniejszych dokumentów czy relacji prasowych.
Wolton przechodzi przez historię poszczególnych krajów po kolei ulegających bolszewickiemu "złudzeniu", poczynając od Rosji przełomu XIX i XX wieku, a kończąc na Afganistanie lat siedemdziesiątych minionego stulecia. Podtytuł pierwszego tomu brzmi: Kaci i przedstawia powstanie i rozwój komunizmu przez pryzmat życiorysów Lenina, Stalina, Mao, Ho Chi Minha czy Pol Pota.
To właśnie od Woltona dowiedziałem się, że Lenin miał dłonie "wielkie i bardzo brzydkie", mrużył wąskie, skośne oczy z powodu krótkowzroczności, a żyjąc w Europie Zachodniej prowadził drobnomieszczańskie życie za pieniądze żony, sióstr i matki. W jego wyglądzie nie było ponoć "nic wojowniczego, zdradzającego głębię myśli". Był natomiast okrutny i za nic miał życie ludzkie. Stalin z kolei pod koniec życia był bardzo żarłoczny, miał zaniki pamięci i nikt z jego najbliższego otoczenia nie płakał po jego śmierci.
Ale nie jest to tylko esej o ludziach. Autorowi chodziło nie tyle o "ujawnienie nieznanych szczegółów czy epizodów", lecz o przeprowadzenie "dochodzenia historycznego". Wiele tu opisów (nieraz trudnych do zniesienia z powodu brutalności) zbrodni, popełnianych w imię realizacji komunistycznej utopii. O sprawach polskich Wolton pisze sporo i jest w nich przeważnie kompetentny, chociaż konsekwentne operowanie przez niego liczbą 14 tys. ofiar Zbrodni Katyńskiej (pomija 7 tys. zamordowanych, którzy nie mieli statusu jeńców wojennych) musi budzić sprzeciw polskich czytelników.
Kolejny, równie obszerny tom, pokazujący komunizm z perspektywy milionów ofiar, lada dzień ujrzy światło dzienne i warto na niego poczekać. Ostatnia część trylogii ma przedstawić współsprawców i piewców komunistycznej ideologii. Sądzić należy, że całość dzieła Woltona będzie odtrutką, zwłaszcza dla tych, którzy ciągle próbują doszukiwać się w komunizmie jakichś pozytywów.
nr 2/1244
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak
Tomasz Kłusek Mikołaj Rajkowski
Andrzej Skalimowski
Maria Sokołowska
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,
w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo
skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.
CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności
za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2023
półrocze 75 PLN, cały rok 150 PLN
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki,
która realizowana jest Pocztą Polską. Prenumeratę można zamówić na sklep.instytutksiazki.pl lub dokonując bezpośrednio wpłaty na konto.
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta. www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl, nexto.pl i virtualo.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,
przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych
informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator
może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych,
ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,
prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego,
tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówienia
na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.