Nowe Książki 2/22 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

8.00 zł
6.64 zł (6,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

nr 2/1233

MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

ZESPÓŁ:

Grzegorz Filip redaktor naczelny

Anna Stypułkowska sekretarz redakcji

Małgorzata Borczak,

Juliusz Gałkowski,

Tomasz Kłusek,

Andrzej Skalimowski,

Maria Sokołowska,

Piotr Szewc

Teresa Kurek oprac. techniczne

Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat

PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski

ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel

KOREKTA: Bogna Piotrowska

ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5

tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl

WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6

Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34

NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca, w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych. Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Cennik reklam znajduje się w "Kurierze Nowych Książek".

WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ

KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2022

kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN

"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając

(na dowolny okres) na konto wydawcy

Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków

Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ

? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW

WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ

Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:

Prenumerata krajowa:

Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.

www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:

Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl

e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl

Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,

przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych

informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator

może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,

ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,

prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego

tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia

na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych

- iod@instytutksiazki.pl.

SZTUKA

Twarze Dejmka

Elżbieta Baniewicz

Magdalena Raszewska

Dejmek

Warszawa : Teatr Narodowy, 2021

631 s. : il. (w tym kolor.) ; 23 cm

Starożytni mawiali, że charakter to los. Natura obdarzyła Kazimierza Dejmka niespożytym temperamentem i niepokornym charakterem, ostrym językiem i instynktem przywódcy, talentem reżyserskim i dyrektorskim.

Emocje, jakie wzbudzały jego dzieła sceniczne, a nade wszystko sposób bycia, osobiste wybory na różnych etapach historii, czyny i słowa wpływały na jego miejsce w środowisku teatralnym, a szerzej, na polską kulturę po wojnie. Napisać niezakłamaną biografię człowieka pełnego sprzeczności, o wybitnie pofałdowanej linii życia, który nie chodził za stadem, to potężne wyzwanie. Ale się udało. Wspaniale.

Dejmek Magdaleny Raszewskiej liczy z indeksami i bibliografią sześćset trzydzieści stron, sto czterdzieści cztery zdjęcia, sześćset trzydzieści trzy przypisy. Ostatnia liczba wskazuje wielość źródeł, obok archiwów teatrów warszawskich, w których pracował, są to zbiory teatrów w Essen, Wiedniu, Düsseldorfie, w Piccolo Teatro di Milano. Autorka wykorzystała też archiwa wielu instytucji oraz liczne opracowania, artykuły, wywiady, listy, tak zwane "bulle" dyrektora wywieszane na tablicy do wiadomości zespołu, karteluszki i notki zachowane w prywatnym archiwum bohatera. Wszystko po to, by pokazać współrzędne biografii Dejmka, bowiem - jak pisze Raszewska - od tego, jak wygląda teatr za kulisami, zależy to, co widać na scenie, zatem przytacza opinie i reakcje aktorów, współpracowników i widzów, przywołuje też szeroko pojętą ówczesną rzeczywistość.

Czyta się tę książkę jednym tchem, ponieważ przez biografię jednego z najważniejszych twórców powojennego teatru autorka ukazuje dzieje inteligencji uwikłanej w gry z władzą. Jej przedstawiciele chcieli budować coś pożytecznego dla innych, ocalić sens pracy własnej, ale też powiedzieć społeczeństwu coś ważnego, co nie zawsze było proste czy możliwe.

Dejmek miał głębokie poczucie misji teatru jako instytucji kulturotwórczej, niezbędnej dla samostanowienia narodu. Pragnął budować teatr-instytucję, a nie tylko robić przedstawienia, niekiedy wbrew aktorom. Nie wszyscy podzielali te przekonania, wielu chciało po prostu grać i zarabiać. Z determinacją tworzył zasady i regulaminy, w "bullach" obwieszczał kary i normy postępowania, pilnował jakości przedstawień, zwłaszcza wygłaszanego ze sceny słowa, by - mówiąc językiem ekonomii - widz ostatniego spektaklu dostał taki sam produkt jak na premierze. Przekonany o własnych racjach, dążąc do wyznaczonych celów, bywał czarujący i brutalny, uwodzicielski i apodyktyczny, przeklinał jak szewc, palił trzy paczki papierosów dziennie (za popielniczkę na próbach służyło wiadro z wodą), a mimo to aktorzy chcieli być w zespole Dejmka. Nawet gdy jego teatr mijał się z estetyką wypracowaną przez młodszych reżyserów, gdy tracił "miłość" krytyków i widzów, wciąż powtarzał, że w teatrze najważniejsze jest słowo poety. Nie zmienił swych obyczajów jako prezes ZASP-u czy minister kultury i sztuki, ani swych socjalistycznych przekonań (nie przystąpił do Solidarności ani do Kościoła), co w ostatnim okresie życia prowadziło do utraty dawnych przyjaciół i współpracowników.

Urodzony w 1924 roku na kresach dawnej Rzeczypospolitej, w Kowlu, wybrał przynależność do narodu polskiego, co nie było oczywiste, skoro ojciec był Czechem, matka pół Austriaczką, pół Węgierką. Jako młody chłopak brał udział w walkach partyzanckich rzeszowskiego oddziału AK, niewykluczone, że z broną w ręku. Po wyzwoleniu jako aktor trafił do teatrów w Rzeszowie i Jeleniej Górze. W łódzkim teatrze Leona Schillera uczył się (nie bezkrytycznie) reżyserii. Z grupą rówieśników stworzył w Łodzi zarządzany kolektywnie Teatr Nowy, opowiadający się po stronie ideałów sprawiedliwości społecznej. Znalazły one wyraz w głośniej premierze socrealistycznej Brygady szlifierza Karhana Waška Káňi (1949), w sztukach o postępowych hutnikach, rolnikach czy zdemoralizowanej młodzieży. Zauroczenie nową Polską, mimo nagród państwowych, nie trwało długo, bo kto chciał wiedzieć, jak władza stalinowska obchodzi się z przeciwnikami ustroju, ten wiedział.

Łaźnią Majakowskiego (1954), Świętem Winkelrida Andrzejewskiego i Zagórskiego (1956) oraz premierą Ciemności kryją ziemię Andrzejewskiego (1957) przystąpił do rozliczeń ze swą naiwną (?) wiarą w socjalistyczne ideały i znalazł się w centrum sporów odwilżowych. Uważał, że "do romantyzmu Polacy byli normalnym narodem, romantyzm spowodował, że zwariowali", więc się zwracał nie w stronę narodowych wieszczów czy modnego wówczas teatru absurdu (Wizyta starszej pani Dürrenmatta pozostaje wyjątkiem potwierdzającym regułę), lecz ku klasyce. Tej mało znanej, wręcz zapomnianej - "Jestem przeświadczony (...) - powie w 1966 roku - że te propozycje estetyczne, które nam odsłania teatr dawny, są jedynymi polskimi oryginalnymi, narodowymi rozwiązaniami dla naszej sztuki scenicznej obok twórczości trzech dramaturgów: Mickiewicza, Wyspiańskiego i Witkiewicza".

Żywot Józefa Mikołaja Reja (1958) i Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu pańskim Mikołaja z Wilkowiecka (1961), wystawione w Łodzi, zbudowały styl i sens teatru staropolskiego Dejmka. Stworzony nie bez inspiracji Schillera, okazał się "bujny, krwisty, ani chwili nudny czy nużący", własny i niepowtarzalny, więc "przy okazji" zapewnił trzydziestopięcioletniemu reżyserowi dyrekcję Teatru Narodowego. Tam spektakle wywiedzione ze staropolskich misteriów, uzupełnione o intermedia z dawnych tekstów, osadzone w ludowej kulturze, tworzyły świat koherentny i pełny. Zrealizowane z nowym zespołem, budziły zachwyt krytyki (także w Paryżu czy Essen) i sprzeciw Kościoła (po refleksji zelżał, seminarzyści teologii pojawiali się na nich dość często).

Pamiętna sprawa wystawienia Dziadów Mickiewicza (na pięćdziesiątą rocznicę rewolucji październikowej), która wynikła z walk frakcyjnych w partii i posłużyła jako detonator antysemickich wydarzeń marcowych, skończyła się pozbawieniem Dejmka dyrekcji Narodowego i wyrzuceniem z PZPR. Kilka następnych lat to liczne peregrynacje reżysera od Warszawy przez miasta Europy, co autorka opisuje po raz pierwszy tak dokładnie i fascynująco w rozdziale Schlafwagenregisseur. Dejmek reżyseruje w Oslo, Essen, Düsseldorfie, Wiedniu, Mediolanie oraz w Nowym Sadzie, gdzie ma przyjaciół i mieszka z rodziną. Mimo wielu propozycji, łącznie z tą objęcia dyrekcji Piccolo Teatro, nie może się zdecydować na emigrację. "Moja polskość - pisze do Stanisława Wygodzkiego w wigilię 1969 roku - jest dzisiaj bardzo ciężka i trudna. "Obciążona" żydowską kobietą i naszym pół żydowskim synem. I moją działalnością ideową, moim politycznym sentymentalizmem, który kazał mi wierzyć, że tylko "socjalizm" sprawi, iż już niezadługo żadne dziecko na kuli ziemskiej nie umrze z głodu, że żaden człowiek nie będzie żył w upodleniu, w nędzy, w ciemnocie i strachu - czarny czy biały, w Boga wierzący czy w Marksa, czy wierzący w nic".

Rozterki reżysera poznajemy z bogato cytowanej przez autorkę korespondencji. Dejmek pisze dużo - często w samolocie, listy wysyła z lotniska - do Mrożka i Giedroycia, Raszewskiego i innych. Wreszcie wraca do kraju, nie umie żyć gdzie indziej, do łódzkiego Nowego. Później kilkanaście lat prowadzi Polski przy Karasia, gdzie wystawia Mrożka (osiem premier). Niewątpliwe sukcesy są okupione zwątpieniem i frustracją, zwłaszcza gdy bojkot aktorów w stanie wojennym uzna za "gest kabotyna" i stanie się przedmiotem dziennikarskiej nagonki oraz ostracyzmu środowiska.

Autorka, choć znała swego bohatera od dziecka - przyjaźnił się z jej ojcem, profesorem Raszewskim, i bywał w ich domu - nie pisała "na kolanach". Z dużym talentem narratorskim stworzyła wielobarwny, żywy portret człowieka teatru i polityki w całym jego skomplikowaniu, chwale i zmierzchu, małościach i wielkości, a fakt, że Dejmek był osobowością wybitną, nie ulega wątpliwości.

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Poważnie, lecz z ukosa

Z Danutą Gwizdalanką rozmawia Oskar Łapeta

Jeden z recenzentów napisał po publikacji Uwodziciela: "Nigdy jeszcze nie spotkałem się z biografią, której bohater byłby obiektem aż tak wielkiej niechęci badacza", a w innym miejscu dodał, że z pani narracji wyłania się "rozpieszczony gówniarz albo straszny dziad". Co pani sądzi o tych oskarżeniach?

Nie znam osobiście autora tych słów, ale coś mi się wydaje, że jego reakcję można by objaśnić: "Uderz w stół, a nożyce się odezwą!". Natomiast do "gówniarza" i "dziada" dodałabym jeszcze jeden epitet, który po raz pierwszy, ale bynajmniej nie ostatni, usłyszałam podczas prac redakcyjnych: "Co za mizogin!".

Publikacja Uwodziciela wywołała sporo zamieszania w środowisku muzycznym i muzykologicznym. Padły oskarżenia o stronniczość i nienawiść do Szymanowskiego.

Pewnej mojej znajomej inna znajoma kąśliwie zarekomendowała moją książkę stwierdzeniem, że jest to "800 stron złośliwości". Istotnie, porównując mój tekst z panegirykami na cześć geniusza i narodowego artysty, jakie stanowią pewną część literatury poświęconej Szymanowskiemu, można odczuć zaskoczenie. Ja jednak nie pierwszy raz patrzę na kompozytorów poważnie wprawdzie, lecz z ukosa. Przed dwoma laty książkę 100 lat z dziejów polskiej muzyki zakończyłam przecież rozdziałem o naszej narodowej skłonności do mitologizowania artystów. We wstępie do Uwodziciela uprzedziłam, że idąc za radą Boya, będę swojego bohatera "obchodziła i okrążała, badając i opisując go jak np. lwa albo tygrysa".

To było tytułem wstępu, a teraz po kolei odpowiadam na pana pytania. Stronniczość: wszystko, o czym piszę, wynika z cytowanych tekstów. Wady, ale również zalety Szymanowskiego, bo przecież podkreślam, że jako jedyny w swojej rodzinie nadawał się do roli wychowawcy dzieci. Paradoksalne to może w świetle innych jego zachowań, ale wyraźnie wynika z faktów i wspomnień wychowywanej przez niego siostrzenicy, a nawet z jego stosunku do wcześniej uwiedzionych chłopaków.

Nienawiść: przez minione dwadzieścia lat napisałam sześć większych i mniejszych biografii kompozytorskich, świetnie się przy tym bawiąc, bo zdobywanie i sprawdzanie informacji o nietuzinkowych osobowościach, a potem składanie z nich ciekawej narracji to - jak by powiedział Lutosławski, jeden z moich bohaterów - "pyszna zabawa". Nierzadko podziwiałam moich bohaterów, ich przedsiębiorczość i pomysłowość. Wajnberg budził we mnie współczucie. Szymanowski natomiast coraz to mnie rozbawiał, zwłaszcza siłą miłości własnej. Do głowy nie przyszłoby mi jednak odczuwać do niego nienawiści. Wyobrażam sobie natomiast źródła takich krytycznych reakcji. Są w naszym środowisku osoby, które całe zawodowe życie poświęcają jednemu twórcy. Z latami pewnie rodzi się uczucie do badanego obiektu i w efekcie pisze się o takiej osobie jak o ukochanym wuju czy siostrzeńcu. Zrozumiałe będzie zatem zdegustowanie autorką oglądającą swego bohatera jak "lwa albo tygrysa".

I coś jeszcze: bodaj największe wrażenie zrobił na mnie zarzut, że ośmielam się krytykować instrumentację Szymanowskiego. Tymczasem to właśnie mówią najwybitniejsi odtwórcy jego muzyki. W książce wyraźnie powołuję się na trzech znakomitych dyrygentów, których odpytywałam w tej kwestii. Natomiast ci zgorszeni muzykolodzy oglądają nuty, albo zachwycają się wykonaniami - świetnymi właśnie dzięki temu, że dyrygent co nieco zmodyfikował w zapisie. Przełóżmy to teraz na literaturę: znakomity pisarz z jakichś powodów nie opanował reguł ortografii. Jak go wtedy wydajemy? Poprawiamy ewidentne błędy czy upieramy się, że "tak chciał", chociaż efektem będzie niezrozumiały przekaz?

Szymanowski nie liczył się z uczuciami innych ludzi, ostentacyjnie lekceważył obowiązki, nie doświadczał przy tym poczucia winy, nie potrafił zbudować z nikim stałego związku, nie miał w zasadzie żadnej tolerancji na frustrację, a za swoje niepowodzenia obwiniał innych. To już nie tylko narcyzm, zgodnie z klasyfikacją ICD-10 są to cechy osobowości dyssocjalnej, czyli, jak się dawniej mówiło, psychopatycznej.

Pan jest po studiach psychologicznych, więc może to powiedzieć. Mnie nie wypada, chociaż zgodziłabym się z taką diagnozą. Pracując nad Uwodzicielem, sięgnęłam po parę podręczników z psychologii. W jednym natrafiłam na informację, że w całej populacji jest pięć procent osób z osobowością dyssocjalną, natomiast w środowisku artystycznym jest ich aż dwanaście procent. Autorzy od razu jednak dodali uspokajające wyjaśnienie: są to ludzie zupełnie niegroźni, ponieważ realizują się w wybranej przez siebie dziedzinie. Istotnie: nie mordują, nie sięgają po władzę. Co najwyżej bywają trudni albo irytujący dla najbliższego otoczenia i domagają się nieustannych hołdów.

Po czterech dekadach spędzonych wśród muzyków, w tym kompozytorów, stwierdzam, że moje osobiste doświadczenia zgadzają się z podręcznikowym stwierdzeniem. No i Szymanowski, jak pan zauważył, mieścił się w tych dwunastu procentach. Na szczęście jako jedyny z "moich" bohaterów, bo nie powiedziałabym tego o pozostałych, a chronologicznie byli to: Mozart, Szymanowska, Szostakowicz, Lutosławski i Wajnberg.

Szymanowski potrzebował odbrązowienia?

Nie mówiłabym o "odbrązawianiu". Jedynie weryfikowałam fundament, na którym zbudowano kult jego osoby. Bo z dziełem to już zupełnie inna sprawa - w pełni zasługuje na nasz podziw. Stabat Mater jest arcydziełem. Mity też. Koncerty skrzypcowe, III Symfonia, Metopy i wiele innych utworów - to dzieła również co najmniej znakomite. Stworzył więc Szymanowski ogrom muzyki, której ciągle chcemy słuchać. Ale to nie jest powód, by czcić go jako patriotę i reformatora edukacji muzycznej, a do tego lamentować nad dolą męczennika osaczonego przez wrogów i płacącego zdrowiem za walkę o "postępowość" muzyki polskiej.

Wagner miał odrażający charakter, Brahms bywał burkliwym gburem, ale nie ma to wpływu na ich miejsce w historii muzyki i repertuarze koncertowym. A Picasso? Romantyczne wyobrażenie o artyście jako kapłanie sztuki-religii skończyło się już przed laty wśród historyków sztuki, literaturoznawców, ale w muzykologii, przynajmniej wschodnioeuropejskiej, ciągle trwa, na co zwrócili mi przed laty uwagę koledzy z zachodniej części Europy, że o Amerykanach nie wspomnę.

Artyści lubią tworzyć mity na swój temat.

Oczywiście! Bo doskonale wiedzą, że spora część publiczności tego właśnie oczekuje. Ludzie nie chcą, by twórca symfonii lub opery, która tak ich poruszyła, przypominał sąsiada albo urzędnika z poczty - to się nie mieści w wyobrażeniu o nadzwyczajności sztuki. Artyści zaś łatwo i chętnie wchodzą w rolę "rajskich ptaków". Taki wizerunek, stworzony na potrzeby publiczności, musi jednak brać pod uwagę jej oczekiwania. Weźmy Marię Szymanowską. W początkach XIX wieku zarobkująca kobieta, nawet jeśli była wspaniałą pianistką, nie mieściła się w roli przypisanej jej płci. Ona natomiast chciała żyć z rozmachem, a nie rodzić i chować dzieci oraz doglądać gospodarstwa. Zamiast więc pielęgnować cnoty niewieście, jak przystało na żonę dzierżawcy majątku pod Otwockiem, zbierała aplauz, grając od Londynu po Neapol i zwiedzając przy okazji świat. Opowiadała jednak, że daje koncerty, bo jako samotna matka musi zarabiać na utrzymanie dzieci. Skutkowało. Podziwiano i jej grę, i macierzyńskie poświęcenie.

Inny przykład: mit Szostakowicza broniącego oblężonego Leningradu. Stworzony został wspólnymi siłami przez propagandę radziecką i amerykańską, a był tak sugestywny, że pod koniec życia sam kompozytor opowiadał na spotkaniach z publicznością o tym, jak siedząc na dachu konserwatorium z sikawką strażacką w jednej ręce, drugą ręką pisał VII Symfonię. Kto wie, jak dużej karty wymaga zanotowanie muzyki dla około stu dwudziestu instrumentów, ten zdaje sobie sprawę z irracjonalności tego obrazu. Ale - no właśnie - ile osób to wie?

Z takich mitów można by złożyć opasłe tomiszcze. W przypadku Szymanowskiego znacznie bardziej zainteresowało mnie coś innego. W jaki sposób Szymanowski stworzył krąg, niemal sektę swoich wielbicieli? Poszukując wyjaśnienia, natrafiłam na opis fenomenu, który znakomicie tłumaczy mechanizm wielu podobnych "stowarzyszeń" - aż po te, które przejmują władzę. Samozwańczy przywódca - a jest to z reguły osoba mocno zaburzona, narcystyczna, psychopatyczna - skutecznie wmawia otoczeniu, że po jednej stronie stoimy "my", czyli depozytariusze prawdy walczący o lepszą przyszłość, a po drugiej są "oni", czyli nasi wrogowie będący uosobieniem zła. Przed otaczającą go młodzieżą muzyczną Szymanowski roztaczał czarno-biały obraz świata i umiejętnie wzmacniał wiarę w swoją nadzwyczajność jako przywódcy. Znajome, prawda? Tyle że w tym wypadku niegroźne, bo ograniczone do środowiska muzycznego, a dokładniej - kompozytorskiego. Z niewieloma ofiarami takiej polityki, głównie w osobie Eugeniusza Morawskiego, który wszedł do historii polskiej muzyki nieomal wyłącznie jako przeciwnik Szymanowskiego.

Jacy inni polscy kompozytorzy wymagają pani zdaniem podobnej weryfikacji co Szymanowski?

Pamiętając o patriotyczno-patetycznej tonacji, w jakiej przez lata opowiadano o naszej przeszłości, sądzę, że znajdzie się jeszcze paru. Rozmawiałam niedawno z prof. Magdaleną Dziadek i powiedziała mi, że grupa badaczy z Instytutu Muzykologii Uniwersytetu Jagiellońskiego zajmuje się w tej chwili dokumentami zgromadzonymi w archiwum Paderewskiego. Opracowanie ich pozwoli nam zobaczyć Paderewskiego w nieco innym świetle niż to, w jakim oglądaliśmy go dotychczas. Trwają badania nad Moniuszką, ale już dziś, czytając książkę Magdaleny Dziadek poświęconą twórcy naszej opery narodowej, poznajemy Moniuszkę od takiej strony, jakiej dotychczas nie znaliśmy.

KOŚCIÓŁ

Jak (nie) pisać o Kościele

Juliusz Gałkowski

Robert Samborski

Sakrament obłudy

Wspomnienia z seminarium

Warszawa : Wydaw. "Krytyki Politycznej", 2021

231 s. : il. ; 21 cm. - (Nie-fikcja)

Mariusz Sepioło

Klerycy

Życie w polskich seminariach

Kraków : "Znak", 2021

315 s. ; 21 cm

Artur Nowak, Stanisław Obirek

Gomora

Pieniądze, władza i strach w polskim Kościele

Warszawa : "Agora", 2021

397 s. ; 21 cm

Pisanie książek o Kościele instytucjonalnym jest bardzo trudnym zadaniem, albowiem z jednej strony mamy do czynienia ze strukturą złożoną z ludzi, na dodatek hierarchiczną, zatem narażoną na kryzysy organizacyjne, oraz zdolną do przyczynienia się do zła.

Z drugiej strony z instytucją religijną, której członkowie (duchowni i świeccy) żyją w głębokim przekonaniu, że zawiera się w niej element transcendentny, przekraczający fizyczny i społeczny wymiar tego świata. O ile sam Kościół i jego ludzie opanowali sztukę pisania o sobie, to próby dokonania opisu lub analizy "z zewnątrz" zbyt często kończą się niepowodzeniem. I nie da się ukryć, że przyczyny owych niepowodzeń są czasami bardzo trudne do odkrycia. Mowa bowiem o książkach, które piszą autorzy mający więcej niż podstawową wiedzę o strukturach i mechanizmach zachodzących wewnątrz tej instytucji.

Obecnie dodatkową trudność stanowi fakt, że Kościół ma w ostatnim okresie wyjątkowo złą prasę, i nie da się ukryć, że bardzo często zasłużenie. Liczne skandale i afery spowodowały, że o wiele łatwiej pisać krytycznie, wynajdywać ciemne sprawki i złe strony życia kościelnego. Można wręcz pokusić się o diagnozę, że takie są "oczekiwania rynku", że nie tylko decydenci w wydawnictwach, ale także czytelnicy oczekują kolejnych krytycznych i "porażających" publikacji. Pada jednak pytanie, czy warto owym oczekiwaniom i trendom wydawniczym ulegać? Czy to przyniesie cokolwiek więcej niż medialne pięć minut?

W 2021 roku ukazało się kilka książek, które budzą coś więcej niż tylko zainteresowanie. Po ich lekturze nie sposób nie zadać sobie pytania, czy jest to najwłaściwszy sposób pisania o Kościele, czy lektura tych książek przyniesie korzyść czytelnikom?

Każda z trzech omawianych prac ma zupełnie inny charakter. Książka Roberta Samborskiego jest osobistym rozliczeniem z czasem pobytu w seminarium. Czasem, który nie zakończył się święceniami kapłańskimi, lecz przeciwnie, utratą wiary i poczuciem ogromnej krzywdy. Nie ma żadnego znaczenia, czy targające autorem uczucia są słuszne, czy nie, emocje można jakoś uporządkować, ale nikt nie ma wpływu na ich subiektywizm. Jednakże w najmniejszym stopniu nie zmienia to faktu, że książka wypełniona została nie tylko wspomnieniami prawdziwych i domniemanych krzywd, lecz także złośliwości, a czasami nawet wypowiedzi na poziomie ulicznej pyskówki.

"Bardzo wielu młodych ludzi, którzy idą do seminarium, jest zwyczajnie brzydkich, z wadami lub dziwactwami fizjonomii. Ludzie, widząc kleryków czy księży, często wołają: "Taki ładny chłopak, a poszedł do seminarium!" - nie mają jednak racji. Ten "ładny chłopak", kiedy wstępował do seminarium najczęściej taki ładny nie był".

Problem z Sakramentem obłudy polega na tym, że takie dehumanizujące wypowiedzi zastępują u autora obiektywną i uczciwą ocenę. Zaś rozładowywanie frustracji i negatywnych emocji, realizowane za pomocą zestawu złośliwych anegdotek, nie jest tożsame z analizą instytucji. Zapewne autor mógłby opowiedzieć sporo (i bardzo krytycznie) o instytucji seminarium czy Kościoła. Niestety wybrał stylistykę plotkarskiego portalu.

Inaczej rzecz się ma w przypadku zbioru reportaży Mariusza Sepioły. Tu nie powinno być miejsca na subiektywizm i plotkarstwo, tym bardziej że książka zgodnie z blurbową zapowiedzią ma przedstawiać "całą prawdę o codzienności za murami seminariów". I o ile nie zaprzeczam (bo nie ma do tego podstaw), że teksty przedstawiają prawdę, to o całej prawdzie nie ma mowy. Autor wprowadza czytelników w świat skryty za seminaryjną bramą. Każde takie ukryte uniwersum pociąga, jak każda tajemnica, a tutaj mamy próbę oprowadzenia po nim i ukazania jak działa, jakie mechanizmy nim żądzą. I robi to bardzo udatnie, Klerycy to dzieło autora o sprawnym warsztacie pisarskim. Niemniej czegoś w tej książce brakuje. Podam jedynie dwa przykłady z wielu.

W reportażach Sepioły brakuje rozmów z bardzo ważnymi postaciami, czyli ojcami duchowymi, odpowiedzialnymi za kształtowanie postaw duchowych i moralnych kleryków. Występują, ale raczej w tle, i zazwyczaj jako wyjątkowo negatywne osobistości. To pominięcie wydaje się co najmniej zdumiewające.

Drugi brak, jaki należy wskazać, to brak odniesienia do wiary. Jak się okazuje, najistotniejszy motyw pragnienia zastania księdzem jest w niej prawie zupełnie nieobecny. Wyjaśnień takiego stanu rzeczy można wymienić kilka. Pierwsze może być obecne w samym autorze: kwestie wiary i relacji z Bogiem są dla niego na tyle nieistotne, że najzwyczajniej ich nie zauważa. Budzi się także podejrzenie, że nie zyskał u swych rozmówcach na tyle silnego zaufania, by chcieli z nim rozmawiać o tak osobistych sprawach. Może to też być świadome nakierowanie na określoną grupę czytelników. Ci szczególnie krytycznie nastawiani do Kościoła jako instytucji nie są zainteresowani kwestiami wiary i duchowości kleryków. Powodów może być wiele, lepiej jednak, aby Mariusz Sepioło pisał o górach, a nie o seminariach duchownych.

Trzecia książka, Gomora (tytuł nawiązuje do bestsellerowej Sodomy, opisującej zepsucie w Watykanie) ma inne ambicje niż dwie poprzednie publikacje. Autorzy nie tylko prezentują poszczególne przypadki korupcji, nadużycia władzy czy seksualnych ekscesów, ale wyraźnie chcą napisać pracę analityczną, tłumaczącą czytelnikowi źródła owych wynaturzeń. Jako główną przyczynę znajdują patriarchalny charakter Kościoła. Władza oddana jedynie w ręce mężczyzn, celibat i feudalna struktura są przyczynami braku empatii oraz niechęci do samooczyszczenia. Warto jednak zauważyć, że diagnozy Nowaka i Obirka w gruncie rzeczy nie wykraczają poza katalog opinii powtarzanych od końca XVIII wieku. A zapewne i wcześniej...

Z jednej strony może to świadczyć o niezmienności struktur zła w Kościele, i zapewne tak to odbiera wielu czytelników Gomory. Ale z drugiej książka jest raczej zbiorem subiektywnych opinii niż rezultatem głębszych analiz i zrozumienia zasad, jakimi kierują się katolicy. Trzeba przyznać, że to wielka szkoda, ponieważ wiele krytycznych spostrzeżeń jest bardzo słusznych. I mogłoby być podstawą do przemyśleń i pozytywnych zmian. Ale nie ma takiej możliwości, ponieważ autorzy jako podstawowe założenie przyjęli, że piszą o instytucji, która jest "nie do naprawiania", zatem ważniejsze jest wytykanie czarnych punktów niż próba zrozumienia.

W tym miejscu dotykamy kluczowego problemu. Niewątpliwie wspólną cechą wszystkich trzech omawianych książek jest resentyment. Francuskie słowo ressentiment, dosłownie tłumaczone jako "sentyment odwrotny", oznacza silną i trwałą niechęć najczęściej wynikającą z urazu (lub urazy). Autorzy z całą pewnością kierują się taką niechęcią. I mają do tego prawo, ponieważ nigdy nie kreują się ani na obrońców, ani na admiratorów nielubianej przez siebie instytucji. Z drugiej strony czytelnik ma prawo się zastanowić, czy uprzedzenia są najlepszą drogą do poznania i oceny czegokolwiek; czy jest to najlepsza droga do opisywania rzeczywistości. Warto zadać sobie pytanie: jak najlepiej pisać o Kościele?

Być może czasami lepiej nie pisać...

POPULARYZACJA NAUKI I WIEDZY

Gałązki i mur

Andrzej Jerzmanowski

Carl Safina

Dzikość

Jak kultury zwierzęce wychowują rodziny, tworzą piękno i osiągają pokój

przeł. z ang. Andrzej Wojtasik

Warszawa : Wydaw. "Krytyki Politycznej", 2021

585 s. ; 21 cm

Jesteśmy przedstawicielami jednej z wielu świeżych gałązek bujnego Drzewa Życia. Wszystkie one, podobnie jak gałązki, gałęzie i konary prawdziwych drzew, wywodzą się ze wspólnego pnia. Gruby konar, do którego przynależy nasza gałązka, to świat zwierząt.

Trzymając się metafory drzewa, trudno jednak nie zauważyć, że ludzka gałązka, gdy na nią spojrzeć z nieco innej perspektywy, różni się od pozostałych. Nie sprawia wrażenia pasującego do całości symetrycznego elementu wspaniałej korony drzewa. Przypomina raczej powiększoną nieproporcjonalnie narośl, która odbiera innym gałęziom dostęp do życiodajnych zasobów i coraz bardziej obciąża, a nawet niebezpiecznie przechyla całe drzewo.

Z czego wynika zaborcza dominacja w przyrodzie gatunku Homo sapiens? Odpowiedź na to pytanie zawarta jest, paradoksalnie, w budzącym raczej pozytywne skojarzenia słowie - kultura. Nie chodzi jednak o tworzone przez ludzi dzieła sztuki, lecz o kulturę w szerszym sensie - szczególnie rozwiniętą u człowieka zdolność do przekazywania z pokolenia na pokolenie doświadczeń i płynącej z nich wiedzy w drodze uczenia się. To jeden z fundamentów ewolucyjnego sukcesu naszego gatunku. Jego bezpośrednią przyczyną było pojawienie się w trakcie ewolucji ludzkiego mózgu z charakterystyczną nadzwyczajnie rozwiniętą korą mózgową - ośrodkiem myślenia i świadomości. Ewolucja kulturowa nie jest zatem czymś z definicji odmiennym od ewolucji biologicznej, stanowi jej wytwór i swoiste przedłużenie. Większość ludzi na pytanie o kulturę rozumianą jako plastyczna zdolność do nabywania skomplikowanych zachowań poprzez uczenie się odpowie, że jest to cecha przynależna wyłącznie człowiekowi i wyraźnie odróżniająca go od zwierząt, ponieważ ich zachowania, nawet dość złożone - w przeciwieństwie do naszych - są jedynie przejawem genetycznie dziedziczonych (wrodzonych) instynktów. To jeden ze stereotypów, które uzasadniają odnoszenie się do zwierząt jak do zaprogramowanych robotów lub automatów, niezdolnych do przeżywania emocji choćby odrobinę przypominających ludzkie, nie mówiąc już o komunikowaniu ich między sobą.

Carl Safina, urodzony w 1955 roku amerykański ekolog, obecnie profesor na Uniwersytecie Stony Brook w stanie Nowy Jork, jest autorem nagradzanych i odnoszących sukcesy czytelnicze książek popularnonaukowych poświęconych przede wszystkim relacjom ludzi ze światem przyrody. W książce Dzikość (tytuł oryginalny Becoming Wild) stara się pokazać, jak mylny jest wspomniany stereotyp i jak wiele szkody przynosi zwierzętom, których bezpośrednio dotyczy, jak też ludziom, ponieważ bardzo utrudnia zrozumienie, od czego zależy ich przyszłość na naszej wspólnej planecie.

Licząca ponad pięćset stron książka składa się z części zatytułowanych: Rodziny, Piękno i Pokój. Każda dotyczy innej grupy zwierząt, każda stanowi osobną szczegółową opowieść - wszystkie jednak spaja wspólna myśl: warto się wyrwać, choćby na moment, z ludzkiego świata, aby zajrzeć w inne światy, które, podobnie jak nasz, stworzyła ewolucja, już choćby z czystej ciekawości tego, co nas z nimi łączy. Safina jest rasowym ekologiem, wie, że aby naprawdę czegoś się o zwierzętach dowiedzieć, trzeba je tygodniami i miesiącami, a niekiedy latami obserwować w ich naturalnym środowisku, najlepiej przebywając wśród nich i poznając ich indywidualne zwyczaje. To zadanie niewykonalne dla kogoś, kto prowadzi w miarę normalne życie, ale na szczęście nie brakuje ludzi, którzy w tym właśnie dostrzegają swoje powołanie. Autor wybrał ich za przewodników opowieści, czyniąc z nich, drugoplanowe co prawda w stosunku do zwierząt, ale kluczowe postacie książki.

Rodziny to opowieść o kaszalotach spermacetowych, największych wyposażonych w zęby mięsożernych zwierzętach na Ziemi. Większą część życia spędzają na dużych głębokościach w całkowitej ciemności, polując na kałamarnice. Zamieszkują wszystkie oceany, ale Safina obserwuje je w ciepłych wodach Morza Karaibskiego w pobliżu Dominikany, tam bowiem od dziesiątków lat kaszaloty bada Shane Gero, jego przewodnik i jeden z najlepszych na świecie znawców tych zwierząt. W odróżnieniu od wielorybów fiszbinowych (jak płetwal błękitny), kaszaloty tworzą stabilne grupy społeczne, w których spędzają większość trwającego kilkadziesiąt lat życia. Zadziwiająca i niespotykana wśród innych zwierząt jest wielkość tych grup - nie ograniczają się one do niewielkiej liczby osobników blisko spokrewnionych, które dobrze się znają, lecz obejmują znacznie bardziej liczne "klany" skupiające rozproszone na dużym obszarze w zasadzie obce sobie zwierzęta, które rozpoznają się, ponieważ do komunikacji używają wspólnego dialektu. Kaszaloty porozumiewają się za pomocą wysyłanych na dziesiątki kilometrów dźwięków, z których tworzą sygnały składające się z serii impulsów, co przypomina kod Morse'a. W tym systemie komunikacji dialekt to charakterystyczny wzór nadawania odróżniający od siebie poszczególne klany. Uczeni badający ten język za pomocą podwodnych hydrofonów bez trudu rozpoznają klany po używanych przez nie dialektach. Każdy klan ma swoistą kulturę - zbiór charakterystycznych tylko dla niego zwyczajów i umiejętności, niezbędnych, by przeżyć w konkretnych rejonach oceanu. Młode uczą się ich, podobnie jak dialektu, od rodziców. Gdy jakiś klan wymiera, giną też przekazywane w nim od tysięcy pokoleń w drodze nauki doświadczenia - jego kultura bezpowrotnie znika. Kaszaloty, podobnie jak przedstawiciele wielu innych gatunków zwierząt, od milionów lat ewoluują nie tylko biologicznie, ale także kulturowo.

Miejscem akcji Piękna są tropikalne amazońskie lasy deszczowe leżące na terenie Peru. Safina poznaje tam bliżej ary żółtoskrzydłe, jedne z największych i najbardziej efektownych kolorystycznie papug na świecie. Należą do najinteligentniejszych ptaków, wiernie naśladują dźwięki, w tym głos ludzki, potrafią też uczyć się słów. Żyją w dużych grupach, a to, że wiele z ich zwyczajów, na przykład sposób pozyskiwania bogatej w minerały gliny, którą uzupełniają dietę, jest wynikiem zachowań wyuczonych (dziedziczenia kulturowego) nie ulega wątpliwości. Safina zadaje tu jednak inne pytanie: dlaczego są tak piękne? Czy zatem odczuwanie piękna jest czymś, co współdzielimy z innymi zwierzętami? To trampolina do ciekawych rozważań, które się przewijają w kolejnych rozdziałach tej części.

Ostatnia część, Pokój, dotyczy populacji szympansów zamieszkujących Las Budongo w środkowej Ugandzie. Przedstawiciele tego gatunku to nasi najbliżsi krewni. Na wspomnianym wyżej Drzewie Życia gałązki reprezentujące człowieka i szympansy rozdzieliły się bardzo niedawno, nasz wspólny przodek żył w Afryce jeszcze sześć milionów lat temu. Może dlatego wnioski z obserwacji szympansów budzą tyle emocji. Szukamy w nich bezpośrednich korzeni naszych własnych zachowań i zwyczajów, ale też próbujemy na ich podstawie budować mur, za którym moglibyśmy bezpiecznie kultywować przekonanie o prawie do nieograniczonej ekspansji na Ziemi. Relacja Safiny doskonale ilustruje ten paradoks. - Każdy może tu wyciągnąć własne wnioski.

Książkę przetłumaczył sprawnie i fachowo Andrzej Wojtasik.