Nowe Książki 2/2021 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

8.00 zł
6.64 zł (8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

nr 2/1222

MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie MinistraKultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

ZESPÓŁ:

Grzegorz Filip redaktor naczelny

Anna Stypułkowska sekretarz redakcji

Małgorzata Borczak,

Juliusz Gałkowski,

Małgorzata Kąkiel,

Andrzej Skalimowski,

Maria Sokołowska,

Piotr Szewc

Teresa Kurek oprac. techniczne

Joanna Majczak sekretariat

PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski

ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel

KOREKTA: Bogna Piotrowska

ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5

tel. red. nacz. 22 826 70 36,sekretariatu 22 826 62 60,tel./faks 22 826 62 35,e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl

WYDAWCA: Instytut Książki31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6

Dział Wydawnictw:01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34

NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawoskrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Cennik reklam znajduje się w "Kurierze Nowych Książek".

WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ

KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2020

kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN

"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając

(na dowolny okres) na konto wydawcy

Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków

Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ

? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001swift code: GOSKPLPW

WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ

Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:

Prenumerata krajowa:

Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.

www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:

Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl

e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl

Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,

przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych

informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator

może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,

ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,

prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego

tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia

na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych

- iod@instytutksiazki.pl.

HISTORIA

Antypolskie schematy

Rafał Łatka

Jacek Kordel

Królestwo anarchii

W poszukiwaniu nowożytnych wyobrażeń

o Rzeczypospolitej i jej mieszkańcach

Warszawa : Narodowe Centrum Kultury, 2020

351 s. : il. ; 24 cm

(Wojny Kulturowe przeciw Polsce). - zł 50

Grzegorz Kucharczyk

Długi kulturkampf

Pruskie i niemieckie wojny kulturowe

przeciw Polsce w latach 1795-1918

Warszawa : Narodowe Centrum Kultury, 2020

302 s. ; 24 cm

(Wojny Kulturowe przeciw Polsce). - zł 50

W polskiej przestrzeni publicznej nie brakuje zwolenników stałego podkreślania wrogości sąsiadów wobec naszej ojczyzny pod względami politycznymi, kulturowymi, gospodarczymi czy propagandowymi. Częstokroć są to słowa bez treści, a refleksja ogranicza się do wskazywania odwiecznej nienawiści do Polski, jaka panuje przede wszystkim wśród Niemców i Rosjan.

Analityczne spojrzenie na tę problematykę to rzadkość. Z tego względu warto zwrócić uwagę na inaugurację serii wydawniczej Narodowego Centrum Kultury "Wojny Kulturowe przeciw Polsce".

Dwie pierwsze publikacje w jej ramach nie zawiodły moich dużych oczekiwań. Zarówno Jacek Kordel, który opisał nowożytne wyobrażania o Rzeczypospolitej w refleksji intelektualnej Europy, jak i Grzegorz Kucharczyk, przedstawiający antypolskie schematy myślenia i działania Prus oraz Niemiec, przygotowali prace prezentujące tę niełatwą problematykę w rzetelny sposób. Obydwie książki skupiają się na poszukiwaniu źródeł niechęci do polskiej kultury, a także na wskazywaniu praktycznych konsekwencji wynikających z niekorzystnego jej obrazu wśród elit europejskich. Zgodnie z założeniem pomysłodawców serii publikacje mają charakter popularnonaukowy, zaś aparat naukowy ograniczony został do niezbędnego minimum (przypisy służą głównie do wskazania źródeł cytatów i najważniejszych ustaleń).

Refleksja Kordela obejmuje spojrzenie na Rzeczpospolitą w europejskiej przestrzeni publicznej od siedemnastego stulecia do końca wieku XVIII. Można powiedzieć (zgodnie z poruszaną przez autora problematyką), że prezentuje myśl funkcjonującą w głównych ośrodkach Europy, od Gottfrieda Wilhelma Leibniza do Georga Forstera. Esej dotyczący ewolucji poglądów wybitnego niemieckiego filozofa stanowi dobre otwarcie analizy schematów myślowych wobec Rzeczypospolitej funkcjonujących za naszą zachodnią granicą. Wynika to z faktu, że spojrzenie Leibniza fluktuowało od obrazu raczej pozytywnego do bardzo krytycznego. Jego optyka, ze względu na autorytet jakim się cieszył, dość głęboko przeniknęła do opinii funkcjonującej na dworach najważniejszych miast Europy. Kordel dokładnie prezentuje ten proces, podobnie jak inne źródła rozpowszechniania się negatywnej opinii na temat polskiej kultury. Szczególnie cenne są jego refleksje dotyczące: obrazu Polski i Polaków w poglądach Monteskiusza; przedstawienia spraw polskich na kartach Encyklopedii (tutaj należałoby jednak nieco szerzej opisać antypolską rolę Woltera); wytworzenia mitu o braku wolności religijnej w I RP przez przyszłych zaborców Polski; sposobów uzasadnienia przez państwa ościenne podziałowego bezprawia. Autor przedstawia wymienioną wyżej problematykę w sposób całościowy. Koncentruje się na opisie powstawania wyobrażeń o Rzeczypospolitej oraz rezultatów, jakie to przyniosło dla spraw polskich. Jego dzieło zamyka opis chyba najbardziej znanego (i szkodliwego) mitu dotyczącego Polski i Polaków, a mianowicie polnische Wirtschaft. Do dzisiaj zresztą funkcjonuje on dość powszechnie u naszego zachodniego sąsiada.

Równie udaną, stojącą na wysokim poziomie pracą jest tom drugi serii, czyli książka Grzegorza Kucharczyka. Autor w całościowy sposób przedstawił schematy działania Prus, a następnie Niemiec przeciwko Polsce. Jego analiza obejmuje okres od trzeciego rozbioru do zakończenia pierwszej wojny światowej. Pierwsza połowa książki służy prezentacji paradygmatu niemieckiej "wyższości kulturowej" oraz omówieniu sposobu intelektualnego uzasadnienia zaboru polskich ziem jako walki z "polskim zacofaniem". Poznański historyk wnikliwie prezentuje źródła pruskiej i niemieckiej refleksji, nakreśla, jak one funkcjonowały w europejskiej przestrzeni publicznej. Ważnym uzupełnieniem tych przemyśleń jest zaprezentowanie obrazu ziem wschodnich w historii, kulturze i architekturze niemieckiej, wykorzystywane następnie jako poręczne narzędzie w polityce ekspansji. Najciekawszym fragmentem książki Kucharczyka jest, moim zdaniem, syntetyczne spojrzenie na walkę z polskim Kościołem, realizowaną jako jeden z zasadniczych priorytetów Kulturkampfu. Autor słusznie wskazuje, że w polityce Ottona von Bismarcka było to zadanie pierwszorzędne, bez którego polityka germanizacji i wypłukiwania polskości nie mogłaby osiągnąć efektów zakładanych przez żelaznego kanclerza. Publikację zamyka opis "misji kulturowej" na wschodzie realizowanej przez II Rzeszę w czasie pierwszej wojny światowej. Wydaje mi się on jednak nieco zbyt rozbudowany w stosunku do innych części książki.

Podsumowując, nowa seria wydawnicza NCK to pomysł bardzo dobry, żeby nie powiedzieć znakomity. Książki Kordela i Kucharczyka stoją na wysokim poziomie, napisane zostały przystępnie, w atrakcyjny sposób. Sądzę, że po wydaniu kolejnych dwóch planowanych tomów - Marka Kornata o niemieckich dyskursach wobec Polski i Polaków w latach 1918-1945 oraz Tadeusza Rutkowskiego o obrazie Polski w sowieckiej propagandzie, kulturze i historiografii (do 1945 roku) - będzie to spójna i całościowa opowieść o schematach wojen kulturowych wymierzonych w naszą ojczyznę na przestrzeni trzech ostatnich stuleci. Mankamentem dwóch pierwszych publikacji jest niestety brak ikonografii, momentami wydaje się ona wręcz niezbędna do lepszego zilustrowania tez prezentowanych w książkach.

O LITERATURZE

Kulisy paktu z diabłem

Agnieszka Papieska

Tomasz Jastrun

Dom pisarzy w czasach zarazy

Iwicka 8A

Warszawa : "Czarna Owca", 2020

454 s. : il. ; 24 cm. - zł 59,99

"Dlaczego pisarze tak powszechnie wzięli udział w tym, co potem sami uznali za grzech, przestępstwo, a nawet za zbrodnię? Opisuję, jak bezradność wobec presji historii i lęk zmieniały się w wiarę, a wiara - w cynizm; jak kłamstwo brano za prawdę, a próżność usypiała sumienie" - pisze we wstępie do Domu pisarzy w czasach zarazy. Iwickiej 8A. Tomasz Jastrun, który pod tytułowym adresem spędził dzieciństwo i młodość.

Opowieść Tomasza Jastruna, poety i prozaika, autora paryskiej "Kultury", obejmuje okres od 1949 roku do połowy lat pięćdziesiątych i ukazuje lokatorów domu oddanego przez powojenną władzę pisarzom - potrzebnym jej do wykuwania nowego, socrealistycznego modelu literatury, a w efekcie - do sformatowania nowego człowieka. Przykład szedł ze Wschodu. W 1932 roku Stalin mówił do pisarzy: "Nasze czołgi nie są nic warte, jeśli dusze, które mają je prowadzić, są z gliny. Dlatego powiadam: produkcja dusz jest ważniejsza niż czołgów (...). I dlatego wznoszę kieliszek za was pisarze, za inżynierów dusz".

Fenomen zniewalania umysłów zanalizował dogłębnie Czesław Miłosz w traktacie politycznym wydanym w 1953 roku w Paryżu. "W moim kraju dość późno - w latach 1949-1950 zażądano od pisarzy i artystów, aby uznali bez zastrzeżeń "socjalistyczny realizm". Było to równoznaczne z zażądaniem od nich ortodoksji filozoficznej w stu procentach. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że nie jestem do tego zdolny" - napisał w Zniewolonym umyśle, wybrawszy emigrację. Tę drogę obrało niewielu, pozostali - o ile nie chcieli zamilknąć - musieli znaleźć sobie miejsce w nowej rzeczywistości - i usprawiedliwienie przed sądem własnego sumienia.

Przyczynom i skutkom takiego wyboru - oraz rodzajom usprawiedliwień - przygląda się wnikliwie Tomasz Jastrun, zaczynając od własnej rodziny i sąsiadów. A w domu przy Iwickiej - oprócz Mieczysława Jastruna i Mieczysławy Buczkówny, rodziców autora - mieszkali między innymi: Adolf Rudnicki, Bohdan Czeszko, Juliusz i Paulina Żuławscy, Artur Sandauer z Erną Rosenstein, Leon Pasternak i Ryszarda Hanin, Marian Brandys, Paweł Hertz. Jednak nie tylko oni są bohaterami książki. W opowieści Jastruna, doskonale odzwierciedlającej atmosferę czasów stalinowskich i skłaniającej do stawiania fundamentalnych pytań, przewija się całe środowisko pisarskie - niewolne nie tylko od politycznych nacisków, ale także od osobistych animozji. "Młodzi byli szczuci na starszych - pisze Tomasz Jastrun - bardziej zaangażowani lub cyniczni popędzali tych mniej gorliwych. Tworzyli sektę, na którą uważnie patrzyły oczy partii. Irena Szymańska opowiadała mi, że w roku 1952, kiedy Jerzy Andrzejewski, wygłaszając odczyt o Marii Dąbrowskiej, nagle zobaczył utkwione w siebie oczy Janiny Broniewskiej, powiedział tylko: "wielka epiczka Maria Dąbrowska" i zemdlał. Te oczy były oczami partii". Albo tak działała psychoza strachu - Jastrun bowiem przytacza także relację Pawła Hoffmana o tym samym zdarzeniu: "siedział wtedy obok Broniewskiej, nachylił się do niej i szepnął: "Jest okropnie duszno". Andrzejewski myślał, że krytykuje jego wystąpienie, i stracił przytomność".

Opowiadając o losach mieszkańców domu, autor nie tylko sięga do archiwaliów (decyduje się opublikować niewygłoszoną samokrytykę swojego ojca), ale także odmalowuje ich życie codzienne, na przykład rozpaczliwe poszukiwania rozjaśniającej umysł kawy, którą szczęśliwi posiadacze mieli najczęściej z zagranicznych paczek. Walorem książki są wyłaniające się - w toku żywej narracji - sylwetki pisarzy w sytuacjach nieoficjalnych, jak choćby sceny z Sandauerem za kierownicą. Marian Brandys wspominał: "Jechałem raz z Sandauerem i chociaż przeszedłem dwie wojny światowe, jechałem nawet kiedyś przez pola minowe, to jednak tak jak wtedy nie bałem się nigdy".

Drugą część publikacji, równie ważną dla zrozumienia tamtego czasu, stanowią rozmowy Tomasza Jastruna z pisarzami. Nie były one łatwe. Sam autor odnosił wrażenie, że jego rozmówcy mieli problemy z pamięcią. "Kiedy konfrontowałem ich z własnymi słowami, byli zaskoczeni. (...) Gdy zanurzaliśmy się w przeszłości, u wielu obserwowałem objawy nerwicowe - bóle głowy, skarżyli się na problemy z żołądkiem - znak, jak traumatyczne było to doświadczenie, jak mocno wyparte". Rozmówcami poety byli: Jan Kott, Ryszard Matuszewski, Artur Sandauer, Seweryn Pollak, Juliusz Żuławski, Irena Szymańska i Bronisława Przybosiowa. Za każdym razem Jastrun docieka okoliczności akcesu do nowej wiary. "Rozumiem, że był to szok wolności, że można było na chwilę stracić rozum. I że nie było wyjścia. Ale jak to możliwe, że zaszliście tak daleko?" - pyta Kotta, a ten odpowiada: "Nowa władza przychodzi do Żółkiewskiego i do mnie i mówi: napiszcie listę stu książek i te sto tytułów będzie wydanych. Pomyślałem - niesamowite... I wszyscy w Polsce będą czytać te książki". Lidia Kott, żona Jana, dodaje, że była w tym również żądza władzy. Najbardziej przenikliwy wydaje się Sandauer, który zapytany o to, czy ówczesna literatura i publicystyka były pisane z wiarą czy z cynizmem, mówi: "Jedno i drugie (...). Kto obecnie dojdzie - nawet gdy teraz mówię, nie wiem, czy mówię do końca szczerze". Znamienna jest odpowiedź krytyka na pytanie, czy pamięta śmierć Stalina: "Położyłem się na kanapie, zawołałem Ernę i oznajmiłem: "Skończyła się epoka". Potem miałem długą dyskusję z inną osobą, która mnie przekonywała, że zmarł największy człowiek naszych czasów. Dyskutowałem, bardzo ostro, ale nie pamiętam dokładnie, jakie stanowisko zajmowałem. Po latach bardzo trudno dogrzebać się do własnych myśli i odczuć".

Z bliska jednak też nie widać zbyt wyraźnie. Mieczysław Jastrun w grudniu 1956 napisał w dzienniku: "Zapłaciłem ciężkimi wyrzutami i gniewem za to zauroczenie, któremu uległem. To, że nie zaprotestowałem publicznie, że nie znalazłem się w więzieniu - jest nie do wybaczenia! A jednak - to nie tylko ze strachu, naprawdę wierzyłem w sens przynajmniej ogólnego biegu historii. Dziś rozumiem, że  w s z y s t k o,   w s z y s t k o  było pomyłką. Jak to się stało?".

Odpowiedź podsuwa wiersz Roberta Frosta Droga niewybrana (przełożony przez Stanisława Barańczaka), w którym wędrowiec, napotykając w lesie dwie drogi - a nie mogąc jechać dwiema naraz - wybiera jedną z nich, by po latach powiedzieć z westchnieniem: "Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano / Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną - / Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem".

Andrzeja Kijowskiego autoportret integralny

Danuta Ulicka

Andrzej Kijowski

Dzieje literatury pozbawionej sankcji. Vol. 1

wybór i oprac. Andrzej Tadeusz Kijowski omówienie Marta Kwaśnicka

Kraków : Instytut Literatury, 2020

326 s. ; 24 cm. - (Biblioteka Krytyki Literackiej Kwartalnika "Nowy Napis"). - zł 16

Andrzej Kijowski

Dzieje literatury pozbawionej sankcji. Vol. 2

wybór i oprac. Andrzej Tadeusz Kijowski omówienie Marta Kwaśnicka

Kraków : Instytut Literatury, 2020

326 s. ; 24 cm. - (Biblioteka Krytyki Literackiej Kwartalnika "Nowy Napis"). - zł 16

Jego utwory literackie i paraliterackie czytaliśmy w kolejności ich ukazywania się. Więc najpierw, przynajmniej w moim pokoleniu, powieść poetycką Grenadier-król, eseje historyczne Listopadowy wieczór i felietony zebrane w Szóstej dekadzie (wszystkie wydane w 1972 roku), a potem kolejne studia, artykuły, eseje, opowiadania. Wszystko to na tle comiesięcznych kronik Dedala, systematycznie publikowanych w "Twórczości" (wydanych w rok po jego odejściu, w 1986 roku), której był wieloletnim redaktorem.

Andrzej Kijowski proponował wizję romantyzmu inną niż ta do dziś najbardziej znana, Marii Janion, ale nie mniej sugestywną. Wywoływała gorące spory, bo - jak i inne publikacje - dotyczyła spraw dla współczesnych najważniejszych. Diagnozy postaw romantyków zawsze odnosiły się do aktualnego kontekstu, do bieżącej sytuacji politycznej i dyskusji prowadzonych w środowisku intelektualistów zaangażowanych w życie publiczne. Nie należały do jałowych rozpoznań historycznoliterackich, a ich upowieściowienie zapewniało silny rezonans.

Nie inaczej interpretacje Wyspiańskiego, zwieńczone scenariuszem Wesela (1972). W zachowanej w archiwum Andrzeja Wajdy eksplikacji tego scenariusza Kijowski dobitnie podkreśla, że dramat "nie jest historią, która wydarzyła się gdzieś, kiedyś, komuś. Dzieje się po dziś dzień w umysłach wszystkich ludzi chcących znaleźć klucz do współczesnej im rzeczywistości". I że to rzecz "o literaturze, która znalazła się w sytuacji tak osobliwej, jak ówczesna sytuacja polska i posłyszała postawione jej (...) pytania: co masz do powiedzenia, co możesz dać, jakie masz realne znaczenie i jaką przedstawiasz siłę w przygotowującej się rozgrywce sił społecznych i politycznych". Ciekawe, na marginesie, że w tym samym w przybliżeniu czasie (między rokiem 1965 a 1970) podobnie reinterpretował "najbardziej znany w Polsce utwór literacki", jak uznał Kijowski, Jerzy Andrzejewski, pisząc Miazgę, nazwaną "Weselem PRL-u".

Tak sformułowane pytania Kijowski uznawał za najważniejsze i odpowiedzią na nie mierzył wartość dokonań literackich. Śledził, nie inaczej niż bliscy mu myśliciele z warszawskiej szkoły historyków idei, "wielki temat samounicestwienia intelektualisty", by przywołać jego uwagę także odnoszącą się do Wesela - do sceny, w której "pijany Nos mówi to, co każdy polski intelektualista w stanie alkoholowego lub bezalkoholowego jasnowidzenia. Kim jest? (...) Jak ma się zachować? Biernie, czynnie? (...) Jaka cena jest do przyjęcia?". W roku 1972 takie formuły były czytelne.

A mimo to Kijowski nie był po prostu zakamuflowanym socjologiem czy politologiem, który instrumentalizuje literaturę, by rozprawiać o kondycji społeczeństwa polskiego po różnych historycznych i bieżących przejściach. Zaprzęgał ją w służbę idei, ale marzył o autentycznej krytyce artystycznej, o zrzuceniu z ramion płaszcza Konrada, a wiosną chciał w niej wiosnę, nie Polskę, zobaczyć. To rozdarcie pomiędzy autonomią sztuki i krytyki a zaangażowaniem pisarza i badacza towarzyszyło mu nieodmiennie w esejach, artykułach, felietonach, w tekstach okolicznościowych i panoramicznych przeglądach.

Ich dwutomowy wybór Dzieje literatury pozbawionej sankcji, przygotowany przez syna, Andrzeja Tadeusza Kijowskiego, i poprzedzony przez niego wstępem, opatrzony biografią i prezentacją "wizji literatury i krytyki literackiej" pióra Marty Kwaśnickiej uzmysławia to wyraźnie. Czytane ongiś w rozproszeniu, na bieżąco, teksty Kijowskiego czytane teraz łącznie, poddane lekturze, w której bezwzględna rozprawa z grafomanią Irzykowskiego-literata sąsiaduje z pytaniami o grafomanię czy geniusz Witkacego, kiedy zderzają się ze sobą znakomite studia o Stanisławie Baczyńskim, Stefanie Żeromskim i Czesławie Miłoszu - teksty te tworzą szczególny zapis sytuacji badacza literatury polskiej dawniejszej i najnowszej skazanego na wybór między literaturą i polityką. Postawieni przed tym wyborem byli także inni z jego pokolenia, którzy wyszli z krakowskiej szkoły krytyki literackiej, czyli z seminarium Kazimierza Wyki - Jan Błoński, Ludwik Flaszen, Konstanty Puzyna. Wyrośli na personalizmie, na ideale aksjologii nierelatywnej i antropologii uniwersalistycznej. A jednak Błoński, który na początku lat osiemdziesiątych konceptualizował kulturę jako "środowisko wartości", a po roku 1989 obwieszczał, powtarzając rozpoznania z lat międzywojennych tuż po odzyskaniu niepodległości, że oto "nadchodzi epoka, w której polski pisarz znajdzie się pośród europejskich problemów i standardów. Czekają na niego ogólnoludzkie (...) tematy" - w połowie lat dziewięćdziesiątych napisał gniewną, bezwzględnie demaskatorską rozprawę Biedni Polacy patrzą na getto.

Andrzej Kijowski wyniósł ze szkoły Wyki nie tylko te rozterki. Krakowski profesor nauczył go myśleć w kategoriach pokolenia. Jej używał, pisząc eseje Ojcowie i dzieci (1959), Dwadzieścia lat (polskiej literatury), z aluzją w tytule do zamysłu Ignacego Fika (1964), a przede wszystkim Wstęp do historii okresu (1959). Ten wstęp do ostatecznie nienapisanej historii współczesnej, powojennej literatury polskiej uderza celnością lapidarnych diagnoz. Kijowski systematyzuje zawarte w tekstach i kontekstach doświadczenia kolejnych generacji i odnajduje ich artystyczne ekwiwalenty. Ocenia je ze zwykłą sobie stanowczością. Ale też jasno opowiada się za nurtem absurdalno-ironicznym, wydobytym jako jeden z trzech współbieżnych, którego znakiem artystycznym była groteska. Właśnie w związku z tym nurtem znawca romantyzmu i jego pokłosia ogłasza kres - w roku 1959! - "tradycji porozbiorowych resentymentów".

Zebrane w Dziejach literatury pozbawionej sankcji eseje, szkice, studia i artykuły krytyczne Kijowskiego z pierwszych dwóch dekad po drugiej wojnie, poprzedzone wcześniejszymi publikacjami (między innymi wyborem szkiców krytycznych i historycznych sporządzonym przez Tomasza Burka w 1991 roku, trzema tomami dzienników z lat 1965-1969, 1970-1977 i 1978-1985), dokumentacyjnym studium biobibliograficznym Wiesławy Tomaszewskiej i serią prac przez nią zainicjowanych, monografią Dariusza Skórczewskiego Aby rozpoznać siebie. Rzecz o Andrzeju Kijowskim (1996) mogłyby wskazywać, że jego pisarstwo ucukrowało się, uleżało i przeszło do sfery mitu, jak uznaje w zakończeniu obszernego wprowadzenia Marta Kwaśnicka. Nic podobnego. Nie przeszedł mimo tych publikacji do Krytyki uroczystej, jak ją nazwał w roku 1958, której nie znosił. Kijowski jest wciąż do czytania. Nawet jeśli jego surowe diagnozy i wyroki straciły na ostrości, to pozostał Kijowski, rozrzutnie szafujący błyskotliwymi - i dobrze przemyślanymi - pomysłami, które wciąż mogą inspirować, i celnymi określeniami zachęcającymi do współmyślenia. W każdym najmniejszym jego wystąpieniu jest ich bez liku. Pozostał też Kijowski aforystą, którego lapidarne formuły wciąż można przytaczać, tyle w nich formy treściwej.

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Utopie kończą się źle

Z Bronisławem Wildsteinem rozmawia Anna Czartoryska-Sziler

W swojej najnowszej książce, która ukazała się nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego, przeciwstawia pan dwie postawy - bunt i afirmację. Dlaczego właśnie te dwa sprzeczne punkty widzenia określają, pana zdaniem, kondycję naszych czasów, współczesnej kultury?

Dlatego że według mnie najlepiej opisują one rzeczywistość w najgłębszym jej wymiarze. Nie zastanawiałem się, jaką by tu opozycję wymyślić, ale przeciwstawienie to narzucało mi się od dość dawna. Żeby móc żyć, sprostać wyzwaniom, jakie stawia egzystencja, konieczna jest fundamentalna afirmacja. Chodzi o jej elementarny poziom, który wynika ze zrozumienia zasad zatraconych we współczesnej kulturze. Świat, w którym się narodziliśmy, jest nam dany albo zadany, a szansy na to, żeby ten stan zmienić, nie ma. Możemy próbować wycofać się, popełniając samobójstwo, ale poza tym musimy zasadniczo dostosować się do tych warunków, które świat nam oferuje. Znaczy to, że powinniśmy zrozumieć swój status biologiczny, swoje ograniczenia bytowe i poznawcze. Również to, że jesteśmy istotami skończonymi, tak a nie inaczej poznajemy rzeczywistość. Sam podmiot ludzki, indywidualny jest bytem pustym, on niejako staje się, percypując świat, chłonąc go.

Pojawia się tu też kwestia tożsamości.

To są kolejne warstwy naszego ludzkiego świata, który tylko do pewnego stopnia stworzyliśmy. Trzeba zdać sobie sprawę, że w danych nam warunkach ukształtowaliśmy go jedynie w pewniej mierze, przetwarzając jego naturę. Wyobrażenie, że indywidualnie jesteśmy w stanie to zmienić, jest śmieszną uzurpacją. Stajemy się ludźmi, uczestnicząc w ludzkiej kulturze, ucząc się języka czy też języków (bo oprócz jego naturalnej wersji istnieją systemy kodowania naszej wiedzy, struktury symboli, które dają rozumienie rzeczywistości). Cała nasza wiedza jest dziedziczona z kultury. Z kolei kultura, można ją nazwać systemem komunikacji, objawia się nam w określonym wariancie. Generalnie nie rodzimy się, znając ileś języków, ale uczymy się jednego, w jednej tradycji, która nas kształtuje.

Czy tego chcemy, czy nie.

Właśnie. To wszystko dzieje się, czy tego chcemy, czy nie. Oczywiście potem, w dorosłym życiu, możemy ten wariant kultury kwestionować. Na emigracji obserwowałem próby zerwania z własną tożsamością. Widziałem, jak wiele one kosztują i jak nigdy do końca się nie udają. Dzieje się tak dlatego, że człowiek nie może istnieć bez jakiejś tożsamości, usiłuje więc wrosnąć w inną, adaptować się, ale to jest niezwykle trudne, prawie niemożliwe. Zawsze pozostaje rozziew między założeniem a jego realizacją. Jak mówiłem, kultura objawia się nam w pewnych partykularnych formach, kształtuje nasz sposób reagowania na świat. W codziennym życiu reagujemy zgodnie z pewnymi kulturowymi kodami, w które zostaliśmy wyposażeni. Natomiast bunt, który opisuję, to wyobrażenie, że to wszystko nie ma znaczenia, że ja jako indywiduum jestem w stanie stworzyć świat na nowo.

Ale dlaczego postawę buntu ocenia pan jednoznacznie negatywnie, przecież może on wypływać ze szlachetnych pobudek, ze sprzeciwu wobec zła obecnego w świecie?

Z pobudkami jest różnie. Na wszystko, co robimy, znajdujemy zawsze słuszne usprawiedliwienie. Już klasycy filozofii mówili, że zawsze staramy się robić dobro, tylko często źle je wybieramy, a ludowe przysłowie mówi, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane.

Jak uczy historia, projekty utopistów, którzy chcieli budować świat idealny, kończyły się źle.

Chcą nadal, bo oni stale istnieją. Człowiek powinien przeciwstawiać się złu, na ile to jest możliwe, ale wcześniej musi rozpoznać świat, żeby jego przeciwstawienie miało jakąś perspektywę, niosło za sobą potencję realnego wpływu na rzeczywistość. Nie chodzi przecież o to, żeby było to zachowanie rozkapryszonego dziecka, które wrzeszczy i bije nogami o ziemię, bo świat nie zaspokaja jego oczekiwań. Sprawa jest jednak o tyle głębsza, że postawa buntu, którą opisuję, wynika z pychy, z pierworodnego grzechu człowieka. Jest ona bardzo mocno zakorzeniona w naszej kulturze, obecna w Biblii, ale również w tradycji antycznej. Mit o Prometeuszu de facto brzmi inaczej, niż go sobie teraz opowiadamy. Został przetworzony przez buntowników, którzy wzięli sobie Prometeusza na sztandary. Tytanowi się wydaje, że oszukał Zeusa, ale bóg jest świadom oszustwa i zgadza się na nie. W konsekwencji karze Prometeusza i ludzi, w imię których działał tytan. Koniec końców okazuje się, że Prometeusz swoim postępowaniem sprowadza śmiertelność na ludzkość. O ile się orientuję, nie jestem specjalistą, ale we wszystkich przypadkach, w których stykałem się z innymi kulturami i starałem się przyjrzeć ich fundamentalnym mitom, wszędzie tam występuje archetypiczna opowieść o pysze ludzkiej, która karze zbuntować się przeciwko stwórcy.

I stanąć w jego roli.

Tak, oczywiście, zbuntowanie się oznacza odebranie roli stwórcy, przejęcie władzy. To właśnie hybris popycha człowieka do tego, żeby przekraczał swoje naturalne granice. Niestety, zawsze kończy się to tragicznie.

W książce pisze pan także o kategorii resentymentu. Jaką rolę odgrywa ona w kształtowaniu postawy buntu?

Resentyment jest kategorią, do której odwołuje się Nietzsche. O resentymencie mówimy wtedy, gdy istnieje pewien porządek wartości, któremu nie jesteśmy w stanie sprostać, a więc niejako odwracamy go i z przypadłości czynimy cnotę. Nietzsche opisywał to - moim zdaniem, zresztą nie tylko moim, pisał o tym Max Scheler - absolutnie mylnie w odniesieniu do chrześcijaństwa. Resentyment i postawa buntu wzajemnie się warunkują. Nie jesteśmy w stanie podołać temu, co daje nam świat, razem ze swoim tragizmem i złem, więc próbujemy stworzyć zasadniczo inny, w naszym mniemaniu lepszy.

REPORTAŻ | LITERATURA FAKTU

Tatarzy polscy

Antoni Kroh

Bartosz Panek

U nas każdy jest prorokiem

O Tatarach w Polsce

Wołowiec : "Czarne", 2020

343 s. : il. ; 20 cm. - (Sulina)

Było to przed czterdziestu laty, może jeszcze dawniej. Z okazji dużego festiwalu folklorystycznego zjechali się przedstawiciele organizacji mniejszościowych (nie lubię tego słowa, ale cóż). Mieli zaprezentować dokonania i główne problemy swych środowisk. Sympozjum przeistoczyło się w pasmo żalów. Sąsiedzi Polacy bywają okrutni (najgorzej wychodzą na tym dzieci), zaś władze nie wspierają, nie rozumieją, wynaradawiają, poniżają, krzywdzą.

Nastrój zmienił się radykalnie, gdy na mównicę wszedł prezes stowarzyszenia Tatarów. Na wstępie rozweselił słuchaczy, prosząc, by nie kojarzyć go z najazdem tatarskim, jak to niekiedy się zdarza, bo on pochodzi z innych Tatarów. - Myśmy zostali sprowadzeni w piętnastym wieku do Wielkiego Księstwa Litewskiego przez księcia Witolda. Nadał nam ziemię, a niektórym szlachectwo i inne przywileje w zamian za obowiązek służby wojskowej. Określenie "Tatarzy polscy" weszło do mowy potocznej dość późno, bo w latach dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku. Przedtem mówiło się "Tatarzy litewscy" "Muślimowie", "Lipki". Mieliśmy zagwarantowaną wolność religijną, herby, niektórzy - tytuły książęce. Od ponad pięciuset lat jesteśmy obywatelami Rzeczypospolitej wyznania muzułmańskiego. Wiernie służymy Ojczyźnie, zarazem przechowując pamięć o tradycji tatarskiej, co nie stoi ze sobą w sprzeczności, przeciwnie - wzajemnie się wspiera. Słowo "ułan" jakby ktoś nie wiedział, pochodzi od nazwiska dowódcy oddziału jazdy tatarskiej, okrytego chwałą. A więc malowane dzieci są tatarskim wkładem do kultury polskiej. Niejedynym.

Wyjaśniam na wszelki wypadek - mówił - że nie chodzę latem w kożuchu i nie jeżdżę konno po Gdańsku, rower jest praktyczniejszy. Zaś nasza organizacja nie przywiozła na festiwal pokazu dżygitówki, za co gorąco przepraszam.

Wykład Tatara nie tylko uzdrowił atmosferę na sali, ale i ogromnie nam się przydał, ponieważ prelegent podał podstawowe dane, nieznane większości audytorium. Przed wybuchem wojny mieszkało w Polsce niecałe sześć tysięcy Tatarów. Inteligencja stanowiła czternaście procent, a więc wiele. Na początku XX wieku w Petersburgu działało Koło Akademików (czyli studentów) Muzułmanów Polskich, z tego środowiska wywodziły się tatarskie elity Niepodległej Polski, które powołały Związek Kulturalno-Oświatowy Tatarów RP, Tatarskie Muzeum Narodowe w Wilnie, Tatarskie Archiwum Narodowe. Wydawano książki i czasopisma. W społeczności polskich Tatarów było też wielu garbarzy, robotników, rolników na karłowatych gospodarstwach. Zatracili język i w znacznym stopniu kulturę, lecz zachowali religię, budowali meczety. Ale przede wszystkim - przekazywali kolejnym generacjom tatarską dumę, która nie jest zależna od tej czy innej polityki władz, lecz od wychowania domowego.

Tatarzy walczyli pod Grunwaldem i w innych wielkich potrzebach, w powstaniu kościuszkowskim, listopadowym, styczniowym, w Legionach. - Dzisiaj jest nas w Polsce około trzech tysięcy - zakończył Tatar swoje ożywcze wystąpienie. Tak zwana umowa repatriacyjna między Rzeczpospolitą Polską a Litewską Socjalistyczną Republiką Radziecką nas nie uwzględniała, więc sowieci wielu naszych rodaków nie wypuścili, uznali za swoich. Lecz owe trzy tysiące to liczba niepełna, należy do niej dodać ludzi nieujętych w statystykach, noszących tatarskie nazwiska (niektóre wyglądają jak polskie) albo pielęgnujących pamięć przodków, niekiedy w sposób szczególny. Nawiązałem kiedyś w pociągu rozmowę ze starszą panią o kruczoczarnych włosach i wystających kościach policzkowych. - Czemu pan mi się tak przygląda? - Bo ma pani przepiękną twarz. - No, pewnie dlatego, że jakieś dwieście albo trzysta lat temu praprababkę Tatar gonił. I najwyraźniej dogonił. Ale tradycja rodzinna nic o tym nie mówi, nie zapiszę się do waszej organizacji, zachowam neutralną życzliwość.

Wspominałem sobie te stare dzieje, czytając fascynującą książkę Bartosza Panka (ur. 1983), świetnego reportera i sumiennego archiwisty. Wszystko mi się w niej podobało, może tytuł nie został wybrany najszczęśliwiej, ale trudno.

"Zbieram (...) to, co zostało: nie resztki, nie ścinki, nie skrawki. Raczej szwy, a więc to wszystko, co łączy współczesnych Tatarów z ich przodkami" - czytamy we wstępie. Koronkowa robota! I wielce żmudna, czasem niewdzięczna. Carski Petersburg, przedwojenna Wileńszczyzna, Warszawa przedwojenna i obecna, Gdańsk, Gorzów Wielkopolski, inne miasta Ziem Zachodnich, Ankara, Wiedeń, Grozny, Londyn i - jakże inaczej - USA i Kanada. Archiwa, czytelnie czasopism. - "Za późno, proszę pana, za późno. Jakby pan zadzwonił dziesięć lat temu, to żył jeszcze dziadek. On to by panu wszystko wyjaśnił". A czemuż to wnuki nie słuchały dziadka, co innego miały na głowie? Wielka szkoda. Inni rozmówcy nie chcieli wpuścić za próg, okazywali nieufność i podejrzliwość, odpowiadali opryskliwie. Niektóre opowieści mało prawdopodobne, inne na dwoje babka wróżyła.

Ale przecież niejedno udało się zanotować. Powstała cenna i ciekawa książka, trud opłacił się sowicie, wielki szmat kultury polskiej został ocalony od zapomnienia. Wielkie podziękowanie autorowi! Między innymi za przypomnienie, że twórcą Politechniki Łódzkiej był profesor Osman Achmatowicz, chemik organik, potomek w prostej linii rycerza spod Grunwaldu. Warto poczytać, jak sobie radził z zetempowcami i z naciskami, by wstąpił do partii. Szybki rozwój Politechniki Łódzkiej robił wielkie wrażenie. Krążył nawet dowcip, że Achmatowicz rozpoczął tyle inwestycji, że za chwilę zbuduje sobie meczet. Mimo nacisków profesor pozostał bezpartyjny, a po zakończeniu kadencji był wiceministrem nauki.

Nie można także pominąć Dżennet Skibniewskiej, kobiety o przebogatym życiorysie, którego w tym miejscu streścić się nie da. Wzruszyłem się, czytając, że mieszkając w Wejherowie, pracowała w spółdzielni rękodzieła ludowego i do haftów kaszubskich próbowała przemycać orientalne elementy, była z tego afera.

Przepiękna, przebogata książka.

PS. To mój ostatni tekst w "NK". Pani Małgorzacie Borczak i całej Redakcji najserdeczniej dziękuję za szesnastoletnią współpracę. Autorów, którymi nie dość się zachwycałem, proszę o wybaczenie. Czytelnikom posyłam uśmiech. Nie jest to jeszcze uśmiech bez kota, lecz zwyczajny, serdeczny, z niewielką domieszką nostalgii.