ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Sztuka bycia nikim
Z Krzysztofem Bieleckim rozmawia Wacław Holewiński
Piszesz rzadko. Debiutowałeś trzydzieści sześć lat temu zbiorem opowiadań Nie ma czarów, nie ma aniołów. W tym samym roku wydałeś powieść Fistaszek. Potem długie, czasami kilkunastoletnie przerwy. I ledwie pięć kolejnych książek...
Są tacy, którzy nie napisali żadnej... Pisanie "wciąż", pisanie "zawsze" nie ma sensu. Piszę, kiedy dostrzegam w życiu coś szczególnego, przełomowego. Instynktownie zabieram się do pracy, a po tygodniu ją... zarzucam. Przerywam na miesiąc, dwa, by się namyślić. Samo pisanie jest fantastyczne - to szukanie zgody między pośpiechem a refleksją, ten zapał, to drżenie, ta cisza, ta czystość...
Czystość?
Pisanie powinno być czyste. Sporadyczność inspiruje. Samotniejesz, pustelniejesz, osobniejesz z każdym dniem. Prawie giniesz. W każdym akcie twórczym jest coś czystego i niejasnego. Czystość i niejasność tworzą napięcie. Wtedy pisze się najlepiej.
Jesteś "ze stajni" Henryka Berezy?
A gdybym powiedział - i od tego bym zaczął - że jest (było) czterech muszkieterów na "B"? Burek jako Atos, Błoński jako Portos, Bereza jako Aramis i Bugajski, najmłodszy, jako D'Artagnan. Oni, jak bohaterowie Dumasa, są (byli) różni. Łączy ich jedno. Tamtych miłość do Francji, tych miłość do literatury. W czasach mojego debiutu utwory wysyłało się do czasopism, nie do ludzi. "Nowy Wyraz", potem "Twórczość", najwyżej notowane pisma literackie, potem wywiad w radiowej Trójce, wreszcie książki w "Czytelniku", "Iskrach", nagrody, w początkach lat dziewięćdziesiątych, znów w Trójce, czytanie End and Fin Company. Kiedyś "stajnia Berezy" to był przywilej albo wyrok. Wszystko rozgrywało się w sferze języka: supozycji, aluzji, insynuacji, stereotypu. Inni krytycy mieli wrażliwość, upodobania, preferencje, Bereza - "stajnię". Od kilku lat, za sprawą Państwowego Instytutu Wydawniczego i mrówczej pracy jego redaktora Pawła Orła, Henryk Bereza wraca do łask. Jeszcze jedno: gdyby po drugiej wojnie Polska była wolna, kultura niepodzielona na krajową i emigracyjną, gdyby ten dwugłos nas nie spalał, to Bereza zajmowałby, co prawda osobną, ale uznaną przez krytykę pozycję. Wyzywająco: gdyby Bereza był Francuzem, żyłoby mu się łatwiej. Naszej literackiej Polsce brakuje tej odsłony: żywych dyskusji poświęconych samej estetyce, obrazowaniu, językowi jako takiemu, temu "życiu" mowy. Nie ma miejsca na krytycznoliteracką ciekawość formy. To okaleczenie. Opowiadana historia nie jest wszystkim. Forma też jest treścią. Uparte pomijanie kwestii formy jest błędem.
Kompleksem?
Polskim kompleksem. I dzieje się tak, zwróć uwagę, tylko w światku literackim. W innych sztukach - nie. Znamy legendarną czołówkę telewizyjnego "Pegaza". Muzykę Stefana Zawarskiego odniesioną do wariacji Antona Weberna z 1936 roku i grafikę Wojciecha Zamecznika. Pozornie chaotyczną ulotność wieńczy harmonia dźwięku i obrazu. Proszę: masz króciutkie arcydzieło! Muzyka i plastyka dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku są polskim towarem eksportowym! I na te poszukiwania formalne było i jest przyzwolenie społeczne, podczas gdy na nawet nieśmiałą awangardowość w literaturze - nie. A szkoda, bo literacka awangardowość może mieć - i to już całkiem karkołomne, co powiem - walor patriotyczny. Dla Polski reprezentatywny.
Czujesz się awangardowy?
Coraz mniej. Idę drogą, która się niewinnie poszerza. Moja awangardowość subtelnieje. Jest aspektem literackiej wypowiedzi, nie istotą. Pociąga mnie przede wszystkim sama refleksja. A refleksja nie może być awangardowa. Człowiek i świat nie mogą być awangardowe. Los nie może być awangardowy. Czasem te myśli wyrażam sentencją, czasem jednym słowem, krótkim, jasnym, dobitnym, czasem nastrojem. Nie przypuszczałem, że może mnie to zająć do tego stopnia. Chyba nie odmówisz mi tu serca...
No nie...
Właśnie.
Leszek Bugajski, recenzując we "Wproście" twoją najnowszą książkę Zsunęła się z krzesła. Ciennik, napisał o tobie: "To jeden z najbardziej niedocenianych pisarzy w Polsce. Wybitny". Czujesz się niedoceniony, niezauważony?
Leszek Bugajski zawsze miał swoje zdanie i na nic się nie oglądał. Pisze, co czuje. Jest krytykiem literackim z krwi i kości. Ile tysięcy książek przeczytał, diabli wiedzą. Ma skalę porównawczą, ma odwagę. Począwszy od Noża śmiało nazywa mnie "wybitnym". I tak się stało w publikacji we "Wprost" po ukazaniu się mojej ostatniej książki. Gdyby Bugajskich było dziesięciu, Michalskich, Orłów, Libichów, teraz Holewińskich, Dzikich-Jurek, spałbym spokojnie. Czytelnicy polegają na opiniach wpływowych dziennikarzy, krytyków, pisarzy. Część ani myśli przyjrzeć się Bieleckiemu. Bo niby dlaczego akurat jemu? Doskonale się orientujesz, sam warszawski oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, gdzie jestem członkiem zarządu, zrzesza ponad dwieście osób. Z drugiej strony - myślę tu o krytykach - przeczytać ileś książek to żmudna praca i mówię to bez złośliwości. Jak bez złośliwości, za to z pokorą przyjmuję pewne czytelnicze rozleniwienie i popadanie w swoisty zabobon, gdzie głośny pisarz to dobry pisarz, a ten mniej znany - już nie. Trzeba mieć wobec sztuki przekorę Gombrowicza, żeby nie pójść do Luwru, bo wszyscy tam chodzą. I pójść gdzie indziej lub wcale.
Porozmawiajmy o twojej nowej książce. Określisz, czym ona jest?
Zgódźmy się, że to po trosze powieść, po trosze dziennik, po trosze przypowieść, a po trosze też esej. Znajdziesz tu i poetyckie "wycieczki". Gatunki zachodzą na siebie, by nadać całości zagadnienia pewien kształt i "niezłomną" kompozycją potwierdzić jedną z moich idei: "harmonię nieważności". Od czasu blurba na okładce Nie ma czarów, nie ma aniołów moje poczynania śledzi Wiesław Myśliwski. Zadzwonił do mnie po lekturze Ciennika i powiedział, że to moja najlepsza książka; że pięknie ujmuję ból świata; że mówię szeroko o drobiazgach; że umiem zwielokrotnić znaczenia. Zależało mi na tym, żeby doszukać się pewnych prawd o nędzy i wielkości ludzkiego życia, a one nie są "gatunkowe". Ludzki los ucieka przed jasną definicją w mrok. Tu jeden "gatunek" nie rozstrzygnie sprawy. I moja książka próbuje właśnie w takiej kilkugłosowej formie podjąć tę kwestię. Książka z ducha jest epicka. Często lirycznie obrazowa, ale koniec końców epicka. Dominuje żywioł opowieści. Przewracasz kartkę, ciekaw tego, co dalej. A to najprostsza ilustracja opowiadania jakiejś historii. Nie dość na tym: by wzmocnić "istnieniowość" samej literatury, podejmuję wątki autotematyczne. Pewne prawdy warto opisać. Bez opisu ta prawda zginie. Proza jest posłańcem, który przynosi nowinę.
O, właśnie, lubisz sentencje! Niektóre zdania z tej książki są jak sentencje: "Dopiero człowiek zamknięty może być wolny"...
Kluczowa w Cienniku jest ta: "Gdyby nie śmierć, nic by nie było. Tylko życie". Jeżeli nie umiesz zamknąć myśli w sentencji, to nie pisz - mógłbym surowo powiedzieć. Ale czy miałbym rację? Nie. Jednak w ostatnich trzech książkach znalazłem w aforystycznych próbach jakąś przyjemność. W Cienniku jest ich najwięcej. Sentencje chcą uhonorować poważny temat książki. Dyscyplinują prozę.
Cień epidemii - a sentencja, którą przywołujesz, pojawia się w tym kontekście - jest w książce ważny. Epidemia pyta o ból. Który ból, mój czy świata, jest istotniejszy? Czyje zamknięcie, moje czy świata, bardziej boli? Czyli ostatecznie: ja czy uniwersum - co ważniejsze? Oburzysz się. Powiesz, że uniwersum, no bo ty to tylko ty, świat bez ciebie się obędzie. Czyżby? A ja bez świata? Stawiajmy sobie niegrzeczne pytania. Pytajmy o wszystko - jak dziecko.
PROZA OBCA
Człowiek człowiekowi małpą
Mikołaj Rajkowski
Pierre Boulle
Planeta małp
przeł. z fr. Agata Kozak
Warszawa : "ArtRage", 2023
213 s. ; 22 cm. - (Cymelia)
Trudno powiedzieć, czy w przypadku Pierre'a Boulle należy mówić raczej o pechu czy o szczęściu; szczęściu, bo dwie z jego powieści doczekały się bardzo udanych hollywoodzkich adaptacji; pechu, bo sukces tych filmów dość skutecznie przysłonił książkowe pierwowzory. Most na rzece Kwai w reżyserii Davida Leana pozostaje niedoścignionym osiągnięciem kina wojennego.
Planeta małp Franklina Schaffnera nie zestarzała się aż tak dobrze, choć - zwłaszcza na tle coraz słabszych kontynuacji, kręconych na fali jej sukcesu - broni się narracyjnym nerwem i siłą scenografii. Nowy przekład polski Agaty Kozak pozwala spojrzeć świeżym okiem na powieść, która posłużyła za jej kanwę.
Opowieść ramowa, wykorzystująca klasyczną formułę "listu w butelce", przeniesioną tu wprawdzie do przestrzeni kosmicznej, wprowadza zasadniczą opowieść. Trzej Francuzi: narrator opowieści - Ulisses Mérou, młody fizyk Artur Levain oraz pomysłodawca całego przedsięwzięcia, profesor Antelle, wyruszają na ekspedycję w okolice gwiazdy Betelgezy. Po wylądowaniu na jednej z orbitujących wokół niej planet odkrywają, że zamieszkują ją niemi i zdziczali ludzie, skupieni w bezładne stada, stanowiące obiekt okrutnych polowań ze strony wysoce zorganizowanego społeczeństwa małp człekokształtnych. Odłączony od swoich towarzyszy i wmieszany w politowania godną ciżbę ludzką, pochwyconą w niewolę przez małpich oprawców, Mérou musi użyć całego swego sprytu, by udowodnić, że jest istotą rozumną.
Już na podstawie tego zarysu fabuły można zauważyć, że w wielu aspektach mamy do czynienia z opowieścią dość staroświecką. Wydawca polski poleca ją "fanom Stanisława Lema i Janusza A. Zajdla" - najzupełniej zasadnie, słusznie można się bowiem spodziewać, że miłośnicy obu pisarzy Planetę małp docenią; jeśli jednak chce przez to zasugerować pokrewieństwo, wypada zaprotestować. Pod wieloma względami jest to książka bliższa prozie gatunkowej wcześniejszej o kilka dekad, hołdująca wzorcom pionierów - Herberta George'a Wellsa i Jules'a Verne'a (spłacając także dług Nadchodzącej rasie Edwarda Bulwer-Lyttona). Etykieta science-fiction zdaje się w ogóle nie działać na korzyść powieści, która - będąc z grubsza rówieśniczką Solaris, Diuny, Trudno być bogiem czy Trzech stygmatów Palmera Eldritcha - zdaje się na ich tle trącić myszką. Lepszym sąsiedztwem od książek Lema, Dicka czy Clarke'a byłaby może Inwazja porywaczy ciał czy niektóre odcinki Strefy mroku Roda Serlinga, w których prawdopodobieństwo naukowe ma charakter co najwyżej pretekstowy, a które urzekają za to onirycznym niepokojem, lękiem spowodowanym zachwianiem równowagi rzeczywistości, w którą wkrada się niepasujący element.
Wspólnym elementem jest tu także (być może przede wszystkim) duch Kafki - owszem, czytanego w specyficznym pop-egzystencjalnym kluczu, redukującym jego prozę do jednego wymiaru, za to pasującym do paranoicznej atmosfery epoki. Praski pisarz patronuje przedsięwzięciu Paryżanina dyskretniej niż wymienieni klasycy gatunku - Verne i Wells, na ogół podskórnie, metatekstualnie. Część trzecia powieści rozpoczyna się od zdania: "Obudziłem się wcześnie z niespokojnego snu" - a dzieje się to w momencie, w którym Ulisses Mérou przechodzi metaforyczną przemianę w małpę, po swoim oszałamiającym sukcesie przed małpim trybunałem, który uznaje go za istotę rozumną. W międzyczasie następuje jednak ponura scena przed ludzkim wybiegiem w zoo - umieszczonego tam profesora Antelle, pomysłodawcę całej wyprawy, Ulisses odnajduje w stanie kompletnego zdziczenia. Niemota ludzkich towarzyszy niedoli staje się milczącym oskarżeniem swoistej zdrady gatunku, którą popełnia Mérou; czy jednak pozostał mu jakikolwiek inny wybór?
Planeta małp nie jest z pewnością prozą najwyższej próby, a porównywana ze swoją najbardziej udaną adaptacją filmową - co raczej nieuniknione - pod wieloma względami wypada rozczarowująco. Zanim jednak oskarżymy wydawcę o marnowanie czasu czytelnika i talentu Agaty Kozak - wyśmienitej tłumaczki artystycznej literatury francuskojęzycznej - trzeba podkreślić koniecznie, że mimo pewnych mankamentów, Planeta małp zgrabnie łączy wdzięk klasycznej powieści przygodowej z pesymistycznym oglądem kondycji ludzkiej. W tym, co początkowo wygląda jedynie na surrealistyczną groteskę świata na opak, dostrzegamy z czasem wyraźne powidoki koszmaru XX wieku, w tym eksperymentów doktora Mengele i jego japońskich odpowiedników (Boulle, który podczas wojny dostał się do japońskiej niewoli w Indochinach, z pewnością wiedział o potwornościach, jakich dopuszczali się poddani Hirohito), skrajnego upodlenia i eksterminacyjnych zapędów wobec "ras niższych".
Każdy przytomny czytelnik dostrzeże pewnie ironię w tym, że poniższe słowa padają w książce, która zainicjowała multimedialną franczyzę: "Kiedy już powstanie oryginalna książka, ludzie pióra ją naśladują, czyli kopiują, co prowadzi do publikacji setek tysięcy dzieł, poruszających dokładnie te same tematy, o nieco zmienionych tytułach i zmodyfikowanych kombinacjach zdań". W rzeczy samej, Planetę małp łatwo odebrać jako gruntowną krytykę społeczeństwa doby masowej produkcji i optymalizowanego podziału pracy. Nie najpochlebniejsze to dla naszej cywilizacji, że ze względną łatwością można wyobrazić sobie zastąpienie człowieka przez małpę we wszystkich rolach. Nawet jeśli uznamy, że Boulle zgrzeszył nadmiernym pesymizmem, w poniższym opisie rozpoznajemy niepokojąco znajomy obraz:
"Istniała potrzeba operatorów wykonujących w kółko te same czynności, a małpy mogły ich zastąpić bez żadnej szkody; na wyższych szczeblach znajdowali się menedżerowie, których rola polegała na tworzeniu określonych raportów i wypowiadaniu określonych słów w konkretnych okolicznościach. (...) Na najwyższych szczeblach administracji małpowanie było jeszcze łatwiejsze do wyobrażenia. Aby kontynuować nasz system, goryle musiałyby naśladować jedynie kilka zachowań i wypowiadać uroczyste mowy, wszystkie wzorowane na tym samym modelu".
SZTUKA
Nie tylko ojciec Witkacego
Anna Żakiewicz
Natalia Budzyńska
Witkiewicz, ojciec Witkacego
Kraków : "Znak", 2022
793 s., 16 s. tabl. : il. ; 22 cm
Spłodzenie i wychowanie jednego z najwybitniejszych polskich artystów XX wieku było oczywiście wielką zasługą Stanisława Witkiewicza, ale z pewnością nie jedyną. Sam był malarzem, pisarzem, teoretykiem sztuki, i to niezłym we wszystkich wymienionych dziedzinach.
Łatwo się domyślić, że tytuł biografii Witkiewicza autorstwa Natalii Budzyńskiej jest chwytem promocyjnym, jako że więcej osób rozpoznaje jego sławnego syna i może dlatego będą się chciały czegoś dowiedzieć także o jego ojcu, ale dla bohatera książki wydaje się to krzywdzące. Stanisław Witkiewicz również był postacią niezwykłą.
Pochodził ze żmudzkiej rodziny o tradycjach powstańczych, która zapłaciła za to zsyłką na Syberię. Uczestniczył w niej również wówczas piętnastoletni Stanisław. Był on przez całe życie wierny wyznaczonym sobie zasadom i celom. W tym niepokornym duchu wychowywał ukochanego jedynaka, Stanisława Ignacego, czyli późniejszego Witkacego.
Autorka prowadzi nas przez burzliwe losy Witkiewicza seniora, który po powrocie ze zsyłki studiował malarstwo na dwóch znakomitych uczelniach artystycznych w Petersburgu i Monachium, a potem wraz z kolegami malarzami - m.in. Józefem Chełmońskim - stworzył pracownię malarską na poddaszu warszawskiego Hotelu Europejskiego. Na podstawie listów wyszukanych przez autorkę biografii poznajemy jego relacje z matką i siostrami mieszkającymi w Mińsku. Jesteśmy świadkami uwielbienia artysty dla aktorki Heleny Modrzejewskiej, dla której Witkiewicz nawet układał przytoczone w książce wiersze oraz o wiele bardziej prozaicznych początków małżeństwa z Marią Pietrzkiewiczówną, pochodzącą także ze Żmudzi młodą absolwentką warszawskiego Konserwatorium. No i oczywiście dowiadujemy się o chorobie, która w dużej mierze zdeterminowała życie malarza. Z powodu gruźlicy Witkiewicz zamieszkał w Zakopanem i zaangażował się całym sobą w sprawy tej niewielkiej podgórskiej miejscowości - zarówno w problem kanalizacji, jak i kształcenia artystycznego. Przede wszystkim jednak stworzył nowy, choć oparty na miejscowych wzorach, styl w architekturze i sztuce użytkowej zwany zakopiańskim. To mało znany aspekt tej działalności artysty. Nie pobierał on za swoje projekty honorariów, chociaż z uwagi na sytuację życiową pieniądze bardzo by mu się przydały. Pod tym względem Witkiewicz był w ogóle człowiekiem przesadnie honorowym. Nie chciał na przykład przyjmować zapłaty za swoje obrazy od przyjaciół, którzy, chcąc się wywiązać z należności, dokonywali ekwilibrystycznych sztuczek.
Witkiewicz szybko się stał jedną z najważniejszych postaci Zakopanego, na równi z doktorem Tytusem Chałubińskim, Henrykiem Sienkiewiczem, Stefanem Żeromskim, Janem Kasprowiczem i Władysławem Przerwą-Tetmajerem, którzy w swoich utworach opiewali piękno tatrzańskiego pejzażu. Sławił je również Stanisław Witkiewicz w malowanych przez siebie obrazach, zachęcał też do tego syna od jego najwcześniejszych lat.
Autorka biografii wnikliwie opisuje środowisko przybyłych do Zakopanego artystów i ich wzajemne powiązania - także sympatie i animozje, od których nie był wolny i główny bohater książki. Nie mogła więc pominąć romansu Witkiewicza z Marią Dembowską, przy czym całkiem słusznie opowiedziała się po stronie zdradzanej żony, wskazując przy tym na jej wykluczenie towarzyskie, co w życiu codziennym musiało być równie bolesne, jak nielojalność męża. Ostatecznie artysta po przeszło dwudziestu latach małżeństwa wybrał kochankę, z którą w 1908 roku wyjechał do Lovranu na półwyspie Istria, czego powodem miała być kuracja w łagodniejszym od zakopiańskiego klimacie.
Okoliczności pobytu artysty w Lovranie znamy dobrze z zachowanych i opublikowanych w 1969 roku przez Wydawnictwo Literackie, a opracowanych przez Bożenę Danek-Wojnowską i Annę Micińską Listów do syna, z których od lat korzystają badacze życia i twórczości zarówno seniora, jak i juniora. Budzyńska wykorzystała je do zaprezentowania obu artystów, także w ich rodzinnych rolach. Witkiewicz senior jawi się tu jako rodzic nadopiekuńczy, syn zaś - choć jego odpowiedzi się nie zachowały - generalnie sprawia wrażenie nieco opryskliwego. Najwyraźniej jednak cenił opinie ojca o swoich dziełach malarskich i rysunkowych, bo systematycznie wysyłał do Lovranu ich fotograficzne reprodukcje. Fotografie te - w przeciwieństwie do wielu oryginałów - zachowały się, więc łącznie z opiniami o nich wyrażonymi w listach Stanisława Witkiewicza są bezcennym źródłem poznania młodzieńczej twórczości Witkacego.
Witkiewicz spędził na adriatyckim wybrzeżu tylko siedem lat. Zmarł 5 września 1915 roku. Trumnę z jego zwłokami - mimo toczącej się w Europie wojny - Maria Dembowska sprowadziła do Zakopanego, gdzie się odbył uroczysty pogrzeb, w którym uczestniczyły tłumy. Po mszy świętej trumnę z kościoła wynieśli górale, potem zmienili ich pisarze i malarze, między innymi Stefan Żeromski, Leon Wyczółkowski, Teodor Axentowicz, a na końcu legioniści. Były przemowy, Żeromskiemu wzruszenie odebrało głos. Budzyńska przytacza najtrafniejsze według niej słowa Kasprowicza: "Nie był znakomitym mężem stanu, strzegącym interesu narodu na drodze rozumnych kalkulacji, nie był wodzem rozgłośnym, uciekającym się do bohaterstwa i krwi narodu, (...) był tylko polskim artystą, polskim pisarzem i to nam wystarcza. (...) W płonej przemieszkiwał chacie, nie świecił orderami, worka nie miał wypchanego złotem, był człowiekiem prawie ubogim, a przecież jednym z najpierwszych w narodzie". Trudno chyba o lepsze podsumowanie życia i działalności Witkiewicza. Pochowano go na starym cmentarzu na Pęksowym Brzyzku. Na grobie postawiono żmudzki krzyż smuktalis, który stoi do dziś.
Książki Natalii Budzyńskiej nie sposób przecenić. Napisana została w gawędziarskim tonie, ale solidnie podbudowana źródłami - listami, artykułami z epoki, wspomnieniami. Poza od dawna znanymi faktami zawiera sporo nowych, nie mówiąc o ciekawostkach i anegdotach. Nie brakuje w niej osobistych spostrzeżeń autorki, często rzucających nowe światło na życie i twórczość Stanisława Witkiewicza. Na końcu jest zwięzłe kalendarium, bibliografia oraz indeks, co czyni tę publikację nadzwyczaj użyteczną. Przydałoby się może tylko trochę więcej ilustracji - fotografii, reprodukcji prac. No i jedno zastrzeżenie. Nieco razi używane przez autorkę familiarne określanie Witkiewicza "Stach".
SPOŁECZEŃSTWO | POLITYKA
O przemocy postępu
Michał Gołębiowski
Tomasz Rowiński
Anachroniczna nowoczesność
Eseje o cywilizacji przemocy
Dębogóra : "Dębogóra", [2022]
270 s. ; 20 cm. - (Biblioteka Christianitas)
W stosunkowo niedługim czasie w Polsce ukazały się dwie ważne książki rozliczające nowoczesność. Obie w pewien sposób podobne. Podejmują w gruncie rzeczy ten sam problem i wywołują u czytelnika takie samo napięcie czy wręcz niepokoje, choć jedna jest powieścią, a druga - zbiorem esejów.
Mam na myśli z jednej strony Unicestwianie Michela Houellebecqa, a z drugiej Anachroniczną nowoczesność Tomasza Rowińskiego. Czytane jedna po drugiej albo obok siebie, znakomicie się dopełniają, przy czym - należy o tym stale pamiętać - obie pozostają książkami zupełnie od siebie niezależnymi, pełnymi i samodzielnymi.
Tym razem skupię się na Anachronicznej nowoczesności. Ma ona znamienny podtytuł: Eseje o cywilizacji przemocy. Rowiński jest ostatnio autorem niezwykle płodnym. Dwa lata temu wydał razem z Pawłem Milcarkiem zbiór rozmów Non possumus. Niezgoda, której uczy Kościół jako kontynuację Alarmu dla Kościoła. Następnie teksty w apologetycznych antologiach na temat liturgii katolickiej oraz antropologicznych i etycznych problemów związanych z prenatalną fazą życia ludzkiego. Później - w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy - liczącą prawie pięćset stron rozmowę z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim Niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie, a także rozpisaną na blisko siedemset stron monumentalną książkę Turbopapiestwo. O dynamice pewnego kryzysu.
Jest to ogrom pracy jak na jednego autora. Z tego powodu publikacja najświeższej książki, właśnie Anachronicznej nowoczesności, mogła umknąć czytelnikowi. Choć jest to pozycja niezwykle ważna. Być może najlepsza książka Rowińskiego od czasów zdecydowanie wartych uwagi Bękartów Dantego. Obie pozycje składają się na historię idei wysokiej próby.
Recenzowana publikacja to zbiór esejów, które przeprowadzają swoistą wiwisekcję nowoczesności jako struktury skonstruowanej z szeregu mitów i przesądów. Rowiński jest katolikiem, a więc jego ocenę naszych czasów dokonuje z poziomu przekonań etycznych opartych na Dobrej Nowinie i Tradycji Kościoła. Cała rzecz nie jest jednak dziełem fideisty, który po prostu wierzy, przylgnąwszy uczuciowo do określonej wizji świata, lecz autora odwołującego się do racjonalności jako jednej z zasad katolickich. Rowiński wyraża zarazem niezgodę na to, aby liberalizm uważany był za opcję domyślną nowoczesnych społeczeństw, za czystą racjonalność, coś tak oczywistego, jak powietrze. Za punkt oparcia dla całego tomu można by zatem uznać następujące dwa zdania wstępu: "Dziś, gdy rugowanie chrześcijaństwa jest w wielu miejscach coraz bardziej skuteczne lub nawet gdzieniegdzie dobiega końca, trzeba sobie zadać pytanie, czy nowoczesność nie jest po prostu dla ludzi niebezpieczna, ponieważ stanowi efekt błędów poznawczych wypaczających rozumienie natury człowieka. Czy nowoczesność, choć usprawniła działanie wielu systemów społecznych, dała postęp technologiczny i niespotykany wzrost dobrobytu w wielu regionach świata, pozbawiona chrześcijańskiego dziedzictwa, nie staje się nieuchronnie motorem rozkładu więzi społecznych i rozpadu człowieka jako osoby?".
Rowiński jest autorem odważnym i niesztampowym. Wielu czytelników może poczuć się wręcz skonfundowanych z powodu krytyki, jakiej poddaje nasze czasy, wszakże obiecujące postęp i powszechny dobrobyt. Anachroniczna nowoczesność pokazuje, że dzieje się tak dlatego, że często przyswajamy bezkrytycznie pewne fundamentalne dla naszych czasów mity. Ta myśl może być prowokująca. Taki charakter ma, w moim odczuciu, już sama okładka: nowoczesność jako zagryzające się wilki z obrazu George'a Bouverie Goddarda. Ale przecież nowoczesność to postęp, wolność, tolerancja...
Motyw z okładki przypomniał mi słynną scenę z Egzorcysty Williama Friedkina, w której o. Lankester Merrin staje naprzeciwko posągu bóstwa Pazuzu, a u jego stóp dwaj kapłani diabła: walczące w nienawistnym amoku pustynne psy. Oto obraz chaosu, "zła przeciwko złu", jak słyszymy z ust bohatera Egzorcysty. Skojarzenie dość dalekie, owszem, lecz wydaje się przy tym zaskakująco adekwatne. "Jeżeli szukaliśmy kiedyś społecznego obrazu piekła, to właśnie je odnajdujemy w tym świecie niekontrolowanej przemocy wojen tożsamościowych, rozgrywających się w układzie zdecentralizowanej sieci społecznej" - stwierdza Rowiński. A więc nowoczesne potępienie wszelkiej prawdy uniwersalnej i centralnej prowadzi do chaosu, czyli "zła przeciwko złu".
Intencje samego autora odnośnie do okładki były oczywiście inne, bliższe metaforze powziętej z Lewiatana Tomasza Hobbesa jako jednego z dzieł fundacyjnych dla nowoczesności. "To znamienne, że książką tak ważną dla całej liberalnej kultury - pisze Rowiński - stała się rozprawa o specyficznym stanie wojny - dodajmy, wojny wszystkich ze wszystkimi, w czasie której człowiek jest człowiekowi wilkiem". Nieposłuszeństwo względem natury i rzeczywistości, w imię odcieleśnionej idei oraz wyobrażonych tożsamości, prędzej czy później wywołuje, zdaniem autora, taką właśnie wojnę. Nawet jeśli u jej podstaw stoi dążenie do likwidacji cierpienia, przemocy i niesprawiedliwości.
Wspomniane na początku zestawienie z najnowszą powieścią Houellebecqa ma zatem głębsze uzasadnienie. Unicestwianie to powieść napisana przez ateistę i syna laickiej Francji. Do głosu dochodzi tu rozczarowanie tym, co nazywamy nowoczesnym postępem. Zapominając o zasadach chrześcijańskich czy wręcz pogardzając nimi, skazaliśmy samych siebie na życie w nieustannej ułudzie, w której się gubimy. To, do czego doszedł Houellebecq na drodze egzystencjalnej, zostaje opisane przez Rowińskiego na gruncie intelektualnego namysłu tworzonego przez historyka idei.
Publicystyka uparta
Dariusz Kawa
Bronisław Wildstein
Wobec wojny, zarazy i nicości
Warszawa : Państ. Instytut Wydawniczy, 2023
559 s. ; 22 cm
Każdy, kto wykazuje choć pobieżną orientację w polskim życiu publicznym, z pewnością kojarzy postać Bronisława Wildsteina. Co więcej, jest to "kojarzenie" z reguły nacechowane emocjonalnie, a im wyraźniejsze poglądy polityczne kojarzącego, tym większą dozą sympatii bądź niechęci, a często wręcz zapiekłej wrogości, obdarzany jest autor Doliny nicości.
Nieliczni publicyści w Polsce, nie wspominając już o pisarzach, budzą tak skrajne emocje, ba... nawet niewielu polityków może poszczycić się takim "elektoratem negatywnym", jakiego dorobił się właśnie Wildstein.
Skąd tak wysoka temperatura sporu związana z tym akurat autorem? Wydaje się, iż wynika ona z tej prostej przyczyny, że choć Wildstein nigdy nie był czynnym politykiem, to od wielu lat jego pisarstwo, a także życiowe wybory, działalność zawodowa i społeczna dotykają istoty polityki, rozumianej nie jako taka czy inna przynależność partyjna, ale jako troska o wspólnotę i jej dobro. Jest on w swojej postawie wyjątkowo nieugięty, a że poglądy ma par excellence konserwatywne, z jednej strony budzi podziw wśród propaństwowej prawicy, z drugiej zaś zajadły opór środowisk liberalnych i lewicowych.
Źródeł tego nieprzejednania (czy też "krnąbrności", jak chcieliby krytycy) autora Czasu niedokonanego szukać trzeba z pewnością w doświadczeniach z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych - tragicznej śmierci Stanisława Pyjasa, powstaniu Studenckiego Komitetu Solidarności w Krakowie i politycznej emigracji. I choć wiele okoliczności (w tym m.in. pochodzenie, młodzieńcze fascynacje anarchizmem, związki z masonerią, liczne znajomości wśród elity emigracyjnej i krajowej) wręcz predestynowały go, by po powrocie do Polski zająć znaczące miejsce po lewicowo-liberalnej stronie światopoglądowego sporu (zwanej też przez część niechętnych jej publicystów "salonem"), on coraz bardziej ciążył ku prawicy, co też dla wielu musiało być niezwykle irytujące.
Potwierdzeniem tej bezkompromisowej postawy jest z pewnością jego najnowsza książka Wobec wojny, zarazy i nicości, którą wydał PIW. Ten obszerny tom, mieszczący w sobie niemal sto trzydzieści tekstów publicystycznych, których większość była drukowana w całości bądź we fragmentach w tygodniku "Sieci", ma stanowić - wedle słów autorskiego wstępu - "próbę naszkicowania panoramy naszej epoki". Teksty te, co warte podkreślenia, bardzo różnorodne pod względem gatunkowym - począwszy od erudycyjnych, bogatych w filozoficzne konteksty esejów, przez analizy bieżących wydarzeń, aż po pełne ironii felietony - zostały podzielone na siedem bloków tematycznych. Oprócz tytułowych: Wojny i Zarazy są też tu takie kategorie jak: Tożsamość Europy i Zachodu, Polska, Unia i nowoczesność, Zniszczyć religię, Kościół i człowieka, Konstytucja, prawo, kultura oraz W teatrze naszych czasów.
Już same tytuły dowodzą, że w najnowszym zbiorze Wildstein konsekwentnie podąża ścieżkami, które wyznaczył wieloma wcześniejszymi publikacjami prasowymi i książkowymi. W przypadku tych ostatnich na szczególną uwagę zasługują dwie pozycje: O kulturze i rewolucji (2018) oraz Bunt i afirmacja. Esej o naszych czasach (2020), które również ukazały się nakładem PIW-u. Ostatnia z wymienionych jest swoistą summą założeń światopoglądowych autora, a zarazem wielką polemiką z popularnymi obecnie ideologiami i ich piewcami. Można zaryzykować stwierdzenie, że to, co teoretycznie zostało rozpisane w Buncie i afirmacji, w omawianym zbiorze zostaje skonfrontowane z aktualnymi wydarzeniami.
A przecież w ciągu trzech ostatnich lat na naszych oczach rozegrały się sceny, które wstrząsnęły posadami znanego nam świata. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście agresja Federacji Rosyjskiej na Ukrainę. Heroiczna obrona swojego kraju, którą podejmują ukraińscy obywatele, jest dla Wildsteina dowodem na to, jak wbrew współczesnym kosmopolitycznym modom i ideologii emancypacji, wciąż ważne pozostają kategorie narodu i ojczyzny. "Wojna pozwala zobaczyć lepiej" - stwierdza autor, podkreślając, jak wszystkie wyśmiewane wartości "starego świata" - patriotyzm, męstwo, troska o najsłabszych, a w końcu ofiara z własnego życia złożona w interesie wspólnoty - w walce Ukraińców z rosyjskim okupantem odzyskują dawny blask i powszechny szacunek. W jednym z felietonów kąśliwie pyta: "Dlaczego nie pojawiła się kijowska Maria Peszek, która ku zachwytowi opinii publicznej nie wykrzykuje z majdanu: "Nie oddam ci, Ukraino, ani jednej kropli krwi! Nie każ mi walczyć, nie każ wybierać"?". Jednocześnie Wildstein krytykuje kraje zachodniej Europy za kompromitującą politykę, jaką przez lata prowadziły wobec Putina i imperialnych zakusów Rosji. Analizuje także fenomen rosyjskiej propagandy, w której prawosławie i stalinizm łączą się w ideale wielkiej Rosji toczącej cywilizacyjną walkę z zachodnim antychrystem.
Kolejna część książki to teksty powstałe w reakcji na drugi fenomen naszych czasów, a więc globalną pandemię koronawirusa. W opinii Wildsteina zaraza i związane z nią działania polityków potwierdziły kwestionowany przez wielu fakt, że państwa narodowe są "optymalnym sposobem urządzenia zbiorowego życia". Dowodem na to jest fiasko zarządzania kryzysem przez UE, w której pod płaszczykiem zapewnień o solidarności i współpracy można było zaobserwować bezwzględną grę rozbieżnych interesów. Wildstein przypomina walkę o to, w którym kraju produkowana będzie szczepionka, promocję swoich i dezawuowanie obcych preparatów oraz działania Niemiec, które już po wynegocjowaniu i ogłoszeniu strategii zakupów szczepionek dla całej UE dokonywały ogromnych zakupów poza tym mechanizmem. Jednak "porażka UE w starciu z pandemią niczego nie nauczyła euroentuzjastów. Jedyną odpowiedzią na problemy Unii ma być przyśpieszenie jej integracji, która ich zdaniem stanowi remedium na wszystkie problemy". Wildstein w swych rozważaniach okołopandemicznych idzie dalej, opisując patologie liberalnej demokracji i wypierającej tradycyjne religie wiary w niezawodność medycyny, szuka w nich prawdziwych źródeł ruchów negujących pandemię. W opinii autora, najważniejszą lekcją, którą jako ludzkość powinniśmy wyciągnąć z doświadczenia zarazy, jest lekcja pokory, uznania naszych ograniczeń w panowaniu nad naturą, bowiem "świat jest głębszy niż nasze o nim wyobrażenie".
Wildstein dużo miejsca poświęca także ideologii emancypacji i płynącym z niej zagrożeniom, które uderzają w fundamenty europejskiej cywilizacji. W obszernym eseju Kryzys Europy pisze oskarżycielsko, że jej ambicją "jest wyzwolenie człowieka z wszelkich tradycyjnych tożsamości: od religijnej, kulturowej i narodowej począwszy, a na rodzinnej oraz płciowej kończąc. Wyższy stopień ewolucji, który w ten sposób mieliśmy osiągnąć, okazał się narcystyczną samotnością, bezbronną wobec presji grup interesu, statusem doskonałego klienta zarówno towarów, jak i ideologii". Interesujące są też rozważania autora o destrukcji języka, kategorii inności czy istocie niepodległości, a także o wierze i nicości, w których odsłania przed czytelnikami osobisty stosunek do chrześcijaństwa.
Oczywiście w książce nie brakuje wątków dotyczących politycznej bieżączki, kategorycznych opinii o działaniach rządzącej koalicji i opozycyjnych ugrupowań, które nie każdemu przypadną do gustu, ale mimo to wobec omawianej pozycji nie można przejść obojętnie. Wildstein bowiem uparcie konfrontuje nas ze sferą spraw fundamentalnych.
HISTORIA
Estado Novo na wojnie
Piotr Abryszeński
Bartosz Kaczorowski
Wojna Salazara
Polityka zagraniczna Portugalii
w okresie drugiej wojny światowej
Łódź : Wydaw. Uniwersytetu Łódzkiego ; Kraków : Ośrodek Myśli Politycznej, 2022
410 s. ; 21 cm
(Biblioteka Myśli Politycznej ; 114)
Kraj na końcu Europy, z którego bliżej do wybrzeży Afryki niż do centrów europejskiej kultury. Jednak niewielka i z pozoru niewiele znacząca Portugalia w czasie drugiej wojny światowej okazała się istotną figurą w rozgrywce na geopolitycznej szachownicy.
António de Oliveira Salazar uchronił Portugalię przed udziałem w najkrwawszym konflikcie w dziejach, a jego celem było przede wszystkim utrzymanie neutralności państwa. Jednak do dzisiaj ocena autorytarnych rządów introwertycznego profesora z Coimbry budzi spory, w których emocje biorą górę nad faktami. Bartosz Kaczorowski w Wojnie Salazara ze znawstwem tłumaczy meandry ówczesnej polityki zagranicznej, a bogata baza źródłowa stwarza podstawę do ukazania dynamiki relacji między dyplomatami.
Wśród zarzutów wobec Salzara przewija się przede wszystkim oskarżenie o stosowanie bezwzględnych metod, zwłaszcza wobec komunistów. Choć w okresie międzywojennym brutalne rozprawianie się z przeciwnikami politycznymi nie było czymś wyjątkowym, to po 1945 roku dawne narzędzia uprawiania polityki stały się nieakceptowalne. Symbolizuje je osławiony obóz koncentracyjny Tarrafal, aczkolwiek liczba trzydziestu kilku zmarłych w tym obozie wydaje się ledwie kroplą w oceanie ofiar wirów dwudziestowiecznej polityki.
Jako jeden z nielicznych polityków na Zachodzie, portugalski premier zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakie stwarzał wzrost międzynarodowej pozycji Związku Sowieckiego. Stanowczo krytykował działania Moskwy nawet wówczas, gdy Zachód je bagatelizował. Ten nieprzejednany antykomunista wszelako nie zamierzał sprzymierzać się z jednym diabłem przeciw drugiemu. Dlatego też niezmiennie odmawiał Berlinowi udziału w pakcie antykominternowskim. Jeszcze przed hańbą konferencji monachijskiej przestrzegał Anglików, że Niemcom żadną miarą nie można ufać. To samo przypomniał im po ataku III Rzeszy na Polskę.
Błyskawiczna i zaskakująca klęska Francji zdawała się sygnalizować, że konflikt może wkrótce się rozlać na Półwysep Iberyjski. We współpracującej z aliantami Lizbonie obawiano się, że generał Franco przypomni sobie o kwestii Gibraltaru spornego z Wielką Brytanią, a także, że ośmielony zajęciem Tangeru (za wiedzą i przyzwoleniem Londynu) nie poprzestanie na tym i zwróci się w stronę francuskiego Maroka. To oznaczałoby zbliżenie Madrytu do państw Osi. Hiszpański Caudillo wojny jednak nie chciał, choć prowadzona przezeń śmiała polityka faktów dokonanych zdawała się temu przeczyć. Mniejsza i słabsza Portugalia stanowiłaby w tej sytuacji ostatni przyczółek wolnego świata na Zachodzie.
Zagrożenie było poważne, zaś Brytyjczycy i Francuzi spodziewali się na domiar złego proniemieckiego puczu w Lizbonie, którego celem byłoby obalenie Salazara i ustanowienie marionetkowego rządu nad Tagiem. Dyplomacja Albionu zamierzała osłabić apetyty III Rzeszy i skutecznie nakłoniła portugalskiego premiera do udzielenia pomocy gospodarczej hiszpańskiemu sąsiadowi, wciąż przecież liżącemu rany po niedawnej wojnie domowej. W tej rozgrywce chodziło więc o to, by utrzymać status quo, a jednocześnie wciąż być podmiotem, nie zaś przedmiotem w rywalizacji pomiędzy mocarstwami. Nie oznacza to, że Estado Novo nie miało żadnych asów w rękawie - nieocenionym atutem Portugalii były posiadłości zamorskie, zwłaszcza po upadku Francji i Beneluksu. Niepozorne Azory stały się strategicznie ważną aliancką bazą lotniczą i morską.
Bartosz Kaczorowski dowodzi, że portugalski premier nie tylko zrealizował swój nadrzędny cel, jakim było utrzymanie państwa w neutralności, ale również wzmocnił jego pozycję po wojnie. Najpoważniejszym tego dowodem było przyjęcie Portugalii do NATO już w 1949 roku, a także utrzymanie większości posiadłości zamorskich w czasach dekolonizacji, praktycznie do końca rządów Salazara w 1968 roku. Nie należy tu zapominać o wewnętrznych motywacjach Salazara. Jako katolik (choć przez wiele lat nieprowadzący życia sakramentalnego) czuł się zobowiązany do wypełnienia orędzia pokoju z Fatimy. Z kolei wieloletnia przyjaźń z kardynałem Manuelem Gonçalvesem Cerejeirą, nawet pomimo różnicy zdań w wielu kwestiach, legitymizowała pozycję premiera oraz ustój Nowego Państwa. I ta perspektywa jest znakomicie zaprezentowana w Wojnie Salazara.
Czy, jak chcą niektórzy, był Salazar człowiekiem małostkowym? Być może to właśnie ta cecha doprowadziła do wydarzenia, które do dziś stanowi rysę na jego drugowojennym portrecie. Było nim usunięcie Aristidesa de Sousy Mendesa. Kaczorowski nieco racjonalizuje entuzjastyczne wyobrażenie legendy tego ostatniego i prostuje mity, jakie narosły wokół sprawy usunięcia go ze stanowiska konsula w Bordeaux. Ignorując wyraźne wytyczne rządu, wydawał on wizy potrzebującym, m.in. Żydom, Polakom i Francuzom. Nie usprawiedliwia Salazara, aczkolwiek stara się zrozumieć jego motywy - bynajmniej nie były one osobiste, ale dyktowane interesem publicznym. Autor przypomina, że w połowie 1940 roku, gdy wszczęto postępowanie dyscyplinarne wobec Sousy Mendesa, sytuacja europejskich Żydów była inna niż w późniejszym okresie. W tym wypadku chłodny pragmatyzm chwili wziął górę nad wizjonerstwem. A może jednak małostkowość? Co ważne, choć z narracji prowadzonej przez Kaczorowskiego wyłania się przede wszystkim wizerunek przenikliwego męża stanu, którego przewidywania wielokrotnie sprawdziły się w praktyce, to nie oznacza to bynajmniej, że wszystkie jego pomysły były mądre. Dość wspomnieć o decyzji o opuszczeniu flagi do połowy masztu po śmierci Hitlera.
Autor dostrzega ciemniejsze strony dyktatury Salazara, choć w kontekście działań dyplomatycznych w wielkim teatrze wojny nie przecenia ich wagi. W jego optyce jest Salazar przede wszystkim politykiem konsekwentnym, świadomym nadrzędnego celu swojej administracji i środków, które winny być wykorzystane do jego skutecznej realizacji. Stąd niewątpliwie pozytywna ocena działań portugalskiej dyplomacji, dzięki którym utrzymano neutralność państwa bez ponoszenia hańbiących kosztów uległości względem nazizmu.
Jak wskazuje Kaczorowski, Miklós Horthy, już jako wygnaniec-rezydent w portugalskim Estoril, stwierdził, że "jeśli każda dyktatura byłaby taka, to wtedy z pewnością stałaby się ona najlepszą ze wszystkich znanych form rządu". Legendzie Salazara z pewnością pomogłoby, gdyby podobną opinię wyraził któryś z wielkich zachodniego świata. Historię piszą przecież wygrani.
Portugalczycy do dzisiaj pamiętają o cudzie gospodarczym, który wprowadził kraj zadłużony, pogrążony w głębokiej biedzie i anarchii na ścieżkę imponującego rozwoju. W plebiscycie na największego rodaka przeprowadzonym kilkanaście lat temu przez Rádio e Televis?o de Portugal, Salazar zajął pierwsze miejsce z wynikiem 41 procent. Drugi był komunista Álvaro Cunhal, a trzeci - Aristides de Sousa Mendes.
nr 12/1253
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak
Michał Gołębiowski
Tomasz Kłusek
Mikołaj Rajkowski
Andrzej Skalimowski
Maria Sokołowska
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca, w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.
CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialnościza treść reklam i not opracowanych przez wydawców.
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2024
półrocze 75 PLN, cały rok 150 PLN
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki,która realizowana jest Pocztą Polską. Prenumeratę można zamówić na sklep.instytutksiazki.pl lub dokonując bezpośrednio wpłaty na konto.
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków Bank Gospodarstwa Krajowego konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta. www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na www.e-kiosk.pl, nexto.pl i www.virtualo.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danychinformuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administratormoże podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych,ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego,tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówieniana prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.