REPORTAŻ | LITERATURA FAKTU
Italiam! Italiam!
Zbigniew Mikołejko
Henry James
Godziny włoskie
przeł. z ang. Anna Arno
Warszawa: "Próby", 2021
447 s. ; 19 cm
Gdzieś w Podróży włoskiej pisze Goethe, że każdy człowiek ma dwie ojczyzny - swoją własną i Włochy. To trochę tak i trochę nie tak, myśl ta bowiem wyraża, jak mi się wydaje, raczej pragnienie niż rzeczywistość, raczej sen niż jawę.
Wszyscy pielgrzymujący do Italii, wszyscy nią zachwyceni i aż do szpiku przejęci, doznają - pośród jej ogrodów, świątyń i grobów, ruin i wspaniałości, pod bezwzględnie błękitnym niebem, w jej gorzkich i słodkich światłach - swoistego obnażenia, bolesnego i wstydliwego odsłonięcia swej dogłębnie barbarzyńskiej natury.
Nie ma większego znaczenia to, czy przybywamy tam w chwilach jej wielkości czy w momentach upadku, rozkiełznania albo gnilnego rozkładu. Ba, nawet w owych epokach konania, chaosu czy duchowej lub też materialnej agonii niesie ona, w sposób zaiste niepojęty i absolutnie fascynujący, jakąś moc szczególną, porażającą - jak te murszejące kamienie, tynki i pale Wenecji, które ciągle wabią urodą i przykuwają, na zawsze i bezlitośnie, miliony spojrzeń, miliony marzeń.
Powiedzenie, jak uczynił to Herbert, że w Italii - i w całym zresztą śródziemnomorskim świecie, którego jest ona koroną i syntezą - bywa się ledwie "barbarzyńcą w ogrodzie", wyraża jakoś, i owszem, doświadczenie i dramat niedostateczności, ale przecież od niego nie zbawia. Nie zbawia nawet wówczas, gdy uciekając się do ironii - niczym polski poeta albo Henry James (1843-1916) w wydanych właśnie Godzinach włoskich (w znakomitym, kunsztownym, co warto natychmiast podkreślić, przekładzie Anny Arno) - usiłujemy się wyzwolić od przemocy nie tylko estetycznej, lecz totalnej. Bo jest to zaledwie broń pokonanych, którzy próbują głosić jakąś mizerną gloria victis, aby ostatecznie, zamykając już na zawsze księgę swej oczywistej klęski, powrócić do pokory i bałwochwalczego patosu. Mówi więc anglo-amerykański pisarz na kończących jego włoskie itinerarium - a może też i jego Bildungsroman? - stronach: "Zapewne mniej lub bardziej świadomie przeczuwałem to od dawna. Jak bowiem mogłoby nie być prawdą, że Włochy okazują się pod każdym względem najpiękniejszym krajem świata, a wszystkie inne strony muszą wycofywać się i milczeć, kiedy one zabierają głos? Poznawane we wspaniałych, błyszczących obrazach piękno tego kraju to zadziwiający amalgamat ludzkiej historii i śmiertelnej pasji zmieszanych z pierwiastkami ziemi i powietrza, koloru, kompozycji i formy, która oblewa tę część świata bohaterskim blaskiem".
Kondycja "barbarzyńcy w ogrodzie" jest zatem w przypadku "tej części świata" nieodwołalna i tylko niewielu przybyszom udało się ją przekroczyć: w pisaniu - Stendhalowi, Aby'emu Warburgowi, Norwidowi (w paru przejmujących lirykach), w obrazach - Lorrainowi, Siemiradzkiemu czy tej tajemniczej dwójce Francuzów malujących apokaliptyczne wizje pod przezwiskiem Mons? Desiderio. Nie znaczy to oczywiście, że "barbarzyńcy" z Północy nie zostawili po sobie rzeczy arcyważnych, przenikliwych i wciąż niezbywalnych: wielkie tomy Goethego, Gregoroviusa, Burckhardta, Ruskina, Muratowa, Kazimierza Chłędowskiego albo Bernarda Berensona nie na darmo stoją na naszych półkach, ożywiając wyobraźnię i myśl. Zmuszają, aby pójść w ślady tych wspaniałych wędrowców i dostąpić wtajemniczenia. Książka Jamesa mieści się rzecz jasna w takim porządku, także porządku inicjacyjnym, jakkolwiek pisarz zarzeka się u progu: "Nie próbuję czytelnika oświecić, a jedynie obudzić jego wspomnienia".
To piękne kłamstwo. Bo w istocie chodzi o to samo nostalgiczne i nabożne wejrzenie, o to samo wstąpienie w świętość, które znamy z Norwida: "Pod latyńskich żagli cieniem, / Myśli moja, płyń z aniołem, / Płyń, jak kiedyś ja płynąłem: / Za wspomnieniem - płyń spomnieniem...". Czytamy zatem chociażby: "Musisz naprawdę pojechać do Wenecji, żeby zobaczyć innych mistrzów, którzy podczas twojego pobytu staną się częścią twojego życia, rozświetlą twoją wizję kosmosu".
Najwyższy zresztą stan skupienia i zarazem najwyższy poziom tej inicjacji, jak mi się wydaje, osiąga James wtedy, kiedy mówi - tak właśnie, jakby odprawiał misterium - o Wenecji. To szczególne i olśniewające stronice Godzin włoskich, dające się z pewnością zaliczyć, nie waham się przed takim określeniem, do arcydzieł eseju, mających jakby swój wizualny odpowiednik w fotografiach, które pozostawił niemal równocześnie największy bodaj z portrecistów miasta - Carlo Naya (1816-1882).
Większość tekstów zawartych w książce powstała tuż po ostatnim z aktów Risorgimento, odrodzenia i zjednoczenia Włoch, kiedy to bersalierzy Wiktora Emanuela II sforsowali 20 września 1870 roku Porta Pia i weszli do Rzymu, a papież ogłosił się "więźniem Watykanu". Ów nowy okres w dziejach Italii nie niesie obietnicy poranka - to raczej gorzka godzina zmierzchu, niepewności, rozchwiania, którą James wita z niepokojem, a nierzadko kąśliwie. I z oczywistą nostalgią, niewolną od fizycznego niemal cierpienia. "Wilgoć i rozkład sprawiają przytłaczające wrażenie, spotęgowane jeszcze przez te niebiańskie freski, których ulotny kunszt tęchnie w tym otoczeniu! To wszystko jest przejmujące, doprowadza do łez (...). Coś ludzkiego dyszy pod szarym kirem czasu i błaga o ratunek, prosi, abyśmy się zlitowali, pomogli".
Mechaniczne, gwałtowne zjednoczenie kraju i pospieszna, chaotyczna modernizacja, natłok wszelkiej tandety, nieprzytomna pazerność nowych mieszczańskich elit, nierozumna, grabieżcza wyprzedaż (dosłowna i przenośna) świadectw dawnej świetności, ich popadanie w ruinę, fizyczna i moralna zgnilizna ziejąca zewsząd, wszechobecny rozkład i brud, powszechna i straszna nędza ludu, "kontrast między płodnością najlepszego okresu sztuki a wulgarnym dniem dzisiejszym" - to obrazy, które niczym widma powracają w opowieściach pisarza, nękają go nieustannie. I prowokują do pytań o Włochy, na które nie znajduje odpowiedzi. "Za jakie szaleństwo odprawiają pokutę? Przez jakie melancholijne stacje prowadził je los?". I owszem, są jeszcze oznaki dawnej łaski, dawnego światła - obrazy, kościoły, pałace, rzeźby - lecz "dla nieszczęsnego piękna naprawdę nastały ciężkie czasy" i wszystko to powoli osuwa się, nierzadko spazmatycznie, w taki albo inny rodzaj niebytu i zapomnienie. Przeszłość, co prawda, nie obumarła i może jeszcze się upomni o swą wielkość i chwałę, tymczasem jednak mówi z głębi pamięci i z oddali słabnącym szeptem, że wydaje się jakby tylko "dawne duchy przemykały na palcach po marmurowych posadzkach".
O LITERATURZE
Jestem legendą
Jerzy Franczak
Charles Bukowski
O piciu
oprac. Abel Debritto
przekł. z ang. Krzysztof Obłucki et al.
Warszawa: "Noir sur Blanc", 2020
271 s.: il. ; 24 cm. - zł 30
Charles Bukowski
No właź!
przeł. z ang. Michał Kłobukowski
Warszawa: "Noir sur Blanc", 2021
317 s.; 24 cm
Pokaźny zbiór polskojęzycznych przekładów Charlesa Bukowskiego powiększył się właśnie o dwie pozycje. Dzieli je niemal wszystko - od ogólnej koncepcji po dominantę gatunkową - a jednak nietrudno wskazać ich głębokie podobieństwo. Każde zdanie zostało tutaj zaprzężone do tej samej pracy: pisarskiej autokreacji.
Nie mówię oczywiście niczego nowego. Głęboko autobiograficznych książek Bukowskiego nie sposób czytać w oderwaniu od jego legendy, która brzmi tak: maltretowany przez ojca i odtrącony przez matkę, w wieku nastoletnim wybiera życie menela, staje się alkoholikiem, żyje na dnie i nierzadko wchodzi w konflikt z prawem, by z czasem, dzięki talentowi i uporowi, przeistoczyć się w barda półświatka Los Angeles i gwiazdę amerykańskiej literatury. W wierszach, opowiadaniach i powieściach Bukowskiego, a także w felietonach, wywiadach i listach, odbywa się mozolna praca obliczona na zbudowanie takiej właśnie legendy. Nie ukrywam, że nigdy nie uległem jej czarowi, choć pozostawałem pod urokiem innych mitologicznych figur amerykańskiej bohemy tego okresu. Bukowski wydawał mi się zawsze konserwatywny i uwięziony w odziedziczonych schematach myślowych (w porównaniu z bitnikami), nie dość finezyjny od strony literackiej (w zestawieniu ze szkołą nowojorską), pozbawiony lekkości (w odróżnieniu od prankstersów). Sięgnąłem po najnowsze publikacje "Noir sur Blanc", żeby zweryfikować te wyrobione przed laty (prze)sądy - niestety bez efektu.
Antologia pod tytułem O piciu, zawierająca fragmenty z korespondencji (tom O pisaniu) i wyimki z różnych książek (takich jak Na południe od nigdzie, Zapiski starego świntucha, Kobiety, Faktotum, Listonosz czy Miłość to piekielny pies) to symptomatyczny produkt książkowy - jego racją bytu pozostaje wyłącznie mit biograficzny. Mówię o micie, gdyż biografiści pisarza (na przykład Howard Sounes, autor książki Charles Bukowski. W ramionach szalonego życia) obnażają przeinaczenia i zmyślenia, od których roi się w literackich autoportretach. Antologia zawiera ekstrakt z lumpenartystycznej kreacji, kwintesencję owego - mówiąc po gombrowiczowsku - "takim chcę być dla was". W pisanych wierszem i prozą wspomnieniach i fantazjach obserwujemy znaną figurę "ostatniego z wyjętych spod prawa": oto artysta bez grosza przy duszy wiodący żywot ćmy barowej, przesiadujący całymi dniami pośród "ludzi przegranych i przeklętych", zadający się z bandziorami i prostytutkami, okazjonalnie trafiający na izbę wytrzeźwień lub komisariat. Dominują oczywiście sceny libacji alkoholowych: picie na umór, rzucanie butelkami w okna, budzenie się w nieznanym miejscu i w obecności nieznanej kobiety, przedstawione w sposób maksymalnie drastyczny zapaści fizyczne ("Z ust i dupy płynęła mi krew. Czarne gówno. Krew, krew, wodospady krwi"). Do nich dołączają scenki rodzajowe: infernalne kłótnie z ojcem, posiady w mordowniach, bójki z barmanami, rozróba na weselu znajomych, jeżdżenie samochodem po pijaku.
Historie może byłyby ciekawe, gorzej, że to wszystko ujawnia się nam w podejrzanej aurze artystycznej transgresji, w której proletariacki i popowy po?te maudit, doceniany przez wtajemniczonych ("ktoś tam uważał, że jestem geniuszem") łamie wszelakie zasady nudnego, mieszczańskiego świata. Cóż, mnie to nie bierze - mnie cieszy jedynie konfrontacja tych chełpliwych monologów z faktami. Proszę spróbować, nuż Państwo też to polubią. Wystarczy na przykład poczytać bajędy pisarza (prozą i wierszem) o tym, jak we francuskim talk-show, który "oglądało od 50 do 60 milionów Francuzów", wywołał skandal, bo kazał siedzącej naprzeciwko pisarce pokazać nogi, do tego wytrąbił dwie butelki wina, potem wyszedł w połowie programu ("zerwałem się z okrągłego stołu z / różnymi literackimi kutafonami"), a na koniec zagroził komuś nożem ("ochroniarze się cofnęli / przegrupowali / a potem rzucili się na mnie"). Następnie należy znaleźć nagranie tego programu (o nazwie "Apostrophes") dostępne w sieci: błyskotliwy, złośliwy Bernard Pivot gości w nim ociężałego intelektualnie i fizycznie, coraz bardziej wstawionego Bukowskiego, którego po jakimś czasie wyprowadzają ze studia nagrań, bo o własnych siłach nie jest w stanie iść. W trzecim kroku trzeba wrócić do tekstów - niestety, wyglądają one wówczas jak przechwałki pijanego wujka, który nie radzi sobie ani z alkoholem, ani z zawyżoną samooceną (i nie wiadomo, co gorsze).
W twórczości tej przewija się wielopostaciowa refleksja dotycząca picia. W wersji romantyczno-patetycznej leci ona tak, że picie jest "formą samobójstwa" bądź "substytutem samobójstwa", jednak nie prowadzi zbyt daleko, bo raptem do kolejnej erupcji próżności ("mam za sobą dziesięć lub piętnaście tysięcy takich cykli"). Istnieją też warianty psychologizujące, zgodnie z którymi sięganie po alkohol jest ucieczkowe ("kiedy pijesz, to świat nadal gdzieś tam sobie istnieje, ale przynajmniej na chwilę zdejmuje ci nogę z gardła"; to "solidna ściana, żeby się za nią ukryć, proporzec tchórza") lub stymulujące (chroni przed nieśmiałością, "uwalnia ego"). Ale ostatecznie i tak górę bierze mitologia artysty: picie jest "antyniszczycielskie", bo pozwala tworzyć, a zatem pozostaje koniecznością, fachem ("ludzie płacą mi, żebym pił"). Dodam tylko skrótowo, że podobną głębią odznacza się krytyka społeczna Bukowskiego; dystans do świata normalsów sprowadza się summa summarum do tego, że ekscentryczny twórca pozwala sobie na epatowanie burżuja, obnosi się triumfalnie ze swoim mizoginizmem, homofobią, rasizmem ("nie lubię czarnych i nie lubię też żółtych") i antyintelektualizmem. Wszystko po raz kolejny redukuje się do mitotwórczego, a w istocie autoerotycznego, gestu.
Po pijaku - powiada Bukowski w jednym z wywiadów - nie da się pisać prozą, ale "zaczynasz pić i piszesz wiersze przez całą noc. Rankiem znajdujesz je na podłodze. Wywalasz wszystkie złe linijki i masz wiersze. Około sześćdziesięciu procent wersów jest do wyrzucenia, ale wygląda to tak, że kiedy połączysz te, które zostały, tworzy się wiersz". W ten sposób powstało ewidentnie No właź!, zbiór tekstów pochodzących z archiwum pisarza, zgodnie z jego wolą wydanych po śmierci. Bukowski nie osiąga "stylu późnego"; jego pisanie wciąż rozsadza ta sama anarchiczna energia. Serwuje nam opowiastki o ostrym chlaniu, o przygodnym seksie i burdach, portrety "jebmistrzów" i frajerów, których obrabiają prostytutki. Próbuje dowcipkować, pisząc "kopulacyjny blues" ("ja pierdolę / ona odchyla nogę / i bawi się łechtaczką / a ja ją harpunem / ja pierdolę", itd.), pamflety na współczesną poezję - te "cienkie słabe / popłuczyny", które tworzą pisarze nieobeznani, w odróżnieniu od niego, z życiem ("widać było, że nigdy nie zarył nosem w / życiu, tylko się po nim / ślizgał"), pamflety na krytyków i akademików (o tym samym mentorskim wydźwięku: "niech lepiej dźwignie dupę z ciepłego piasku / i pochlapie się w krwawych wodach prawdziwego / życia"). Obnaża nam też tajniki swojego warsztatu: "zawsze mam ten sam system: / bądź na luzie / pisz mnóstwo / wierszy / wkładaj w nie całe / serce i / nie / przejmuj się / nieudanymi".
Nowe tony wiążą się z tematem starości, która miast spodziewanego spokoju, przynosi co innego: "mrocznej ludzkości / nieznośną / nieubłaganą / obecność", a przede wszystkim z tematem śmierci. Bukowski wyraża - jakby na próbę - zgodę na świat, z którego niebawem odejdzie. A w słowach zamykających książkę formułuje przesłanie: "nie płaczcie po mnie. // nie żałujcie mnie. // przeczytajcie / co napisałem / a potem / wszystko / zapomnijcie. // napijcie się ze studni / własnej jaźni / i zacznijcie / od nowa". Z jednej strony w tym dyskursie życiowej mądrości wyczuwam fałszywy ton, z drugiej odnajduję w nim to, co zwykle: mianowanie się na mistrza i nauczyciela, autoapologię i samouwznioślenie. "Jestem legendą", powtarzane przez dziesięciolecia aż do znudzenia, celebrowane z namaszczeniem w życiu i literaturze, z nieodłączną szklaneczką w ręku. Zgrany refren, który wywołuje wyłącznie ziewanie.
PROZA OBCA
Gabinet obrzydliwości
Alicja Piechucka
Ottessa Moshfegh
Tęsknota za innym światem
Warszawa: "Pauza", 2021
299 s. ; 21 cm
Pomimo stosunkowo młodego wieku amerykańska pisarka Ottessa Moshfegh ma już na koncie sporo sukcesów. Jej debiutancka powieść z 2015 roku, Byłam Eileen, została uhonorowana PEN/Hemingway Award i znalazła się na krótkiej liście Nagrody Bookera, najbardziej prestiżowego wyróżnienia w anglojęzycznym świecie literackim.
Trzy lata później ukazał się Mój rok relaksu i odpoczynku, druga, dość głośna powieść Moshfegh. W 2021 roku w ręce polskich czytelników trafił przekład Tęsknoty za innym światem, zbioru czternastu opowiadań, publikowanych wcześniej na łamach prestiżowych czasopism, takich jak "The Paris Review" i "The New Yorker". Słowo "zbiór" nie oznacza w tym przypadku jedynie zebrania w ramach jednej okładki utworów, które wyszły spod tego samego pióra. Opowiadania składające się na Tęsknotę... tworzą bowiem spójną, lecz niemonotonną całość, i stanowią niebanalną, choć, delikatnie mówiąc, mało przyjemną lekturę.
Wspólnym mianownikiem niemal wszystkich zawartych w Tęsknocie... opowieści są brud, brzydota oraz dziwactwa, anomalie, defekty lub wręcz patologie mniejszego bądź większego kalibru. Dobrze oddaje to tytuł jednego z utworów, Turystyka slumsowa, ponieważ autorka tego rodzaju turystykę uprawia w zasadzie w całym tomie. W krótkiej prozie Moshfegh również przedstawiciele klasy średniej ulegają chwilowej albo bardziej trwałej degrengoladzie, a w najlepszym razie muszą mierzyć się z rozpaczą, samotnością i ułomnością własną lub cudzą. Świat przedstawiony zamieszkują ludzie zepchnięci na margines życia, ubodzy nie tylko w sensie materialnym, pozbawieni szans na szczęście czy choćby jakąkolwiek odmianę. Otoczenie, w którym żyją, jest równie nieestetyczne jak ich ciała, zdeformowane przez los bądź warunki i styl życia. Oni sami bywają bezwolni i pogrążeni w marazmie, zniewoleni przez traumy oraz kompleksy, ale też częściowo odpowiedzialni za swą fatalną sytuację.
Pancerza ochronnego nie zapewnia nawet uprzywilejowanie: bohaterowie Moshfegh nie muszą należeć do lumpenproletariatu, by popaść lub przynajmniej otrzeć się o degradację czy dewiacje. I tak wywodzący się z elitarnych kręgów trzydziestoparoletni absolwent równie elitarnego uniwersytetu Ligi Bluszczowej jest przegranym prekariuszem, a standard lokalu na Brooklynie, który zamieszkuje, urąga ludzkiej godności. Jego rówieśnik, dobrze sobie radzący prawnik z Manhattanu, ubolewa nad tym, że jego brat stoczył się na dno, ale prawdziwą radość odnajduje w rozrywkach, które z dnem zwykło się kojarzyć. Dwie nauczycielki bardziej niż rozwojem intelektualnym swoim i podopiecznych interesują się używkami i marnym seksem zapewnianym przez równie marnych partnerów. Protagonistów nie ratują ani uroda, ani zamożność, pracowitość czy dyscyplina, ani nawet miłość. Piękna, żyjąca w celibacie dziewczyna narkotykami i rozbieraniem się przed przypadkowo poznanymi mężczyznami zagłusza frustrację wynikającą z posiadania przerośniętych warg sromowych. Kolejny mieszkaniec Manhattanu, sumienny, dobrze sytuowany i szczęśliwy w małżeństwie lekarz, nie do końca akceptuje uporządkowany tryb życia, który wiąże się z jego pracą, a po nagłej śmierci kochanej żony niemal popada w obłęd. W jednym z bardziej optymistycznych opowiadań zbioru owdowiały emerytowany przedsiębiorca zatrudnia się w domu opieki dla niepełnosprawnych umysłowo, by wreszcie znaleźć poczucie sensu, którego nie dali mu ani najbliżsi, ani lukratywna, ale nielubiana praca.
Najprościej rzecz ujmując, bohaterowie Tęsknoty... są nieszczęśliwi. Przygnębienie udziela się też osobie czytającej opowiadania Moshfegh. Jej proza pozostawia po sobie osad, który chce się jak najszybciej z siebie strzepnąć. Narrator jednego z opowiadań mówi o swoim wuju: "Po prostu był jak ja: wszystko, co dobre, sprawiało, że chciał umrzeć. To cecha niektórych inteligentnych osób". Niewykluczone, że jest to również myśl przyświecająca amerykańskiej autorce podczas tworzenia. W omawianym tu tomie ze świecą szukać czegoś, co naprawdę dobre lub piękne, bo nawet nieliczne utwory dające niejaką nadzieję są mocno zaprawione goryczą. Jeśli przyjąć nieformalny i dość symplistyczny podział na literaturę feel-good i feel-bad, z którym zetknęłam się niedawno, oglądając pewien francuski film, opowiadania Moshfegh plasują się zdecydowanie w tej drugiej kategorii.
Lektura krótkiej prozy Moshfegh sprawia, że czujemy się źle. Sprawia także, że czujemy wstręt. Tęsknota... to literacka kunstkamera, gabinet, w którym zgromadzono nie tylko osobliwości, lecz także obrzydliwości. "Wydawał się nieustraszony, jakby mógł zrobić wszystko, co zechce, nawet jeśli było to obrzydliwe", mówi o swoim chłopaku jedna z bohaterek, ale odnosi się wrażenie, że podobnie mogłaby brzmieć charakterystyka Moshfegh jako pisarki. Autorka nie szczędzi nam niczego, choć szczególną predylekcję ma do brudu i fizjologii. Podejrzewam nawet, że hobbystycznie zajmuje się medycyną, ze szczególnym naciskiem na dermatologię i gastrologię. Mogę sobie niemal wyobrazić, jak przed przystąpieniem do pisania sporządza listę wszelkich możliwych okropieństw, które później umieszcza na kolejnych stronach, nierzadko z częstotliwością jedno okropieństwo na linijkę.
Takie spiętrzenie odpychających zjawisk działa trochę na zasadzie samograja: łatwo nim epatować i dość daleko dzięki niemu zajść. Niestety ma tę wadę, że redukuje czytelniczą empatię, na którą nieszczęśni bohaterowie zasługują. Odwrotna strona medalu jest taka, że w twórczości, nie tylko prozatorskiej, trudno dziś o jakiekolwiek tabu, a czasy, gdy eksponowanie ohydy przez artystów było novum i sensacją, dawno minęły. Po chwilowym oszołomieniu odbiorca zaczyna się zastanawiać, czy ma do czynienia z przełamaniem jakiejś bariery, czy raczej z bardzo błyskotliwą i wypracowaną wersją opowieści kolegów z podstawówki, prześcigających się nawzajem w wymyślaniu nieapetycznych i odstręczających historii. U Moshfegh, pisarki bez wątpienia zdolnej i interesującej, razi mnie pewna jednostronność wizji. Choć dotyczy ona zjawisk poważnych i literatury ambitnej, może budzić niepokój: w końcu jednowymiarowe są też lukrowane czytadła, w których wszyscy są młodzi, piękni i bogaci. Amerykańska autorka osiąga moim zdaniem więcej w utworach, w których rezygnuje z antyestetycznej strategii, takich jak Lepsze miejsce, prosta, ponura i przejmująca opowieść o osieroconej przez ojca i nie do końca akceptowanej przez matkę dziewczynce, która marzy o samobójstwie.
Ottessa Moshfegh nie pozostawia czytelników obojętnymi, a w literaturze i sztuce to już bardzo dużo. Tęsknota za innym światem to ponadto przykład prozy dobrze, inteligentnie napisanej i skonstruowanej. Autorce należy pogratulować spostrzegawczości oraz wyczucia szczegółu, a także słuchu językowego. Można natomiast zadać sobie pytanie, czy za fasadą turpizmu i naturalizmu kryje się coś naprawdę odkrywczego, czy, mówiąc krótko, z jej czternastu opowiadań dowiemy się czegoś nowego o życiu lub czy będą one choćby istotnym impulsem do głębszego przemyślenia tego, co już wiemy. Być może nie jest to konieczne, bo wiedza nie zawsze cokolwiek ułatwia. Może chodzi tylko o zasygnalizowanie tego, co zauważa jedna z narratorek: "Życie bywa czasami bardzo dziwne, a wiedza o tym nie umniejsza dziwności".
Pełen życia i przerażony tym swoim zasobem
Hanna Serkowska
Domenico Starnone
Wyznanie
przeł. z wł. Katarzyna Skórska
Warszawa: "Pauza", 2021
173 s. ; 21 cm
Tytuł powieści wprost opisuje to, z czym w prozie Włocha mamy zazwyczaj do czynienia, choć Wyznanie intryguje mniej niż poprzednie książki, Psikus czy Sznurówki.
Nie po raz pierwszy trauma staje się u Domenica Starnonego źródłem literatury. A miłość kogoś wiecznie zranionego jest - czytamy - "jak lawa pierwotnego życia, która trawi życie wzniosłe, erupcja pochłaniająca zrozumienie i litość, rozsądek i wszelkie pobudki", pozostawiająca manię, udrękę, obsesję, szał, tęsknotę, pożądanie, chorobliwą zazdrość i lęk przed porzuceniem. To wszystko pojawia się we wciąż żywym wspomnieniu neapolitańskiego dzieciństwa bohatera Pietra Velli. Ojca uważającego matkę za niewierną, mającego obsesję na tym punkcie i odpowiadającej wrzaskiem matki - których obraz Pietro zdołał wymazać wraz ze swoją do nich miłością.
O bohaterze, nauczycielu literatury w liceum na rzymskich przedmieściach, a później teoretyku edukacji i pisarzu, jego dawna uczennica Teresa Quadraro, z którą związał się na trzy lata po maturze, powie, że w przeszłości uwielbiał literaturę piękną, ale nigdy nie wspominał o swoich pisarskich ambicjach. Za to teraz "stara się przemienić samego siebie w wytwór literacki. (...) spisał powieść swojego życia, rzecz jasna, z wielkimi pretensjami do autentyczności, choć od zawsze wie, sam mnie tego nauczył, że snucie opowieści to snucie kłamstw".
Teresa pojawia się w najważniejszych momentach życia głównego bohatera z groźbą, że wyjawi kompromitującą go tajemnicę (pokłosie tytułowego wyznania) i tym samym położy kres jego karierze oraz małżeństwu. Można się zastanawiać, czy Teresa nie jest wytworem jaźni bohatera, widmem przeszłości, rodzajem karcącego superego, instancją cenzurującą poczynania "największego egocentryka". Z ową zjawą, uosabiającą jego poczucie nieadekwatności, obawę, że ktoś odkryje, kim naprawdę jest, Pietro zawarł oferujący kontrolę na odległość "etyczny związek małżeński".
Między innymi dzięki niemu zewsząd wyłania się nader pochlebny obraz bohatera. Dla żony Nadii jest jak magnes, który niepostrzeżenie przyciąga do siebie i bez którego nie sposób się obejść. Zdaniem redaktorki jego książek, Tildy Pacini, Pietro to szlachetny i subtelnie inteligentny buntownik, idealista o czystej inteligencji, uczciwy, a zarazem naiwny - ta cenna mieszanka czyni człowieka wolnym. "Tym swoim błękitnym, pogodnym, niewyrażającym surowych sądów wzrokiem widzi o wiele więcej niż inni" - to z kolei idealizujące spojrzenie jego córki, Emmy. Franco Gilara - dawny zajadły antagonista - powie o nim pełen podziwu: "Nikt go nie przebije. Gdy za pierwszym razem słuchałem jego publicznego wystąpienia, zdawało mi się, że opowiada stek banałów, ale mówił tak dobrze, że z trudem obstawałem przy moim osądzie. I również za drugim razem skrytykowałem go punkt po punkcie, nie znosiłem jego książek. Później jednak przemówił do mnie w ten swój sposób, no wiesz, tak autentyczny, dodający otuchy, i coraz silniej zacząłem odczuwać potrzebę, by przy nim pozostać".
Sam Pietro powiada o sobie, że jest w równym stopniu wytworem fatalnego systemu szkolnego powojnia, co produktem awansu społecznego, który wywołał w nim rodzaj zespołu impostora. Ojciec był elektrykiem, który w ciągu swojego pełnego wyrzeczeń życia z syna starał się zrobić kogoś niezwykłego, "kto dałby nauczkę wszystkim tym, którzy wydawali mu rozkazy, poniżali go". Być może dlatego Pietro zawsze dążył do doskonałości i nigdy siebie nie lubił. Dorastał w poczuciu niespełnienia i w obawie przed przykrymi uwagami (z trudem zbudował prowizoryczną równowagę między tym, kim chciał być a pogodzeniem się z poczuciem nieadekwatności i niedoskonałości) i umyślnie popełniał drobne świństwa, dokładając starań, żeby ojciec o tym wiedział i żeby pozbawił go ciężaru swoich oczekiwań. Nawet gdy zyskał sławę jako autor esejów o systemie szkolnictwa, wciąż myślał, że jest "nędznym rozumkiem z wierzchu oszlifowanym wykształceniem, osobnikiem po awansie społecznym bez rodzinnych tradycji, wykazującym się przesadą w zachowaniu, w wypowiedziach, w tonacji głosu, pozbawionym tej ogłady, którą przekazuje się z pokolenia na pokolenie w światłych domach".
Co do systemu edukacji, to nie działa on jego zdaniem, jak powinien. Największą hipokryzją jest powszechny obowiązek szkolny - rozprowadzanie równych porcji wiedzy wśród nierównych sobie uczniów przy jednoczesnym udawaniu, że jest inaczej. Wysokiej jakości oświata dla wszystkich oznacza wywrócenie do góry nogami klas szkolnych, rodzin, społeczeństwa, hierarchii wiedzy, religii, środków produkcji. Nie powinniśmy pozwalać, by władza nas kształciła, lecz sami uczyć się ją kształcić. Skuteczne kształcenie tworzy wspólnotę, a nie układ. Od kogoś z zewnątrz uczymy się więcej niż od własnej kliki.
Wyznanie składa się z trzech opowieści. Pierwsza, rozgrywająca się w latach osiemdziesiątych, której narratorem jest Pietro, kończy się obiecująco z punktu widzenia hipotetycznego terapio-pisania: "Zaczynałem kierować myśli (...) ku mojemu świadomemu byciu w życiu, (...) ku "ja", (...) ku temu zaimkowi osobowemu, który niczym śrubka wpadł w mechanizm świata". Akcja drugiej i trzeciej opowieści - zredukowana do kilku epizodów, niczym koda do pierwszej, właściwej części - toczy się ponad trzy dekady później, kiedy Pietro dobiega osiemdziesiątki. Jej narratorkami są odpowiednio najstarsza córka Emma (dziennikarka), za sprawą której Pietra czeka niemiła niespodzianka, i Teresa (obecnie emerytowana profesor w Stanach Zjednoczonych), o której krążą słuchy, że jest jędzą, gotową "mówić źle o wszystkich, a już zwłaszcza o wszystkim, co włoskie". Ta część spaja wcześniejsze wątki i brzmi najbardziej wiarygodnie. Teresa mówi tu, że Pietro umiał pracować jak żaden inny nauczyciel, "niosąc zamęt, zniszczenie i czułą troskę o uczniów". Jego lekcje były "tak treściwe, że trzeba było ciągle się uczyć", a on "emanował jakimiś fluidami, które sprawiały, że właśnie jako nauczyciel stawał się nie do zniesienia". Nigdy też nie poznała mężczyzny, w którym byłoby więcej życia, a zarazem byłby bardziej przerażony tym swoim zasobem...
Starnone pisze znakomicie i potrafi intrygować. Jego psychologizującą prozę polecam zwłaszcza miłośnikom introspekcji. A na polski przekład czeka jeszcze nagrodzona w 2001 roku Premio Strega Via Gemito.
nr 12/1231
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak,
Juliusz Gałkowski,
Małgorzata Kąkiel,
Andrzej Skalimowski,
Maria Sokołowska,
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca, w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych. Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Cennik reklam znajduje się w "Kurierze Nowych Książek".
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2021
kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN
"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając
(na dowolny okres) na konto wydawcy
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków
Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:
Prenumerata krajowa:
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.
www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:
Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl
e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,
przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych
informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator
może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,
ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,
prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego
tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia
na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych
- iod@instytutksiazki.pl.
ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Znowu przeżyć wyzwolenie
Z prof. Rémim Brague'em rozmawia Mikołaj Marczak (tłum. Judyta Nowak)
Panie profesorze, książki, które pan pisze (zwłaszcza trzy ostatnio wydane w polskim tłumaczeniu: Mądrość świata, Prawo Boga, Królestwo człowieka), dotyczą najgłębszych, a zarazem podstawowych zagadnień: kim jesteśmy na tym świecie? co tu robimy? i jaki ma to sens? co nas określa?
Bardzo mnie ucieszył fakt, że moja trylogia została przetłumaczona na ten ważny język kultury, jakim jest język polski. Chciałbym wyrazić żywą wdzięczność przyjaciołom z "Teologii Politycznej", dzięki którym było to możliwe. Książki te z punktu widzenia teorii filozofii czy literatury są częścią historii idei. W związku z tym starałem się przedstawić fakty i powiązania wydarzeń w najbardziej uczciwy sposób, nie pretendując jednak do idealnego obiektywizmu. Uważam, że jest to cel, do którego należy dążyć, ale który jest - niestety - nieosiągalny. Historie, które opowiadam, mogą wywoływać reakcje sentymentalne, co potwierdza przykład mojego kolegi filozofa, który po przeczytaniu Mądrości świata powiedział mi: "Ależ ta książka jest nostalgiczna!". Ten rodzaj reakcji zależy bardziej od czytelnika niż ode mnie, chociaż z całą pewnością nie udało mi się do końca pozbyć elementu emocjonalności. Mając powyższe na uwadze, należy stwierdzić dwie rzeczy: z jednej strony uczuciowość jest sekretnym motorem napędzającym pisanie, nawet w przypadku uczonych. Z drugiej strony, niepokoją mnie zagadnienia, które poruszam, jak zresztą każdą choć trochę inteligentną osobę. Cztery pytania, które pan zadaje, krótko sformułowane, lecz bardzo szerokie, są fundamentalnymi zagadnieniami antropologicznymi. Naszkicowałem ich zarys w małej książeczce, którą napisałem po niemiecku, i która ma ukazać się tej jesieni: Zum christlichen Menschenbild.
Czy nasz współczesny sposób myślenia o nas samych jest kontynuacją starożytnych, średniowiecznych, a potem renesansowych wizji, czy radykalnie nowym i różnym sposobem ujęcia i zrozumienia samego siebie?
To spojrzenie na nas samych wyraża się za pośrednictwem wcześniejszych wizji, a jednocześnie je zmienia. Problem w tym, że nie zawsze sami siebie rozumiemy; wiele sposobów rozumienia świata powstałych przed epoką nowożytną przetrwało w tym, co uważamy za zdecydowanie nowoczesne. Nowe nie zawsze jest umieszczone tam, gdzie nam się wydaje. Ktoś, kto za wszelką cenę chce dokonać innowacji, często tylko przetwarza stare idee. Natomiast ktoś, kto zadowala się komentowaniem tradycyjnych idei, może nieraz wydobyć z nich coś naprawdę nowego. Ponadto często właśnie owa dyskretna obecność starego pozwala przetrwać nowemu, nawet jeśli nowe marzy tylko o zerwaniu ze wszystkim, co było przed nim. Jest to zjawisko, które nazywam, za Péguy'm i Chestertonem, pasożytniczą naturą współczesnych działań. Niczym jemioła na dębie, świat współczesny żywi się dobrami, których nie wyprodukował, a nawet ma zwyczaj je pożerać, nie dbając o nie, nie odnawiając ich. Dla przykładu: dwa główne wymiary, którymi szczyci się nasza współczesność - ekonomia rynkowa i demokratyczne systemy polityczne - nie mogłyby na dłuższą metę przetrwać, gdyby nie wierzenia i cnoty będące dziedzictwem dawnych wieków, antyku i średniowiecza.
Jeśli jest w naszym myśleniu wymiar kontynuacji, to w czym ona się przejawia? Jeśli zaś jest ono czymś nowym, niewynikającym następstwem - kiedy nastąpiło to zerwanie i jaka jest jego zasadnicza przyczyna?
Nie jestem historykiem z wykształcenia i żałuję tego. Historia należy do dyscyplin, których można się nauczyć, a ja uważam siebie jedynie za historyka idei, w dodatku amatora. Wiem w każdym razie, że prawdziwi historycy uśmiechają się wyrozumiale, kiedy pyta się ich, jaka jest przyczyna takiego czy innego wydarzenia.
Wizja współczesnego świata jest owocem całej serii rozstań. Jednak zrywa się zawsze z czymś, co już istniało w przeszłości, w odniesieniu do której się definiujemy. Tak więc to, co było wcześniej, jest ciągle obecne, nawet jeśli tylko jako coś, od czego chcemy się odciąć.
Nie było żadnej "katastrofy założycielskiej", przed którą wszystko było dobrze, a po której wszystko jest źle, a wręcz coraz gorzej. Należy potraktować poważnie ewangeliczną przypowieść: dobre ziarno i chwast od początku rosły razem. Nie ufam rekonstrukcjom historii intelektualnej, dla których Tomasz z Akwinu był rajem myśli, z którego wypędził nas skotyzm, a później nominalizm, rozpoczynając powszechną degrengoladę coraz to bardziej zgubnych -izmów. To, że Tomasz z Akwinu był geniuszem i świętym, że pozostaje dla nas wspaniałym mistrzem, nie ulega wątpliwości. To, czy był tomistą, jest już wątpliwe. To, czy po nim nastała już tylko dekadencja - nie, naprawdę nie.
Jak wskazuje pan w Królestwie człowieka, zasadniczy problem w epoce nowożytnej tkwi w zanegowaniu istnienia Natury, Boga, czegoś, co zewnętrzne, a co określa sens i wzorzec istnienia. Doprowadza to z kolei do wywyższenia człowieka, a następnie jego degradacji i wielkiego rozczarowania nim samym. Totalitaryzmy XX wieku to kwintesencja tego sposobu myślenia. Czy tendencja ta jest w jakikolwiek sposób możliwa do odwrócenia? Czy kluczem jest tu "nawrócenie"? Niekoniecznie rozumiane stricte w kategoriach chrześcijańskiej zmiany, uznania winy i łaski, lecz raczej starożytne - rozumiane jako zmiana sposobu myślenia, zdobycie pewnej wiedzy, poznania i przyjęcia właściwego miejsca w obliczu swoich ograniczeń, sił wyższych. Czy jako ludzie Zachodu możemy zacząć jeszcze raz?
FILOZOFIA
Bezkres zawsze będzie
ks. Jan Sochoń
Henryk Paprocki
Bezkres bezprzestrzenny
Warszawa: "Aletheia", 2021
400 s. ; 21 cm
Tę olśniewającą książkę czyta się z narastającą ciekawością i pokorą. Jest próbą ujęcia problemów i zagadnień, które poniekąd wymusza na ludziach realność zwana od czasów greckich kosmosem.
Zapewne każdy człowiek, spoglądając na świat, zastanawia się nad jego początkiem albo wiecznością, prawami nim rządzącymi, poszukuje przyczyn zachodzących zdarzeń i zjawisk. Chce wiedzieć i rozumieć. Od zarania dziejów trwa więc proces poznawczego opanowywania i wyjaśniania rzeczywistości. W sferze mitologicznej, religijnej, naukowej czy artystycznej, dzięki kulturowemu przekazowi, kolejne pokolenia dodają do nagromadzonych treści nowe odkrycia, ustalenia czy hipotezy. Stąd akceptowany w danym momencie historii obraz wszechrzeczy musi się zmieniać. Chęć obstawania przy jego skostniałej wykładni powoduje groźne konsekwencje, także gdy chodzi o teologię.
Mimo wielu osiągnięć w rozpoznawaniu wszechświata, jest on nadal okryty cieniem tajemnicy. I tak będzie aż do momentu, kiedy ewolucja kosmosu albo tylko jego części dobiegnie kresu, choć trudno tu o rozstrzygającą pewność. W każdym razie nad interpretacjami Henryka Paprockiego unosi się duch analitycznej ostrożności, dostrzeganego we wszystkim, co istnieje, sensu oraz otwarcie na zdobycze apofatycznego mówienia o Bogu. Przedstawiane studium poświęcił on problematyce przestrzeni, kontynuując rozważania dotyczące czasu pomieszczone w rozprawie Czas. Eseje o wieczności (2018). Czas i przestrzeń są wszakże sobie przydzielone, tworząc czasoprzestrzeń niezależną od ciał, co poświadczają szczególnie zwolennicy teorii względności.
Czymże przeto jest (wieloznaczne) pojęcie przestrzeni? - pyta prawosławny uczony, mając na uwadze głównie przestrzeń w fizyce, przestrzeń kosmiczną i przestrzeń rozważaną w filozofii. Do wspomnianej kategorii przestrzeni dołącza nadto pojęcie próżni jako pustej przestrzeni, niebytu, czyli nicości, oraz pojęcie pozaczasowości lub podnadczasowości. Czy te nazwy odnoszą się do stanów realnych, czy raczej są wytworem umysłu i wyobraźni? By się o tym przekonać, należało najpierw zapoznać się z historią rozumienia przestrzeni w ciągu dziejów, dokonać odpowiedniej selekcji zgromadzonego materiału, wypunktowując teorie, które okazywały się przełomowe i znaczące, by następnie wysunąć własną propozycję.
Tak właśnie uczynił Paprocki. Rozpoczął od przedstawienia wyobrażeń na temat przestrzeni pojawiających się w różnych wersjach podań mitologicznych funkcjonujących w światowych kulturach, począwszy od mitów azjatyckich (Indie, Chiny) i bliskowschodnich (Mezopotamia, Egipt), a skończywszy na symbolicznych opowieściach europejskich (Grecja). Zaznaczył, że nie należy ich traktować antyrealistycznie, gdyż w sposób symboliczny odsłaniają procesy kształtowania się świata, silnie oddziałując na człowieka, nie wyłączając podświadomych warstw jego psychiki. Są to zbiory epifanicznych interpretacji, ukazujące to, co ówcześni ludzie wiedzieli o rzeczywistości i ekspresyjnie wyrażali w rytuałach religijnych.
W kosmogoniach i obyczajowości Grecji znaczenia nabiorą takie pojęcia, jak: Czas, Chaos, Noc, Eter, Los. W ich perspektywie porządek empiryczny wywodzi się na ogół z nieskończonego Chaosu albo z odwiecznego czasu. Mamy tutaj do czynienia ze stałym procesem personifikacji kosmosu, z którym ludzie tamtych wieków odczuwali pewnego rodzaju zespolenie, niemal fizyczną więź. Refleksja filozoficzna nad przestrzenią wiąże się natomiast z rozwojem nauki, zwłaszcza geometrii. Poszukując uzasadniającej rzeczywistość zasady (arche), pierwsi filozofowie wskazywali na różne czynniki materialne, ale przełomowy, wręcz rewolucyjny, okazał się pomysł Anaksymandra, według którego to bezkres (apeiron) jest odpowiedzialny za całą strukturę kosmosu, jako byt boski obejmujący wszystko i wszystkim kierujący, samonieśmiertelny i niezniszczalny.
Paprocki uważnie przygląda się tej koncepcji, gdyż z niej zaczerpnie impuls do snucia swoich projektów. Nie pomija naturalnie innych filozoficznych propozycji, zwłaszcza Platona i Arystotelesa, koncentrując się na podawanych przez nich definicjach przestrzeni. Kreśli różnorodną i wielowarstwową siatkę rozumień tej kategorii aż do nadejścia ery chrześcijańskiej, kiedy to grecki absolut został włączony w porządek osobowy, choć, zdaniem Paprockiego, chrześcijańskie objawienie zinterpretowane w horyzoncie myśli greckiej doznało sporego uszczerbku.
W związku z powyższym kolejne strony książki teolog poświęca Biblii. Śledzi jej wpływy na dalsze losy ujmowania przestrzeni, choć pojawia się ona w niej pod postacią nieba i "bezkształtnej" ziemi. Rozważa problem stworzenia z niczego, apokatastazy, przywołuje tezy filozoficzne promowane przez pisarzy chrześcijańskich, myślicieli arabskich. Opisuje wszechświat średniowieczny, by dojść do Mikołaja Kopernika, który całkowicie odmienił obraz kosmosu, za którym nie mogła już nadążyć filozofia wieczysta. Teoria heliocentryczna roztrzaskała nie tylko dawną wizję kosmosu, lecz również wpłynęła na rozumienie ludzkich hierarchii społecznych. Filozofowie nowożytni, wrażliwi na odkrycia Galileusza czy Newtona, coraz odważniej kreowali nowe ujęcie przestrzeni, dyskutując między innymi nad jej absolutnością. Kant wprowadził istotną korektę w prowadzonych debatach, uznając czas i przestrzeń za aprioryczne formy poznania zmysłowego i umysłowego, po prostu za warunki formalne rzeczy.
A kiedy pojawiła się teoria względności Einsteina, kiedy okazało się, że położenie Ziemi we Wszechświecie jest właściwie marginalne, należało zacząć zupełnie inaczej patrzeć na istotne dla chrześcijaństwa kwestie. Stąd Paprocki kieruje czytelniczą uwagę na osiągnięcia teologii prawosławnej, zwłaszcza na koncepcje Pawła Fłorienskiego, poddaje namysłowi przestrzeń (świętą) występującą w religiach, nie pomija też przestrzeni imaginacyjnej, tworzonej przez artystów, by na tym tle wykreować osobiste widzenie kosmosu, a w nim przestrzeni jako niewyobrażalnie olbrzymiej pustki, która od prawie czternastu miliardów lat rozszerza się z wielką prędkością.
W tym wszystkim jesteśmy jak bezradne dzieci. Podoba mi się ta stała wrażliwość Paprockiego na to, że nie decydujemy, co się znajduje w świecie, ani nie jesteśmy w stanie wpływać na zjawiska kosmiczne. Nie potrafimy wyjaśnić tajemniczych związków między sferą fizyczną, umysłową i Platońską. Nie wiemy, jak z materii wyłania się świadomość, a o sytuacji sprzed wielkiego wybuchu i samym Wielkim Wybuchu wręcz nie wypada czegokolwiek sugerować. Nawet najbardziej atrakcyjne teorie (na przykład teoria strun) okazują się iluzoryczne. Jesteśmy skazani na nasz układ planetarny. Nie wyobrażajmy więc sobie kosmosu jako naszej "małej ojczyzny". I chyba nigdy się nie dowiemy, czy wszechświat jest skończony, czy nieskończony. Z tej racji, podkreśla Paprocki, odrzucenie istnienia Boga bez znajomości wszystkich elementów "kosmicznej układanki" jest błędem logicznym. Prowadzi do zaprzeczenia obiektywnych norm etycznych, odrzucenia sensu i zaakceptowania przypadku jako zasady istnienia wszechświata. Co zatem proponuje?
Nową koncepcję przestrzeni, czyli rzeczywistość realną, jaką jest wieczny bezkres bezprzestrzenny. W nim pojawia się wiele wszechświatów tworzących hiperkosmos. Z tej racji nie wydaje się, byśmy w owym bezkresnym ogromie przestrzeni odnaleźli jakieś rozumne istoty. Musimy pozostawać w obszarze oddziaływania matematyki teoretycznej, która współcześnie pełni funkcje dawnych mitologii. Nie gaśnie w nas przecież pasja wyjaśnienia całej rzeczywistości, zdobycia wiedzy ostatecznej, co jest wynikiem bytowej przygodności człowieka. Henryk Paprocki się tym nie martwi. Rozumie, że sama szansa racjonalnego poznawania wpisana w ludzką naturę stanowi "wielki cud". Istniejemy, by poznawać, kochać i odnaleźć pełne szczęście w Bogu, na którego obraz zostaliśmy stworzeni.