Nowe Książki 12/2020 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

8.00 zł
6.64 zł (6,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

nr 11/1219

MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie MinistraKultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

ZESPÓŁ:

Grzegorz Filip redaktor naczelny

Anna Stypułkowska sekretarz redakcji

Małgorzata Borczak,

Juliusz Gałkowski,

Małgorzata Kąkiel,

Andrzej Skalimowski,

Maria Sokołowska,

Piotr Szewc

Teresa Kurek oprac. techniczne

Joanna Majczak sekretariat

PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski

ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel

KOREKTA: Bogna Piotrowska

ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5

tel. red. nacz. 22 826 70 36,sekretariatu 22 826 62 60,tel./faks 22 826 62 35,e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl

WYDAWCA: Instytut Książki31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6

Dział Wydawnictw:01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34

NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawoskrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Cennik reklam znajduje się w "Kurierze Nowych Książek".

WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ

KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2020

kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN

"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając

(na dowolny okres) na konto wydawcy

Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków

Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ

? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego

konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001swift code: GOSKPLPW

WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ

Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:

Prenumerata krajowa:

Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.

www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:

Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl

e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl

Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,

przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych

informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator

może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,

ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,

prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego

tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia

na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych

- iod@instytutksiazki.pl.

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Otworzyć furtkędo patrzenia na obrazy

Z Grażyną Bastek rozmawia Juliusz Gałkowski

Która jest to już twoja popularna książka o sztuce?

To trzecia publikacja książkowa. Pierwszą był doktorat...

...ale to praca naukowa, nie popularyzatorska...

Tak, ale książkę wydałam później jako rodzaj podręcznika dla historyków sztuki, głównie studentów, popularyzującego wiedzę na temat tajników warsztatowych, funkcjonowania warsztatów dawnych mistrzów. Nie było wtedy w Polsce, i chyba nie ma do tej pory, książki, która by streszczała prowadzone co najmniej od czterdziestu lat badania na temat warsztatów artystycznych. Drugą była malutka, niszowa książeczka, zbiór esejów poświęconych obrazom związanym z medycyną i chorobami. Nosiła ona tytuł Sztuka i medycyna. Są w niej opisane obrazy, które przedstawiały choroby zobrazowane przez znanych malarzy. Ich twórcy zazwyczaj jednak nie wiedzieli, że przedstawiają konkretne dolegliwości i ich objawy, dla nich to były realistyczne przedstawienia świata oraz jego różnorodnych curiosita, które obecnie lekarze diagnozują jako konkretne choroby.

Natomiast eseje zgromadzone w Rozmowach obrazów powstawały od wielu lat i są wynikiem współpracy z wieloma periodykami. Na samym początku z dwutygodnikiem.pl, następnie - zresztą bardzo regularnie i przez wiele lat - z "Newsweek Historia" oraz sporadycznie z "Art and Business" i "Przekrojem". I tak przez lata zgromadziłam całkiem spory materiał. Kiedy PWN zaproponowało przygotowanie książki, okazało się, że tekstów jest dużo i trzeba je rozdzielić na dwa tomy. Zaczęłam myśleć, jak ten materiał przedstawić, bo nie chciałam, aby były to tylko przedruki publikacji sprzed lat. Zastanawiałam się, jak połączyć opisane w pojedynczych esejach dzieła i według jakiego klucza. Wyszło na to, że są to najczęściej pary, chociaż w pierwszym tomie znalazły się też zestawiania trzech dzieł.

I jak postanowiłaś je pogrupować?

W pierwszym tomie skupiłam się na tematach, wątkach, motywach, a w drugim na kwestiach artystycznych, czyli na przykład na kolorze, fakturze, dukcie pędzla, malarskiej przestrzeni i iluzji. Zależało mi również na tym, aby spotkania obrazów były niejednoznaczne, żeby zachęcały czytelników do patrzenia, do samodzielnego myślenia, do wyzbycia się strachu przy obcowaniu z obrazami. Historia sztuki wybudowała wieżę z kości słoniowej, osobną wiedzę z hermetycznym instrumentarium i okazało się, że to ludzi onieśmiela, zniechęca do tego, aby się o sztuce wypowiadać nawet w sposób amatorski. Wydaje im się, że się "nie znają". A moim zdaniem o sztuce może mówić każdy, bo nie istnieje tylko dla wybranych, the happy few, jak mawiają Anglicy.

Połączenia obrazów dawnych ze współczesnymi albo obrazów pochodzących z różnych ośrodków artystycznych wykorzystałam do tego, aby pokazać, że niezależnie od tego, gdzie i kiedy powstały, mają ze sobą wiele wspólnego. Co więcej, te wspólne wartości mogą się zrodzić w oku, w odczuciu patrzącego, a nie w intencjach artysty. Wielokrotnie również podkreślam, że nie ma jednej interpretacji obrazu. Przytaczam wiele rozmaitych wykładni i opinii, po to by wskazać, że na obrazy można patrzeć z wielu rozmaitych stron. Oczywiście są twarde fakty: zleceniodawcy, miejsce powstania, daty, cele i funkcje dzieła, ale pozostaje wciąż bardzo szerokie pole dla wyobraźni, dla wewnętrznych odczuć i skojarzeń. I to chyba był mój główny cel - otworzyć furtkę do patrzenia na obrazy. Starałam się pisać bardzo prostym językiem, a jeżeli stosowałam specjalistyczne terminy, to zawsze są one w książce wyjaśnione.

Doskonale wiesz, że kiedy stykamy się z kimś, kogo interesuje obraz, to najczęściej pyta: a co tam jest namalowane? Natomiast twoja książka, a zwłaszcza drugi tom, idzie w kierunku opowiedzenia nie o tym, co jest, ale jak to jest namalowane. Czy ludzi jeszcze interesuje, jak coś jest malowane?

Mam nadzieję, że jeszcze tak...

Nadzieję?

Tak, mam taką wielką nadzieję, bo to moja pasja. Uwielbiam patrzeć na obrazy i niekoniecznie je wnikliwie interpretować, raczej analizować, w jaki sposób są namalowane. Jakie było podejście artysty do tematu, który przedstawił, jak zobrazował pewne kwestie. Tego polskie szkoły i polskie uczelnie nie uczą, czyli nie dają umiejętności patrzenia na obrazy i rozumienia środków oraz efektów artystycznych. Nie wiem, jak jest teraz, ale kiedy ja studiowałam, nie uczono "gramatyki" malarstwa. Nie uczono dostrzegać tego, w jaki sposób artyści osiągali efekty artystyczne. A jest to bardzo intrygujące. Poza tym - i mam nadzieję, że to widać w mojej książce - kwestie czysto artystyczne nie są, bo nie mogą być, oddzielone od treści i wyrazu. Rembrandt tak namalował zakochanych Izaaka i Rebekę, że jego malowidło skrzy się i żarzy. Sam sposób malowania, sposób kładzenia farby, sama jakość farby, która przypomina żarzącą się lawę - mówią o gorącej miłości bohaterów. W tym przypadku środków artystycznych nie da się oddzielić od tematu i treści obrazu. To, co jest namalowane, zostaje podkreślone poprzez to, jak jest namalowane. Są to dla mnie nierozdzielne kwestie. Sposób malowania buduje wyraz i charakter obrazu i podkreśla to, co jest na nim przedstawione. Oczywiście w ramach pewnych konwencji, bo przecież inaczej maluje van Eyck, a inaczej Manet.

SZTUKA

Co za artystka! Co za dama!

Małgorzata Możdżyńska-Nawotka

Jerzy Miśkowiak

Elisabeth Jerichau-Baumann

Olszanica: "Bosz", 2020

240 s.: il. kolor. ; 31 cm. - zł 89,90

Autoportret z 1845 roku przedstawia dwudziestosiedmioletnią ciemnowłosą kobietę o posągowych, ciężkawych rysach i szeroko rozstawionych dużych brązowych oczach. Z twarzy emanuje dobroć, spokojna determinacja i enigmatyczna zmysłowość.

Brawurowe malarskie opracowanie wydekoltowanej sukni z błękitnej jedwabnej tafty, z szerokim kołnierzem z cennej koronki, stanowi oprawę, a nie konkurencję dla psychologicznej wnikliwości portretu, który mógłby być pięknym kadrem filmowym.

Życie malarki to gotowy scenariusz na panoramiczny fresk, pełen rozmachu i emocji, napięcia i przygód, zmian scenerii, osobistych triumfów oraz dramatów, z koronowanymi głowami i wybitnymi ludźmi epoki jako postaciami drugiego planu. Elisabeth Jerichau-Baumann, artystka należąca do ścisłego panteonu tak zwanego "złotego okresu" sztuki duńskiej, autorka ikonicznych dla Duńczyków obrazów o tematyce narodowej, portrecistka rodziny królewskiej, serdeczna przyjaciółka królowej Luizy, urodziła się i wychowała w Warszawie.

Ta niezwykła kobieta, błyskotliwie interpretująca swoją epokę, a pod wieloma względami ją wyprzedzająca, przez całe życie czuła się Polką, ale jest u nas właściwie nieznana. Kilka lat temu ukazał się przekład zbeletryzowanej biografii Lisinki (tak czule nazywała ją rodzina) pióra Birgit Pouplier. Dopiero teraz jednak pięknie skomponowany, starannie przemyślany album autorstwa Jerzego Miśkowiaka pozwala poznać Elisabeth w splendorze jej sztuki efektownej i wszechstronnej, ale nieodmiennie skoncentrowanej na ludzkiej postaci: malarstwa portretowego i religijnego, scen z mitów i legend, obrazów macierzyństwa, motywów zainspirowanych podróżami po Europie i Wschodzie. Obszerny aneks poświęcono polskim związkom artystki. Teksty wprowadzające do poszczególnych obszarów tematycznych i komentarze do obrazów pozwalają umieścić dzieła w kontekście prywatnej i twórczej biografii artystki, ówczesnego życia społecznego i kulturalnego oraz sytuacji politycznej.

Elisabeth była córką pochodzącego z gór Harzu przemysłowca Filipa Adolfa Baumanna, wybitnego członka gminy ewangelicko-augsburskiej w Warszawie. Głęboko przeżyte wydarzenia powstania listopadowego okazały się formatywnym doświadczeniem dla wrażliwej, wszechstronnie uzdolnionej dziewczyny. W wieku lat dwudziestu przyjęto ją na Akademię Sztuk Pięknych w Düsseldorfie, co wówczas stanowiło dla kobiety niezwykłe osiągnięcie. Kończąc szkołę, w 1844 roku przedstawiła dwa obrazy o tragedii powstania listopadowego.

Talent malarski połączony z umiejętnością przemawiania do emocji widza, a także niezwykła uroda Elisabeth, jej znajomość języków, wdzięk i umiejętności towarzyskie, uczyniły z dzieł i autorki międzynarodową sensację. Znienawidzona przez kata powstania Iwana Paskiewicza, stała się banitką w Polsce. Dzięki sprzedaży obrazów mogła wyjechać w podróż artystyczną do Rzymu. Tam poznała i w 1846 roku poślubiła duńskiego rzeźbiarza Jensa Adolfa Jerichau, a trzy lata później osiadła z nim w Danii. Do śmierci w 1881 roku prowadziła ożywioną działalność artystyczną, już za życia stając się legendą. Mąż miał skłonności depresyjne i liczne romanse. Zdobył uznanie i pozycję dyrektora Królewskiej Akademii Sztuki, ale brakowało mu talentu do zarabiania pieniędzy i - ku żalowi Elisabeth, która miała jasny obraz sytuacji - skłonności do znajdowania szczęścia w życiu rodzinnym. To ona, matka dziewięciorga dzieci, utrzymywała całą rodzinę. Niestrudzona, wspaniałomyślna, pracowita, ciekawa świata, odporna psychicznie, obdarzona poczuciem humoru i dystansem do siebie, miała niezwykłą łatwość malowania. Była własnym, bardzo skutecznym marszandem. Działała na międzynarodowej scenie, nie tylko europejskiej.

Ważną część oeuvre Elisabeth Jerichau-Baumann stanowią kompozycje o tematyce orientalnej powstałe w dojrzałym okresie jej twórczości. Podobnie jak wielu współczesnych jej malarzy, Elisabeth odbyła wyprawy do Imperium Osmańskiego i Egiptu w poszukiwaniu zamówień od miejscowych możnych oraz modnych tematów do obrazów. Kobiety niezwykle rzadko uprawiały ten genre, zwłaszcza malując z natury, z powodów zarówno praktycznych, jak i obyczajowych. Elisabeth podróżowała samotnie, co było na owe czasy odważne i zupełnie niekonwencjonalne. Stawiała czoło typowym i nietypowym wyzwaniom, za towarzystwo mając - jak żartowała - jedynie swoje przeżyte pięćdziesiąt lat. Jako kobieta, do tego sławna i należąca do międzynarodowej śmietanki towarzyskiej, zyskała wstęp do haremów, czyli prywatnej części domostwa miejscowej elity. Malowała Żydówki ze Smyrny, dzieci wicekróla Egiptu, księżniczki, sułtanki i faworyty, żony szejków i nosicielki wody, odaliski i postaci biblijnych niewiast w pustynnym pejzażu. Korzystała z orientalistycznych formuł. Gdy zaproponowano jej sportretowanie niebieskookiej i jasnowłosej Miriam, wybrała na modelkę służącą Ruth, uważała bowiem, że piękna Żydówka koniecznie powinna mieć czarne włosy i oczy. Zarazem jednak stereotypy przekraczała. Dla większości malarzy mężczyzn, którzy nigdy nie weszli do haremu, Orient był przede wszystkim krainą wyimaginowanych hurys, spędzających dnie na nasyconej lubieżnymi myślami bezczynności, a noce na rozkoszach łoża. Kobiety haremu przedstawiali jako egzotyczne drogocenne przedmioty, odaliski bierne i uległe, intelektualnie i duchowo uśpione. Elisabeth malowała modelki jako autonomiczne osoby, zmysłowe, jak ona sama dorodne i dostojne, pełne godności i duchowej siły. W tym sensie jej perspektywa jest feministyczna, a raczej - humanistyczna, po prostu.

Podróż na Wschód okazała się bardzo lukratywna, ale jej malarski rezultat kontrowersyjny dla mieszczańskich krytyków. O wschodnich obrazach Elisabeth pisano: "Jej skłonność przyciągania uwagi doprowadziła ją przez lata do ustawicznego poszukiwania efektów i uczyniła jej pędzel odrażająco brutalnym". Rzekoma "brutalność" malarskiego widzenia jest wszakże porywająca, zapiera dech. Niezwykłe orkiestracje chromatyczne, alchemia barw, cudowne tekstury, niebiańskie tkaniny: ta granatowa, haftowana w złote gwiazdy, tworząca firmament nad wyciągniętą na otomanie Księżniczką Nazli, inna jak błękitny puder, prześwitująca różem na brzuszku Egipskiej sprzedawczyni garnków z Gizy. Czysta malarska magia, którą można podziwiać dzięki wysokiej jakości reprodukcji. Album zaostrza apetyt na wystawę dzieł artystki w Polsce. No i oczywiście na film o jej życiu i sztuce.

SZKICE

Człowiek,Polaki świat

Marek Cichocki

Tymon Terlecki

Szukanie równowagi

Szkice literackie i publicystyczne

oprac. i komentarz Michał Stefański

Wyd. 3

Warszawa: "Oficyna 21", 2019

483 s. ; 22 cm. - zł 54,90

Wznowiony przez "Oficynę 21" zbiór esejów Tymona Terleckiego Szukanie równowagi to książka o Polsce, polskiej tożsamości i kulturze, jej historii i długim trwaniu, o polskiej europejskości i odrębności, sięgających jeszcze czasów I Rzeczypospolitej. Ale ma ona również inny temat, który sprawia, że warto po nią sięgnąć zwłaszcza dzisiaj - tym tematem jest doświadczenie emigracji.

Trzeba to jednak doprecyzować, aby nie zniechęcić od razu potencjalnego czytelnika. Nie znajdzie on w książce Terleckiego historii polskiej emigracji, opisu walk politycznych koterii, intryg, znoszących się wzajemnie wielkich i małych osobowości, programów, rezolucji. Chodzi o emigrację jako specyficzny rodzaj polskiego losu, lecz także jako egzystencjalną i kulturową sytuację człowieka.

W polskiej historii pojawiały się bardzo różne fale emigracji, ale bez wątpienia dwie z nich, wielka emigracja po 1831 roku i wielka emigracja po 1945 roku w ogromnym stopniu wpłynęły na polską kulturę i tożsamość. W przypadku Terleckiego ta druga emigracja stała się jego trwającym kilkadziesiąt lat życia, osobistym losem, świadomym wyborem. Ten właśnie temat książki trzeba podkreślić. Pozwoli to lepiej zrozumieć dobór jej głównych bohaterów, na których autor skupi uwagę, przede wszystkim na Mickiewiczu jako postaci centralnej, ale również na Josephie Conradzie, Andrzeju Bobkowskim czy Leszku Kołakowskim.

Emigracja jako problem kulturowy i egzystencjalny tłumaczy także głębszy sens tytułu zbioru Terleckiego: dlaczego szukamy równowagi? "Emigracja nie jest wzniosła - pisze Terlecki. - Psychologicznie rzecz biorąc emigracja, każda, stanowi wyzwanie rzucone normalności. (...) Emigracja wyzywa normalność przez dobrowolne oderwanie się od gruntu materialnego i duchowego, społecznego i gospodarczego, od pejzażu i obyczaju. Jest to wstrząs podobny do tego, jaki przeżywają dojrzałe rośliny przesadzone w obce im podłoże. Następstwa takiego wstrząsu są nieuniknione". Tymi następstwami są nieunikniona utrata równowagi między tym, co faktyczne i zmyślone, między rzeczywistym i nierzeczywistym, co otwiera pole do długiego sporu dzielącego Polaków: romantyków i pozytywistów, idealistów i realistów, tych, którzy chcą walczyć i tych, którzy chcą w spokoju pracować. Ten spór, wyrastający z następstw emigracyjnej nienormalności, wykracza przecież poza tę sytuację i trwa w Polsce do dzisiaj. Jesteśmy wciąż jego uczestnikami, w zmienionych tylko okolicznościach własnego państwa, przenosząc do nich stare, utrwalone wzorce: "patrioty" i "zdrajcy", "Polaka" i "nie-Polaka". Jednak wtedy, jak i teraz, najważniejszym wyzwaniem pozostaje szukanie równowagi w tym, jak postrzegamy własną egzystencjalną sytuację, swój kraj, swoich rodaków i jak postrzegamy świat. To właśnie sprawia, że dzisiaj warto sięgnąć po książkę Terleckiego, a jej lektura może okazać się wyjątkowo aktualna.

Tymon Terlecki (1905-2000), krytyk literacki i teatralny, pisarz, eseista podejmuje w 1945 roku decyzję o pozostaniu na emigracji. Tam pełni ważne funkcje dla emigracyjnego życia kulturalnego Polaków, jest prezesem Związku Pisarzy na Obczyźnie, prezesem Polskiego Towarzystwa Naukowego w Londynie. Skutek tego jest taki, że PRL-owska cenzura zakazuje publikacji w kraju jakiejkolwiek jego twórczości, a wzmianki o jego osobie moją być wyłącznie negatywne. W ten sposób Terlecki staje się w kraju przez dziesięciolecia osobą nieobecną. Stąd też wznowienie wydanego w 1985 roku w Londynie Szukania równowagi należy traktować jako część potrzebnych bardzo działań zmierzających do przywrócenia twórczości i myśli Terleckiego współczesnemu polskiemu odbiorcy.

Kluczowym bohaterem esejów Terleckiego pozostaje Mickiewicz. Jest on przez swój dobrowolny wybór pozostania na emigracji i niewracania do Królestwa rządzonego przez Paskiewicza postacią archetypiczną dla pozbawionej własnego państwa idei polskości w XIX wieku, do której Terlecki wraca, by zrozumieć własną sytuację, w której też w istocie z moralnego wyboru znalazł się w 1945 roku. Idee to jednak ludzie z krwi i kości, dlatego sposób, w jaki Terlecki opisuje Mickiewicza, jego zakończoną śmiercią misję w Stambule, jego twórczość, publicystykę, ale ponad wszystko zaangażowanie polityczne, sprawia wrażenie przemyślanego psychologicznie i historycznie obrazu, który jest tym bardziej autentyczny, że nosi ślady własnych emigracyjnych doświadczeń i przeżyć autora. Jest też prefiguracją jego własnych poglądów.

Mickiewicz to nie tylko twórca języka naszej kultury i świata naszej narodowej wyobraźni, które pozwoliły istnieć idei polskiej na emigracji i które żyją do dzisiaj, ale również kluczowa postać dla polskiej tradycji demokratycznego, społecznego ruchu zakorzenionego w chrześcijaństwie, to chrześcijański, polski postępowy socjalizm z łam "Trybuny Ludów" z 1848 roku. W czasach zimnej wojny i dominacji Związku Sowieckiego nad Europą Środkowo-Wschodnią stanowi on dla Terleckiego realną, jego osobistą, ale także zbiorową Polaków odpowiedź na marksistowski materializm i totalitarny komunizm. "Odczuwanie socjalistyczne jest pędem ducha do lepszego bytu - nie jednostkowego, ale wspólnego i solidarnego. (...) Uczucia religijne i patriotyczne są podstawą socjalizmu" - przypominając te słowa Adama Mickiewicza z czasów Wiosny Ludów, Terlecki w 1946 mógł wydawać się typowym polskim marzycielem, którego historia pozbawiła nawet własnej ojczyzny. Jednak czytane z dzisiejszej perspektywy, choćby przez pryzmat wielkiego ruchu Solidarności z 1980 i 1981, brzmią o wiele bardziej wiarygodnie, jako dowód silnej, niezerwanej polskiej tradycji, do której sam Terlecki czuł się przywiązany.

Odbierając społeczne i polityczne ramy, emigracja zmuszała Polaków do poszukiwania równowagi w kulturze. Dzięki niej mogli odzyskiwać właściwe dla siebie proporcje między człowiekiem, Polakiem i światem. Czasami była to droga burzliwa i heroiczna jak w przypadku innych bohaterów Terleckiego: Conrada i Bobkowskiego. Wymagała nie tylko rezygnacji z życia we własnym kraju, rządzonym przez obcych, ale wręcz spisania na straty całej Europy. W przypadku Kołakowskiego to była droga żmudna, wymagająca przełożenia indywidualnego i zbiorowego doświadczenia XX wieku, z doświadczeniem komunizmu włącznie, na język zachodniej filozofii i refleksji nad współczesną, chrześcijańską kulturą europejską. Każdy z tych przypadków ma dla Terleckiego istotne znaczenie. Potwierdza bowiem, podobnie jak przypadek Mickiewicza, zaistnienie w wyzywających normalność warunkach emigracji wyjątkowo silnego, kulturowego wzorca: afirmującego życie Kosmo-Polaka. Pozwala on nam wciąż połączyć człowieka, Polaka i świat w jedno twórcze lub filozoficzne doświadczenie.

Dzisiaj warto więc czytać Terleckiego nie tylko dlatego, że może on nam powiedzieć, czym naprawdę była emigracja, ale przede wszystkim ze względu na to, co może nam, w warunkach posiadania własnego państwa, powiedzieć o człowieku, który będąc Polakiem ma przede wszystkim prawo istnieć jako wartość uniwersalna.

PROZA OBCA

Pieska filozofia

Agnieszka Podpora

Izrael Joszua Singer

Na obcej ziemi

przeł. z jid. Krzysztof Modelski

Niemce: "Fame Art", 2020

224 s. ; 21 cm

Od opowiadań raczej się w dzisiejszych czasach stroni, bo za krótkie, często niezborne, w rozkroku między anegdotą a czymś większym, więc ogólnie źle się sprzedają, w księgarni na dolnej półce. Łatwo przeoczyć, zwłaszcza gdy autora rozsławiły epickie powieści. W przypadku krótkich form Izraela Jehoszuy Singera byłby to jednak wielki błąd.

Bracia Aszkenazy, Josie Kałb czy Rodzina Karnowskich należą do kanonu literatury jidysz. Mimo że, podobnie jak twórczość Ester Singer Kreitman, nadal pozostają w cieniu dokonań najmłodszego z rodzeństwa, noblisty Izaaka Baszewisa Singera, to przede wszystkim te dzieła Izraela Jehoszuy znane są szerszej publiczności, w czym niebagatelną rolę odgrywa oczywiście dostępność polskich przekładów. Mało kto wie, że środkowy Singer, który w międzywojniu cieszył się sławą uznanego, poczytnego pisarza i wiódł prym w ówczesnym żydowskim światku literackim, parał się też publicystyką, a zaczynał od dramatu i krótkich form właśnie. Niemal po stu latach od publikacji możemy wreszcie cieszyć się, doskonałym nota bene, tłumaczeniem wczesnych opowiadań Izraela Jehoszuy Singera.

A jest to radość wielka, bo i przyjemności z lektury liczne. Na obcej ziemi to świetnie skomponowany, bardzo wyrazisty tom. Pomieszczone w nim opowiadania napisane na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku tworzą dynamiczną całość, mimo że są bardzo różnorodne zarówno kompozycyjnie, jak i tematycznie. Singer nie tylko bowiem patrzy znacznie szerzej niż granice świata żydowskiego, co podkreśla większość komentatorów jego twórczości, ale pokazuje ów świat jako niezwykle zróżnicowany i elastyczny, na różne sposoby kształtowany przez silne nurty wydarzeń globalnych, trendów kulturowych i prądów filozoficznych. W zbiorze obok supernastrojowej, konwencjonalnej w najlepszym tego słowa znaczeniu opowieści o nauce w chederze, żydowskiej szkole religijnej dla młodych chłopców, z perspektywy tychże, znajdziemy na przykład historię ekscentrycznego, diabolicznego w swym cynizmie antykwariusza-fałszerza o wyjątkowo nieżydowskim imieniu Fabian. Obydwa teksty, choć zupełnie różne, są świetnie skomponowane i tak nasycone szczegółem, charakterem oraz nastrojem, że właściwie zupełnie nie żal fabuły. Z kolei doskonale ironiczne, a jednocześnie subtelne opowiadanie pod tytułem Żydzi traktuje - kto by się spodziewał - o anglikańskiej misji ewangelizacyjnej w Warszawie, gdzie nawracano między innymi żydów, kusząc darmowym jedzeniem i dachem nad głową. Oporni na nauki kandydaci do chrztu, przyciśnięci głodem, sytuacją życiową lub koniecznością wpasowania się w chrześcijańską większość, zostają w pewnym momencie pouczeni przez pastora nomen omen Fiszelzona, że "Jak chce się być dobrym chrześcijaninem, najpierw trzeba być porządnym Żydem", zaś spoglądający z krzyża drewniany Jezus jawi się im jako "sędzia z małego żydowskiego miasteczka".

Piętrowa ironia, dyskretny humor, groteska, elementy naturalistyczne, suspens, tropy pikarejskie i sentymentalne - zastosowane niezwykle umiejętnie i wplecione w wyważoną, dobrze przemyślaną kompozycję - sprawiają, że historie opowiadane przez Izraela Jehoszuę Singera porwą czułe czytelnicze serca i na długo zapadną w pamięć. Oprócz mistrzowskich, do głębi poruszających portretów bohaterów (Stare miasto, Krew) oraz przenikliwej obserwacji społecznej i historycznej (Na wolności, W drodze, Na obcej ziemi) utwory te cechuje coś jeszcze, co trudno nazwać, lecz łatwo zauważyć i zidentyfikować jako cechę pisania na wskroś nowoczesnego. Do opowiadań starszego z braci z Singerów wskakuje się bowiem jak do pędzącego dyliżansu, w pełnym biegu, w kontekst, który w dużej mierze musi być dorozumiany. Po dłuższej lub krótszej chwili szaleńczej jazdy po krętych bocznych uliczkach, gdzie raczej nigdy byśmy sami nie zawitali, zostajemy wyrzuceni na zakręcie, w najmniej spodziewanym momencie. Wsiedlibyśmy jeszcze chętnie na pokład, lecz w pobliżu widać już tylko kurz spod rozpędzonych kół.

Pod względem efektu Na obcej ziemi wytwarza swoistą rozkosz dezorientacji, oddania we władzę prymarnych instynktów i zmysłów. Przyjemność płynie tu nie z wędrowania pięknym szlakiem narracji i szerokich panoram, a z włóczęgi po bezdrożach z szeroko otwartymi oczami oraz nosem przy ziemi. Dlatego pod względem metody, zarówno pisania, jak i czytania, opowiadania starszego z Singerów realizują iście pieską filozofię. Dobrze uchwycił ją W.G. Sebald, mówiąc w jednym z wywiadów: "Jeśli chce się coś naprawdę znaleźć, trzeba poruszać się tak, jak - powiedzmy - pies łażący po polu. Kierując się podpowiedziami swojego nosa, pies przemierza teren w sposób całkowicie nieprzewidywalny. I z reguły znajduje to, czego szuka". Tak dzieje się z Lukiem, wilczurem, którego oczami oglądamy rewolucję w opowiadaniu zamykającym Na obcej ziemi. Gdy jego strąceni ze świecznika państwo próbują poprzez tresurę uczynić go ostoją starego, dobrze znanego i jedynie słusznego porządku, który właśnie zawalił się razem z ich całym życiem, Luk urywa się z łańcucha i z samego dna udaje mu się wywęszyć drogę do starego domu, gdzie bezpiecznej przystani udzielają mu, o ironio, nowi mieszkańcy.

To, co znajdziemy my, dawszy się porwać zapomnianemu Singerowi na chaotyczną z pozoru, lecz jakże brawurową włóczęgę wyobraźni w świecie opowiadań z tomu Na obcej ziemi, to na pewno czysta rozkosz lektury, o którą wraz z upływem czasu i nawarstwianiem się różnorakich bagaży coraz trudniej. Jej głównym źródłem jest właśnie ta zwrócona nam na chwilę przez Izaaka Jehoszuę, a właściwa chyba tylko psom i dzieciom, wolność węszenia, niesystematycznego przemierzania przestrzeni i pochylania się nad rzeczami niewidocznymi z wysokiego poziomu spiesznego truchtu do celu. Dajmy się porwać tej rozkoszy, nie wiadomo, kiedy nadarzy się kolejna okazja.

Innegokońca świata" nie będzie?

Jagoda Wierzejska

Natałka Babina

Bodaj Budka

Ktoś cichy milczy w ciemności

przeł. z białorus. Anna Korzeniowska-Bihun

Poznań: "Rebis", 2020

304 s. ; 22 cm. - zł 37,90

Recenzent mający ocenić Bodaj Budkę nie jest w łatwej sytuacji przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, Bodaj Budka to utwór - mówiąc językiem Gombrowicza - "inny, dziwniejszy".

Po drugie, jego ocena w dużej mierze zależy od nastawienia oceniającego: od przyjętej przezeń perspektywy oraz wagi - lekkiej lub ciężkiej - jaką zdecyduje się on nadać głównemu problemowi utworu.

Bodaj Budka jest najnowszą powieścią Natałki Babiny, pisarki urodzonej w 1966 roku w Zakazance, białoruskiej wsi nieopodal Brześcia. Babina identyfikuje się jako Ukrainka, ale pisze w języku białoruskim - zarówno teksty prasowe (jest dziennikarką niezależnej gazety białoruskiej "Nasza Niwa"), jak i utwory literackie. Wśród tych ostatnich należy wymienić zbiór opowiadań Krywi nie pawidna być widna i powieść Miasto ryb. Oba dzieła zostały po raz pierwszy opublikowane w 2007 roku, przy czym drugie doczekało się tłumaczenia między innymi na język polski, zyskując pewien rozgłos na naszej scenie literackiej. Teraz dołącza do niego Bodaj Budka, książka z 2019 roku, świeżo przybliżona rodzimemu czytelnikowi przez bardzo dobry przekład Anny Korzeniowskiej-Bihun.

Główną bohaterką Bodaj Budki - podobnie jak Miasta ryb - jest Ałka Bobylowa, pięćdziesięcioletnia pisarka, która pochodzi z Berestejszczyźny i kupuje tam pierwszą w życiu nieruchomość: stare, pokolejarskie siedlisko z budynkiem mieszkalnym, zabudowaniami gospodarskimi i rozległym sadem, tuż koło torów biegnących do Brześcia; słowem - tytułową Budkę. W Budce planuje rozpocząć nowe życie: przeprowadzić remont i napisać powieść, która utkwiła w martwym punkcie. Początkowo wszystko jej sprzyja. Las chwojek na horyzoncie z urokiem odcina się od gorejącego zachodem nieba, trawy cudnie falują na wietrze, zioła pachną w gasnącym sierpniowym upale, Ałka oddycha pełną piersią (a po prawdzie zaciąga się papierosami) na werandzie i pisze. Potem urządza pierwsze przyjęcie dla koleżanek i z radością słucha, jak ich śmiech płynie w sielską noc białoruskiej wsi... A potem za leszczyną znajduje zwłoki. Zaczynają się dziać rzeczy niesamowite. Atmosfera gęstnieje, aż w końcu trup ściele się gęsto, krew płynie potokami, a ochłapy mięsa latają w powietrzu razem ze... statkami kosmicznymi w kształcie złotych kołaczy. Białoruś, a zwłaszcza Berestejszczyźnę atakują bowiem bezwzględni "obcy" zwani Antygomami. W sposób niezrozumiały, ale skuteczny, sprawiają, że państwo staje się szczelnie zamkniętą enklawą, w której wszystkie zjawiska fizyczne ulegają groźnym dla ludzi zaburzeniom, a sami ludzie, odcięci od podstawowych dóbr i mediów, poddani podprogowym rozkazom Antygomów, przekształcają się w bezwolnych niewolników lub - wedle określenia jednej z bohaterek utworu - w "biośmieci".

Jak widać, mamy w Bodaj Budce całą feerię konwencji literackich. Najpierw zawiązanie akcji, zgodne z regułami powieści obyczajowej, osuwa się w kryminał w stylu noir - chwyt to niezbyt oryginalny, ale tu udany i rozbudzający ciekawość. Dalej zasady świata przedstawionego zbrodni, dochodzenia i kary ustępują jednak normom właściwym horrorowi, fantastyce i science fiction. Konwencje mnożą się tu jak grzyby po deszczu, ale i - jak grzyby, które w Bodaj Budce układają się w ostrzegawcze napisy - nie są dziełem przypadku; przeciwnie: znaczą. Babina stosuje je bowiem nie tylko z rozmysłem, lecz również z rozmyślną - mającą zwracać naszą uwagę - przesadą; wspólnym mianownikiem wątków utrzymanych w różnych, atoli jednakowo przerysowanych konwencjach czyni natomiast groteskę. Niektórzy czytelnicy uznają zapewne, że taki miszmasz jest zbyt ciężkostrawny, aby rozsmakować się w lekturze. Inni - mniemam, że nie będzie ich mało - zagustują jednak w kontrastach, hiperbolach i absurdach narracji Babiny; a może nawet uznają, że to literacki cr?me de la cr?me.

Jestem wszelako zdania, które wyraziłam na wstępie, że o odbiorze Bodaj Budki decyduje w pierwszym rzędzie coś innego niż stopień otwartości odbiorcy na żonglerkę konwencjami oraz groteskowe przerysowania. Decyduje mianowicie nastawienie do centralnego problemu powieści. A problem ten to zagadnienie utraty i walki o odzyskanie tożsamości grupy ludzkiej rozumianej jako naród. Babina przedstawia ową utratę w kategoriach zapominania o swoich korzeniach: o ziemi oraz tradycjach i języku jej rodowitych mieszkańców; walkę natomiast ukazuje jako przywracanie pamięci o przeszłości, odtwarzanie związku ze światem przodków oraz umacnianie nacjonalizmu, który w jej ujęciu oznacza nie wywyższanie własnego narodu, tylko poczucie jego wyjątkowości i niezależności. Budując swoją niesamowitą opowieść jak literacki patchwork, autorka stara się pokazać, że utrata tożsamości przekształca naród w bezwolną ludność i czyni zeń łatwy cel dla tych, którzy umacniają swą władzę, stosując narzędzia opresji i zastraszania. Czytelnikom, którym bliskie są literackie i nieliterackie wizje współczesnego kosmopolityzmu i nomadyzmu (dalekie zaś - padające w powieści - słowo "nacjonalizm"), ów przekaz może wydawać się obcy, a nawet nieistotny. Odbiorców doceniających literaturę i fenomen zakorzenienia, powinien jednak do siebie przekonać.

Ja - jako czytelniczka i recenzentka - uznaję, że kwestia podjęta przez autorkę i wyrażona w formie wielkiej metafory (bo tak odczytuję jej multi-konwencjonalną, groteskową opowieść) to problem ważny; problem wagi ciężkiej. Zawierzam autorce, że gdy pisze o "własnej ziemi", o "czystej krwi" i "czystym języku", nie ma na myśli żadnego Blut und Boden, tylko dumę ze swojości i swojskości; mocne, by tak rzec, dzierżenie autoidentyfikacyjnej busoli, które sprawia, iż można daleko odejść od domu, bo zawsze wiadomo, jak do niego wrócić. Nie ukrywam też, że na moje nastawienie do Bodaj Budki wpływają okoliczności towarzyszące wydaniu jej polskiego tłumaczenia, czyli sytuacja społeczno-polityczna na Białorusi w drugiej połowie 2020 roku. Nie jestem zwolenniczką uzależniania interpretacji literatury od politycznej bieżączki i zdaję sobie sprawę, że powieść Babiny powstała przed rokiem 2020, ale jednocześnie uważam, iż literatura jest nie tylko z polityką związana, jest - więcej - polityczna, a kontekst ideologiczny potrafi oddziaływać na recepcję utworu także ex post. Mając na względzie ów kontekst, jestem skłonna odczytać Bodaj Budkę jako ważną przypowieść o tym, że tracąc związek ze swoją wspólnotą i jej przeszłością, sami sprowadzamy na siebie zagładę - polityczną i aksjologiczną; sami przywołujemy zabójczych "obcych", bo w istocie - to słowa Babiny - "tylko ciepłem ludzkich rąk można wyłamać kraty, które powstrzymują zło". Odtwarzając wspomniany związek, stajemy się natomiast samoświadomymi, sprawczymi podmiotami, kreujemy teraźniejszość i przyszłość, bo przecież "tylko ciepłem ludzkich rąk" można też postawić zaporę złu.

Kto wie? - być może innego końca świata nie będzie. I być może nie ma dla nas innej nadziei.