Nowe Książki 11/23 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Sztuka i całowanie ręki

Z Kazimierzem Nowosielskim rozmawia Zbigniew Chojnowski

Intryguje mnie pewna twoja tajemnica. Byłeś polonistą szkolnym, nauczycielem akademickim, filologiem i filozofem, literaturoznawcą, profesorem nauk humanistycznych, krytykiem sztuki, redaktorem, publicystą, organizatorem i uczestnikiem życia literacko-artystycznego itd. Żadna z tych ról nie przesłoniła ciebie jako poety.

Bo ja wiem, czy to - jak powiadasz - tajemnica... Po prostu tak jest. Tak się ułożyło. Przyznaję, że sporo w tym moim żywocie rozmaitych duchowych oraz intelektualnych zatrudnień. Ale chyba pierwsza była poezja. Od niej się wszystko zaczęło: pisanie okolicznościowych wierszyków w szkole podstawowej i jakichś tam, pod wpływem Mickiewicza, ballad o tajemnych - jak mi się zadawało - miejscach w mojej wioskowej okolicy. Potem przyszedł czas poetyckiej posuchy - i dopiero po latach, na polonistycznych studiach, znów dało znać o sobie żarliwe czytanie, tym razem przede wszystkim dwudziestowiecznej poezji polskiej: Leśmian, Grochowiak, Herbert... Wtedy też pojawiły się pierwsze, publikowane na łamach studenckich pisemek, refleksje o niej oraz wygłaszane na posiedzeniach Koła Polonistów referaty. Jednakże przełomowy, jak mi się wydaje, był mój poetycki debiut na łamach miesięcznika "Litery" w 1970 roku. Po studiach zacząłem drukować rozmaite recenzje w ogólnopolskich czasopismach. Ważny też był szkic o Leśmianie ogłoszony w "Zeszytach Naukowych Wydziału Humanistycznego UG". I tak się to do dzisiaj dzieje: powolutku i - mam nadzieję - ubogacająco. Nie tylko dla mnie, ale i dla choćby paru czytelników. Oby tylko rzetelnie, uczciwie: z zaangażowaniem rozumu i serca.

Jesteś gdańszczaninem od ponad pół wieku. A jakie znaczenie ma dla ciebie okolica rodzinna, czyli Rybno na Kujawach?

Całe dzieciństwo i wczesną młodość spędziłem na kujawskiej wsi. Moi rodzice prowadzili ośmiohektarowe gospodarstwo. Matka była Kujawianką, ojciec zaś pochodził z Kresów, a konkretnie z Oszmiany. Towarzyszyło mi dwoje rodzeństwa: siostra i brat. Ziemia w okolicy była licha, piątej i szóstej klasy. Wiem przeto, czym chłopski trud, codzienny mozół, zapach potu i gnoju. Wychowywałem się nad Notecią - najbardziej tajemniczym miejscem mojego dzieciństwa. Powiem szczerze, iż nie ciągnęło mnie do gospodarskich czynności. Bliższe mi były książki: świat fantazji, egzotycznych wypraw, pięknych dziewcząt, wojennych przygód... Więc na rozmaite sposoby wymykałem się swojej wsiowej codzienności. W pewnym sensie osobną rzeczywistość stanowiła szkoła; najpierw podstawowa, a potem liceum. Do tego ostatniego jeździłem na rowerze. Najważniejszym momentem był wyjazd na polonistyczne studia do Gdańska, gdzie spotkałem się z zupełnie nowym środowiskiem: społecznym, kulturalnym, obyczajowym... Coś utraciłem, ale i coś zyskałem... I tym też w znacznym stopniu żyje moja poezja; ba, w pewnej mierze cała moja twórczość. Ale to rzecz na osobną opowieść.

Przypuszczam, że zamierzałeś napisać prozę autobiograficzną. Stawanie u źródeł kultury, wartości, człowieczego losu to twoja specjalność.

Nigdy mi to nie przyszło do głowy. Nie mam powieściopisarskiego talentu. Jednak dobrą prozę chyba nieźle wyczuwam... Powiem ci też, że całe moje pisanie, w tym również teksty o literaturze i sztuce, traktuję jako swego rodzaju autobiografię: duchową, intelektualną, świadomościową. Wszak piszę o moich spotkaniach ze świadectwami innych osób, o mojej przygodzie z nimi. Próbuję te moje przygody nazwać, uporządkować, czasem też ocenić; rozważyć ich przydatność. W zasadzie to każde pisanie jest porządkowaniem doświadczeń: osobistych oraz wspólnotowych. Tak też chciałbym je widzieć i uprawiać.

Jednak wszystkiego nie przeczytasz, nie przerobisz...

Ale starać się trzeba - z nadzieją, iż może to się nie tylko mnie, ale i jeszcze komuś przyda. Należę do ciułaczy i zawsze mi trochę szkoda, że coś się bezrefleksyjnie pomija, lekceważy. Prowadzę, że tak powiem, gospodarkę drobnotowarową. Mój śp. ojciec - pamiętam - kiedy znalazł na drodze jakiś zardzewiały, pogięty gwóźdź, to go podnosił i wsadzał do kieszeni, a potem w szopce prostował i kładł do skrzyneczki, "bo szkoda, żeby się zmarnował". Ale po jego śmierci ktoś to wszystko wyrzucił. I może też taki los czeka nasze wiersze, szkice, przeżycia... Mówi się: trudno. I ciuła się dalej.

Pisanie jest formą wyznawania nadziei. Czyżbyś był sceptyczny wobec przyszłości literatury, a zwłaszcza poezji?

Bo ja wiem, czy tak jest... Ona wydaje mi się bardziej świadectwem naszej obecności niźli bezpośrednim "wyznaniem nadziei"; świadectwem naszego duchowego uposażenia, doświadczeń, wrażliwości... Jako że literatura ze słowa czyni swoje podstawowe, a właściwie jedyne medium - to właśnie ono (słowo) jest dlań najważniejsze. I nade wszystko z wrażliwości na nie każdy pisarz, prędzej czy później, bywa rozliczany. Poezja, sądzę, najpełniej wykorzystuje wszystkie realności i potencjalności słowa (semantyczne, meliczne, kontekstualne...) - i dlatego wydaje mi się najlepszym probierzem kondycji danego języka. A język to przecież nasza świadomość, a więc i zdolność rozpoznawania prawdy o świecie, o nas samych, o naszym usytuowaniu w bycie i wśród wartości. Uważam, że bez dobrej literatury jałowieje nasza duchowość. Zatem - zachowując miarę - można by rzec, że odpowiedzialne, żarliwe, szczere pisanie jest też na swój sposób manifestacją i realizacją związanych ze słowem nadziei.

A jak to jest dzisiaj z poezją?

Sam widzisz, że ona coraz mniej miejsca zajmuje w naszym życiu. Niemal zupełnie zniknęła z gazet, radia, telewizji. Poeci schronili się w jakichś artystycznych niszach i coś tam kombinują. Ale co z tego będzie - nie wiem.

Może jednak pokusiłbyś się o jakąś diagnozę?

Powiem ci choćby o jednym, ale za to bardzo ważnym aspekcie tego stanu rzeczy: o miłości. Bez niej nie ma piękna, a więc i nie ma rzeczywiście ubogacającej twórczości. Otóż widzę, że w szeroko rozumianej kulturze miłość przestała być miłością rozeznającą prawdę. Skumała się z erotyzmem, erotyzm zaś ze szczęściem, a szczęście z doraźną satysfakcją. Wszystko bez odniesienia do Boga i do osoby drugiego człowieka. Żyjemy w zafałszowanej przestrzeni aksjologicznej, a jedną z jej ofiar stało się piękno. Tandeta (również myślowa), banał, rozmaite bohomazy i grafomania dziś sprzedawane są pod jego imieniem. Zapanowały chaos, zamęt, kunktatorstwo. Taplamy się w błocku, które - niczym borowiny dla kuracjuszy w sanatoriach - jest nam oferowane jako balsam na nasze duchowe obolałości. I gdzie tu szukać poezji?

Jeśli zgodziłbyś się na nazwanie twojej metody rozprawiania o literaturze "krytyką aksjologiczną", to jakbyś ją zdefiniował?

Krytyka aksjologiczna, czyli - jak rozumiem - zorientowana na podstawowe wartości: dobro, piękno i prawdę? Tak, bez wątpienia warto, a nawet trzeba im służyć - w każdej dziedzinie życia, a więc i w krytyczno-naukowej działalności. Z nimi wiążą się najważniejsze pytania, które zadaję czytanym przeze mnie tekstom: o jakiego człowieka w nich tak naprawdę chodzi oraz jak ta najistotniejsza ze spraw jest wyrażana? Czy uważnie, rzetelnie, odważnie i inspirująco zarazem? Tak więc w centrum tych kwestii niemal zawsze staje zagadnienie języka i wspomnianych wartości. To jest mój ideał, ale czy go spełniam? Nie wiem. Jakoś się staram...

A co myślisz o sensie swej twórczej pracy?

Robię, co mogę. Jak mówi Pismo "wedle miary daru".

O LITERATURZE

Rymkiewicz jako metafizyk

Piotr Kaszczyszyn

Anna Rzymska

Powracająca pamięć

O prozie i poezji Jarosława Marka Rymkiewicza

Warszawa : Instytut Pamięci Narodowej. KŚZpNP : Fundacja Rozwoju

Systemu Edukacji, 2022

488 s. ; 20 cm. - (Literatura i Pamięć)

"Na pisarzu spoczywa obowiązek wypowiedzenia tego, czego nikt inny prócz niego, w tym kształcie, jaki stworzył, nie jest w stanie wypowiedzieć" - takie słowa przeczytamy w książce Żuawi nicości Krzysztofa Tyszki-Drozdowskiego. Trudno o celniejsze oddanie istoty twórczości Jarosława Marka Rymkiewicza. Rymkiewicza, który całe swoje artystyczne życie poświęcił na myślenie jednej i tej samej myśli: jak powrócić z wygnania?

Pisanie poety z Milanówka rozgrywa się po katastrofie ontologicznej. Scenę pierwotną i moment założycielski jego twórczości odnajdziemy w zbiorze Czym jest klasycyzm? Manifesty poetyckie, wydanym w 1967 roku, na początku drogi literackiej Rymkiewicza. Wygnanie z mitu - tak zatytułowany jest kluczowy esej zawarty w książce.

Uniwersum mitu to rzeczywistość uporządkowana, ład z jasną hierarchią bytów - od Boga przez człowieka aż po resztę stworzenia. Wszyscy istnieją w kosmicznej harmonii, każdy zna swoje miejsce, rolę, powołanie i cel. Tak rozumiany mityczny sposób konceptualizowania i opowiadania świata mógł osadzać nas zarówno w pogańskim antyku, jak i średniowiecznym uniwersum christianitas.

Tytułowe wygnanie oznacza rozpad tego symbolicznego, wszechogarniającego porządku. Rymkiewicz lokalizuje ten proces upadku konkretnie w dziejach Zachodu, wskazując precyzyjnie na XVII wiek. Wydaje się jednak, że to wydarzenie należy rozumieć dwojako - jako rozgrywające się zarówno w ramach czasu historycznego, chronos, jak i czasu sakralnego, kairos. Wówczas wygnanie z mitu byłoby swoistą rewolucją, wydarzeniem z porządku ludzkiej natury, prowadzącym do metafizycznej katastrofy, momentu, w którym człowiek zerwał się z kosmicznego łańcucha bytów.

Anna Rzymska, autorka monografii Powracająca pamięć. O prozie i poezji Jarosława Marka Rymkiewicza, w pewnym momencie przytacza wytłumaczenie fragmentarycznej i patchworkowej konstrukcji Wieszania podane przez samego poetę z Milanówka: "Jeśli ktoś przeżywa swoje życie w ten sposób, jako coś, czego doświadcza w przypadkowych, rozlatujących się kawałkach, rozpoznaje je jako rodzaj wielkiego wybuchu, w wyniku którego kawałki się rozleciały. Powodem tego wybuchu, który rozrywa nasze życie, mogła być jakaś katastrofa".

Po tej "jakiejś katastrofie", po wyrzuceniu z mitycznego ładu naszym podstawowym doświadczeniem jest swoista podwójność istnienia. Poeta oddał ją syntetycznie w krótkim wierszu Widok okoliczny. Co ważne, jest to utwór z ostatniego wydanego przez Rymkiewicza zbioru wierszy, dlatego można go potraktować jako rodzaj klucza interpretacyjnego do całości wcześniejszej twórczości poetyckiej:

Kobieta która zbiera jabłka pod jabłonią

Jej dzieci które w sadzie wokół drzew się gonią

Bielizna co przy domu suszy się na sznurku

Psia buda i pies śpiący obok na podwórku

Garnek z wodą na kuchni przy nim drugi pusty

Kosz w kącie w nim dwie główki zielonej kapusty

Furtka brzeźniak za torem - widok okoliczny

To wszystko ma pod spodem strach metafizyczny

Podwójność istnienia zawarta w kontraście oswojonej i urokliwej codzienności z tajemniczą metafizyczną ciemnością wychylającą się spod warstwy osób, zdarzeń, przedmiotów, zwierząt i roślin ma nam pozwolić dostrzec fundamentalną naturę świata po wygnaniu - jej nieprzekraczalnie apofatyczną istotę.

Apofatyczność - poprzez analogię do teologii negatywnej - oznacza niezdolność do pełnego pojęcia sekretów istnienia, przekonanie, że kompletne poznanie bytu i jego istoty przekracza ludzkie zdolności, wikła umysł w paradoksy, sprzeczności oraz niedające spoczynku i spełnienia ćwierć-odpowiedzi. Człowiek szuka, ale ostatecznie nie może znaleźć. Istnienie w swym "iszczeniu" wydaje się finalnie niemożliwe do rozsupłania.

Analogicznie twórczość Rymkiewicza wydaje się interpretować autorka Powracającej pamięci. W ostatnim akapicie monografii, a więc w swoistym podsumowaniu podsumowania, Rzymska pisze: "Twórczość Rymkiewicza stanowi próbę ustawicznego wykraczania poza rzeczywistość, prowadzącego w stronę czegoś niepojmowalnego i niewyrażalnego".

I już w wypowiedzeniu tej prawdy zawiera się zasadnicza wartość całej jej pracy. Oddać i pokazać Rymkiewicza jako metafizyka, twórcę zmagającego się z sekretami ziemskiego bytowania - to już wystarczy w zupełności, aby polecić tę monografię każdemu zainteresowanemu twórczością autora Kinderszenen.

Mamy bowiem nadmiar głosów upupiających Rymkiewicza, ścierających jego artystyczne kanty. Albo redukujących jego twórczość do przypisu do politycznej bieżączki, albo próbujących na siłę wpisać go w model polskości uładzonej, parafialno-kościelnej. Bo przecież, skoro poeta z Milanówka chwali Jarosława Kaczyńskiego, to musi być człowiekiem narodowo-katolickiej prawicy, czyż nie?

Rzymskiej na szczęście bliżej do Jana Maciejewskiego, który na łamach "Plusa Minusa" pisał o Rymkiewiczowskiej "wizji wielkiej, magicznej przemiany świata, która może się dokonać wyłącznie dzięki rozlewowi krwi"; bliżej jej do Filipa Memchesa analizującego krzyżowo twórczość Rymkiewicza ojca oraz Rymkiewicza syna w artykule Prawica laicka. Idee Rymkiewiczów i sprawiedliwie czyniącego zadość ich pogańskiej z ducha wizji polskości.

Rymkiewiczowskiej koncepcji polskości poświęcony jest zresztą najlepszy z fragmentów monografii, w którym autorka analizuje skrupulatnie dramat Samuel Zborowski. Co kluczowe, czyni to w duchu twórczej metody poety z Milanówka, stosując coś na kształt "myślenia przekątnego", łączącego wszystko ze wszystkim, płynnie przechodzącego między kolejnymi, na pozór trzeciorzędnymi detalami, aby wydobyć z nich nieoczywiste, pierwszorzędne prawdy.

Prawdziwy patchwork-gałganek, z którego wyłania się w konsekwencji wizja "polskości ciemnej", dzikiej, wściekłej i okrutnej, niemającej nic wspólnego z polskością wyrosłą z chrztu Mieszka i osadzoną w stabilnej rzymskokatolickiej formie. Jak mówił Rymkiewicz, polskość "to straszna siła duchowa" - ona wybiera nas, a nie my ją. Polskość jest tajemnym żywiołem, który nas chwyta, bierze w posiadanie.

Przypomina moment opisywany przez Rymkiewicza w Kinderszenen, moment wybuchu niemieckiej tankietki na ulicy Kilińskiego w trakcie powstania warszawskiego: "Białe światło eksplozji oznacza objawienie się losu". Polskość miałaby więc naturę duchowej iluminacji, doświadczenia z porządku sakralnego.

To swoiste, postchrześcijańskie Mistyczne Ciało Polskości opisuje sama Rzymska, relacjonując obrzędy pogrzebowe nad ciałem ściętego Samuela Zborowskiego. Jego głowa niczym odcięta głowa Jana Chrzciciela, Zborowski niczym prorok wiecznej polskości. "Rymkiewicz podkreśla, że metempsychiczna wędrówka Zborowskiego odbywa się poprzez ciało i krew" - pisze autorka. Ciało i krew szlachcica niczym ciało i krew Jezusa Chrystusa.

Dalej Rzymska relacjonuje moment symbolicznych narodzin polskości, przytaczając aptekarskie rozważania Rymkiewicza co do dokładnej godziny dekapitacji Zborowskiego, wskazującego na 3.57, na "przedświt, przeddzień, to dziejowe świtanie Polski, świtanie jej dziejowego przeznaczenia, świtanie jej odwiecznej idei, która jest ideą wolności".

Wieczna polskość, polskość niczym platońska idea, duchowe objawienie i religijna łaska. Jednak nawet ona, w swym sakralnym wręcz rozbłysku, nie jest w stanie wyrwać nas z ciemności istnienia, pozwolić nam na powrót z mitycznego wygnania. Ostatecznie bowiem sam Rymkiewicz wydaje się kończyć w tym samym apofatycznym miejscu, w którym zostawiła go Rzymska w zakończeniu monografii.

Oddajmy głos poecie: "U Heideggera jest na to dobre słowo (bezprawnie je sobie tu przywłaszczam, bo on po co innego go używał): die Lichtung. Prześwit, przecinka, przesieka, może polanka w lesie, przerzedzony las. Ale i najgłębsze miejsce w lesie, takie, do którego z trudem docieramy. Trochę światła w miejscu najgłębszym, najciemniejszym. Ale nie prowadzi tam żadna droga i żadna droga stamtąd nas nie wyprowadzi".

Blednące rokoko

Helena Markowska-Fulara

Tomasz Jędrzejewski

Blednący atrament

Polskie rokoko literackie 1795-1830

na tle europejskim

Warszawa : Instytut Badań Literackich PAN, 2022

409 s., 10 s. tabl. : il. kolor. ; 24 cm

(Studia Romantyczne)

Tematem książki Tomasza Jędrzejewskiego jest rokoko, które nie cieszyło się dotąd przesadną popularnością wśród badaczy, w każdym razie w stosunku do prądów je otaczających: baroku, sentymentalizmu, klasycyzmu czy wreszcie romantyzmu.

Chciałoby się powiedzieć, że rokoko to za dużo na jedno przedsięwzięcie. Mowa wszak o całym nurcie w kulturze i sztuce. Jednocześnie to za mało - chodzi przecież często o poetyckie drobiazgi, którym trudno przypisać kluczową historycznoliteracką rolę. A na pewno po roku 1795, który stanowi datę otwierającą Blednącego atramentu.

Skąd owa "bladość", wątłość śladów rokokowego stylu, Jędrzejewski wyjaśnia precyzyjnie i przekonująco. Z antynomii zakresu problemowego wychodzi zaś także obronną ręką, choć wymaga to kilkustopniowej konstrukcji rozprawy. Podtytuł precyzuje jej główny przedmiot, którym jest "polskie rokoko literackie lat 1795-1830 na tle europejskim". Ograniczenie czasowe nie sprawia jednak, że tylko o rokoku porozbiorowym mowa. Wskazane tło europejskie omówione zostało w drugim rozdziale monografii w kontekście całego długiego wieku XVIII, a i polskie rokoko literackie do 1795 roku przybliża autor w rozdziale kolejnym. Tło zatem jest imponujące, jako że część europejska obejmuje literatury francuską, włoską i angielską. Czytelnik otrzymuje więc właściwie panoramę nurtu, opartą na obszernej literaturze przedmiotu i zilustrowaną przekładami utworów.

Na tym syntetycznie ujętym tle zarysowane zostaje następnie polskie rokoko literackie lat 1795-1830. Oglądamy je stopniowo w coraz większym zbliżeniu: najpierw w panoramie zjawisk, następnie w rzucie oka na poszczególne środowiska (Warszawę, Puławy, Wilno), wreszcie w analizach pojedynczych tekstów. W ten sposób udaje się autorowi zarówno opanować rozległy materiał, jak i zdać sprawę z wybranych, najciekawszych realizacji.

Umieszczanie w kontekście europejskim nie polega tu jednak na ukazywaniu zadłużeń, a nawet miejsc wspólnych. Jak się zdaje, szeroki zakres badawczy jest Jędrzejewskiemu potrzebny przede wszystkim do wypracowania i uargumentowania własnej definicji rokoka, znalezienia uchwytu, który następnie pozwoli w kontekście tego nurtu czytać utwory polskie, czasem dla ujęcia "rokokowego" wcale nieoczywiste. Niezwykle interesujące okazują się zwłaszcza odczytania kanonu Mickiewiczowskiego: Ballad i romansów, Dziadów, Sonetów odeskich. Zima miejska dzięki uwzględnieniu literackich i towarzyskich praktyk rokoka zyskuje wręcz interpretację, która pozwala rozwikłać zagadki tego tekstu jako więcej niż tylko ćwiczenia stylistycznego.

Rozważania teoretyzujące otwierają i zamykają monografię: w pierwszym rozdziale zaproponowana zostaje definicja rokoka, w ostatnim znajdujemy "instrukcję obsługi czarodziejskiej różdżki" - pięć cech wyróżniających rokokową wypowiedź. Przedstawiona w rozdziale pierwszym prosta charakterystyka rokoka okazuje się operatywna w dalszych partiach rozprawy. "Myślę o rokoku, kiedy utwór oferuje czytelnikowi krótkotrwałe przenosiny do innego świata. Takiego, który jest fantazyjny, przyjemny oraz - w salonowym znaczeniu - ładny" - pisze Jędrzejewski. Le beau petit monde to klucz pozwalający wskazać nastawienie rokokowe w realizacjach literackich. Często mowa zamiennie o literaturze cyteryjskiej, która nie tylko bierze za przedmiot miłość i przyjaźniomiłość, lecz także pozwala ją przeżywać w otoczeniu czarownego świata, zamkniętego kręgu współtowarzyszy.

Nieprzypadkowo także już w tej krótkiej formule pojawia się salon. Autor rozpatruje bowiem utwory literackie cały czas w kontekście życia literackiego, form kultury. Pisze raczej o praktykowaniu rokoka niż tylko o rokokowych tekstach. Na kartach książki goszczą nie tylko salon, ale też kawiarnia, prasa czy sztuka ogrodnicza. Osadzenie poszczególnych utworów w sytuacji komunikacyjnej, rozpatrywanie na jej tle życia gatunków literackich dają w analitycznych partiach pracy znakomite efekty. W kontekście praktyk literackich rozumieć także należy tytułowy "blednący atrament". Płowieje on szybko, gdy sytuacja będąca pobudką powstania utworu przemija. W rokokowym blednięciu, ulotności tekstu i uczucia nie ma przy tym żalu, a jest raczej radosna lekkość migotliwego bycia.

Paradoksalnie ważniejsza od owej przelotności, kruchości rokokowych śladów okazuje się jednak dla Jędrzejewskiego żywotność rokoka, które trwa w różnorodnych przejawach do roku 1830, a nawet dłużej. W książce poświęconej porozbiorowemu rokoku taka postawa wydaje się naturalna, idzie bowiem o możliwie pełne pokazanie, a także chyba dowartościowanie, pewnego zjawiska. Szkoda może jednak, że autor prześlizguje się zazwyczaj nad przemianami rokoka. Choć wspomina o coraz większej roli kultury mieszczańskiej, narodzinach wielkomiejskiego życia, demokratyzacji, śledzi raczej wspólnego ducha różnych praktyk niż jego przeobrażenia. Na marginesie rozważań niedopowiedziana pozostaje coraz trudniejsza, jak się wydaje, sytuacja tych, którzy chcąc praktykować cyteryjskie literaturę i życie, znajdują się w coraz wyraźniejszej opozycji do głównych nurtów życia kulturalnego.

Otóż myślę, że - zwłaszcza po roku 1795 - wokół czarownego świata zacieśnia się krąg ofensywnej kultury powagi, realizowanej zarówno przez klasyków, jak i romantyków, tak przez konserwatystów, jak i radykałów. Gdy autor w trzystronicowym zaledwie passusie Przeciw "świecidełkom" (tym razem w odniesieniu do sentymentalizmu) pisze: "Zalotni pasterze zamieniają się w cnotliwych i gospodarnych wieśniaków" - to w tej formule zawiera być może główny rys kulturowej presji, która coraz mniej chętnie tolerować będzie niewinne zabawy. Tę osobność czy wręcz opozycyjność rokoka wobec dominujących w kulturze polskiej nurtów konstatował Jędrzejewski już w swojej pierwszej monografii zatytułowanej Literatura w warszawskiej prasie kulturalnej pogranicza oświecenia i romantyzmu. Być może więc zasadne było tym razem skupienie się raczej na własnym życiu rokoka. Niemniej zderzenie kultury towarzyskiej przyjemności ze sztuką zaangażowaną w "sprawy" mogłoby wydobyć dramatyzm portretowanej sytuacji. Rokokowy atrament także i z jej powodu blednie i niknie w dziejach.

Tymczasem jednak porozbiorowe, zmierzchające rokoko, również dzięki lekkości autorskiego pióra, błyska w Blednącym atramencie urzekającym blaskiem, który sprawia, że niemal czterystustronicowa lektura okazuje się szybka i przyjemna.

HISTORIA

Towarzysz Edward

Michał Przeperski

Mirosław Szumiło

Gierek

Droga do władzy

Łódź : "Księży Młyn"

Lublin : Wydaw. UMCS, 2023

400 s. : il. ; 24 cm

Nowa książka Mirosława Szumiły to z pewnością nie przykład metodologicznej awangardy. Nie jest to również książka szczególnie przystępna, zdolna porwać przeciętnego zjadacza chleba. A jednocześnie jest to rzecz w swojej klasie znakomita.

Szumiło to naukowiec od lat związany z Uniwersytetem Marii Curie-Skłodowskiej oraz Instytutem Pamięci Narodowej. W badaniach już od ponad dekady skupia się na dziejach elit komunistycznych w Polsce. Najbardziej widomym świadectwem tego była nagradzana biografia Romana Zambrowskiego, jednego z kluczowych polityków Polski stalinowskiej, opublikowana w 2014 roku. Wiosną tego roku ukazała się biografia Edwarda Gierka, a ściślej: pierwszy tom planowanej dylogii, traktujący o losach bohatera aż po rok 1970, czyli moment objęcia stanowiska I sekretarza KC PZPR.

Gierek. Droga do władzy to pozycja bijąca na głowę wszystko, co do tej pory napisano o przywódcy PRL w latach siedemdziesiątych XX wieku. Począwszy od popularnych, lecz topornych (przy tym zaskakująco poczytnych) prób autorstwa Piotra Gajdzińskiego, a skończywszy na hagiograficznym szkicu pióra Janusza Rolickiego. Nasi krajowi specjaliści od dziejów PRL raczej nie rozpieszczają wielbicieli biografii. Wśród nielicznych, którzy poświęcili refleksję naukową Gierkowi warto wymienić Jerzego Eislera, jednego z pionierów badań nad PZPR i komunistycznymi elitami, ale jego szkic jest mimo wszystko dość powierzchowny, stanowi tylko element pocztu komunistycznych przywódców pt. Siedmiu wspaniałych. Zatem Szumiło nie ma wśród naukowców wielkiej konkurencji.

Skąd ten entuzjazm? Z pewnością nie wynika on ze szczególnej potoczystości czy lekkości stylu autora. Nie, ta pozycja wydaje się bliższa pracy pisanej przez naukowca na stopień aniżeli reportażowi historycznemu w stylu jego najwybitniejszych twórców, na przykład Piotra Lipińskiego. Szumiło jest cechowym historykiem, który nad efekciarstwo przedkłada żmudne zbieranie informacji, kolekcjonowanie dziesiątek, setek rozmaitych drobnych informacji. Sumiennie i z żelazną precyzją konfrontuje je ze sobą, zadaje zróżnicowanym źródłom precyzyjne pytania. Kilka lat temu w wywiadzie dla "Nowych Książek" Wiesław Helak, mówiąc o swojej twórczości, stwierdzał: "Ośmieliłem się zabrać głos w dawnym duchu". Przy wszystkich różnicach - Szumiło mógłby powiedzieć to samo.

Jego książka jest wyjątkowa z kilku powodów. Po pierwsze, udało mu się zweryfikować sporo mitów na temat bohatera. Oto na przykład nie do utrzymania będzie pogląd o poważnej roli odgrywanej przez Gierka w strajkach robotniczych we Francji w 1934 czy też opinia o jego fundamentalnym wkładzie w działalność Komunistycznej Partii Belgii w latach czterdziestych. Okrzepły lider? Gdzież tam! Okazuje się, że do aktywniejszych działań politycznych powrócił dopiero w 1943 roku, już po klęsce stalingradzkiej. Jako silna postać polskiego wychodźstwa w Belgii zafunkcjonował dopiero w roli lidera komunistycznej lewicy po zakończeniu wojny.

Po drugie, w świetle ustaleń Szumiły trudno będzie podtrzymywać hipotezę o powiązaniach Gierka z sowieckimi służbami specjalnymi. Dokumenty opublikowane w 2008 roku przez Andrzeja Werblana, a dotyczące gorącego sporu Gomułki z Chruszczowem w Warszawie w październiku 1956 roku udowodniły, że Moskwie już wówczas zależało na zachowaniu przez Gierka pozycji w ścisłym kierownictwie. Nic z tego nie wyszło - na kilka lat musiał opuścić Biuro Polityczne. Jednak sama w sobie ta informacja stanowiła ogromne zaskoczenie: dlaczego towarzysze sowieccy tak forowali właśnie dawnego repatrianta z Belgii? Czyżby był sowieckim agentem? Szumiło przekonuje, że to nie takie proste. Gierek budował swoją pozycję sukcesywnie. Rola czynnika sowieckiego, owszem, była bardzo istotna, ale u podstaw jego sukcesu leżała raczej protekcja Bieruta i Zambrowskiego, a nie NKWD. Raczej, argument z braku dowodów nie może być bowiem ostateczny. Moskiewskie archiwa skrywają niejedną jeszcze tajemnicę.

Przekonujące ukazanie drogi awansów, budowy własnej pozycji w aparacie władzy czy bardzo skomplikowanych rozgrywek personalnych - to samo w sobie wielkie osiągnięcie Szumiły. Dodajmy, że materia nie jest wdzięczna. Co w książce najcenniejsze, to analiza gomułkowskiego aparatu władzy. Słuszny będzie zarzut, że samego Gierka znajdziemy w tej biografii momentami niewiele. Dominuje raczej jego działalność polityczna i to wielowymiarowo rozumiana. Jest tu miejsce na rozgrywki personalne natolińczyków z puławianami, sojusze z Mieczysławem Moczarem czy pogmatwane relacje z Gomułką. Prawdziwe uznanie warto Szumile wyrazić za barwne odmalowanie wnętrza pezetpeerowskiej mozaiki na poziomie wojewódzkim. Katowice, Śląsk i Zagłębie - okazują się prawdziwie pasjonującym terenem walk politycznych! Ukazujące się do tej pory książki prezentujące działalność lokalnych przywódców nie były sukcesami, by wspomnieć choćby biografię Michaliny Tatarkówny-Majkowskiej autorstwa Piotra Ossowskiego. U Szumiły jest inaczej. Umiejętnie łączy poziom wojewódzki z ogólnopolskim i międzynarodowym. Pomagają w tym prawdziwie imponujące kwerendy i niezwykła biegłość w układach personalnych wewnątrz gomułkowskiej Polski.

Jest jeszcze coś, co pozytywnie wyróżnia tę książkę. Autorowi udało się znaleźć satysfakcjonujący balans pomiędzy przywoływanymi pogłoskami, plotkami czy zgoła wymysłami tajnej policji a informacjami, które noszą pewne znamiona prawdopodobieństwa. Problemem pisania o krajowej polityce w czasach komunizmu jest jednowymiarowość źródeł: o niektórych działaczach możemy powiedzieć tyle, ile oni sami powiedzieli na ciągnących się w nieskończoność zebraniach egzekutyw, podstawowych organizacji czy na plenach komitetów. Autorowi udało się oświetlić gomułkowską Polskę z różnych perspektyw. A to spojrzenie z Pragi, a to raport Wolnej Europy czy CIA albo poufna notatka sowieckiego dyplomaty. I to wszystko o Polsce!

Gierek. Droga do władzy to studium nieco staroświeckie, ale w swojej kategorii - z pewnością wybitne. Oczywiste, że można sobie wyobrazić inne biografie Gierka. Ot, choćby bazujące bardziej na dyskursywnych elementach tworzonej przez niego ideologii konsumeryzmu, technokratyzmu czy tego wszystkiego co w latach siedemdziesiątych przyjęło postać dojrzałego "bigosowego socjalizmu". Zeszłoroczny film Gierek - kreujący kuriozalny obraz I sekretarza jako człowieka, który "chciał dobrze", ale któremu przeszkodzili w jego dziele "źli ludzie" - może tu być tyleż kontrapunktem, co i inspiracją. Tej intelektualnej spuścizny Szumiło specjalnie nie analizuje. Miejmy nadzieję, że będzie na to miejsce w drugim tomie, który dopełni tę fascynująca biografię.

W nasze ręce trafiła zatem książka niezwykle solidna, uzupełniająca obraz PRL o szereg drobnych - niekiedy wręcz bardzo drobnych - szczegółów. Sam Gierek nie został w niej ani szczególnie opluskwiony, ani wyniesiony pod niebiosa. Takie książki też warto czytać.

REPORTAŻ LITERATURA FAKTU

"Prywatny fresk na ścianie światowej historii"

Barbara Sieradzka

Alaine Polcz

Kobieta na froncie

wstęp Oksana Zabużko

przeł. z węg. Karolina Wilamowska

Warszawa : "Marginesy", 2023

271 s. ; 20 cm

Tak, właśnie "prywatnym freskiem" jest reportaż Alaine Polcz, węgierskiej psycholożki i pisarki uhonorowanej za swój prozatorski debiut z 1991 roku tytułem węgierskiej książki roku. Decyzja wydawnictwa "Marginesy", by wydać go, jest trafna - wspomnienia dramatycznych przeżyć z czasów drugiej wojny światowej świetnie się czyta. To także decyzja zwracająca uwagę ze względu na zdumiewające posunięcie. Otóż na stronie tytułowej dopisano: ze wstępem Oksany Zabużko, co zapewne ma podkreślać jego rangę.

Prozę Alaine Polcz polecam. Wstęp kontestuję, ponieważ jest zmącony polityką. Kiedy Zabużko wytyka Polcz jej małżeństwo z oficerem Horthyego albo kiedy pisze o "krótkiej przedorbanowskiej i przedputinowskiej, szczęśliwej epoce prawdziwej pracy intelektualistów nad błędami XX wieku dla wzajemnego porozumienia wczorajszych wrogów", odnoszę wrażenie, że sama nie skorzystała z tej "szczęśliwej epoki" w wystarczający sposób. Jeśli się mylę, chętnie usłyszę, co ma do powiedzenia w sprawie Wołynia. Zabużko nie musi podpierać się prozą Alaine Polcz, żeby przekonywać o okrucieństwach i zbrodniach Rosjan na Ukrainie - te obrazy są w mediach. Nie musi wskazywać palcem, po której stronie jest racja - Polska i Polacy jako pierwsi mówili o tym głośno całej Europie i światu. Stwierdzenia, że "gwałt nie ma dla kobiety (...) nic wspólnego z seksem", a w rosyjskiej armii jest rozgardiasz i "dzicz", są w Polsce średnio odkrywcze. Reportaż węgierskiej autorki jest tak porażająco dosłowny, tak przejrzysty, że nie potrzebuje uaktualniającego tę treść na ponad trzydziestu stronach wstępu i odsyłania czytelnika do tego, co się wydarzyło w Buczy, do zbrodni putinowskiej Rosji, wobec których niestety, tylko p r a w i e cały świat kamienieje z przerażenia. Jest w tym wstępie stwierdzenie: "Polcz udaje się dość zgrabnie (...) uniknąć politycznie nacechowanego użycia słów, prześlizgnąć się, by tak rzec, między kroplami deszczu - co (...) nie było wcale łatwe w jej historii transylwańskiej Węgierki". Za to zdanie autorce wstępu dziękuję, ale - moim zdaniem - jest dokładnie odwrotnie. Nie udało się Polcz "prześlizgnąć między kroplami deszczu". Ale dzięki temu właśnie jej reportaż z 1991 roku nabiera (poza warstwą narracji odczytywanej wprost) dodatkowego znaczenia. Jest świadectwem nie tylko przeżyć autorki straumatyzowanej wojną i swoim nieszczęśliwym małżeństwem. Jest zapisem deformacji umysłu i intelektu, jakiemu uległa, żyjąc w oparach komunizmu, lewicowych ułud ateizacji, stereotypów, z którymi nawet intelektualistom trudno się uporać.

Polcz opisuje swoją okupacyjną gehennę tak, jakby siedziała na kozetce u psychoterapeuty. Opowieść o wojnie, o latach 1944-1945 i o tym, co spotkało ją i inne osoby, głównie kobiety, na tak zwanej linii frontu, między armią niemiecką i sowiecką, otwiera i zamyka opowieścią o swoim nieszczęśliwym małżeństwie z Janosem, oficerem Horthyego. Motyw pierwszej, wielkiej miłości do zdradzającego ją, zalkoholizowanego Janosa, z którym wojna rozdzieliła ją na dość długo, pozostaje w tej relacji stale obecny. Janos jest jak jakieś fatum - nieobecny fizycznie przez znaczną część opisywanych zdarzeń - wciąż tkwi w psychice Alaine, stale pojawia się i znika. Stąd cała opowieść to właśnie "prywatny fresk". A burzliwa historia stała się dla autorki, urodzonej w 1922 roku, a zatem bardzo młodej dziewczyny (wyszła za mąż w marcu 1944, też młodo) okrutną szkołą szybkiego dojrzewania do dorosłości. Kiedy zaczyna opowieść, jest szczęśliwą, młodą, dość naiwną i beztroską mężatką. Mówi nawet w wojennym 1944 roku: "Czułam się wolna i szczęśliwa". Szczęśliwa? Tuż po ślubie, może tak. Ale wolna? No cóż, Węgry były w czasie drugiej wojny światowej po innej stronie frontu niż Polska. Stąd można było się udać w podróż poślubną, zachwycać się tętniącym życiem Budapesztem, korzystać z dobrodziejstw gościny w pałacu i w dobrach Esterhazych (opisy polowań, stylu życia i bycia) - żyć chwilami tak, jakby wojny nie było. A jednak ona była, front się zbliżał, narastał lęk przed pewną przegraną Węgier, były bombardowania, ewakuacja ludzi (opisy dżentelmeńskich Niemców, pomagających Węgrom w ucieczce przed zbliżającymi się Rosjanami). Był nastrój wyczekiwania - na Rosjan lub Anglików. Poznajemy mnóstwo przeplatających się szczegółów z prywatnego życia zatopionego w kotle wojennej historii.

W tych wynurzeniach pojawiają się na zasadzie fleszu informacje o żółtych gwiazdach, które nakazano nosić węgierskim Żydom, a to o coraz częstszych wywózkach Żydów, a to rzucona mimochodem uwaga, że ktoś z rodziny mógł być antysemitą, to znowu zdziwienie, że ktoś - "nie wiedzieć z jakich powodów" - był prawicowcem, a to, że żołnierze Szálasiego rozstrzeliwują zbiegów z węgierskiego wojska, że u władzy są strzałokrzyżowcy, a z kolei węgierscy volksbundowcy podejrzliwie reagują na tych, którzy wyczekują wejścia Rosjan (do tej właśnie grupy należała Polcz). Mamy zatem obraz kraju kolaborującego z niemiecką Trzecią Rzeszą.

W 1991 roku Alaine Polcz rozlicza się w pewien sposób z tą niechlubną wojenną historią Węgier. Ale łagodzi to wszystko, rozwadniając historię przez duże "H" w osobistym miotaniu się między miłością do Janosa a poczuciem własnego zawodu chłodem i obojętnością niedawno poślubionego małżonka. W końcu przychodzą wypatrywani przez nią Rosjanie. Rewizje, szybkie i wykonywane bez sądu egzekucje podejrzanych strzałem w tył głowy, brud, rabunki, gwałty, bestialstwo i bezprawie. Bardzo szybko Polcz padła wielokrotnie ofiarą wszystkiego tego, co kiedyś poczytywała jedynie za efekt niemieckiej propagandy. To było tak straszne, że nie mogła temu uwierzyć. Tym bardziej irytują jej tłumaczenia, że jeśli Rosjanie, gwałcąc, "rzucają się na kobiety, łamią im kręgosłupy", a kobiety po prostu płacą za to śmiercią, to takie nieszczęście "dzieje się z bardzo prostej przyczyny i zazwyczaj nieumyślnie". Kiedy w kilku miejscach opowiada, jak to "zmyła Rosjanom głowę", gdy na przykład zwyzywali kogoś od Żydów - to autorce po prostu nie wierzę. I nie wierzę, że gwałt, po którym jeden rosyjski oficer odstąpił ją swemu ordynansowi, żeby "i on sobie ulżył", mogła skwitować: "Dzisiaj myślę sobie, że może rosyjscy oficerowie byli bardziej demokratyczni niż węgierscy. A może Węgier też by przysłał podwładnego?". Tak właśnie napisała! Może z chęci zgrywania kogoś innego niż jest w rzeczywistości. O sobie wyraża się bowiem zawsze dobrze. Nie wierzę, że można pisać, iż Rosjanie lubili i szanowali "babuszki". "Nie bili ich, nie krzywdzili. (...) A jeśli zdarzyło się, że (...) którąś zabierali razem z młodymi - to cóż, w nocy wszystkie koty są szare". "Rosjanie byli dobroduszni, ale potwornie dzicy, (...) jedną ręką bili, a drugą głaskali (...), ale my też nie byłyśmy święte, nieustannie coś im podbierałyśmy, ale nie gniewali się o to, (...) dzielili się z nami ostatnim kęsem". Nic nie przebije - naiwnej czy pełnej hipokryzji, a może po prostu głupiej - opinii autorki: "Rosjanie odnosili się z szacunkiem do rodzin wielodzietnych". Takie stwierdzenia w 1991 roku autorstwa Węgierki, która pamiętała przecież nie tylko wojnę światową, ale i 1956 rok, szokują. To nie szczerość, nie "prześlizgiwanie się między kroplami deszczu", ale dojmujący, zaskorupiały lęk, że jeśli się powie o towarzyszach radzieckich za dużo prawdy, może się to źle skończyć, chociaż mur berliński już upadł. I ten zaskorupiały lęk jest właśnie signum temporis, charakterystyczny dla intelektualistów tak zwanej epoki słusznie minionej: coś się zmieniło, warto coś tam powiedzieć, byle tylko nie za dużo, a najlepiej tak, by w razie czego móc się spokojnie ewakuować na bezpieczne pozycje. Dlatego warto było tę książkę wydać, choć może z nieco innym wstępem.

SPOŁECZEŃSTWO | POLITYKA

Mroczny horyzont

Marek Misiak

Marek Budzisz, Bogdan Góralczyk, Bartłomiej Radziejewski

Wielka gra o Ukrainę

Warszawa : Wydaw. Nowej Konfederacji, 2022

313 s. ; 21 cm. - (Dialogi Międzyepoki)

Napaść Rosji na Ukrainę jak żadne chyba inne wydarzenie w najnowszej historii ujawniło rozliczne problemy współczesnej przestrzeni medialnej. Szczególnie dwa: fragmentaryzację przekazu, a także przedstawianie opinii lub spekulacji jako newsów, które przez mniej wyrobionych odbiorców mogą być odbierane jako fakty.

Pierwszy problem wynika z natury cyfrowych mediów, w których żywot publikacji jest jeszcze krótszy niż artykułu w tradycyjnej gazecie codziennej. Problem drugi - z pogoni za czytelnikami, których uwagę trzeba przykuć samym tytułem lub leadem, nawet jeśli jedynym przekazem materiału jest to, że ktoś coś powiedział lub napisał. W rezultacie co kilka dni dowiadujemy się, że Rosja jest już na krawędzi upadku, a Władimir Putin umiera - a właściwie nie tyle dowiadujemy się, bo to nie fakty, a jedynie czytamy o tym. Stąd regularnie w kręgu znajomych czy w internetowych komentarzach krążą poglądy, że Rosję należy zdemilitaryzować, podzielić na części, że musi się to stać w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Liczne doniesienia, opinie i pobieżne diagnozy nie tworzą żadnej całości. Ale też nie tylko analizy, lecz nawet poważniejszej opinii eksperta nie sposób wyrazić w jednym lub dwóch akapitach. Lektura medialnego "kontentu" może nas podnieść na duchu, ale nie umożliwi rozumienia. Książka Bartłomieja Radziejewskiego, Bogdana Góralczyka i Marka Budzisza jest ważna nie z uwagi na samą tematykę, ale jako subiektywny obraz naprawdę szerokiej, bo globalnej perspektywy tego konfliktu. Tak, historia dzieje się na naszych oczach - ale jest to historia świata, nie tylko Europy, a jej rozumienie wyłącznie za pomocą analogii z przeszłości jest zwodniczo proste. Autorzy Wielkiej gry o Ukrainę dostarczają nowych idei i kontekstów, a nie jedynie błyskotliwych nawiązań do bliższej i dalszej historii. Uświadamiają, jak bardzo świat zmienił się od zakończenia zimnej wojny.

Omawiana pozycja jest zapisem rozmowy nagranej między 20 a 28 czerwca ubiegłego roku i ostatecznie zredagowanej w sierpniu, zatem refleksje trzech ekspertów dotyczą jednej z poprzednich faz wojny. Jednak książka zachowała (i zachowa) aktualność. Autorzy nie tyle wyjaśniają czytelnikom świat, co nakierowują ich spojrzenie i dostarczają inspiracji do przemyśleń. Najczęściej powracającym wątkiem są cele i stałość amerykańskiego zaangażowania we wspieranie Ukrainy i całej Europy Środkowo-Wschodniej w perspektywie narastającej rywalizacji amerykańsko-chińskiej, nie tylko w kontekście Tajwanu. Trzej eksperci wskazują, że centrum światowej polityki przenosi się (lub już się przeniosło) daleko od Europy i wojna na Ukrainie ma globalne znaczenie o tyle, o ile można ją osadzić w tym układzie odniesienia. Książka jest jak zimny prysznic - moralizowanie zostaje zastąpione przez Realpolitik. Najbardziej niepokojące wydaje się spostrzeżenie (podzielane przez wszystkich trzech rozmówców), że państwa autorytarne (przede wszystkim Chiny i Rosja) wydają się myśleć w perspektywie dekad i dalekosiężnych celów, a nie wyborów i nastawienia opinii publicznej. Na tym polega specyficzne rozumienie merytokracji przez klasę rządzącą Rosji i Chin: władza nie stanowi emanacji społeczeństwa czy narodu, ponieważ większość ludzi jest nieprzygotowana do kierowania czymś więcej niż własnym życiem, zatem odpowiednio przygotowane osoby realizują plany o horyzoncie czasowym nierzadko dłuższym niż życie tych, którzy je sformułowali, a obowiązkiem obywatela jest włączyć się w tę realizację. To coś więcej niż odrzucenie demokracji - to całkowicie odmienna wizja godności człowieka i sensu jego życia. Budzisz, Góralczyk i Radziejewski wskazują też na skutki wojny dla innych graczy na światowej scenie politycznej - Niemiec, Francji, innych krajów Europy Zachodniej, USA, Japonii, a także jej wpływ na perspektywy dalszego funkcjonowania Unii Europejskiej i ONZ. Reaganowska z ducha wizja walki cywilizowanego świata z imperium zła zastępuje wizję wielobiegunowego świata, o którym - o ironio - w ciągu ostatnich kilkunastu lat szereg razy wspominał Putin.

Jednocześnie autorzy mądrze krytykują tzw. polityczny realizm (w znaczeniu nadawanym obecnie temu pojęciu w USA), szczególnie w wydaniu prezentowanym przez amerykańskiego myśliciela Johna J. Mearsheimera. Jego poglądy w kontekście obecnej wojny sprowadzić można do następującego stwierdzenia: imperia mają swoje strefy wpływów i mają prawo tworzyć wokół siebie zależne od siebie państwa buforowe. Co ważne: ich krytyka nie wypływa z polityczno-moralnych pryncypiów związanych z samostanowieniem narodów, ale ze świadomości konsekwencji, jakie niosłoby ze sobą istnienie Ukrainy wyłącznie w roli takiego bufora - także dla Polski. Przytaczają sformułowane przez rosyjskich politologów pojęcie "wstęgi niestabilności", poszerzając w ten sposób rozumienie, czym może być strefa wpływów - może ona oznaczać nie tylko (jak w doktrynie Breżniewa czy podejściu Rosji do Białorusi) ograniczoną suwerenność państw w takiej strefie, ale także - gdy przejęcie kontroli jest niemożliwe - tworzenie wokół imperium pasa państw upadłych, z których chaos będzie się rozlewał na wrogów, ale nigdy na samo imperium. To chyba najbardziej zaskakujący wniosek: Rosja nie chce bezpośrednio kontrolować rozległych nowych terytoriów, ale siać chaos, a następnie przedstawiać samą siebie jako rozwiązanie problemu (dobrym przykładem jest pogłębianie kryzysu żywnościowego w krajach rozwijających się poprzez blokowanie eksportu ukraińskiego zboża). Nie jest jasne, na ile Zachód jest przygotowany do radzenia sobie z taką strategią. Budzisz, Góralczyk i Radziejewski przedstawiają kilka scenariuszy wygranej i przegranej Ukrainy i Rosji (w odniesieniu do tej ostatniej zarówno wojny z Ukrainą, jak i nowej zimnej wojny z Zachodem) - scenariuszy nieoczywistych, ponieważ wygrana militarna nie gwarantuje spokoju i stabilności w przyszłości.

Właśnie w dłuższym horyzoncie czasowym autorzy nie boją się wprost odnieść do - mam wrażenie - wypieranego w ciągu ostatniego roku w naszej części Europy lęku: czy jeśli Ukraina przegra lub zostanie tak osłabiona, że ulegnie przy kolejnej napaści, my będziemy następni? Dlatego nie pozostawiają złudzeń: Polska musi rozbudowywać armię, nawiązywać nowe sojusze - a przede wszystkim planować. Gdy do Polski pod koniec lutego 2022 roku zaczęła wlewać się kilkumilionowa fala uchodźców z Ukrainy, wielu z nich - przerażonych i zdezorientowanych - słyszało na polskich dworcach: Spokojnie, jesteście już bezpieczni. Autorzy Wielkiej gry o Ukrainę wskazują, że czym innym jest bezpieczeństwo w perspektywie dwóch lat, a czym innym dwudziestu. Nie roztaczają kasandrycznych wizji, nie namawiają do "realizmu" (tj. poddawania się silniejszym). Potwierdza się prawdziwość spostrzeżenia Umberta Eco, że nie ma ucieczki przed złożonością świata, granica pomiędzy syntetycznym ujęciem a zafałszowującym skrótem myślowym bywa bardzo cienka.

nr 11/1252

MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

ZESPÓŁ:

Grzegorz Filip redaktor naczelny

Anna Stypułkowska sekretarz redakcji

Małgorzata Borczak

Michał Gołębiowski

Tomasz Kłusek Mikołaj Rajkowski

Andrzej Skalimowski

Maria Sokołowska

Piotr Szewc

Teresa Kurek oprac. techniczne

Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat

PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski

ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel

KOREKTA: Bogna Piotrowska

ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5

tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl

WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6

Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34

NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawoskrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.

CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialnościza treść reklam i not opracowanych przez wydawców.

WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ

KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2024

półrocze 75 PLN, cały rok 150 PLN

Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki,która realizowana jest Pocztą Polską. Prenumeratę można zamówić na sklep.instytutksiazki.pl lub dokonując bezpośrednio wpłaty na konto.

Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków Bank Gospodarstwa Krajowego konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ

? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW

WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ

Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.

Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta. www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl, nexto.pl i virtualo.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danychinformuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administratormoże podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych,ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego,tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówieniana prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.