Nowe Książki 11/22 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NA POCZĄTEK

W listopadzie o romantyzmie

Tomasz Kłusek

Nie bez powodu londyńskie "Wiadomości" zamieściły na tytułowej stronie numeru z 18 lutego 1973 roku dwa teksty: Nie ma "polskiej drogi" do wyzwolenia i Listopad - niebezpieczna dla Polaków pora. Autorem pierwszego był antykomunista niezłomny - Józef Mackiewicz. Drugi to omówienie Listopadowego wieczoru Andrzeja Kijowskiego. Recenzentką była Alicja Lisiecka, emigrantka z końca lat sześćdziesiątych. Mackiewicz twierdził, że bez wsparcia społeczności międzynarodowej wybicie się na niepodległość jest niemożliwe, zaś Lisiecka uzupełniała tę myśl pochwałą konspirowania. Jeżeli przez ów "listopad" rozumieć liberum conspiro, to mimo niewątpliwych niebezpieczeństw, innej drogi wtedy nie było. Wbrew przestrogom przeróżnych stańczyków. Lisiecka odczytała szkice Kijowskiego jako niekonsekwentny, czasami bałamutny, przepełniony wątpliwościami, ale jednak moralitet. Listopadowy wieczór miał pierwodruk w młodzieżowym miesięczniku "Radar" w latach 1966-1968, a Radio Wolna Europa uznało ten zbiór za najlepszą książkę 1972 roku wydaną w kraju.

Ten nasz romantyzm mocno był listopadowy. W sensie, o którym mowa jest powyżej, a więc insurekcja rozpoczęta atakiem na Belweder, listopadowe są Dziady Mickiewicza, a nawet enfant terrible polskiego romantyzmu - Henryk Rzewuski zatytułował swą najsłynniejszą powieść Listopad. W Stambule w listopadzie 1855 zmarł Adam Mickiewicz. Apologetą tradycji romantycznej był Marszałek Józef Piłsudski. Jest coś symbolicznego w tym, że w listopadzie 1918 roku Polska odzyskała niepodległość. Listopad był więc nie tylko niebezpieczną dla Polaków porą, ale również szczęśliwą. Trudno więc się dziwić, że właśnie 17 listopada 2021 roku Sejm Rzeczypospolitej Polskiej przyjął uchwałę w sprawie ustanowienia roku 2022 Rokiem Romantyzmu Polskiego. Bezpośrednim pretekstem była 200. rocznica wydania Ballad i romansów. Rok wydania tego cyklu poetyckiego przyjmuje się za początek romantyzmu w Polsce.

W 1972 roku dwumiesięcznik "Teksty" uczcił 150. rocznicę romantycznego przełomu wydaniem numeru specjalnego pt. Romantyzm w kulturze współczesnej. Stefan Treugutt napisał przekorną przedmowę, a wśród autorów można wymienić m.in. Marię Janion, Zofię Stefanowską, Barbarę Szacką, Czesława Zgorzelskiego, Alinę Kowalczykową i Jerzego Jedlickiego. W wielu wystąpieniach łatwo już dostrzec tendencję do pomniejszania znaczenia polskiego romantyzmu w jego wersji tyrtejskiej i podkreślania aktualności wersji orfickiej. Miejsce roztrząsań natury politycznej winna zająć wiwisekcja romantycznej duszy. Alina Kowalczykowa, późniejsza autorka Romantycznych szaleńców, wystąpiła ze szkicem Kordian pod baldachimem, w którym w sposób szczególny zajęła się pacjentem "szpitala waryjatów", prowadzonego przez bonifratrów przy klasztorze św. Jana Bożego. Jerzy Jedlicki przedstawił z kolei szkic, będący wprowadzeniem do dyskusji nad Listopadowym wieczorem Kijowskiego, zorganizowanej przez Zespół Psychologii Literatury IBL PAN. Warto w tym miejscu przypomnieć analizę Listopadowego wieczoru z tomu Republika mieszańców Jacka Łukasiewicza. Autor w interesujący sposób rozwinął przeciwstawienie koncepcji dzieciństwa i lat młodzieńczego dojrzewania u Plutarcha i u Freuda. Wydaje się, że zbyt mocne rozdzielanie i przeciwstawianie sobie romantyzmu tyrtejskiego i orfickiego jest nie do końca uprawnioną symplifikacją. Freud nie zastąpi Plutarcha, chociaż może go uzupełnić. Romantyzm nie wyczerpywał się w polityce, ale nie da się go również zamknąć w kręgu kwestii ściśle egzystencjalnych.

Jakie jest wyjście między Scyllą politykowania a Charybdą psychologizowania? Wszak i sam prawodawca "dzieła otwartego" Umberto Eco, mówiąc o bogactwach różnych interpretacji, nakazywał zachowanie "własnej tożsamości" utworu. To jest fundamentalny wymóg, ale nie można też pominąć zagadnienia pożytków płynących z lektury. Po co czytać romantyków dziś? Właściwej odpowiedzi udzielił kiedyś Paweł Hertz. Było to dość dawno, bo w czerwcu 1974 w czasie sympozjum "Studium Myśli Współczesnej" w krakowskim Pałacu Biskupim. W tamtym czasie SMW kierował ks. Józef Tischner. Gościny udzielił uczestnikom sesji ksiądz kardynał Karol Wojtyła. Marcin Król, wspominając to wydarzenie, stwierdził, że późniejszy papież bez chwili przerwy uczestniczył w całym sympozjum. Obszerna relacja z obrad ukazała się w październikowym numerze "Znaku" z 1974 roku. Sympozjum poświęcono tematowi "Romantyzm - katolicyzm - Zygmunt Krasiński". Jednak słowa Hertza można odnieść też do innych wielkich romantyków: "Wydaje się, że im dokładniej uświadamiamy sobie rozmiary kryzysu duchowego, który stał się udziałem współczesnego świata, im bardziej zdajemy sobie sprawę, że najważniejszym zagadnieniem jest dziś chyba odzyskanie częściowo zagubionej, a częściowo zachwianej tylko hierarchii wartości, tym chętniej będziemy wracali do tych pisarzy i poetów, do tych szkół myślenia i odczuwania, które z wielką jak na swój czas przenikliwością zdołały dostrzec źródła i początki owego kryzysu. (...) Należy przypuszczać, że ludziom u progu doniosłych przemian tacy poeci będą bliscy, tacy pisarze coraz bardziej potrzebni. Wydaje się, że tyle już wiemy o przeżyciach jednostki, iż znów tęsknimy do owego wielkiego, rozlewnego toku życia, który w literaturze, w poezji przynosił najcenniejsze zdobycze". Słowa dalej aktualne!

ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"

Poezja nie jest z tego świata

Ze Zbigniewem Chojnowskim rozmawia Andrzej Juchniewicz

Od pana krytycznoliterackiego debiutu w "Tygodniku Kulturalnym" minęło czterdzieści lat. Czy znajomość tajników warsztatu poetyckiego, pisanie o innych poetach wspomagają aktywność artystyczną?

Na długo przed tym debiutem układałem rymowanki. Pierwszy mój liryk to Drzewo. Jak ważne jest opanowanie warsztatu w działalności artystycznej, nauczyłem się od aktorów. To oni podczas przygotowań do konkursów recytatorskich udzielali mi pierwszych lekcji na temat anatomii wiersza. Nauczyli, że zanim tekst wypowiesz, musisz poznać jego kompozycję, zrozumieć, mieć go w sobie i mówić tak, jakbyś to ty go napisał. Łączenie ról znawcy literatury i jej twórcy jest zjawiskiem częstszym, niż się to na ogół ludziom wydaje. Bycie poetą i jednocześnie badaczem poezji to nie wstyd... i nic podejrzanego. Przynosi wartościowe rezultaty. Za przykład niech posłuży dwudzielny dorobek Jacka Łukasiewicza, Stanisława Barańczaka, Edwarda Balcerzana. Oczywiście ta dwutorowość nie zawsze jest możliwa. Dużo zależy od predyspozycji, woli posługiwania się zróżnicowanymi zakresami języka. Jest coś takiego, jak zdolność do uruchamiania odmiennych stanów wrażliwości. Pisanie artykułu literaturoznawczego wymaga całkiem innych kompetencji, dróg kojarzenia niż kodowanie w słowach intymnych poruszeń wyobraźni, pamięci, sumienia, uczuć, umysłu. W pana pytaniu kryje się pewien przesąd, że gdy ktoś czyta cudze wiersze, zastanawia się nad nimi, oddaje się lekturze szkiców interpretacyjnych, w swoich próbach poetyckich nie ma szans na osiągnięcie oryginalności - pozbawia siebie instynktu twórczego. Skazuje się na naśladownictwo. Nie tworzy, lecz imituje twórczość. Gdy byłem licealistą, pewien miejscowy spec od poezji odradzał mi stanowczo: "Nie czytaj innych!". Nie posłuchałem. Moim zdaniem, prawdziwi poeci są miłośnikami nie tylko swojej poezji. Kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych brałem w rachubę wybór polonistyki, upowszechnił się pogląd, że skoro marzysz o doli poety, pisarza, krytyka literackiego, powinieneś skończyć filologię polską. W praktyce oznaczało to, że po ukończeniu studiów polonistycznych tak czy inaczej zostaniesz nauczycielem. Dlatego moim pierwszym wyborem były studia aktorskie. Na szczęście nie dostałem się do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. W moim repertuarze egzaminacyjnym był sonet Juliusza Słowackiego zaczynający się od słów "Gdy noc głęboka wszystko uśpi i oniemi", który kończy dwuwiersz o wierze w to, "Że modlitwa w niebiosach tak jak anioł kopie, / A czasem ziarno ducha wrzuci i zanieci". Przygotowałem też fragment Pałacu Wiesława Myśliwskiego. Mowa w nim o chłopskim bohaterze. Wydaje mu się, że gra na fortepianie. Myślał, że wystarczy uderzać rękami w klawisze.

Czy krytyk literacki może mieć prywatny kanon poezji i prozy?

Krytyk wciąż pracuje nad swoim prywatnym kanonem literackim, a tym samym uczestniczy w tworzeniu kanonu w wymiarze wspólnotowym. Z jednej strony opisuje i problematyzuje swoje doznania lekturowe według wyznawanych przez siebie wartości, a z drugiej bierze udział w nieustannym i wielopodmiotowym budowaniu hierarchii utworów. Podczas czytania nasz subiektywizm i spontaniczność "współpracują" z obiektywizmem (przynajmniej we własnym przekonaniu) naszych przeświadczeń, wiar, fascynacji, ocen.

Czy uważa pan, że wobec literatury pożądane są surowość i bezwzględność?

Poklepywanie każdego autora za to, że napisał książkę, byłoby niemoralne. Wystawianie surowych i bezwzględnych ocen jest chorobotwórcze. O złych i słabych tekstach lepiej zamilknąć. Jakkolwiek może się zdarzyć, że zabranie głosu w ich sprawie jest nieuniknione. Ustawianie się krytyka w roli kogoś, kto wie lepiej, jak trzeba pisać na ten lub inny temat, jest nieprzyzwoite. Krytyku, jeśli potrafisz, zrób to sam. Mnie obchodzi to, czy poeta lub pisarz stworzył świat wiarygodny i prawdopodobny, spójny i kompletny, konsekwentny artystycznie i etycznie. Zastanawiam się, jak ja go odczuwam i rozumiem. Próbuję nazwać to, co we mnie budzi, co proponuje mojemu oglądowi rzeczywistości, językowi, co podpowiada wyobraźni, jaki rodzaj doświadczeń wnosi do społecznego obiegu. Wciąż liczą się potęga smaku, empatia i etyzm.

Poezja wiedzie żywot pokątny. Jak przekonać ludzi do poezji?

Coś mi się zdaje, że przymus lekturowy nie rozwiąże problemu czytelnictwa poezji. Być może źródłem jej siły jest niszowość. W Polsce wśród osób deklarujących czytanie książek tylko 6-7% sięga po poezję - we Francji 21%. Moim zdaniem, z popularyzacją poezji nie jest aż tak źle, skoro na liczne w naszym kraju konkursy poetyckie ludzie przysyłają wiersze. Sam z powodzeniem od jedenastu lat organizuję dla młodzieży Konkurs Literacki "O Trzcinę Kortowa" i co roku napływają zgłoszenia z wielu miejsc na Warmii i Mazurach. W Polsce wychodzi rocznie kilka setek tomów poetyckich. Ciśnie się pytanie: więcej jest czytających czy piszących wiersze? Jak zwykle, najlepiej działa osobisty przykład. Kiedy inni widzą, że czytasz lub piszesz wiersze, z pasją mówisz o nich, to może zainteresują się poezją. Zmieniłbym też formułę spotkań z poetami. Mogłyby odbywać się tak, jak w pewnej wsi na Mazurach. Uczestnicy czytali wiersze poety, siedział obok nich i też czytał. Zawiązała się mała wspólnota skupiona wokół poezji. I tyle.

Jakie cechy winien wypracować w sobie czytelnik poezji, by móc powiedzieć o niej coś - "Co w Tobie się rozlega jak w lesie"?

Każdy czyta na swoją miarę. Poezja potrzebuje zaciekawienia i skupienia, wyczulenia na ulotność tego, co się nam przydarza. Człowieka budują echa przeżytych zdarzeń. Wśród nas żyją jej szczerzy miłośnicy i czytelnicy z ambicjami. Wszyscy oni potrafią dać wierszowi cząstkę siebie i własne zrozumienie. Pragną samopoznania, kształcenia zmysłu współudziału w świecie ducha. Dążą do potęgowania świadomości swego istnienia - czasem do granic wyrażalności. Poezję poznajemy po jej owocach, czyli po tym, co pod jej wpływem czuje, myśli i robi czytelnik.

W pana wczesnych wierszach uwidacznia się doświadczenie ubywania, przemijania, śmierci. Czy poezja pozwala oswoić lęk tanatologiczny? Jest ćwiczeniem medytacyjnym?

Jednym z moich pierwszych uświadomień egzystencjalnych było porażenie myślą, że kiedyś umrą moi rodzice i nigdy potem ich nie spotkam. W dziecięcym odruchu przed rozpaczliwie bezdennym osamotnieniem broniłem się żarliwą modlitwą. Prośba do Boga, aby w czeluść nicości zamiast ich zabrał mnie, przynosiła ulgę. Ze szczęk lęku uwalniała mnie wówczas też lektura podręcznika do historii i Nowego Testamentu. Jako uczeń szkoły podstawowej czytałem powieści Stanisława Lema. Niewiele z nich rozumiałem, ale dawały uspokojenie. Dziś myślę, że Lem, pisząc fantastyczno-naukową prozę, oswajał swój lęk tanatologiczny. Jego autobiograficzne źródło współcześnie jest nam znane. W mojej wsi nad jeziorem Śniardwy, w której mieszkałem do czternastego roku życia, śmierć ludzi z sąsiedztwa, małych dzieci, koleżanek, kolegów, dorosłych, była aż nadto widoczna. W pogrzebach uczestniczyła większa część wiejskiej społeczności. Każda śmierć zaskakuje, ale wraz z upływem czasu coraz mniej przeraża. Tak, poezja jest zarówno formą radzenia sobie z przemijaniem naszych bliskich, znajomych, własnego ja i osadzonego w nim świata, jak też medytacją, która jest próbą wyjścia ku perspektywie nieśmiertelnej. Temu służą, choć nie tylko temu, jak mówią uczenie, koncepty językowe, które są, w moim zamierzeniu, czymś więcej niż grą słów. Kondensując energię języka, organizuję w tekście punkty koncentracji, stacje, "przeszkody" do duchowo-umysłowego wybicia się na świat ponad światem. Na ten temat brałem lekcje u Norwida, który napominał, że to, co czytane pędem, znika. Miejsca w wierszu odbierane jako komplikacja, niezrozumiała zagadka, powstają z chęci wypowiedzenia treści swojego doświadczenia możliwie dokładnie, co nie znaczy... przystępnie.

Czy według pana impulsywność, jako reakcja na zło i niezawinione cierpienie, szkodzi procesowi powstawania wiersza, czy przeciwnie - tekst napisany w przypływie złości może być nie mniej wartościowy niż ten, który powstaje bez gniewu?

Impulsywność jest przykrą dyspozycją charakterologiczną. Utrudnia współżycie społeczne. Rozprasza, także podczas pracy nad wierszem. Owszem, w początkowej fazie powstawania bywa on reakcją na jakieś bieżące okoliczności. Jeśli pozostaje nieukorzenioną w głębszych racjach złością, a nie jest czymś więcej, sam się unieważnia. W moich niektórych wierszach, pisanych po roku 2010, zintensyfikował się, a raczej powrócił nerw i krytycyzm społeczny. Ten po raz pierwszy obudził się na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Teksty z tamtego czasu publikowałem w powielaczowych pisemkach studenckich. Z tych nieogłoszonych, które wyszły z niezgody na szary okres biedy stanu wojennego i nadziei na jakąś radykalną zmianę, złożyłem tom poetycki Dekompozycja. Maszynopis zaginął w olsztyńskim wydawnictwie "Pojezierze". Potrzeba włączania się w sprawy wspólne wynika z wyboru etycznego. Wciąż we mnie trwa, o czym świadczą dobitnie pewne wiersze z tomu Tyle razy nie wiem - Postawa, Kto uwalnia, Ukraina 2014 i inne. W codziennym postępowaniu staram się kierować miłością do ludzi. Kocham życie, przyrodę. Modlę się, aby to, co robię i tworzę, było dobre - to znaczy: prowadziło do Dobra.

Czy często zdarza się wiersz jako "przypadek"? Jakie warunki muszą być spełnione, by wiersz pojawił się w sposób nieoczekiwany i niemal gotowy?

Nie wierzę w przypadki. To, co się nam przytrafia, dzieje się z czyjejś woli. Nie wiem, jakie warunki powinienem spełnić, aby z mózgu wyskoczył - jak filip z konopi - gotowy wiersz. Fakt, zdarzyło się to ileś razy. Moją drugą książkę Cztery strony domu kończy liryk z głowy pod tytułem Dziedzictwo. Znam go na pamięć: "Co się odciśnie / Choćby w tobie lub powietrzu / Jest dla pozostałych".

Jak powstaje wiersz?

Wiersze piszę w zgodzie z poczuciem odpowiedniości z tym, co wewnątrz mnie i z tym, co na zewnątrz mnie. Mogę ją nazwać w przybliżeniu jednością duchowo-zmysłowo-językową. Dążę do nieobciążania własną próżnością użytych w tekście słów. Zawsze mam kłopoty z przypomnieniem sobie, co znajdowało się u jego początków: zapach, wspomnienie, olśnienie widokiem, cytat, dźwięk, myśl, przeczucie nieskończoności. Proces byłby do odtworzenia, gdyby w mózg wszczepiono mi urządzenie nagrywające. Wątpię, że taki sejsmograf pomógłby odpowiedzieć na postawione przez pana pytanie.

A co z rękopisami?

Rękopisy oddają tylko część prawdy o wyłanianiu się wiersza i konstruowaniu go. Od jakiegoś czasu szerzy się wśród literaturoznawców moda na analizowanie rękopisów, maszynopisów, względnie komputerowych wydruków wersji danego utworu. Absolutyzacja i kult aktu pisania zadziwia i trochę śmieszy, bo przypomina grzebanie w śmietniku.

Archiwizowanie własnych zapisów na dysku wydaje się kuszące z powodu szybkości, z jaką znikają wszelkie niechciane (z różnych powodów) ślady, ale i niebezpieczne (ryzyko cyberprzestępstw i kradzieży danych).

Na wszelki wypadek niektóre rękopisy i wydruki niezbyt pieczołowicie przechowuję w formie papierowej. Wciąż sobie obiecuję, że pewnego pięknego dnia elektroniczne archiwum wydrukuję i zamknę dla potomnych w ładnych kartonowych pudłach. Nie bardzo wierzę w to, aby moje zapisy na dysku padły łupem cyberprzestępcy. Szybciej mogą zniknąć z powodu awarii komputera, wyłączenia prądu elektrycznego lub, co mi się zdarza, mojej nieuwagi.

W jednej z miniatur z tomu Zawsze gdzieś jest noc pisze pan o "wycofaniu logosu" i byciu "w środku masowego generowania logo i loginów". Internet jako locus horridus?

Internet to udoskonalone narzędzie pracy. Nie zamierzam demonizować go. Znajduję w nim i locus horridus, i locus amoenus. O jakim bardziej przydatnym instrumencie niż internet mogą marzyć osoby zajmujące się słowem? Możliwość komunikowania się z wieloma osobami, dostęp do wiedzy, słowników, starych książek, gazet, nawet rękopisów z dnia na dzień się powiększa. Kiedy trwożnie piszę o "wycofywaniu logosu" i "masowym generowaniu logo i loginów", myślę o postępującej dewaluacji języka, uszczuplaniu się kapitału symbolicznego, zapisanego w naszej wyobraźni, gestach, pamięci, zwyczajach, utrwalaniu się anonimowości i samotności już nie tylko w sieci, ale w codziennej egzystencji. Logos - zgodnie z tradycją starożytnej Grecji i chrześcijaństwem - oznacza mądrość, rozumność, istotę człowieka, drogę do duszy, zbiór uniwersalnych zasad oraz Boskie słowo, źródło Stworzenia, drugą osobę Boską, czyli Jezusa Chrystusa i Jego naukę. Logos wywodzi się ze starogreckiego czasownika "mówię", bo my jako ludzie ustanawiamy swoje człowieczeństwo, rozmaite relacje pomiędzy sobą, utrwalamy i rozwijamy kulturę poprzez rozumne, etyczne mówienie i rozmawianie - dialogos.

Tom Tarcze z pajęczyny jawi się na tle współczesnej poezji jako projekt wyjątkowy. Znajdują się w nim wyimki z twórczości innych poetów i filmów, a przede wszystkim pańskie autorskie frazy charakteryzujące się celnością wniosków i zwięzłością.

Lubię, jak ktoś mówi zwięźle i na temat. Kiedyś kolekcjonowałem wybory aforyzmów filozofów, poetów i pisarzy. Z czytanych książek lubiłem wyłuskiwać intrygujące myśli, zdania. Podkreślałem je, przepisywałem z nadzieją, że nauczę się ich na pamięć. Uchwytna geneza Tarcz z pajęczyny wiąże się z tym, że - jak spostrzegam to teraz - na początku lat dwutysięcznych zamykał się dramatyczny okres mojego życia. Nawet nie w tym rzecz, że przechodziłem smugę cienia (ten moment w życiu jest mocno przereklamowany). Z szafki, gdzie trzymam kilkadziesiąt niezapisanych brulionów, wyciągnąłem jeden. Zatytułowałem go Gałązka pajęczyny i na pierwszej stronie pod datą 5 października 2003 zapisałem: "Żeby nie uronić tego, co mozolnie wciąż się ze mnie wykluwa, rozpoczynam prowadzenie tych zapisków o przygodach z poezją, o pragnieniu bycia poetą, bywaniu autorem. Nie chcę ani przed sobą, ani przed nikim innym uchodzić za "poetę niedzielnego". Choć tak się składa, że dziś jest niedziela. Dzisiaj przed południem chodziliśmy rodzinnie po lesie. Widziałem tysiące gałązek pajęczyny". Jak pan widzi, tytuł biologiczny zmieniłem na bardziej obronno-waleczny.

Czy Tarcze z pajęczyny można traktować jako summę poetycką?

Trafnie nazywa je pan summą. Książka jest tak artystyczna, jak i poezjoznawcza. Sumuję swoją wiedzę z perspektywy poety. Nawiasem mówiąc, na początku drogi akademickiej przez pewien czas zamierzałem specjalizować się w teorii literatury. Odpychały mnie od niej formalizm i obowiązkowa bezduszność, przykry, wymyślny dystans do twórców i tekstów. Teoretyzowanie jest uogólnianiem, oddala od praktyki. W Tarczach z pajęczyny jestem podmiotem i przedmiotem aforyzmowej narracji. Postanowiłem zuniwersalizować osobiste doświadczenia poetyckie. Układając "pajęczynowe" aforyzmy, myślałem o czymś więcej niż o poezji jako takiej czy samej w sobie.

Niektóre sentencje z Tarcz z pajęczyny cechuje daleko posunięty radykalizm. Szczególnie jedną: "Kata-strofy to wiersze zniechęcające do życia". "Kata-strofa" to oczywiście zdarzenie o nieprzewidywalnych skutkach i powodujące długotrwałe straty, lecz również strofa napisana przez kata (zabójcę poezji).

Dziękuję za wykładnię. Zgadzam się z nią. Sentencja ta opiera się na przekonaniu, że poezja powinna być życiodajna. W wypowiadanych, również w pomyślanych, przeczytanych, usłyszanych słowach jest przekazywana energia. Każdy ją w sobie kształtuje. Przybiera ona wiele imion i form. Ta pożądana przeze mnie mieści się w triadzie Wiara, Nadzieja, Miłość, w uczuciach wdzięczności, w pragnieniu bycia dobrym, w przeciwstawianiu się złu. Wiersze powinny być sposobem przekazywania życia, a nie przestrzenią jego likwidacji. Co nie znaczy, że mają być czyjąkolwiek tubą propagandową. Świętość życia nie jest abstrakcją, wymaga ciągłego podtrzymywania, jak niegdyś ogień. Tak, w przytoczonym przez pana aforyzmie mowa też o zabójcach poezji. Niestety bywają nimi ci, którzy podają się za poetów.

Szkoda czasu na złe wiersze?

Kiedyś uważałem, że powinienem czytać wszystkie napotkane wiersze. To zadanie niewykonalne. Wierszy do czytania coraz więcej, a czasu coraz mniej.

A jeśli są one potrzebne piszącemu?

Nikomu nie wolno zabraniać pisać wierszy.

W historii literatury zdarzały się spektakularne rehabilitacje wierszopisów (przypadek księdza Baki). Czy to nie historycy literatury powinni z większą dozą ostrożności ferować wyroki wobec piszących, których twórczość wymaga narzędzi i metodologii pozwalających na uchylenie nieprzychylnych opinii?

Nie chcę zagłębiać się w niesprawiedliwe wyroki wobec poetów i pisarzy. Walka o uznanie mierzi mnie. Nie przesadzałbym z tym, że zależy ono od narzędzi i metodologii. Zawodowi literaturoznawcy ugruntowują i uszczegóławiają ucierające się lub utarte gdzie indziej opinie o randze utworów literackich. Jeśli autor, wydawca, recenzent, czytelnik, juror, badacz oceniają tekst uczciwie, w zgodzie ze swoją najlepszą wiedzą lub przynajmniej z własnym odczuciem, prawdopodobieństwo dostrzeżenia pozycji wartościowej się zwiększa.

Czy pisząc kolejne wiersze, zapomina pan o swoim dorobku w myśl sentencji: "Zapominam, więc tworzę"? Inna brzmi tak: "Piszemy dla upamiętnienia... Ono jest konieczne, aby nadeszło zapomnienie". Wydaje mi się, że pierwszy aforyzm odnosi się do formy, drugi do treści. Poezja jest również autoterapią, pisząc wiersze, autor przepracowuje doświadczenia graniczne. Na którą interpretację pierwszej sentencji pan by przystał? Tabula rasa, praca nad wierszem jakby miał być ostatnim i najbardziej reprezentatywnym dla pańskiej poetyki? Należy zapomnieć silnych poprzedników? Pokusa przeciwstawienia się kornemu wykonywaniu swojej pracy na miarę własnych umiejętności? Chyba każdy poeta marzy o "zdaniu wykutym z metalu", które wyróżni jego twórczość?

Na nieomal wszystkie zadane przez pana pytania muszę odpowiedzieć przecząco. Dlaczego? Bo są postawione z perspektywy wyobrażeń literaturoznawcy o procesie twórczym. Podczas układania wiersza nie myślę o swoim doświadczeniu granicznym. Nie wiem, które to jest. Może się dowiem. Poza moją świadomością znajduje się coś, co nazywa pan czymś reprezentatywnym dla mojej poetyki; nie myślę o tym - ani przed napisaniem wiersza, ani w trakcie pisania, ani potem. Autoegzegezy dokonuję na wyraźne życzenie osoby zainteresowanej, jak to czynię teraz. "Silnych poprzedników" nie traktuję jakby to byli rywale w rozgrywkach sportowych. Postrzegam ich jako życzliwych mi kibiców, a nie jako zawodników zazdrosnych o sławę i wpływy. Nie wiem, jak inni - ja podczas konstruowania wiersza nie pragnę, by moje zdanie było wykute w trwałym materiale. Nie miałbym nic przeciwko temu, aby ktoś wziął sobie do serca moją frazę, wers i upublicznił. Kiedyś zostałem zaproszony na spotkanie z uczniami i bardzo się zdziwiłem, gdy w sali lekcyjnej zobaczyłem cytaty z moich wierszy. Wiszą tam do dziś, choć polonistka, która je wybrała, odeszła na emeryturę. Wracam do punktu wyjścia. Obydwie sentencje, oczywiście, można też odnieść do Mnemozyne (Pamięci) - przewodniczki Muz. Dotyczą egzystencjalnej konstatacji: przemijam nieodwracalnie, zapominam. Ratuję drobiny z nieogarniętej minioności, jeśli daję im życie duchowe. To, co upamiętnimy, mimo że się rozproszy, będzie jako byłość, niewidzialne ogniwo dokonującej się wszędzie i zawsze chcianej i niechcianej ciągłości Życia, Ducha, człowieka, kultury.

HISTORIA

Konserwatyzm radykalny

Robert Kostro

Maciej Zakrzewski

Rewolucja konserwatywna - przypadek polski

Myśl polityczna środowiska "Buntu Młodych" i "Polityki" 1931-1939

Kraków: Instytut Pamięci Narodowej. KŚZpNP

Oddział: Ośrodek Myśli Politycznej, 2021

626 s. ; 21 cm

"Bunt Młodych" i "Polityka" to ukazujące się w latach trzydziestych czasopisma opinii, które od kilku dekad budzą ogromne zainteresowanie historyków i historyków myśli politycznej. Można rzec, że nabrały w pewnych kręgach inteligencji statusu kultowego. Nie bez przyczyny.

Redaktorem naczelnym pism był Jerzy Giedroyć, a nazwiska, które pojawiły się w stopkach redakcyjnych i na łamach obu tytułów, odegrały trudną do przecenienia rolę w historii polskiej kultury i myśli politycznej XX wieku. Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy, Stefan Kisielewski, to tylko niektóre wybitne postaci związane z tym środowiskiem. Niebagatelne znaczenie ma również fakt, że pisma funkcjonowały w okresie niepodległej Polski, co odróżnia je zarówno od publikacji dziewiętnastowiecznych, ale też od tych koncepcji politycznych, które, odwołując się do konserwatywnej tradycji, były tworzone po wojnie. Wiele tekstów z łamów "Polityki" i "Buntu Młodych" brzmi dzisiaj bardziej świeżo niż bliższe nam w czasie publikacje, które powstawały na emigracji czy opozycji w PRL-u, ponieważ odnoszą się do wyzwań suwerennego państwa. W ostatnich miesiącach dodatkowym powodem, by sięgnąć do tej lektury jest sytuacja geopolityczna. Czołowym publicystą obu pism był bowiem Adolf Bocheński, najbardziej przekonujący rzecznik współpracy polsko-ukraińskiej w polskiej myśli politycznej.

Zainteresowanie środowisk prawicy pismami redagowanymi przed drugą wojną światową przez Giedroycia wynika z jeszcze jednego powodu. Wyzwaniem, z którym mierzy się myśl konserwatywna od początku XX stulecia, jest fakt, że tradycyjne społeczeństwo, w którym rytm dnia był wyznaczany przez przemieszczającą się nad horyzontem tarczę słońca i odmierzany dźwiękiem kościelnych dzwonów, już nie istnieje. W przypadku polskich środowisk o orientacji zachowawczej nieciągłość tradycji była związana nie tylko z procesami modernizacji i demokratyzacji, ale również z dziedzictwem zaborów. Brak niepodległości sprawił, że to, co stanowiło naturalny punkt odniesienia dla konserwatystów zachodnioeuropejskich - tron i państwo, było w Polsce XIX wieku przedmiotem powszechnej kontestacji. Stąd poza Galicją, gdzie istniały warunki autonomii, a zatem i istotny zakres lojalności wobec władzy, nie ukształtował się nigdy w Polsce silny ośrodek konserwatywny. Teoretycznie szansa na to pojawiła się w II Rzeczypospolitej, ale wówczas było za późno. Masowy wyborca, który decydował o sukcesie politycznym w latach dwudziestych i trzydziestych, czyli środowiska chłopskie i robotnicze, były już zorganizowane przez ruch narodowy, ludowy i socjalistyczny. Politycy o konserwatywnych poglądach znaleźli się albo w ugrupowaniach marginalnych, albo jako niewielkie środowiska działające w ramach innych nurtów politycznych, narodowego lub piłsudczykowskiego. Bez wątpienia środowisko "Buntu Młodych" i "Polityki" rozumiało tę słabość formacji konserwatywnej. Stąd idee "mocarstwowe" czy hasło "buntu młodych" można rozumieć jako wyraz poszukiwania nowej formuły działania, która miała pomóc uzyskać sprawczość, a nie zapewnić wegetację w zmarginalizowanym środowisku zachowawców.

Geneza środowiska "Buntu Młodych" i "Polityki" sięga początków działalności Związku Akademickiego "Myśl Mocarstwowa", który rozwijał się pod patronatem konserwatywnego polityka sanacyjnego, wojewody poznańskiego i wiceministra rolnictwa Rogera Raczyńskiego. Mimo tych powiązań, środowisko skupione wokół Giedroycia, braci Bocheńskich i Pruszyńskich w deklaracjach politycznych wyraźnie unikało bezpośredniego wiązania się z konserwatywną ideologią i polityką. Pisma raczej identyfikowały się z szeroko rozumianym obozem piłsudczykowskim. Formułą, która łączyła środowisko z obozem Marszałka i która wychodziła poza wąską definicję konserwatyzmu, była koncepcja pracy na rzecz silnego państwa. Trzeba jednak powiedzieć, że wśród czołowych publicystów pism byli również sympatycy środowisk narodowych oraz Frontu Morges. Nazwiska publicystów związanych z ruchem narodowym i chadecją często pojawiały się gościnnie na łamach "Buntu Młodych" i "Polityki". Czasopisma przejawiały też tendencje, które można byłoby dziś nazwać "symetrystycznymi". Sytuując się w kręgu władz, niejednokrotnie krytykowały sanację za łamanie prawa, więzienie polityków opozycji w Berezie czy politykę mniejszościową, zwłaszcza wobec Ukraińców.

Książka Macieja Zakrzewskiego musi powalczyć o miejsce na coraz bardziej zatłoczonej półce z literaturą na temat "Buntu Młodych" i "Polityki". Znajdują się tu już m.in. prace Marcina Króla, Rafała Habielskiego i Kazimierza M. Ujazdowskiego. Z punktu widzenia akademickiego Zakrzewski radzi sobie z tym wyzwaniem znakomicie. Wnikliwie, obszernie i rzeczowo omawia losy czasopism i ich merytoryczną zawartość. Dzieje się to jednak kosztem mniej cierpliwego czytelnika, którego może odstraszyć objętość tekstu (niemal 600 stron). W odróżnieniu od poprzednich opracowań, które koncentrowały się na poglądach na kwestie ustrojowe i politykę zagraniczną, Rewolucja konserwatywna - przypadek polski wnikliwiej analizuje społeczno-ekonomiczne tezy czasopism, w tym publicystykę zapomnianego dziś Kazimierza Studentowicza. Niezwykle inspirujące jest również ukazanie środowiska "Buntu Młodych" i "Polityki" na tle tradycji myśli konserwatywnej, a zwłaszcza porównanie go z intelektualnymi inicjatywami radykalnego i rewolucyjnego konserwatyzmu, które pojawiły się w dwudziestoleciu we Francji i Niemczech.

W tym miejscu muszę jednak wyrazić swoje wątpliwości co do tezy, która mocno została wybita w tytule pracy, łączącej "Bunt Młodych" i "Politykę" z nurtem konserwatywnej rewolucji na Zachodzie. Oczywiście istnieją tu podobieństwa. Polityczna i intelektualna genealogia środowiska łączyła je z tradycją konserwatywną, a "Bunt Młodych" i "Polityka" - analogicznie do nurtu rewolucji konserwatywnej - szukały nowych formuł programowych, mając świadomość nieadekwatnej odpowiedzi dziewiętnastowiecznego konserwatyzmu na problemy nowoczesnego społeczeństwa. Równocześnie jednak pisma Giedroycia nie tyle proponują zwrot ku radykalizmowi, ile raczej chcą budowy silnego centrum. Idea buntu pokoleniowego ma na celu zbudowanie szerszej platformy intelektualnej na rzecz silnego państwa, w ramach której środowisko Giedroycia, Bocheńskich i Pruszyńskich spotykać się chciało z innymi formacjami prawicy i centrum. W odróżnieniu od ideologów francuskiej Action Française czy niemieckiej rewolucji konserwatywnej, prawica spod znaku Giedroycia mniej fascynuje się ideologiczną konfrontacją z lewicą, a bardziej praktycznym programem państwowym. Pisma Giedroycia, mimo "flirtu" z narodowcami, nie przyjmują nacjonalistycznych zasad, które obecne są u ideologów konserwatywnej rewolucji na Zachodzie. W tym i w wielu innych punktach idea konserwatywnej rewolucji bliższa była młodym środowiskom narodowym czy narodowo-radykalnym niż "mocarstwowcom". "Bunt Młodych" i "Polityka", choć w wielu punktach odchodzą od tradycji, pozostają wierne elitarnej idei konserwatywnej polityki, która usiłuje oddziaływać raczej na elity niż tzw. szerokie masy.

O Polsce po szwedzku

Katarzyna Kucharczuk

Herman Lindqvist

Przez Bałtyk

1000 lat polsko-szwedzkich wojen i miłości

współpr. Liliana Komorowska-Lindqvist

przeł. ze szw. Emilia Fabisiak

Poznań: Wydaw. Poznańskie, 2022

623 s. ; 32 s. tabl.: il. (w tym kolor.) ; 24 cm

Nie zwykliśmy uważać krajów skandynawskich za te, z którymi łączy nas bogata historia. Relacje polsko-niemieckie, polsko-rosyjskie czy polsko-czeskie, nawet polsko-tureckie, są ciekawe, wielowątkowe i skomplikowane. Polsko-szwedzkie były najwyżej wojny w XVII i na początku XVIII wieku. O miłości we wzajemnych kontaktach chyba nikt nie słyszał. Czy zatem autora nie poniosła wyobraźnia?

Intrygujący tytuł można potraktować umownie. Historię tworzą ludzie, a tam, gdzie człowiek, pojawiają się zarówno wojna, jak i miłość. Herman Lindqvist to znany w Szwecji dziennikarz, pisarz, popularyzator historii. Przez wiele lat pracował jako korespondent zagraniczny. Oglądał i relacjonował konflikty w Europie, Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie. Recenzowaną publikację napisał dla szwedzkiego czytelnika (Sverige - Polen. 1000 ?r av krig och kärlek, 2019). Jak sam przyznał, współcześni Szwedzi nie interesują się własną historią. O Polsce wiedzą niewiele, odbierają ją stereotypowo i traktują jak kraj geograficznie i mentalnie od nich dalszy, niż wynikałoby to z mapy oraz wspólnego europejskiego dziedzictwa kulturowego. Gdyby orientowali się, że wspominamy o nich w naszym hymnie (wprawdzie w negatywnym kontekście, ale jednak), byliby zapewne szczerze zdumieni. Autor uznał, że tą książką przybliży Polskę swoim rodakom. Pokaże taką, jak sam ją widzi i rozumie. Nie bez znaczenia jest fakt, że od kilku lat mieszka w Warszawie, jego małżonka jest Polką i oba kraje są mu po prostu bliskie.

Przyjmując takie założenie, opowiada ich dzieje równolegle, w porządku chronologicznym. Miejscami wpada w gawędziarski ton, by w innym fragmencie porzucić go dla stylu przypominającego bardziej dziennikarską relację. Nie jest to zatem monografia naukowa, a książka o charakterze popularyzatorskim, którą ma się dobrze czytać. Autor godzi się na obciążenie, jakim jest konieczność opisania ważnych wydarzeń czy nawiązania do kluczowych postaci w danej epoce. Jednak pozwala sobie poluzować ten niewygodny gorset, podążając co jakiś czas za własnymi fascynacjami, nie kryjąc osobistych sympatii czy opinii. Przykładowo, wyraźnie interesują go Tadeusz Kościuszko i Stanisław Leszczyński, stąd poświęcił im więcej uwagi, niż można się spodziewać po książce o tak szeroko zakrojonej tematyce. Z kolei inne wątki potraktował skrótowo. Skupił się na Polsce, mniej na swojej ojczyźnie i rodakach. Najbardziej polsko-szwedzkie momenty w dziejach - małżeństwo Katarzyny Jagiellonki z Janem Wazą, panowanie dynastii Wazów w Rzeczypospolitej, potop szwedzki czy wielką wojnę północną - opisał szeroko, ale nie zdominowały one książki.

Autor chętnie sięga po historię w skali mikro i przybliża losy pojedynczych osób, na ogół ginących w wielowiekowych dziejach państw czy narodów. I tak Szwedzi w Warszawie kojarzą się nam przede wszystkim z połową XVII wieku, gdy jako najeźdźcy pustoszyli naszą stolicę. Autor próbuje złagodzić ten obraz i może w geście zadośćuczynienia opisuje aktywność biznesową, artystyczną i dyplomatyczną swoich rodaków w Polsce dwudziestolecia międzywojennego. Jego zdaniem zrobili wiele dobrego dla odradzającego się państwa. Ciekawym wątkiem jest działalność konspiracyjna Szwedów w Warszawie podczas drugiej wojny światowej.

Lindqvist przyjechał do Gdańska w 1980 roku, gdzie jako korespondent szwedzkiej telewizji SVT obserwował wydarzenia ostatniego dnia negocjacji w stoczni, po czym zrelacjonował je dla widzów w swoim kraju. Da się wyczuć, że to, co wtedy zobaczył i usłyszał, zrobiło na nim wrażenie. Nic dziwnego, trudno się oprzeć historii dziejącej się na naszych oczach. Zapamiętał dźwięki, zapachy, kolory, emocje tłumów, z których, jak na sprawnego dziennikarza przystało, wyłowił pojedyncze twarze, zachowania, gesty. Możliwe, że właśnie wtedy zafascynował go polski duch walki, buntu i przekory. Są tak inne od tego, co rządzi umysłami i sercami Szwedów. Może właśnie wtedy okazało się, że nie trzeba jeździć przez pół świata, by zobaczyć na żywo dziejowe wydarzenia, których szwedzcy odbiorcy nie znają i nie rozumieją. Autor ma dla Polaków wiele podziwu i zrozumienia, jest nas po ludzku ciekaw. Jego szwedzka dusza garnie się do naszej ułańskiej fantazji. Walorem narracji Lindqvista jest nieco inna od naszej optyka patrzenia na różne wydarzenia i zjawiska. Postrzeganie uczestników Sierpnia '80 jako duchowych spadkobierców kolejnych pokoleń polskich powstańców może wzbudzić lekki uśmiech, ale dla autora są oni po prostu bojownikami o wolność, tak jak ich przodkowie. To interesująca obserwacja kogoś, kto będąc zanurzonym wewnątrz wydarzeń, pozostaje kimś z zewnątrz.

Luźniejsza pisarska konwencja niesie ze sobą ryzyko formułowania chybionych opinii, zbyt dużych uogólnień i przeinaczeń. Autor się ich nie ustrzegł. I tak na przykład Ignacy Jan Paderewski jest w książce przedstawiony jako pierwszy premier odrodzonej Polski (z pominięciem Jędrzeja Moraczewskiego), prezydent Gabriel Narutowicz został nazwany kuzynem Józefa Piłsudskiego (Marszałek był kuzynem Joanny Billewicz, bratowej Narutowicza), a Niemcy w czasie drugiej wojny światowej są określone mianem Cesarstwa Niemieckiego (błąd przekładu?). Stąd sięgając po tę publikację, należy nastawić się raczej na interesującą lekturę napisaną przez entuzjastę historii, ale nie traktować jej jako nieomylnego źródła informacji.

Im bliżej współczesności, tym autor ma więcej okazji to wyrażenia własnych poglądów. Nie wszystkim się spodobają, chociaż próbuje je wyważyć i stonować. Niekiedy w kilku zdaniach stara się uchwycić sedno trudnych, bolesnych spraw i niejednokrotnie mu się to udaje. Ale to osobny problem - w którym momencie historyk powinien skończyć swój wykład i ustąpić miejsca publicystom, politologom lub dziennikarzom.

Książka Lindqvista może w pierwszej chwili przywołać skojarzenia z 1000 lat wkurzania Francuzów Stephena Clarke'a. W tej drugiej autor wziął na warsztat dzieje Anglików i Francuzów, również rozdzielonych przez morze. Jednak oni faktycznie mają bogatą wspólną historię, którą autor opisał z przymrużeniem oka, nie stroniąc od złośliwości pod adresem Francji, opiewając wspaniałość własnego kraju i narodu. Lindqvist natomiast faworyzuje Polaków. Kończy emocjonującym zdaniem: "Jeszcze Polska nie zginęła", czym ostatecznie pokazuje, że jest Szwedem z urodzenia, ale Polakiem z zamiłowania.

REPORTAŻ | LITERATURA FAKTU

Poza nadzieją

Przemysław Trzeciak

Magdalena Okraska

Nie ma i nie będzie

Kraków: "Ha!art", 2022

307 s.: il. ; 20 cm

Jeszcze jedna książka opisująca Polskę po transformacji ustrojowej 1989 roku. Autorka miała wtedy osiem lat. Minęło jeszcze lat trzydzieści trzy i wygląda na to, że wraz z upływem czasu oceny się wyostrzają.

Zdjęcie wybrane na okładkę dobrze oddaje treść książki. Przedstawia rozległy plac o szarej dziurawej nawierzchni pełnej kałuż. W głębi na prawo budynek dworca z brudnoczerwonej cegły, jakich setki w polskich miastach średniej wielkości. W centrum pusty, zamknięty autobus, za nim słupy trakcji, jakieś ogrodzenia, baraki, zwykły chaos terenów przydworcowych. Obraz jest martwy, żadnego ruchu. Brak też drzew, krzewów, trawy. Jedyna zieleń, sztuczna zresztą, to pas farby na pudle autobusu. Zieleń jest kolorem nadziei, a nadziei nie ma i nie będzie. Nie ma też światła, wszystko tonie w szarej deszczowej mgiełce. Światło to symbol życia, szczęścia, wartości duchowych. Fotografia na okładce ukazuje Polskę taką, jaką widzi autorka. Takiej Polski szuka w odwiedzanych miastach, takie wrażenie chce przekazać czytelnikowi - szarej beznadziei.

Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate przeczytał Dante nad wrotami piekła. "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie". "Nie ma i nie będzie" odczytała autorka na bocznej ścianie biedronki w Zawierciu i ten napis przyjęła za tytuł, motto i drogowskaz książki: "Mówi właściwie wszystko (...). Są w nim czas teraźniejszy i przyszły, nie ma za to przeszłego. To nie przypadek, bo w przeszłym było". Czy rzeczywiście było?

Wstęp do aktu oskarżenia: "Piszę do was z miast, gdzie skwer zamieniono w betonowy plac, fabrykę w ruinę, a kino w biedronkę albo lidla. Piszę z miejscowości, z których ostatni pekaes dokądkolwiek odjeżdża o czternastej dwadzieścia... Nie, to nie jest żadna szczególna kraina geograficzna, żaden konkretny region, żadna Polska B czy C. To większość kraju". Jakież to wraże siły zniszczyły Polskę i życia Polaków? Dlaczego zdecydowano za nich, że miejsca, w których żyli, przestaną mieć czym oddychać? To dramatyczne pytania, apokaliptyczne obrazy.

Tekst, w znacznej mierze został oparty na rozmowach z mieszkańcami wybranych miast, chwali PRL. Zrozumiałe, że starsi ludzie z nostalgią wspominają czasy młodości, że je idealizują, bronią swojej fabryki, bo nie potrafią przyjąć, że ich praca okazała się niewiele warta. Nowoczesny szyb "Kopernik" w Wałbrzychu, prawie gotowy, został zasypany, a urządzenia z najlepszej stali sprzedane za cenę złomu. Takich opowieści jest w książce sporo. Autorka często chwali osiedla przyfabryczne "budowane ze smakiem i bez oszczędności", ich szeroki wachlarz usług społecznych. Cały rozdział poświęca osiągnięciom PRL w budowaniu mieszkań. "W latach 1945-1989 Polska Rzeczpospolita Ludowa oddała do użytku ponad cztery miliony mieszkań, więcej niż połowę z nich w okresie 1971-1980". A jednak głód mieszkań jest w Polsce wciąż daleki od zaspokojenia. Całe moje dorosłe życie przypadło na okres PRL i chyba dobrze poznałem jego ciemne i jasne strony. Autorka, pisząc o węglu w Wałbrzychu, siarce w Tarnobrzegu itd., chwali gospodarkę PRL, a to właśnie ona była przyczyną upadku, nie tylko PRL, lecz całego bloku sowieckiego.

Narzekamy dziś, i słusznie, na szesnastoprocentową inflację. W początkach 1989 roku wynosiła ona osiemdziesiąt procent, złotówka była bezwartościowa, w sklepach puste półki, podstawowe produkty spożywcze wydzielano na kartki. Nie jestem entuzjastą Balcerowicza, uważam, że koszty społeczne jego reform mogły być mniejsze, choć wówczas czas przemian by się wydłużył. Tymczasem już po 1 stycznia 1990 roku złoty stał się walutą wymienialną, inflacja znikła, sklepy zaczęły się zapełniać.

Być może decyzja, by reformy przeprowadzić szybko, wynikała również z kłopotów z kadrami. Według danych z 1988 roku, aż pięćdziesiąt osiem procent Polaków miało tylko kwalifikacje do prostych prac fizycznych, zaledwie około piętnaście procent miało wykształcenie pomaturalne i wyższe. Jedna trzecia ówczesnej kadry kierowniczej nie miała wyższego wykształcenia. Obok braku kadr istniał też brak kapitału, niezbędnego, by uruchomić gospodarkę. Polska była wówczas poważnie zadłużona za granicą.

Mentalność kadr została ukształtowana przez dziesięciolecia gospodarki nakazowej. Tymczasem kapitalizm wymaga umiejętności negocjacji, dialogu, współpracy, otwartości i zaufania do partnerów, innowacyjności, orientacji w świecie rządzonym przez giełdy, banki i wolny rynek. Aby te umiejętności nabyć, potrzeba dziesięcioleci i pokoleń. Tymczasem jako wspólnota prezentujemy wciąż inercję kulturową, nieumiejętność współpracy, niechęć do innowacji, bierność. Miarodajne badania socjologiczne oceniają potencjał kapitału społecznego w Polsce zaledwie na dwadzieścia procent, gdy w krajach OECD jest to sześćdziesiąt-sześćdziesiąt pięć procent. Tylko trzydzieści pięć procent polskich przedsiębiorców deklaruje zaufanie do partnerów gospodarczych.

Nie wiem, czemu służą książki, które poza żalami nad dawno rozlanym mlekiem nie niosą żadnych propozycji. Autorka mówi nam, że "nie ma fabryk", "nie ma tanich mieszkań", "nie ma pracy i sportu" itd., zabierając resztkę nadziei. A przecież to od nas zależy, czy coś jest i będzie: od naszej wiedzy, umiejętności, ambicji, energii, od wybierania przez nas ludzi mądrych i godnych zaufania do kierowania krajem, miastem, gminą, bo to oni organizują wysiłek obywateli, aby były miejsca pracy, szkoły, mieszkania, linie autobusowe, by nie betonowano rynków i sadzono drzewa.

Ernst Bloch, filozof nadziei, był przekonany, że nadzieja jest treścią marzeń duszy ludzkiej, dusza emanuje nadzieję, która ogarnia wszystko, także świat jeszcze nieistniejący, ale mogący się urzeczywistnić. Jeśli człowiek z wiarą w siebie i nadzieją będzie stawać w obliczu nieznanego, nie może zginąć. Nadzieja indywidualna może się przekształcić w nadzieję wspólną, która obdarza przeżywających ją zbiorową podmiotowością, podmiotowością niezniszczalną. Przyszłość jest naszą sprawą. Ale sedno sprawy w tym, jacy jesteśmy. Kim są owi "my"?

LITERATURA I KINO

Dlaczego klasycy

Marek Misiak

Samo dostrzeżenie podobieństw teraźniejszości i przeszłości - czy to w lustrze historiografii, czy literatury - to jeszcze nic odkrywczego ani rozwijającego. Już Księga Koheleta mówi: "To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem. Jeśli jest coś, o czym by się rzekło: "Patrz, to coś nowego" - to już to było w czasach, które były przed nami" (Koh 1,9-10 w przekładzie Biblii Tysiąclecia).

Łatwo tu o taki właśnie wniosek - zmieniają się tylko sceneria i kostiumy, ale ludzka natura nie. Niektórzy mylą takie widzenie rzeczywistości z jej dogłębnym rozumieniem, dostępnym ludziom naprawdę mądrym - jak Porteous, jeden z drugoplanowych bohaterów Braku tchu (1939) George'a Orwella, dla którego nawet Hitler jest kolejnym wcieleniem jednego ze starożytnych greckich tyranów. Historia i klasyka literatury stają się naprawdę aktualne wtedy, gdy w rzeczywistych postaciach czy fikcyjnych bohaterach odbiorca może faktycznie rozpoznawać siebie - i gdy wzbudza to refleksję i wewnętrzny niepokój, a nie jedynie westchnienie, że ludzie tacy byli, są i będą. Tym właśnie różni się twórcza, choć tradycyjna w stylu adaptacja, jaką są Stracone złudzenia Xaviera Giannoliego, od ilustracyjnego francuskiego "kina papy" (le cinéma de papa), od którego odcinali się twórcy Nowej Fali. Świat dziennikarzy w Paryżu w roku 1822 odtworzono sugestywnie i nie szczędząc kosztów, ale wiele sytuacji fabularnych niepokojąco przypomina zjawiska, które jako publicysta i krytyk obserwuję wokół siebie. Nie jest to jednak dowodem na wdrukowane w świat i ludzi prawa, których nie jesteśmy w stanie zmienić, ale na to, że wciąż czyhają na nas te same niebezpieczeństwa - a w Balzakowskim lustrze sprzed 180 lat jawią się bez pudru i poloru.

W prowincjonalnym Angoul?me mieszka młody poeta Lucjan Chardon. Jego ojciec był aptekarzem, ale matka - zdeklasowaną szlachcianką, zatem bohater chętnie podpisuje się jej nazwiskiem (de Rubempré). Jego patronką jest Anais de Bargeton - starsza od niego, zamężna arystokratka, której ambicją jest prowadzenie salonu literackiego. Któregoś dnia decydują się na wspólny wyjazd do Paryża, ale tam kobieta szybko zdaje sobie sprawę, że z młodym kochankiem u boku czeka ją skandal za skandalem; wręcza zatem Lucjanowi znaczną sumę pieniędzy i odprawia go. Nieznający realiów życia w stolicy bohater szybko wydaje te środki na beznadziejne próby odzyskania względów Anais. Pozbawiony środków do życia, zostaje wciągnięty w środowisko dziennikarzy, gdzie szybko zyskuje sławę i pieniądze, przy okazji rozmieniając talent na drobne. Wiąże się z młodą aktorką Koralią i cieszy życiem, nie rezygnując jednak z zemsty na arystokratycznej elicie, która go odrzuciła. Wszelako sukces okazuje się tyleż łatwy, co niestabilny.

Stracone złudzenia składają się z trzech części, pierwotnie opublikowanych osobno, ale od początku pomyślanych jako jedna całość: Dwóch poetów (1837), Wielkiego człowieka z prowincji w Paryżu (1839) i Cierpień wynalazcy (1843). Film stanowi ekranizację przede wszystkim części środkowej (najdłuższej) - pierwszą potraktowano skrótowo, a ostatnią całkowicie pominięto. Taka decyzja jest w pełni uzasadniona - adaptacja w formie filmu kinowego wymagała koncentracji na głównym wątku i jednym bohaterze, podczas gdy w Cierpieniach wynalazcy pojawia się on jedynie jako jedna z postaci, w dodatku nie tak wyrazista, jak w Wielkim człowieku... Rezygnacja z ostatniej partii dzieła pozwoliła też usunąć powiązania z innymi tomami Komedii ludzkiej - znika znany z Ojca Goriot Vautrin (tu pod aliasem księdza Carlosa Herrery) i sugestia kontynuacji losów bohatera, którą były wydane w czterech częściach w latach 1838-1847 Blaski i nędze życia kurtyzany. Zniknęła też całkowicie postać szwagra głównego bohatera, drukarza Dawida Sécharda. Najważniejszym wyzwaniem, przed którym stanęli Giannoli i współscenarzysta Jacques Fieschi, było odwrócenie wektora narracji z wertykalnego na horyzontalny. Powieści Balzaka wchodzące w skład Komedii ludzkiej przedstawiają szerokie panoramy różnych, lecz przenikających się środowisk - ale odbywa się to kosztem tempa akcji, która potrafi minimalnie posunąć się do przodu, a gdy już rusza, niektóre wątki wydają się schematyczne i obliczone raczej na ujawnienie możliwie szerokiego spektrum cech osobowości możliwie dużej liczby postaci i wielorakich powiązań między nimi. To w żadnym razie nie wada - czytelnika wciąga zmieniający się kalejdoskop ludzi, a w konsekwencji cały świat przedstawiony. Film, przynajmniej skierowany do szerszej publiczności, wymaga jednak prymatu fabuły. Giannoli odkrył ukryty potencjał świata wykreowanego przez Balzaka - wraz z przybyciem głównego bohatera korowód nabiera obłędnego tempa.

To właśnie ta szalona zmienność jest lustrem, w którym współczesny odbiorca może dostrzec siebie - zmieniły się media, ale patologie pozostały te same. Lucjan szybko przestaje być nie tylko artystą, ale nawet dziennikarzem - staje się twórcą contentu, dla którego kluczowy jest sam akt pisania. Nie sposób nie dostrzec tu analogii do współczesnego dziennikarstwa internetowego, ale i mediów społecznościowych, w których przyrost zawartości nie jest w żaden sposób powiązany z przyrostem sensu. Bohater upaja się tym, że jest w stanie z niezwykłą, ograniczaną głównie oporem narzędzia (wówczas gęsiego pióra, dziś klawiatury) szybkością tworzyć powierzchowne recenzje i felietony o zadanej (pozytywnej lub negatywnej) wymowie. Doświadczenie podpowiada mi, że osunięcie się w taki publicystyczno-społecznościowy korowód nie jest wcale takie trudne, gdy jest się w cenie. Dopiero po czasie pojawia się świadomość, że wytwarza się budzącą emocje watę słowną, o której następnego dnia nikt już nie będzie pamiętał. Niektórzy recenzenci porównywali piszących na zamówienie potępiające, wyśmiewające recenzje bohaterów filmu do współczesnych farm trolli. Ich narady przywodzą na myśl Salę samobójców. Hejtera (2020) Jana Komasy - informacja, kto zapłacił i za co, podział zadań - i do dzieła. Między bohaterami Balzaka i Giannoliego a hejterami i trollami jest jednak ważna i symptomatyczna różnica. Dziś taka osoba - opłacana lub działająca z wewnętrznej potrzeby - nie tylko na ogół pozostaje bezkarna, ale też często nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji swoich komentarzy, wpisów czy postów. Przecież to tylko słowa. Arystokratyczno-artystyczny światek Paryża czasów Restauracji nie jest przesadnie liczny i Lucjan, straciwszy miarę, musi się w końcu zetknąć z tymi, których wydrwił lub obraził. W końcu zaś jest świadkiem "hejtu na żywo", gdy opłaceni klakierzy całkowicie niezasłużenie wygwizdują Koralię.

Wreszcie jątrząco aktualne jest to, jak obłędnie szybki korowód powoduje błyskawiczną degrengoladę tych, którzy mieli spełniać rolę public intellectuals (to amerykańskie określenie nie ma moim zdaniem zadowalającego polskiego odpowiednika). Gdy nie jesteśmy w stanie opanować pokusy wypowiadania się o wszystkim, o co nas pytają - szczególnie o tym, na czym kompletnie się nie znamy - i robimy to pobieżnie i w pośpiechu, bo tyle się dzieje, tyle jest innych kwestii do skomentowania - nasze opinie są jedynie ładniej ubrane w słowa, ale nie mądrzejsze od zwykłego głosu ulicy. Dostarczają głównie amunicji do dalszych drwin i potwarzy (u Balzaka powtarza je elita w salonach, współcześnie tzw. komentariat w sieci), które żyją potem własnym życiem.

nr 11/1241

MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

ZESPÓŁ:

Grzegorz Filip redaktor naczelny

Anna Stypułkowska sekretarz redakcji

Małgorzata Borczak

Juliusz Gałkowski

Tomasz Kłusek Mikołaj Rajkowski

Andrzej Skalimowski

Maria Sokołowska

Piotr Szewc

Teresa Kurek oprac. techniczne

Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat

PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski

ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel

KOREKTA: Bogna Piotrowska

ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5

tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl

WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6

Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34

NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca, w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.

CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.

WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ

KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2023

półrocze 75 PLN, cały rok 150 PLN

Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki, która realizowana jest Pocztą Polską. Prenumeratę można zamówić na sklep.instytutksiazki.pl lub dokonując bezpośrednio wpłaty na konto.

Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków Bank Gospodarstwa Krajowego konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ

? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW

WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ

Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.

Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta. www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl, nexto.pl i virtualo.pl

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie, przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.