nr 11/1219
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie MinistraKultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak,
Juliusz Gałkowski,
Małgorzata Kąkiel,
Andrzej Skalimowski,
Maria Sokołowska,
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Joanna Majczak sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36,sekretariatu 22 826 62 60,tel./faks 22 826 62 35,e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw:01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawoskrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Cennik reklam znajduje się w "Kurierze Nowych Książek".
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2020
kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN
"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając
(na dowolny okres) na konto wydawcy
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków
Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:
Prenumerata krajowa:
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.
www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:
Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl
e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,
przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych
informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator
może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,
ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,
prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego
tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia
na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych
- iod@instytutksiazki.pl.
OKŁADKA
Kartezjusz w Niemczecha Pan Cogito
Jakub Ekier
"PRZYCIĄGAŁ MNIE CHŁODNY, SPRAWOZDAWCZY TON PAŃSKICH wierszy, rzeczowy, krystaliczny styl Pana prozy" - tak 15 września br. Durs Grünbein zwrócił się do Zbigniewa Herberta. Niemiecki autor odbierał właśnie nagrodę jego imienia, trzecie już wyróżnienie w Polsce - po nagrodach im. Lindego i "Europejski Poeta Wolności" (tę otrzymał za zbiór poetycki Mizantrop na Capri pospołu z jego tłumaczem Andrzejem Kopackim). Przyjmując najnowszy laur, w liście do nieżyjącego patrona, odczytanym ze sceny Teatru Polskiego w Warszawie, opowiedział o pokrewieństwach z Herbertem i własnym pisarstwie.
Urodzony w 1962 roku poeta, eseista i tłumacz wyznał na przykład, że dla wczesnej twórczości podobnie szukał obiektów poza "obolałym ja". Rzeczywiście, psychologizm nie dostarczał mu natchnień. Raczej właśnie wiedza biologiczna, nauki behawioralne czy neurologia - co w latach dziewięćdziesiątych współtworzyło jego niezwykłą oryginalność. "Tym jesteś, co na krawędzi / Anatomicznej tablicy / Spisane": tak na przykład rozpoczął poemat Lekcja podstawy czaszki.
A jednak nigdy nie popadł w tani redukcjonizm; oparł się też, jak nazwał to w przemówieniu, "rauszowi nicości". Bo dla niego fizyczność człowieka oznaczała zawsze jedyność. "Czasie, pochłaniaczu pyłu, kim był pan S.?" - pytał na przykład o zaginionego drezdeńczyka w zbiorku Czcigodnym umarłym. W posłowiu do tych epitafiów, opiewających okrutne zgony, przywołał Symonidesa z Keos. Starożytny twórca epigramatów i elegii pomógł kiedyś, dzięki mnemotechnice, rozpoznać zwłoki biesiadników pod zawalonym dachem budynku. A to dla Grünbeina, jak pisał w innym eseju, symbolizuje związek między poezją a pamięcią.
Także on sam, syn drezdenki ocalałej z alianckich bombardowań, w cyklu poetyckim Porcelana pisze o ruinach rodzinnego miasta. Ale również - o Warszawie "zniwelowanej" rozkazem nazistów i o tym, że ich władza wcześniej "zhańbiła" Drezno. Dla Grünbeina, wychowanego pod enerdowską dyktaturą, siłą rzeczy też żaden fragment rodzimej historii nie stał się, jak u Herberta "Miasto", węzłem przynależności pozbawionym pęknięć. Jego wrażliwością rządzi raczej to, co w Liście do Zbigniewa Herberta nazwał "teorią entropii, czyli stanu, w jaki przechodzą wszystkie ciała i dusze".
Śmiertelność? Dla niej Grünbein pokazał tutaj przeciwwagę. "Jestem, dopóki myślę" - powiedział, parafrazując Kartezjańskie cogito ergo sum. Czyniąc aluzję do swojego poematu O śniegu, czyli Kartezjusz w Niemczech, zarazem podważył nieobecność "Pana Zbigniewa". Ten przecież istnieje za sprawą własnych myśli utrwalonych w literaturze...
Zdaniem laureata przekroczyć "granicę śmierci" pozwala także słyszalność głosu. Sam Grünbein często upodabnia ton swojego pisania do żywej mowy: niespiesznie improwizuje, miesza styl erudycyjny z potocznym, coraz to coś dopowiada. Czasem też w jego wierszach odzywają się nienazwani współcześni. Kiedy indziej, trochę wzorem Kawafisa czy Herberta, przemawiają (zwłaszcza w zbiorze Mizantrop na Capri) postacie z dziejów imperium rzymskiego.
Mieszkający w Berlinie, ale ostatnio i we włoskiej stolicy, autor dostrzega w starożytności swego rodzaju drugą współczesność, jak pisze w pewnym eseju: "od jednostki z jej idiosynkrazją po tłumy zwierząt politycznych (...), od smętku Erosa po najzimniejsze okrucieństwo". Z greki przełożył Persów i Siedmiu przeciw Tebom Ajschylosa. Z łaciny - satyrę Juwenalisa i tragedię Tyestes Seneki Młodszego, mówiącą według jej tłumacza o "fizjologii rządzenia" odartej z mitu.
"W czasach, kiedy kruszeje większość więzi religijnych, Seneka nabiera z powrotem aktualności" - dodał Grünbein w wywiadzie sprzed lat. Zwykł zabierać w podróż traktat Rzymianina O krótkości życia. W Warszawie nie nawiązał jednak do Herbertowskiego wiersza Dojrzałość z postacią "uroczego staruszka" Seneki. Inaczej też niż polski autor odnawia antyczne motywy. Mniej w poezji metaforyczny, nie tak wieloznaczny i oględny, nieraz bezlitosny, przybiera w swoim pisarstwie ton jeszcze bardziej sprawozdawczy niż ten, którym przyciągał go patron nagrody.
Ale czy powoduje tym chłód? Przemawiając w Teatrze Polskim, Durs Grünbein nie zgodził się z jednym zdaniem Herbertowskiego wiersza Kamyk - zdaniem o "fałszywym" cieple dłoni. Tylko ciepło, podkreślił, opiera się temu, co krytykował także Herbert: "mizantropii formacji lodowcowych, zwanych historią"... Laureat nagrody zaprzeczył przez to wrażeniu, jakie może sprawiać jego twórczość: wrażeniu chłodnego dystansu.
Bo zresztą dystans Grünbeina nie zdaje się służyć nieczułości, ale raczej szerokości spojrzenia - możliwie trafnym pisarskim rozpoznaniom. Nic w nich wprawdzie nie mówi o współczuciu diagnosty, ale nic także współczuciu nie przeczy.
Cytaty z Dursa Grünbeina (w tym tytuły jego książek nieprzełożonych na polski) podaję we własnym tłumaczeniu, wyjąwszy List do Zbigniewa Herberta. Za udostępnienie jego przekładu, który ukaże się na łamach "Przeglądu Politycznego", dziękuję Andrzejowi Kopackiemu - J.E.
ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Mitracji moralnej
Z Wojciechem Kudybą rozmawia Wacław Holewiński
Zanim przejdziemy do twojej ostatniej powieści, chciałem zapytać, kiedy napisałeś ostatni wiersz? Subtelny poeta Wojciech Kudyba wciąż trzyma się swego postanowienia, że to, co miał do powiedzenia w poezji, już powiedział?
Postanowienie? Nie, to było coś innego. Zbiór Ojciec się zmienia kończyłem w marcu 2010 roku. Potem nie byłem już w stanie dotrzeć do pokładów liryczności, które wcześniej wiele lat eksploatowałem. One po prostu się zamknęły, a ja nie od razu to sobie uświadomiłem. Siłą rozpędu złożyłem jeszcze książkę W końcu świat, ale w niej są wiersze z poprzednich tomów, tyle że poprawione - tak jakbym próbował sobie wmawiać, że okres lirycznej prywatności, intymnej duchowości, chroniącej się w górach przed zgiełkiem i ułudą ponowoczesności jeszcze trwa w moim życiu. A tak nie było. 10 kwietnia 2010 roku był dla mnie większym wstrząsem, niż mi się na początku wydawało. Odsłonił mi sprawy, o których nie można nie mówić - jeśli się nie chce upaść poniżej pewnego poziomu etycznej wrażliwości - i pokazał, że liryczny język, który latami wypracowałem, zupełnie się do tego nie nadaje. A potem była rosyjska inwazja na Ukrainę, która odblokowała we mnie nie tylko uśpiony zmysł historii, ale także jakieś głęboko schowane pokłady kresowej przeszłości (moja rodzina ze strony ojca pochodzi z Huculszczyzny). Napisałem powieść Nazywam się Majdan, potem jeszcze jedną, rodzaj metaforycznego rozrachunku z samym sobą - Imigranci wracają do domu. Tak - w największym skrócie - mógłbym opisać drogę, która mnie doprowadziła do powieści historycznej...
Nie, nie, po drodze zdarzyła ci się jeszcze Kamienica. Powieść, mówiono o niej interwencyjna, jak opowiadanie na wiele głosów w mikroświecie, w zamkniętej przestrzeni...
Widzisz... Zapomniałem o niej. Tak to jest, jak człowiek tkwi wyobraźnią zupełnie gdzie indziej. Pracuję właśnie nad drugim tomem Pułaskich. Wczoraj wyprowadziłam psa na spacer, a przy okazji poszedłem do sklepu. Wracam i czuję, że czegoś mi brakuje. Siadłem do komputera, ale coś nie dawało mi spokoju. Czegoś nie kupiłem? Nie... To skąd to wrażenie braku? Napisałem akapit i nagle mnie olśniło, że nie ma... psa. Na szczęście czekał na mnie tam, gdzie go przywiązałem.
Tak, Kamienica też czeka. Leży na półce i domaga się jakiegoś dalszego ciągu. Dobrze, że się o nią upomniałeś. To dzięki niej uczyłem się języka empatii wobec pokrzywdzonych. Inspirowały mnie autentyczne wydarzenia, o których opowiadali mi znajomi. Chciałbym kiedyś przedstawić jeszcze inne "głosy biednych ludzi". One przecież wciąż brzmią w naszej przestrzeni publicznej, domagają się literackiego opracowania. Tak samo zresztą jak głosy rozmaitych bohaterów naszej przeszłości - wymazanych ze zbiorowej pamięci, więc skrzywdzonych niejako podwójnie: i przez historię, i przez historiografię.
Historia... Przyznam szczerze, że zdumiałem się, kiedy zobaczyłem zapowiedź Pułaskich. Bo o ile wszystkie powieści współczesne Kudyby mieściły się w moim obrazie twojego uwrażliwienia na to, co dookolne, na "tu i teraz", o tyle przeniesienie się 250 lat do tyłu ma pewnie jakiś głębszy podtekst. Ja bym go szukał w porównaniu sytuacji ówczesnej z obecną, z rozchwianiem państwa, z obojętnością części obywateli na jego los, z pokusą szukania oparcia u obcych...
Każdy pisarz historyczny zwraca się do swoich współczesnych - uwikłanych w jakąś bieżącą teraźniejszość. Czasem podświadomie chce mówić nie tylko do niej, ale i o niej. To chyba jest mój przypadek. Przeszłość jest dla mnie rodzajem kodu, który mówi nie tylko o tym, co było, ale także o tym, co jest. Kiedy czujesz, że sumienie nie pozwala ci milczeć o sprawach publicznych, szukasz przecież języka, którym chcesz o nich mówić. Wiesz, że jeśli wybierzesz mówienie wprost, łatwo możesz osunąć się w dyskurs ideologiczny, albo wręcz w płaską publicystykę. Tego chciałem uniknąć. Szukałem kodów bardziej subtelnych - pozwalających ująć rzeczywistość w sposób bardziej uniwersalny. Forma powieści historycznej świetnie się do tego nadaje, pod warunkiem, że opiszesz taki moment historyczny, w którym, jak w soczewce, skupiają się elementy dziejowych procesów, których skutki trwają do dzisiaj.
Rosji Iwana Groźnego i Katarzyny dawno już nie ma. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że wypracowany w osiemnastowiecznej Rosji koncept geopolityczny, a także specyficzny zestaw mechanizmów i ekonomiczno-politycznych narzędzi do kontrolowania lub wręcz anektowania ościennych terytoriów trwa do dziś. Właśnie ze względu na niezmienność rosyjskiej geopolityki trwałe okazuje się więc także to, co moglibyśmy nazwać paradygmatem polskiego losu. On jest przecież w dużej mierze uwarunkowany tym, co od XVIII wieku dzieje się za naszą wschodnią granicą. Od tamtej pory ma też awers i rewers. Mieści w sobie zarówno etos niepodległościowy, nakaz sumienia nakazujący walkę o godność i niezależność - nieraz wbrew całemu światu i z wszystkimi tego konsekwencjami - jak i coś wręcz przeciwnego: całą paletę postaw eskapistycznych, konsumpcjonistycznych lub po prostu kolaboranckich. Jeśli od tej strony popatrzymy na Pułaskich, to być może da się obronić tezę, że ta powieść próbuje uchwycić zasadnicze rysy pewnego paradygmatu bycia Polakiem, który wtedy się rodził i - poddany niezliczonym mutacjom - w rozmaitych wariantach trwa do dzisiaj.
Pułascy to nie jest klasyczna biografia. Powiedz, dlaczego tak cię zafascynował właśnie ten ród, ważny, ale przecież równie ważnych w naszej historii można znaleźć wiele.
Dobrze, że o to pytasz, bo powieść jeszcze całkiem się nie ukazała, a już narosło wokół niej sporo nieporozumień. Część z nich bierze się stąd, że mamy czasem skłonność do czytania prozy historycznej w taki sposób, jak czytamy prozę niefikcjonalną - na przykład właśnie biografię. Nie wiem jednak, czy w tym wypadku warto takiej pokusie ulegać. Owszem, istnieje w Pułaskich ważny kościec faktów historycznych, ale nie on jest najważniejszy. Równie ważne są elementy czysto literackie - wartki tok akcji, filmowa sekwencja wojennych przygód, wątki miłosne itp. Ci, którzy szukają w tej powieści pogłębionego obrazu ówczesnych tarć politycznych, intryg, walki stronnictw albo drobiazgowych analiz sytuacji społecznej, mogą poczuć się rozczarowani. Trudno. Moja powieść nie jest ani prozą dokumentalną, ani biografią, ani nawet sagą rodzinną, choć realizuje niektóre cechy każdego z tych gatunków. Czym więc jest? Według mnie jest po prostu polifoniczną, korzystającą z wielu konwencji literackich, przeznaczoną dla szerokiego grona odbiorców opowieścią o narodzinach nowoczesnej polskiej tożsamości. Właśnie tej, o którą toczy się dziś tak ostry spór. Czy dałoby się ją pokazać, pisząc o innej rodzinie? Pewnie tak, więc trzeba było dokonać wyboru. O tym, co w takich sytuacjach wybiera pisarz, decydują w moim przekonaniu trzy kryteria. Ważna jest rozpoznawalność (która w tym wypadku była dość duża), typowość (nie znalazłem w tamtej epoce bardziej modelowego przykładu polskiego losu niż właśnie los Pułaskich), no i wreszcie potencjał powieściowy - pewne quantum wątków miłosnych, sensacyjnych, przygodowych itp. (w przypadku Pułaskich jest to splot wyjątkowo gęsty). Biorąc pod uwagę podobne parametry, zdecydowałem się na tę rodzinę i na razie nie żałuję.
Naprawdę uważasz, że w powieści historycznej tak ważną rolę odgrywa rozpoznawalność? Jak wiesz, sam piszę o historii i zawsze staram się znaleźć postaci wyjątkowe, ale takie, o których niewielu słyszało. Bo często to one, tak naprawdę, tworzą mit, przekaz, podglebie, na którym wyrasta idea, opór, staranie...
Masz oczywiście rację. Powinienem był wyraźniej powiedzieć, że nie podaję jakichś reguł pisania powieści historycznych, ale jedynie zastaw kryteriów, który stworzyłem wyłącznie na swój prywatny użytek, w konkretnej sytuacji pisarskiej. Ona jest trochę inna niż twoja.
Chodziło mi po prostu o to, żeby główna grupa osób była nie tylko wiarygodnym wcieleniem republikańskiego modelu bycia Polakiem, ale też dysponowała autorytetem, była wyposażona w solidny kapitał symboliczny - czyli właśnie między innymi w rozpoznawalność - dzięki którym byłaby w stanie bronić tego wciąż ważnego i wciąż zwalczanego wzorca polskości lub przynajmniej utrudnić zbywanie go machnięciem ręki lub opatrywanie łatwymi epitetami typu "ciemny sarmatyzm", "ksenofobia", "antysemityzm" itp. Jak będziesz mnie dociskał, to powiem jeszcze, że rozpoznawalność moich postaci jest mi potrzebna także do tego, żeby pokazać, jak mało wiemy o naszych narodowych bohaterach i jak bardzo ich biografia bywa spłaszczana czy wręcz - zakłamywana...
Nie będę. Idźmy dalej... Zaczynasz tę powieść - takie mam wrażenie - od zdumienia. Od zdumienia Józefa Pułaskiego, że Rosja, którą brał za sojusznika (w osobie ambasadora Repnina), realizuje w Polsce swoje plany.
To jest jedna z kluczowych scen w tym tomie. Mówisz: "zdumienie"... Tak. Przychodzi mi też do głowy słowo: "przebudzenie". Bo Józef Pułaski rzeczywiście jakoś się budzi, zszokowany woltą Repnina, który najpierw obiecuje rozmaitym malkontentom, że pomoże im obalić króla - wybranego z pogwałceniem prawa i wszelkich innych zasad szlacheckiej demokracji - a kiedy już dochodzi do konfederacji radomskiej, sprytnie zmienia jej cele: zachowuje osłabionego króla na tronie, a na konfederatach i polskim sejmie próbuje wymusić przymierze z Rosją (mocno ograniczające naszą narodową suwerenność) oraz przyznanie praw politycznych innowiercom, czego bezpośrednim skutkiem byłoby stworzenie w polskich strukturach władzy potężnego prorosyjskiego stronnictwa. Ten szok polityczny staje się dla starosty wareckiego potężnym wstrząsem moralnym. Prowadzi do zmiany całego modelu życia. Inteligentny i bardzo zaradny dorobkiewicz nagle staje się obywatelem gotowym poświęcić nie tylko majątek, ale nawet życie, by ocalić podeptany honor Polaków. Przenosząc tę scenę na plan znaczeń bardziej uniwersalnych, moglibyśmy powiedzieć, że w ciągu dziejów polskość dość często budziła się z uśpienia właśnie wobec imperialnych zakusów ościennych krajów i że podobna scena - w innym kostiumie i innej scenografii - mogłaby wydarzyć się także dziś.
Dziś Polacy potrzebują przebudzenia? Wstrząs, o którym mówiłeś, 10 kwietnia 2010 roku, nie okazał się przełomem? No nie, nie okazał się. Ale przecież nie żyjemy w żadnej opresji, to są jednak nasze, polskie wybory, nawet gdy wiemy, że ta wolność, którą daliśmy sobie sami i którą dał nam los w 1989 roku, to wciąż i wciąż sen niespełniony...
Nie forsowałbym bardzo kategorycznie tezy, że żaden przełom się nie dokonał. Bo przecież jednak w 2015 roku doszło do radykalnej zmiany ekipy rządzącej - ze wszystkimi tego konsekwencjami, które dziś obserwujemy. Coś się zmieniło nie tylko w sejmie, nie tylko w gospodarce, ale też w obszarze kultury, na przykład w sferze polityki pamięci. W literaturze widać to dość wyraźnie. Po 2010 roku obserwujemy przecież coś, co można nazwać "powrotem historii". Już nie tylko Holokaust, ale także inne tragiczne momenty naszych dziejów stały się przedmiotem zainteresowania prozaików, dramaturgów, a nawet poetów. Masz w tej dziedzinie ważne zasługi, ale przed 2010 rokiem byłeś samotnym wilkiem. Mam wrażenie, że dopiero po katastrofie smoleńskiej wyraźniej dotarło do nas, literatów, przeświadczenie, że od 1989 roku staraliśmy się patrzeć na Polskę cudzymi oczami, zatem widzieliśmy nie tyle to, czym ona jest, ale to, jak widzą ją inni. Wielu badaczy - zwłaszcza w USA - wskazuje dziś na to, że naszym ważnym zadaniem jest odzyskanie autonomii spojrzenia na własną tradycję, czyli po prostu na polskość. Co więcej: że być może najważniejszym wyzwaniem dla polskich pisarzy jest dziś obowiązek udostępnienia światu takiej opowieści o nas samych, która - uwolniona od krzywdzących stereotypów - pokaże uniwersalne wartości tkwiące u samych źródeł naszej zbiorowej tożsamości. Zgodzę się natomiast z tobą, że świadomość postkolonialnego uzależnienia nie jest u nas powszechna i że słabo przebija się do tzw. opinii publicznej konieczność dekolonizacji naszej mentalności. Badacze, tacy jak Clare Cavanagh czy Ewa Thompson, już wiele lat temu pisali, że ton naszej kulturze po 1989 roku nadaje tzw. syndrom postkolonialny, którego symptomem jest m.in. kompleks podrzędności, nakazujący odsądzanie od czci i wiary własnej tradycji oraz niewolnicze podporządkowanie się idealizowanej kulturze Zachodu. Zdaniem tych i wielu innych naukowców, mentalnie wcale nie jesteśmy tak wolni, jak wskazywałyby na to odzyskane przez nas wolności polityczne i ekonomiczne.
To pukanie do obcych dworów, chwytanie za cudzą klamkę, łapanie za surdut... To czapkowanie innym, uwrażliwienie na każdy głos krytyczny spoza naszych granic... Myśmy się nauczyli łasić do obcych, prosić o wsparcie. Co takiego jest w naszej naturze, przecież początkowo i u twoich powieściowych bohaterów, że tak bardzo zabiegamy o względy?
Czasem mi się wydaje, że to, o czym mówisz, jest jakąś skrzętnie ukrywaną, strasznie ciemną częścią tradycji oświecenia. Bo wcześniej Polacy tacy nie byli. Później wzory kultury romantycznej też były inne. A w czasie oświecenia przykład szedł z góry. Wolter pisał na zlecenie imperatorowej Katarzyny propagandowe agitki przeciwko Polsce, encyklopedyści wieszali się na klamce petersburskiego dworu. Może dlatego tak łatwo upowszechniło się wtedy w Polsce to, co po latach Gombrowicz nazwie "lokajstwem" naszych elit... Młody Józef Pułaski był przecież dzieckiem swej epoki. Przełamał w sobie postawę "zależnościową", ale na przykład ewolucja jego syna, Antoniego, przebiegała odwrotnie: od konfederata barskiego do targowiczanina i dorobkiewicza...
Nie opisujesz Pułaskich "od kolebki". Tak naprawdę pierwszy tom powieści zamykasz wyłącznie w czasie konfederacji barskiej. Dlaczego?
Rdzeniem kręgowym powieści nie są dzieje rodu, tylko historia pewnego modelu tożsamości narodowej, wyjątkowo silnie uobecnionego w losach rodziny Pułaskich. Takiego, który w moim przekonaniu dojrzewa właśnie podczas konfederacji barskiej, a potem widzimy go podczas wszystkich powstań, aż po Powstanie Warszawskie, w historii żołnierzy wyklętych i - jakże by inaczej - historii Solidarności. Ten model zawiera w sobie oczywiście zestaw przekonań, motywacji, sposobów reagowania na zagrożenie, czyli pewien etos, ale nie tylko. Mieści w sobie także wiele innych elementów kulturowych - specyficzny zestaw symboli umieszczanych zarówno w mundurach czy chorągwiach, jak i w przedmiotach codziennego użytku, a także rozmaite rytualne gesty, specyficzne utwory muzyczne i plastyczne, charakterystyczną topikę literacką itp. Co więcej, już wtedy - czyli w drugiej połowie XVIII wieku - kształtuje się model walki propagandowej z tak rozumianą polskością, ukazujący Polaków jako chore dzieci Europy - niepoprawnych megalomanów, obskuranckich religiantów, pieniaczy, a ich walkę - jako wojnę domową. Ta retoryka trwa do dzisiaj...
Trzej bracia, ale i ojciec, Józef, starosta warecki. Był ich przewodnikiem? Dziś niewielu już wie, na czym polegała funkcja starosty w XVIII wieku, gdzie stawiała go w hierarchii urzędniczej, towarzyskiej, jak trzeba było być majętnym człowiekiem, aby móc ją pełnić.
Józef Pułaski jest dla mnie ważny właśnie ze względu na rolę, o której mówisz. Mogłem skupić się wyłącznie na Kazimierzu i napisać powieść rycersko-romansową w stylu sienkiewiczowskim. Biografia Kmicica składa się przecież w połowie z elementów biografii Kazimierza Pułaskiego. Bardzo zależało mi jednak na tym, by mój powieściowy świat nie był jednowymiarowy i nie sprowadzał się do wątków romantyczno-przygodowych. Właśnie dlatego młodzi bohaterowie pozostają w pierwszym tomie w cieniu, a na pierwszy plan została wysunięta postać ojca, wiele mówiąca o ojcostwie jako takim. Bo Józef jest nie tylko głową rodziny, nie tylko zdolnym adwokatem, ale także ojcem założycielem potężnego ruchu obywatelskiego, przez który przewinęło się ponad sto tysięcy osób. Potrafi dbać zarówno o wychowanie i edukację dzieci, jak i o wyposażenie i przygotowanie bojowe konfederatów. Zastawia ogromną część swojego majątku, by wyekwipować i utrzymywać pierwsze oddziały. W jakieś mierze jest "starostą starostów" - skupia w sobie najlepsze cechy Polaka-obywatela: szacunek dla prawa i dla własności, rezerwę wobec oligarchów i ich gier politycznych, koncyliacyjne usposobienie, pragmatyzm, duże zdolności negocjacyjne i organizacyjne, rozwiniętą wyobraźnię społeczną, głęboką religijność itp. Choć staje się sumieniem polskiego sejmu, nie ma w sobie nic z postawy romantycznej. Jednym słowem: jest typem bohatera, który rzadko pojawia się na kartach polskiej powieści historycznej...
W tomie, o którym mówimy, tak naprawdę liczą się dwaj z trzech braci, ten trzeci, najmłodszy, jest oczywiście, ale jakby na poboczu...
To prawda, ma jednak ważną funkcję. Jako typ lekkoducha stanowi kontrapunkt dla sierioznego Franciszka i walecznego Kazimierza. Wątek z nim związany mocno rozrasta się w drugim tomie...
Lubisz Sienkiewicza? Jego Trylogię?
Wolę Mackiewicza...
Pytam, bo w twojej książce, mam wrażenie, czasami odnajduję sienkiewiczowski klimat. To przemieszczanie się po Podolu, to "odnalezienie" przez jednego z braci miłości w dziewczynie, Halszce, która włada szablą jak mało kto, a przy okazji opiekuje się ojcem, który już trochę wariuje, to etos rycerski...
Kiedy piszesz o konfederacji barskiej, musisz zmierzyć się z Sienkiewiczem, bo etos i struktura tego ruchu obywatelskiego wyrastają z konfederacji tyszowieckiej, która zahamowała potop szwedzki. Analogii pomiędzy obiema konfederacjami jest sporo, także na planie geografii i samych zdarzeń - łącznie z bohaterską obroną Jasnej Góry. Czy ci się to podoba, czy nie, opowiadając o losach Pułaskich, konfrontujesz się z Potopem w obszarze świata przedstawionego, na planie stylistycznym, gatunkowym itd. Czy to znaczy, że musisz ulegać staremu mistrzowi lub z nim walczyć? Nie sądzę. Zawsze możesz spróbować dialogu. Błędem jest zarówno lekceważenie tradycji literackiej (nie wyobrażam sobie na przykład powieści o Pułaskich bez lekkiej archaizacji językowej), jak i całkowite podporządkowanie narracji konwencjom utrwalonym przez Sienkiewicza. Staram się prowadzić pewien rodzaj intertekstualnej gry z autorem Potopu. Robiłem to już wcześniej, w Nazywam się Majdan. Teraz musiałem tylko udoskonalić i skomplikować taktykę, żeby nie była tak czytelna jak wcześniej. Na przykład zupełnie inaczej niż Sienkiewicz konstruuję postaci kobiece, inaczej gospodaruję pojęciem honoru itp.
No właśnie: "Podpisując akt kapitulacji, zobowiązałeś się do wysługiwania się Rosji" - mówi ojciec do Kazimierza Pułaskiego w nielipowskim dworze. To rozliczenie poddania przez tego drugiego Berdyczowa rosyjskiemu generałowi Kreczetnikowowi. Honor... Czym był dla ówczesnych?
Może zacznijmy od tego, że Kazimierz nie poszedł na współpracę z okupantem i wytłumaczył się z zarzutów. Tym niemniej historia obrony Berdyczowa i tego, co nastąpiło po kapitulacji obrońców klasztoru - odciętych od wody i żywności - jest kluczowa w planie ideowym powieści. Dzięki niej konfederaci uświadamiają sobie - a my razem z nimi - że ich walka to w istocie konfrontacja dwóch różnych światów, to wojna kultur. Kiedy Kreczetnikow tuż po podpisaniu rozejmu złamie wszystkie postanowienia, Pułaski zapyta: "Gdzie wasz honor" i usłyszy, że kto ma siłę, temu honor do niczego nie jest potrzebny. Dla osiemnastowiecznego Polaka taka odpowiedź była więcej niż szokująca, bo z jednej strony demaskowała istotę cywilizacji agresora, a z drugiej przypominała, że w jego własnym kraju honor jest czymś więcej niż drogowskazem moralnym - jest istotą kultury, w której się wyrasta.
Dziś widzimy wyraźnie, że właśnie honor stanowił rodzaj systemu odpornościowego, układu limfatycznego organizmu ówczesnej Rzeczypospolitej - warunkował sprawne działania wszystkich instytucji społecznych, od rodziny aż po aparat władzy. Jeśli zaczynało go brakować, całe państwo traciło odporność na infekcje i zaczynało chorować. W sytuacjach kryzysowych właśnie honor w planie wartości symbolicznych stawał się tym, czym były uzbrojenie i taktyka w planie militarnym. Dlatego Rosjanie od czasów konfederacji barskiej aż do dziś nie ograniczają się do działań wojskowych, ale starają się także zniszczyć dobre imię swych zachodnich sąsiadów. Czasem, niestety, pomagają im w tym sami Polacy - zwłaszcza ci, którzy podpisaliby się pod twierdzeniem generała Kreczetnikowa.
Wojtku, w historii nie ma samych bohaterów. Nigdzie i nigdy. Są jednostki, to one niosą, budują takie pojęcia jak honor, odpowiedzialność, troska o los narodu. Mamy prawo wymagać tego od całego społeczeństwa? Wtedy, dziś, w przyszłości? Przecież to nierealne...
Zadaniem literatury nie jest w moim odczuciu wyłącznie realistyczne opisywanie tego, jacy są ludzie i dostosowywanie aksjologicznego horyzontu dzieł sztuki do ludzkich możliwości duchowych - zgadzam się, że znikomych. Samą istotą i racją istnienia wybitnych dzieł literackich jest według mnie imperatyw przekraczania ograniczeń, dążenie do doskonałości. Literatura piękna - jeśli chce być komukolwiek potrzeba - nie powinna rezygnować z ambitnego mówienia o tym, że możemy być lepsi, niż jesteśmy i nasz świat też może być lepszy, niż jest.
Ambicje... One decydowały o przywództwie w konfederacji? Jedni nie uznawali drugich, omijali się szerokim łukiem...
Konfederacja miała dwa oblicza i toczyła się w dwóch przenikających się, ale nietożsamych obszarach. Pierwszy plan można nazwać oligarchiczno-politycznym, bo obejmował on niezwykle skomplikowany splot magnackich intryg i walk o władzę - często właśnie personalnych, brutalnych i budzących odrazę. Niestety, to właśnie on stał się głównym obiektem badań historyków. Mówię "niestety", bo według mnie konfederacja barska jest ciekawsza jako ruch etyczno-obywatelski - podobnie zresztą, jak dużo późniejsza Solidarność. Wspominam w Pułaskich o personalnych konfliktach, ale moim głównym celem jest przedstawienie nie oligarchicznego, lecz obywatelskiego, republikańskiego oblicza konfederacji - wymazanego z naszej pamięci zbiorowej.
Powiedz, czy Pułascy byli naiwni w swoich planach politycznych? Oparli swoje nadzieje w gruncie rzeczy na jakichś mirażach - poparciu Francji, na Sułtanie Wielkiej Ordy - choć przecież ryzykowali wszystkim: majątkiem, w razie klęski wygnaniem (w najlepszym wypadku).
Tym, co jest źródłem ruchów obywatelskich, co jest ich paliwem, rzadko bywa rachuba polityczna. Można chyba nawet zaryzykować twierdzenie, że one często rodzą się w opozycji do niej. Czerpią siłę nie z realizmu politycznego, ale z głosu sumienia. Ten głos nakazuje sprzeciw wobec agresora nie ze względu na dogodną sytuację polityczną, ale właśnie pomimo niej. Pułascy uosabiają mit racji moralnej i heroicznej postawy obywatelskiej, który popycha do działania, uruchamia potężny rezerwuar emocji społecznych, ale też natychmiast zachęca do działania rozmaitych graczy politycznych, którzy próbują ów rodzący się ruch obywatelski wykorzystać do własnych celów. Tak było za czasów konfederacji barskiej i trochę podobnie działo się za Solidarności. Kiedy patrzymy na to wszystko z dużego dystansu, możemy odczuwać żal, że charyzmatyczni działacze społeczni, tacy jak Józef Pułaski, rzadko są wytrawnymi graczami politycznymi. Trudno jednak mieć o to do kogokolwiek pretensje. Od początku było jasne, że politycznym mózgiem konfederacji nie jest Pułaski, lecz biskup Adam Krasiński. Plany, o których mówisz, w dużej mierze pochodzą właśnie od niego i była w nich jednak spora doza realizmu. Turcja rzeczywiście wypowiedziała przecież wojnę Rosji, a Francja przysłała swych obserwatorów. To, czego nie przewidziano, dotyczyło słabości armii tureckiej, a nie samej próby wciągnięcia Turcji w wojnę polsko-rosyjską. Warto też dodać, że w pewnym momencie Pułascy postawią na walkę partyzancką i to siłami głównie polskiego oręża, a wtedy wewnątrz władz konfederackich dojdzie do tak ostrego konfliktu, że Józef Pułaski zostanie uwięziony...
Naszymi, polskimi bohaterami zawsze muszą być ci, którzy ponoszą porażkę? Nie masz poczucia, że "moralni zwycięzcy" - tak twierdzi cały szereg publicystów bliskich endecji - przyczynili się tak naprawdę do szkód, które odrabiamy, odrabiamy w nieskończoność...
Bardziej niż opinie sprzed wielu lat ciekawiłyby mnie głosy, jakie padają dziś - na przykład w Izraelu. Bo przecież większość narodowych bohaterów Izraela do złudzenia przypomina naszych "moralnych zwycięzców" z czasów konfederacji barskiej i innych powstań narodowych. Wątpię, czy mówi się w tym kraju o jakichś szkodach wyrządzonych Żydom przez przywódców ruchu zelotów, przez bohaterską załogę Masady, albo przez uczestników powstania w warszawskim getcie. Przypuszczam, że podkreśla się raczej wagę podobnych "moralnych zwycięstw" w procesach tożsamościowych i ich znaczenie dla ocalenia poczucia własnej narodowej godności. Może też stawia się proste pytanie o to, co może być warte życie, jeśli straciliśmy naszą godność? Jeden z moich bohaterów - Antoni Pułaski - będzie je sobie stawiał do końca życia. W chwilach szczerości będzie mówił, że takie życie jest nic niewarte.
Franciszek Pułaski ginie pod Łomazami 15 września 1769 roku, konfederacja barska trwa. Antoni, o którym mówisz, będzie żył znacznie dłużej, dostanie się do rosyjskiej niewoli, będzie walczył z Pugaczowem, wróci do kraju, przystąpi do Targowicy, odzyska rodzinny majątek. Historia zatoczy koło... Kazimierz, najbardziej rozpoznawalny z braci, zginie pod Savannah w 1779 roku. A twoja powieść, gdzie ją zamkniesz w drugim tomie?
Odpowiem ci najszczerzej, jak potrafię: nie wiem. Nie umiem planować powieści od początku do końca. Mam tylko luźny szkielet wydarzeń historycznych i niewiele więcej. Pozwalam moim bohaterom się rozwijać i staram się za ich rozwojem nadążyć. Nie chciałbym łatwej puenty w postaci śmierci Kazimierza, trafionego pociskiem z angielskiego statku. Ważna jest też dla mnie postać narratora - bo przecież całą historię Pułaskich opowiada u mnie Amerykanin. W drugim tomie wątek związany z jego postacią będzie narastał. A może powieść skończy się w momencie trzeciego rozbioru Polski? Zobaczymy...
NASZA OKŁADKA
Przebudzenie
Jerzy Madejski
Wojciech Kudyba
Pułascy
T. 1, Aut vincere, aut mori!
Warszawa : Państ. Instytut Wydawniczy, 2020
271 s. ; 22 cm. - zł 45
Wojciech Kudyba to akademik, specjalista m.in. od dwudziestowiecznej liryki - wydał na przykład świetną książkę o naszej wybitnej poetce (Próba bólu. O wierszach Joanny Pollakówny, 2016) - a także krytyk z wyrazistym programem estetycznym, łączącym neotomizm z filozofią dialogu (Wiersze wobec Innego, 2012).
Ale Kudyba jest też poetą oraz powieściopisarzem, który po książce współczesnej (Nazywam się Majdan, 2015) opublikował powieść historyczną. Pułascy to pierwszy tom. Ile ich będzie, wydawca nie informuje. A autor daje do zrozumienia, że tworzy dylogię (a może będzie trylogia?).
Eksponuję kompetencje akademickie Kudyby, ponieważ umieszczenie zdarzeń powieściowych w wieku XVIII wymaga nie tylko talentu opowiadania, ale także wiedzy (historycznej, estetycznej, kulturowej, teologicznej...). Tom pierwszy Pułaskich traktuje o rodzinie, z której najbardziej znany jest syn Józefa, inicjatora konfederacji barskiej, Kazimierz. Jednak to nie tylko on zajmuje współczesnego pisarza, lecz cała familia Pułaskich: ojciec, matka, bracia, siostra, kuzyni... Byłoby zajmujące prześledzić, jak pisarz charakteryzuje kolejne postaci i jakie im przypisuje powieściowe funkcje (rozważny Józef, zawadiaka, lecz i zdolny dowódca Kazimierz, troskliwy Franciszek, biegły w sztuce dyplomacji Antoni, świątobliwa i mądra Anna...). Równie istotna jest inna sprawa: Pułascy to ród szlachecki i powinniśmy pamiętać, że to na przymiotach familijnych opierał się ówczesny ruch obrońców narodu.
A jednak ważniejszy jest inny wymiar dzieła Kudyby. Pułascy to powieść konfederacji barskiej. W tym znaczeniu, że pisarz przybliża nam po raz kolejny, w formie pikarejskiej, ważną rebelię w sprawie ojczyzny z ery nowożytnej (niektórzy historycy piszą o pierwszym polskim powstaniu narodowym). Jest oczywiste, że kolejne epizody mają potwierdzić rozwagę Józefa Pułaskiego i waleczność oraz spryt jego syna, Kazimierza. Lecz przecież w powieść wpleciona jest też debata o Polsce. Bohaterowie utworu rozprawiają o ojczyźnie. Bronią jej przeciw Katarzynie II i działają wbrew królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu, który jest nazbyt uległy swojej protektorce. Pułascy są republikanami, którzy chcą uratować kraj i wolność szlachecką. Nade wszystko jednak bronią wartości religijnych, dlatego też dystansują się do myśli oświeceniowej. W powieści pada nazwisko Woltera. Biskup Adam Krasiński tłumaczy Józefowi Pułaskiemu, że w tych czasach "filozofa można kupić jak dziewkę na Krakowskim Przedmieściu". A chodzi tu właśnie o autora Kandyda i jego nieprzyjazną opinię o Polsce, którą wyrobił sobie nie bez udziału carycy Katarzyny II. Konfederaci są przeciw zgubnej myśli oświeceniowej, która nie liczy się z obyczajem szlacheckim. Toteż Józef Pułaski staje w obronie ważnej sprawy dla ustroju Rzeczypospolitej. Caryca poprzez swojego ambasadora Nikołaja Repnina zmierza do zmiany, chce, by w Polsce większe prawa mieli dysydenci religijni. Reorganizacja państwa ma sankcjonować starą zasadę cuius regio, eius religio. Patrioci nie mogą na nią przystać.
Niejako przy okazji powieść Kudyby przypomina ważne biografie XVIII stulecia. Między innymi Stanisława Augusta Poniatowskiego. A wiemy, że ta postać należy do naszego narodowego imaginarium. Zajmowała historyków (Władysława Konopczyńskiego, Szymona Askenazego, Pawła Jasienicę, Mariana Kukiela, Stanisława Mackiewicza, Jerzego Łojka, Andrzeja Nowaka) i pisarzy (Józefa Ignacego Kraszewskiego, Władysława St. Reymonta, Tadeusza Brezę, Romana Brandstaettera). Jak przedstawia ostatniego króla Kudyba? Nie ma wątpliwości, Stanisław August był człowiekiem słabego charakteru. Nie dostrzegał zagrożeń ze strony Rosji. Znamienne, że w powieści odwraca się od niego bliski i światły współpracownik. Biesiadujący na dworze w Winiarach mogą usłyszeć wieść z Warszawy, że Ignacy Krasicki, protestując przeciw uprowadzeniu biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka przez Rosjan, zrywa współpracę z królewskim "Monitorem" i przenosi się na Warmię.
Są też w powieści Kudyby inne postaci znane z naszych dziejów i z literatury. Każda z nich buduje model powieści historycznej. Spotkamy zatem Maurycego Beniowskiego, dowcipnego gawędziarza i awanturnika, który choć był Węgrem, przystał do konfederatów. Pojawi się ksiądz Marek Jandołowicz utrwalony później w dramacie Juliusza Słowackiego. Poznamy jego kompetencje profetyczne i katechetyczne. Objaśniając św. Jana, głosił, że nadszedł czas Antychrysta i właśnie następuje duchowa zagłada ojczyzny. A przy kuflu piwa jeden ze szlachciców opowiada, jak to ojciec Marek "Żyda na rozmowę przyjął wieczorem i tak długo o Chrystusie mu prawił, aż ten nie tylko się nawrócił, ale i księdzem katolickim został". Pojawi się na kartach powieści odważny poseł z Pomorza, Józef Wybicki, który zgłosił veto i zapobiegł podpisaniu traktatu z carycą. Wysłuchamy także, jak Wernyhora wieszczy o zmartwychwstaniu Polski.
Ta wielość dobrze zbudowanych postaci z wieku XVIII mówi coś o warsztatowych kompetencjach pisarza. Bohaterowie znani z historii i z literatury zapewniają wiarygodność epickiego świata. Ale oczywiście nie tylko to stanowi składnik powieści historycznej. Jednym z ważniejszych sposobów uprawdopodobnienia narracji o przeszłości jest kuchnia. Na kartach Pułaskich pojawiają się więc: bigos hultajski i żur, gęsina, a także pęczak z mięsem i warzywami. Bohaterowie powieści piją herbatę i kawę, a także piwo, wino grzane i wódkę. Zresztą spożywanie trunków stanowi okazję do dodatkowej charakterystyki postaci. Gdy Kazimierz Pułaski przybywa zimą do Winiar "sztywny od zimna i oszroniony", ojciec proponuje kieliszeczek "na rozgrzanie". Gdy jednak syn ze względu na okres postu odmawia, budzi dumę ojca.
Głównego bohatera charakteryzuje coś jeszcze. Jesteśmy w okresie przesilenia historycznego i kulturowego. Kazimierz dowodzi obroną Berdyczowa. Nie jest jednak bezkrytyczny. Wie, że wróg ma liczebną przewagę. Wobec tego błędem była konfrontacja w miejscu słabo umocnionym. Należało prowadzić działania podjazdowe. Sam Kazimierz wsławi się tym sposobem walki. A przecież to zmiana nie tylko wojskowa. W tej koncepcji etos rycerski ustępuje miejsca sprytowi dowódcy. Ofiarną śmierć na murach powinna zastąpić skuteczna wojna szarpana. W tym kontekście należy rozumieć podtytuł powieści. Dewiza aut vincere, aut mori konfederatów (widnieje na ich pieczęci), jakkolwiek mówi o gotowości wielkich poświęceń dla ojczyzny, nie może prowadzić do szafowania życiem republikanina. Tak więc Kazimierz prowadzi walkę przez dwa tygodnie. Kiedy jednak okaże się, że obrona Berdyczowa jest niemożliwa, podpisze odstąpienie od konfederacji. Ciekawe jednak, jak objaśnia ten akt, "reces pod przymusem nie ma i mieć nie może żadnej mocy prawnej".
Nota bene hasło konfederatów pełni w powieści też funkcję kompozycyjną, jest swoistym refrenem Pułaskich. Pojawia się jako tytuł pierwszego tomu powieści. Sentencję aut vincere, aut mori wypowiadają konfederaci w warszawskim kościele przed wyprawą na wojnę z Rosją. A wreszcie przysięga konfederatów pojawi się jako tytuł IX rozdziału powieści.
Trzeba jeszcze dodać, że konfederacja barska wyzwoliła literaturę. O twórczości konfederatów wielokrotnie rozprawiano. Zastanawiano się nad jej wartościami ideowymi, społecznymi, religijnymi i estetycznymi. Zasługi twórców barskich - jak wiadomo - dostrzegł w swoich wykładach Adam Mickiewicz (bo ich słowa wyrażały "uczucia gminu" i zawierały "tchnienie liryczne"). Kazimierz Kolbuszewski, autor antologii twórców barskich, wydanej w Bibliotece Narodowej (Poezja barska, 1928), omawiał zalety wierszy anonimowych autorów. Nie ukrywał jednak słabości formalnych wierszy konfederackich ("gadulstwo", "rozwlekłość", "wzniosłość wyrażania"). O poezji barskiej pisał znakomity badacz twórczości XVIII wieku Wacław Borowy. Analizował wnikliwie, choć surowo osądził trud pieśniarzy powstania (O poezji polskiej w wieku XIX, 1948).
Bodaj najbardziej znana jest Pieśń Konfederatów Barskich z Księdza Marka. A wzmiankuję tu o tym, bo Kudyba poprzedza swoją powieść właśnie strofą z dramatu Juliusza Słowackiego. Wybiera jednak nie tę bodaj najczęściej cytowaną ("Nigdy z królami nie będziem w aliansach..."), lecz szóstą, profetyczną, o przebudzeniu: "Bo kto zaufał Chrystusowi Panu, / I szedł na święte kraju werbowanie, / Ten, de profundis, z ciemnego kurhanu, / Na trąbę wstanie".
Powieść historyczna Wojciecha Kudyby traktuje również o odrodzeniu duchowym. Wiemy, że trąba to znak z Apokalipsy. I to Józef Pułaski po zasłabnięciu, jeszcze przed zawiązaniem konfederacji, mówi swoim synom, że obudził się "z gnuśnego snu". Niewykluczone, że pisarz i od nas oczekuje przemiany. Czekamy na tom drugi.
PROZA POLSKA
Drogana szczyt
Wojciech Kaliszewski
Wiesław Helak
Góra Tabor
Kraków : "Arcana", 2020
365 s. ; 21 cm
Góra Tabor to nowa książka Wiesława Helaka, autora m.in. powieści Nad Zbruczem, którą uhonorowano w 2018 roku Nagrodą Literacką im. Józefa Mackiewicza.
I tym razem - tak jak poprzednio - Helak przedstawił świat, który łączy wyobraźnię narracyjną z twardą strukturą opowieści o świecie nieprzemijających i urzeczywistnionych wartości. Góra Tabor jest figurą losu świata, który był, minął, ale który wciąż porusza, nie pozwala wymazać się z pamięci i który stanowi wyzwanie dla świata zapatrzonego w siebie, zmiennego, błądzącego i moralnie wypalonego.
Bohaterem utworu jest człowiek, który wędruje przez świat nie tylko w sensie dosłownym, ale także wewnętrznym, można powiedzieć duchowym. Janio, bo takie zdrobnienie przylgnęło do niego od dzieciństwa, jest postacią posłuszną jakiemuś głosowi, który go prowadzi. Cały zaś świat zewnętrzny jest tutaj nie tyle zamkniętą i jedyną przestrzenią, którą możemy przyjąć i zmieniać, dostosowując ją do własnych planów, ale stanowi perspektywę otwartą, pole, przez które trzeba przejść, aby znaleźć rzeczywisty cel swojego życia. Mówi o tym sam tytuł powieści, wskazujący na znaczenie i moc przemiany. Janio nieustannie wspina się ku jakiemuś, niejasnemu przecież dla niego samego, szczytowi.
Tło opowieści wyznacza głównie czas międzywojenny. Bohater urodzony w bogatej, ziemiańskiej rodzinie, wychowywany przez surowego i nieokazującego uczuć ojca, wiąże swoje losy z wojskiem odradzającego się państwa polskiego. Ten wątek pozwala autorowi odmalować historię zewnętrznych i wewnętrzny zmagań o Polskę, wolność i wartości z perspektywy kogoś, kto reprezentuje bardzo ofiarne i gotowe do poświęceń pokolenie, wstępujące do Legionów i Strzelca, walczące w obronie Lwowa i broniące Polski przed bolszewikami w 1920 roku. Janio staje w pierwszym szeregu, awansuje, jest u progu kariery, żeni się z piękną, mądrą kobietą. I oto niespodziewanie przychodzi rok 1926. Janio jako oficer i wykładowca w szkole podchorążych piechoty broni mostu w Warszawie przed oddziałami Piłsudskiego. I stało się tak, że oto on, kiedyś ulubieniec Komendanta, nie chce go wpuścić do miasta, każąc teraz swoim żołnierzom ładować broń i zająć pozycje strzeleckie. Wybiera. Pozostaje wierny przysiędze, odrzuca pokusę buntu. Ten dramatyczny moment w rzeczywistej historii Polski staje się momentem zwrotnym w życiu bohatera. Wybrał i wstąpił tym samym jakby na kolejną, przybliżającą do szczytu i celu wyżynę. W perspektywie realnej oznacza to jednak porażkę, Janio zostaje pozbawiony stanowiska w szkole i wysłany do odległej strażnicy wojsk pogranicznych na Kresy. To koniec marzeń o awansach i karierze. Ale to tam, w kresowych miasteczkach, podczas wypełniania nudnych obowiązków utrwala się w nim wewnętrzny spokój i umacnia się cnota pokory. Nie jest to proste i łatwe, ale krok po kroku Janio staje się wewnętrznie coraz silniejszy.
Z tego dalekiego świata wraca po śmierci ojca i brata do miejsca, z którego wyszedł - do rodzinnego majątku. I tutaj znowu staje przed wyborami, musi podejmować decyzje, wybrać kryteria działania. Odbudowuje zrujnowany przez niegospodarność brata majątek, dba o służbę, stara się działać prosto, sprawiedliwie i - co teraz zaczyna być już jawne i widoczne - zgodnie z chrześcijańską zasadą miłości. Ale historia biegnie swoim torem i tak jak kiedyś Janio stanął naprzeciwko ukochanego Komendanta, tak teraz staje naprzeciwko prawdziwego zła. Wybucha wojna. Cały uporządkowany świat zapadł się, rozsypał. I oto ten straszny czas jest dla bohatera czasem moralnej wielkiej próby. Janio wielokrotnie staje przed trudnymi wyborami, musi pokonywać w sobie różne bariery, panować nad tym, by nie zatracić się w świecie okrutnym i pełnym zła.
Helak w Górze Tabor ukazał dwie, o przeciwnych zwrotach drogi. Pierwsza jest drogą historii świata, ludzi, pełną zdarzeń i wypadków czasami tragicznych, innym zaś razem zabawnych i śmiesznych. Ta droga może kojarzyć się z tendencją schyłkową, z rozkładem cywilizacji i kultury, i jest zgodna z koncepcjami katastroficznymi, które tak licznie pojawiły się w filozofii i socjologii w pierwszych dekadach XX wieku. Druga droga to ścieżka osobista, własny trakt bohatera. Jest ona trudna i pełna miejsc niebezpiecznych. Ale Janiowi udaje się je omijać, chociaż zwłaszcza w strasznych chwilach wojny, kiedy żadne ludzkie prawa nie obowiązywały, bywał bezradny: "A Janio czuł w tych dniach wielką pustkę, ten świat odchodził i powinien się cieszyć, że niedługo skończy się ta zaraza, a jemu, jakby na przekór, nocami ciemne obrazy się objawiały, które dopiero miały nadejść, i lęk ogarniał go coraz głębszy, ale źródła nie mógł rozpoznać". Świat, który się wyłaniał powoli z wojennej i okupacyjnej ciemności, nie budził nadziei. Ale mimo to Janio starał się iść i postępować według zasad opartych na odpowiedzialności, szacunku do innych oraz miłości jako źródle wszelkiego dobra. Zarysowanie tych dwóch dróg, a właściwie wymiarów świata i osoby, jest zdecydowanym przekreśleniem fatalizmu. Helak ukazuje postawę, która może ocalić człowieka, jego godność i prawdziwie ludzki wymiar. Ta postawa rodzi się z wiary, z zaufania do Boga i Opatrzności.
Góra Tabor jest powieścią opartą z jednej strony na historii zdarzeń prawdopodobnych, zamykających się w granicach ludzkich doświadczeń i przeżyć, ale główny jej akcent pada na sens ludzkiego życia, na to, co ukryte w głębi człowieka i co stanowi jego duchowy kierunkowskaz. To jest dla autora kwestia zasadnicza. Janio jest bohaterem dźwigającym ogromny ciężar moralnej odpowiedzialności. Każdy jego krok, każda decyzja, każde słowo mają swoje miejsce w planie świata, który pisarz stara się nie tylko przedstawić, ale utrwalić w pamięci czytelnika. To plan wykraczający poza ramy ziemskiej egzystencji. Janio jest postacią zdecydowanie wyrastającą ponad swoje rodzinne, społeczne i zawodowe środowisko. Jest kimś wyjątkowym. Takie było zamierzenie autora. To miał być ktoś, kto podejmuje wyzwanie, kto idąc przez życie, kieruje się najwyższymi normami moralnymi wypływającymi wprost ze źródła wiary.
Książka Wiesława Helaka ma poza wszystkim wymiar paraboliczny. Jest i opowieścią, i przypowieścią, otwiera perspektywę niezwykle szeroką i daleką. To powieść wiążąca różne poziomy rzeczywistości z horyzontem metafizycznym. Jeśli ktoś taki horyzont odrzuca, to przynajmniej po lekturze Góry Tabor ma okazję dłużej pomyśleć i zastanowić się, dlaczego to czyni.
Opowieśćpograniczna
Artur Madaliński
Krzysztof Niewrzęda
Confinium
Szczecińska opowieść
Szczecin : "Granda", 2020
432 s. : il. ; 22 cm. - zł 49,90
Czasami warto zacząć od tytułu. Tak jest w przypadku nowej książki Krzysztofa Niewrzędy, którą autor - poeta, prozaik, eseista, radiowiec - nazwał Confinium. Szczecińska opowieść. Metatekstowa wskazówka z miejsca (nomen omen) aktywuje prozatorską tradycję, do której odwołuje się pisarz.
W najszerszym planie jest nią, tak istotna dla lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, literatura "małych ojczyzn", w nieco węższym - pisarstwo "skomplikowanej lokalności" (na przykład Drach Szczepana Twardocha), w najbardziej zaś skondensowanym - narracje o Szczecinie (szkice i powieść Eine kleine Artura Daniela Liskowackiego czy twórczość, zwłaszcza Bambino, Ingi Iwasiów). Pierwsza część tytułu (łacińska nazwa pogranicza), wprowadza natomiast figurę, która - na różne sposoby przez Krzysztofa Niewrzędę funkcjonalizowana - wyznacza najważniejszy, jak myślę, trop interpretacyjny tej całkiem udanej powieści.
Jej głównym bohaterem jest Tadeusz, były więzień obozu koncentracyjnego, dwudziestojednoletni młodzieniec, którego rodziców i brata zamordowali hitlerowcy. Mamy pamiętny rok 1944, Tadeusz pracuje przy odgruzowywaniu Stettina, gdy w ruinach zbombardowanego miasta odnajduje Reginę Jungfer. Niemka, która przed wojną mieszkała w Szczecinie (nazwisko panieńskie Stettinensis), zabiera go do pobliskiej wsi, gdzie "polaczek" ma pomagać w pracach gospodarskich. Tadeusz pracuje solidnie, ale równocześnie zakochuje się w atrakcyjnej dysponentce. Kobieta odwzajemnia uczucie i wprowadza kochanka nie tylko w uroki pierwszych miłosnych uniesień, ale także w nieistniejący już świat przedwojennego Stettina: "Dysząc ze szczęścia, zasypiali przytuleni lub zagłębiali się w historie, którymi Regina obdarowywała Tadeusza niczym Szeherezada". Ewokowany w codziennych opowieściach obraz miasta ufundowany jest wszakże na skrzyżowaniu fantazmatu z nostalgią - przywołuje nie tyle realne miejsce, co wyobrażoną Arkadię, która wypełniony mieszczańskimi rytuałami czas szalonej młodości Niemki oprawiła w mityzujące ramy. Nic to jednak, bo nie o pamięć przecież Reginie chodziło, lecz o zapomnienie - opowiadane historie sprawiały, że wojenna rzeczywistość oddalała się i przypominała o sobie tylko dalekimi pomrukami dział i stłumionymi odgłosami wybuchających w Szczecinie bomb. Miłość, praca w gospodarstwie, opowieści o przeszłości, rzadkie spory - tak, nieledwie sielankowo, wygląda życie nieprawomyślnie zakochanych. Do czasu.
Wiemy bowiem skądinąd, że realna Historia często brutalnie rozbija historie fikcyjne. Oto wojna ma się ku końcowi i do wsi zbliżają się wojska sowieckie. Czerwonoarmiści siłą wprowadzają nowy porządek, mordując i niszcząc wszystko, co staje na ich drodze. Zawieszona na domu Reginy polska flaga miała zapewniać bezpieczeństwo, ale nic z tego - uderzona kolbą karabinu kobieta umiera, a oskarżony o faszyzm Tadeusz musi uciekać. Postrzelony, na granicy życia i śmierci, podziemnymi korytarzami dociera do Szczecina. To moment, w którym ze szwungiem napisana pierwsza część Confinium przechodzi w drugą - słabszą warsztatowo, nieco schematyczną i zdecydowanie zbyt rozwlekłą.
W powojennym Szczecinie rządzi chybotliwe prawo i silna pięść. Wyidealizowana w opowieściach Reginy kraina okazuje się królestwem przemocy - na każdym kroku głód, strzelaniny, szaber i niepewność jutra. Tadeusz zaczyna od zbierania z ulic trupów, a kończy jako urzędnik w Referacie Ewakuacyjnym, który organizuje transporty Niemców poza granice nowej Polski. Próbując ułożyć sobie życie, nieustanie styka się z rzeczywistością, w której zdewastowany wojną porządek wartości nie potrafi się ponownie ukonstytuować. Szczecin jest pograniczem w sensie geopolitycznym, ale też aksjologicznym: normy moralne, wybory etyczne, reguły przyzwoitego zachowania - wszystko zostało zawieszone, ponieważ historia po raz kolejny zatoczyła koło. Dawne ofiary są teraz katami, zwycięzcy kopiują bezwzględne metody poprzedników, niegdysiejsi prawodawcy podlegają dyrektywom entuzjastów nowego ładu. W tych warunkach widać aż nadto wyraźnie, że siła i gwałt są nie tylko nieodłącznymi atrybutami odhumanizowanego "procesu dziejowego", ale też atawistycznymi niemal kompetencjami konkretnych ludzi, bez względu na przynależność narodową czy społeczną. W swojej nowej powieści Krzysztof Niewrzęda świetnie pokazuje ten uniwersalny, kastrujący rudymentarne wzorce postępowania mechanizm działania Wielkiej Historii.
Tadeusz - oczytany w pismach Słowackiego i Conrada bohater o proweniencji romantycznej - chciałby wymknąć się destrukcyjnej sile przewalających się nad jego głową wypadków. Pomaga Niemcom, melduje władzom o łamiących przepisy Polakach, tłumaczy rozboje Sowietów jako wybryki "zwykłej hołoty", a nie (jak w przypadku nazistów) "wyszkolonych do mordowania oddziałów". Tymczasem okazuje się, że nic nie jest jednoznaczne, cierpienie wcale nie usprawiedliwia zemsty i terroru, wina nie bywa karana (lecz nagradzana), a trybom historii nie sposób uciec. Tak właśnie powstaje kolejne pogranicze - to, które rozciąga się na styku losu jednostki i zbiorowości. Ich wzajemne sploty są tak mocne, że nadzieje Tadeusza na wypracowanie przestrzeni definitywnej odrębności etycznej, przestrzeni sądów i wyborów wolnych od zmiennych kontekstów historycznych, obracają się wniwecz. Znamienny jest dialog głównego bohatera Confinium z Juliuszem, przyjacielem, który wstąpił do milicji i zwierza się ze swoich wątpliwości: "Ty dobrze wiesz, o co mi chodzi. Rodziców mi Sowieci wywieźli, a ja umacniam władzę ludową". "Co Ty gadasz? Przecież ktoś musi pilnować porządku. A Ty, jak widać, robisz to dobrze, skoro dostałeś awans" - odpowiada Tadeusz. Mówi tak nie dlatego, że jest lawirantem, ale dlatego, że już wie, jak trudno czasami odróżnić "umacnianie władzy" od "pilnowania porządku".
Druga część szczecińskiej opowieści jest przede wszystkim zapisem kształtowania się dojrzałej tożsamości, której nieusuwalny składnik to wojenna trauma, rodząca pokusę odwetu (na krótszą metę) i cynizmu (na dłuższą). Tadeusz z trudem akceptuje powojenną rzeczywistość, ale wie, że trzeba będzie w niej żyć, pogrążony we wspomnieniach o Reginie, spotyka się z kolejnymi kobietami, każdego dnia traci zaufanie do nowego świata, lecz tylko po to, by od nowa je zdobywać. Wdrukowany weń duchowy wzorzec romantyczny podlega nie tyle destrukcji, co przeobrażeniu - otorbiony doświadczeniami wojny zastyga w postaci intensywnego pragnienia, by nadziei na lepszą przyszłość nie poświęcać ciągle na ołtarzu bolesnej przeszłości. Nawet jeśli (co wiemy z kolei od Marii Janion) romantyzm i historia to kolejne pogranicze.