ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Nie przeciwstawiać książek życiu
Z Adamem Poprawą rozmawia Ireneusz Staroń
Na zakończenie spotkania autorskiego promującego Zaszłości pozdrowił pan także tych, którzy "w przyszłych czasach nas zobaczą", kierując dłoń ku jakiejś nieokreślonej dali. Wyobrażam sobie siebie z tych przyszłych czasów i zastanawiam się, jaką teorię czytania będę wyznawał za te kilka lat, z jakimi Zaszłościami się spotkam. W dobie powszechnej mediatyzacji takie ciągłe odgrywanie zapisów nikogo nie dziwi, jednak na potrzeby naszej rozmowy chciałbym je trochę udziwnić, wybiegając jednak nie w przyszłość, lecz biegnąc ku przeszłości. Czy przed laty, będąc młodym poetą, wyobrażał pan sobie siebie jako przyszłego czytelnika własnych wierszy? Czy dziś chciałby się pan spotkać z tamtym "Adamem Poprawą"?
Niekoniecznie, to był ktoś inny. Choć niby ja, to ktoś inny, jak zauważył kiedyś pewien siedemnastolatek. W każdym razie pisanie wierszy jest u mnie sprawą zamkniętą, nie tęsknię. Ha! Jest w pańskim pytaniu pokusa ponownego zaczęcia życia, przynajmniej od pewnego etapu, że ja dzisiejszy udzieliłbym dobrych rad sobie młodemu. O, gdybym wtedy wiedział to, gdybym znał tamto... Wiadomo jednak, że w niektórych wariantach takich alternatywnych historii wszystko ponownie dzieje się tak, jak już raz przebiegło.
W moim pytaniu była też druga pokusa - niemożliwego spotkania różnych "ja" w jakimś multiwersum. Oto "ja" piszący wiersze znajduję teraz jakąś szczelinę w wieloświecie i spotykam się z "ja" krytykiem literackim, przy stole siada "ja" piszący - powiedzmy - kryminały oraz - co już bardziej prawdopodobne - "ja" płynący żółtą łodzią podwodną Beatlesów. Poeta jednak pewnego dnia poróżnił się z kapitanem okrętu i teraz nadal rozmawia z Dantem w tym już osobnym świecie. Czy takie wieloświaty są jeszcze dzisiaj skutecznie możliwe? Mamy niby wiele literackich obiegów, więc i miejsce dla różnych pisarskich ról jednego autora się znajdzie, ale polskiej mniejszości kulturalnej jakby coraz mniej.
Pije pan do mojej książeczki poetyckiej Komentarz do Dantego sprzed, Pan Bóg łaskaw, ponad trzydziestu lat? Dziś odważyłbym się przeczytać komuś jeden, góra dwa wiersze stamtąd... Aczkolwiek zdziwiłem się parę tygodni temu, bo ktoś na Allegro kupił ten tomik za całe dwie dychy... A! Chyba że to pan, w ramach przygotowań do wywiadu? Serio zaś: pyta pan o różne "ja" we mnie czy o różne "ja" w życiu społecznym?
Może zacznijmy od "ja" w życiu społecznym.
Czyli chodziłoby o polską, światową zresztą też, mniejszość kulturalną... Coraz mniej nas, coraz trudniej się nam spotkać. Może niedługo założymy jednak na rękę te opaski z literką "i", jak na rysunku Mleczki? Gdyby problem polegał tylko na wielości obiegów, nawet, niech tam, zamkniętych, bez wspólnych obszarów ni punktów, byłoby jeszcze pół biedy. Gorzej, że ten nasz mniejszościowy kulturalny czy inteligencki obieg jest z różnych stron atakowany. Jeśli pan słucha na przykład Monteverdiego, to pan nie słucha Monteverdiego, tylko uczestniczy pan w wykluczających strukturach przemocy symbolicznej - zna pan na pewno tego rodzaju dyskursy. Jeśli czyta pan Simenona, to tym samym pogardza pan wykluczonymi, którzy nie czytają nic. I tak dalej. I nie idzie tu o wydumane interpretacje socjologiczne ani skwapliwie nawiedzonych publicystów. Po prostu coraz przykrzej w ogóle wychodzić na miasto, tak dojmujące i agresywne stało się życie społeczne.
I coraz przykrzej, i coraz "nigdziej". To "nigdziej" zapożyczam sobie od pewnej młodej poetki. Czy nie jest tak, że ta przykrość bierze się także z tego, że żyjemy w czasach antyfilologicznych? Filolog czerpie radość z analizy słowa, jego niejednoznaczności, a współczesna antykultura podaje mu wciąż kolejne syntezy, pomijając przy tym analizę. A bohater pańskich Zaszłości, któremu pożycza pan wiele ze swoich "ja", kiedy musi się przed czymś bronić, to właśnie pyta o słowo.
Ładne to "nigdziej"... Pauliny Subocz-Białek, prawda? Ale, ale: tak, czasy dziś antyfilologiczne, szerzej: antykulturalne. A filolog to miłośnik słowa, miłość zaś bierze się z zadziwienia, zachwytu, z uważności (powtarzam za Miłoszem, nie za późniejszymi użyciami). Nie ma literatury - czytania ani pisania - bez zdziwienia słowem, językiem. Czy natomiast można miłośnie zdziwić się bestsellerem, filmem z telefonu, obrazkiem migniętym na ekranie czy empetrójką słuchaną (hi, hi: słuchaną) w trakcie dziesięciu innych czynności? Tak że staram się uważać i dziwić. A że język nieraz wymyka się użytkownikom, tym większa atrakcja. Czasem więc wraz z moim autobiograficznym bohaterem łapiemy coś, co się komuś osobliwie powiedziało lub napisało. Zgoda, nieraz takie czyjeś wysłowienia natychmiast odsłaniają socjologię, mocną i niepokojącą. Nie musimy się spierać, czy zawsze najpierw jest słowo, czy też język jest wytworem społecznym. W każdym razie język szybko reprodukuje dzisiaj różne socjologie, rozmnaża je w tempie iście króliczym. Dlatego przypatruję się językowi z powodów obronnych. Nie powiem, zaczepnych też.
"Nigdziej" z Ostatniego lotu Filomeli, istotnie! Gdy mówił pan o uważności, przypomniał mi się angielski tytuł pewnego artykułu o Miłoszu - poetry of mindfulness. Artykuł oczywiście polski, słowa klucze się zgadzały, ale zamki jakby nieco inne. Dlatego za wskazanie tej uważności Miłoszowej tym bardziej dziękuję. Znów wracamy do różnych pańskich "ja". Mówi pan o sobie "były poeta", a metody twórcze pozostają poetyckie. Nawet ta tygodniowa karencja dla zapisów sporządzonych piórem, które gdy dojrzeją, dopiero trafiają do komputera, o czym wspominał pan w rozmowie z Karoliną Felberg na spotkaniu promującym Zaszłości. Niepokoi mnie natomiast ich objętość. Zapisy z najnowszej pańskiej książki notują się w latach 2013-2021. Czy przychodzą długie okresy bez zadziwień, czy też selekcja była tak ostra?
Miłosz sam pisał o uważności, w Piesku przydrożnym. W ten sposób przełożył, tak, mindfulness, który to termin znalazł w tekście buddyjskiego mnicha, najpewniej też przetłumaczonym. W każdym razie przypomniał Miłosz, że słowa "uważność" użył już Rej, oczywiście poza konotacjami buddyjskimi. No cóż, ciekawie wychodzi: Miłosz, Rej, teraz ja, ale pan pyta. Rzeczywiście, jest coś na rzeczy w poetyckiej metodzie moich zapisów: są krótkie, ale robione uważnie (może nawet uważnościowo, czemu nie?). Sporo tam skreśleń i poprawek, tych z pierwszego zapisu, mniej już tych, na które się decyduję przy przenoszeniu do komputera. Tak mniej więcej pisałem kiedyś wiersze (bez komputera, bo jeszcze wtedy nie miałem, to naprawdę dawne czasy). Teksty dyskursywne czy nawet felietony (nawet, bo to też literatura) piszę inaczej, szybciej, co oczywiście nie znaczy, że bez pilnowania siebie i języka. Żebyśmy tylko nie popadli w genologię Kapuścińskiego, który podzielił kiedyś piszących na poetów, prozaików i eseistów, w zależności od ich stosunku do języka, tak jak to sobie bałamutnie ów mianowany pisarzem reporter wyobrażał... A że Zaszłości długo powstawały - pewnie nie brakowało i okresów posuchy, a prozy nie ma co forsować.
Ta uważność Miłoszowa wiąże się także z głośnymi swego czasu epifaniami nowoczesnymi. Tu z kolei przypomina się pański ulubiony James Joyce, którego zbiór krótkich zapisów, zatytułowany właśnie Epifanie, ukazał się w pańskim tłumaczeniu w 2016 roku. Zwłaszcza przy Walcach wolnych, walcach szybkich krytyka zestawiała pańskie pisanie z tamtymi epifanicznymi prozami. Jakby z ducha: "First we feel. Then we fall". No właśnie - pisanie rodzi się bardziej z czucia czy bardziej ze spadania? Jest pan bardziej epifanem czy ironistą?
Epifani, jest takie imię... Jedno nie wyklucza drugiego, można być i epifanikiem, i ironistą. Trzeba tylko przypomnieć, że epifania Joyce'owska ma wcale szczególne znaczenie. Irlandczyk sam zresztą komplikował i zacierał terminologiczne ślady. Więc że epifania jako prześwit, jako otwarcie zwykłości na coś poza, a przynajmniej niezwykłego, to jasne. Ale, i tu jest genialny pomysł Joyce'a, epifania to również skupienie na jakimś detalu z codzienności, nawet na banale, i takie zatrzymanie jest samowystarczalne, już nie trzeba szukać głębi. Epifania spełnia się w tekście. Pamięta pan ze Stefana bohatera ten przykład? "Ale ty jesteś straszna szelma" - takie mniej więcej zdanie wypowiada młoda kobieta do mężczyzny, przeciąga słowa. Autobiograficzny Stefan przechodzi ulicą i to słyszy - i wystarczy. Ani on, ani my nie wiemy, o co chodzi tym dwojgu, i nie trzeba tego znać. Trzeba tylko usłyszeć czy dokładniej: wysłyszeć i umieć zapisać.
A ten zapis "wyzwala z automatyzmu percepcji", jak powiedziałby Wiktor Szkłowski. Dla mnie takim wyzwalaczem był na przykład wyimek: "Nie planowałem // , zbiegło się" z listopada 2020 roku. To pańskie, ale mogłoby być Joyce'a. Błysnęło, zamknąłem książkę, wróciło. Jak "haust czystej ultramaryny, przez który przewiewa wieczność", powiedziałby Schulz. Ale schodząc na ziemię: czy takie kalambury mogą nas ocalić, jakoś po ludzku pomóc, kiedy wokół tyle tonów minorowych?
Miłe, acz kłopotliwe zestawienie z Joyce'em, kłopotliwe też dla pana, bo mógłbym dociskać, gdzie by dokładnie Joyce tak ewentualnie napisał. Ale zostawiam, bo czyha jeszcze większy kłopot, pana pytanie o pomoc i ocalenie. Gdybyśmy rozmawiali przed kamerą, może wykpiłbym się, przedstawiając odpowiedź, której udzieliło echo? Serio zaś: jak coś tak mocno uda nam się w języku, przeczytać lub napisać, to chyba już coś, prawda? A jeszcze coś się znajdzie do posłuchania, zobaczenia, niemało tego, jak pomyśleć. I nie jest chyba przy tym, z tym tak, że z jednej strony jesteśmy pan czy ja, czy ktoś, kto nas właśnie czyta - a z drugiej Joyce, Schulz, by poprzestać na tych przed chwilą wymienionych. Jak w czytaniu naprawdę doszło do czegoś poważnego, to Joyce lub Schulz zostają w nas, nas kształtują, odbieramy świat z ich - właśnie - pomocą, składamy się także z nich.
Skoro już jesteśmy przy uobecnianiu się naszych literackich przyjaciół w nas samych, chciałbym spytać o pańską przygodę z autorem Ulissesa. Czy to była przyjaźń od pierwszej strony? Każdy czytający w pewnym momencie sięga po Joyce'a, ale przecież nie każdy zostaje potem jego tłumaczem.
PROZA OBCA
Fińska herstory
Elżbieta Żurawska
Tommi Kinnunen
Powiedziała, że nie żałuje
przeł. z fiń. Sebastian Musielak
Poznań : Wydaw. Poznańskie, 2023
319 s. ; 21 cm
(Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich)
O pomyśle na powieść Powiedziała, że nie żałuje Tommi Kinnunen zajmująco opowiada w jej wstępie. Autor, debiutujący w Finlandii w 2014 roku, opublikował w sumie pięć książek, z których dotąd na polski przełożono trzy. Tym razem chciał napisać powieść drogi.
Podjął w niej pewien wątek fińskiej historii z końca drugiej wojny światowej - wątek niezwykle ważny, a jednocześnie, jak zauważył pochodzący z północnej części kraju Kinnunen, "znacznie mniej jasny" dla mieszkających na południu.
W Polsce wojenne losy Finlandii są chyba jeszcze bardziej obce, stąd trafna decyzja o dodaniu do wstępu wyjaśniających przypisów tłumacza - lekturę ułatwi co najmniej podstawowa znajomość historii tego państwa w latach 1939-1945. Po dwóch wojnach radziecko-fińskich, zimowej (listopad 1939 - marzec 1940) i kontynuacyjnej (czerwiec 1941 - wrzesień 1944) Finlandia zawiera we wrześniu 1944 roku rozejm z ZSRR i zobowiązuje się tym samym do usunięcia ze swojego terytorium Niemców, których była sojuszniczką od maja 1941. Ci wycofują się do Norwegii, stosując taktykę spalonej ziemi. Walki trwają kilka miesięcy, do 27 kwietnia 1945 roku.
Szerokie ramy, w które wpisuje się powieść Kinnunena, to temat koegzystencji fińskiej ludności cywilnej z niemieckimi żołnierzami, przy czym szczególne zainteresowanie autora budzi węższa kwestia: co mogło popchnąć Finki do zaciągnięcia się do pracy u nazistów. A jeszcze konkretniej - jak ten etap w ich życiu się skończył, czyli co po kapitulacji Niemiec stało się z tymi, które wraz z armią niemiecką dotarły do Norwegii. W ogólnych zarysach ich los jest znany - niektóre zostały ewakuowane do Niemiec, inne wróciły do Finlandii, spośród nich część najpierw przewieziono do Oslo, a stamtąd, przez morze, do fińskiego obozu w Hanko.
Pisanie powieści poprzedziła praca z materiałami historycznymi, archiwalnymi i naukowymi. Autor czytał o zniszczeniach na północy, odbudowie dróg, ochronie pogranicza, zgłębiał obozowe protokoły z przesłuchań. Na temat dalszych losów Finek, które wróciły z Norwegii do domów, źródła jednak milczą, a same bohaterki tych wydarzeń już nie żyją. Historie o nich Kinnunen (urodzony w 1973 roku) pamięta z własnego dzieciństwa. Z lat szkolnych przypomina sobie także uwagi nauczycielki historii o tych "zmęczonych, milczących kobietach", które nie chciały z nią rozmawiać o wojennej przeszłości. Swoją książkę autor dedykuje właśnie im, "tym, którym najłatwiej było milczeć".
W centrum powieści umieszcza grupę pięciu kobiet, decydujących się na pieszą wędrówkę z północnej Norwegii do Finlandii. Tekst poprzedza motto - zaczerpnięty z Księgi Wyjścia cytat o Bogu, który wyprowadza swój lud z niedoli "do ziemi opływającej w mleko i miód". Biblijną wędrówkę Żydów przez pustynię wspomina także jedna z postaci. Droga, którą pokonuje ona i jej towarzyszki, jest zgoła inna. Wiedzie od względnego dobrobytu do nędzy, od pracy dla zwycięzców do kolaboracji z wrogiem, od wspólnoty interesów do wykluczenia. Nie chodzi przy tym wyłącznie o losy Finek. Jeszcze w obozie w Norwegii bohaterki dochodzą do wniosku, że "Norweżki to chyba najgorsze mają dopiero przed sobą".
Zaminowanymi drogami, przez zniszczone mosty kobiety przemierzają obrócony w ruinę krajobraz, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że zniszczeń tych dokonała armia, dla której pracowały do samego końca. Nie uciekają od problemu współodpowiedzialności: "Same nie przykładały do tego ręki, ale rozumiały, że brały w tym udział, bo swoją pracą ułatwiały Niemcom podobne działania". Pytania o ich winę i karę, którą gotowe jest im wymierzyć społeczeństwo, pozostają jednak bez łatwych odpowiedzi.
Kategoria płci ma w snutej przez Kinnunena opowieści znaczenie kluczowe. Tragiczną specyfikę sytuacji kobiet autor zaznacza od razu we wstępie - "Finowie, którzy walczyli u boku armii niemieckiej, mają swoje towarzystwo pamięci, natomiast z pracujących dla tej samej armii Finek zrobiono po wojnie albo kurwy, albo nastolatki, którym miłość uderzyła do głowy" - a potem wielokrotnie podkreśla. W otwierającej powieść scenie od norweskiego nabrzeża odbija statek z ewakuowanymi niemieckimi żołnierzami. Kobiety zostają na lądzie. W ich uniesionych dłoniach odpływający mężczyźni widzą "sentymentalny gest miłości, a nie rozpaczliwe wołanie (...) o umożliwienie ucieczki z tego ślepego zaułka, do którego wpędziła je wojna. (...) Oni nie musieli się bać, bo za nich zawsze ktoś odpowiada, a kobiety są na wojnie zdane na siebie, polują na nie wszyscy". Tę dramatyczną różnicę w bardziej obcesowych słowach komentuje jedna z Finek: "Nasi chłopcy też poszli z Niemcami. I co? Ich również pędzono ulicami jak bydło?"
Bohaterki wyprawy poznajemy tak, jak one poznają się nawzajem w drodze - stopniowo i raczej pobieżnie. Z czasem okazuje się, że "kobieta w kamaszach" to Siiri - kancelistka, przedwojenna nauczycielka, zaś "ta w płaszczu wojskowym" to Veera z pralni, wiejska prostytutka, a "stara pielęgniarka" ma na imię Aili. Ich przeszłość znamy tylko w zarysach. O powodach, dla których służyły niemieckiej armii, dowiemy się niewiele. Niedużo ujawnia narracja prowadzona z perspektywy postaci, głównie Irene, która wyrasta na główną bohaterkę powieści, ale także, w mniejszym stopniu, z perspektywy jej towarzyszek. Irene opuszcza męża i podąża za Niemcami "w zasadzie bez zastanowienia" - to jej reakcja na życie rodzinne, które "po prostu ucichło".
Finały historii tych kobiet zaskakują, co jest jednym z wielu atutów powieści. Zwłaszcza w przypadku postaci, które w krytycznych okolicznościach potrafią przekuć swoje dramaty w nowy początek: tak, by móc kiedyś powiedzieć, że nie żałują.
Kolejnym atutem tekstu jest piękny, poetycki język, przede wszystkim w opisach krajobrazu, w kluczowych momentach podkreślający jedność bohaterek z przyrodą. I tak na przykład Irene na pewnym etapie wędrówki stapia się z otaczającym ją lasem: "Jej oddech szumiał wiatrem w koronach chojarów, jej serce stukało dzięciołem w spróchniały pień".
Zapowiadając temat powieści, autor posługuje się dwoma banalnymi stwierdzeniami, których wagę wciąż chyba za mało sobie uświadamiamy: "Każdy musi dokonywać wyborów, o których dopiero po czasie może powiedzieć, czy były dobre czy złe". A także: "W życiu każdego człowieka zachodzą wielkie zmiany, często jednak docierają do nas jedynie historie tych najsilniejszych". Na rodzimym podwórku też mamy historie tych słabszych, które wciąż czekają, aż ktoś je wypowie. Tymczasem możemy sięgnąć po bardzo dobrą powieść Kinnunena.
Czułość widmowej skały
Alicja Piechucka
Carson McCullers
Komu ukazał się wiatr?
Opowiadania zebrane
przeł. z ang. Michał Kłobukowski
Wołowiec : "Czarne", 2023
535 s. ; 21 cm. - (Opowiadania Amerykańskie)
"Ze wszystkich pisarzy Południa ona ma największą szansę wytrzymać próbę czasu. (...) Jej genialna proza jest jednym z niewielu osiągnięć naszej drugorzędnej kultury". Tak twórczość Carson McCullers podsumował jej rodak i kolega po fachu Gore Vidal.
Końcowe stwierdzenie jest dyskusyjne, bo Stany Zjednoczone, faktycznie często oskarżane o antyintelektualizm, bezrefleksyjność i prostactwo, dały ludzkości nie tylko jazz, wspaniałą kinematografię i wiodące szkoły nowoczesnego malarstwa i architektury, ale także - a może przede wszystkim - jedną z największych i najbardziej różnorodnych literatur świata. Trudno natomiast polemizować z oceną, jaką Vidal wystawił McCullers. Zmarła w wieku zaledwie pięćdziesięciu lat autorka powieści i opowiadań była postacią tragicznie dotkniętą przez los i zarazem obdarzoną fenomenalnym talentem. Potwierdza to lektura Komu ukazał się wiatr?, obszernego tomu zawierającego krótkie prozy McCullers, a także dwa z pięciu jej utworów klasyfikowanych zazwyczaj jako powieści. Zbiór jest częścią serii Opowiadania amerykańskie, zainicjowanej niedawno przez wydawnictwo "Czarne". Zarówno sama seria, jak i wybór tej konkretnej autorki to strzały w dziesiątkę. Amerykanie są bowiem mistrzami gatunku, a McCullers mistrzynią nad mistrzyniami i mistrzami.
Czytanie McCullers dziś, gdy od jej śmierci minęło przeszło pół wieku, potwierdza słuszność przepowiedni Vidala. Zebrane w omawianym tomie fikcje nie pozostawiają wątpliwości, że była ona jednym z najciekawszych głosów powojennej literatury amerykańskiej. Dziewiętnaście opowiadań i dwie mikropowieści, Ballada o smutnej kawiarni oraz W weselnym gronie - wydane wcześniej w innych przekładach jako Ballada o smutnej knajpie i Gość weselny - budzą zdumienie, zachwyt i poczucie obcowania z prozą, której słabości niełatwo wskazać, ponieważ prawdopodobnie ich nie ma lub mieszczą się co najwyżej w sferze subiektywnych opinii. Należy ponadto wziąć pod uwagę, że składające się na tom teksty wyszły spod pióra osoby młodej lub wręcz bardzo młodej: większość powstała, gdy McCullers nie miała jeszcze trzydziestu lat, a pierwsze dziesięć, zanim ukończyła dwudziesty rok życia. Choć tytuł jednego z jej juweniliów, Wunderkind, dotyczy młodziutkiej adeptki pianistyki (którą McCullers zresztą też była, nim zajęła się literaturą), równie dobrze może się on odnosić do samej autorki. Ostatecznie jednak wiek pozostaje tu sprawą drugorzędną, bo taki stopień kontroli i wirtuozerii na poziomie treści i formy jest rzadko spotykany w literaturze, również tej autorstwa dojrzałych tuzów. Przeżywający chroniczny kryzys twórczy bohater tytułowego opowiadania zbioru skarży się, że "pisarz musi ciosać widmową skałę"; jeśli trzymać się tej metafory, McCullers była rzeźbiarką doskonałą.
Posługując się językiem pozornie bezpośrednim, lecz w rzeczywistości wypracowanym, obrazowym i metaforycznym, McCullers tworzy prozę zdradzającą niezwykłą przenikliwość i błyskotliwość. Jest taka jak niegdyś protagonista wspomnianego właśnie opowiadania: "A przecież był czas (jak dawno temu?), gdy dzięki byle piosence z rogu ulicy lub jakiemuś głosowi z dzieciństwa panorama pamięci tak kondensowała przeszłość, że to, co przypadkowe i faktyczne, przeistaczało się w powieść, w fabułę... był czas, gdy pusta kartka przyzywała i porządkowała wspomnienia, a Ken czuł, jak objawia się widmo jego mistrzowskiego kunsztu". Fikcje amerykańskiej prozaiczki przynoszą takie właśnie uczucie harmonii, choć nie zawsze udaje się dokładnie określić, czemu należy je przypisać: może chodzić na przykład o wyczulenie autorki na mimikę twarzy, gesty i mowę ciała czy o jej umiejętność pisania o muzyce i dźwiękach w ogóle. Lista atutów jest oczywiście dłuższa, a ich suma daje po prostu wybitną i ponadczasową twórczość.
Siła omawianych tu utworów zasadza się przede wszystkim na tym, że amerykańska pisarka stosuje strategię "zero efekciarstwa". Jej prozy są wolne od fałszywych nut - by posłużyć się terminologią muzyczną, z której nierzadko i po mistrzowsku korzysta - ale też pozbawione fajerwerków. McCullers po prostu snuje opowieść, przybierając czasem nieco gawędziarski ton, ale i z tym nie przesadzając. Jej głos brzmi przekonująco i bezpretensjonalnie, choć jest zarazem precyzyjny i wyrafinowany. Specjalnością amerykańskiej prozaiczki są pojedyncze, wplecione w tok narracji zdania, których nie da się zapomnieć. Narratorka Podwórka za Osiemdziesiątą Zachodnią, obserwująca z przejęciem niedole swoich sąsiadów, zauważa w końcu: "Bo widzicie, my wszyscy w tych mieszkaniach z widokiem na podwórko patrzyliśmy, jak inni śpią, ubierają się i w ogóle spędzają część życia wolną od pracy, ale nigdy nie rozmawialiśmy". O bohaterce innego utworu dowiadujemy się, że "w jej nerwach drgał jazzowy smutek". W jeszcze innym protagonistka szykująca się do walki na pięści z byłym mężem może się poszczycić "nie tylko talentem bokserskim, ale także tym, że umi[e] podłamać wroga, strojąc srogie miny i wydając wściekłe odgłosy, które chwilami trwoż[ą] nawet widzów". McCullers jest w zasadzie pisarką minimalistyczną, ale jej minimalizm porusza do głębi, i na poziomie czysto literackim, i bardziej zwyczajnym, ludzkim.
Tak dochodzimy do tego, co jest zapewne sednem prozy McCullers i literatury w ogóle: do opowieści o ludziach lub, jak ujmuje to narratorka opowiadania Korespondencja, o "życiu i innych sprawach". Cytat hołdowniczy i zarazem tytuł najsłynniejszej powieści pisarki, Serce to samotny myśliwy, jeden z najpiękniejszych w literaturze amerykańskiej, wskazuje lejtmotyw jej twórczości: samotność, która towarzyszy dojrzewaniu, ale także odmienności; której przyczyny mogą być rozmaite, ale która staje się źródłem marginalizacji i cierpienia. Bohaterowie i bohaterki Komu ukazał się wiatr? to dzieci lub nastolatkowie wchodzący w dorosłość, sieroty, Żydzi i Afroamerykanie, artyści, osoby o nietypowej fizyczności albo niewpisujące się w tradycyjne schematy dotyczące płci, alkoholicy, ludzie schorowani lub borykający się z problemami emocjonalnymi. Krótki fragment dialogu między czarną gosposią a dwójką białych dzieci z mikropowieści W weselnym gronie mógłby w zasadzie służyć za motto całego tomu: "O czym to my gadalim? - O dziwnościach". Postaci zaludniające zbiór sporo zatem łączy, co nie zmienia faktu, że cechuje go jednocześnie duża różnorodność, a każdy kolejny tekst przynosi świeże i nieco zaskakujące doświadczenie lektury.
Zebrane w Komu ukazał się wiatr? opowiadania cechują uniwersalność i aktualność poruszanej w nich problematyki. Jednocześnie jednak koloryt lokalny jest w nich silnie obecny. Z tego względu umieszczenie na okładce reprodukcji obrazu Andrew Wyetha, malarza wspaniałego, ale związanego z północnym wschodem Stanów Zjednoczonych, wydaje mi się niezbyt trafne. Pochodząca z Georgii McCullers sytuuje akcję części swych próz na Głębokim Południu, w regionie, który wydał wielkich pisarzy, ale też zapisał się w historii jako siedlisko niewolnictwa, rasizmu, przemocy i niesprawiedliwości społecznej. Genialnie zostało to ukazane w opowiadaniu Nietutejsi, w którym nie dzieje się niemal nic, a jednak zostaje powiedziane wszystko - i o relacjach rasowych w byłych stanach konfederackich, i o antysemityzmie na świecie. Utalentowana córka Południa nie żałowała sobie, pisząc o rodzinnych stronach. Prorokinią we własnym kraju nie była, a Południe jej nie kochało. Nie mogło, ponieważ Dixie w ujęciu McCullers to kraina zapyziała i dość odpychająca, naznaczona brudem, ubóstwem i nierównościami, niewolna od nadużyć i patologii, skłonna do zabobonów i absurdów, deprymująca dla białych o szerszych horyzontach, opresyjna dla czarnych. Synekdochami takiego właśnie Południa są miejscowości, w których rozgrywają się Ballada o smutnej kawiarni i W weselnym gronie, kanoniczne teksty nurtu zwanego "południowym gotykiem", reprezentowanego także przez Williama Faulknera, Flannery O'Connor, Trumana Capote i Tennessee Williamsa, za znaki rozpoznawcze mającego groteskę i makabrę, a często też fantastykę.
Fikcje McCullers wywołują przygnębienie, lecz także uśmiech lub wręcz śmiech - komizm to kolejna mocna strona pisarki, którą trudno generalnie uznać za optymistyczną. Niewiele utworów literackich wzbudziło we mnie taką wesołość jak Ballada o smutnej kawiarni, hiperboliczna i kuriozalna historia miłosnego trójkąta, tworzonego przez nietuzinkową, "niekobiecą" kobietę, niskorosłego, garbatego i wrednego człowieka, którego obdarzyła głębokim uczuciem, oraz odrzuconego przez nią byłego męża, najpiękniejszego mężczyznę w okolicy. Zabawne momenty odnaleźć można także w zasadniczo smutnym południowym Bildungsroman W weselnym gronie, którego bohaterka, niespełna trzynastoletnia chłopczyca Frankie Addams, jest po prostu niemożliwa. Trudno się nie uśmiechnąć i nie wzruszyć, czytając opowiadanie Madame Zilensky i król Finlandii, w którym uznana kompozytorka i matka trójki dzieci konfabulowaniem rekompensuje sobie niedostatki życia poświęconego wymogom sztuki. Opowieść o uroczej mitomance dobrze ukazuje jeszcze jedną, być może najważniejszą cechę pisarstwa McCullers: czułość, z jaką przygląda się ona swoim postaciom, udzielającą się również tym, którzy jej prozę czytają.
JAKA JESTEŚ, KLASYKO?
Bobkowski jako eseista
Maciej Urbanowski
Andrzej Bobkowski
Na tyłach
Eseje i szkice
Warszawa : Państ. Instytut Wydawniczy, 2023
391 s. ; 21 cm
O wydanym przez PIW w ramach swoistej dylogii Spotkaniu. Opowiadaniach Andrzeja Bobkowskiego pisze na tych łamach Sławomir Buryła. Tom Na tyłach zawiera - zgodnie z podtytułem - eseje i szkice Bobkowskiego. Ze Spotkaniem łączy ów zbiór także szata graficzna i autor opracowania: Krzysztof Ćwikliński. To specjalista od biografii i twórczości autora Szkiców piórkiem, wydał na ten temat gruby zbiór szkiców, był edytorem dramatu Bobkowskiego i wyboru jego opowiadań Punkt równowagi.
W Na tyłach Ćwikliński zebrał i ułożył - w porządku chronologii publikacji - "eseje i szkice" Bobkowskiego, a także opatrzył je obszernymi komentarzami i równie obszernym posłowiem. To ostatnie umieszcza teksty drukowane w Na tyłach na szczegółowo rekonstruowanym tle biograficznym. To zaś od razu sygnalizuje, iż eseistyka Bobkowskiego miała charakter autobiograficzny: stanowiła komentarz do tego, co wydarzało się wtedy w życiu autora. Najważniejsza była decyzja o wyjeździe w 1948 roku z Francji do Gwatemali i założeniu tam sklepu modelarskiego. Ważne było zderzenie Bobkowskiego z Ameryką Południową, ogarniętą rewolucyjną gorączką, a potem nadzieje związane z tym, co działo się w PRL w czasie odwilży. Była wreszcie choroba Bobkowskiego, która doprowadziła do jego przedwczesnej śmierci w wieku zaledwie czterdziestu ośmiu lat.
Zawartość Na tyłach nie zaskoczy wielbicieli Bobkowskiego. Nie ma tu nowych tekstów. Wszystkie z czternastu były publikowane w prasie emigracyjnej (głównie w "Kulturze"), część z nich zebrano potem w paryskim Coco de Oro z 1970, resztę wydał po 1989 roku Paweł Kądziela. Wartością dodaną edycji najnowszej jest wspomniany aparat krytyczny i bardzo solidna oraz ładna szata edytorska, z okładką, która reprodukuje abstrakcję Agaty Czernikiewicz. Bobkowski uwielbiał impresjonistów, nie lubił malarzy nowoczesnych, ale obraz z okładki spodobałby mu się - przez intensywną zieleń kojarzącą się z witalizmem, którego był intuicyjnym wyznawcą, i przez pewien minimalizm oraz prostotę, które cechowały też jego styl literacki.
Ćwikliński nie miał chyba łatwego zadania, decydując, który z tekstów Bobkowskiego jest esejem, a nie nowelą czy opowiadaniem. Alma i Wielki Akwizytor znalazły się w Spotkaniu, choć są raczej esejami. Bardzo literackie Lourdes weszło do zbioru esejów i szkiców, tam też znalazły się "małe dzienniki", jak by je nazwał Maciej Nowak, a więc Wiosna w Paryżu, Baskijski list czy Na drogach Francji. Trudno znaleźć bezdyskusyjną definicję eseju, o szkicu nie mówiąc, co uświadamiamy sobie ostro przy okazji tak formalnie wyzwolonego pisarstwa, jak to było w przypadku Bobkowskiego. W posłowiu Ćwiklińskiego pojawią się więc takie uszczegóławiające określenia zamieszczonych w Na tyłach tekstów jak filipika, gawęda, pean czy diatryba. A tytułowy szkic, w którym Bobkowski w formule ni to dziennika, ni to reportażu opisuje swe pierwsze miesiące w Gwatemali, autor wyboru nazywa mianem "eseju aklimatyzacyjnego, autoterapeutycznego i autoperswazyjnego".
Zgodzić się trzeba, iż żywioł eseistyczny dominuje w tekstach Bobkowskiego. Myślę tu o ich ekspresyjności, subiektywizmie, literackości, szkicowości, no i zwięzłości. Najdłuższy - dwadzieścia siedem stron - w Na tyłach jest polemiczny artykuł polityczny Zachód nareszcie wyzwala, najkrótsza jest siedmiostronicowa recenzja powieści Choromańskiego.
Najsłynniejszy z kolei to Biografia wielkiego Kosmopolaka z 1960 roku. Ta obszerna recenzja biografii Josepha Conrada autorstwa Jocelyna Bainesa jest rodzajem testamentu Bobkowskiego. Ale to także manifest postawy, którą określała wynaleziona przez pisarza polemiczna formuła. Łączyła ona wartości w jego przekonaniu traktowane przez Polaków jako sprzeczne. On chciał je połączyć - w sobie i w nas, uwrażliwiając na model polskości pewnej siebie, zwycięskiej, ale też współodpowiedzialnej za świat. Kosmopolak stał się "skrzydlatym słowem" i wszedł do języka polskiej inteligencji lat osiemdziesiątych XX wieku. Inna rzecz, że gdyby Bobkowski dzisiaj napisał, iż woli Gwatemalę od Krakowa, nie wywołałby skandalu i nie złamał żadnego tabu. Nie wiem też, czy polubiłby dzisiejszych "kosmopolaków".
Nieco mniej sławny był Krzyk chuligana drukowany w "Wiadomościach" w 1958 roku. Ten z kolei trochę się zestarzał. Zblakła mocno gwiazda Marka Hłaski, młodzież po Październiku nie odegrała roli buntowników, fenomen młodzieżowych "chuliganów" nie tylko się upowszechnił, ale też nic specjalnie dobrego nam nie przyniósł. Charakterystyczny dla Bobkowskiego zachwyt młodością jest zresztą bardzo romantyczny i nieco paradoksalny w świetle jego ataków na polskich romantyków. Ciekawe też, czy pisząc ten esej, Bobkowski znał słynną Spowiedź chuligana Jesienina. Z kolei teza, iż "przewspaniały pigularz", pan Homais z Pani Bovary, byłby dzisiaj marksistą, ma wciąż walor aktualności.
Tytuł Na tyłach to chyba nie tylko wskazanie najważniejszego - zdaniem Ćwiklińskiego - tekstu, ale także metafora postawy eseisty. Być na tyłach to patrzeć na świat w stanie wojny, ale z perspektywy cywila lub kogoś, kto jest świadkiem, obserwatorem bardziej niż uczestnikiem. Także szukać takich miejsc, które mają status "tyłów" - plaża Biarritz, Lourdes czy Gwatemala byłyby ich dobrymi przykładami. Na takich cywilizacyjnych "tyłach" Bobkowski umie dostrzec to, co najważniejsze i centralne - także w odniesieniu do przyszłości. Ta go nieustannie niepokoi - zwłaszcza w odniesieniu do Francji czy Europy. Już w otwierającym tom znakomitym nekrologu i portrecie zarazem Hermanna Keyserlinga czytamy, iż "Zachód z całym jego dorobkiem duchowym poddaje się gwałtownym próbom rozbicia za pomocą zręcznie upozorowanego rozbicia równowagi umysłów, od najbardziej przeciętnych począwszy i na najświetniejszych skończywszy". Potem są stwierdzenia, iż "żyjemy w epoce rosnącego barbarzyństwa" lub: "Burzymy więcej, niż budujemy". Burzymy w sensie nie tyle materialnym, co duchowym, bo katolika i konserwatystę Bobkowskiego przygody nowoczesnej duszy najbardziej niepokoją. Ale cywilizacyjny katastrofizm eseista dopełnia wspomnianym już witalizmem, a więc zachwytem nad życiem, i humorem, nierzadko o bardzo czarnej barwie (jak w zamykającej recenzję powieści Choromańskiego anegdotce o wnuczce bawiącej się z babcią). No i Bobkowski jest "po prostu" wybitnym pisarzem - wciąż zachwyca mnie sposób, w jaki szkicuje ludzi czy pejzaże. Oto opis rodzącej się wiosny w Paryżu roku 1947: "Liście kasztanów, od razu wielkie, są jeszcze zmięte i pogniecione. Dusiły się w pączkach już naturalnej wielkości. Każdy z nich jest teraz zielonym damskim płaszczykiem z jedwabiu, wyszarpniętym wdzięcznie z torebki w oczekiwaniu deszczu".
Świetne, efektowne są też aforyzmy Bobkowskiego, zwykle wyprowadzane z obserwacji codzienności. Obserwacja tłumu w paryskim metrze kulminuje takim oto wnioskiem: "Są dwa rodzaje demokracji: ta, która chciałaby, aby wszystkie wagony były wygodne, i ta, która miękkie przerabia na twarde, uznając to za zdobycz ludu. Ta druga, to właśnie francuska". Nie mogę się powstrzymać, by nie dodać tu sentencji z Pytań wielkich ludzi: "Kultura, która nie tylko przestaje myśleć o podboju, ale nawet nie chce się bronić sama i zmusza do obrony prostaków, nie jest żadną kulturą; jest w najlepszym razie zabytkiem".
Ćwikliński twierdzi, iż "pomimo niewątpliwych dyspozycji Bobkowski nie został eseistą, przynajmniej w takim sensie, w jakim eseistami byli Jerzy Stempowski, Czesław Miłosz, Józef Wittlin, Konstanty Aleksander Jeleński, Tymon Terlecki czy Wit Tarnawski". Tym niemniej - dodajmy - stworzył co najmniej kilka tekstów, które weszły już do kanonu polskiej eseistyki. Jan Tomkowski w antologii Polski esej literacki zamieścił na przykład Wiosnę w Paryżu. A przecież świetne są również Lourdes czy Baskijski list, o eseju o Conradzie nie wspominając. Eseje i szkice nie były parergami Bobkowskiego, w tym też znaczeniu nie był on autorem jednego dzieła: Szkiców piórkiem. Znamienne też, że sporo z omawianych tu tekstów ukazało się kilka miesięcy temu w Niemczech w przekładzie Rona Mieczkowskiego.
LISTY
Haupt - Giedroyc albo Haupt - "Kultura"
Andrzej Niewiadomski
Jerzy Giedroyc, Zygmunt Haupt
Listy 1947-1975
oprac., wstęp i przypisy Paweł Panas
Warszawa : Towarzystwo "Więź"
Association Institut Littéraire "Kultura"
Instytut Dokumentacji i Studiów
nad Literaturą Polską. Oddział
Muzeum Literatury
im. Adama Mickiewicza, 2022
311 s. ; 21 cm. - (Archiwum Kultury ; 25) (Biblioteka "Więzi" ; t. 383)
W kwietniu 1967 roku Jerzy Giedroyc w liście skierowanym do Zygmunta Haupta pisał: "Pana Lutnia doczekała się najbardziej serio sprostowania. Kto wie, może Pan w końcu będzie oskarżony o zniesławienia honoru pułku czy munduru. Sprostowania, ma się rozumieć, nie zamieszczam i próbuję p. Tchórzewskiemu wytłumaczyć, czym się różni utwór literacki od wspomnień pułkowych. W każdym razie przesyłam je Panu do wiadomości".
To przekazanie korespondencji świadczy oczywiście o zaufaniu, jakim darzyli siebie redaktor "Kultury" i mało wówczas znany emigracyjny pisarz, ale bardziej istotna wydaje się treść listu byłego wojskowego naszpikowana pretensjami o przeinaczenie przez Haupta w opowiadaniu faktów związanych z sensacyjnymi wydarzeniami sprzed 1939 roku w koszarach w Żółkwi. Ta epistoła, wyjęta - jako aneks - z opracowanej przez Pawła Panasa korespondencji Haupt - Giedroyc obrazuje skalę niezrozumienia (i niedocenienia), z jakim spotykała się twórczość autora Lutni. Z jednej strony wydana na pastwę czytelnika (jak wspomniany były oficer) naiwnego, mylącego literaturę z kroniką wypadków, czy też oczekującego od literatury ewokacji (w najprostszej postaci) świata nieistniejących już stosunków społecznych, z drugiej strony niezauważana na ogół przez koryfeuszy kultury polskiej na emigracji i znajdująca swoich wiernych czytelników jedynie pośród nielicznych osób z tego grona.
W listach kierowanych przez Haupta do Giedroycia, ale też do innych osób z kręgu paryskiej "Kultury", zarówno lokatorów domu w Maisons-Laffitte (Marii i Józefa Czapskich, Zofii i Zygmunta Hertzów), jak i związanego z pismem Jerzego Stempowskiego, rysuje się portret twórcy-outsidera, który - owszem - traktuje swoje pisarstwo jak najbardziej serio, ale nie zabiega za wszelką cenę o uznanie. Liczy się zaistnienie w druku i liczy się opinia tych kilku przychylnych czytelników, otwartych na podobny typ wrażliwości i sposób postrzegania świata. Haupt wysoko cenił paryską "Kulturę" niemal od momentu jej powstania, a lektura pisma - jak wielokrotnie zaznaczał - była dla niego ucztą intelektualną, nie dziwi więc, że na początkowym etapie swojej drogi twórczej zabiegał przez osoby trzecie o możliwość druku u Giedroycia, co wydawało mu się formą większej nobilitacji pisarskiej niż druk w innych emigracyjnych pismach, włącznie z londyńskimi "Wiadomościami" (których zresztą nigdy do końca nie porzucił). Jednakże Haupt nie czynił ze swojej względnej amerykańskiej izolacji atutu, nie tworzył wokół siebie aury tajemniczości, nie budował żadnej legendy. Oddany był własnemu światu pisarskiemu i choć zdarzały mu się liczne momenty zwątpienia dotyczące powstających utworów, to nigdy nie czynił koncesji na rzecz mód czy sugestii płynących ze strony lepiej uplasowanych w literackiej hierarchii twórców.
Z jednej więc strony potrafił nawet najbardziej kuriozalne reakcje czytelnicze oswoić (o liście rotmistrza Tchórzewskiego napisał do Giedroycia, że jest "bardzo czarujący, znakomicie uzupełniający to, co ja sam napisałem. Prawie że spłakałem się nad nim"), z drugiej sumiennie pielęgnował przyjaźnie i znajomości z czytelnikami wchodzącymi w głąb jego prozy, potrafiącymi docenić złożoną materię wrażliwości plastycznej i muzycznej - i próbował z tych znajomości czerpać dalsze inspiracje na równi z tymi płynącymi z surowej, faktograficznej materii egzystencji.
Nie było to pisarstwo łatwe, jego recepcja obfituje w pomyłki nie tylko krytyczne, ale również (może nawet bardziej bolesne dla samego twórcy) lekceważące sądy kolegów po fachu. Ciekawą klamrę w tym względzie stanowi wymiana listów Haupt - Giedroyc z lat czterdziestych i lat siedemdziesiątych: pierwsza propozycja złożona Redaktorowi - odrzucona zapewne za sprawą dość nonszalanckiej opinii Herlinga-Grudzińskiego ("niezła imitacja Brunona Schulza, ale nie warto drukować w "Kulturze"") - i wiadomość z roku 1974, w której Haupt donosi o miłym i owocnym pobycie u Herlinga podczas wakacji we Włoszech, świadcząca o tym, jak bardzo zmieniła się opinia tego ostatniego o pisarstwie autora Deszczu. Także Miłosz, ceniący podobno pisarstwo Haupta (niekoniecznie zaś, zresztą słusznie, jego tłumaczenia z angielskiego i podpowiadający Giedroyciowi w tych sprawach) nie zająknął się nigdy w druku na temat oryginalności tej prozy. To zresztą stała przypadłość polskiego życia literackiego, czy to w kraju, czy na emigracji (znajdująca swoją kontynuację po dzień dzisiejszy): twórczość autorów niebędących niemal od początku kariery na ustach wszystkich krytyków i badaczy skazana jest na obecność w wąskim kręgu admiratorów niemających jednak wpływu na literackie hierarchie. Wydaje się jednak, że Haupt nie liczył na dużo więcej; to, co płynęło z listów Czapskich czy Stempowskiego było dla niego wystarczającym dowodem sensowności własnych poczynań.
Trzeba tu jednak oddać sprawiedliwość i Giedroyciowi. Jego stosunek do Haupta daleki był od jakiegokolwiek lekceważenia, co więcej: we właściwy sobie, oszczędny acz dobitny sposób, sygnalizował, że wysoko ceni tę twórczość. Bez względu na to, jak z kolei ocenialibyśmy kompetencje literackie Redaktora, należy przyznać, że akceptował ją bez żadnych zastrzeżeń i na przestrzeni wielu lat tylko jeden utwór (nie licząc przekładów) stał się między nimi przedmiotem kontrowersji, choć i ten fakt (krytyki Giedroycia wobec konkretnego fragmentu Złotej Hramoty) nie nosił znamion jakiegoś zasadniczego konfliktu. Poza wszystkim, mamy tu oczywiście do czynienia ze zderzeniem sumienności i systematyczności redaktora "Kultury" i dużo bardziej swobodnym podejściem do obowiązków i terminów pisarza, który raz po raz zapada w milczenie, powodowany czy to nadmiarem rodzinnych i zawodowych zatrudnień, czy to - jak sam czasem podkreślał - zwykłym lenistwem. Jednak szacunek, jakim darzył Giedroycia, sprawiał, że starał się wywiązywać z danych obietnic jak mógł najlepiej. Już nie tylko jako autor prozy fikcjonalnej, ale też pisanych na zamówienie omówień-recenzji książek, które pod jego piórem zmieniały się w swojego rodzaju eseje: omawiana książka stanowiła jedynie punkt wyjścia, pretekst do wyartykułowania zagadnień związanych z historią, czasem, topograficznymi konkretami i genius loci. Były to - jak pisał Haupt w jednym z listów do Giedroycia - wrażenia "z nieuniknionym dodatkiem osobistych refleksji, z którymi Pan jest oswojony". I rzeczywiście, był redaktor "Kultury" do tego stopnia oswojony, że nie wyobrażał sobie, by ktoś inny mógł recenzować na przykład kolejną część Na wysokiej połoninie Vincenza ("Albo wyjdzie nudno, albo nudny traktat etnograficzny" - pisał). W przypadku Haupta "nudno" wyjść nie mogło, bo przecież - odpowiadał pisarz - "Pan pozwala mi rozwodzić się po swojemu nad lekturą książek i podsuwanych mi przez nią ciągów myśli".
Warto jednak przy tym zauważyć, że Haupt, jak sam się zastrzegał, nie był mistrzem epistolografii. Opublikowana korespondencja rzuca jednak ciekawe światło na jego postawę twórczą i perturbacje życiowe, ale też - niejako mimochodem - na proces ewolucji świadomości pisarskiej. Zarysowuje się tu wyraźna cezura związana z faktem publikacji w Bibliotece "Kultury" Pierścienia z papieru - jedynej wydanej za życia Haupta książki. Druk ten, jak i nagroda "Kultury" za rok 1962, dodały mu pewności siebie, zaś utwory posyłane później Giedroyciowi, które Haupt zamierzał umieścić w drugim planowanym tomie prozy, nabrały bardziej wyrafinowanego charakteru. Wszystko to za sprawą konsekwencji Redaktora, bo to on sam złożył pisarzowi propozycję druku, jak też wysunął jego kandydaturę do dorocznej nagrody pisma. Nie bez znaczenia był także fakt wizyty Haupta w Maisons-Laffitte, które - jak to określił - "jest rodzajem Soplicowa", nawiązane tam kontakty sprawiły, że rozszerzył się krąg adresatów Hauptowskiej korespondencji.
Tom zredagowany przez Pawła Panasa, choć w tytule uwzględnia nazwiska tylko dwóch "głównych" adresatów, jest w istocie unikalnym portretem kontaktów jednego autora z całym środowiskiem paryskiej "Kultury" i za sprawą precyzyjnie i drobiazgowo opracowanych przypisów uruchamia wiele interesujących kontekstów tej relacji, raz jeszcze wskazując, jak ważną misję pełniło to pismo. Haupt otrzymał ze strony "Kultury" trzy istotne bodźce twórcze: ten pierwszy związany był ze wspominanymi organizacyjno-promocyjnymi zdolnościami Giedroycia, nieustannie nakłaniającego pisarza do pracy i naciskającego na niego szczególnie w okresie, gdy zyskał on pierwsze dowody uznania, pilnującego, by sygnały takie nie "zepsuły" Haupta ("Co słychać z obietnicą pisania? Obawiam się, że obiecawszy, spoczął Pan na laurach. No ale ze mną to nie jest tak proste. W poprzednim wcieleniu zapewne byłem komornikiem sądowym"; "Czy nie sądzi Pan, że to już najwyższy czas wyjść z pustelni i pokazać się publiczności?"; "Mimo obietnic i zapowiedzi ani Pan nie przyjechał do Europy, ani nic nie przysłał do druku. Co się dzieje z Panem?"); ten drugi to dowody szczególnej miłości i przywiązania do dzieła, jakie w swoich listach dawali Czapscy, wreszcie trzeci to namiastka relacji intelektualnych, których tak brakowało Hauptowi w Ameryce, a które zaczął nawiązywać za sprawą korespondencji z Jerzym Stempowskim.
Kolejny tom "Archiwum Kultury" daje znakomity wgląd w dzieje kontaktów pisarza z najważniejszym periodykiem polskiej emigracji powojennej, w pełni zaspokajając z kolei dwa typy czytelniczych oczekiwań: zarówno te związane ze szkicami do portretów korespondentów, jak i te związane z warstwą dokumentacyjną, rozbudowaną - jako się rzekło - za sprawą solidnej pracy edytora i wydawców.
HISTORIA
Jak czerwony z brunatnym
Przemysław Barański
Ian Ona Johnson
Diabelski pakt
Współpraca niemiecko-radziecka
i przyczyny wybuchu II wojny światowej
przeł. z ang. Jan Szkudliński
Poznań : "Rebis", 2022
512 s., 16 s. tabl. : il. ; 23 cm
Kto lepiej niż Polacy wie, że druga wojna światowa zaczęła się od sojuszu dwóch totalitarnych kolosów, które połączyły siły dla zniszczenia II Rzeczypospolitej? Niestety ta dość oczywista prawda nie w całym naukowym świecie jest przyjmowana za pewnik.
Kilkanaście miesięcy po tym jak anglojęzyczny oryginał książki Iana Ony Johnsona ukazał się w prestiżowym wydawnictwie uniwersytetu oksfordzkiego, dociera ona do rąk polskiego czytelnika w przekładzie Jana Szkudlińskiego. To znakomita wiadomość, bo książka jest warta lektury. Gęsta, skondensowana narracja pokazuje wieloletnie uwarunkowania współpracy Berlina oraz Moskwy w dwudziestoleciu międzywojennym i to w dużym przybliżeniu. Mowa tu zresztą nie tylko o współpracy bolszewików z brunatnym nazistowskim Berlinem. Kooperacja trwała wszak w najlepsze przez długie lata, zanim Hitler i NSDAP pojawili się na horyzoncie poważnej niemieckiej polityki.
Dlatego też książka dzieli się na dwie części. W pierwszej Johnson próbuje możliwie precyzyjnie zrekonstruować przyczyny, dla których ZSRR i republika weimarska nawiązały ścisłą współpracę. Miała ona wymiar nie tylko polityczny, ale przede wszystkim gospodarczy i militarny. Nie byłoby Reichswehry, gdyby nie sowieckie poligony; nie byłoby nowoczesnej kadry oficerskiej Wehrmachtu, gdyby nie okazje szkoleniowe stworzone przez Armię Czerwoną. Czy coś dowodzi tego lepiej niż okładkowe zdjęcie Heinza Guderiana i Siemiona Kriwoszeina wspólnie odbierających defiladę wojsk niemieckich i sowieckich 22 września 1939 roku? Obaj wojskowi stanowili symbol analizowanej przez Johnsona współpracy, wprost byli jego wzorcowymi przykładami. Druga część książki została już poświęcona współpracy pomiędzy dwoma potworami XX wieku: Stalinem i Hitlerem. Autor wykazuje, w jaki sposób i dlaczego oba totalitarne mocarstwa zdecydowały się na współpracę. Wychodzi tu poza tradycyjny i w naszym kraju dobrze znany zestaw uzasadnień geopolitycznych, wskazując z jednej strony na uwarunkowania strukturalne (m.in. ekonomiczne), z drugiej, na pierwiastek ludzki.
Trudno uciec przed wrażeniem, że dla polskiego czytelnika (zwłaszcza bardziej oczytanego) książka Johnsona nie będzie przełomem. Wiele tu faktów, nazwisk i dat znakomicie nam znanych. Rapallo, jako symbol współpracy niemiecko-sowieckiej, stanowiło kluczowy punkt odniesienia dla wszystkich działań naszej dyplomacji w latach dwudziestych. Również dziś z pewnością nie trzeba go wyciągać z odmętów niepamięci. Podobnie współpraca niemieckich służb specjalnych z NKWD w preparowaniu kompromatów na wybitnych sowieckich wojskowych - już w latach dziewięćdziesiątych sporo pisał o tym Paweł Wieczorkiewicz, a na gruncie popularyzacji Bogusław Wołoszański. Zatem dla krajowego odbiorcy raczej nihil novi.
Jeżeli jednak wiele rzeczy ewidentnych dla polskiego czytelnika nie jest oczywistych dla Johnsona, to rzut oka na bibliografię jasno wykaże dlaczego. Polskich autorów tam właściwie nie znajdziemy, jak choćby ważnej książki Sławomira Dębskiego o stosunkach niemiecko-sowieckich w latach 1939-1941. Wykorzystane źródła to przede wszystkim sowieckie archiwalia administracyjne, a także niemieckie archiwalia fabryczne. Tutaj zresztą zaszyta jest największa wartość tej pozycji. Bardzo interesująco prezentowane są szczegóły techniczne niejednej konstrukcji czy sposób, w jaki Sowieci "pożyczali" od Niemców militarny know-how. Dowiemy się, jak wyglądała codzienność kontaktów, o których do tej pory badacze wiedzieli mało lub zgoła nic. To z pewnością zaleta tej książki. Jak jednak wspomniałem, na poziomie szerszych ustaleń Johnson z pewnością nie zaskakuje.
Warto przeczytać Diabelski pakt także dlatego, że wydaje się dobrze pokazywać stan wiedzy oraz mentalne nastawienie badaczy z kręgu anglosaskiego. Według Johnsona, jeżeli Niemcy stawali się w swoim zachowaniu brutalni, postępowali w sposób, który możemy dziś uznać za niecywilizowany, zawdzięczali to doświadczeniom w Sowietach. Erich von Manstein odwiedził raj robotników i chłopów w czasie klęski głodu, co - przyznam, w nie do końca zrozumiały dla mnie sposób - wpłynęło na to, że został zbrodniarzem wojennym. Być może autorowi chodziło o pokazanie napędzających się machin przemocy, ksenofobii i terroru, a nie o rozgrzeszanie niemieckiej kultury politycznej. Efekt jego argumentacji wydaje się jednak dość ambiwalentny. Nie inaczej jest wtedy, gdy Wielka Brytania i Francja obrywają od Johnsona za niekonkretne i niechętne prowadzenie rozmów ze Stalinem latem 1939 roku. Rozmów, które przecież niczego nie mogły zmienić, bo Sowiety zmierzały do przewrócenia stolika, a nie do podtrzymania go za wszelką cenę.
Jest też w tej książce ukryty pewien paradoks. Autor wskazuje, że współpraca sowiecko-niemiecka nie zaczęła się w żadnej mierze deus ex machina w roku 1939, co każe widzieć w nim badacza rozumiejącego uwarunkowania długiego trwania. Z drugiej strony, zdaje się umykać mu fakt wielowiekowych relacji wzajemnych. Nad Wisłą pamiętamy o tym dobrze: każdorazowe ocieplenie na linii Berlin - Petersburg było tragiczną informacją dla naszego państwa. Nie chodzi tu jednak o narodowy punkt widzenia, ale o pewną tradycję politycznego myślenia, która ukształtowała się w obu stolicach i trwale tam osadziła. Imperializm sowiecki był wszak (czego dowodzą liczne prace, choćby Andrzeja Nowaka) inkarnacją imperializmu rosyjskiego. Czy Johnson ma w tej sprawie inne zdanie? Tego nie przesądzam, choć jego milczenie można uznać za znamienne. Zwłaszcza że osadza on całość swoich rozważań przede wszystkim w kontekście doświadczenia pierwszej wojny światowej i upadku ówczesnego świata. Bolszewizm jako praktyka polityczna rzeczywiście narodził się dopiero wtedy, ale mentalne podglebie relacji niemiecko-sowieckich niewątpliwie sięgało głębiej.
Kilka lat temu szerzej dyskutowano problem, w jakiej mierze przemysł sowiecki wykorzystał technologiczny bodziec w postaci zagrabienia wielu niemieckich zakładów przemysłowych z terenów opanowanych przez Armię Czerwoną w ostatnich miesiącach drugiej wojny światowej. Choć trudno tu o precyzyjne szacunki, ten fascynujący proces był niewątpliwy. Diabelski pakt pokazuje - czyniąc to z podziwu godną precyzją - jak na długo wcześniej wzajemnie stymulowały się przemysły niemiecki i sowiecki, i jak bardzo jedna machina zbrodni nie mogłaby urosnąć w potęgę bez drugiej.
nr 10/1251
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak
Michał Gołębiowski
Tomasz Kłusek Mikołaj Rajkowski
Andrzej Skalimowski
Maria Sokołowska
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawoskrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.
CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialnościza treść reklam i not opracowanych przez wydawców.
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2023
półrocze 75 PLN, cały rok 150 PLN
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki,która realizowana jest Pocztą Polską. Prenumeratę można zamówić na sklep.instytutksiazki.pl lub dokonując bezpośrednio wpłaty na konto.
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków Bank Gospodarstwa Krajowego konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta. www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl, nexto.pl i virtualo.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danychinformuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administratormoże podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych,ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego,tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówieniana prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.