ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Życie małe i duże
Z Wojciechem Widłakiem rozmawia Tomasz Kłusek
Zanim zaczniemy rozmowę o pańskim pisarstwie dla dzieci, chciałbym, abyśmy powrócili choćby na chwilę do czasów mrocznych, ale niepozbawionych nadziei. W styczniu 1982 roku zaczyna się ukazywać pismo podziemne "Karta". Został pan później jednym z jego redaktorów. "Karta" to bez wątpienia jedno z najważniejszych przedsięwzięć wolnej myśli w stanie wojennym. W 1988 w wydawnictwie "Przedświt" Wacława Holewińskiego i Jarosława Markiewicza ukazał się pański przekład Trybunału Władimira Wojnowicza, satyry na absurdy życia w Związku Sowieckim. W podobnym czasie "Karta" wydała Rosję w obozie koncentracyjnym Iwana Sołoniewicza z pańską przedmową. Posłużył pan się wtedy pseudonimem Marek Lach. Czy często wraca pan pamięcią do tamtych czasów?
Och, tyle wątków naraz! Z moją pamięcią, wiadomo, jest coraz gorzej, ale Sierpnia '80, grudnia '81, stanu wojennego i powojennego nie sposób zapomnieć. To było dla naszego pokolenia doświadczenie stanowiące. A "Karta" jest jednym z najważniejszych miejsc mojego życia, nie tylko jako redaktora i twórcy. Niespożyta energia i wizjonerstwo Zbyszka Gluzy, spiritus movens "Karty", połączona z redaktorskim perfekcjonizmem, zafascynowały mnie i pociągnęły, podobnie jak założony i konsekwentnie realizowany przez redakcję sposób opisywania świata - z perspektywy jednostki, która najczęściej jest postawiona w sytuacji skrajnej. Zestawienie, albo nawet wręcz zderzenie, kilku takich jednostkowych świadectw dawało niezwykły, nasycony emocjami obraz. To były najrozmaitsze zapiski - pamiętniki, eseje, wiersze, listy, wywiady. Szukaliśmy ich w emigracyjnych polskich i rosyjskich książkach i czasopismach, w zagranicznych publikacjach. Oczywiście sami także pisaliśmy teksty i przeprowadzaliśmy rozmowy - na przykład z członkami pacyfistycznego Ruchu "Wolność i Pokój". Ich późniejsze losy są wielce godne zainteresowania, ale to temat na zupełnie inne opowiadanie.
Teraz może pora na pewne uściślenie: do "Karty" trafiłem przez Gwida Zlatkesa, wspólnego znajomego, między innymi z Agencji Solidarność, z którą współpracowałem jesienią 1981 roku. Swoją drogą w grudniowym numerze "Tygodnika Solidarność" miał się ukazać mój reportaż z chłopskich strajków w Zbroszy Dużej, a później - gdyby cenzura pozwoliła - reportaż z Moskwy. Całość, tak jak wiele innych, ważniejszych spraw, "załatwił odmownie" Wojciech Jaruzelski. Później podrzucałem czasem Gwidowi tłumaczenia jakichś drobnych tekstów. W 1984 przyniosłem mu swoje opowiadanie Łowca jeleni, rozgrywające się w moskiewskim metrze, a Gwido uznał, że będzie pasować do kolejnego numeru "Karty", wówczas już poważnego i grubego "kwartalnika" (cudzysłów stąd, że mimo naszych najlepszych chęci ukazywał się z grubsza raz na rok). Tak poznałem Zbyszka i cały znakomity zespół redaktorski: Piotra, Kasię, Jurka, Elwirę i Alka. Alę Gluzę miałem szczęście znać wcześniej. Chciałbym opowiedzieć o nich wszystkich, ale to mogłoby zająć cały numer "Nowych Książek". W każdym razie, choć byliśmy bardzo różni pod wieloma względami, wierzyliśmy w to, co robimy, i oddawaliśmy "Karcie" swoje umiejętności, zdolności, czas i w ogóle ładny kawałek siebie, mimo że mieliśmy "nadziemne" prace i małe dzieci. Nie żywiliśmy specjalnej nadziei, że komuna upadnie w dającym się przewidzieć czasie. Skoro więc nie da się przejść tego Morza Czerwonego, trzeba szukać na nim wysp, przenieść się tam i je pielęgnować. "Karta" była taką wyspą. No i chyba nie muszę dodawać, że także grupą przyjaciół.
Podziemne publikacje podpisywałem pseudonimem "Marek Lach". "Marek" w hołdzie dla Marka Hłaski, którego prozą i frazą się zachwycałem ("Rozumu nie da się zastąpić wiedzą o tym, co należy myśleć"), a "Lach" w hołdzie dla mojego dziadzia, którego nigdy nie nazywało się "dziadkiem", a który był drukarzem i przekazał mi miłość i szacunek do książek.
W "Karcie" przydało się to, co nieszczególnie przydawało się w mojej ówczesnej "nadziemnej" pracy w tygodniku "Służba Zdrowia": znajomość angielskiego, rosyjskiego, a także doświadczenie pobytu w ZSRr, czyli kontakt z socjalizmem realniejszym jeszcze niż ten peerelowski - przez sześć lat studiowałem w Moskwie stosunki międzynarodowe. Żałuję, że nie przydał się mój perski i teraz wcale go już nie pamiętam. Choć na spotkaniach z dziećmi czasem wypisuję perski alfabet.
"Karta" z lat osiemdziesiątych to była wspaniała szkoła pisarstwa, nie tylko reportażowego, ale także beletrystycznego. W 17 numerze z 1982 znalazłem tekst Szkoła do kąta, sygnowany tylko literą "S". Zacytuję fragment: "Władze oświatowe i administracyjne Warszawy stwierdziły oficjalnie, że 80% uczestników manifestacji 3 maja stanowili uczniowie szkół podstawowych i średnich oraz studenci. Aby więc ukarać niesfornych nastolatków, wprowadzono dla nich godzinę milicyjną o 21-ej i urządzono na ulicach prawdziwe polowania na nieletnich "przestępców" noszących oporniki, orzełki i różne znaczki z angielskimi, trudnymi do rozszyfrowania napisami". Młodzi ludzie, indoktrynowani przez komunistów, okazali się odporni na sączone do głów ideologiczne miazmaty. Ktoś tych młodych ludzi musiał ukształtować. Patriotyzm, często głęboką religijność, szacunek dla tradycji wynieśli z rodzinnych domów. Rola Kościoła katolickiego też jest nie do przecenienia, a było też wielu odważnych nauczycieli. Pozostaje jeszcze literatura. Również ta dla dzieci i młodzieży. Czy już wtedy postanowił pan poświęcić się pisarstwu dla młodych czytelników?
Najpierw może choć słowo o tych młodych ludziach i indoktrynacji. W tamtym czasie naprawdę nie dało się wierzyć w propagandowe brednie. Komuna to było zło. Niektórzy wiedzieli to od początku. Inni (w tym, głupio mi to mówić, także ja) - z różnych powodów - nie. Można było próbować jakiejś intelektualnej i moralnej ekwilibrystyki, ale kolejne odsłony realnego socjalizmu (1968, 1970, 1976), a potem nadzieja rozbudzona w Sierpniu i odbierana narodowi przez komunistów od 13 grudnia 1981 sprawiły, że westernowy podział na "dobrych nas" i "złych onych" był absolutnie oczywisty. Młodzi ludzie, opisani w cytowanym przez pana artykule, działali w sposób naturalny. Sprzeciw był naturalny. Formy mogły być różne.
W czerwcu 1982, gdy ukazał się 17 numer "Karty", nie byłem jeszcze członkiem redakcji, ani nawet mi się to nie śniło (a i sama "Karta", jeśli tak mogę się wyrazić, nie była jeszcze sobą). Tym bardziej nie śniło mi się, że będę kiedyś pisał książki dla dzieci. Nie mogłem więc wtedy postanowić, że się temu zajęciu poświęcę. Powiem więcej: do dziś nie podjąłem takiego postanowienia. Po prostu czasem coś piszę.
Jak pan wspomina Warszawę lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych, a więc z okresu pańskiego dzieciństwa? Pytam o to, bo jak mówił Henryk Bereza, "ziemia pisarza" jest tak naprawdę jedna i całkowicie determinuje twórczość, gdy ktoś chwyci za pióro. Wiadomo, że był komunizm, ale na przykład Marek Nowakowski mówił, że właśnie tamta Warszawa była mu najbliższa, a nie ta dzisiejsza.
Trudno się Markowi Nowakowskiemu dziwić. Był rodowitym warszawiakiem i - myślę, że można tak powiedzieć - karmił się i wręcz żył Warszawą jako twórca. Ja przyjechałem do stolicy jako dwunastolatek pod koniec lat sześćdziesiątych. Nowakowski był o pokolenie starszy, zadebiutował, gdy miał dwadzieścia trzy lata, no i pisał dla dorosłych.
Jeśli jest jakaś moja Warszawa, to raczej z połowy lat siedemdziesiątych, z czasów końca podstawówki i liceum. Zajezdnia trolejbusów na Chełmskiej, a tuż obok kino Czajka, w którym lepiej było siadać z tyłu, żeby czasem nie oberwać butelką po piwie, rzuconą przez rozochoconego widza. W tym właśnie kinie jako miłośnik Beatlesów obejrzałem dziewięć razy Żółtą łódź podwodną. Dlatego tylko dziewięć, bo film zszedł z ekranu. Wyżej, przy Puławskiej, było kino Moskwa, znane w świecie ze zdjęcia Chrisa Niedenthala z Czasem Apokalipsy w grudniu 1982. Tam (ale oczywiście wcześniej) oglądałem Szczęki Spielberga w stereo. Tylko raz, bo to było drogie kino. Dość regularnie odwiedzałem z kolegami pobliski Międzynarodowy Klub Książki i Prasy (nie mylić ze współczesnym Empikiem!) przy Placu Unii, gdzie chyba raz na dwa tygodnie po odstaniu w kolejce można było kupić niemieckie czasopisma "Pop" i "Bravo", oczywiście jeśli ich nie zabrakło. Potem zamieszczane w nich plakaty Led Zeppelin albo Slade wisiały na słomianej macie nad łóżkiem.
POEZJA
Własny strzępek wiecznego piękna
Katarzyna Bieńkowska
Beata Szymańska
Wybór wierszy
Kraków: Biblioteka Kraków, 2021
287 s. ; 20 cm
Wybór wierszy Beaty Szymańskiej z obszernym i wnikliwym wstępem Wojciecha Ligęzy zawiera utwory poetki od bardzo wczesnych, młodzieńczych, z lat sześćdziesiątych, pochodzących ze wspólnego z Mieczysławem Czumą, Wincentym Faberem i Leszkiem Moczulskim tomiku Próba porównania (1962), tych z tomu Sny o porządku (1965), ze Sztychów reńskich (1969), Trzcin (1970), Wierszy (1983), Aniołów mojej ulicy (2000), z tomu Słodkich snów, Europo (2005), ze Złotej godziny (2013), dwa rymowane z tomiku Koty (2015) oraz garść wierszy publikowanych w "Twórczości" w roku 2019.
"Ważkie pytania metafizyczne Beata Szymańska zadaje w sytuacjach codziennych. W jej wierszach przygody myśli łączą się z doświadczeniami konkretnej osoby, która określa granice swojego świata. Co więcej, intensywne świadectwa zmysłów nie zostają oddzielone od zdziwienia filozoficznego, (...) refleksje istnieniowe przechodzą przez próbę zdrowego rozsądku. Zatem każdy wrażliwy czytelnik staje się filozofem amatorem, któremu wolno w sposób niesystematyczny rozmyślać o wszystkim, co go spotyka podczas dziwnej podróży zwanej życiem. Za istotną cechę tej poezji uznałbym zaciekawienie małymi sprawami codziennymi, które - obserwowane z uwagą - odsłaniają reguły naszej niejasnej gry z istnieniem" - pisze Wojciech Ligęza. I dodaje jeszcze: "Dla Beaty Szymańskiej poezja pytań jest ważniejsza od poezji odpowiedzi". Ligęza podkreśla także związki poezji Szymańskiej z kulturą Wschodu, zarówno jeśli chodzi o kondensację znaczeń, mikroobserwacje charakterystyczne dla haiku, jak i specyficzny lekko ironiczny dowcip, "niekiedy poza europejskim poczuciem humoru".
Udzielone przez autora wstępu zezwolenie dla czytelnika na lekturę i rozważania wokół niej jest bardzo istotne i wyzwalające, gdyż ze względu na rozległość wyboru, a co za tym idzie szeroki zakres dotykanych przez poetkę spraw, obejmujących właściwie wszystko, co ludzkie, zwierzęce i kosmiczne, trudno w sposób systematyczny i jednoznaczny omówić ten wybór, gdyż można o nim właściwie powiedzieć wszystko i nic, co stanowi konstatację, mam wrażenie, bardzo z ducha Beaty Szymańskiej. Jest ona bowiem nie tylko doświadczoną poetką, lecz także doktorem filozofii, a mimo to sama wyznaje, uprawia, że się tak wyrażę, swego rodzaju programową bezradność wobec istnienia, i to zarówno poznawczą, egzystencjalną, jak i moralną. Spokojnie, bez żalu, godzi się z niewiedzą, niemożnością porozumienia się z drugim człowiekiem i - bywa również - z samą sobą, obecnością zła i słabości, przemijaniem wreszcie. Bez drżenia i bez goryczy mówi: nie wiem, nie mogę, nic się nie poradzi. Świat jest zarówno źródłem zachwytu, jak i rozpaczy, olśnienia i rozczarowania. A często rozbawienia, gdy sobie uświadomić powyższe ambiwalencje. U Szymańskiej ironia nie świadczy o rozgoryczeniu, lecz jest wyrazem mądrości, a zarazem jedyną bronią człowieka przeciw smutkom i strachom.
Świat bywa zabawny w swoim niepojętym chaosie: "Na błotnistej drodze / ciężkie koła samochodu / zostawiły kałuże w których pływa niebo" (Kijanki), "Wiatr ustał. Zaraz coś się stanie. / To początek deszczu. / Pod liściem porzeczki / ślimak / czeka na swą wielką chwilę" (Ślimak). "Z pustej łódki na rzece / nawołuje bezradnie / telefon komórkowy" (Na rzece), "Wiatr na brudnej ulicy. / Stukot obcasów, szybki oddech, strach / Młoda kobieta biegnie / po swoje / zapomniane / i nieodebrane z przedszkola / dziecko" (Szósta wieczór), "Odrzutowiec / prosto w chmury. / Strzałka czasu / wymierzona nie we mnie, / jeszcze nie we mnie" (Odrzutowiec). Mówi się, że dzisiaj młodzi ludzie nie czytają poezji, skrótowość esemesów i instagramowa zmienność i natychmiastowość doznań uniemożliwiają im wystarczające skupienie, żeby wyłuskiwać sensy z gęstych wersów. Beata Szymańska ma 84 lata, ale słusznie nie czuje się przedstawicielką swego pokolenia, bo jej wiersze przy odrobinie wyobraźni można odbierać jak memy, żartobliwe komentarze do rzeczywistości, która przepływa nam przed oczami i przecieka przez palce. To byłby skądinąd ciekawy eksperyment, codziennie zamieszczać na Instagramie jeden jej wiersz (albo fragment) i obserwować reakcje. Sama poetka wcale nie liczy jednak na polubienia, "lajki" czy "serduszka", nie spodziewa się nawet zrozumienia. Jaki jest zatem sens pisania? Sens życia? Odpowiedzią (pytaniem?) może być wiersz Pijmy kawę, obierajmy jabłka: "Powoli, powoli / pijmy swoją kawę, / obierajmy jabłka. / Pijmy długo, jedzmy długo, / nie odchodźmy. / Może wcale nie trzeba / ani mówić, ani słuchać". Czy nie jest to jednak nazbyt smutna wizja, nazbyt pochopna rezygnacja z ludzkiego, zdawałoby się, powołania do porządkowania rzeczywistości i szukania w świecie swojego miejsca i swojej ważnej roli, roli życia, chciałoby się powiedzieć? "Nie należy poddawać się rozpaczy / ona przecież w końcu i tak nas dopadnie", pisze Szymańska z przekąsem w wierszu Dla szukających pociechy, a gdzie indziej (Zniknąć można tak lekko) dodaje pogodnie: "Samotność nazbyt często / wypuszczana na swobodę / nie wraca". Skoro o sens istnienia można tylko pytać, doskonale wiedząc, że nie uzyska się odpowiedzi, i - inaczej niż u świętego Augustyna - szukać ze świadomością, że nie uda się znaleźć, czy uda nam się chociaż uzyskać wskazówkę, jak zyskać tę egzystencjalną niefrasobliwość? W wierszu Mądry człowiek wie Szymańska podpowiada:
Mądry człowiek wie, jak ważne jest to,
co powiedział Mistrz D?gen:
świat to światło księżyca
zatrzymane w kropli rosy
strząśniętej z dziobu żurawia. Kto o tym pamięta,
nigdy się nie boi.
I to mniej więcej wystarcza. Reszta
to tylko spacer wzdłuż potoku, kiedy
opadają liście, a z nimi
płynie bieg rzeczy, o który
nie trzeba pytać.
Powinnam na tym zakończyć, ale skoro nie tylko nie można liczyć na odpowiedzi, ale nawet nie trzeba pytać, to co właściwie mamy z życia? Odpowiedź - a jednak! - możemy znaleźć w wierszu Pobłogosław mnie odrobiną dziwactwa z roku 1983:
do podskakiwania z wyciągniętą ręką,
żeby z uroczystej tkaniny
piękna niezmiennego i wiecznego
urwać jeden, krzywy,
zetlały
własny strzępek.
Czyli jednak, zdaje się sugerować Szymańska, warto trochę popodskakiwać, a ten zdobyty "strzępek wiecznego piękna" może stać się naszym security blanket i zapewnić nam choćby złudne poczucie bezpieczeństwa, spełnienia i spokoju.
PROZA OBCA
Wizjonerka niebanalności
Alicja Piechucka
Deborah Eisenberg
Twoja kaczka jest moją kaczką
przeł. z ang. Kaja Gucio i Krzysztof Majer
Warszawa: "Cyranka", 2022
263 s. ; 21 cm
Zastanawiałam się niedawno, dlaczego twórczość Deborah Eisenberg, uznawanej za jedną z najznakomitszych autorek opowiadań, mającej na koncie między innymi Nagrodę MacArthurów i stypendium Guggenheima, nie doczekała się dotąd przekładu na język polski w formie książkowej. Nie minęło wiele czasu, a pytanie okazało się nieaktualne.
Zaległości nadrobiło bowiem wydawnictwo "Cyranka", powierzając dwojgu znanych i cenionych tłumaczy stworzenie polskiej wersji najnowszego, piątego w dorobku Eisenberg, zbioru Twoja kaczka jest moją kaczką z 2018 roku. Kaja Gucio i Krzysztof Majer podzielili między siebie sześć składających się na tom opowiadań, dzięki czemu polskojęzyczni czytelnicy mogą delektować się zachwycającą krótką prozą amerykańskiej pisarki.
Jakość jest u Eisenberg odwrotnie proporcjonalna do ilości i twórczego tempa, co stanowi ożywczą odmianę w czasach, gdy teksty coraz częściej produkuje się taśmowo i nie tylko laikom, lecz również specjalistom próbuje się wmówić, że dużo i szybko znaczy dobrze. Eisenberg, która debiutowała dość późno, bo jako czterdziestolatka w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, znana jest natomiast z tego, że nad jednym opowiadaniem potrafi pracować rok, a na pisanie poświęca dwie godziny dziennie. Zapytana o to, czym wypełnia resztę dnia, odpowiada rozbrajająco: "Trudno powiedzieć". Łatwo sobie jednak wyobrazić, że również pozostałe dwadzieścia dwie godziny nie są w jej przypadku czasem straconym, nie tylko dlatego, że oprócz pracy twórczej zajmuje się dydaktyką, ucząc pisania kreatywnego na elitarnym nowojorskim Uniwersytecie Columbia. Ktoś, kto pisze tak jak ona, musi być uważnym i skłonnym do przemyśleń obserwatorem ludzi i świata, a to wymaga czasu, skupienia i talentu.
Twoja kaczka... to sześć narracji i zarazem sześć mikroświatów, z których każdy jest odrębny i sam w sobie fascynujący, choć jednocześnie nie istnieje w całkowitym oderwaniu od pozostałych. W tytułowym, niekoniecznie najciekawszym z opowiadań zbioru, malarce i narratorce w jednej osobie nadarza się okazja spędzenia beztroskich (w założeniu) tygodni w rezydencji pary zamożnych mecenasów, znajdującej się w nienazwanym, zapewne latynoamerykańskim kraju, a więc w regionie dobrze znanym Eisenberg z licznych podróży. Pobyt beztroski jednak nie będzie, a cieniem położy się na nim z jednej strony zachowanie gospodarzy, płytkich i skłóconych ze sobą nuworyszy, których sztuka tak naprawdę nie obchodzi, a z drugiej świadomość wyzysku ekonomicznego, którego ofiarami padają miejscowi, źródła wielkich fortun. W opowiadaniu Tadź Mahal grupa leciwych aktorów, których losy różnie się potoczyły, zostaje zmuszona do konfrontacji z przeszłością, gdy wnuk reżysera, u którego zagrali swe najgłośniejsze role, publikuje skandalizującą biografię dziadka. Dołącza do nich córka nieżyjącej już aktorki z tego samego kręgu, a tytułowa indyjska świątynia miłości staje się symbolem wszystkiego, o czym marzymy i co nas w życiu omija. Motyw relacji matka-córka, dość wyeksponowany w Tadź Mahalu, wysuwa się na plan pierwszy w Było, minęło, znów łącząc się z przemyśleniami na temat związków między przeszłością i teraźniejszością, a także z historią europejskich i amerykańskich Żydów, czyli społeczności, z których wywodzi się Eisenberg. W Scalaniu, moim zdaniem najlepszym z sześciu utworów, dwudziestodwuletni syn biznesowego potentata, atrakcyjny, ale nieskomplikowany, podejmie zakończoną niepowodzeniem próbę życia na własny rachunek. Zatrudni się jako chłopiec do wszystkiego u ekscentrycznej starszej pani, której uwielbiany mąż, intelektualista-fantasta, zaginął wiele lat wcześniej podczas ekspedycji naukowej. Klęską, być może wręcz tragiczną, zakończy się również związek bohatera z zaprzyjaźnioną z jego pracodawczynią młodą idealistką, która próbuje naprawiać świat. W tle, które u Eisenberg jest zawsze czymś więcej niż tłem, pojawi się refleksja nad językiem, wyzyskiem i upływem czasu. Ten ostatni odegra też niebagatelną rolę w Przeliczaniu. Jego bohater, kolejny młody człowiek, mieszkaniec Środkowego Zachodu, nigdy nie pozna mitycznego starszego brata swojej matki, człowieka światłego i zamożnego, który porzucił prowincjonalizm rodzinnych stron na rzecz interesującego i pełnego intelektualno-artystycznego rozmachu życia w Londynie. Gdy młodzieniec przyjedzie do Europy na uroczystość pogrzebową wuja, pozna ludzi z jego środowiska i odrzuci własne, w którym tak naprawdę się dusi. Zbliży się też do byłej partnerki zmarłego, która snuć będzie własne rozważania na temat życia i czasu.
Sześć historii układa się w jedną opowieść o świecie, w którym idealizm, talent, wyobraźnia i wrażliwość zderzają się z materializmem, przeciętnością, ciasnotą umysłową i topornością. To świat, w którym dobrze radzą sobie reprezentanci drugiego z tych biegunów. Pozostali cierpią, ponieważ albo padają ofiarami kapitalistycznej eksploatacji, dotykającej zarówno człowieka, jak i środowisko naturalne, albo - jeśli nawet mieli szczęście znaleźć się po lepszej stronie życia - świadomość niedoskonałości i niesprawiedliwości czających się odrobinę dalej odbiera im spokój lub przynajmniej pozostawia niesmak. Domenom sztuki, intelektu i wszystkiego, co piękne i szlachetne, przeciwstawione zostają merkantylizm i wulgarność. Ci, którzy odczuwają mocniej i myślą więcej, siłą rzeczy zastanawiają się nad tym, co kształtuje ludzką egzystencję, nie tylko w jej codziennym wymiarze: nad czasem i językiem. Zmagają się więc na przykład z tym, że "nie da się zapamiętać cudzego życia", a i zapamiętanie własnego może być problematyczne. Mimo to spoglądają w przeszłość, choć wiedzą, że teoretycznie "nie wolno rozpamiętywać tego, co było przedtem". Świadomi, że być może "język wykształcił się, żebyśmy mogli sobie wmówić, że rozumiemy, co jest grane, i potem bez oporów postępować okrutniej niż jakiekolwiek zwierzę", pocieszają się myślą, "że tylko my mamy coś takiego" jak język, "nasz główny wyróżnik. Nasz dar". Komunikacja wpisana jest oczywiście w relację z drugim człowiekiem, której Eisenberg przygląda się w większości opowiadań zbioru w sposób dyskretny i finezyjny, a jednocześnie trafny i stojący w sprzeczności z zawartym w jednym z utworów stwierdzeniem: "Skąd ktokolwiek miałby wiedzieć cokolwiek o kimkolwiek?".
Opowiadania postrzega się czasem jako młodsze, słabiej rozwinięte rodzeństwo powieści. Niezależnie od tego, jak ustosunkowujemy się do tego dyskusyjnego stwierdzenia, trudno wyobrazić sobie, że krótkie narracje Eisenberg mogłyby w kimś wywołać niedosyt. Rzadko ma się do czynienia z prozą, której słabych punktów właściwie nie sposób zidentyfikować i która pozostawia po sobie niezatarte wrażenie, pozostając przy tym subtelną i pełną słodyczy, nostalgiczną, choć pozbawioną powierzchownego sentymentalizmu, dowcipną, lecz jednocześnie bardzo poważną. Utwory Eisenberg są przykładem wirtuozerskiego i niewymuszonego łączenia spostrzeżeń, idei i refleksji, którego efekt jest niebanalny i bezpretensjonalny zarazem. Przejścia pomiędzy tym, co codzienne i pozornie nieznaczące, a kwestiami i prawdami zasadniczymi są w fikcji amerykańskiej pisarki niemal niezauważalne. Znakomite stylistycznie - vide choćby mistrzowskie użycie mowy pozornie zależnej w Scalaniu - i pod względem obrazowania narracje świadczą o niezwykłej spostrzegawczości i zręczności ich autorki, która wystrzega się fałszywych ruchów i jednego z największych grzechów pisarzy: skłonności do przegadania. Jednocześnie zaskakujące jest, że można tak wiele zmieścić w utworach, z których najdłuższy liczy niewiele ponad sześćdziesiąt stron, nie narażając się przy tym na zarzut przeładowania i nachalności. W opowiadaniu zatytułowanym Trzecia wieża pozbawiony wrażliwości i wyobraźni neurolog diagnozuje nastoletnią bohaterkę, w której głowie buzują słowa i obrazy. Lekarz zauważa w swych zapiskach, że osoby takie jak ona, "owe rzadkie osobniki, podatne na zaburzenia nadmiernej asocjacyjności, są jakoby zdolne do samodzielnego życia: Wizjonerzy Banalności, by przywołać fikuśną terminologię egzaltowanego kolegi po fachu" i "że takim jednostkom często da się znaleźć owocną pracę, na przykład w marketingu". Trudno się oprzeć wrażeniu, że młodziutka Therese z Trzeciej wieży jest alter ego samej autorki, obdarzonej wyjątkowym pisarskim darem.
O LITERATURZE
Na pewno niesłusznie
Andrzej Niewiadomski
Paweł Bem
Może niesłusznie
O Jerzym Zagórskim
Kraków: "Austeria", 2021
333 s.: il. ; 21 cm
Podtytuł książki Pawła Bema poświęconej jednemu z czołowych przedstawicieli Drugiej Awangardy brzmi O Jerzym Zagórskim. Nie padają w nim słowa "twórczość" ani "poezja", bo też autor, jak deklaruje, nie zamierzał czy to polemizować z badaczami dorobku żagarysty, czy to forsować nowych ustaleń. Bardziej interesuje go osoba niż dzieło.
Ściślej rzecz biorąc, fenomen poety, którego człowieczeństwo i uwikłanie w wypadki historyczne niejako stanęły na przeszkodzie rozwojowi talentu. Przypadek kogoś, kto w swoich pierwszych poetyckich spełnieniach mierzył bardzo wysoko i kto już nigdy później nie był w stanie sięgnąć wyznaczonego przez siebie pułapu. Historia życia Zagórskiego zarysowana została przy tym nie w skali monumentalnej i drobiazgowej biografii, lecz w kontekście serii ważnych epizodów-etapów, pozwalających zrekonstruować "względnie typowy los polskiego inteligenta XX wieku". Bem wielokrotnie podkreśla zresztą fakt ułomności narzędzi, jakimi dysponuje biograf w stosunku do złożonej, różnokształtnej, czasem pełnej sprzeczności i nielogicznej ludzkiej egzystencji. Nie próbuje ani stworzyć kompletnego rejestru zdarzeń składających się na biografię i dokumentów ją ilustrujących (choć czytając książkę mamy nieodparte wrażenie, że te, do których dotarł, umie przenikliwie odczytać), ani też złożyć "wątków życia" "czytanych na wyrywki" w przekonującą całość zaopatrzoną w autorską tezę.
Można powiedzieć, że autor demonstracyjnie wręcz manifestuje skromność własnego zamierzenia, zdeterminowanego przez słowa "staram się" czy "próbuję". Podkreśla jednocześnie, że stworzenie wiarygodnego wizerunku człowieka nie może opierać się na dokumentach i świadectwach pisanych, które tyleż utrwalają fakty, co je - świadomie lub nieświadomie - fałszują. Z takich punktowych naświetleń wybranych fragmentów życia Zagórskiego, przeplatanych milczeniem na temat innych epizodów, Bem nie tyle buduje narrację (która jest "naturalną" potrzebą nadawania sensów i tworzenia całościowych ujęć), ile, jak twierdzi, celowo eksponuje ograniczenia klasycznej biografistyki. O swoim zamyśle pisze: "Nie sądzę, by w efekcie okazał się mniej sprawiedliwy niż prezentacje, które swoim autorom nadają rangę biografów. Fragment "prawdy" to już niemało".
W książce Bema znajdujemy wiele "fragmentów "prawdy"". Wędrujemy z jej bohaterem przez dwudziestowieczność, począwszy od dzieciństwa w cieniu pierwszej wojny światowej na Kresach, poprzez najbardziej chyba znany wśród badaczy i miłośników literatury epizod żagarystowski Zagórskiego, wraz z jego personalnymi, poetyckimi i światopoglądowymi kontekstami, które - zdaniem autora - zdeterminowały późniejsze wybory poety. Dalej, przez okupacyjną Warszawę i działalność konspiracyjną (z aktywnym udziałem w ratowaniu przed zagładą żydowskich współobywateli), powojenną współpracę z "Tygodnikiem Powszechnym" i wahania ideowe, epizod pracy w paryskiej ambasadzie PRL, ciemne czasy stalinowskie, poodwilżową i późniejszą działalność na rzecz Kościoła i opozycji demokratycznej. Dużo tego jak na jeden życiorys i trudno rzeczywiście interpretować różne działania Zagórskiego w kategoriach żelaznej konsekwencji. Autor, odchodząc w końcowych partiach książki od reguły ujęcia chronologicznego (choć, jako się rzekło, niepełnego), wskazuje jednak na te elementy biografii autora Czasu Lota, które - jego zdaniem - odgrywają rolę najistotniejszą, gdy podejmujemy wysiłek zrozumienia krętych ścieżek i zaskakujących czasem wyborów. Poświęca trzy ostatnie rozdziały kwestiom specyfiki katolicyzmu Zagórskiego, historii jego niezwykłego związku z żoną, Maryną, i kompleksom, jakie - tak sugeruje - miał on wobec Miłosza, sytuującego się znacznie wyżej w hierarchii literackiej. Bem czyni to zresztą nienachalnie (mimo że sugestywnie), nie próbując przekonać czytelnika, że są to jedyne możliwe klucze do tej skomplikowanej biografii. Chęć porządkowania walczy tu z przekonaniem, że różnego rodzaju uogólnienia i jednoznaczności nie są w stanie objaśnić nam kolei losu kogoś, kto musi konfrontować się z bodźcami oszalałej historii minionego wieku. Stąd zapewne podkreślanie własnej niepewności co do intencji bohatera, stąd liczne pytania i "gdybania", stąd uwagi eksponujące subiektywizm autorskiego spojrzenia.
Nie ukrywam, że podoba mi się taka postawa. Bem nie przedstawia czytelnikowi gotowego portretu do akceptacji bądź odrzucenia. Raczej skłania nas do snucia domysłów, do pozbycia się myślowych schematów. I to nie tylko w odniesieniu do zawiłej historii dwudziestego stulecia, ale - ujmując rzecz nieco górnolotnie - do tajemnicy każdej jednostki aktywnie zmagającej się z rzeczywistością. Co więcej, potrafił połączyć dwie, pozornie wykluczające się, postawy: empatię i dystans. Autor posiada umiejętność pisania zarówno o heroizmie, jak i śmieszności czy małostkowości ludzkich poczynań (przypadek "kompleksu Miłosza"), a co za tym idzie, eksponowania złożoności pojedynczych losów. "Z całą pewnością dostrzegalny jest w rysie charakterologicznym i w twórczości Zagórskiego jakiś pierwiastek niedającego się łatwo opisać wariactwa. Jego ekscentryczność, życiowa i poetycka, i jednocześnie predylekcja do konserwatywnego obyczaju, wciąż dają do myślenia, prowokują i nie pozwalają na wygodę stwierdzeń" - pisze Bem, a lektura jego książki pozwala na wniosek, że wyrzekł się takiej wygody w imię wahań, wątpliwości, niedopowiedzeń.
Pisząc o tym, mam świadomość, że od tej reguły postępowania znajdziemy tu dwa wyjątki, dwa fakty, którym autor nadaje status niemal pewników. Fakt pierwszy, już tu wspomniany: Zagórski był poetą, którego po roku 1939 opuściła poezja (lub on opuścił poezję, tę najwyższego lotu, odpowiadając na inne wyzwania). Fakt drugi: Zagórski był odważnym człowiekiem; miarą tej odwagi jest choćby tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.
Można oczywiście spierać się z autorem o to, czy w powojennym dorobku poety nie znalazłyby się utwory na miarę tych z pierwszych trzech tomów, ale byłby to spór jałowy. Jeśli nawet potrafilibyśmy takie wskazać, to raczej na zasadzie wyjątku, nie reguły. Tytuł książki zaczerpnął Bem z wypowiedzi Jana Błońskiego, który pisał, że poezja Zagórskiego jest zapomniana "może niesłusznie". W tym "może" upatruje autor swoistą ambiwalencję i niepewność związaną z miejscem tego dorobku w historii literatury. Ja zaś powiedziałbym "na pewno niesłusznie", jeśli chodzi o przedwojenną twórczość Zagórskiego. Wydany stosunkowo niedawno w serii "Biblioteki Narodowej" pełny zbiór wierszy (do roku 1940) poetów związanych z Żagarami upewnia nas w przekonaniu, że utwory Miłosza z tego czasu nie sytuują się na poziomie niedostępnym jego kolegom z grupy. Co więcej, nawet wiersze Putramenta z Drogi leśnej można bez wyrzutów sumienia ocalić... Tak więc, jak sądzę, dzięki swojej twórczości sprzed roku 1939 Zagórski winien znaleźć się na kartach podręczników i historycznoliterackich syntez. Bem, próbując rozwiązać zagadkę poetyckiego regresu, podsuwa czytelnikowi, choć nie wprost, niebezpieczną myśl, że odwaga (ja użyłbym, nieco przesuwając akcenty, raczej słowa dzielność, które zresztą też pojawia się na kartach książki) i wyrazistość moralnego osądu wymagają złożenia w ofierze własnych talentów twórczych. Czyżby więc i tu w tle pojawiał się Miłosz ze swoim sądem wyrażonym w wierszu o Annie Kamieńskiej: "Dobry człowiek nie nauczy się podstępów sztuki"?
Jako że Bem nie koncentruje się na biografii, nie rozstrzyga też w sprawie wahań wyartykułowanych przez Błońskiego. Robię to jako czytelnik tych "impresji na temat urywków życia" i jako czytelnik poezji Zagórskiego. Autor zaś zdaje się mówić: może niesłusznie pominąłem pewne fakty, może niesłusznie przyjąłem taką, a nie inną strategię opowiadania, ale na pewno niesłusznie zapomniano o wszystkim, co uczynił bohater tej historii poza obszarem literatury: "Znamy biografie dobrych pisarzy. Mniej znamy biografii przyzwoitych ludzi". A zatem dwa razy "na pewno niesłusznie" w przypadku poety, który otarł się o najwyższe rejony sztuki i w przypadku człowieka, który w czas wojennej (i nie tylko) pożogi potrafił zdobyć się na czyny, za które płaciło się najwyższą cenę. To chyba wystarczy, by pamięć o nim ocalała nie tylko w kręgu "badaczy owadzich nogów".
Kolokwium nie tylko z poetyki
Konstanty Pieńkosz
Myśliwski-Bocheński
Rozmowy istotne
koncepcja tomu Tomasz Bocheński
Łódź: Wydaw. Uniwersytetu Łódzkiego, 2021
164 s.: il. kolor. ; 21 cm
Zanim wypowiem się o Rozmowach istotnych, parę osobistych zdań o głównym bohaterze książki. Otóż w latach dziewięćdziesiątych (1993-1999), przeszło dwadzieścia lat temu, Wiesław Myśliwski był redaktorem naczelnym dwutygodnika kulturalnego "Sycyna".
Zostałem zaproszony do współpracy. I dlatego refleksję o Rozmowach... wzmacniam poprzez świadectwo, odwołanie się do pamięci, a właściwie potwierdzenie tych wszystkich wypowiedzianych opinii, które odnajduję, wsłuchując się w ton i tok spisanej w książce rozmowy. Bo przynosi ta książka sugestywne potwierdzenie wizerunku pisarza, redaktora i człowieka, jaki mam w pamięci, gdy wspominam redakcję "Sycyny". Czytając wypowiedzi Myśliwskiego, słyszę jego głos, doskonale tu zapisany, w całym jego dyskursie i stylu, w sposobie mówienia. Gdy pisarz oświadcza: "Nigdy nie uważałem, że literatura jest najważniejszą rzeczą w życiu człowieka, nie, nie - miłość" - to wiem, że nie ma w tym cienia podstępu, kokieterii czy fałszywej skromności. Redagując "Sycynę", również potwierdzał to przekonanie swoimi decyzjami i wyborami, nie samej literackości szukając, a raczej odnajdując jej przejawy w różnych tekstach kultury. Nie chodziło mu o przyciąganie wybitnych nazwisk - na czym tak często zależy redaktorom - szukał raczej jakiejś głębszej prawdy o losie człowieka, o jego duchowej i fizycznej twórczości, która mogła przybierać różne formy ekspresji. Nosił w sobie bez sentymentalizmu i, może nieco szorstko wyrażaną, miłość, i przyjaźń do ludzi oraz otaczającego świata. Tak to zapamiętałem i postrzegałem, a dziś dołączam do tych kilku myśli o książce, którą w pewnym stopniu traktuję jako twórcze dopełnienie moich wspomnień. Ich potwierdzenie i rozwinięcie.
Inicjatywa Rozmów istotnych wywodzi się z uniwersyteckiego projektu "Wykładów o poetyce". Na Uniwersytecie Łódzkim zrodziła się ta koncepcja - chyba także z potrzeby odświeżenia wiedzy o literaturze - poprzez dialog, próbę wniknięcia w proces tworzenia i żywe słowo. Samo pojęcie takich rozmów ich inicjator wywodzi od Witkacego. I chociaż ten Witkacowski protektorat nie wydaje się konieczny, to nadaje polonistycznej idei rangę dyskusji o sprawach ostatecznych, wykraczających poza problemy poetyki i teorii literatury. Zresztą Myśliwski nie potrzebuje wsparcia Witkiewicza. Wynalazca i teoretyk Czystej Formy - w tych fragmentach tekstu, gdzie jest przywoływany - raczej skłania do polemiki. Jednak autor Nienasycenia przy całym swym językowym ekstremizmie jest pisarzem idei, wyrasta z modernistycznego kultu sztuki, jednocześnie prognozuje jej kres i parodiuje samego siebie. Powieści i dramaty Myśliwskiego czerpią z innych źródeł. Zapewne Tomasz Bocheński - witkacolog za bardzo zaufał swoim konceptom. Chyba w ogóle "rozmowy istotne" mogą się obywać bez nadmiernego bagażu erudycji, wypracowanych formuł, całej tej wiedzy teoretycznej, która odrywa od realności istnienia i od żywego słowa.
Idea i koncepcja książki wyrastają z propozycji złożonej pisarzowi. Jednak zamiast serii odczytów z cyklu "Wykładów o poetyce" Myśliwski wybrał dialog. Taki dialog, w którym - jak napisałem wyżej - słyszę żywy głos człowieka. Jeżeli nawet poddany korekcie czy stylistycznym retuszom, brzmi z całym autentyzmem, prostotą i szczerością. W dodatku poprzez tak zwaną "żywą dialogiczność", którą niektórzy postrzegają jako literaturoznawczy projekt przyszłości, dociera żart, ironia, niekiedy chyba także błądzenie po manowcach idei. Trwa swoiste dochodzenie i dobijanie się do sensu i prawdy. Rozmowy Bocheńskiego z Myśliwskim, badacza z twórcą, odbyły się w 2019 roku na Uniwersytecie Łódzkim i zostały na użytek książki wzbogacone o inne, z różnych lat pochodzące wypowiedzi autora Pałacu, fragmenty jego dzieł oraz głosy innych ludzi, krytyków, badaczy. Bocheński dotarł nawet do pierwszej publikacji Myśliwskiego, recenzji drukowanej w paksowskim (sic!) "Tygodniku Powszechnym" w roku 1955. Te fragmenty umieszczone na nieparzystych stronicach książki sąsiadują z łódzkimi "rozmowami istotnymi" na parzystych, tworząc - jak podpowiada profesor Bocheński - oryginalny palimpsest. Dopełnieniem Rozmów... jest Słownik terminów Wiesława Myśliwskiego i Słownik fałszywych pojęć - zapisy stereotypowe fałszujące twórczość Wiesława Myśliwskiego. Ten drugi jest próbą odkłamania i zdarcia klisz, które właściwie od debiutu zrosły się z nazwiskiem twórcy. "Nurt wiejski", "kultura ludowa", "folklor" - te pojęcia rzeczywiście fałszują i niefortunnie szufladkują dzieła autora Widnokręgu, wpisując w socjologizujące stereotypy. I ten wulgarny socjologizm trudno zwalczyć, dlatego sprzeciw pisarza jest zrozumiały i potrzebny.
O czym rozmawiają Myśliwski i Bocheński? Z projektowanej rozmowy o poetyce, która z początku wydaje się czymś podstawowym, przenosimy się w świat powieści, ale i biografii, wspomnień, kultury chłopskiej, ludzkiego losu, życia i śmierci. Ale Myśliwski także opowiada o brzytwach robionych z łożysk czołgów, o fascynacji grą na saksofonie i o pokerze. Zasadnicza część dialogu - niekiedy żartobliwie, z poczuciem humoru prowokowanego - staje się formą eksplikacji twórczości, prostowaniem nieporozumień i niezrozumień, wreszcie odsłonięciem własnej ars poetica. Pisarz przyznaje, że jego metoda tworzenia jest w gruncie rzeczy improwizacją w języku. "Godziny przy piórze" - jak nazwał czas tworzenia Stanisław Grochowiak, a właściwie godziny z ołówkiem Myśliwskiego, nawet jałowe i puste, nie są czasem straconym, ale także aktem twórczym, z którego w trudzie wyłoni się świat żywy. Myślę, że strategię autora Nagiego sadu antycypująco ujmują słowa Bolesława Leśmiana z wiersza Wieczorem, otwierającego jego debiutancki Sad rozstajny (też "sad"!):
Mrok się gęstwi po sadzie, ziemny powiał chłód.
Zda się, iż dal zbłąkana podchodzi do wrót...
Wiatr się zsunął ze strzechy na gałęzie drzew...
Czy on we mnie tak śpiewa? Widzę poprzez śpiew,
Jak księżyc wschodzi nad borem.
"Widzę poprzez śpiew" - mówi Leśmian. Jego śpiew jest tożsamy z poezją, z opowiadaniem. Świat wyłoni się ze snucia opowieści niczym z mroku; świat przechodzi przez słowo - nie jest nam dany bezpośrednio; bez słów i ich śpiewu byłby pozbawiony sensu. I również opowieść Myśliwskiego, zainicjowana pierwszym zdaniem, powołuje świat, który wyłoni się z nieistnienia, korzystając z fragmentów biografii, zmieszanych i rozproszonych losów ludzkich i wszelkich istnień. Byt się urealnia poprzez słowo. Dlatego trud pisania powieści można porównać do tworzenia poezji. Snucie opowieści - tak jak opowiadają narratorzy Myśliwskiego w pierwszej osobie - urealnia istnienie. Oczywiście poetyckość powieści nie jest tożsama z potocznie rozumianym liryzmem. Ale epikę autora Nagiego sadu z liryką spokrewnia stosunek do języka. Dopiero właściwie użyty język, odnalezienie odpowiedniej frazy, zestrojenie współbrzmień pozwolą wyłonić idee, a właściwie ich polifonię. Julian Przyboś - w recenzji debiutanckiego Nagiego sadu - zauważył w sposobie narracji Myśliwskiego docieranie do pierwotności nieskażonej i niezafałszowanej polszczyzny. To jeszcze jedna postać i forma miłości do języka, który pisarz dziedziczy po swoich przodkach i który w niezwykły sposób przeniósł z mowy do literatury.
HISTORIA
Impresje bratanka
Michał Przeperski
Attila Szalai
Na polskiej ziemi
Wspomnienia, dzienniki z lat 1976-1990
T. 1, 1976-1981
przeł. z węg. Krzysztof Wołosiuk
Warszawa: Instytut Pamięci Narodowej
Instytut Współpracy Polsko-Węgierskiej
im. Wacława Felczaka, 2022
382 s. ; 25 cm
Attila Szalai był człowiekiem instytucją. Wszystko, co trzeba wspomnieć o nim z kronikarskiego obowiązku, wydaje się jednak niedostateczne. Tym niemniej: był to węgierski dziennikarz i tłumacz, a także dyplomata, nadto historyk i działacz opozycyjny, a wreszcie prawdziwy pasjonat kultury, Polski i tego, co łączy Madziarów z ich bratankami znad Wisły.
Ostatnie piętnastolecie komunizmu przeżył w Polsce: tu związał się z Solidarnością, działał w podziemiu. Później wrócił na Węgry, ale w Warszawie zagościł jeszcze na dłużej w latach 2001-2005 jako dyrektor Węgierskiego Instytutu Kultury. Zmarł dwa lata temu, co okryło żałobą jego licznych przyjaciół w obu krajach, a także wszystkich tych, którzy mieli okazję zetknąć się z nim samym oraz z owocami jego pracy.
Jeszcze w 2018 roku budapeszteńskie wydawnictwo "Magyar Napló" opublikowało obszerny, blisko dziewięćsetstronicowy tom Lengyel Földön, obejmujący dzienniki i wspomnienia poczynione przez Szalaiego w okresie 1976-1990. Dziś, nakładem Instytutu Pamięci Narodowej, pierwszy tom dzieła Na polskiej ziemi, w tłumaczeniu Krzysztofa Wołosiuka, staje się dostępny dla polskich czytelników. Obejmuje on lata 1976-1981, a zatem czas pełen fascynujących wydarzeń: tak w perspektywie życia prywatnego autora, jak i wielkiej historii.
Chociaż sami Węgrzy zwykli niekiedy nazywać własny kraj "najweselszym barakiem" w obozie komunistycznym - co zresztą może dziwić tych z nas, którzy przyzwyczaili się myśleć w ten sposób o PRL - to jednak zestawienie rzeczywistości w obu krajach musiało dawać do myślenia. Rzecz obserwowana oczami Szalaiego jest tym bardziej frapująca. Gdy, rozpoczynając dziennik, rozprawia on o różnicach, dochodzi do wniosku, że wyjeżdża "do kraju, w którym komuniści zdają się mieć więcej rozumu niż ci na Węgrzech". Wszystko dlatego, że widzi on nad Wisłą więcej enklaw wolności, widzi przestrzeń na działalność społeczną.
Urzeka go potęga wiary ucieleśniona w Kościele katolickim i postaci prymasa Wyszyńskiego, a w jeszcze większym stopniu: żywość wiary i pełne wiernych kościoły. Podobnie czułą strunę porusza w nim harcerstwo, tak różne od wzorowanego na sowieckim ruchu pionierskim, który wspomina z odrazą. Dalej jeszcze katalog pozytywnych skojarzeń Węgra myślącego o Polsce: relatywna wolność obyczajowa (milicjanci nie gonią młodzieńców do fryzjera, by siłą obcinać im włosy!) i autostop, szczypta autentycznej wolności w środku obozu komunistycznego, której młodym Polakom zazdrościli wszyscy rówieśnicy z pozostałych demoludów. Wszystko to warto czytać jako wrażenie: dobrze oparte na faktach, lecz subiektywne. Z pewnością zaś nie jest to pean na rzeczywistość gierkowską A.D. 1976.
Daje do myślenia, że przyjechawszy do Warszawy, biegle mówiący po polsku Madziar nie rozumiał komunistycznej nowomowy. Jej zrozumienie wymagało nielichego wysiłku, koniecznego do podjęcia pracy. Gdy przyszło Szalaiemu zdawać egzamin na studia, oblał go właśnie z powodu nieznajomości nowomowy i zagadnień ze sztambucha oficerów polityczno-wychowawczych. Jakże znamienna to rzecz dla istniejącej rzekomo od ponad trzydziestu lat internacjonalistycznej wspólnoty.
Był Szalai człowiekiem aktywnym i towarzyskim, co dawało mu asumpt do szeregu obserwacji socjologiczno-antropologicznych, nadto podanych z nerwem rasowego reportażysty. A to uwagi o antysemityzmie w Polsce i na Węgrzech, kiedy indziej o warszawskich taksówkarzach, dalej zaś o melinach i pozyskiwaniu wódki w kryzysowych sytuacjach. Wrażliwość autora w połączeniu z jego unikalną pozycją obserwacyjną, sytuującą się gdzieś na pograniczu pomiędzy światem zewnętrznym a byciem "człowiekiem stąd", dają rewelacyjne efekty.
Książka była pisana przede wszystkim z myślą o czytelniku węgierskim - to widać. Ale pomimo iż niejedna rzecz tłumaczona przez autora swoim rodakom jest dla nas czytelna, to i tak wiele nowego dowiemy się o Polsce Gierka, Kani i Jaruzelskiego. Przede wszystkim, gdy mowa o codzienności widzianej bez barejowskiego bigla, lecz za to z uważnością przekonanego antykomunisty. Cała masa obserwacji wiąże się zatem z interakcjami: z Polakami, Węgrami osiadłymi w Polsce, jak i z tymi przyjeżdżającymi znad Dunaju. W efekcie - co nie jest oczywiście żadnym zaskoczeniem - to lektura przydatna dla tych, którzy pasjonują się relacjami polsko-węgierskimi i wzajemnym poznaniem mieszkańców obu krajów. Jeżeli chcemy dziś zrozumieć, jak doszło do tego, że jedna piąta wszystkich posłów do węgierskiego parlamentu w roku 1990 potrafiła lepiej lub gorzej porozumiewać się po polsku, to istotną część odpowiedzi znajdziemy właśnie w książce Attili Szalaiego.
W książce dominują szczegóły z życia osobistego: znajomi, perypetie kolejkowe, starania o lepszą pracę. Ale regularnie serwuje nam autor szersze refleksje, obserwacje dotyczące całego systemu: jego niewydolności, mechanizmów zależności od Związku Sowieckiego. Jest miejsce na zimę stulecia, śmieszno-straszne elementy propagandy. Wpisy autora to formalnie dziennik, ale próżno tu szukać suchej sprawozdawczości. To zbiór szkiców momentami grawitujący ku esejowi, kiedy indziej ku opowieści awanturniczej. Wraz z każdą kolejną stroną wciąga coraz bardziej. W tym wymiarze nie przypomina dziennika, nawet wspomnień, ale wprost literaturę piękną.
Jak zatem traktować zapiski Szalaiego? Owszem, to wspaniała lektura, dająca wgląd w duszę niebanalnego człowieka, żyjącego w prawdziwie ciekawych czasach. Ale przecież jednocześnie mamy w ręku źródło historyczne. Z tego punktu widzenia Instytut Pamięci Narodowej poszedł niestety po linii najmniejszego oporu, nie zapewniając szerszego wprowadzenia merytorycznego ani żadnego dodatkowego, choćby skrótowego, tekstu poruszającego problematykę źródłoznawczą. Osobisty wstęp pióra Macieja Szymanowskiego nie ma żadnych pretensji naukowych. W efekcie czytelników, którzy nie pasjonują się tematyką węgierską, w dużej mierze pozostawiono samym sobie. Warto by ten brak nadrobić przy publikacji kolejnych tomów.
To jednak nie wszystko. Książka Szalaiego to bardziej dziennik czy bardziej wspomnienia? Nie brakuje poszlak, że to jednak wspomnienia ujęte w ramy diariusza. Oto na przykład pod datą 12 września 1976 roku Szalai stwierdza: "Usłyszałem w Wolnej Europie, że do KOR-u dołączył Jerzy Andrzejewski". Musiałby być autor posiadaczem wehikułu czasu, bo tego dnia Komitet Obrony Robotników zwyczajnie jeszcze nie istniał. W innym miejscu o przyjściu na stanowisko premiera Edwarda Babiucha - jako fakcie dokonanym - pisze 31 stycznia 1980. Tymczasem rzecz zmaterializowała się dwa tygodnie później. To nie nadmierna drobiazgowość. Dla historyka różnica między dziennikiem, a pamiętnikiem jest absolutnie fundamentalna.
Czytajmy Szalaiego, bo jest tego wart. Świetne pióro, narracja pełna werwy, a wszystko na tle przełomowych wydarzeń w naszym kraju. Polecam zwłaszcza tym, którzy o Węgrzech i Węgrach wiedzą mało. Szalai to znakomity przewodnik - pokaże ścieżki nieznane, a uczyni to w sposób jedyny w swoim rodzaju.
nr 10/1240
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak
Juliusz Gałkowski
Tomasz Kłusek Mikołaj Rajkowski
Andrzej Skalimowski
Maria Sokołowska
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,
w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo
skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.
CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności
za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2022
kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN
"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając
(na dowolny okres) na konto wydawcy
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków
Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:
Prenumerata krajowa:
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.
www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:
Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl
e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie, przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.