nr 10/1218
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak,
Juliusz Gałkowski,
Małgorzata Kąkiel,
Andrzej Skalimowski,
Maria Sokołowska,
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Joanna Majczak sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36,sekretariatu 22 826 62 60,tel./faks 22 826 62 35,e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw:01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca, w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych. Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Cennik reklam znajduje się w "Kurierze Nowych Książek".
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2020
kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN
"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając
(na dowolny okres) na konto wydawcy
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków
Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:
Prenumerata krajowa:
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.
www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:
Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl
e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,
przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych
informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator
może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,
ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,
prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego
tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia
na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych
- iod@instytutksiazki.pl.
ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Wolnośćto najtrudniejszaforma wspólnoty
Z profesorem Andrzejem Nowakiemrozmawiają Michał Przeperski i Andrzej Skalimowski
Panie Profesorze, czy tworzenie historycznych syntez ma współcześnie sens?
To jedno z pytań kluczowych dla współczesnej historiografii, niełatwo na nie odpowiedzieć. Sami historycy są podzieleni co do to tego, czy namysł nad całością dziejów jest czymś, co nam, historykom cechowym, przystoi czy nie. Jestem pod świeżym wrażeniem ankiety, jaką rozpisaliśmy w redakcji "Kwartalnika Historycznego" wśród blisko stu wybitnych historyków z ośrodków polskich i zagranicznych. Część odpowiedzi na tak zadane pytanie wskazuje, że pisanie syntez wydaje się ryzykowne, być może wręcz nie jest to refleksja naukowa, ponieważ spojrzenie na bardzo szeroki temat wymaga jakiegoś rodzaju oderwania od źródeł i niesie za sobą ryzyko pewnej dowolności. Istnieje jednak spora grupa respondentów, która wskazuje, że jako historycy powinniśmy próbować znaleźć miejsce swoich szczegółowych badań w głębszej perspektywie. Jeżeli się od tego uchylimy, nie będziemy w stanie ocenić, jakim kawałkiem szerszej układanki jest ten element, którym sami się zajmujemy. Próba wyobrażenia sobie, jak może wyglądać cały ten obrazek, korci niejednego: odnaleźć swój sens we wspólnocie, zarówno tej synchronicznej (tu i teraz), jak i diachronicznej (skąd i dokąd idziemy). Te pytania są stawiane od wieków i trudno oczekiwać, by mogło wygasnąć zainteresowanie nimi.
Czym zatem pańskie Dzieje Polski, których czwarty tom ukazał się niedawno w księgarniach, różnią się od innych syntez naszej narodowej historii?
Jeżeli mogę znaleźć jakiś element wyróżniający moją syntezę, to nacisk położony w niej na kulturę. Właśnie ona znajduje się w centrum opowieści snutej przeze mnie w trakcie wszystkich czterech tomów - rzecz jasna w okresie złotego wieku, opisywanym w ostatnim z nich, rozwijała się ona szczególnie efektownie. Wiem, że to irytuje część czytelników tych Dziejów... Po co tyle o kulturze? Czy nie lepiej więcej o bitwach, o samej polityce, o życiu codziennym? Staram się więc przekonywać moich czytelników do tego, jak ważna jest właśnie kultura - zarówno wysoka, jak i ta umasowiona - dla tego, kim jesteśmy dzisiaj.
Z perspektywy dwóch dziesięcioleci XXI wieku można odnieść wrażenie, że historycy wycofali się tak z tworzenia historii tożsamościowej, jak też z pola kształtowania szerszej wizji dziejów. Czy w historii jest jeszcze miejsce na namysł historiozoficzny?
Dumne określenie "historiozofia" raczej nie pasuje do tego, co robię. Owszem, pasjonuje mnie próba rozumienia historii, jaką staram się śledzić, począwszy od ojców tej dziedziny: Herodota czy Tukidydesa, przez Hegla i jego uczniów, po współczesnych badaczy zajmujących się rozumieniem historii, by wspomnieć choćby Arthura Danto. Ale nie tym się zajmuję w Dziejach Polski. Do ich napisania popchnęła mnie potrzeba odnalezienia się w szerszej perspektywie, w niewidzialnym łańcuchu pokoleń, jak to pięknie napisał kiedyś Józef Czapski. Bohaterowie źródeł, które studiuję - zarówno uczestnicy Wielkiej Emigracji, jak i ci z czasów Piłsudskiego - wszyscy mieli jakąś pamięć historyczną, która odnajdowała się w ciągu dziejów i odpowiadała na wyzwania swojego czasu. Wszyscy realizowali jakąś wizję Polski. Pisarze Wielkiej Emigracji szukali w dziedzictwie historycznym Polski zasobów, które będą mogły wzmocnić szanse Polski na odnowienie jej siły w dziewiętnastowiecznym upadku jej politycznego bytu. Podobnie ci, dzięki którym wracała ona na mapę Europy w latach 1914-1920, byli w jakiś sposób motywowani wizją przeszłości Polski i wynikającym stąd poczuciem, jak ta wspólnota polityczna ma wyglądać. To wszystko ma przecież swoje głębokie korzenie w widzeniu Polski jako całości. I to jest właśnie powód, dla którego uważam, że warto bronić namysłu nad dziejami naszej wspólnoty historyczno-kulturowej w całym jej dającym się poznać rozwoju. Skoro to zagadnienie poruszało nie tylko wyobraźnie, ale też motywowało działania wielu ludzi, których opisujemy jako przedmiot naszych badań - to chyba i my nie możemy od tego abstrahować.
Jednak historia wspólnoty politycznej to niejedyny temat zasługujący na tak szerokie spojrzenie.
Naturalnie, niezmiernie interesujący jest na przykład spór o to, czy pamięć historyczną, żywą i motywującą ich działania, mają klasy społeczne lub grupy płciowe. Nie wchodząc tutaj głębiej w te zagadnienia, stwierdzam jedynie, że przekreślenie znaczenia narodu czy wspólnoty politycznej jako aktora historii jest nieporozumieniem. Zajmując się elitą polityczną albo kulturalną, piszemy o ludziach odnajdujących się w pewnej szerszej wspólnocie, dla których polska tożsamość polityczna była rzeczą niezmiernie istotną. Jeżeli stwierdzimy, że nie ma co tego badać, bo już wiele o tym napisano, nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć tych ludzi. Stracimy z oczu coś, co dla nich było ważne, bardzo ważne. Dlatego próbuję z własnego punktu widzenia, pisząc w początku XXI wieku, zrozumieć fenomen trwania i zmieniania się w czasie pojęcia Polska. Klucz, który próbuję wykorzystywać w swojej analizie dziejów Polski, stanowi pojęcie wolności we wspólnocie politycznej i wolności rozumianej jako niepodległość od zewnętrznych podmiotów politycznych. Te dwa rozumienia wydają mi się fundamentalne dla kształtowania opowieści Polaków o Polsce.
Według powoływanego przez pana Jana z Dąbrówki, dziejopisa, którego wielkim następcą był Jan Długosz, miłość ojczyzny można okazywać również przez spisywanie jej prawdziwych dziejów. Czy tę wytyczną możemy uznać za wciąż aktualną? Czy nie zawęża ona perspektywy, nie nakłada na badaczy ograniczeń poznawczych?
Historia jako nauka zdefiniowała się gdzieś na przełomie XVII i XVIII wieku, w czasach Pierre'a Bayle'a, w wyraźnym przeciwstawieniu do historii motywowanej względami wyznaniowymi, ale także - w pewnym sensie - do tych obowiązków obywatelskich, o których mówił m.in. Jan z Dąbrówki. Od tego czasu można zaobserwować narastające napięcie pomiędzy rolą historyka jako obywatela a rolą historyka jako zawodowca, który nie chce być ograniczony żadnymi obowiązkami społecznymi, badając konkretny wycinek dziejów czy przeszłości za pomocą zobiektywizowanych narzędzi badawczych. Taka formuła uprawiania historii stopniowo zdobyła sobie coraz więcej zwolenników. Stawiam jednak pytanie: czy historyk odgrywa w społeczeństwie takie same role jak matematyk czy biolog? Zacytujmy z Preambuły do obowiązującej od 1997 roku Konstytucji RP wezwanie, by "przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponadtysiącletniego dorobku" i pamiętać zarazem "gorzkie doświadczenia z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane". Albo artykuł 5., stwierdzający, iż "Rzeczpospolita Polska (...) strzeże dziedzictwa narodowego", jak też m.in. artykuł 6.1., mówiący, iż "Rzeczpospolita Polska stwarza warunki upowszechniania i równego dostępu do dóbr kultury, będącej źródłem tożsamości narodu polskiego, jego trwania i rozwoju". Czy Rzeczpospolita może "strzec dziedzictwa narodowego" bez udziału historyków? Czy Rzeczpospolita może "stworzyć warunki upowszechniania kultury (...) będącej źródłem tożsamości narodu polskiego" - bez udziału historyków? Spierać możemy się o charakter tego udziału, ale wypierać swoistego obowiązku chyba nie powinniśmy. Każda wspólnota polityczna wiąże się z opowieścią o tożsamości, tak czy inaczej definiowanej. Warto, by niektórzy historycy odnajdowali w sobie wezwanie do opowiadania o historii Polski poprzez swoje badania tak, aby opowieść ta była traktowana jako czytelna opowieść o łączącej nas przeszłości. Czy będzie to historia kultury wysokiej, historia handlu czy historia chłopów.
Ta ostatnia będzie łączyć się z pytaniami nie tylko o historię gospodarczą, ale również o naszą rzeczywistość, o aktualny stan polskiego społeczeństwa.
Gdy współcześnie mówimy o chłopach pańszczyźnianych i o pogardzie żywionej wobec nich, trudno się nie zastanowić nad podziałem na Polskę "lepszą", która z pogardą patrzy na tę drugą, jakoby "gorszą". Tym bardziej zdumiewający jest brak świadomości, że dziedzictwo pańszczyźniane dotyczy przynajmniej 80 procent z nas! Drugą stroną tego samego zagadnienia jest choćby powracanie do pojęcia Targowicy. Z jednej strony współczesnego podziału politycznego w Polsce mamy przecież "chamów", "troglodytów", "populistów", a nawet "biomasę", a z drugiej - "zdrajców", "targowicę". Świadomie wyostrzam tutaj te podziały, ale zmierzam do ukazania tego, że historia odgrywa poważną rolę w formowaniu przez nas samych sądów na własny temat. Nie tym oczywiście powinien zajmować się historyk - rozsupływaniem współczesnych debat politycznych, ale jeżeli rzetelnie uprawia historię Polski i bada rozmaite jej aspekty, to może dostarczyć materiału do pogłębionego namysłu, wykraczającego poza motywy retoryczne. W ten sposób odegra rolę, o której mówiłem, wspominając o artykułach konstytucji. Dlatego sądzę, że warto, by historyk pamiętał, iż jest także obywatelem.
Wróćmy do historiografii. W Dziejach Polski podmiotem historii jest polityczna wspólnota polska. W tej perspektywie rezygnację władcy z jedynowładztwa interpretuje pan jako wzmacnianie państwowości i tworzenie przestrzeni do zaistnienia Rzeczypospolitej.
Ograniczenie jedynowładztwa jest jedyną szansą na zaistnienie Rzeczypospolitej. Z tym pytaniem zwracam się do moich czytelników: czy wolicie nie mieć wolności politycznej, czy raczej wolicie być obywatelami? Ja wybieram tę drugą możliwość. Uważam, że budowanie Rzeczypospolitej stanowi o wyjątkowości polskiego doświadczenia - w innych krajach Europy nie budowano państwa w podobny sposób.
Pozytywne wartościowanie polskiej unikalności różni pana od historyków ze szkoły krakowskiej, choćby od Michała Bobrzyńskiego, ocenianego przez pana bardzo krytycznie.
Szkoła krakowska obejmuje dokonania różnych historyków. Najwyższym szacunkiem darzę na przykład Waleriana Kalinkę i jego dzieło Ostatnie lata panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, bardzo krytyczną, a jednocześnie niezwykle rzetelną historię tamtego czasu. Rzeczywiście jednak trudno mi o szacunek do tego, co napisał w swej syntezie historii Polski dwudziestoośmioletni Bobrzyński: oceniam tę książkę jako li tylko publicystykę. I to bardzo głupią, niedojrzałą, szczeniacką. Nie da się rzetelnie przemyśleć tysiącletnich dziejów Polski, kiedy ledwie się wyszło ze szkolnej ławy. Na myślenie o syntezie jest czas, kiedy przeczytało się nieco więcej i przeżyło. Tylko kontekst polityczny zdecydował o tym, że Dzieje Polski w zarysie bywały akceptowane jako rzetelny obraz dziejów Polski. W tej syntezie, kończącej się werdyktem: Polska upadła, bo sama tego chciała, niemal całkowicie brakuje kontekstu zewnętrznego, którego Bobrzyński i nie chciał uwzględnić, i uwzględnić nie mógł. Wszak w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku nie były jeszcze znane podstawowe źródła do historii rozbiorów Polski, choćby tak znaczące jak testament i najważniejsze dokumenty dyplomatyczne Fryderyka II, nie wspominając już o źródłach rosyjskich, które zaczną się pojawiać znacznie później i to tendencyjnie wybrane w edycji wielotomowej cesarskiego towarzystwa historycznego w Petersburgu. W gruncie rzeczy jednak dopiero badania prowadzone w otwartych po 1990 roku archiwach rosyjskich przez profesor Zofię Zielińską i jej uczniów pozwalają w pełni zrozumieć, dlaczego Polska upadła. Bynajmniej nie tylko dlatego, że Polacy sami tego chcieli.
Od problemu kryzysu, a następnie upadku polskiej państwowości nie da się jednak uciec.
Naturalnie, z tym problemem będę musiał zmierzyć się w kolejnym już, piątym tomie Dziejów Polski, gdy, da Bóg, uda mi się go napisać. Absurdalne wydaje mi się jednak założenie, jakie poczynili tak Bobrzyński, jak i na przykład Józef Szujski: spoglądać na całe dzieje Polski z punktu widzenia jej upadku. Rozumiem ich egzystencjalny wybór, bo pisali z samego dna upadku: po powstaniu styczniowym, gdy noc była najczarniejsza. Jednak powielanie tego spojrzenia z punktu widzenia roku 2020 wydaje mi się nieporozumieniem. Owszem, współcześnie mamy różne problemy, ale od czasu zaborów pod każdym względem dzieli nas przeogromny dystans. Sami decydujemy dziś o sobie, wówczas mogliśmy liczyć w najlepszy razie na monarszą łaskę - w Berlinie, Wiedniu czy Petersburgu. Dlatego też właśnie, moim zdaniem, należy się oderwać od perspektywy Bobrzyńskiego czy Szujskiego.
Jakkolwiek nie dostrzegać pozytywów ustroju staropolskiej Rzeczypospolitej, uległ on korupcji i degradacji, osłabiając państwo. Czy hołdując tej tradycji, nie hołdujemy własnej słabości?
Zwróćmy uwagę na wysiłek wiążący się z wychodzeniem Polski z anarchii, nie wolno tego zlekceważyć. Wziął się on bowiem nie z uznania, iż wszystko co wydarzyło się w dziejach Rzeczypospolitej przed czasami Stanisława Augusta Poniatowskiego było złe, lecz przeciwnie: odrodzenie było możliwe dlatego, że wspólnota polityczna okazała się zdolna do autorefleksji i wykorzystania instytucji, które wciąż w Rzeczypospolitej istniały. Sejm Wielki stanowił wszak instytucję z kilkusetletnią tradycją. Istnienie tej tradycji sprawiło, że ustrojowa autokorekta była możliwa nie na zasadzie oktrojowanej, odgórnej modernizacji, ale na zasadzie obywatelskiej. To powód, dla którego mogę otwarcie powiedzieć, że jestem dumny z naszej historii.
Trudno się pozbyć wrażenia, że tradycja staropolska jest intelektualnie wymagająca i trudna do jednoznacznego zaszufladkowania.
W całej opowieści, jaką snuję w Dziejach Polski zależy mi na tym, by przekonać czytelników, że wolność jest najtrudniejszą formą wspólnoty. Utrzymanie wolności obywatelskiej pozostaje w stałym konflikcie z innymi wartościami. Nie możemy powiedzieć, że Rzeczpospolita stanowiła ideał: u nas wolność obywatelska, a gdzie indziej despocja. Pamiętajmy, że staropolska wolność obywatelska ufundowana była na pańszczyźnie, o czym mówiliśmy wcześniej. Istniało silne napięcie pomiędzy elitą cieszącą się swoją wolnością a tymi, którzy tą wolnością nie bardzo mogą się cieszyć.
Jedną z kluczowych osi opowieści o polskiej wspólnocie politycznej jest inne napięcie: pomiędzy wolnością polityczną jednostki a niepodległością państwa.
Ta relacja w polskiej tradycji politycznej została uświadomiona na dobre dopiero w wieku XVIII, a przełom stanowiła interwencja militarna Rosji w elekcję Stanisława Leszczyńskiego w 1733 roku, gdy Petersburg narzucił jako władcę Augusta III. W tym kontekście Stanisław Konarski, gigant polskiej myśli politycznej, w swoich Listach o bezkrólewiu sformułował pojęcie niepodległości, wyraźnie podkreślając, że jest ona czymś innym aniżeli indywidualna wolność. Od tej pory to zagadnienie pozostaje nam znane i od tej właśnie pory Polacy nie tylko debatują na temat niepodległości, ale o tę niepodległość walczą.
Jeden z jasnych wniosków wypływających z lektury Dziejów Polski brzmi: Rzeczpospolita nie była imperium - jej władcy nie rozumowali kategoriami imperialnymi, a jej obywatele nie mieli imperialnych ambicji. Dlaczego? I czy z perspektywy pięciu stuleci nie wydaje się to - być może - nietrafnym wyborem?
Pamiętam rozmowę na ten temat z Andrzejem Wyczańskim, najlepszym chyba specjalistą badającym wewnętrzną strukturę Rzeczypospolitej w wieku XVI. Jego opinia była jednoznaczna: nie da się przymierzyć imperialnego modelu do Rzeczypospolitej. Nie ma bowiem w Rzeczypospolitej ani imperatora, ani podporządkowanych peryferii. W stosunku do króla Radziwiłł z pewnością nie stanowi żadnej wyzyskiwanej peryferii, podobnie jak Wiśniowiecki, pan na Łubniach. Ale Rzeczpospolita nie jest imperium nie tylko z punktu widzenia strukturalnego, ale również z punktu widzenia mentalności politycznej: szlachta, czyli podmiot polityczny tej wspólnoty, w znacznej większości nie była zainteresowana podbojem. Obsesyjnie obawiająca się wzmocnienia władzy królewskiej, twardo broniła swoich praw, a wśród nich przywileju koszyckiego, uniemożliwiającego władcy zmuszenie szlachty do udziału w wyprawie ofensywnej poza granice kraju.
Stanowiska tego nie zmieni perspektywa wmieszania się w wewnętrzne sprawy Moskwy u progu XVII wieku?
Przeciwnie, sejmiki szlacheckie roku 1605 mówią jasno: nie idźmy na Moskwę, to jest koszmarny pomysł, trzymajmy się swojego powiatu. Możemy tego żałować, możemy też krytykować, ale istniała alternatywa: imperium albo wolność obywatelska. Poza nią w epoce wczesnonowożytnej udało się wyjść tylko w Wielkiej Brytanii. Na Wyspie można było próbować - natomiast pomiędzy Moskwą/Rosją, imperium osmańskim i habsburskim już tak łatwo nie było. Żeby stworzyć własne imperium kosztem Rosji, Habsburgów czy Turcji, trzeba byłoby zdobyć się na niebywały wysiłek militarny, wymagający militaryzacji społeczeństwa i ogromnej zmiany ekonomicznej. Czy Rzeczpospolitą byłoby na tak wielką zmianę stać? Bez własnego złota i srebra? Wyobraźmy sobie, jaką potęgę stanowili Habsburgowie i Moskwa razem wzięci, a przecież widmo ich porozumienia pojawiało się, ilekroć Rzeczpospolita była osłabiona. Cóż, takie właśnie ma się dylematy, jeżeli nie jest się wyspą, tylko samym centrum kontynentalnej Europy, osią Heartlandu, jak to nazwie na początku XX wieku angielski twórca geopolityki, HalfordMackinder.
W ocenach formułowanych pod adresem naszych przodków jest pan oględny. Uzasadnia pan m.in. racjonalność gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej, wskazując na rosnący poziom zamożności, którego beneficjentami byli również chłopi. Powstrzymuje się pan nawet od ostrzejszej krytyki pod adresem nieszczęsnej decyzji Zygmunta Augusta z 1563 roku, gdy wyraził on zgodę na dziedziczenie władztwa w Prusach przez brandenburską linię Hohenzollernów. Czy wszystkie decyzje i procesy jesteśmy w stanie uzasadnić kontekstem epoki?
Warto skonfrontować ze sobą dwie postawy wobec przeszłości, z którą się identyfikujemy. Bo przecież identyfikują się zarówno ci, którzy krytykują, jak i ci, którzy skłonni są usprawiedliwiać pewne poczynania naszych przodków. Tak rozumiem troskę krytyczną: nie powtarzajmy błędów, wydobądźmy je w naszej opowieści na pierwszy plan, abyśmy wyciągnęli z nich jakąś lekcję. Ale w tej postawie widzę też pewnego rodzaju niebezpieczeństwo. Uważam, że badacze uprawiający historię w tak krytyczny sposób, stosują prezentyzm w stopniu dużo większym niż skupiający się na szukaniu historycznego kontekstu. Ci pierwsi ustawiają się w roli, która mi wydaje się bardzo niewygodna, to znaczy w roli widzących i wiedzących więcej od bohaterów (najczęściej negatywnych) ich opowieści. Jednocześnie rezygnują z próby zrozumienia, tylko osądzają. To wybór pomiędzy rolą prokuratora a rolą obrońcy - sam lepiej czuję w tej drugiej roli. Staram się wcielać w rolę tego, który patrzy na historię oczami jej uczestników. Próbuję na przykład rozpoznać horyzont wiedzy, doświadczenia i świadomości tych, którzy w roku 1525 podejmują decyzję o przyjęciu hołdu pruskiego, a nie, jak powiedzmy Bobrzyński, patrzą na hołd pruski z perspektywy roku 1879. Bo tak na pewno nie patrzył Zygmunt Stary i jego doradcy. Tutaj kryje się właśnie moja niezgoda na jednostronnie krytyczne jedynie spojrzenie na nasze dzieje, bo ono zafałszowuje obraz dziejów.
Jakie są zatem granice obrony postępowania naszych przodków?
Czytelnik Dziejów Polski zobaczy, że bohaterom opowieści o polskiej wspólnocie nie szczędzę krytycznych ocen, zarówno w średniowieczu, jak i w epoce wczesnonowożytnej. Natomiast całościowy bilans - jeszcze do roku 1572, na którym na razie zamyka się moja opowieść o polskiej historii - układa się względnie pozytywnie. Niestety w kolejnych tomach, dotyczących wieku XVII czy XVIII, ten bilans będzie wyglądał inaczej. Mogę na przykład przedstawić szereg argumentów na rzecz stanowiska Andrzeja Maksymiliana Fredry, wybitnego obrońcy wolności obywatelskich, a jednocześnie marszałka Sejmu, na którym w 1652 roku po raz pierwszy skutecznie zastosowane zostało liberum veto. Jednocześnie będę przecież widział ujawniające się już wówczas złe skutki liberum veto - będę zatem musiał konfrontować obronę tradycji obywatelskiej z realiami, w których praktyki owej obrony nie będą prowadziły do dobrych skutków. Już wówczas, w drugiej połowie XVII wieku, nie brakło bowiem krytyków mówiących wprost, że w Rzeczypospolitej dzieje się źle i trzeba się podjąć dzieła naprawy. Wówczas jednak ci drudzy przegrali. I czytelnik będzie musiał do pewnego stopnia, oczywiście razem ze mną, rozstrzygnąć: czyje racje przeważają w naszej opinii.
Po przygotowywanym przeze mnie piątym tomie Dziejów Polski nasza rozmowa wyglądałaby inaczej, wówczas może nie będę wyglądał na zaślepionego obrońcę polskiej tradycji ustrojowej, która - do pewnego momentu rozwijając się wspaniale - w wieku XVII przeżywa swój kryzys. Podobnie gospodarka folwarczno-pańszczyźniana, która wchodzi wówczas w okres rzeczywiście nierzadko koszmarnego wyzysku. Nie dlatego jednak, że jej twórcy byli moralnymi potworami, ale dlatego, że takie koszmarne warunki zostały stworzone na skutek fatalnych okoliczności polityczno-militarnych w połowie wieku XVII. Ten czynnik również gra tu bardzo istotną rolę.
Jest pan Profesor również badaczem dziejów Rosji i relacji naszego kraju z tym wielkim, wschodnim sąsiadem. Federacja Rosyjska prowadzi konsekwentną politykę historyczną, która stanowi ważne narzędzie jej dyplomacji. Czy pańskim zdaniem historia Polski jest w ogóle "przetłumaczalna" na język i realia Zachodu? Czy istnieje szansa na modus vivendi Polski z Rosją? Czy przeciwnie - na płaszczyźnie historycznej jesteśmy skazani na rywalizację i niezrozumienie?
Pięknie pisał o tym Norwid w czasach powstania styczniowego, mówiąc, że Zachód nas Polaków nigdy nie zrozumie, ale Rosja - owszem. Miał na myśli egzystencjalne doświadczenie narodów dotkniętych brutalnością polityki, innej niż ta, której doświadczały narody zachodnie. To tworzy przesłankę zrozumienia i porozumienia między Polską a Rosją, która wydawała się realną w początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Była wówczas szansa nawiązania dialogu historycznego na płaszczyźnie doświadczenia komunizmu, którego Rosja i Rosjanie są bez wątpienia największą ofiarą. Ta perspektywa rozwiała się pod naciskiem rosyjskiej, w istocie postsowieckiej opinii politycznej już w połowie lat dziewięćdziesiątych. Zaczęło się usprawiedliwianie w duchu stalinowskim strasznych zbrodni, gdyż zostały raz jeszcze uznane za potrzebne do budowy nowego, wielkiego imperium - jakim Rosja na nowo miała stać. Ta narracja osiąga obecnie swoje kanoniczne wręcz kształty, gdzie w imię budowania imperium można usprawiedliwiać zagładę milionów własnych obywateli. Nie da się tego pogodzić z naszą świadomością, zarówno jako ofiar - Polaków zamieszkujących ziemię, którą Timothy Snyder określił mianem skrwawionej - jak i ludzi przynależących do szerokiego kręgu wartości zachodniej cywilizacji. Natomiast wyzwaniem w naszych relacjach z Zachodem jest dążenie do trwałego ulokowania po stronie zła dwóch totalitaryzmów: nazizmu i komunizmu. Ten drugi bowiem w debacie publicznej w krajach zachodniej Europy wcale nie jest definiowany jednoznacznie negatywnie.
W kwestii relacji polsko-rosyjskich określiłbym siebie mianem realisty. W odróżnieniu od fatalistów - do których zaliczał się m.in. Maurycy Mochnacki - nie uważam tego porozumienia za nierealne. Bliższa jest mi tutaj postawa Mickiewicza, który poprzez twórczość literacką opisuje doświadczenie konfliktu, ale wskazuje zarazem na potrzebę wspólnego dialogu. Jednakże jako realista wiem, że szanse na takie porozumienie w perspektywie najbliższych kilkunastu lat są znikome. Przez ostatnie dwadzieścia lat społeczeństwo rosyjskie zostało w sposób brutalnie jednostronny raz jeszcze "wyedukowane" historycznie. Wspominam o tym z bólem, gdyż wielu moich rosyjskich kolegów historyków zamilkło, wyemigrowało, straciło pracę, a w niektórych przypadkach trafili do więzienia. Na temat historii XX wieku prace oparte na rzetelnej analizie źródeł właściwie nie ukazują się drukiem. Oczywiście istnieje w Rosji uczciwa historiografia, ale jest ona marginalna. Wolno pisać o dziejach XVII i XVIII wieku, powstają znakomite monografie, ale dławione są niskimi nakładami.
Oficjalną wykładnię aktualnej wizji historii XX wieku, w ujęciu właściwie globalnym, wyłożył niedawno Władimir Putin. Z okazji 75. rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej opublikował obszerny esej na łamach prestiżowego i opiniotwórczego amerykańskiego periodyku "The National Interest" (warto wiedzieć, że de facto przejętego już przez Rosjan pod przykrywką działań Fundacji Nixona). Putinowski tekst, co znamienne, zaczyna się od słowa "Polska". Głównym przesłaniem jest obarczenie naszego kraju całą odpowiedzialnością za tragedię drugiej wojny. Przez Polskę i jej rzekomy pakt z Hitlerem doszło do światowego konfliktu. Będący jego następstwem Holokaust wynikał w sposób oczywisty z polskiego antysemityzmu, będącego głównym wyznacznikiem polskich postaw i historii. Tego rodzaju nieprawdopodobna wręcz skala podłości i cynizmu, powielana codziennie w rosyjskiej propagandzie masowej, sprawia, że powrót do sytuacji, w której Rosjanie mieliby zmierzyć się uczciwie z dziedzictwem paktu Ribbentrop-Mołotow, a przede wszystkim z dziedzictwem komunizmu i imperializmu w swojej historii, wydaje się bardzo trudny. I na pewno nie Polska będzie główną inspiracją lub przeszkodą dla tego procesu. Rosjanie muszą przejść przez to sami. Ale jedno możemy robić - konsekwentnie obstawać przy prawdzie historycznej. Słyszalne są głosy, że przecież Rosjan nie przekonamy, po co więc ciągle wracać do tematyki zbrodni katyńskiej. Moi koledzy z niezależnego Memoriału odpowiadają jednak, że Polska musi o tym nieustannie przypominać. Jeżeli przestaniemy - to utrwali się przekonanie, że system komunistyczny był niewinny, a nawet jeżeli były jakieś błędy i zbrodnie to można je jakoś usprawiedliwić.
Chciałbym zwrócić też uwagę na złożone zagadnienie relacji między polityką historyczną a prawdą. Nie wszyscy historycy powinni zajmować się polityką historyczną. Broń Boże! Natomiast Polska, tak jak każde inne niepodległe państwo, musi uprawiać politykę historyczną. Zwłaszcza że nasz kraj przywoływany jest w trzech globalnych kontekstach pamięci - nazizmu, komunizmu i Holokaustu. Abdykując z udziału w tej dyskusji, akceptujemy sytuację, w której Polska określana jest jako główny winowajca dwudziestowiecznych tragedii i uporczywa przeszkoda w ułożeniu poprawnych stosunków między Wschodem i Zachodem. Przypomnijmy, że konkluzją eseju Putina było wezwanie do przywrócenia współpracy imperialnej między Rosją a mocarstwami Zachodu (w tym Niemcami), gdyż "małe kraje" - takie jak Polska - są tylko źródłem problemów i trzeba je zmusić do podporządkowania się tej wizji "porządku", jaką reprezentują mocarstwa.
To w ogóle jedno z fundamentalnych pytań, mianowicie, czy mniejsze państwa - nie będące mocarstwami - mają w ogóle prawo do bytu i samodzielnego głosu w międzynarodowej debacie o teraźniejszości. Jest to także istotne zagadnienie wewnętrzne. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Polacy, którzy są obecnie edukowani i wychowywani nie tyle przez szkołę, ile przez wielkie media (często prezentujące zupełnie niezgodny z polską pamięcią historyczną punkt widzenia), będą mogli w tym procesie kształtowania odnaleźć swoją tożsamość? Pośród wielu tożsamości, które z uwagi na przemiany kulturowe i obyczajowe, będą mieli do wyboru? To jest zagadnienie poszukiwania polskiej tożsamości kulturowej, które rodzi zasadnicze pytania - po co być obywatelem polskim? Ale także: po co nam język polski? Czy naprawdę powinna się liczyć tylko znajomość języków obcych? Czy może równie ważne nie powinno być zachowanie świadomości bogactwa języka polskiego? Do niektórych dóbr kultury mamy dzisiaj i będziemy mieli w przyszłości dostęp tylko poprzez język polski. Nie dotrzemy do Leśmiana czy Kochanowskiego, jeżeli stracimy z tym językiem kontakt. Podobnie jak nie dotrzemy do muzyki Chopina, Góreckiego, malarstwa Malczewskiego czy Wyspiańskiego, jeżeli nie będziemy uprawiali mądrej polityki pamięci, pozwalającej przechować w naszym kraju świadomość bogactwa kulturowego tego dziedzictwa, z którego ich geniusz wyrasta. Powtórzę raz jeszcze - państwo musi realizować swoją politykę pamięci, a historycy będą jej najlepiej służyli poszukując prawdy historycznej. W moim przekonaniu z tej prawdy wyniknie korzystna korekta polskiego wizerunku na arenie międzynarodowej. Aktualnie jest on przerażająco niesprawiedliwy, negatywny. W największej paryskiej księgarni oglądałem ostatnio kilka półek z książkami o historii Rosji - widać w tych kilkuset książkach pozytywną fascynację. Obok - raptem pięć książek na temat Polski - wszystkie o krwawym, polskim antysemityzmie. Jedna z nich dotyczyła problemu morderstw rytualnych we współczesnej Polsce... Jaki obraz naszego kraju się z tego wyłania? Przecież prawda o Polsce nie jest chyba aż tak zła. Oczywiście, jest złożona i należy ją badać rzetelnie, a z wyników tych badań powinni czerpać politycy odpowiedzialni za prowadzenie polityki pamięci.
Przedstawione przez pana postulaty są natury ogólnej. W jaki sposób można wpłynąć realnie na zmianę postrzegania polskiej historii na arenie międzynarodowej?
Współczesny świat to nie tylko Europa. Nie tylko Zachód powinien być głównym kontekstem naszych zabiegów o popularyzację mniej negatywnego wizerunku Polski. Świat muzułmański, Ameryka Łacińska, Azja Wschodnia - do każdego z tych kontekstów trzeba dopasować opowieść o Polsce. W chińskich podręcznikach szkolnych bardzo ważne miejsce zajmuje postać Marii Skłodowskiej-Curie. Wcale nie jako badaczka francuska. Fakt jej polskiego pochodzenia został tam wyraźnie uwzględniony. To jest już punkt zaczepienia dla opowieści, która dla tamtejszych odbiorców może być interesująca. Z kolei w Iranie kulturowo istotna pozostaje poezja. Przecież na płaszczyźnie poetyckiej Polska jest imperium. Pokazanie bogactwa polskiej kultury z perspektywy styków historycznych z Persją i Turcją może być dla nas szansą dotarcia z interesująca opowieścią do tych, także ważnych odbiorców.
Z punktu widzenia naszych przyzwyczajeń te kierunki mogą wydawać się egzotyczne. Porządek współczesnego świata sprawia, że główny punkt odniesienia w dalszym ciągu stanowi Zachód. W tym kontekście też mamy dwa wielkie atuty. Pierwszy to tradycja obywatelska, republikańska, wolnościowa i demokratyczna. Trzeba wreszcie podważyć uporczywie powtarzany przez polityków zachodnich durny stereotyp o "młodej polskiej demokracji". Na ten punkt zwraca uwagę profesor Andrzej Sulima Kamiński, jeden z inspiratorów mojej wizji historii. Drugim atutem jest kontekst religijny, chrześcijański, przede wszystkim katolicki. Na świecie mamy prawie półtora miliarda katolików, dla których święta Faustyna jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci. Jan Paweł II pozostaje czytelnym symbolem dla setek milionów ludzi poza Polską. Kontekst religijny należy wyraźnie naświetlać, tym bardziej że chrześcijaństwo stanowi fundamentalnie ważną część polskiej historii i kultury. Pokazując w umiejętny sposób tę tradycję, możemy pomóc w identyfikowaniu Polski na mapie wyobrażeń świata w XXI wieku.
Problem polega na tym, że połączenie tych dwóch obrazów - tradycji chrześcijańskiej i emancypacyjnej (celowo używam tego słowa) - wydaje się sprzeczne. Tak też jest często na Zachodzie pokazywane. Postać Tadeusza Kościuszki, który w swoim testamencie zobowiązał do uwolnienia murzyńskich niewolników, może być postrzegana w kategoriach "postępowych". Natomiast wspomniana św. Faustyna i Jan Paweł II to raczej postacie "reakcyjne". Te sprzeczności wynikają z ogromnego bogactwa i zróżnicowania polskiej historii i kultury. Także tej, która dotyczy historii Żydów w Polsce przed Holokaustem. Wielkie zasługi w pokazywaniu owego zróżnicowania ma Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Bowiem Żydzi w Polsce to nie sam Holokaust, a na pewno nie Holokaust zawiniony przez Polaków. To zwyczajna nieprawda. Przecież doświadczenie 900 lat rozwoju diaspory na ziemiach Polskich jest czymś ogromnie ważnym dla kultury żydowskiej.
Czy jedną z płaszczyzn tej narracji może być historia regionu Europy Środkowo-Wschodniej?
Królestwa Węgierskie, Czeskie i Polskie to trzy wspólnoty polityczne, które mają bardzo głębokie tradycje kulturowej, społecznej i ekonomicznej obecności w życiu Europy. Istotne są zarówno doświadczenia wielkości tych wspólnot w historii średniowiecznej i nowożytnej, jak i późniejsze doświadczenie opresji, której ten region doznał ze strony dwudziestowiecznych totalitaryzmów, ale także starszych od nich imperializmów, w tym na przykład imperializmu osmańskiego. To co mówię, jest niepoprawne politycznie, ale burzę się, słysząc, że Węgry są wzywane do zadośćuczynienia historycznego w związku z uciskiem kolonialnym krajów pozaeuropejskich. Dzieje się to w kontekście przyjmowania uchodźców z krajów muzułmańskich. A przecież Węgry doświadczyły tak brutalnego kolonializmu ze strony imperium osmańskiego, że stawianie ich w jednym szeregu z Anglią, Francją czy Hiszpanią jest niesłychanym nadużyciem. Tamte imperia kolonizowały narody pozaeuropejskie. Naszą rolą jest pokazywanie, że doświadczenia Europy Środkowo-Wschodniej z imperializmem są zupełnie inne od doświadczeń dziewięciu krajów stanowiących rdzeń Europy Zachodniej. Europa Środkowo-Wschodnia była ofiarą imperializmu, wewnątrzeuropejskiego (niemieckiego, rosyjskiego), ale także tego pozaeuropejskiego. Pamiętajmy też, że niemiecka mentalność kolonialna odcisnęła swoje piętno nie tylko w Afryce, ale także na słowiańskim pograniczu, w kolejnych pruskich "walkach o kulturę". Drang nach Osten i polityka eksterminacyjna wobec Żydów i Słowian zaczęła się na długo przed dojściem do władzy Adolfa Hitlera.
Deklaruje pan stanowczo swój konserwatywny światopogląd. Obecnie jesteśmy świadkami dynamicznych przemian obyczajowych, programowego odchodzenia od naukowych autorytetów, szukania wielorakich inspiracji. Czy pańskim zdaniem w dzisiejszych czasach możliwe jest pogodzenie szacunku wobec autorytetu naukowego mistrza z wyborem i rozwojem własnej drogi intelektualnej i badawczej?
Z konserwatywnego punktu widzenia wynika szacunek do tego, co było przed nami i przekonanie, że nie ja sam wszystko wymyślam. Trafna wydaje się średniowieczna metafora karła, który stoi na ramionach gigantów. Mierząc się z moją żywą pamięcią kontaktów z profesorem Henrykiem Wereszyckim i profesorem Stefanem Kieniewiczem, mogę bez wątpienia powiedzieć, że są dla mnie wzorem. Kieniewicz był mistrzem profesor Wiktorii Śliwowskiej, której z kolei ja byłem uczniem. Uważam, że historycy tworzący przed nami mieli ogromne dokonania. Próbuję do tego nawiązać w sposób świadomy, czego wyrazem była moja książka O historii nie dla idiotów. W jej skład wchodzą rozmowy z wybitnymi dziejopisami polskimi i zagranicznymi. Moi rozmówcy mają różne spojrzenie na nasze dzieje, ale wszystkich darzę ogromnym szacunkiem. Nieprzypadkowo staram się rozmawiać ze starszym pokoleniem historyków, uważam bowiem za niezwykle istotny element ciągłości. Prawda jest jednak taka, że mistrzowie się zdarzają, nie da się ich odgórnie zadekretować, ani odgórnie wykluczyć. Na szczęście możemy ich znaleźć także pośród już nieżyjących, których nie dane nam było spotkać osobiście, ale z których warsztatem i myślą możemy obcować poprzez ich książki. Dla mnie kimś takim był profesor Władysław Konopczyński ze swoim gigantycznym dorobkiem historiograficznym.
Natomiast odgórne przyjęcie zasady, że nie powinno być mistrza, moim zdaniem jest założeniem niemądrym. Ostatecznie żaden historyk nie jest w stanie stworzyć swojej opowieści z niczego. Każdy z nas czyta książki, monografie, opracowania. Nie ograniczamy się wyłącznie do źródeł. W tym sensie nie można się odciąć od pewnych rozwiązań metodologicznych. Ważne, żeby mieć świadomość, że niczego nie tworzymy od zera. Z tą świadomością łatwiej się wobec pewnych koncepcji zdystansować, być może skłonić w stronę innych. Nie mamy wówczas poczucia, że znajdujemy się w naukowym hipermarkecie, gdzie możemy sobie z półek dobierać różne rzeczy, wierząc, że to wyłącznie nasza świadoma decyzja. To refleksja szersza, mająca odniesienie także poza sferą naukową. W końcu wszyscy jesteśmy także ogniwami w łańcuchu pokoleń, przedmiotem kształtowania i wpływów ze strony tych, którzy nas poprzedzają. Możemy także stać się w tym procesie podmiotem - ale tylko wtedy, jeśli uświadomimy sobie, że nie jesteśmy pierwsi. Może wtedy nie będziemy ostatni.
NASZA OKŁADKA
Rzeczpospolitaobywatelska
Michał Przeperski
Andrzej Nowak
Dzieje Polski. T. 4, 1468-1572
Trudny złoty wiek
Kraków : "Biały Kruk", 2019
455 s. : il. (w tym kolor.) ; 24 cm
Kolejny tom Dziejów Polski Andrzeja Nowaka zabiera czytelnika do czasów rządów Jagiełłowych synów i wnuka. Nie brak w tej opowieści geopolityki i wojskowości, ale na pierwszym planie obserwujemy przede wszystkim ewolucję unikalnej kultury politycznej.
Czytelnicy poprzednich tomów Dziejów Polski wiedzą, czego mogą się spodziewać po Andrzeju Nowaku i jego historycznej wizji. Zaczynającym lekturę od najnowszego, czwartego tomu, należy się kilka słów wyjaśnienia. W czasach, gdy specjalizacja historyczna postępuje, a mnogość szczegółowych badań jest trudna do ogarnięcia dla pojedynczego badacza, Andrzej Nowak podjął się zadania idącego pod prąd popularnym trendom. Od sześciu lat z żelazną regularnością prezentuje nam kolejne tomy opowieści o polskich dziejach, stanowiące jego autorską interpretację procesów historycznych, w których kształtowała się polskość w szerokim tego słowa znaczeniu. Jest tu miejsce na ukazanie Polski w Europie, na układy geopolityczne, dyplomację czy rozwój gospodarki. Wszystko to ujęte z właściwą autorowi swadą. Powoduje ona, że skomplikowane zjawiska, złożone koligacje czy zmienne polityczne koniunktury łączą się w potoczystą gawędę, która we współczesnej krajowej historiografii nie ma sobie równych.
Na pierwszym planie opowieści znajduje się bez wątpienia idea obywatelska. Nie ma bowiem wątpliwości, że Dzieje Polski to jednocześnie dla autora podróż do źródeł polskości, poszukiwanie tego, co niemieccy historycy określiliby mianem Sonderweg. Co zatem jest niezwykłego, jedynego w swoim rodzaju w polskiej historii, w narodowych dziejach? Czy Polska - a w omawianym okresie: konsolidująca się polsko-litewska Rzeczpospolita - stanowiła część Zachodu, najdalej na zachód wysuniętą część Wschodu czy pomost między oboma tymi światami? Wiele odpowiedzi zostało już udzielonych w poprzednich tomach. Od samego początku Andrzej Nowak w swojej opowieści odnajduje wyjątkowość polskiej kultury politycznej w niepowtarzalnej idei podmiotowości, w poczuciu tego, że polska wspólnota polityczna oraz narodowa skupiła się i realizowała wokół idei obywatelstwa. Idei, w myśl której odpowiedzialność za istnienie wspólnoty, jej wartości, a także jej państwowej emanacji spoczywa na wszystkich członkach wspólnoty, a której funkcjonowanie jest możliwe tylko w warunkach wzajemnego poszanowania i konsekwentnego ucierania kompromisów.
Jest Nowak żarliwym i impetycznym polemistą. Michała Bobrzyńskiego określa jako "miłośnika oświeconego zamordyzmu", wytykając mu konsekwentnie pomijanie niewygodnych faktów, niepasujących do przyjętej narracji. Z kolei w polemice z badaczami polskiego - czy szerzej: środkowoeuropejskiego - zacofania wyraźnie stawia zarzut prezentyzmu, domagając się, by dla oceny racjonalności działań szesnastowiecznych aktorów historii przyjmować ich właśnie punkt widzenia. To bez wątpienia znakomite ćwiczenie intelektualne, choć jego rezultaty nie zawsze będą równie przekonujące. Bardziej tam, gdzie punktuje zdumiewające tezy Perry'ego Andersona, mimo wszystko mniej, gdy dyskutuje z Witoldem Kulą. Bez wątpienia ogromną wartością jest natomiast to, że monumentalne dzieło Nowaka zostało pomyślane jako przekrojowa, panoramiczna synteza narodowych dziejów, po którą może sięgnąć każdy. Przystępne, przejrzyste przedstawienie polemik i różnych stanowisk na historyczne procesy stanowi wielką wartość książki. Tym bardziej jeszcze, że autor nie poprzestaje na suchym zreferowaniu stanowisk, ale wyraźnie akcentuje własne opinie.
Kolejni opisywani przez Nowaka monarchowie są przez niego oceniani życzliwie. Kazimierz Jagiellończyk, Jan Olbracht, Aleksander, Zygmunt Stary i Zygmunt August tworzą nie tylko największą w dziejach potęgę polityczną. Współtworzą kulturową tożsamość i fundamenty narodowego "złotego wieku", który do dziś stanowi punkt odniesienia dla polskich dziejów. Systematyczne ustępowanie przez monarchów z jedynowładztwa Nowak prezentuje jako proces, który wzmacnia państwo - pomaga rozbudowywać kulturę współdecydowania o losach państwa. Nie tylko o jego wewnętrznym urządzeniu, ale także o polityce zagranicznej. Ograniczenie dyskrecjonalnej władzy królewskiej widać nie tylko w kolejnych szalenie ważnych przywilejach (na czele z konstytucją nihil novi z roku 1505), ale także w sukcesywnej emancypacji mas szlacheckich, które uzyskują podmiotowość polityczną i świadomość swojej współodpowiedzialności za państwo. Przykładem tego procesu będzie rzecz jasna ruch egzekucyjny.
W opisywanych latach 1468-1572 Korona i Litwa współpracują ze sobą, ale nie jest to łatwy związek. Ma Nowak dużo wyczucia, które pozwala mu uniknąć polonocentryzmu w opisie dziejów unii, chętnie korzysta m.in. z ustaleń Roberta Frosta czy J?rat? Kiaupien?. Co niezwykle nęcące w wizji Nowaka, to spojrzenie na rodzącą się Rzeczpospolitą - która na dobre zmaterializuje się w Lublinie w 1569 roku - jako na wolny kraj, gdzie rządzi prawo. To właśnie ono, efekt ucierania stanowisk i często sprzecznych interesów, powoduje, że możliwa jest równość pomiędzy bracią szlachecką. To dzięki niej czuje ona swoją współodpowiedzialność, lecz nie strach wobec władcy. Wiele dają do myślenia subtelne wspomnienia o władcach Zachodniej Europy. Jak choćby o Elżbiecie I, nieposiadającej się z wściekłości na dźwięk uwag o własnej polityce, formułowanych przez polskiego posła. Tymczasem krytyka polityki władcy w szesnastowiecznej Koronie czy na Litwie nie narażała śmiałka na karę gardłową.
Nie na wszystkie rodzące się pytania autor może nam udzielić odpowiedzi. Granica pomiędzy anarchią a ucieraniem sprzecznych interesów w ramach rodzących się tradycji demokratycznych jest momentami bardzo delikatna. Zgorszenie budzą wskazywane przez Nowaka przykłady ważnych polityków polskich na cudzym, najczęściej habsburskim żołdzie - jak należy oceniać ich wpływ na narodowe dzieje? Czy z perspektywy dłuższego trwania rozbudowa systemu gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej rzeczywiście zasługuje na uznanie? Autor stwierdza, że każde pokolenie mierzy rzeczywistość swoimi miarami, nie zaś w perspektywie dłuższego trwania. Z pewnością ma rację, ja nie mam natomiast pewności, czy historyk może sobie pozwolić na podobny luksus.
Czwarty tom Dziejów Polski Andrzeja Nowaka to znakomita lektura. Potoczysta, skrząca się erudycją i głęboko przemyślana. To pozycja dla tych, którzy pragną lepiej poznać narodowe dzieje, ale i dla tych, którzy chcą na nowo je krytycznie przemyśleć. Tym bardziej że autor podejmuje wiele problemów prawdziwie ponadepokowych.
Zwycięstwo 1920i analogie
Jan Wilkowicz
Andrzej Nowak
Klęska imperium zła
Rok 1920
Kraków : "Biały Kruk", 2020
367 s. : il. ; 24 cm
W sto lat od bitwy warszawskiej czcimy męstwo żołnierzy i zwartość narodu, któremu udało się uchronić od zagłady odradzającą się Rzeczpospolitą. Najnowsza książka Andrzeja Nowaka każe spojrzeć na wojnę polsko-bolszewicką w znacznie szerszej perspektywie.
Krakowski historyk niebezzasadnie uchodzi nie tylko za jednego za najwybitniejszych współczesnych polskich dziejopisów, ale także za jednego z najważniejszych intelektualistów zabierających głos w debatach na temat współczesnej kondycji naszego kraju. Prawdę powiedziawszy, w jego wypadku trudno rozgraniczyć obie role. Gdy w 2015 roku wydawał znakomitą Pierwszą zdradę Zachodu, przedstawiał czytelnikom zarówno warsztatowo dopracowaną rozprawę z dziejów gabinetowej dyplomacji, jak też rodzaj traktatu o moralności w stosunkach międzynarodowych. Z kolei tworząc kolejne tomy Dziejów Polski, Nowak nieustannie łączy pasję do uważnego spojrzenia na historyczne wydarzenia z rzadką umiejętnością wpisania ich w wielowiekowy ciąg wydarzeń, którego aktorami są nie tylko jednostki, ale przede wszystkim nieustannie odtwarzające się wspólnoty. Takie jak wspólnota polska, tworząca łańcuch pokoleń sięgający głębokiego średniowiecza.
Klęska imperium zła okazuje się kolejną książką Andrzeja Nowaka wymykającą się jednoznacznej klasyfikacji. To opowieść, w której twarda faktografia przenika się z wnikliwą analizą i refleksją filozoficzną. Opisowi krwawych walk na froncie wojny polsko-bolszewickiej czy toczących się równolegle zmagań dyplomatów towarzyszy namysł nad głębokimi, duchowymi i moralnymi, korzeniami antykomunizmu. Owszem, jest w tym wszystkim ważne miejsce dla herosów wielkiej polityki: Piłsudskiego, Paderewskiego, Lenina, Kamieniewa, Lloyda George'a czy Clemenceau. Znajdziemy tu też przestrzeń dla tytanów myśli, którzy, jak Zygmunt Krasiński, przestrzegali przed zgubnymi skutkami rewolucji. Ale to nie oni są głównymi bohaterami książki, tak jak nie jest nim sowiecka Rosja, pokonana przez Polaków pod Warszawą, ani stworzony na jej bazie Związek Radziecki, w 1983 roku określony przez prezydenta USA Ronalda Reagana mianem "imperium zła".
Kluczowe miejsce w tej książce zajmują uniwersalne zasady, które tak pojedynczy politycy, jak i szersze zbiorowości mogą wyznawać, ale którym również mogą się sprzeniewierzyć. Owszem, jest to wizja historii tożsamościowej, ale w większym stopniu próba przywrócenia jej roli, jaką odgrywała ona od czasów antycznych. Nowak zadaje bowiem niewygodne pytania. Poszukuje granic odpowiedzialności polityków nie tylko wobec własnych grup odniesienia, takich jak sojusznicy polityczni, wyborcy czy świat pieniądza, ale wobec całości trwalszych i nieprzemijających, takich jak cywilizacja czy szerzej: ludzkość. Do czego prowadzić może brak moralności w polityce? I jakie są długofalowe konsekwencje stosowania zasady "cel uświęca środki"?
Rozważania te toczone są na kanwie dramatycznych zmagań o utrzymanie świeżo odzyskanej polskiej niepodległości w latach 1919-1920. Krajowego życia politycznego owego okresu nie sposób idealizować: mity o powszechnej zgodzie można włożyć między bajki. Owszem, zmaterializowała się ona w godzinie najcięższej próby, ale nie potrwała długo. Tak jak kłótnie polityków niebezpiecznie przypominały sejmikowe swary, tak wytężone starania o wsparcie zachodnich stolic w konflikcie z Rosją sowiecką stanowiły zapowiedź Teheranu i Jałty. W czasie drugiej wojny światowej, w imię realizacji bezwzględnych interesów geopolitycznych, Zachód spisał na straty wolność Polski i innych krajów Europy Środkowej - to samo był gotów uczynić już z górą dwadzieścia lat wcześniej. Gdy ze wschodu napierała Armia Czerwona, a większość krajów ościennych wyrażała nieprzychylne désintéressement, jedynym czynnikiem, który Polski nie zawiódł, byli sami Polacy.
Polscy obywatele i polska armia, odpierający wraz z ukraińskimi i rosyjskimi sojusznikami najeźdźcę spod Warszawy, są w wizji Nowaka bohaterem najważniejszym. Nie chodzi o to, by naszych przodków nad miarę heroizować. Istotniejsze, że ofiarne zbiorowe zaangażowanie okazuje się według Nowaka antidotum na najbardziej wyrafinowane nikczemności przygotowywane w dyplomatycznych gabinetach. Zwłaszcza gdy w ochotnikach legii akademickiej, pielęgniarkach szpitali polowych czy młodych księżach udzielających ostatniego namaszczenia na polu walki dostrzeżemy kolejny element wielowiekowej sztafety, nieproszącej, lecz skutecznie walczącej o swoją wolność. Nie daje zresztą spokoju myśl Piłsudskiego, że po spodlałych generacjach zaborczych przyjdą pokolenia, które upomną się o godność życia w państwie swoich snów.
Nie ma co kryć - nie brakuje u Nowaka elementów opowieści znacznie mniej optymistycznych. Prometeizm inspirowany przez piłsudczyków miał przynieść europejskiemu wschodowi wolność od imperialnych zakusów Moskwy, ale komunistom udało się go powstrzymać. Zdławiony kłamstwem, agresywną propagandą, bezwzględnymi represjami, przyniósł plon dużo mniejszy, niż marzyli o tym jego twórcy. Na upadek komunistycznego kolosa trzeba było czekać siedem dekad i choć dziś chcemy widzieć w tym konsekwencje marzeń prometejczyków, wciąż więcej w tym marzycielstwa niż faktów.
Na poziomie konkretów Nowak raz jeszcze przypomina, że tożsamość oparta na pamięci historycznej jest nie tylko odtrutką na kłamstwo. To także realna broń w stosunkach międzynarodowych, po którą trzeba dziś sięgać szczególnie często, w epoce neoimperialnych zakusów putinowskiej Rosji. W tym kontekście do myślenia muszą dawać nasuwające się niebezpiecznie analogie historyczne: prasa zachodnia, jedząca z ręki Gieorgijowi Cziczerinowi i drukująca bezkrytycznie łgarstwa o gotowości Sowietów do pokojowego współistnienia (gdy ci gotowali ofensywę Tuchaczewskiego), to refleks skutecznej antypolskiej propagandy prowadzonej jeszcze przez carycę Katarzynę, przygotowującej do dokonania zaborów. Jak w tym kontekście intepretować współczesne manipulacje historyczne Kremla?
Klęska imperium zła dodaje otuchy i każe pamiętać, ale jednocześnie wskazuje drogę na przyszłość. Wyboista jest droga samostanowienia i nie może na niej zabraknąć ofiar. Autor jednak przypomina wszystkim wątpiącym, że wolność to wartość, bez której istnienie prawdziwej Rzeczypospolitej jest po prostu niemożliwe.