ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
Miasta są największymi pomnikami cywilizacji
Z Czesławem Bieleckim rozmawia Andrzej Skalimowski
Punktem wyjścia naszej rozmowy jest ArchiKod, najnowsza książka pańskiego autorstwa, ale to nie pierwsza książka, którą pan napisał.
Cóż, chętniej czytam niż piszę. Właściwie chwytam za pióro - bo rysuję i piszę piórem - dopiero wtedy, gdy pewnych racji, myśli nie znajduję w trakcie lektur. Albo szerzej - w domenie publicznej. Zacząłem szkicować ArchiKod, gdy nie natknąłem się na myśl, która od dawna mnie męczy: ostatnie stulecie okazało się w dużym stopniu stracone dla architektury miast, a sami architekci nie przyjmują tego do wiadomości.
Czy bardziej czuje się pan piszącym architektem, czy projektującym pisarzem?
Czuję się piszącym architektem. Projektowanie jest moją pasją, ale też oddaję się jej z niezmienną obawą, żeby nie zrealizować czegoś, czego będę żałował. Nie mam ani w tym, co rysuję, ani w tym, co piszę grafomańskiego zachwytu: "To moje!". W książce ArchiKod nie odwoływałem się do żadnej z własnych prac. Uważam, że to zakłócałoby proponowany sposób myślenia o ostatnim stuleciu. Oczywiście moje spojrzenie na architekturę jest w ogromnym stopniu zdeterminowane tym, że jestem projektującym architektem. Zastanawiam się zawsze, jak ludzie odbierają przestrzeń, jakie ona wywołuje emocje i wcale się nie dziwię, kiedy moje budynki budzą kontrowersje. ArchiKod pokazuje, jak ludzie się odnajdują lub też nie w architekturze, jakim ulega ona przemianom, jak bardzo forma musi wytrzymać nowe treści.
Dla kogo pan tę książkę napisał?
Pisałem ją głównie dla nieprofesjonalistów. Dla szukających piękna, o które coraz trudniej. Ale także dla moich kolegów po fachu, bo zwracam w niej uwagę na rzeczy, o których na politechnikach nie uczą. Na jakąś stronę myślenia o mieście, o architekturze miasta, o odczytywaniu architektury, o jej generowaniu, konstytuowaniu. Myślę, że mój zmysł dialogu jest obecny w tej książce.
Czy to istotne, żeby ludzie rozumieli, czym właściwie jest architektura?
Miasta są największymi pomnikami cywilizacji. Podstawą budowania wspólnoty jest zrozumienie, co znaczy intra muros i extra muros - być wewnątrz i na zewnątrz murów, pojąć, co jest inkluzywne, a co ekskluzywne. Moim zdaniem bez ekskluzywności nie ma inkluzywności. Jeżeli nie ma granic, w tym granic własności, to nie ma też granic odpowiedzialności. A odpowiedzialność za kształt miasta wiąże się z tym, że wyznaczamy granicę między przestrzenią publiczną - ulic, placów, ogólnodostępnych dziedzińców i zieleńców - a przestrzenią prywatną. Wydaje mi się, że w Polsce nie rozumiemy tego miejsca, gdzie stykamy się z innymi, z wspólnotą innych rodaków, z tym, co oni widzą z ulicy czy okna. Nie rozumiemy, że to nie jest nasza prywatna sprawa, tylko sprawa wspólna. Naszą prywatną sprawą mogą być śmieci na własnym podwórku, ale to, co jest przestrzenią publiczną - ogrodzenie, ogród widoczny z ulicy, nasza własność czy własność naszej wspólnoty lokatorów - to jest rzecz zupełnie fundamentalna i wymagająca współpracy. Od czasów studiów jestem przekonany, że miasto jest kolażem, że to jedyna estetyka, przez którą miasto możemy zrozumieć. Miasto nie jest kompozycją, ono jest pewną grą, w której reguły - możliwie jasne i zrozumiałe dla wszystkich - ścierają się z nieskończoną liczbą przypadków, które niesie życie.
Pisał pan o tym w swojej poprzedniej książce Gra w miasto.
To jest gra wielowarstwowa: ekonomiczna, społeczna, artystyczna. Gra gier. Żeby ją rozumieć, musimy pojąć, że to jest gra o sens cywilizacji: coś dziedziczymy, ale też interpretujemy przeszłość z myślą o przyszłości. W ArchiKodzie prowadzę polemikę ze środowiskiem konserwatorów zabytków. Pokazuję, że za każdym razem, kiedy odbudowujemy jakieś miasto - a teraz będziemy odbudowywać miasta Ukrainy - nigdy ta odbudowa nie jest wiernym przywróceniem stanu minionego. Katedra warszawska nie została odbudowana w stylu neogotyckim, a w kostiumie gotyku mazowieckiego, który został de facto zaprojektowany przez ówczesnego generalnego konserwatora, profesora Jana Zachwatowicza. Jeżeli odbudowywaliśmy Zamek Królewski w Warszawie, to odbudowywaliśmy go przy innym Placu Zamkowym, bo został on podwyższony ze względu na powojenny tunel trasy W-Z.
Podobnie Kamienica Johna na Podwalu.
W trakcie odbudowy zmieniono jej wymiary o półtora metra, co wiemy od projektantów, ponieważ nie zmieściłyby się w niej planowane schody ruchome. Odbudowa jest interpretacją, ale historia trwa dzięki tej interpretacji, bo nawet gdy powtarzamy powłoki architektury, to adaptujemy je do nowych treści. O ironio, Karta Wenecka powstała w Wenecji, gdzie tuż przed pierwszą wojną światową zawaliła się wieża przy placu św. Marka, którą później odbudowano. A przecież w myśl tejże Karty Weneckiej nie powinno się jej odbudować w tej postaci, bo to fałszerstwo.
DZIENNIKI | WSPOMNIENIA
W szaleństwie brak metody
Paweł Chojnacki
Józef Czapski
Dziennik wojenny (22 III 1942 - 31 III 1944)
odczytał Janusz S. Nowak
oprac. Mikołaj Nowak-Rogoziński
Warszawa: "Próby": Instytut Dokumentacji
i Studiów nad Literaturą Polską, 2022
643 s., 24 s. tabl.: il. kolor.; 22 cm
Dlaczego nie ma zwyczaju polemizowania z innymi recenzjami z tych łamów? Jeśli nie tutaj, to gdzie replikować, komentować, nawet po koleżeńsku dociąć... Gdzie też operować dygresjami, nawiązując do wcześniejszych, własnych artykułów?
Cóż począć, gdy - na przykład - we wrześniowym numerze natykam się od razu, i niezależnie od siebie, na stwierdzenia o "budowaniu powojennego życia kulturalnego", czy "pierwszym samochodzie wyprodukowanym w powojennej Polsce". "Powojenna" jako ugłaskany synonim dla "bolszewicka" czy "okupowana przez komunistów"? W edycji z maja - tekst w tekst i po kolei formuły: "pokolenie uwiedzione marksizmem" - "formacja inteligencji nastawionej lewicowo" (o Stefanie Żółkiewskim i sowietyzatorach "powojennej kultury"). Dalej: o "dylemacie" - cóż za eufemizm dla określenia egzystencjalnej tragedii! - "przed jakim stanęło wielu Polaków w Libanie w 1946 roku: żyć na obczyźnie czy wrócić w rodzinne strony, znajdujące się już w granicach Związku Radzieckiego". "Znajdujące się"... miast - krwawo anektowane. Po prostu - festiwal oględności!
Wreszcie rekord bije fraza o "polsko-rosyjskiej solidarności charakterystycznej dla najważniejszego polskiego pisma emigracyjnego kierowanego przez Giedroycia". I nie chcę wcale z ową solidarnością wygnanych z ojczystych siedzib narodów polemizować, ile westchnąć. - Kiedy dotrze do wykształconego ogółu prawda, że mieliśmy co najmniej dwa "najważniejsze pisma emigracyjne"? To drugie - Grydzewskiego. Ostatni cytat dotyczy pracy o "rosyjskim kręgu Józefa Czapskiego" i pomaga w przejściu do meritum. Wcześniej, jeszcze jedna - nawiązująca do leadu - dygresja. Nikt na pewno nie śledzi ukrytego lejtmotywu mych w "Nowych Książkach" wystąpień, ale - co tam!
Wracając myślą do omówienia biografii Jana Lechonia, zastanawiam się, czy nie jest konieczna cancel culture w zastosowaniu do literatury peerelowskiej, jak i całości nacjonal-komunistycznej kultury w języku polskim. Wahałem się, czy nie należy w tym programie "uciec do przodu", przeskoczyć etap wykluczenia - starać się ogarnąć zarówno dziedzictwa wolności, jak i wyselekcjonowane ze strefy podbitej wartości. W świetle pogubienia znaczeń słów to jednak koncepcja przedwczesna, pochopna i niewłaściwa. Jeśli już powoływać wspólnotową fazę, to tylko w ramach autentycznego pluralizmu literatury emigracyjnej (umownie, właśnie razem - "Kultura" i "Wiadomości"). Czapski jest dobrym przykładem obrony takiego stanowiska. Gwarantuje wielokształtność tego, co pozostawimy jako wartościowe. Wielokształtność prawdziwą, więc nie lejmy łez.
Udziela mi się ten szarpany styl notatek, osobiste tony, intymna wręcz szczegółowość - na przełaj z kolorystyką, na bakier z perspektywą. Gryzmolony żywioł. Na ogromny Dziennik wojenny Józefa Czapskiego patrząc - Czapskim piszę. Pamiętnik... Treścią - czysty. Formą - trudny. Lub na odwrót. Odszyfrowany misternie, tak jak inny? Oczywiście - Lechonia. Czy uda się w ogóle uciec od podobnych porównań? Ale nie pójdziemy modnym tropem. Jedynie krok, dwa: by wtrącić, że nie słychać o nowej edycji nowojorskiej prozy (po powtórnym odczytaniu hieroglifów, co czyni zadania bliskimi), by wskazać na dwie zmory - dysproporcję oraz koniunkturę.
Wydawane są (pozostańmy przy pojęciu topograficznym kontynentu "Kultura" - na emigracyjnej planecie suwerennej twórczości XX wieku) arbitralne wybory korespondencji tak kluczowej, jak listy: Jerzy Giedroyć - Juliusz Mieroszewski. A szykuje nam się seria Czapskiego in extenso - na razie cztery z "niemal trzystu" rękopiśmiennych zeszytów. Siedemdziesiąt cztery woluminy po 650 stron? Rodzi się pytanie, które stawiałem gdzie indziej, przy prezentacji nowego wyboru liryki Tadeusza Sułkowskiego, dla kogo ta książka? Tak, staram się trzymać zasady, że piszę dla siebie. "To" piszę, i "tak" piszę, "co" - i "jak" - chciałbym sam czytać, ale... Nie popadajmy oczywiście w szaleństwo podejrzeń. Pogratulować trzeba szczerze autorowi miłośników gotowych do mrówczej pracy i nawet poświęceń. Ale gdyby nie koniunktura samozaparcie to na wiele by się nie zdało. Tylu emigrantów czeka w kolejce do wydania! Właśnie - koniunktura... Czy można się na nią obrażać? Raczej wspierać wypada pasjonatów rzeźb w skazanym na topnienie lodzie, twórców piaskiem sypanych misternych powierzchni. Toć ja sam taki!
Jak czytać tę książkę? Pójdźmy klasycznie tropem indeksu i "ulubionych" postaci: dlaczego nie ma w didaskaliach danych o artykułach Zygmunta Nowakowskiego, skoro są do tekstów Henryka Gotliba, Zygmunta Bohusza-Szyszki (Szyszko-Bohusz czy Bohusz-Szyszko?), Zbigniewa Grabowskiego? Zaskakuje, że Czapski nie skomentował ogłoszonej w tym numerze "Wiadomości Polskich" głośnej Kiwerowej Górki, a zauważył cykl poetycki Stanisława Balińskiego O Ziemi Nowogrodzkiej... Ale może dalsza uwaga o "świetnym artykule" dotyczy legendarnego i przełomowego tekstu? Gdy natykam się natomiast na wynotowany fragment Wyzwolenia, który tak męczył również Nowakowskiego: "...ty przecie mówisz o Polsce! / Ty myślisz o Polsce!" - znów postanawiam wrócić do Wyspiańskiego - bez pośredników.
W natręctwie mej never ending story o Zygmuncie Nowakowskim i Józefie Mackiewiczu kryje się metoda. W publikowaniu tomów jak ten - jej brak, lub raczej - jej nie widzę. Pierwszy raz nie przeczytam recenzowanej książki od deski do deski. Któż zresztą to zrobi? Wertuję więc w poszukiwaniu źródeł historycznych. Sprawdzę występującego dwadzieścia osiem razy Jerzego Klimkowskiego i wyłuskam rolę autora w "nieszczęsnej, niesmacznej klimkowszczyznie". Niewiele. Między innymi - 27 sierpnia 1943: "Wiadomość, że Jurek aresztowany". Później, w przypisie, informacja, że znalazł się w więzieniu dopiero 18 września, a jeszcze 16. widzi go Czapski z daleka w piżamie. Skoro już błędy nam drogę przebiegły: nie świetliczanka, a świetliczarka, przy tytule Poradnik dla świetlic i świetliczarek, redagowanego przez Herminię Naglerową (podobnie rodowity "polski londyńczyk" powie zawsze "akaczka" - na podziemną damę). Ryszard Wraga nie zmarł w 1979 roku, a w 1968, a w nocie: "Z Łukszą, kierowcą z Wrocławia, przez pustynię" - stawiałbym intuicyjnie na szofera z Brasławia...
Zajmowanie się literaturą emigracyjną daje - poza niewątpliwą przyjemnością obcowania z nią, z jej bardzo często wzorcową, niedościgłą polszczyzną - także narzędzie sięgnięcia prawd ogólniejszych. Zbadania na przykład tego, co stało się z polskością w trzeciej ćwierci XX wieku. I jakie w pierwszej ćwierci wieku następnego ponosimy tego faktu konsekwencje. Echa spotkania w Kairze, 24 lutego 1944 roku, z Wincentym Bąkiewiczem, szefem andersowskiej Dwójki: "Niemniej i ja wyszedłem z tej rozmowy zachwiany, z poczuciem, że mordują nas jak Jadźwingów, że coraz bardziej jest nasza historia podobna do historii Żydów: Ausrotten, ausrotten - i grozi co? Albo być kulturalnym, świetnym zdrajcą Flawiuszem, albo wyrzec się sztuki, twórczości, życia i iść już w nie wiadomo jakie podziemia, czy w ubogim barbarzyńskim getto toczyć walkę z opadaniem, obsuwaniem się ludzi, w potępieńczych swarach".
Warto przebijać się do takich zdań, choć później smutno: "W ogóle jeden motyw - Finis Poloniae. Zupełne poczucie beznadziejności" (po wcześniejszej o dwa dni mowie Churchilla). "Nasza historia podobna do historii Żydów"... Nazajutrz o Ludwiku Rublu: "Ten okropnie brzydki Żyd z czerwonym nosem widzi siebie i myśli jak Polak, który ma przodków z karabelami i sam nosi wąsy jak Zagłoba, jednocześnie jest arcy-Żydem i znowu ta dziwna judeo-polska mieszanina - miłość do Polski bezinteresowna i najszczersza, a obok i spryt, i zręczność, i cynizm prawdopodobnie". Podsumowanie: "Polska z wykreślonym u siebie "szałem", właśnie tym "szwungiem" (...). Polska Słowackiego, Polska chłopska, Polska A przeciw Polsce B - to wszystko jest Polska skastrowana, nie Polska". I tak do dziś.
Zazdrościmy Czapskiemu umiejętności egocentrycznego skupienia się na własnych uczuciach. Odciągającego od zgiełku zagłębienia w meandry: "Ostatnio znowu na mnie przychodzi ta suchość przeżycia, to lekceważenie życia płynące nie z ofiary i wyrastania z tego, co w życiu przemijające i małe, ile właśnie z zatracenia w sobie poczucia korzeni "mirow innych" [ros. - innych światów]. Szpinak to jest szpinak, śmierć to jest śmierć". Urodzony w 1896 roku, zaczyna publikowane zapiski w wieku 46 lat: "Trzeba się przebudować na wyższy, bardziej męski ład". Ale zdarza się, że nawet "dziennik jest nie takim jak zwykle pocieszeniem. Ten jedyny kąt, gdzie czuję się sam z sobą". Kiedy indziej mówi nie o kącie, a o pokoju, zamkniętym na klucz. "Boże, kiedy mnie wyrwiesz z tego pasma nieporozumień wnętrznych i upokorzeń". Czytając - i my się o to modlimy.
Niemniej jednak opasła księga (chyba nie jest najgorszym edytorskim posunięciem przywracanie do łask papieru zwanego biblijnym?) może krzywdzi autora poprzez wprowadzenie do publicznego obiegu każdego dawnego, skierowanego do siebie słowa? Życzliwy i "zakochany" powie, że to czarodziejskie, senne mary i swobodny strumień świadomości, złośliwiec, że niekiedy... bełkot. Czy rzeczywiście też miara fascynującego malarza jako literata (memuarysty i eseisty), myśliciela, jest tak doniosła, by pielęgnować każdy z jego introwertycznych pomruków? Ale przecież: de gustibus... Chociaż - może król jest nagi? I wszystkie należące do historii polskiego piśmiennictwa świadectwa oraz szkice Józefa Czapskiego zostały już wydrukowane?
POLITYKA | SPOŁECZEŃSTWO
Opowieść bez morału
Marek Misiak
Sheera Frenkel, Cecilia Kang
Brzydka prawda
Kulisy walki Facebooka o dominację
przeł. z ang. Anna Zdziemborska
Poznań: "Rebis", 2022
374 s.; 22 cm
Krytyka mediów społecznościowych - zarówno zmian, jakie zainicjowały w przestrzeni publicznej, jak i poczynań biznesowych gigantów, takich jak Facebook czy Twitter - napotyka na dwa problemy. Pierwszym jest swego rodzaju przezroczystość tych platform w oczach ich użytkowników.
Facebook jest dla wielu tak podstawowym narzędziem kontaktu ze znajomymi, szukania informacji o miejscach i wydarzeniach czy w ogóle poruszania się w sieci, że nawet opisana przez autorki "brzydka prawda" nie wpływa znacząco na sposób i zakres korzystania z serwisu. Drugi problem nazwałbym zaś specyficzną narratywizacją. "Narratywizacja to proces naturalizacyjny, który umożliwia czytelnikom rozpoznanie jako narracji tych rodzajów tekstów, które jawią się jako nienarracyjne. (...) Takie strategie interpretacyjne naturalizują teksty w kierunku paradygmatów naturalnych, na przykład przez zaproponowanie motywacji realistycznej w celu zapewnienia możliwości odczytania" - tak proces ten definiuje austriacka anglistka Monika Fludernik w książce Towards a "Natural" Narratology. Narratywizacja jest często wręcz zalecana jako zarówno ułatwiająca nawiązanie kontaktu z czytelnikiem, jak i stymulująca zapamiętywanie. Mówię tu o specyficznej narratywizacji, gdyż może ona zaciemniać obraz i zniechęcać do działania.
Książka Sheery Frenkel i Cecilii Kang nie tylko stanowi narrację jako opowieść o wydarzeniach rozwijających się w czasie, ale w wielu fragmentach przybiera narracyjną formę, gdy autorki opisują konkretne sekwencje prawdziwych wydarzeń, stopniując napięcie i dbając o szczegóły, jakby same były świadkami tych sytuacji. Krytykę Facebooka łatwo na zasadzie schematów myślowych wpisać w którąś z obecnych w kulturze popularnej narracji - albo o rządzących światem Onych (kiedyś był to "rząd światowy" czy Grupa Bilderberg, dziś potentaci z Doliny Krzemowej), albo o świecie będącym zakładnikiem niedojrzałych geniuszy i ich traumatycznej młodości. Jeśli prawdą jest to pierwsze, to zwykli ludzie nie są w stanie przeciwdziałać takim manipulacjom. Jeśli to drugie - wystarczy, by na czele Facebooka stanął ktoś inny niż Mark Zuckerberg i sytuacja się unormuje. Obie te narracje i szereg innych, których nie będę tu omawiał, łączy jedno: przekonanie o tym, że rezydujące w kalifornijskim Menlo Park kierownictwo firmy wszelkie zmiany wywołuje intencjonalnie - w celu panowania nad światem lub leczenia kompleksów. Frenkel i Kang wskazują na dwa inne aspekty działań Zuckerberga i jego otoczenia - mniej atrakcyjne narracyjnie, ale równie niepokojące. Po pierwsze, zarząd Facebooka zdaje się nie rozumieć konsekwencji wielu podejmowanych przez siebie działań, których celem jest ugruntowanie praktycznie monopolistycznej pozycji na rynku. Po drugie zaś, gdy już (w odruchu sumienia lub przymuszeni okolicznościami) decydują się czemuś przeciwdziałać, ich kroki bywają nieskuteczne, a nawet przeciwskuteczne. Przykładem tych ostatnich była próba zapewnienia użytkownikom lepszej ochrony prywatności poprzez zachęcanie ich do tworzenia zamkniętych grup, do których dostęp mają tylko zaproszeni. To prawda, że dzięki temu znacznie mniej dowiemy się o kimś z Aktualności (popularnie zwanych "ścianką"), jeśli sam dobrowolnie tego nie ujawni. Jednak jednocześnie mowa nienawiści bez przeszkód szerzy się w zamkniętych grupach, których ani władze, ani sam Facebook w znacznej mierze nie są w stanie kontrolować. Decydentom z Menlo Park najwyraźniej zabrakło wyobraźni - a konsekwencje ponosi cały świat.
Autorki nie opisują całej historii Facebooka, ale skupiają się na kontrowersjach wokół firmy, zwłaszcza tych z lat 2016-2020 (od kampanii wyborczej w USA przed wyborem Donalda Trumpa do szturmu na Kapitol 6 stycznia 2021 roku). Nie pretendują do rozumienia wszystkich procesów decyzyjnych zachodzących w Menlo Park - ale też wskazują, że być może czasem nie ma czego rozumieć, gdyż samo kierownictwo firmy nie zrozumiało istoty problemu, z którym przyszło się mu zmierzyć. Dobrym przykładem jest tu ingerencja Rosji, właśnie za pośrednictwem Facebooka, w wybory prezydenckie w USA w 2016 roku. Zuckerberg i jego otoczenie długo zdawali się nie wierzyć, że ich dzieło mogło stać się narzędziem w rękach sił wrogich demokracji. Frenkel i Kang korzystały z pomocy wielu informatorów i były w stanie odtworzyć dokładny przebieg wielu wewnętrznych rozmów i narad. Nie próbowały jednak ułożyć ich w spójną, linearną opowieść - i to wydaje mi się kluczową znakomitą decyzją. Nadanie tym partiom książki takiej linearnej struktury zafałszowałoby istotę problemu, którą są właśnie fragmentaryczność, niespójność i niekonsekwencja. Obraz świata ludzi kierujących jednym z najbardziej wpływowych podmiotów światowej gospodarki i życia społecznego okazuje się fragmentaryczny i niespójny. Wartości z różnych porządków - wolność słowa, apolityczność i bezstronność w sporach, ale przede wszystkim biznesowo rozumiane dobro firmy i jej odpowiedni wizerunek - walczą ze sobą na naradach, a często w umyśle tej samej osoby. W najmniej odpowiednich momentach ujawnia się naiwna wiara, że prawda obroni się siłą samej prawdy - że użytkownicy zawsze odróżnią prawdę od kłamstwa i mowy nienawiści. Naiwność takiego stanowiska polega na tym, że pomija ono rolę algorytmów i innych rozwiązań technologicznych, które mają za zadanie "zwiększać ruch na stronie", a nie promować jakiekolwiek wyższe wartości.
Takie stwierdzenie nie wydaje się odkrywcze - dlaczego zatem w debatach o mediach społecznościowych pojawia się tak rzadko? Dyskusje dotyczą zazwyczaj objawów - sposobów, w jakie media te są wykorzystywane przez konkretne osoby, grupy czy państwa. Autorki wskazują zaś na pewne oczywiste cechy Facebooka, nad którymi wielu nie zastanawia się dlatego, że stał się on dla nich przezroczysty, niczym okulary, które zakłada się zaraz po przebudzeniu i zapomina o nich. Dobry przykład takiego trafnego uchwycenia kwestii pozornie oczywistej, ale zapoznanej, znaleźć można w początkowych partiach książki, gdzie opisywana jest wczesna kontrowersja wokół Facebooka, związana z prywatnością użytkowników. Zdaniem autorek Zuckerberg założył po prostu, że dla innych ludzi kontakt ze znajomymi - za wszelką cenę i właściwie bez zachowywania jakichkolwiek aspektów życia dla siebie - jest tak ważny, że problem prywatności po prostu nie jest zbyt istotny. Nie jest to wyjaśnienie psychoanalityczne - Frenkel i Kang nie sugerują, że prezes firmy projektuje na użytkowników swoją osobowość i swoje deficyty. Wyraźnie wskazują jednak na fakt, że źródłem problemów są często niewyrażone nigdzie wprost kwestie aksjologiczne, a nie rozwiązania czysto techniczne.
Jeśli jakiś typ narracji pasuje do opowieści autorek o Facebooku, to jest nią wysokobudżetowy hollywoodzki film, w którym Ameryka stanowi niekwestionowane centrum świata i przeżywa wydarzenia kluczowe dla planety, a reszta świata może je ewentualnie podziwiać na ekranach. Gdy zwrócono uwagę, że sposób funkcjonowania platformy wpłynął na skalę ludobójstwa Rohingjów w Mjanmie, okazało się, że treści tworzone przez użytkowników z tego kraju moderuje... jedna osoba znająca język mjanmański (a używa się tam też dziesiątków innych języków). Rzekomo przezroczysty Facebook raz za razem okazuje się produktem amerykańskim, który na różne kultury wpływa w nieprzewidywalny sposób. Czy aż nadto realna przemoc może być rezultatem udostępnień i lajków? W ciągu ostatnich sześciu lat "real" i jego niewygodne pytania zaczęły wreszcie wkraczać do Menlo Park.
O LITERATURZE
Biografia wielokrotna
Danuta Ulicka
Michael Scammell
Koestler
Literacka i polityczna odyseja dwudziestowiecznego sceptyka
przeł. z ang. Michał J. Czarnecki
Warszawa: Państ. Instytut Wydawniczy, 2022
790 s.; 23 cm
Biografią Arthura Koestlera można by obdzielić niemało ludzi, a i tak pozostałaby intensywnie gęsta, intrygująca, trudna do zrozumienia i niemożliwa do wyjaśnienia. Pod warunkiem jednak, że byliby to ludzie urodzeni na początku dwudziestego wieku na obszarze Europy Środkowej i Wschodniej.
Tu bowiem zaczęły się wydarzenia decydujące o wielkiej historii stulecia, w którą Koestler wplątywał się i bywał wplątywany. Jego biograf, brytyjski historyk, literaturoznawca i tłumacz literatur słowiańskich (m.in. Dostojewskiego, Tołstoja, Nabokova), pracujący na uczelniach amerykańskich, Michael Scammell, ujął to lapidarnie (choć wedle etnopsychologicznych stereotypów): "węgierski charakter, niemiecka zaradność, żydowskie ambicje intelektualne".
Dopiero ta obszerna, blisko ośmiusetstronicowa "literacka i polityczna odyseja dwudziestowiecznego sceptyka", jak brzmi podtytuł biografii Scammella, daje pojęcie, jak niewiele przeciętny czytelnik wiedział dotąd nie tylko o samym jej bohaterze, ale i w ogóle o historii politycznej świata długiego wieku dwudziestego (który zdaje się nie mieć końca, za to mieć wyjątkową zdolność do ponawiania sytuacji, splątań i przypadłości ludzkich i nieludzkich). Ukończył studia politechniczne i nawet pracował w koncernie Ullsteina. Te scjentystyczne zainteresowania odcisnęły zresztą piętno na jego twórczości, podobnie jak pasje z przeciwnego bieguna: fascynacje parapsychologią, kosmologią i psychoanalizą. Zaczął od publicystyki politycznej i dzięki temu, jako dziennikarz, mógł śledzić własnymi oczami wydarzenia w Palestynie, Izraelu, ZSRR, Niemczech, Hiszpanii (był korespondentem wojny domowej, aresztowanym i uwięzionym jako komunistyczny agent; ciekawe, czy zbiegiem okoliczności spotkał wtedy Jerzego Borejszę o podobnej - naonczas - biografii "międzynarodowego komunisty", by przywołać tytuł książki Eryka Krasuckiego). W Berlinie w 1931 roku wstąpił do partii komunistycznej, chyba wtedy i jeszcze długo później nieświadom jej sterowania z ZSRR, mimo że znał wielu zakulisowych reżyserów wielkiej historii. Został agentem podwójnym albo i potrójnym (oficjalnie - Kominternu). Długo pozostawał oczarowany komunizmem, do tego stopnia zaczadzonym, że - nie inaczej niż fizyk Aleksander Weissberg-Cybulski, z którym mieszkał w Charkowie - uznał mordy i wielki głód na Ukrainie za niezbędny etap prowadzący ku postępowi ludzkości. Zapewne podobna wiara zadecydowała o zadenuncjowaniu w 1932 roku sowieckiej tajnej policji własnej przyjaciółki, skazanej w rezultacie na śmierć. Długo też wypierał swoje żydowskie pochodzenie. Właściwie nie miał stałego domu, nigdzie nie zagrzał miejsca, choć nawet kupował siedziby, stale w drodze: z Niemiec do Izraela, z Izraela do Francji, z Francji do Anglii, z Anglii do Stanów Zjednoczonych i znów do Europy (The Homeless Mind brzmi podtytuł innej jego biografii z 1998 roku, pióra Davida Cesaraniego). Był zaznajomiony z czołowymi osobistościami oficjalnej polityki. Znał węgierski, hebrajski, jidysz, rosyjski, niemiecki, francuski, angielski.
I pisał, gorączkowo pisał - powieści, opowiadania, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, tysiące artykułów, odezw, manifestów, programów, dzienników i listów. Z tej twórczości pamięta się najlepiej Krucjatę bez krzyża (na polski przełożoną przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, wydaną w Londynie w 1947 roku) i Ciemność w południe z 1940 roku (opublikowaną po polsku w 1949 w Paryżu w tłumaczeniu Tymona Terleckiego). Zwłaszcza ta ostatnia, powstała na podstawie wiedzy o wielkich czystkach, procesach pokazowych, tajnych mordach w stalinowskiej Rosji. Otwierała Europejczykom oczy, które sam Koestler miał już otwarte, na totalitaryzm sowiecki - i nie tylko sowiecki. Ciemność... porównywano potem z o trzydzieści lat późniejszym Archipelagiem Gułag Sołżenicyna i niemal równoczesnym, wydanym w 1949 roku, Rokiem 1984 Orwella (z którym Koestler pozostawał może nie w zażyłości, ale w intelektualnym kontakcie). Dojrzewanie do antykomunizmu (antytotalitaryzmu) trwało względnie długo, ale było bezkompromisowe. Koestler jako jeden z pierwszych uwierzył informacjom Jana Karskiego o masowych mordach Żydów w okupowanej Polsce, przygotował też audycję dla sekcji europejskiej BBC, w której je przekazał.
Nie wszędzie był hołubiony. Jego bezwzględne negliżowanie francuskich powojennych intelektualistów (egzystencjalistów, a potem marksistów-strukturalistów), sięgające aż relacji erotycznych, głuchych na to, co było już wiedzą niepodważalną o Sowietach (procesy pokazowe, mordy polityczne, terror), nie mogły przysporzyć mu popularności w wielu miejscach Europy Zachodniej. Przymykanie oczu na fakty, uleganie Stalinowi należało do strategicznych posunięć podczas zimnej wojny. Chyba i dziś te fakty bywają wymazywane, a w każdym razie żyjący jeszcze ówcześni sympatycy ZSRR i Chin Ludowych niechętnie przyznają się do niegdysiejszych fascynacji. Nie mniej zdecydowanie Koestler demaskował hipokryzję brytyjską i amerykańską, z ONZ włącznie, z ich nadziejami "jakoś to będzie", "nie drażnić bestii", a przede wszystkim - nie stracić, ani prestiżowo, ani finansowo. A przy tym był typowym europejskim liberalnym humanistą, przenikniętym wiarą w ocalającą moc kultury i sztuki.
Nie da się opowiedzieć w kilkunastu zdaniach tej nieprawdopodobnej, graniczącej z fikcją biografii, w której powieść historyczna połączyła się z powieścią polityczną, awanturniczą, przygodową, podróżniczą, a i z brukowym romansem. Sam Koestler uświadomił sobie, że jego życie jest znacznie bardziej intrygujące, niż wymyślane przez niego (nie najlepsze, czarno-białe) fabuły, które w końcu zarzucił, by poświęcić się życioopisaniu. Przypadłości wystarczyło mu na cztery tomy autobiografii (po polsku dostępny jest tylko wybór z nich, zatytułowany Płomień i lód).
Scammell próbował odwzorować tę biografię w skali niemal jeden do jednego. Zaczął intrygująco - od końca, od wyreżyserowanej samobójczej śmierci Koestlera i jego żony w ich londyńskim apartamencie, by dalej dzień po dniu, czasem godzina po godzinie, rekonstruować poszczególne wydarzenia, dziejące się na oczach Koestlera i za jego plecami, i umieszczając je na rozległym tle stulecia. Zadanie miał ułatwione dzięki autobiografii, dziennikom i rozległej zachowanej korespondencji. Jego narracja jest jednak pęknięta. Dokumentacja, źródła, z których korzystał, rzetelne informacje zostały zsunięte do przypisów. Powyżej tych swoistych didaskaliów zostały natomiast pomieszczone nie tylko rekonstrukcje faktów, ale i ich interpretacje. To najsłabsze, irytujące naiwnością i przerostem alkowianych szczegółów partie książki. Do tego biograf wspiera je na autointerpretacjach samego bohatera, wierząc głęboko w jego nie tylko prawdomówność, ale i w umiejętność przeprowadzenia autopsychoanalizy. Ilustruje to Dostojewskim, pisarzem skądinąd bliskim Koestlerowi, często przez niego przywoływanym, z którego postaciami, a i z nim samym, się identyfikował, pytanie tylko - czy zrozumianym inaczej niż na najbardziej powierzchniowym poziomie.
Biografia to gatunek trudny i etycznie dyskomfortowy. Są badacze, którzy porównują ją do kanibalizmu i voyeuryzmu. Jest jednak zastanawiające, że po latach dezawuacji (głównie metodologicznej) tak bardzo się rozpowszechniła, i to właśnie w postaci opasłych ksiąg. Niedawno ukazał się tom pierwszy, siedmiusetstronicowy, trzytomowej biografii Franza Kafki (obejmujący tylko "wczesne lata") Reinera Stacha. Bohatera także o żydowskich korzeniach i z tego samego regionu Europy, co Koestler - i o całkowicie odmiennym życiu.
DLA MŁODZIEŻY
Wiarygodny świat Pratchetta
Małgorzata Strękowska-Zaremba
Terry Pratchett
O jaskiniowcu, który podróżował w czasie
il. Mark Beech; przeł. z ang. Maria Smulewska
Poznań: "Rebis", 2022
332 s.; 22 cm
Zmarły w 2015 roku Terry Pratchett, kawaler Orderu Imperium Brytyjskiego za zasługi dla literatury, to wizjoner o nieokiełznanej, szalonej wyobraźni, mistrz fantastyki, humorysta, znany polskim czytelnikom przede wszystkim dzięki serii powieści fantasy Świat Dysku.
Pratchett nie ma sobie równych w podważaniu wszelkich praw rządzących na naszej planecie i tworzeniu nowych. Jego książki zaskakują pomysłami i kipią humorem. Wszystko w nich jest możliwe, jeśli chce, to - jak w omawianym zbiorze opowiadań O jaskiniowcu, który podróżował w czasie, wyśle bohaterów na Marsa w rakiecie domowej roboty albo na Księżyc w zardzewiałym samochodzie bez kół, a operacje te przeprowadzi w sposób tak naturalny, że po skończeniu lektury zajrzymy do garażu sąsiada, by sprawdzić, czy aby nie konstruuje już swojej rakiety. I właśnie ta lekkość w przebudowywaniu rzeczywistości na taką, której obraz zależy wyłącznie od naszej wyobraźni, jest najbardziej fascynująca w książkach Pratchetta.
Zbiór O jaskiniowcu, który podróżował w czasie zawiera osiemnaście opowiadań pochodzących z pism, w których drukował autor, gdy rozpoczynał karierę pisarską. Opowiadania są niepowiązane tematycznie, za to wszystkie oszałamiają pomysłami. Mamy wśród nich wyprawę na Marsa i na Księżyc, podróż podwodną i podróż w czasie, bitwę pogodową między Słońcem i Deszczem, inwazję kosmitów (w liczbie trzech), wyprawę po "cynowe runo" czy historię jaskiniowca, który udowadnia w sądzie, że jest człowiekiem mimo swojego wyglądu i przeżytych siedemdziesięciu pięciu tysięcach lat. Opowiadania są wypełnione akcją, która rozwija się (mknie) na naszych oczach z szybkością naddźwiękową, nie ma tu mielizn w postaci szczegółowych opisów, autor słusznie zakłada, że jego czytelnikom wystarczą dwa, trzy zdania, by wyobrazić sobie przestrzeń, w której działają bohaterowie. Podobnie jest z wyobrażeniem postaci (u Pratchetta to zarówno ludzie, jak i uosobione zwierzęta, przedmioty czy zjawiska, na przykład robot, deszcz lub abstrakcyjne byty, na przykład Czarodziejka Dowcipów). Autor charakteryzuje bohaterów głównie poprzez ich działanie oraz dialogi. Opisy miejsc i postaci przypominają więc pozornie niechlujne, pełne krzywych, falujących linii, kresek i kropek ilustracje Marka Beecha, których książka zawiera całkiem sporo. Ich stylistyka współgra z fantastycznymi, zwariowanymi, absurdalnymi wytworami wyobraźni Pratchetta. Jeden rzut oka na ilustracje wystarczy, aby domyślić się, z jakim tekstem będziemy mieli do czynienia.
W opowiadaniach dominuje humor i absurd (i niekiedy sarkazm w stosunku do dorosłych). "Generał Wstydliwy" rezygnuje z podboju Anglii, bo ma mokro w butach (Tropnecka inwazja na Wielką Brytanię), walczący rojaliści i republikanie kończą nieustającą bitwę, bo "rąbnięto" im mundury i "nie sposób było się połapać, kto jest wrogiem", ponieważ wszyscy byli w takich samych wełnianych kalesonach (Komputer Mark I); co zostaje uzupełnione przypisem: "Z wyjątkiem jednego kapitana, który miał na sobie kalesony w różowo-żółte paski z zabawnym tekstem na pupie". (Obecność przypisów jest charakterystyczną cechą utworów Pratchetta, radzę ich nie pomijać, gdyż zawierają sporą dawkę humoru). Niektórzy bohaterowie opowiadań przypominają członków Gangu Olsena, mają genialne plany, jednak ich poczynania budzą śmiech. Na przykład szpiedzy z opowiadania Komputer Mark I kradną komputer najstarszej generacji, zamiast najnowszej, ponieważ: "- Który mamy rąbnąć, Borys? - szepnął jeden z nich. - Pojęcia nie mam, chłopie. Chyba nazywa się Mark VI. To pewnie ten największy". Profesor Trąbik zaś (Profesor Trąbik wybiera się na Marsa) po zderzeniu rakiety własnej konstrukcji ze skałą, konstatuje: "Powinienem był dodać hamulce". Jednakże, mimo przeszkód, większość szalonych pomysłów demiurga Pratchetta udaje się wcielić w życie. I chociaż są niewykonalne z punktu widzenia rzeczywistości pozaliterackiej, to trudno zarzucić autorowi brak wiarygodności. Wierzymy mu, i to jest nadzwyczajne! Dla uwierzytelnienia niezwykłych wydarzeń autor wprowadza magię, chwali jej działanie, personifikuje. Jednak, moim zdaniem, to nie tylko magia uwiarygadnia wykreowany przez Pratchetta świat. Ważną rolę odgrywają tu odniesienia do realiów znanych czytelnikowi. Chodzi m.in. o miejsce akcji (na przykład Wielka Brytania, Księżyc, Mars czy choćby garaż sąsiada), a także przytaczanie faktów z historii, odniesień do postaci historycznych (np. poprzez trawestację słów Juliusza Cezara: "Przybyliśmy, zobaczyliśmy, podbiliśmy") oraz odwołań do tekstów mocno osadzonych w naszej kulturze: mitologii (Bason i Hugonauci), legend ariańskich (Dziki rycerz, Bedwyr i wzgórze Artura) czy Biblii (Pan Serołapka i jego arka). To dzięki takim zabiegom udaje się Pratchettowi wmówić czytelnikom, że jeśli się odważą na coś szalonego, to nic ich nie ograniczy. A sceptykom podsuwa sarkastyczny komentarz do wyprawy dzieci na Księżyc: "W końcu kto słyszał o tym, żeby troje dzieci wybrało się na Księżyc?". I razem z najmłodszymi śmieje się z naiwności dorosłych. Śmiech jednak nie przesłania mądrości tych opowiadań. Pod warstwą komizmu otrzymujemy przesłanie o szacunku dla inności (polecam niezwykle mądre tytułowe opowiadanie o Albercie Jaskiniowcu), o bezsensie wojen, sporów, podbojów i o mądrym rozwiązywaniu konfliktów.
Świat Pratchetta jest wiarygodny zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Dorośli wierzą autorowi, bo przecież wyolbrzymia i przejaskrawia, co odbierają jak mrugnięcie do nich okiem, dzieci zaś, bo trafia w ich marzenia, posługuje się ich wyobraźnią, odwołuje się do ich wiedzy, wyobrażeń i skojarzeń (stąd nie unikniemy majtek, kalesonów czy wtrętu o "zadziwiająco ciekawej" wyprawie do toalety w kosmosie, gdzie nie ma grawitacji) oraz, co bardzo ważne, nie poucza, pozwala się bawić. I używa języka, który jest im bliski - zawadiacki, rozwichrzony jak ilustracje Beecha, kolokwialny: "klamoty", "ustrojstwo", "wtarabanić się", "śmierdzi magią", "wcinać banana", "grzać" do gwiazd. Dodajmy na marginesie, że kolokwializmy wspierają komizm opisywanych wydarzeń.
W jednym z opowiadań czytamy: "Ta połowa historii, w którą uwierzycie, jest prawdziwa, a ta połowa połowy, w którą nie uwierzycie, jest niewiarygodna, ale jeśli uwierzycie w nią całym sercem, stanie się o wiele prawdziwsza".
Uwierzcie więc, a lektura opowiadań Terry'ego Pratchetta będzie fantastyczną przygodą.
nr 1/1243
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak
Tomasz Kłusek Mikołaj Rajkowski
Andrzej Skalimowski
Maria Sokołowska
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,
w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo
skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.
CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności
za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2023
półrocze 75 PLN, cały rok 150 PLN
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki,
która realizowana jest Pocztą Polską. Prenumeratę można zamówić na sklep.instytutksiazki.pl lub dokonując bezpośrednio wpłaty na konto.
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta. www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl, nexto.pl i virtualo.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,
przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych
informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator
może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych,
ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,
prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego,
tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówienia
na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl.