O LITERATURZE
Po co nam to wtajemniczenie?
Milena Schefs
Martin Amis
Opowieść wtajemniczonego
przeł. z ang. Katarzyna Karłowska
Poznań: "Rebis", 2021
624 s. ; 23 cm
W 2020 roku siedemdziesięciojednoletni Martin Amis wydał kolejną książkę. Tym razem było to coś na kształt autobiografii, choć co jakiś czas autor podrzuca sugestię, że to jednak powieść.
Przeszło sześćsetstronicowy utwór, szumnie nazwany Opowieścią wtajemniczonego (w oryginale Inside Story), miał być w założeniu summą życiowych doświadczeń czytelniczo-osobistych Amisa, lecz ten ambitny zamysł nie bardzo się powiódł. No, chyba że ta książka była skierowana wyłącznie do ścisłego grona pisarzy angielskich i amerykańskich oraz ich najgorliwszych fanów. Cała reszta czytelników, a nawet miłośników literatury anglojęzycznej może i zainteresuje się przelotnie tym, co Kingsley Amis myślał o kobietach, jak wyglądało jego małżeństwo z Elizabeth Jane Howard, czy Philip Larkin miewał romanse i jak potoczyły się ostatnie lata życia Saula Bellowa, ale z pewnością nie będzie się ekscytować wzrostem nastoletniej córki Amisa albo zastanawiać, kim byli rodzice Phoebe Phelps. A Opowieść wtajemniczonego, z pozoru erudycyjna, nieomal w całości złożona z cytatów, odniesień i parafraz (i wymagająca setek najróżniejszych przypisów), jest w gruncie rzeczy taką właśnie plotkarską kroniką towarzyską: kto z kim, kiedy i po co pił, co takiego robił po pijanemu, jak się kochał, rozstawał, zmieniał kobiety lub mężczyzn (w dowolnych konfiguracjach), dokonywał wolty światopoglądowej (lub jej nie dokonywał), wygłaszał przemowy, pisał paskudne recenzje (Christopher Hitchens o książce Bellowa), jadał kolacje, wzniecał pożary, chorował na raka, depresję, alzhaimera - i jak to wszystko źle wypadało. Dla sumiennego czytelnika wszystkich pism literackich z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych część tych zwrotów akcji będzie może i zrozumiała, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że całe to "wtajemniczenie" jest absolutnie nikomu niepotrzebne.
Martin Amis - jako syn Kingsleya - od urodzenia obracał się w środowisku angielskich literatów, co niewątpliwie odcisnęło piętno na jego widzeniu świata. Przez lata nasiąkał też uwielbieniem dla bliskich przyjaciół ojca - Philipa Larkina i Iris Murdoch, a także dla Kurta Vonneguta, Vladimira Nabokova czy Saula Bellowa. Teraz najwyraźniej stara się spłacić dług wobec starych mistrzów, choć robi to w sposób, który... hm... niekoniecznie zaaprobowałaby przynajmniej część z nich. Bo czyż Philip Larkin chciałby przeczytać o swoich dziwnych, neurotycznych, chwilami wręcz groteskowych miłościach, wprawiających w zakłopotanie całe otoczenie? Czy przyjąłby ze spokojem uwagi o własnych zahamowaniach i kompleksach? Czy chciałby znaleźć w książce Martina zjadliwe uwagi o swoim ojcu faszyście? Czy Iris Murdoch byłaby zachwycona opisami swoich ekscesów wynikających z demencji? Albo nad wyraz obraźliwym opisem jej domu? Czy Saul Bellow miałby ochotę rozgłaszać, że oglądał Piratów z Karaibów, gdy jego umysł został zaatakowany przez chorobę Alzheimera? A Kingsley, cierpiący z powodu rozmaitych lęków i wymagający "niańczenia" ze strony rodziny? A Christopher Hitchens, najbliższy przyjaciel Martina, niezbyt malowniczo umierający na raka przełyku? Komu potrzebna jest taka wiedza o interesujących, uznanych, czasem wybitnych prozaikach albo ich rodzinach? Przed ujawnieniem intymnych szczegółów o bliźnich powinna chronić zwyczajna staroświecka przyzwoitość, ponieważ dziś znaczna część bohaterów książki Amisa nie może się już obronić. Jednak najwyraźniej autocenzura autora Pól Londynu zawiodła go na całej linii.
Co więcej, struktura Opowieści wtajemniczonego też nie zachęca do lektury, poczynając od wstępu, w którym czytelnik mocno protekcjonalnie zapraszany jest do domu na Strong Place, a kończąc na usprawiedliwieniach dotyczących kłopotów z "życiopisaniem". Czyżby Martin Amis, tak wyczulony na słowo wraz ze wszystkimi jego niuansami, specjalnie rzucał kłody pod nogi swoim czytelnikom? To, że opowieść nie jest linearna, to oczywiście nic dziwnego, ale ustawiczne urywanie wątków, by powracać do nich po trzystu kolejnych stronach, rzucanie aluzji, których znaczenie można pojąć po kolejnych czterystu, przytaczanie nonsensownych dialogów, odnoszących się do konkretnych drobnych epizodów z dyskusji i polemik podejmowanych przez amerykańskich polityków przed 11 września 2001 i po tej dacie, mogą naprawdę przyprawić o ból głowy. Podobnie zresztą działają komentarze do polityki ostatnich lat - ponieważ autor książki skupia się na przykład na drobiazgach z życia Donalda Trumpa, które mają sens głównie dla uważnych czytelników amerykańskich gazet.
Trzeba jednak oddać Amisowi, że gdzieś w okolicach pięćsetnej strony zaczyna wdawać się w rozważania na tematy poważniejsze niż plotki i ekscesy seksualne wszystkich znajomych literatów. Zastanawia się tam nad źródłami twórczości, analizuje proces powstawania powieści (w ujęciu różnych znanych pisarzy), formułuje własną definicję dobrego czytelnika i jego oczekiwań, a także ustosunkowuje się do różnych - mniej lub bardziej sensownych - nurtów w literaturze współczesnej i koncepcji twórczych. Gdzieniegdzie zajmuje się kwestią ciekawszych i mniej ciekawych motywów literackich, ze szczególnym uwzględnieniem szaleństwa i śmierci w literaturze światowej. A także kwestią odpowiedniej długości akapitów, dobierania i zmian tytułów, usuwania niechcianych, przypadkowych rymów, właściwego doboru słów i rejestrów... Szkoda tylko, że wszystko to wciśnięte zostało między informację o spotkaniu z Phoebe Phelps (po trzydziestu pięciu latach) a opowieści ze szpitalnego łóżka Christophera Hitchensa. Być może chodzi tu o rodzaj hołdu oddawanego umierającym przyjaciołom, o zdobycie się na autorefleksję, o zadumę nad ulotnością własnego istnienia. A może o zderzenie tych dwóch porządków, literackiego i nieliterackiego, i pokazanie ich nieprzystawania.
Martin Amis napisał w życiu sporo dobrych powieści - Martwe dzieci, Pola Londynu czy Nocny pociąg. Może powinien pozostać przy prozie, która nie aspiruje do bycia wielkim podsumowaniem całego życia, od jego najniższych do najwyższych przejawów. Może powinien podzielić Opowieść wtajemniczonego na kronikę towarzyską w jakimś plotkarskim czasopiśmie i esej o literaturze. Ponieważ tego nie zrobił, tę pozycję z pewnością przeczytają zagorzali miłośnicy jego twórczości, bardzo jednak wątpię, czy ktokolwiek inny będzie miał w sobie tyle samozaparcia.
Astrid Lindgren - silna kobieta
Maciej Wróblewski
Jens Andersen
Żyje się tylko dziś
Nowa biografia Astrid Lindgren
przeł. z duń. Włodzimierz Karol Pessel
Warszawa: Wydaw. Akademickie "Sedno", 2021
479 s.: il. ; 22 cm
Czasem zdarza się, że to, co widnieje na okładce, przyciąga, intryguje, zaprasza do lektury. Tak jest w wypadku najnowszej biografii Astrid Lindgren pióra Jensa Andersena. Tytuł Żyje się tylko dziś czerwieni się literami w górnym prawym rogu czarno-białego zdjęcia. Widzimy na nim trzymającą za rękę małego chłopca, dwudziestokilkuletnią kobietę.
Lekko przechyla głowę, zawadiacko patrząc wprost w obiektyw aparatu. Ma rozchylone usta, które układają się w łagodny uśmiech. Dziecko wydaje się szczęśliwe. Między nim a kobietą bez trudu można dostrzec więź miłości. W trakcie lektury nowej biografii Astrid Lindgren - bo to ona wraz z Lassem, jej pierwszym dzieckiem, widnieje na okładce - czytelnik znajdzie dokładne informacje na temat tego, kiedy i gdzie zdjęcie zostało zrobione, a także pozna złożone okoliczności, w których znaleźli się na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych przyszła pisarka oraz jej synek. W odróżnieniu od biografii Margarety Strömstedt Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości z 1977 roku omawiana książka prezentuje także - poza sprawami zawodowymi związanymi z pisarstwem i pracą redaktorki - jej życie intymne.
Jens Andersen nie tyle napisał kolejną biografię popularnej na całym świecie autorki powieści i opowiadań dla młodego czytelnika, ile stworzył interesujący portret kobiety zmagającej się z codziennością. Warto zwrócić uwagę na dobrze zarysowany w książce kontekst społeczno-obyczajowy. Dzięki niemu czytelnik lepiej rozumie motywy postępowania Lindgren zarówno w sprawach zawodowych, jak i rodzinnych. Chodzi przede wszystkim o emancypację, o starania kobiet o równouprawnienie. Bohaterka omawianej biografii to bez wątpienia osoba nieprzeciętna, która bardzo wcześnie - jak przekonuje Andersen - ujawniła nie tylko literacki talent jako dziennikarka prowincjonalnej gazety w Vimmerby, ale także wybijała się swoją nietuzinkową postawą ponad rówieśniczki i rówieśników. Oboje rodzice, Samuel August i Hanna Ericssonowie, należeli do warstwy szwedzkich rolników i prezentowali tradycyjne podejście do życia. Astrid, ich drugie w kolejności dziecko, potrafiła uporem i pracą osiągnąć bardzo wiele, nie tylko w znaczeniu artystycznej kariery, ale także pod względem materialnym wybiła się na niezależność. Późniejsza praca w charakterze redaktorki wydawnictwa Rabén & Sjörgen pozwoliła wykazać się jej przedsiębiorczością i umiejętnością podejmowania trafnych (zazwyczaj) decyzji w sprawach publikacji. Andersen dołożył wielu starań, aby stworzony przez niego portret wnosił nową wiedzę o autorce Pippi Pończoszanki. Uniknął jednocześnie tonu plotkarskiego, o który byłoby nietrudno, biorąc pod uwagę fakt, że książka zawiera wiele informacji o życiu intymnym kobiety.
Andersena opowieść o Lindgren ma ten walor, że - po pierwsze - konfrontuje wybrane wydarzenia z życia Szwedki z późniejszą oceną, wypowiadaną przez nią z perspektywy lat. Tak jest w wypadku romansu z pięćdziesięcioletnim Reinholdem Blombergiem, z którym miała syna Lassego, czy też, gdy biograficzna narracja koncentruje się na debiucie literackim i próbach przełamania przez Lindgren dotychczasowego, moralizatorsko-sentymentalnego sposobu uprawiania twórczości dla dziecięcego czytelnika. Po drugie, Andersen, z pochodzenia Duńczyk, chcąc wszechstronnie przedstawić znaną pisarkę, która należała do innej niż jego kultury, musiał wykonać solidną pracę archiwistyczną. Książka na tym zyskuje. Czytelnik poznaje szczegóły życia codziennego zróżnicowanego ekonomicznie społeczeństwa szwedzkiego, w tym pozycję młodej kobiety najpierw oczekującej na narodziny dziecka, a potem samotnie je wychowującej w purytańskiej zbiorowości prowincjonalnego Näs, rodzinnego miasteczka Astrid Lindgren, a w końcu umiejętnie prowadzącej własną literacką karierę. Na uwagę zasługuje także wydobycie z jej twórczości tych elementów, które pokazują głębokie zrozumienie autorki My na wyspie Saltkr?kan dla związku człowieka z naturą. Była wszak córką rolników.
Kolejnym walorem biografii jest to, że autor położył nacisk na relacje Lindgren ze swoimi dziećmi. Co pewien czas dochodzą i one do głosu, przedstawiając swój punkt widzenia odnośnie do metod wychowawczych matki czy też źródeł narodzin jej pisarskiego talentu. Szczególnie ten ostatni fakt w wypadku oceny twórczości autorki Pippi Pończoszanki ma istotne znaczenie. W pewnym sensie doświadczenie macierzyństwa, a także mierzenie się ze społecznym ostracyzmem z powodu samotnego wychowywania dziecka konsolidowały jej osobowość. Pokonywała życiowe trudności i zarazem coraz pewniej - jak wynika z biografii - stąpała po literackim gruncie.
W książce Andersena postać Astrid Lindgren ukazana została z perspektywy poniekąd przyjacielskiej. Nie znaczy to jednak, że Duńczyk idealizował szwedzką pisarkę. Starał się poszukiwać odpowiedzi na stawiane w czasie pracy nad biografią pytania, nie tylko przeszukując archiwa, przeglądając międzywojenną i powojenną prasę szwedzką, ale także korzystając z wiedzy najbliższych i przyjaciół pisarki. Interesująco wypadają także włączone do biograficznej narracji intymne zapiski Lindgren związane z behawioralną obserwacją swoich dzieci, w tym przede wszystkim córki Karin, która była bohaterką czegoś w rodzaju dzienniczka prowadzonego od dnia jej narodzin.
Omawiana publikacja nie jest jednak wolna od niedociągnięć. Andersen nieprecyzyjnie posługuje się w swojej książce terminologią literaturoznawczą. Poza tym zbyt wyraźnie przeprowadza linię zależności między tym, czego Lindgren doświadczyła w swoim życiu, a tym, co i w jakiej formie oraz przy użyciu jakiego stylu opisała. Choć należy przyznać, że konsekwentnie śledzi źródła literackich inspiracji pisarki w jej zmaganiach z codziennością, a nieco mniej uwagi poświęca choćby lekturom artystki. Oczywiście obserwowanie dzieci i analiza ich zachowań stały się swoistą metodą twórczą autorki Mio, mój Mio, ale - jak wynika z prowadzonego przez nią w czasie wojny dziennika oraz z obszernej korespondencji z Louise Hartung - namiętnie czytała, pogłębiając wiedzę na temat ludzkiej (nie tylko dziecięcej) psychiki.
Warto sięgnąć po najnowszą biografię pisarki przede wszystkim ze względu na dobrze zarysowane - raz jeszcze podkreślę - tło społeczno-obyczajowe, w którym fizycznie i intelektualnie dojrzewała Lindgren. Czy to jej romans z Reinholdem, czy związek małżeński ze Sture (nie w pełni udany), czy też relacje między robiącą pisarską karierę matką a trojgiem dzieci są istotnymi wątkami w biograficznej narracji. O ile książka Strömstedt z lat siedemdziesiątych jest swoistym hołdem złożonym żyjącej jeszcze sławnej pisarce, o tyle Andersen stworzył portret nieprzeciętnej kobiety na tle przemian obyczajowych, które przeżywali Szwedzi w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Nieco słabiej wypadają próby uchwycenia przez biografa tego wszystkiego, co działo się w zachodniej pedagogice, psychologii, socjologii i seksuologii w związku z dzieckiem i dzieciństwem. Lindgren bowiem poza pracą redaktorki i pisarstwem systematycznie uzupełniała swoją wiedzę w zakresie tych dziedzin naukowych, które były dla niej ważne, o czym świadczy choćby jej głośne wystąpienie zatytułowane Żadnej przemocy! w związku z przyznaniem jej Pokojowej Nagrody Księgarzy Niemieckich w 1978 roku.
Mimo wskazanych niedociągnięć najnowsza biografia Astrid Lindgren to wartościowa pozycja. Jest to bowiem opowieść o osobie, która w ciągu długiego życia, obejmującego niemal cały wiek XX, doświadczyła bardzo dużo jako matka, pisarka i zaangażowana społecznie kobieta. Biograf przedstawił ją jako postać wewnętrznie złożoną, często idącą na przekór obowiązującym normom społecznym i obyczajowym. Z jednej strony poszukiwała samotności zapewniającej komfort pracy pisarskiej, z drugiej zaś była człowiekiem towarzyskim i rodzinnym. Ponadto opisana w książce literacka kariera autorki Dzieci z Bullerbyn to interesujący przykład tego, jak należało zabiegać o pozycję w środowisku oraz jak ważne było w artystycznym zawodzie wsparcie osób wpływowych. Szczególnie gdy chodziło o kobietę. Tytuł najnowszej biografii Astrid Lindren Żyje się tylko dziś, będący cytatem z tekstu szwedzkiego prekursora romantyzmu, Thomasa Thorilda, celnie oddaje rytm jej bogatego, gęstego w różne doświadczenia życia.
WYDAWCY RYNEK BIBLIOTEKI
I jest, i nie ma
Sytuacja polskich przekładów najnowszej literatury ukraińskiej przypomina zabawę w ciuciubabkę - niby tłumaczeń jest sporo, ale tak na dobrą sprawę nie ma ich wcale; niby się ukazują, ale nie są dostępne; niby mają prezentować cr?me de la cr?me literatury naszych sąsiadów, ale pozostają raczej przeglądem gustów czytelniczych i przyjaźni tłumaczy.
Urszula Pieczek
Jestem czytelniczką literatury ukraińskiej od mniej więcej 2004 roku, czyli pomarańczowej rewolucji - byłam wtedy w ostatniej klasie liceum. Do lokalnego domu kultury został zaproszony Bohdan Zadura, który prezentował antologię wierszy współczesnych ukraińskich poetów Wiersze zawsze są wolne. Na pytanie: "Dlaczego Ukraina?", Zadura odpowiedział, że zwykliśmy patrzeć w kierunku Zachodu - czytamy literaturę angielską, francuską czy niemiecką, rzadko jednak zwracamy się w kierunku Wschodu, gdzie dzieją się rzeczy nieoczywiste, ciekawe, zaskakujące. Zdałam sobie wtedy sprawę, że mieszkam dwadzieścia kilometrów od granicy z Ukrainą, a kojarzy mi się ona wyłącznie z tanimi papierosami i wódką, sprzedawanymi nielegalnie w moim rodzinnym Lubaczowie. Można na wysokim "c" powiedzieć, że spotkanie z Zadurą wyznaczyło kierunek moich zainteresowań - skończyłam ukrainistykę, piszę doktorat o kulturze Ukrainy, moim punktem odniesienia pozostają najczęściej dzieła ukraińskie. Zawiązałam przez lata wiele znajomości, kilka przyjaźni. Stałam się też zawodową czytelniczką. Literaturę ukraińską czytam w oryginale, ale również wytrwale śledzę jej tłumaczenia na język polski.
Bohdan Zadura miał rację - kultura Ukrainy pozostaje dla mnie źródłem inspiracji i odkryć. Tak, literatura naszych sąsiadów kryje prawdziwe perły. Tak, zawdzięczam Zadurze w pewnym sensie całą tę wyboistą drogę. Jednak już dawno przestałam być wobec jego przekładów bezkrytyczna; przy tak licznej produkcji błędy są (podobno) nieuniknione, chociaż wiele z nich można wyeliminować dzięki redakcji, która porówna zgodność przekładu z oryginałem (krytyka tłumaczeń to materiał na osobny tekst). Niemniej w ciągu ostatnich lat to właśnie Zadura przełożył na język polski największą liczbę najnowszych dzieł z literatury ukraińskiej, od dłuższego czasu pozostaje także rzecznikiem niektórych ukraińskich twórców i twórczyń.
Wystarczy wspomnieć tegoroczną laureatkę Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus - Katerynę Babkinę, która odebrała wyróżnienie za Nikt tak nie tańczył, jak mój dziadek (ciągle się mylę w tytule - czy tylko ja odnoszę wrażenie, że lepiej brzmiałby z niewielką zmianą "Nikt nie tańczył tak jak mój dziadek"?). Ta trzecia przełożona na język polski książka Babkiny ukazała się nakładem lubelskich "Warsztatów Kultury". Niewielkich rozmiarów powieść zbiera losy pięciu bohaterów, którzy poznają się pierwszego dnia w szkole w pierwszym roku niezależności Ukrainy. Przedstawiając ich splatające się życiorysy, autorka opowiada ukraińską historię XX wieku i sprawdza, jak wydarzenia z przeszłości rezonują w teraźniejszości.
O najważniejszym problemie niezależnej Ukrainy opowiada Andrij Lubka w książce Twoje spojrzenie, Cio-Cio-San. Tę powieść (jak i zresztą wszystkie inne autora Karbidu) przełożył także Bohdan Zadura. Zaangażowane społecznie Twoje spojrzenie... to rodzaj thrillera, którego punktem wyjścia staje się chęć pomszczenia żony głównego bohatera, potrąconej na przejściu dla pieszych przez pijanego sędziego.
A jeśli o wydarzeniach z najnowszej historii Ukrainy mowa, niewątpliwie wojna stanowi jeden z najważniejszych tematów - dla Wołodymyra Rafiejenki w książce Najdłuższe czasy (tłumaczyli Anna Ursulenko i Marcin Gaczkowski, wydało "KEW") to główna oś opowieści, kryzys w Doniecku jest także tłem Magnetyzmu Petra Jacenki (tłumaczenie Marcin Gaczkowski, wydały "Warstwy"). Wiele uwagi tematowi wojny poświęcił także Wasyl Słapczuk, którego na język polski niestrudzenie tłumaczy Wojciech Pestka. Ostatnio wydany - choć zapowiadany jeszcze na 2017 rok - Ten sam kurz drogi jest jednak książką inną (choć główny bohater ma przeszłość wojenną). To gra migawek i fragmentów, książka medytacyjna, badająca granice znaczeń.
Rzućmy okiem na poezję. Najchętniej tłumaczonym na język polski ukraińskim poetą jest Serhij Żadan. Nic dziwnego, ponieważ autor z Charkowa reprezentuje pisarstwo najwyższej próby. W 2018 roku Państwowy Instytut Wydawniczy ogłosił Drohobycz w przekładzie Jacka Podsiadły, w 2020 roku "Warstwy" wydały Antenę w tłumaczeniu Bohdana Zadury (książka uhonorowana nagrodą "Literatury na Świecie" - tu mam niemały kłopot, ponieważ po lekturze przekładu wierzy, że to wybitna książka, mimo iż samo tłumaczenie pozostawia wiele do życzenia), z kolei w 2021 roku w przekładzie Tadeusza Karabowicza ukazał się wybór Nikt nie powróci z długiej nocnej wędrówki, opublikowany przez lubelskie wydawnictwo "Narracje".
Z poezją generalnie jest problem - to nisza nisz. Ukraińska poezja nie pozostaje wyjątkiem. W 2020 roku wydawnictwo "KEW" opublikowało dwa tomy poetyckie w przekładzie Marcina Gaczkowskiego. Pierwszym jest Wesoły cmentarz Wasyla Stusa, drugim - Metrofobia Myrosława Łajuka. Wesoły cmentarz to książka kultowa, dla historii ukraińskiej kultury XX wieku przełomowa. Zbiór wierszy dysydenta, jednego z czołowych przedstawicieli pokolenia sześćdziesiątników, przeszedł w Polsce prawie niezauważony. A szkoda, ponieważ to jedna z niewielu opublikowanych w ostatnich latach pozycji, która "łata dziury" w kanonie. Metrofobia prezentuje z kolei wybór wierszy młodego ukraińskiego poety (rocznik 1990) pochodzącego z Huculszczyzny. Ciekawa, wartka i błyskotliwa autobiograficzna opowieść.
Dlaczego zatem piszę, że przekładów nie ma, skoro - jak mogą Państwo przeczytać - jest ich sporo (myślę, że więcej niż na przykład tłumaczeń z krajów nadbałtyckich: Litwy, Łotwy i Estonii). Chodzi mi o to, że przekłady są publikowane, jednak polityka wydawnicza skutecznie uniemożliwia kontakt z czytelnikami i czytelniczkami. Tak, tak, świetnie znam wałkowaną od lat frazę "nie stać nas", mało zresztą przekonującą - wydawanie książek, które zalegają w magazynach, w dodatku w minimalnych nakładach, przyczynia się do tego rodzaju niewidzialności. Jeśli osoba żywo zainteresowana literaturą ukraińską ma kłopot, żeby do niektórych pozycji dotrzeć, co powiedzą ci mniej zdeterminowani? I żeby nie było - odwiedzam księgarnie kameralne i empiki, sprawdzam również strony internetowe wydawnictw, mam więc dość szeroką perspektywę.
Dziś literaturę ukraińską publikują głównie małe wydawnictwa, którym oczywiście chwała za upór i zaangażowanie ideowe. Jednak nie za wszystko należą się brawa - książki wydawane na przykład przez lubelskie "Warsztaty Kultury" pozostają niejako zaprogramowane na brak dystrybucji - są dosłownie "bezcenne", na okładce nie ma bowiem ceny, ale jest za to kod QR, który odsyła do nieaktualnej strony internetowej wydawcy. Na szczęście "Warsztaty Kultury" dbają, by książki trafiały w ręce kapituł nagród (na przykład Artem Czech za Punkt zerowy w tłumaczeniu Marka S. Zadury - syna Bohdana - znalazł się w finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za rok 2020 za reportaż literacki). Choć, co pokazuje dość (widocznie) nieoczekiwany Angelus dla powieści Babkiny, już po tygodniu od nagrody nakład jej książki został wyczerpany. Intuicja podpowiada mi, że był on bardzo niski. Podobnie sprawa wygląda w przypadku wydawnictwa "KEW". Tu, co prawda, cena na książkach widnieje, ale konia z rzędem temu, kto mi wskaże dziesięć miejsc dystrybuujących jego tytuły w Polsce. A to wielka szkoda, zwłaszcza w przypadku Wesołego cmentarza Wasyla Stusa.
W tych dwóch wydawnictwach można (jeśli się wie, że zostały opublikowane) zamówić książkę w sklepie internetowym. Jednak najbardziej zagadkowa sytuacja, z jaką się spotkałam, dotyczy wspomnianego już tomu wierszy Serhija Żadana Nikt nie powróci z długiej nocnej wędrówki. Otóż książka została wydana przez "Narracje", ale w sklepie na stronie "Episteme" (które też jest wydawnictwem) czytamy: "Egzemplarz wyłączony z dystrybucji". Na pytanie, czy można książkę zamówić, otrzymałam informację, że wydawnictwo jedynie książkę wydało i nie zajmuje się jej dystrybucją. Egzemplarz otrzymałam wyłącznie dzięki uprzejmości tłumacza. Na takim tle najlepiej prezentują się "Warstwy", których książki można znaleźć poza Wrocławiem. W "Warstwach" wydaje swoje przekłady najbardziej zróżnicowane grono tłumaczy i tłumaczek. Podział dziś rysuje się następująco: wydawnictwo "KEW" publikuje przekłady Marcina Gaczkowskiego, "Warsztaty Kultury" - Bohdana Zadury, "Warstwy" - dwóch wymienionych powyżej i na przykład Katarzyny Kotyńskiej, która przełożyła wspaniały Dom dla Doma Wiktorii Ameliny, oraz Walerego Butewicza i Marcina Piotrowskiego, tłumaczy zbioru Cerebro Andrija Bondara, o którym miałam przyjemność pisać na tych łamach.
Niegdyś czołowym wydawnictwem promującym literaturę ukraińską było "Czarne" - to tu ukazywały się przekłady każdej książki Jurija Andruchowycza czy Tarasa Prochaśki. Tłumaczką autora Niezwykłych była wysoko przeze mnie ceniona Renata Rusnak, która kilka lat temu pożegnała się z owym zawodem (momentami bardzo niewdzięcznym). Łączy się z tym nieobecność nowych tłumaczeń tekstów Prochaśki. "Czarne" wydaje wciąż powieści Serhija Żadana w niezmiennie wspaniałych tłumaczeniach Michała Petryka. Wydawnictwo z Wołowca przez wiele lat trzymało rękę na wschodnim pulsie, konsekwentnie promowało najnowsze książki wybranych autorów oraz kreowało i wpływało na czytelnicze gusta. Zupełnie osobną "wyspą" wydawniczą pozostaje twórczość Oksany Zabużko, czołowej ukraińskiej pisarki, laureatki Angelusa w 2014 roku. Książki Zabużko były wydawane dotychczas przez "W.A.B." (Badania terenowe nad ukraińskim seksem, Siostro, siostro i Muzeum porzuconych sekretów), w 2022 roku nakładem "Agory" zostaną opublikowane eseje zatytułowane Planeta Piołun oraz drugie wydanie Badań... (obie książki w przekładzie Katarzyny Kotyńskiej).
Umówmy się - żadne polskie wydawnictwo nie bije się dziś o żadnego ukraińskiego autora czy autorkę, to raczej tłumacze i tłumaczki stanowią forpocztę, która do wydawców może i dociera, ale do czytelników i czytelniczek już niekoniecznie. Wielka szkoda, że te książki przepadają, choć czasem trafiają do rąk przychylnych kapituł.
nr 1/1232
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak,
Juliusz Gałkowski,
Tomasz Kłusek,
Andrzej Skalimowski,
Maria Sokołowska,
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: noweksiazki@instytutksiazki.pl
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca, w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych. Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Cennik reklam znajduje się w "Kurierze Nowych Książek".
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2021
kwartał 30 PLN, półrocze 60 PLN, cały rok 120 PLN
"Nowe Książki" można zaprenumerować, wpłacając
(na dowolny okres) na konto wydawcy
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków
Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.:
Prenumerata krajowa:
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta.
www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: prenumerata@ruch.com.pl
Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę:
Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać na www.ruch.pol.pl
e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl i nexto.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,
przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych
informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłączenie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator
może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje państwu prawo dostępu do treści swoich danych,
ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,
prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego
tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu założenia zamówienia
na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych
- iod@instytutksiazki.pl.
PROZA POLSKA
Życie przedśmiertne
Artur Madaliński
Zyta Rudzka
Ślicznotka doktora Josefa
Warszawa: "W.A.B.", 2021
333 s. ; 20 cm. - (Archipelagi)
Wiek sędziwy jako jedna z narracji późnej nowoczesności może być pociągający - objawia się pod postacią owiniętej w kaszmirowy szal "babuni" albo odzianego w sztuczkowe spodnie dziadka. Czasami spogląda też pogodnie zza złotych oprawek albo spaceruje po szwajcarskim kurorcie, jak Fred Ballinger i Mick Boyle, bohaterowie Młodości Paolo Sorrentino.
Wielu chętnie ulega obrazom starości jako pluszowej ścieżki do wiecznego szczęścia, ale jestem prawie pewien, że nie należy do nich Zyta Rudzka. We wznowionej właśnie po piętnastu latach i uzupełnionej Ślicznotce doktora Josefa pokazuje, że starość to zawsze wegetacja, siódma woda po kisielu, pozbawiona zieleni łodyga. Pozostanie wyłącznie przy tej konstatacji byłoby jednak dla tej znakomitej książki wielce niesprawiedliwe, ponieważ nie wyczerpuje ona swojej poruszającej wymowy w diagnozie o uciążliwościach wieku senioralnego. Pisarka czyni tu coś znacznie więcej: niweczy wszelkie rojenia o skuteczności strategii, którym podlega starość w dobie kapitalizmu, i przekonuje, że nie można jej ani ukryć pod aksamitnym kocem estetyzacji, ani uduchowić, roztaczając wizje o dyskontującej życiową mądrość "srebrnej fali". Starość jest zawsze bolesnym procesem odzwyczajania się od życia i kurczowego trzymania się tej reszty, która jeszcze nam pozostała. Dzisiaj, gdy po raz kolejny gotowi jesteśmy uwierzyć w nieśmiertelność - jej wcieleniami są pośmiertne awatary w mediach społecznościowych i nadciągające coraz większymi krokami cyfrowe postżycie - proza Zyty Rudzkiej jak siekiera rozbija nasze przywidzenia.
Koncept, którym posłużyła się pisarka, jest w literaturze dobrze znany: dom starości (nie byle jaki, bo stołeczny i raczej z tych lepszych), w nim pensjonariuszki i pensjonariusze. Pani Benia, Pan Henoch, Pan Miron, Pan Bożydar, Pan Szymon - to prawie wszyscy, bo jeszcze mamy bliźniaczki, Panią Leokadię i Panią Czechnę, tytułową ulubienicę doktora Josefa Mengele (tak się wszakże składa, że wielu mieszkańców domu było niegdyś "za drutami"). W planie fabularnym dzieje się tu niewiele (sen, posiłki, spacery), w planie relacyjnym - rozgrywa się wszystko. Czas wypełniony jest głównie rozmowami, w których - być może swoje robi także tężejący z dnia na dzień upał - kipi od emocji, afektów, dotkliwych wspomnień, wzajemnych idiosynkrazji. Rudzka nie wykłada ich jednak kawa na ławę, lecz dyskretnie sączy spomiędzy drobnych szczegółów (niebieska miseczka, z której żona lubiła pić herbatę), nieznaczących, wydawałoby się, epizodów ("Poczułam zapach jego wody kolońskiej. Uśmiechnął się, zapytał: czy już wiem, że tatuś nie żyje?"), kilku niewinnych słów ("pan ma tylko wspomnienie po synku") rzuconych w rozmowie, która miała być zwykłym small talkiem, a stała się rozdrapywaniem ran. W tym zresztą mieszkańcy domu niespokojnej starości celują - są dla siebie tak bezlitośni, jak bezlitosny staje się ten, kto wkroczył w stadium życia przedśmiertnego, gdy nigdzie nie widać nadziei i nie sposób już rozpoznać się w swoim ciele.
Bo życie przedśmiertne jest zawsze życiem według ciała. Ciała udręczonego, przysypiającego, pierdzącego, bekającego, śliniącego się, śmierdzącego, sflaczałego, bezzębnego. Ciała, które już niedługo gryzło będzie tylko ziemię. Dwa ostatnie zdania utrzymane są w poetyce prozy Rudzkiej, bo o ile dokuczliwe miejsca pamięci i biografii swoich bohaterów pisarka odsłania nader subtelnie, o tyle w przypadku bólu somatycznego sięga po metodę skrajnego weryzmu. Opisy związanych z wiekiem przypadłości czy wykonywanych przez personel medyczny procedur aplikowane są czytelnikowi bez żadnego znieczulenia - fizjologia nie daje tu o sobie zapomnieć nawet na chwilę. Jak w tym chociażby fragmencie, w którym dyrektor pensjonatu naradza się z lekarzem i pielęgniarkami: "Przez trzy kwadranse rozmawiali o zatwardzeniach, owrzodzeniach, reumatyzmie, nietrzymaniach stolca, lekach nasennych, proszkach przeciwbólowych, uspokajających, nasercowych, antyzakrzepowych, obniżających ciśnienie, przeciw odwodnieniu i puchlinie nóg. Zgłaszali, co guzowacieje, obrzmiewa, pęcznieje, ropieje, podchodzi krwią, ropą, limfą. Co się komu jątrzy, ogni, paprze, ślimaczy, paskudzi, obiera, cuchnie".
Niewiele zostaje miejsca dla przygód duchowych, tym bardziej gdy extra muros nikt już prawie nie czeka, odwiedziny bliskich nie dochodzą do skutku, pensjonat po trosze zamienia się w obóz, a kolejni sąsiedzi wywożeni są do "domku nad jeziorem" lub trafiają w ręce pracowników firmy "Pocałunek Edenu". Dlatego bohaterowie Ślicznotki... nieustannie oddają się wspomnieniom. Okazuje się jednak, że praca pamięci także nie pozwala uciec od beznadziejnego tu i teraz, bo przeszłość oznacza przede wszystkim traumę: powracające ciągle sceny obozowe, głód, mieszkanie ze szczurami, później rozpaczliwe próby włączenia się do żywych. Jeśli mimo to mieszkańcy domu tak chętnie rozpamiętują minione, to nie tylko dlatego, by uciec od definitywnego dylematu ("chcesz być spalona czy pochowana?"), ale też dlatego, że tęsknią za zmysłami, które przynosiły doznania inne niż cierpienie.
Przejmująca gerontografia Zyty Rudzkiej jest także opowieścią o bezpowrotnie utraconej sensualności, która nigdy nie oznacza już przyjemności, lecz zawsze upokarzający ból. Dotyka się już nie włosów ukochanej, lecz opuchniętej wątroby, nie słucha dokazywania dzieci, lecz krępujących odgłosów własnego ciała, nie smakuje egzotycznych owoców, lecz przecier z truskawek i rozgotowane jabłka. Powracające jak refren wspomnienie mięsistych czereśni jest figurą obrazującą ostateczny triumf biologii nad zmysłowością.
Wśród mieszkańców domu Czechna najsilniej próbuje opierać się starości lub - inaczej mówiąc - najbardziej upiera się przy młodości. Zawsze dobrze ubrana, zadbana, prawdziwa elegantka. "Dopóki ładnie wyglądam, znaczy, że jeszcze żyję" - mawia, przypominając często absurdalny tytuł "Miss Auschwitz". Ale nic z tego, zaklinanie rzeczywistości niebezpiecznie zbliża się do naiwniactwa, bo przecież - wszyscy to wiemy - happy endu nie będzie. Desperackie usiłowania niegdysiejszej faworytki Mengelego to ruchy oporu, które niechybnie zostaną stłumione. Zyta Rudzka rzuciła nam między oczy prawdę, której naprawdę nie chcemy zbyt często słyszeć i która banalna jest tylko pozornie - nieśmiertelne nie istnieje. Nawet jeśli zza węgła wyziera już cyfrowa nieśmiertelność.