Rozdział 1. Imperatorka
Rozdział 1
Imperatorka
Amilia popełniła błąd, spoglądając w oczy Edith Mon. Nie chciała tego
robić -?nie zamierzała odrywać wzroku od podłogi -?ale Edith stanęła jej
niespodziewanie na drodze i dziewczyna bezwiednie uniosła głowę.
Ochmistrzyni uzna to za brak pokory, oznakę buntu w szeregach
pracowników kuchni.
Amilia nigdy wcześniej nie spojrzała w oczy Edith, a teraz zastanawiała
się, czy w ogóle kryje się za nimi dusza. Jeżeli tak, to musi być
skulona lub martwa, zgniła jak późnojesienne jabłko. To by wyjaśniało
zapach ochmistrzyni. Od Edith bił kwaśny, zjełczały odór, jakby od
czegoś zepsutego.
-?Odliczę ci za to kolejnego tenenta -?oznajmiła otyła kobieta. -
Pogrążasz się.
Edith była duża i szeroka. Wydawało się, że nie ma karku i jej toporna
głowa spoczywa bezpośrednio na ramionach.
Amilia stanowiła jej przeciwieństwo. Miała drobną figurę w kształcie
gruszki, pospolite rysy i długie matowe włosy. Nie wyróżniała się w tłumie, jej twarz nie przyciągała wzroku -?nie była ani ładna, ani dość
szpetna, by ktoś chciał na nią spojrzeć dwa razy.
Niestety, niepozorny wygląd nie wystarczał, by uniknąć uwagi
ochmistrzyni pałacu Edith Mon.
-?Nie stłukłam go.
To mój drugi błąd, pomyślała dziewczyna. Gdy Edith uderzyła ją mięsistą
dłonią w twarz, Amilii zadzwoniło w uszach, a do oczu napłynęły jej łzy.
-?No, dalej -?zachęcała ją ochmistrzyni słodkim tonem, a potem szepnęła:
-?Okłam mnie jeszcze raz.
Amilia chwyciła się umywalki, żeby nie stracić równowagi. Poczuła gorąco
na policzku. Cofnęła się, widząc, jak Edith ponownie unosi rękę.
Parskając śmiechem, gruba kobieta przeczesała pulchnymi palcami włosy
dziewczyny.
-?Nie masz kołtunów -?zauważyła. -?Już rozumiem, co robisz, zamiast
wykonywać swoje obowiązki. Liczysz na zainteresowanie rzeźnika? A może
tego pyskatego kurdupla, który przywozi drewno? Widziałam, jak z nim
rozmawiasz. Wiesz, co widzą, kiedy na ciebie patrzą? Brzydką pomoc
kuchenną, ot co. Żałosną, niechlujną ulicznicę, od której cuchnie ługiem
i łojem. Woleliby zapłacić za nierządnicę niż mieć cię za darmo. Lepiej
by było, gdybyś bardziej się zajmowała swoją pracą, bo wtedy nie
musiałabym tak często cię bić.
Amilia poczuła, jak Edith okręca jej włosy wokół swojej dłoni.
-?Nie chodzi o to, że lubię zadawać ci ból -?stwierdziła kobieta i pociągnęła dziewczynę za włosy, aż ta się skrzywiła. -?Ale musisz się
nauczyć.
Nie popuszczała, aż Amilia odchyliła głowę do tyłu i widziała już tylko
sufit.
-?Jesteś ślamazarna, głupia i brzydka. Dlatego wciąż pracujesz w kuchni.
Nie mogę cię zrobić praczką, a już na pewno nie pokojówką. Przyniosłabyś
mi wstyd, rozumiesz?
Amilia nie odpowiedziała.
-?Zapytałam, czy rozumiesz.
-?Tak.
-?Przeproś za wyszczerbienie talerza.
-?Przepraszam za wyszczerbienie talerza.
-?I przepraszasz, że skłamałaś?
-?Tak.
Edith poklepała mocno Amilię po szczypiącym policzku.
-?Grzeczna dziewczyna. Doliczę to do twojego rachunku. A twoja kara... -
Puściła włosy dziewczyny i wyrwała jej szczotkę, ważąc ją w ręku.
Zwykle używała pasa, ale uderzenie szczotką bardziej zaboli. Edith
zawlecze ją do pralni, gdzie kucharz ich nie zobaczy. Bo kuchmistrz
polubił Amilię i choć Edith miała wszelkie prawo dyscyplinować
podwładne, Ibis nie pozwoliłby, żeby coś takiego odbywało się u jego
boku. Amilia czekała, aż Edith chwyci ją tłustą dłonią za nadgarstek,
ale zamiast tego gruba ochmistrzyni pogłaskała ją po głowie.
-?Takie długie włosy -?powiedziała przeciągle. -?Zapewne przeszkadzają,
prawda? To przez nie za dużo myślisz o sobie. Wiem, jak załatwić obie
sprawy. Będziesz wyglądać naprawdę ładnie, gdy ja...
W kuchni zapadła cisza. Cora nagle przestała ubijać masło, a kucharze
przerwali siekanie mięsa. Znieruchomiał nawet Nipper, który układał
drewno przy piecach. Amilia podążyła wzrokiem za ich spojrzeniem w stronę schodów.
Szlachcianka w stroju z białego aksamitu i satyny zeszła płynnym krokiem
po stopniach, zanurzając się w cuchnących oparach kuchni. W jej
upudrowanej twarzy dominowały przenikliwe oczy i cienkie jak brzytwa
usta. Kobieta była wysoka i w przeciwieństwie do przygarbionej Amilii
stała dumnie wyprostowana. Podeszła niezwłocznie do stolika przy
ścianie, przy którym piekarz przygotowywał chleb.
-?Uprzątnąć to -?rozkazała, machnąwszy ręką.
Piekarz niezwłocznie zgarnął przybory i ciasto do zakasanego fartucha i oddalił się w pośpiechu.
-?Wyszorować blat -?wydała kolejne polecenie.
Amilia poczuła, jak wciśnięto jej szczotkę do ręki, i potknęła się, gdy
pchnięto ją do przodu. Ze spuszczonym wzrokiem zaczęła od razu
przecierać stół, pozostawiając na blacie duże kręgi poznaczone mąką.
Niezwłocznie zjawili się przy niej Nipper z wiadrem i Vella z ręcznikiem. Gdy razem sprzątali bałagan, szlachcianka obserwowała ich z pogardą.
-?Dwa krzesła -?warknęła i Nipper po nie pobiegł.
Nie wiedząc, co robić dalej, Amilia stała i obserwowała damę, trzymając
ociekającą szczotkę przy boku. Gdy szlachcianka zorientowała się, że
dziewczyna się na nią gapi, Amilia szybko spuściła wzrok. Dostrzegła
szarą myszkę pod stolikiem, która usiłowała się skryć w cieniu.
Wykorzystując okazję, porwała kawałek chleba i zniknęła w niewielkiej
szparze.
-?Aż żal patrzeć.
Amilia myślała, że uwaga damy dotyczy myszy, dopóki nie usłyszała
kolejnych słów:
-?Robisz brudną kałużę na podłodze. Odejdź.
Dziewczyna nieporadnie dygnęła, a kobieta głosem o nienagannej dykcji
wydała serię kolejnych rozkazów. Vella, Cora, a nawet Edith zabrały się
do zastawiania stołu jak na królewski bankiet. Vella położyła biały
obrus, a Edith zaczęła rozkładać srebrną zastawę, lecz dama kazała jej
się odsunąć i sama starannie ułożyła wszystkie sztućce. Nie zapomniała
także o różnych kieliszkach i płóciennych serwetkach. Niebawem stół był
elegancko przygotowany dla dwóch osób.
Amilia nie potrafiła sobie wyobrazić, kto mógłby tutaj jeść. Nikt nie
zastawiałby stołu dla służących, ale dlaczego arystokrata miałby
przychodzić na posiłek do kuchni?
-?Co tu się dzieje? -?usłyszała znajomy głęboki głos Ibisa Thinly'ego.
Stary kucharz okrętowy był dużym mężczyzną o beczkowatej klatce
piersiowej. Miał niebieskie oczy i rzadką brodę okalającą szczękę.
Poranek spędził na spotkaniach z gospodarzami, ale wciąż miał na sobie
swój nieodłączny, poplamiony tłuszczem fartuch, który niejako był jego
mundurem, oznaką urzędu. Wlazł do kuchni jak niedźwiedź, który po
powrocie do gawry widzi, że dzieje się tam coś niedobrego. Dostrzegłszy
damę, przystanął.
-?Jestem lady Constance -?poinformowała go szlachcianka. -?Za chwilę
przyprowadzę tu imperatorkę Modinę. Jeżeli jesteś kucharzem, przyszykuj
jedzenie.
Popatrzyła krytycznie na stół. Przesunęła kilka elementów zastawy, po
czym odwróciła się i wyszła.
-?Leif, pokrój pieczone jagnię! -?krzyknął Ibis. -?Cora, idź po ser.
Vella, przynieś chleb. Nipper, ustaw prosto ten stos drewna!
-?Imperatorka! -?wykrzyknęła Cora, biegnąc do spiżarni.
-?Po co ona tu przychodzi? -?spytał Lei, a w jego głosie pobrzmiewał
gniew, jakby przychodził do niego w odwiedziny nieproszony, niewiele
znaczący krewny, a on był narażonym na kłopot właścicielem majątku
dworskiego.
Amilia słyszała o imperatorce, ale nigdy jej nie widziała, nawet z daleka. Niewielu miało tę okazję. Koronacja, która odbyła się ponad pół
roku wcześniej podczas zimonaliów, była kameralną uroczystością, a po
przyjeździe imperatorki do Aquesty wszystko się zmieniło.
Król Ethelred już nie nosił korony i zwracano się do niego per regent, a nie Wasza Królewska Mość. Wciąż rządził zamkiem, tylko że teraz nazywano
go pałacem imperialnym. Wszystkie zmiany wprowadził drugi regent,
Saldur. Dotychczasowy biskup Melengaru zamieszkał na stałe w siedzibie
Ethelreda i zaprzągł budowniczych do pracy przez całą dobę przy wielkiej
sali i sali tronowej. Saldur ogłosił także nowe zasady, których musieli
przestrzegać wszyscy służący.
Personel mógł opuszczać tereny pałacowe tylko pod eskortą jednego z nowych strażników, a wszystkie wychodzące listy były czytane i na ich
wysłanie musiała być wyrażona zgoda. I podczas gdy to drugie zarządzenie
nie było uciążliwe, gdyż niewielu służących umiało pisać, to
ograniczenie dotyczące poruszania się utrudniało życie wszystkim. Wiele
osób, które mieszkały w mieście lub w sąsiednich gospodarstwach,
rezygnowało z pracy, ponieważ nie mogły już wracać na noc do domu. Ci,
którzy pozostali w zamku, więcej o nich nie słyszeli. Regent Saldur z powodzeniem odizolował pałac od świata zewnętrznego, ale w obrębie jego
murów plotkowano na potęgę. W ustronnych korytarzach czyniono
przypuszczenia, że rezygnacja z posady miała równie niedobre skutki dla
ich zdrowia, jak próba potajemnej ucieczki.
To, że nikt nigdy nie widział imperatorki, skłaniało ludzi do snucia
kolejnych domysłów. Wszyscy wiedzieli, że była spadkobierczynią
pierwszego legendarnego imperatora Novrona, a tym samym dzieckiem boga
Maribora. Dowodził tego fakt, że tylko ona potrafiła zabić bestię, która
zdziesiątkowała szeregi największych rycerzy Elanu. Pochodziła z małej
wioski i to potwierdzało, że w oczach Maribora wszyscy są równi. Wysnuto
wniosek, że osiągnęła stan istoty duchowej i w jej boskiej obecności
mogli przebywać jedynie regenci oraz jej sekretarz.
To musi być właśnie sekretarz, pomyślała Amilia. Dama z kwaśną miną i nienagannym sposobem wysławiania się była asystentką imperatorki.
Niebawem na stole stało najlepsze jedzenie, jakie zdołano zebrać w tak
krótkim czasie. Piekarz Knob i rzeźnik Leif spierali się o usytuowanie
potraw -?każdy chciał umieścić swoje wyroby w centralnym miejscu.
-?Cora -?powiedział Ibis. -?Połóż swój ładny ser na środku.
Mleczarka uśmiechnęła się i zarumieniła, a Leif i Knob się nachmurzyli.
Amilia jako pomywaczka nie miała już nic więcej do zrobienia i wróciła
do naczyń. Edith, podniecona, rozmawiała w narożniku przy stosie
dębowych beczułek z kredencerzem i cześnikiem. Wszyscy wygładzali
ubranie i przeczesywali palcami włosy. Nipper jeszcze zamiatał, gdy dama
wróciła. Znów wszyscy znieruchomieli i obserwowali, jak lady Constance
prowadzi za rękę chudą dziewczynę.
-?Usiądź -?rozkazała energicznie.
Wszyscy usiłowali dostrzec królową boginię, ale widzieli tylko plecy
dwóch kobiet. Po chwili weszło jeszcze dwóch dobrze uzbrojonych
strażników, którzy stanęli po obu stronach stolika. Nikt więcej się nie
zjawił. Gdzie jest imperatorka?
-?Modina, powiedziałam, żebyś usiadła -?powtórzyła lady Constance.
Amilia doznała szoku. Modina? To biedne dziecko to imperatorka?
Wydawało się, że ta delikatna i chuda niczym kościotrup dziewczyna nie
usłyszała lady Constance. Stała apatycznie z miną bez wyrazu. Kiedyś
mogła być nawet ładna, ale teraz wyglądała przerażająco. Miała białą jak
kreda twarz oraz naciągniętą skórę, pod którą odznaczał się wyraźnie
zarys czaszki. Jej oblicze przesłaniały nierówno przycięte jasne włosy,
a cienka, biała, długa koszula tylko potęgowała jej upiorny wygląd.
Lady Constance westchnęła i posadziła ją na siłę przy stoliku piekarza.
Dziewczyna dała sobą manipulować niczym lalka. Nie odezwała się,
patrzyła tylko przed siebie pustym wzrokiem.
-?Połóż sobie serwetkę na kolanach w ten sposób.
Lady Constance powoli i starannie rozwinęła kawałek płótna. Czekała,
piorunując imperatorkę spojrzeniem, ale ta siedziała i sprawiała
wrażenie nieobecnej.
-?Jako imperatorka nie będziesz nigdy obsługiwać się sama -?ciągnęła
lady Constance. -?Będziesz czekała, aż służący nałożą ci jedzenie na
talerz. -?Rozejrzała się poirytowana, napotykając wzrokiem Amilię. -?Ty...
podejdź tu -?rozkazała. -?Obsłuż Jej Imperialną Mość.
Amilia upuściła szczotkę do miski i wycierając ręce w fartuch, ruszyła
naprzód. Nie miała doświadczenia w podawaniu do stołu, ale nic nie
powiedziała. Usiłowała sobie przypomnieć, jak Leif kroi mięso. Wzięła do
ręki szczypce i nóż i próbowała jak najwierniej go naśladować. W wykonaniu rzeźnika wyglądało to na czynność niewymagającą wysiłku, ale
Amilia nie miała wprawy i z trudem zdołała uciąć kilka poszarpanych
kawałków jagnięciny, które położyła na talerzu dziewczyny.
-?Chleb -?warknęła lady Constance i Amilia zaczęła odkrawać pajdę z długiego zakręconego bochenka, przy czym omal nie rozcięła sobie palca.
-?Jedz.
Przez chwilę Amilia myślała, że to kolejne polecenie dla niej, i wyciągnęła rękę, ale zreflektowała się i znieruchomiała, niepewna, czy
wolno jej wrócić do naczyń.
-?Powiedziałam "jedz".
Sekretarz patrzyła groźnie na dziewczynę, która wciąż gapiła się
niewidzącym wzrokiem na przeciwległą ścianę.
-?Jedz, do diabła! -?ryknęła lady Constance.
Wszyscy w kuchni, włącznie z Edith Mon i Ibisem Thinlym, podskoczyli.
Gdy uderzyła pięścią w stolik, kieliszki się przewróciły, a noże
stuknęły o talerze.
-?Jedz! -?powtórzyła szlachcianka i spoliczkowała imperatorkę tak mocno,
że głowa dziewczyny się zakołysała.
Jednakże na twarzy Modiny nie pojawił się grymas bólu. Nadal gapiła się
na ścianę, ale tym razem inną.
W przypływie złości sekretarz wstała gwałtownie, przewracając krzesło.
Wzięła do ręki kawałek mięsa i usiłowała go wepchnąć dziewczynie do ust.
-?Co tu się dzieje?
Lady Constance zamarła na dźwięk tego głosu. Po schodach zszedł stary
człowiek o białych włosach. Jego elegancka fioletowa szata i czarny
mucet nie pasowały do parnej kuchni, w której panował bałagan. Amilia od
razu rozpoznała regenta Saldura.
-?Cóż, u licha... -?zaczął Saldur, podchodząc do stolika. Spojrzał na
dziewczynę, potem na personel, a na koniec na lady Constance, która
upuściła kawałek mięsa. -?Po co... ją tu przyprowadziłaś?
-?Ja... myślałam...
Saldur ją uciszył, unosząc rękę, którą następnie powoli zwinął w pięść.
Zacisnął zęby i wciągnął powietrze przez nos. Znów popatrzył na
dziewczynę.
-?Spójrz na nią -?powiedział. -?Miałaś ją kształcić i szkolić, a wygląda
jak półtora nieszczęścia.
-?Ja... próbowałam, ale...
-?Milcz! -?warknął regent wciąż z pięścią w górze.
Nikt w kuchni nawet nie drgnął. Słychać było jedynie cichy trzask ognia
w piecach i bulgotanie rosołu w garnku.
-?Jeżeli takie są wyniki doświadczonej osoby, to równie dobrze możemy
wypróbować amatorkę. Na pewno nie spisze się gorzej. -?Regent wskazał
Amilię. -?Ty! Gratuluję, właśnie zostałaś asystentką imperatorki -
oznajmił, po czym odwrócił się do lady Constance i powiedział: -?Jeżeli
chodzi o ciebie... Twoje usługi są już niepotrzebne. Straże, zabrać ją!
Lady Constance zachwiała się i po jej idealnej postawie nie było śladu.
Skulona zrobiła krok do tyłu, potykając się o przewrócone krzesło i prawie upadając.
-?Nie! Proszę! Nie! -?zawołała, gdy pałacowy strażnik chwycił ją za
ramię i pociągnął w stronę tylnych drzwi.
Drugi mężczyzna złapał ją za drugą rękę i kiedy obaj wlekli ją do
wyjścia, lady Constance jak oszalała błagała o litość i usiłowała się
wyrwać.
Amilia znieruchomiała ze szczypcami do mięsa i nożem w rękach. Usiłowała
przypomnieć sobie, jak się oddycha. Gdy ucichły błagania lady Constance,
regent Saldur zwrócił się do niej. Był czerwony na twarzy, a między jego
rozchylonymi, napiętymi ustami widać było zęby.
-?Nie zawiedź mnie -?powiedział.
Gdy wchodził po stopniach, mucet falował mu na plecach.
Amilia spojrzała na dziewczynę, która nadal gapiła się na ścianę.
* * *
Zagadka trudności z zobaczeniem imperatorki wyjaśniła się, gdy żołnierz
odprowadził dziewczyny do kwatery Modiny.
Amilia spodziewała się, że pójdą do wschodniego skrzydła, mieszczącego
biura regentów i królewskie komnaty, ale ku jej zdziwieniu strażnik
skierował się do spiralnych schodów naprzeciw pralni, z których
korzystały pokojówki, by dotrzeć do pomieszczeń dla służby na górnych
piętrach. Tam jednak żołnierz ruszył w dół.
Amilia nie pytała o nic. Jej myśli zaprzątał miecz u jego boku.
Mężczyzna miał ciemne oczy i twarz o kamiennym wyrazie. Wzrostem
przewyższał Amilię o głowę, a rękę miał dwa razy większą od jej dłoni.
To nie on pierwszy chwycił lady Constance, ale dziewczyna wiedziała, że
się nie zawaha, gdy na nią też przyjdzie czas.
Powietrze zrobiło się chłodne i wilgotne, gdy zagłębili się w ciemności
rozpraszane jedynie światłem z zaledwie trzech latarni zawieszonych na
ścianie. W ostatniej drzwiczki były otwarte i wosk skapywał na posadzkę.
U dołu schodów znajdowały się drewniane drzwi prowadzące do małego
korytarza z kolejnymi drzwiami po obu stronach. W jednym z pomieszczeń
Amilia dostrzegła kilka beczułek i stojak z butelkami owiniętymi słomą.
Dwoje drzwi było zamkniętych na duże kłódki, a trzecie stały otwarte,
ukazując niewielką kamienną celę ze stertą słomy i drewnianym kubłem.
Gdy do niej doszli, żołnierz stanął z boku, opierając się plecami o ścianę.
-?Przepraszam... -?odezwała się Amilia zdezorientowana. -?Nie pojmuję.
Myślałam, że idziemy do komnaty sypialnej imperatorki.
Strażnik skinął głową.
-?To tutaj sypia Jej Imperialna Mość?
Mężczyzna znów przytaknął.
Amilia patrzyła zdumiona, jak Modina wchodzi do celi i zwija się w kłębek na stercie siana. Strażnik zamknął za nią ciężkie drzwi i założył
dużą kłódkę na skobel.
-?Zaczekaj -?powiedziała Amilia. -?Nie możesz jej tu zostawić. Nie
widzisz, że jest chora?
Mężczyzna przekręcił klucz w kłódce.
Amilia patrzyła na dębowe drzwi. Jak to możliwe? Przecież jest
imperatorką. Córką boga i najwyższą kapłanką Kościoła.
-?Trzymacie imperatorkę w starej piwnicy?
-?Tu ma lepiej niż w poprzednim miejscu -?odezwał się po raz pierwszy
żołnierz.
Amilia nie spodziewała się głosu niewiele głośniejszego od szeptu i łagodnego tonu pełnego współczucia. Trochę się uspokoiła.
-?A gdzie wcześniej przebywała?
-?I tak już za dużo powiedziałem.
-?Nie mogę jej tam zostawić. Nie ma nawet świeczki.
-?Mam rozkaz jej nie wypuszczać.
Amilia spojrzała na strażnika. Nie widziała jego oczu. Cień rzucany
przez przyłbicę skrywał górną połowę twarzy.
-?Dobrze -?powiedziała wreszcie i wyszła z piwnicy. Wróciła po chwili z latarnią zdjętą ze ściany przy schodach. -?Mogę chociaż dotrzymać jej
towarzystwa?
-?Jesteś pewna? -?Żołnierz wydawał się zaskoczony.
Amilia nie była pewna, ale i tak skinęła głową. Strażnik otworzył drzwi.
Imperatorka leżała skulona na posłaniu ze słomy. Miała otwarte oczy, ale
patrzyła niewidzącym wzrokiem. Amilia dostrzegła zrolowany koc w narożniku. Postawiła latarnię na podłodze, wytrząsnęła wełniany pled i okryła nim dziewczynę.
-?Nie traktują cię zbyt dobrze, prawda? -?zagadnęła, delikatnie
odgarniając włosy z twarzy Modiny. Kosmyki wydawały się sztywne i kruche
jak źdźbła słomy, które się w nie zaplątały. -?Ile masz lat?
Imperatorka nie odpowiedziała ani się nie poruszyła, gdy Amilia jej
dotknęła. Leżała na boku, obejmowała przyciągnięte do piersi kolana i przyciskała policzek do słomy. Jedynie co pewien czas mrugała, a jej
pierś unosiła się i opadała przy każdym oddechu.
-?Coś się stało, prawda?
Amilia przesunęła lekko palcami po nagim ramieniu Modiny. Mogłaby
kciukiem i palcem wskazującym objąć nadgarstek dziewczyny i jeszcze
zostałoby wolne miejsce.
-?Posłuchaj, nie wiem, jak długo będę tu przebywać. Spodziewam się, że
krótko. Nie jestem szlachcianką, tylko zwykłą pomywaczką. Regent mówi,
że mam cię kształcić i szkolić, lecz popełnił błąd. Nie umiem robić ani
jednego, ani drugiego. -?Pogłaskała Modinę po głowie i przesunęła
delikatnie palcem po jej zapadniętym policzku, który wciąż był
zaczerwieniony po uderzeniu lady Constance. -?Ale obiecuję, że nie
zrobię ci nigdy krzywdy.
Amilia siedziała przez kilka minut i próbowała wymyślić, jak dotrzeć do
Modiny.
-?Mogę ci zdradzić tajemnicę? Tylko się nie śmiej... Boję się ciemności.
Wiem, że to głupie, ale nic na to nie poradzę. Zawsze tak było. Moi
bracia ciągle się ze mnie naśmiewają. Gdybyś mogła ze mną trochę
porozmawiać, może poczułabym się lepiej. Co ty na to?
Dziewczyna nie zareagowała. Amilia westchnęła.
-?Jutro przyniosę kilka świeczek ze swojego pokoju. Zrobiłam sobie
całkiem spory zapas. Dzięki nim będzie tu trochę przytulniej. Spróbuj
teraz odpocząć.
Amilia nie kłamała co do swojego strachu przed ciemnością. Tamtej nocy
jednak ta fobia musiała ustąpić miejsca wielu nowym obawom, gdy
usiłowała zasnąć skulona obok imperatorki.
* * *
Żołnierze nie przyszli po Amilię tamtej nocy i obudziła się, gdy
przyniesiono śniadanie, a raczej pchnięto ku nim po podłodze drewniany
talerz, który zatrzymał się na środku celi, wirując. Były na nim kawałek
mięsa wielkości pięści, trójkątny kawałek sera i chleb z grubą skórką.
Jedzenie wyglądało wspaniale i przypominało posiłki, które Amilia
dostawała dzięki uprzejmości Ibisa. Przed przybyciem do pałacu bowiem
nie jadła nigdy wołowiny ani dziczyzny, natomiast teraz zdarzało się to
regularnie. Przyjaźń z kuchmistrzem miała też inne zalety. Ludzie nie
chcieli obrazić człowieka odpowiadającego za ich dietę, toteż Amilię na
ogół dobrze traktowano, choć wyjątkiem od tej reguły była Edith Mon.
Amilia ugryzła kilka kęsów i głośno wyraziła uznanie:
-?Ale pyszne! Chciałabyś kawałek?
Imperatorka nie odpowiedziała. Amilia westchnęła.
-?Chyba nie. Co byś chciała? Mogę ci przynieść wszystko.
Amilia wstała, podniosła talerz i czekała, ale nie otrzymała odpowiedzi.
Po kilku minutach zapukała w drzwi, które otworzył ten sam strażnik.
-?Przepraszam, ale muszę się rozejrzeć za odpowiednim posiłkiem dla Jej
Imperialnej Mości.
Strażnik spojrzał na talerz skonfundowany, ale odsunął się na bok i Amilia zaczęła pospiesznie wchodzić po stopniach.
W kuchni wciąż rozprawiano o wydarzeniach z poprzedniego dnia, ale gdy
weszła Amilia, wszyscy umilkli.
-?Odesłali cię, co? -?Edith wyszczerzyła zęby w uśmiechu. -?Nic się nie
martw, zostawiłam ci stos naczyń do mycia. I nie zapomniałam o twoich
włosach.
-?Ucisz się, Edith -?zganił ją Ibis z groźną miną, po czym zwrócił się
do Amilii: -?Wszystko dobrze? Odesłali cię?
-?Nic mi nie jest, dziękuję, Ibis. I chyba wciąż jestem asystentką
imperatorki, cokolwiek to znaczy.
-?To dobrze, dziewczyno -?ucieszył się Ibis i zwrócił się do Edith: -
Licz się teraz ze słowami. Wygląda na to, że sama pozmywasz tę stertę
naczyń.
Ochmistrzyni odwróciła się i wymaszerowała z kuchni, mrucząc coś pod
nosem.
-?A więc co cię tu sprowadza, moja droga?
-?Chodzi o jedzenie, które uszykowałeś dla imperatorki.
Ibis wyglądał na urażonego.
-?Coś z nim nie w porządku?
-?Nie, jest cudowne. Sama się poczęstowałam.
-?To nie rozumiem...
-?Jej Imperialna Mość jest chora. Nie może tego jeść. Gdy ja się źle
czułam, mama gotowała mi zupę, rzadki rosół, który był łatwy do
przełykania. Zastanawiałam się, czy mógłbyś przyszykować coś takiego.
-?Pewnie -?odparł Ibis. -?Zupa to nic trudnego. Ktoś powinien mi
powiedzieć, że imperatorka kiepsko się czuje. Wiem dokładnie, co
ugotować. Nazywam ją zupą na chorobę morską. Nowicjusze tylko jej nie
zwracali przez kilka pierwszych dni. Leif, przynieś kocioł.
Przez resztę poranka Amilia kursowała między kuchnią a klitką Modiny.
Wzięła z sali sypialnej cały swój dobytek: suknię na zmianę, kilka sztuk
bielizny, koszulę nocną, szczotkę i cenny zapas prawie tuzina świeczek.
Poza tym przyniosła poduszki, prześcieradła i koce. Podwędziła nawet
dzban, trochę łagodnego mydła i miednicę z wolnego pokoju gościnnego. Za
każdym razem strażnik uśmiechał się do niej nieznacznie i kręcił ze
zdumieniem głową.
Po usunięciu starej słomy i przyniesieniu świeżych wiązek ze stajni
poszła sprawdzić, czy Ibis ugotował już zupę.
-?Następnym razem, gdy będę miał więcej czasu, zrobię lepszą, ale na
razie ta powinna ją trochę pokrzepić -?wyjaśnił.
Amilia wróciła do celi, postawiła parujący garnek na podłodze i pomogła
imperatorce usiąść. Spróbowała, czy zupa nie jest za gorąca, po czym
przyłożyła łyżkę do ust Modiny. Większa część rosołu ściekła kobiecie po
brodzie i skapnęła na przód koszuli.
-?To moja wina. Następnym razem przyniosę jedną z serwetek, na które
dama zwracała taką uwagę.
Przy drugiej łyżce Amilia pochwyciła nadmiar rosołu złożoną dłonią.
-?Aha! -?zawołała. -?Trochę złapałam. Smaczny, prawda?
Przy kolejnej łyżce zobaczyła, że Modina przełyka.
Po opróżnieniu półmiska Amilia oceniła, że większa część zupy wylądowała
na podłodze lub wsiąkła w ubranie Modiny, ale była pewna, że
przynajmniej trochę imperatorka zdołała przełknąć.
-?To powinno cię nieco wzmocnić, nie sądzisz? -?powiedziała. -?Ale
widzę, że strasznie się przeze mnie poplamiłaś. Może się tym zajmiemy?
Umyła Modinę i przebrała we własną suknię na zmianę. Były podobnego
wzrostu, ale Modina topiła się w nowym stroju, więc Amilia zrobiła dla
niej pasek z kawałka szpagatu.
-?Chętnie przyniosłabym materace -?szczebiotała, szykując dwa
prowizoryczne posłania ze słomy i skradzionych koców, prześcieradeł oraz
poduszek -?ale były za ciężkie. Poza tym nie chciałam za bardzo zwracać
na siebie uwagi. Już i tak ludzie dziwnie na mnie patrzyli. Myślę, że na
takich posłaniach będzie wygodnie, nie sądzisz?
Spojrzenie Modiny wciąż było puste. Amilia posadziła ją więc na świeżym
posłaniu w ciepłym blasku świeczek i zaczęła czesać jej delikatnie
włosy.
-?Jak się zostaje imperatorką? -?spytała. -?Mówią, że uśmierciłaś
bestię, która zabiła kilkuset rycerzy. Wiesz, nie obraź się, ale wcale
nie wyglądasz na pogromczynię potworów. -?Przerwała i przechyliła głowę.
-?Nadal nie interesuje cię rozmowa? Nic nie szkodzi. Rozumiem, nie
chcesz zdradzać szczegółów swojej przeszłości. W końcu dopiero co się
poznałyśmy. A co ja mogę ci opowiedzieć o sobie? Cóż, pochodzę z doliny
Tarin. Wiesz, gdzie to jest? Prawdopodobnie nie. To maleńka wioska
między Aquestą a Colnorą. Mieścina, przez którą ludzie czasami
przejeżdżają w drodze do bardziej ekscytujących miejsc. Niewiele się
dzieje w Tarinie. Mój ojciec wyrabia powozy. Mimo że jest w tym bardzo
dobry, niewiele zarabia.
Przerwała i przyjrzała się twarzy dziewczyny, usiłując dociec, czy
Modina usłyszała cokolwiek z jej opowieści.
-?Czym się zajmuje twój ojciec? Słyszałam, że jest gospodarzem. To
prawda?
Nie było odpowiedzi.
-?Mój tato zarabia niewiele -?ciągnęła Amilia. -?Według mamy to dlatego,
że za bardzo zwraca uwagę na szczegóły. Ale on jest dumny ze swojej
pracy, więc nie szczędzi na nią czasu. Potrafi robić jeden powóz przez
cały rok. I na tym polega problem, bo dostaje zapłatę dopiero po
wykonaniu zlecenia. A ponieważ musi kupić materiały i tak dalej, czasami
brakuje nam pieniędzy. Moja mama jest prządką, a brat rąbie drewno, to
jednak nigdy nie wystarcza. Dlatego tu jestem. Nie umiem zbyt dobrze
prząść, lecz potrafię czytać i pisać.
Skończyła rozplątywać kołtuny z jednej strony i zajęła się drugą.
-?Widzę, że zrobiło to na tobie wrażenie -?ciągnęła. -?Mnie jednak
niewiele dało. Jedynie chyba otworzyło, że tak powiem, większe
możliwości. Słucham? Ciekawi cię, gdzie się nauczyłam czytać i pisać?
Miło, że pytasz. Nauczył mnie Devon. To mnich, który przybył do doliny
Tarin przed kilkoma laty. -?Zniżyła konspiracyjnie głos. -?Bardzo go
polubiłam. Był miły i mądry, bardzo mądry. Znał wiele książek i opowiedział mi o dalekich miejscach i dawnych wydarzeniach. Devon
uważał, że albo mój tato, albo przełożony zakonu spróbują nas
rozdzielić, więc nauczał mnie, żebyśmy mogli do siebie pisać. No i miał
oczywiście rację. Gdy mój tato się o nas dowiedział, powiedział: "Z mnichem nie ma przyszłości". I Devona odwołano, a ja płakałam przez
wiele dni.
Amilia przerwała, żeby rozplątać wyjątkowo nieprzyjemny supeł. Starała
się zrobić to jak najdelikatniej, ale była pewna, że dziewczyna czuje
ból, choć tego nie okazywała.
-?Co za kołtun -?stwierdziła. -?Przez chwilę myślałam, że zagnieździł
się tu wróbel. W każdym razie gdy tato się dowiedział, że umiem czytać i pisać, rozpierała go duma. Chwalił się mną przed wszystkimi klientami.
Jeden z nich, szlachcic Jenkins Talbert, był pod wrażeniem i zaoferował
się, że poleci mnie tu, w Aqueście. Wszyscy byli bardzo podnieceni, gdy
mnie przyjęto. Ale kiedy się dowiedziałam, że praca polega na zmywaniu
naczyń, nie powiedziałam o tym rodzinie, nie miałam serca tego mówić,
więc od tamtej pory nie byłam w domu. W obecnej sytuacji oczywiście już
mi nie pozwolą tam pojechać. -?Westchnęła, lecz po chwili uśmiechnęła
się pogodnie. -?Ale nic nie szkodzi, bo teraz jestem tu z tobą.
Rozległo się ciche pukanie i do celi wszedł strażnik. Przez dłuższą
chwilę lustrował zmiany, po czym kiwnął z aprobatą głową, a następnie
spojrzał na Amilię ze smutkiem w oczach.
-?Przykro mi, panienko, ale przysłał mnie po ciebie regent Saldur.
Amilia najpierw zamarła, potem odłożyła powoli szczotkę i drżącą ręką
osłoniła ramiona dziewczyny kocem. Wstała, pocałowała Modinę w policzek
i wyszeptała rwącym się głosem:
-?Żegnaj.
Rozdział 2. Posłaniec
Rozdział 2
Posłaniec
Zawsze się bał, że umrze w ten sposób: sam, na pustej drodze, z dala od
domu.
Po obu stronach miał las na wyciągnięcie ręki, a jego wytrenowane oczy
rozpoznały, że zapora na ścieżce to nie niewinne szczątki spróchniałego
drzewa, które się przewróciło. Ściągnął wodze, zmuszając wierzchowca do
opuszczenia łba. Koń prychnął sfrustrowany, szarpiąc wędzidło -?tak jak
on wyczuwał niebezpieczeństwo.
Spojrzał najpierw za siebie, a następnie na boki, omiatając wzrokiem
drzewa przystrojone letnim listowiem w kolorze głębokiej zieleni. Ciszę
wczesnego poranka wzmagał całkowity bezruch. Do tej spokojnej okolicy
nie pasował tylko stos na ścieżce. Rumowisko zwalonych drzew nie mogło
powstać w naturalny sposób. Nawet z daleka widać było jasną miazgę
świeżo ściętych pni. Był pewny, że to barykada.
Złodzieje? Bez wątpienia w lesie kryła się banda rozbójników, którzy
obserwowali ścieżkę i czekali, aż się zbliży. Usiłował skupić myśli,
podczas gdy koń pod nim sapał. To był najkrótszy szlak na północ do
rzeki Galewyr, a on już nie miał czasu. Breckton szykował się do najazdu
na królestwo Melengaru, dlatego musiał dostarczyć przesyłkę, zanim
rycerz ruszy do ataku. Dowódca i regenci osobiście poinformowali go o wadze tej misji. Liczyli na niego. Ona na niego liczyła. Jak tysiące
innych stał w dniu koronacji na placu, na którym panował lodowaty chłód,
by ujrzeć imperatorkę Modinę. Ale ku ogromnemu niezadowoleniu tłumu nie
wyszła do ludzi. Po wielu godzinach wydano oświadczenie, że Modina jest
zajęta sprawami nowego imperium. Nowa władczyni, która awansowała
niedawno z warstwy chłopskiej do roli imperatorki, nie miała czasu na
błahostki.
Zdjął płaszcz, na którym widniała złota korona, i przywiązał go za
siodłem. Może go przepuszczą. Na pewno wiedzieli, że w pobliżu znajduje
się imperialne wojsko, a sir Breckton nie będzie tolerował napaści na
imperialnego posłańca. Być może rozbójnicy nie bali się tego głupca
hrabiego Ballentyne'a, ale nawet desperaci zastanowiliby się dwa razy
przed zrobieniem afrontu jego rycerzowi. Inni dowódcy mogliby machnąć
ręką na zakrwawionego lub zamordowanego posłańca, lecz sir Breckton
potraktowałby to jako osobistą zniewagę, a takowa równoznaczna była z samobójstwem sprawcy. Jeździec zamierzał wypełnić swoje zadanie.
Odgarnął włosy z twarzy, chwycił mocniej wodze i ruszył ostrożnie
naprzód. Zbliżywszy się do przeszkody, dostrzegł ruch. Zadrżały liście,
trzasnęła gałązka. Odwrócił wierzchowca w przeciwną stronę,
przygotowując się do ucieczki. Był dobrym jeźdźcem -?szybkim i zwinnym -
a jego rasowy trzyletni koń po spięciu ostrogami popędzi tak szybko, że
nikt ich nie dogoni. Pochylił się w siodle, szykując się do zrywu, ale
powstrzymał go widok imperialnych mundurów.
Spomiędzy drzew wyszło na drogę dwóch żołnierzy, którzy spojrzeli nań
niechętnie, z charakterystycznym dla piechurów tępym wyrazem twarzy.
Mieli na sobie czerwone płaszczyki z herbem sir Brecktona. Gdy się
zbliżyli, większy żuł źdźbło żyta, a mniejszy oblizał palce i wytarł je
o mundur.
-?Napędziliście mi stracha -?odezwał się jeździec tonem, w którym
pobrzmiewała ulga połączona z irytacją. -?Myślałem, że jesteście
rozbójnikami.
Mniejszy się uśmiechnął. Nie dbał o swój mundur. Jego odpięte
naramienniki odchyliły się na boki, przez co wyglądały jak skrzydełka na
ramionach.
-?Słyszałeś, Will? Myślał, że my to złodzieje. Niezły pomysł, co nie?
Powinniśmy se sprawić sakiewki i pobierać myto, że tak powiem.
Przynajmniej byśmy zarobili trochę grosza za to wystawanie tu przez cały
dzień. Ale Breckton, oczywista, obdarłby nas żywcem ze skóry, jakby się
dowiedział.
Wyższy żołnierz, najprawdopodobniej niedorozwinięty niemowa, skinął
głową. Przynajmniej dbał o swój uniform, który lepiej na nim leżał i był
starannie zapięty. Oba mundury były pogniecione i poplamione, ponieważ
ich właściciele sypiali pod gołym niebem, ale tak wyglądało życie
piechura -?był to jeden z wielu powodów, dla których jeździec wolał być
kurierem.
-?Uprzątnijcie ten bałagan -?polecił żołnierzom. -?Mam pilny meldunek.
Muszę niezwłocznie dotrzeć do dowództwa imperialnej armii.
-?My też mamy rozkazy. Kapujesz? -?odrzekł mniejszy żołnierz. -?Mamy
nikogo nie przepuszczać.
-?Jestem imperialnym kurierem, ty głupcze!
-?Aha -?odparł niezbyt rozgarnięty wartownik. Zerknął na wspólnika, na
którego twarzy wciąż gościł tępy wyraz. -?Cóż, to inna para kaloszy, co
nie? -?Poklepał konia po karku. -?To by wyjaśniało, czemu ta klacz jest
taka spieniona. Wygląda, jakby chciała się napić. Mamy kubeł, a niedaleko jest strumyk...
-?Nie mam na to czasu. Usuńcie zaporę z drogi, i to migiem.
-?Jasne, no jasne. Nie musisz się tak pieklić. Po prostu podaj nam
hasło, a Will i ja z miejsca ją usuniemy -?powiedział, dłubiąc w zębach.
-?Hasło?
Żołnierz skinął głową, wyjął palec z ust i powąchał z obrzydzeniem
resztkę jedzenia, po czym ją strząsnął.
-?No wiesz, magiczne słowo. Nie możemy przepuścić żadnego szpiega.
Przecież jest wojna.
-?Nigdy o czymś takim nie słyszałem. Nie podano mi hasła.
-?Nie? -?Mniejszy żołnierz uniósł brew, chwytając konia za uzdę.
-?Rozmawiałem z regentami i...
Dryblas ściągnął go z siodła. Posłaniec uderzył mocno plecami i głową o ziemię. Poczuł ostry ból i zamknął na chwilę oczy, a gdy je otworzył,
zobaczył, że żołnierz siedzi na nim okrakiem i trzyma ostrze przy jego
gardle.
-?Dla kogo pracujesz? -?warknął duży wartownik.
-?Co ty wyprawiasz, Will? -?spytał go wspólnik, wciąż przytrzymując
konia.
-?Próbuję zmusić tego szpiega do mówienia, ot co.
-?Ja... nie jestem szpiegiem, tylko imperialnym kurierem. Puśćcie mnie!
-?Will, nie mamy rozkazu, żeby ich przesłuchiwać. Jak nie znają hasła,
to podcinamy im gardła i wrzucamy do rzeki. Sir Breckton nie ma czasu
zajmować się każdym głupkiem, na którego natrafiamy na tej drodze. Poza
tym, jak myślisz, dla kogo pracuje? Walczymy tylko z Melengarem, więc
pracuje dla Melengaru. Poderżnij mu gardło, a ja pomogę ci zawlec go do
rzeki, gdy tylko spętam tego konia.
-?Ale ja jestem kurierem! -?krzyknął jeździec.
-?No pewnie.
-?Mogę to udowodnić. Mam w sakwie meldunki dla sir Brecktona.
Żołnierze wymienili wątpiące spojrzenia. Mniejszy wzruszył ramionami.
Włożył rękę do torby przy siodle i zaczął ją przeszukiwać. Wyjął
skórzaną teczkę, w której był zalakowany pergamin. Złamał pieczęć i przeczytał treść dokumentu.
-?Coś podobnego! Chyba mówi prawdę, Will. To wygląda na prawdziwy
meldunek dla jego lordowskiej mości.
-?Tak? -?upewniał się zaniepokojony wspólnik.
-?Na to wygląda. Lepiej go podnieś.
Z przygnębieniem na twarzy Will schował broń i podał rękę kurierowi,
żeby pomóc mu wstać.
-?Przykro mi. Tylko wypełnialiśmy rozkazy, rozumiesz?
-?Gdy sir Breckton zobaczy złamaną pieczęć, zażąda waszych głów! -
powiedział posłaniec, przechodząc obok dużego wartownika i wyrywając
dokument drugiemu z ręki.
-?Naszych? -?Mniejszy wybuchnął śmiechem. -?Jak to Will powiedział,
tylko wypełnialiśmy rozkazy. To ty nie zapytałeś o hasło, zanim tu
przyjechałeś. Sir Breckton ściśle przestrzega zasad. Nie lubi, gdy jego
rozkazy nie są wypełniane. To jasne, że za swój błąd stracisz pewnie
rękę lub może ucho. Na twoim miejscu sprawdziłbym, czy nie można
podgrzać wosku i skleić pieczęci.
-?Byłoby widać, że była naprawiana.
-?Mógłbyś powiedzieć, że było gorąco, słońce świeciło przez cały dzień
na torbę i wosk się roztopił. Wedle mnie to lepsze niż stracić rękę czy
ucho. Poza tym taki zajęty szlachcic jak sir Breckton nie będzie
dokładnie oglądał pieczęci przed otwarciem pilnego meldunku, ale
zauważy, jeżeli będzie złamana. To na pewno.
Kurier spojrzał na pergamin powiewający na wietrze i poczuł ucisk w dołku. Nie miał wyboru, ale nie zrobi tego w obecności tych idiotów.
Wsiadł na wierzchowca.
-?Usuńcie przeszkodę! -?warknął.
Żołnierze odciągnęli gałęzie na bok. Posłaniec spiął konia ostrogami i pognał drogą naprzód.
* * *
Royce obserwował, jak kurier znika pośród drzew. Po chwili zdjął
imperialny mundur, odwrócił się do Hadriana i powiedział:
-?To nie było wcale takie trudne.
-?Will? -?spytał wspólnik, gdy wślizgnęli się do lasu.
Royce skinął głową.
-?Pamiętasz, jak wczoraj biadoliłeś, że wolałbyś być aktorem? Dałem ci
rolę Willa, imperialnego wartownika na posterunku kontrolnym. Uważam, że
sobie z nią poradziłeś.
-?Wiesz, nie wszystkie moje pomysły musisz wyszydzać. -?Hadrian
zmarszczył czoło, zdejmując płaszczyk przez głowę. -?Zresztą wciąż
sądzę, że powinniśmy to rozważyć. Moglibyśmy jeździć od miasta do miasta
i grać w dramatach, a nawet kilku komediach. -?Zlustrował swojego
mniejszego wspólnika od stóp do głów. -?Choć powinieneś pozostać przy
dramatach, może tragediach.
Royce spiorunował go wzrokiem.
-?Co takiego? Byłbym świetnym aktorem. Widzę się w brawurowych rolach
pierwszoplanowych. Na pewno moglibyśmy zagrać w Spisku przeciw Koronie.
Ja będę przystojnym szermierzem walczącym z czarnym charakterem, a ty...
Cóż, ty możesz być tym drugim.
Omijali gałęzie, zdejmując po drodze czepki i rękawice, które zawinęli w płaszczyki. Zeszli ze wzgórza do jednego z wielu małych dopływów
wielkiego Galewyru. Odszukali konie, które tam wcześniej przywiązali.
Zwierzęta skubały ze smakiem trawę nad rzeką i leniwie odganiały ogonami
muchy.
-?Czasami mnie martwisz, Hadrian. Serio.
-?Czemu nie aktorstwo? To bezpieczny zawód. Może być nawet zabawnie.
-?Nie byłoby ani bezpiecznie, ani zabawnie. Poza tym aktorzy muszą
podróżować, a mnie odpowiada obecny stan rzeczy. Jestem blisko Gwen -
dodał Royce.
-?To kolejny powód. Czemu nie znaleźć sobie innego zajęcia? Z ręką na
sercu, na twoim miejscu nie przyjąłbym już ani jednego zlecenia.
Royce wyjął z sakwy parę butów.
-?Robimy to, w czym jesteśmy dobrzy, a w trakcie wojny Alric jest skory
do płacenia najwyższych stawek za informacje.
Hadrian parsknął sarkastycznie.
-?Jasne, dla nas najwyższe honoraria, ale co z innymi kosztami? Breckton
może pracuje dla tego idioty Ballentyne'a, ale sam głupi nie jest. Na
pewno obejrzy pieczęć i nie da się nabrać, że wosk zmiękł w sakwie.
-?Wiem. -?Royce usiadł na kłodzie i zaczął zmieniać imperialne buty na
własne. -?Ale po jednym kłamstwie jego druga historyjka o wartownikach
łamiących pieczęć zabrzmi jeszcze bardziej cudacznie, więc nie uwierzą w ani jedno jego słowo.
Hadrian spojrzał chmurnie na wspólnika.
-?Masz świadomość, że prawdopodobnie stracą go za zdradę?
Royce skinął głową.
-?Pozbędą się jedynego świadka.
-?Właśnie o to mi chodzi.
Hadrian westchnął i pokręcił głową. Royce dostrzegł, że jego wspólnika
ogarnia melancholia. Ostatnio zdarzało się to aż nader często. Nie umiał
wyjaśnić przyczyny humorów przyjaciela. Dziwne napady depresji zwykle
następowały po pomyślnie zrealizowanych zleceniach i często kończyły się
suto zakrapianą kolacją. Zastanawiał się, czy Hadrianowi zależało
jeszcze na pieniądzach. Brał bowiem tylko tyle, by wystarczyło na
alkohol i jedzenie, a resztę odkładał. Royce rozumiałby reakcję
przyjaciela, gdyby zarabiali na życie jako kieszonkowcy lub rabując
domy, ale teraz pracowali dla króla. A na jego gust zlecenia były prawie
niewinne. Hadrian nie miał właściwie pojęcia, co oznacza brudna robota.
W przeciwieństwie do Royce'a nie dorastał na zabłoconych ulicach
Ratiboru. Royce postanowił więc przekonać go argumentami:
-?Wolałbyś, żeby się o nas dowiedzieli i wysłali za nami oddział?
-?Nie, po prostu nie lubię być przyczyną śmierci niewinnego człowieka.
-?Nie ma niewinnych ludzi, przyjacielu. I nie jesteś przyczyną... a raczej... -?Royce usiłował znaleźć odpowiednie słowa -?...smarem pod
płozami.
-?Dzięki. To mi znacznie poprawiło nastrój.
Royce złożył mundur i upakował go razem z butami w sakwie. Hadrian wciąż
usiłował zdjąć czarne buty, które były na niego za małe. Mocnym
szarpnięciem udało mu się wydostać nogę z drugiego i rzucił go
sfrustrowany na ziemię. Po chwili zebrał oba i wcisnął je wraz z mundurem do torby. Upchał wszystko na samym dnie, a następnie opuścił
klapę sakwy, pociągnął ją z całej siły w dół i zapiął. Spojrzał gniewnie
na pakunek i znów westchnął.
-?Gdybyś lepiej wszystko poukładał, sakwa byłaby mniejsza -?powiedział
Royce.
Hadrian spojrzał na niego zaskoczony.
-?Co? Nie, nie chodzi o nią.
-?A o co? -?Royce włożył czarny płaszcz i poprawił kołnierz. Hadrian
pogłaskał konia po karku.
-?Sam nie wiem -?odparł posępnie. -?Po prostu... myślałem, że do tej pory
osiągnę coś więcej... to znaczy w życiu.
-?Oszalałeś? Większość ludzi zaharowuje się na śmierć na skrawku ziemi,
która nawet do nich nie należy, a ty możesz robić, co chcesz, i chodzić,
gdzie ci się żywnie podoba.
-?Wiem, ale w młodości myślałem, że jestem... wyjątkowy. Wyobrażałem
sobie, że dokonam czegoś wielkiego, znajdę dziewczynę i uratuję
królestwo, ale chyba każdy chłopiec ma takie marzenia.
-?Ja nie miałem.
Hadrian spojrzał na niego chmurnie.
-?Obmyśliłem sobie, kim zostanę, i w tym planie nie było miejsca na
bezwartościowego szpiega.
-?Nie jesteśmy bezwartościowi -?poprawił go Royce. -?Dobrze zarabiamy,
zwłaszcza ostatnio.
-?Nie o to chodzi. Jak byłem najemnikiem, też mi się dobrze wiodło. A teraz jestem jak... jak pijawka.
-?Czemu nagle zacząłeś tak myśleć? Po raz pierwszy od lat sporo
zarabiamy i dostajemy szacowne zlecenia jedno po drugim. Zatrudnia nas
król, na litość Maribora. Możemy spać dwie noce z rzędu w tym samym
łóżku i nie obawiać się, że nas aresztują. Nie dalej jak w zeszłym
tygodniu mijałem kapitana gwardii miasta i skinął mi głową.
-?Nie chodzi o to, ile pracujemy, tylko co robimy. O to, że zawsze
kłamiemy. Jeśli ten kurier zginie, to będzie nasza wina. Poza tym to się
nie stało nagle. Już od lat mi to przeszkadza. Myślisz, że dlaczego
zawsze proponuję, żebyśmy zajęli się czymś innym? Wiesz, dlaczego
naruszyłem zasady i przyjąłem zlecenie na kradzież miecza Pickeringa?
-?Z powodu niezwykle wysokiej zapłaty -?odrzekł Royce.
-?Nie, to był twój powód. Ja się zgodziłem, bo wydawało mi się to
słuszne. I nie miało znaczenia, że prawie nas przez to stracono. Choć
raz miałem okazję pomóc komuś, kto naprawdę na to zasługiwał, a przynajmniej tak wtedy myślałem.
-?I aktorstwo jest rozwiązaniem?
Hadrian odwiązał konia.
-?Nie, ale jako aktor mógłbym przynajmniej udawać, że jestem prawy.
Pewnie powinienem się cieszyć, że żyję, tak?
Nie odpowiedział. Znów opanowało go to nieprzyjemne doznanie:
utrzymywanie tajemnic przed Hadrianem ciążyło mu na sumieniu, co było
dla niego zdumiewające, bo wcześniej nie sądził, że w ogóle sumienie
posiada. Royce uznawał coś za dobre lub złe w zależności od potrzeby
chwili. Dobrem było to, co dla niego najlepsze, a złem -?wszystko inne.
Kradł, kłamał, a w razie konieczności nawet zabijał. Taki miał fach i był w nim świetny. Nie miał powodu przepraszać; nie musiał się
zastanawiać. Świat toczył z nim wojnę i nie istniały żadne świętości.
Ale zdradzenie Hadrianowi, czego się dowiedział, było zbyt ryzykowne.
Wolał świat, w którym wszystkie zmienne mają swoje wytłumaczenie. Z dnia
na dzień linie na mapach się przesuwały i władza przechodziła z jednych
rąk w drugie. Czas płynął szybko, a wydarzenia były zbyt niespodziewane.
Czuł się, jakby przechodził późną wiosną przez zamarznięte jezioro.
Usiłował wybrać bezpieczny szlak, ale tafla pękała mu pod stopami. Mimo
to niektóre zmiany mógł wciąż kontrolować. Wsiadając na Myszkę,
przypomniał sobie, że niektórych rzeczy nie mówił Hadrianowi dla dobra
przyjaciela.
-?Dość ciężko ostatnio pracowaliśmy -?stwierdził. -?Może powinniśmy
zrobić sobie przerwę?
-?Nie widzę takiej możliwości -?odparł Hadrian. -?Imperialna armia
szykuje się do najazdu na Melengar, więc Alric będzie nas teraz
potrzebował bardziej niż kiedykolwiek.
-?Tak ci się wydaje, prawda? Ale nie czytałeś meldunku.
Rozdział 3. Cud
Rozdział 3
Cud
Księżniczka Arista Essendon siedziała zgarbiona, podskakując wraz z powozem na każdej dziurze i koleinie napotkanej na drodze. Kark
zesztywniał jej od spania z głową opartą na podłokietniku, a w skroniach
czuła pulsowanie krwi od nieustannych wstrząsów. Podnosząc się z ziewnięciem, przetarła oczy i twarz. Gdy spróbowała rozprostować włosy,
palce uwięzły jej w masie kasztanowych supłów.
Powóz ambasadorski był tak wysłużony jak jego pasażerka zmęczona po
pokonaniu niezliczonych mil w ostatnim roku. Dach przeciekał, resory się
zużyły, a obicie ławki było miejscami poprzecierane. Stangretowi kazano
pędzić, by zdążył wrócić do południa do Medfordu. Miał dobry czas, ale
kosztem najeżdżania na każdy wybój i kamień na drodze. Gdy Arista
odsunęła zasłonkę, ujrzała promienie porannego słońca, które
przedostawały się przez gęste listowie rosnących wzdłuż drogi drzew.
Była blisko domu.
W migoczącym świetle widać było wnętrze karety. Wszystko pokrywała
warstewka kurzu wdzierającego się przez okna. Na stosie rozsypanych
pergaminów na przeciwległej ławce leżały zużyta gaza i kilka ogryzków po
jabłkach. Brudne odciski stóp znaczyły podłogę w pobliżu miejsca
zajmowanego przez koc, gorset i dwie suknie oraz trzy trzewiki. Nie
wiedziała, gdzie jest czwarty. Miała tylko nadzieję, że znajduje się w powozie, a nie został w Lanksteerze. Przez ostatnie pół roku czuła się
tak, jakby zostawiała cząstki siebie w całym Avrynie.
Hilfred wiedziałby, gdzie jest jej trzewik.
Podniosła szczotkę z perłową rączką i obróciła ją w rękach. Hilfred
musiał jej szukać w gruzach przez wiele dni. Ta pochodziła z Tur Del
Furu. Ojciec przywoził je jej z każdego miasta, jakie odwiedził. Był
powściągliwym mężczyzną i niełatwo mu przychodziło wypowiedzenie słów
"kocham cię" nawet do własnej córki. To te prezenty pełniły funkcję
niewypowiedzianych wyznań. Kiedyś miała ich kilkadziesiąt -?teraz
została jej tylko ta jedna. Pozostałe przepadły w wyniku zawalenia się
wieży, w której mieszkała, i poczuła się wtedy tak, jakby ponownie
straciła ojca. Trzy tygodnie później znalazła się ta jedna. Musiał ją
odszukać Hilfred, ale słowem się do tego nie przyznał.
Hilfred był jej strażnikiem przybocznym przez wiele lat, a teraz, gdy go
nie było, uświadomiła sobie, jak bardzo uznawała jego obecność za
oczywistą. Zastąpił go nowy, osobiście wybrany przez Alrica spośród
strażników zamkowych. Jego imię zaczynało się na T -?Tom, Tim, Travis,
jakoś tak. Stawał przy niej z niewłaściwej strony, za dużo mówił, śmiał
się z własnych dowcipów i zawsze coś podjadał. Prawdopodobnie był
dzielnym i wytrawnym żołnierzem, ale nie był Hilfredem.
Po raz ostatni widziała Hilfreda ponad rok temu w Dahlgrenie, gdy omal
nie zginął podczas ataku gilarabrywna. Wtedy to ponownie odniósł
oparzenia podczas próby jej ratowania. Pierwszy raz zdarzyło się to, gdy
miała zaledwie dwanaście lat, a w nocy w zamku wybuchł pożar. Zginęła w nim jej matka, a także kilka innych osób, ale piętnastoletni syn
funkcjonariusza porządkowego odważył się wskoczyć w ogień, żeby wynieść
ją z sypialni. Arista nalegała, żeby wrócił po jej matkę. Nie znalazł
jej i sam przy tym prawie zginął. Cierpiał z powodu ran przez kilka
miesięcy, a ojciec Aristy wynagrodził mu to poświęcenie, mianując go jej
strażnikiem przybocznym.
Ale jego obrażenia po tamtym pożarze były niczym w porównaniu z tym, co
wycierpiał w Dahlgrenie. Medycy opatrzyli go od stóp do głów. Leżał
nieprzytomny przez wiele dni i była zaskoczona, że nie chciał się z nią
zobaczyć po odzyskaniu przytomności, tylko wyjechał bez pożegnania,
ułożony na tyle wozu. Na jego prośbę nikt nie zdradził jej, dokąd się
udał. Mogła użyć siły. Mogła rozkazać medykom mówić. Ale tylko
miesiącami spoglądała przez ramię, licząc na to, że go zobaczy, i czekając, że usłyszy znajome stukanie miecza o jego udo. Często
zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, puszczając go. Westchnęła, dodając
kolejny żal do szeregu poprzednich, które się nawarstwiły w minionym
roku.
Gdy ogarnęła spojrzeniem otaczający ją bałagan, przepełniła ją jeszcze
większa melancholia. Oto rezultat niezabrania z sobą służącej. Nie
potrafiła jednak wyobrazić sobie przebywania w jednym powozie z kimkolwiek przez taki długi czas.
Pozbierała suknie i położyła je na siedzeniu naprzeciwko. Dostrzegłszy
zgnieciony w kulkę dokument, który wplątał się w bujną materię zasłonki
w przeciwległym oknie, poczuła ukłucie winy. Marszcząc brwi, sięgnęła po
pomięty pergamin i wygładziła go na kolanach.
Dokument zawierał listę przekreślonych królestw i prowincji, opatrzonych
z boku dopiskiem IMP. Nie dziwił fakt, że pierwsi w kolejce do
pocałowania pierścienia imperatorki ustawili się hrabia Chadwick i król
Ethelred. Pokręciła jednak głową z niedowierzaniem, gdy zobaczyła, jak
długi jest ten wykaz. Władza przeszła z rąk do rąk dosłownie z dnia na
dzień. Jednego dnia wszystko po staremu, następnego -?trach! Powstało
nowe imperium i dołączyły do niego królestwa Avrynu: Warric, Ghent,
Alburn, Maranon, Galeannon i Rhenydd. Wywarły one nacisk na małe
prowincje, które stawiały opór, takie jak Glouston, a następnie
najechały na nie i je wchłonęły. Przesunęła palcem po linii wskazującej
granice Dunmore'u. Jego Wysokość Król Roswort łaskawie zdecydował, że w interesie królestwa będzie przyjęcie oferty poszerzenia jego włości w zamian za przyłączenie się do nowego imperium. Arista nie zdziwiłaby
się, gdyby w ramach zapłaty Roswortowi obiecano Melengar. Ze wszystkich
królestw Avrynu tylko Melengar nie chciał należeć do imperium. To
wszystko stało się tak szybko.
Rok wcześniej nowe imperium było tylko pomysłem. Przez wiele miesięcy
Arista jako ambasadorka usiłowała zawrzeć sojusze. Bez wsparcia bowiem
Melengar nie mógł myśleć o przeciwstawieniu się znacznie większemu i stale rosnącemu w siłę kolosowi. Ile zostało nam jeszcze czasu, nim
imperium ruszy na północ? Nim...
Powóz nagle się zatrzymał. Arista poleciała do przodu, zasłonki się
zatrzęsły, a wysłużone resory zaskrzypiały. Księżniczka wyjrzała
zaskoczona przez okno. Wciąż byli na starym gościńcu Namiestnika. Ściana
drzew została zastąpiona przez otwarte pole pełne kwiatów. Arista
zorientowała się, że są na wyżynnej łące zaledwie kilka mil od Medfordu.
-?Co się dzieje?! -?zawołała.
Nie było odpowiedzi.
Gdzież, u licha, podziewa się Tim czy Ted? Czy jak on się tam nazywa...
Pociągnęła zasuwkę, podkasała suknię i pchnęła drzwiczki. Natychmiast
stanęła w ciepłych promieniach słońca, więc zmrużyła oczy. Nogi jej
zesztywniały i bolały ją plecy. W wieku zaledwie dwudziestu sześciu lat
czuła się już bardzo stara. Zatrzasnęła drzwiczki i osłaniając oczy
dłonią, spojrzała groźnie na sylwetki stangreta i stajennego. Zerknęli
na nią przelotnie, po czym znów popatrzyli wzdłuż drogi biegnącej w dół
zbocza.
-?Danielu! Dlaczego... -?Księżniczka urwała, zobaczywszy to samo, co oni.
Z wyżynnych łąk na północ od Medfordu roztaczał się rozległy widok na
kilkumilowy obszar na południu. Teren łagodnie opadał, ukazując stolicę
Melengaru -?Medford. Arista dostrzegła strzeliste wieżyce zamku
Essendonów i katedry Mares, a dalej rzekę Galewyr, wyznaczającą granicę
królestwa. Gdy żyli jej rodzice, urządzali tam letnie pikniki,
rozkoszując się chłodnymi powiewami wietrzyku i panoramą.
Tylko że tego dnia widok był zgoła odmienny. W przejrzystym świetle
poranka Arista zobaczyła na przeciwległym brzegu rzeki setki ustawionych
rzędami namiotów z powiewającymi na nich czerwono-białymi flagami
nyphrońskiego imperium.
-?Tam jest wojsko, Wasza Wysokość -?odezwał się w końcu Daniel. -
Niedaleko Medfordu stacjonuje armia.
-?Zawieź mnie do domu, Danielu. Jak będziesz musiał, to nie żałuj koniom
bata. Chcę dotrzeć na miejsce jak najszybciej!
* * *
Powóz jeszcze dobrze się nie zatrzymał, a Arista już otworzyła
gwałtownie drzwiczki, niemal uderzając Tommy'ego -?czy Terence'a, czy
jak mu tam -?w twarz, gdy nierozważnie sam próbował jej w tym pomóc.
Służący na dziedzińcu przerwali poranne prace, by się ukłonić z uszanowaniem. Do powozu podbiegła Melissa. W przeciwieństwie do Tuckera
-?czy Tillmana -?drobna rudowłosa dziewczyna służyła Ariście od lat i wiedziała, że można się spodziewać nawałnicy.
-?Jak długo stoi tam ta armia? -?warknęła do niej Arista, wbiegając po
kamiennych schodach.
-?Prawie od tygodnia -?odpowiedziała Melissa, goniąc za księżniczką i chwytając w biegu płaszcz podróżny, który Arista z siebie zrzuciła.
-?Od tygodnia? Czy doszło do walk?
-?Tak, kilka dni temu Jego Królewska Mość zaatakował wojsko na drugim
brzegu rzeki.
-?Alric ich zaatakował? Na drugim brzegu rzeki?
-?Nie poszło dobrze -?rzuciła Melissa zniżonym głosem.
-?Wyobrażam sobie! Czy on był pijany?
Ledwie strażnicy zamkowi zdążyli otworzyć duże dębowe drzwi, księżniczka
przemknęła przez nie jak burza.
-?Gdzie oni są?
-?W sali wojennej.
Arista przystanęła. Znajdowały się w północnym foyer. W szerokiej
galerii wspartej na kolumnach z polerowanego kamienia stały zbroje, a korytarze prowadziły do rozłożystych schodów.
-?Missy, idź po moją niebieską suknię wizytową i odpowiednie trzewiki i przygotuj mi kąpiel. I niech ktoś przyniesie mi coś do jedzenia.
Obojętne co.
-?Tak, Wasza Wysokość.
Melissa wykonała zdawkowy ukłon i wbiegła po schodach.
-?Wasza Wysokość! -?zawołał strażnik przyboczny Aristy, podbiegając do
księżniczki. -?Prawie mnie zgubiłaś.
-?Coś podobnego. Następnym razem muszę się bardziej postarać.
* * *
Arista patrzyła, jak jej brat król Alric wstaje od wielkiego stołu.
Normalnie wszyscy obecni też musieliby to uczynić, ale Alric odstąpił od
tej tradycji w komnacie wojennej, gdyż miał w zwyczaju często
przechadzać się w trakcie narad.
-?Nie pojmuję -?powiedział, odwracając się do wszystkich plecami, by
rozpocząć swój powolny, dobrze znany spacer między stołem a oknem.
Gdy chodził, gładził nerwowo krótką bródkę. Zapuścił ją tuż przed
wyjazdem Aristy i była jeszcze rzadka. Księżniczka domyślała się, że
brat chciał się upodobnić z wyglądu do ojca -?król Amrath bowiem nosił
ciemną, gęstą brodę -?ale jasnobrązowe pasemka Alrica tylko podkreślały
jego młody wiek. Pogarszał sprawę, zwracając na nie uwagę innych poprzez
ciągłe ich głaskanie. Arista przypomniała sobie, jak ojciec zwykł bębnić
palcami po stole w trakcie oficjalnych spotkań. Pod ciężarem korony
narastało poczucie odpowiedzialności i sposoby rozładowania napięcia
pojawiały się samoistnie.
Brat był o dwa lata od niej młodszy i wiedziała, że nie spodziewał się,
że tak szybko będzie musiał zasiąść na tronie. Przez wiele lat słyszała
o jego planach przemierzania dzikich ostępów wraz z przyjacielem
Mauvinem Pickeringiem. Obaj chcieli zobaczyć świat i przeżyć wielkie
przygody, których nieodłącznymi elementami byłyby miłość rozlicznych
kobiet, duża ilość wina i krótki sen. Mieli nawet nadzieję, że odnajdą i zbadają starożytne ruiny Percepliquisu. Przypuszczała, że gdy zmęczą go
wędrówki, z radością wróci do domu, poślubi o połowę młodszą dziewczynę
i spłodzi kilku silnych synów. Dopiero wtedy, z posiwiałymi skrońmi i poczuciem zaspokojenia wszystkich swoich życiowych ambicji, będzie
oczekiwał na przejęcie władzy. Ale wszystkie te plany zmieniły się tej
nocy, kiedy wuj Percy zaaranżował zabójstwo ich ojca, i Alric został
królem.
-?To może być podstęp, Wasza Królewska Mość -?zasugerował lord Valin. -
Plan zakładający element zaskoczenia.
Lord Valin, starszawy rycerz z krzaczastą białą brodą, słynął z odwagi,
ale nie z umiejętności strategicznych.
-?Lordzie Valin -?zwrócił się do niego z szacunkiem sir Ecton. -?Po
naszej porażce na brzegu Galewyru imperialna armia może bez trudu
najechać Medford, czy będziemy na to przygotowani, czy nie. Wie to
równie dobrze jak my. Mogą sobie wziąć Medford w każdej chwili, gdy
tylko się zdecydują zmoczyć nogi.
Alric podszedł do wysokiego okna balkonowego, przez które popołudniem
wpadało słońce do królewskiej sali bankietowej, zamienionej teraz z konieczności na salę wojenną, gdyż do prowadzenia obrony królestwa
potrzebna była duża przestrzeń. Miejsca na ścianach, gdzie kiedyś
wisiały zdobne gobeliny, zajmowały obecnie wielkie mapy poznaczone
czerwonymi liniami, ilustrującymi dramatyczny odwrót wojsk Melengaru.
-?Po prostu nie pojmuję -?powtórzył Alric. -?To bardzo dziwne.
Imperialna armia jest dziesięciokrotnie liczniejsza od naszej. Mają
mnóstwo ciężkiej kawalerii, wieże oblężnicze i łuczników -?wszystko,
czego potrzeba. Dlaczego zatem tkwią po drugiej stronie rzeki? Czemu się
zatrzymali?
-?Z wojskowego punktu widzenia to nie ma sensu, panie -?orzekł sir
Ecton, potężny mężczyzna o porywczym usposobieniu. Był naczelnym
generałem i dowódcą polowym Alrica, a także najznakomitszym wasalem
hrabiego Pickeringa, przez wielu uważanym za najlepszego rycerza w Melengarze. -?Zaryzykowałbym twierdzenie, że chodzi o politykę -
ciągnął. -?Z mojego doświadczenia wynika, że najgłupsze decyzje w walce
są wynikiem wyborów politycznych dokonywanych przez ludzi z niewielkim
lub wręcz żadnym doświadczeniem bojowym.
Lord Kendell, brzuchaty, kapryśny mężczyzna, który zawsze chodził w jaskrawozielonej tunice, rzucił Ectonowi piorunujące spojrzenie.
-?Miarkuj się ze słowami i zważ, przy kim je wypowiadasz!
Ecton wstał.
-?Hamowałem się. I co to dało?
-?Sir Ectonie! -?krzyknął Alric. -?Dobrze wiem, jakie jest twe zdanie na
temat mojej decyzji o zaatakowaniu imperialnego obozu.
-?Próba przeprowadzenia ataku na drugim brzegu rzeki bez możliwości
wykonania manewru oskrzydlającego była szaleństwem -?odparł Ecton.
-?Ale taką podjąłem decyzję. -?Alric zacisnął dłonie w pięści. -
Uważałem to... za konieczność.
-?Konieczność? Konieczność! -?Ecton powtórzył to słowo, jakby wypluwał
jakieś plugastwo z ust. Wydawało się, że chce mówić dalej, ale wtedy
wstał hrabia Pickering i rycerz usiadł.
Nie po raz pierwszy Arista była świadkiem takiej sytuacji. Zbyt często
Ecton przed wykonaniem rozkazu Alrica patrzył na reakcję hrabiego
Pickeringa. I nie tylko on. Było jasne, że pomimo godności królewskiej
Alric nie zaskarbił sobie szacunku swoich szlachciców, wojska czy ludu.
-?Może Ecton ma rację -?odezwał się młody markiz Wymar. -?Może
rzeczywiście chodzi tu o politykę. -?Po czym dodał pośpiesznie: -
Wszyscy wiemy, jakim pompatycznym głupcem jest hrabia Chadwick. Czy nie
jest możliwe, że Ballentyne rozkazał Brecktonowi wstrzymać ostateczny
atak do czasu, aż sam przyjedzie? Twierdzenie, że osobiście poprowadził
natarcie, w którego wyniku Melengar uległ i zgodził się przyłączyć do
nowego imperium, z pewnością umocniłoby jego pozycję na imperialnym
dworze.
-?To by wyjaśniało opóźnienie natarcia -?odparł Pickering po ojcowsku.
Arista wiedziała, że ten ton wzbudza u Alrica wściekłość.
-?Ale nasi wywiadowcy donoszą, że wiele oddziałów się wycofuje i ze
wszystkich meldunków wynika, że kierują się na południe.
-?Może chcą nas zmylić? -?spytał Alric.
Pickering pokręcił głową.
-?Jak już zauważył sir Ecton, nie byłoby takiej potrzeby.
Kilku doradców skinęło w zamyśleniu głowami.
-?Takie odwołanie wojsk przez imperatorkę świadczy, że coś się dzieje -
orzekł Pickering.
-?Ale co? -?Pytanie Alrica nie było skierowane do konkretnej osoby. -
Szkoda, że jej nie poznałem. Nie sposób odgadnąć zamiarów kogoś obcego.
-?Odwrócił się do siostry. -?Aristo, poznałaś Modinę, spędziłaś z nią
trochę czasu w Dahlgrenie. Jaka jest? Domyślasz się, co mogłoby ją
skłonić do wycofania wojsk?
Arista przypomniała sobie, jak wraz z młodą dziewczyną była uwięziona na
szczycie wieży. Arista truchlała, natomiast Thrace przetrząsnęła stos
śmieci i ludzkich kończyn w poszukiwaniu broni nadającej się do walki z niepokonaną bestią. Czy dziewczyna była odważna, czy zbyt naiwna, by
pojąć daremność swoich działań?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki