Co się udało, a co nie
28 lutego 2003 r.
W grudniu ubiegłego roku, na imieninach Aleksandra Halla, na których bywa cały liczący się Gdańsk, zawołałem: trzeba stworzyć "salon", na którym będzie się przedstawiało i omawiało najbardziej żywotne problemy, ważne dla Polski i dla miasta, i który będzie szkołą dla młodego pokolenia. Spodobała się ta propozycja uczestnikom i powstał projekt "salonu politycznego", na którego czele mają stać Bogdan Borusewicz, Aleksander Hall i ja. Odtąd, mniej więcej raz w miesiącu, taki "salon" ma miejsce. Na dzisiaj ustalono temat "Co nam się udało, a co nie" i ustalono, że wprowadzać do dyskusji będą Bogdan Borusewicz i ja. Nie jestem pewien, czy słusznie mnie wybrano: boję się, że okno, z którego patrzę, jest zbyt wąskie.
Jednakże przygotowałem tekst wprowadzenia i przedstawiam go.
1. Utkwiła mi w głowie rozmowa z młodymi ludźmi w Sankt Petersburgu. Było to przed wyborami do miejskiej Dumy. Któryś z tych młodych powiedział: "Ja znam tych kandydatów. Żaden z nich nie myśli o tym, by ludziom i miastu służyć, ale każdy chce coś dla siebie urwać". A drugi dodał: "Nie ma takich i nie może być; jeśli ktoś kandyduje na takie stanowisko, to tylko po to, aby się dorobić".
Pomyślałem wtedy o sytuacji naszej, polskiej. Udało nam się zebrać ludzi uczciwych, ludzi służby, dla których sprawa narodu, państwa jest sprawą wielką, dla której warto ponosić ofiary. Nie była to wielka grupa, ale jednak pokaźna. Nie udało nam się natomiast stworzyć wielkiej szkoły obywatelskiego i patriotycznego myślenia. Była szansa, ale zbyt szybko cele i interesy poszczególnych grup zepchnęły na dalszy plan cele ogólne ("dobro wspólne"). Nie zawsze były to cele egoistyczne, czasem partykularne, wynikające z wąskiego widzenia świata, który zaczęliśmy budować.
Ale także nie potrafiliśmy stworzyć "małej" szkoły obywatelskiego myślenia. Żadna partia mająca korzenie solidarnościowe nie pomyślała o programie kształcenia swojej młodzieży i nie wypracowała sposobu przekazywania im "etosu służby". Gromadzono młodych i puszczano ich samopas, naiwnie wierząc, że mają zakodowane normy postępowania w życiu publicznym. Po tylu latach wykrzywiania ludzkiej natury i gwałcenia wszelkich norm... Tymczasem człowiek, który przyjmuje na siebie obowiązki publiczne i obejmuje jakiś urząd, musi wiedzieć, że decyduje się na służbę. Taki człowiek powinien zadać sobie pytanie, czy chce służyć ludziom, czy tylko sobie. I musi wiedzieć, że to decyzja na absolutną uczciwość w tej służbie. I że złamanie tej zasady oznacza koniec zaufania do niego i koniec jego kariery.
W 1988 roku papież do polskich biskupów (podróż ad limina Apostolorum) mówił: "Polska woła dzisiaj o ludzi sumienia (...). Odzyskanej wolności nie rozwinie się, ani się nie obroni, jeśli na każdym odcinku życia społecznego, gospodarczego i politycznego nie staną ludzie prawego sumienia, zdolni oprzeć się nie tylko różnym zmiennym wpływom i naciskom zewnętrznym, lecz także temu wszystkiemu, co osłabia albo wręcz niszczy wolność człowieka od wewnątrz".
2. Udało nam się doprowadzić do przemian bez rozlewu krwi. To wielkie osiągnięcie! I za to trzeba być wdzięcznym przywódcom Solidarności. Stan wojenny przeżywałem we Wrocławiu i kilkakrotnie przychodzili do mnie młodzi ludzie, przekonani, że powinna polać się krew, aby komuniści zaczęli się bać. Chyba szukali moralnego wsparcia do takich działań. Bardzo trudno się z nimi rozmawiało, byli odporni na argumenty. Ostatecznie jeden chyba ich przekonywał: że jeśli pójdziemy tą drogą, to odwróci się od nas papież, który nas weryfikuje wobec świata, i wtedy przegramy. W tej batalii o walkę bez przemocy nie była z nami jednomyślna Solidarność Walcząca. Dla mnie osobiście Solidarność Walcząca była w tamtych dniach sporym problemem.
Nie udało nam się odpowiednio mocno odbić (jak Małysz na skoczni) i zmienić sposób myślenia. Nie powstała "księga czynów haniebnych", nie zawsze umieliśmy zło nazwać złem, a dobro dobrem. Trzeba powiedzieć, że zmiany nastąpiły w bardzo niedogodnym czasie, kiedy tryumfy święcił postmodernizm, w popularnej wersji - zacierający granicę między prawdą i fałszem, między dobrem i złem. Naiwnie oczekiwaliśmy, że sami komuniści zrobią sobie rachunek sumienia i "nawrócą się" na obiektywne dobro. Zresztą, tu nie chodzi tylko o ludzi aktywnie działających w poprzednim systemie, tu chodzi o ogół społeczeństwa. Kolejne wybory do parlamentu i władz samorządowych pokazały, że "instynkt moralny" został przysypany przez doraźne pragnienia i interesy.
3. W rozmowach z Rosjanami często słyszałem: ale wam się udało. I to jest prawda, trzeba o tym pamiętać: udało nam się. Demokracja (jaka ona jest, ale jest), obecność w NATO, obecność w Unii.
Ale nie potrafiliśmy stworzyć programu rozwoju kraju choćby na 50 lat. Zapanowała doraźność. Najpierw była łapanka ludzi z ulicy na stanowiska, a później doraźne łatanie dziur. Nie został wykorzystany potencjał intelektualny i twórczy społeczeństwa. Nie umieliśmy stworzyć intelektualnego zaplecza dla poszczególnych partii, ale także dla rządzących krajem. W czasie rządów premiera Buzka pytałem niektórych posłów: dlaczego nie budujecie zespołu fachowców, dlaczego nie ma fachowych dyskusji o najważniejszych problemach kraju? Odpowiadano: "nie da się". Impotencja dosięgła elit rządzących. Podobny zarzut stawiam także Kościołowi.
Lista tego, co się udało, a co nie, jest znacznie dłuższa. Niech nasza dyskusja nie ogranicza się do oceny przeszłości. Trzeba myśleć o tym, co robić dalej. Jacek Żakowski w "Polityce" postuluje stworzenie "ekipy remontowej".
PS Po tragedii smoleńskiej, w której zginął Arkadiusz Rybicki, "gdański salon polityczny" został przemianowany na Salon Młodopolski im. Arama Rybickiego.