Fot. Krzysztof Mazur
Bartłomiej Sienkiewicz:
W polskiej polityce Federacja Rosyjska powinna być nieustannie traktowana jako element potencjalnego zagrożenia militarnego.
Rosja nam nie zaszkodzi
Z Bartłomiejem Sienkiewiczem, ekspertem do spraw bezpieczeństwa, rozmawiają Zbigniew Rokita i Ziemowit Szczerek
NOWA EUROPA WSCHODNIA: Czy Rosja próbuje wbić klin pomiędzy Polskę a jej partnerów z Europy Zachodniej?
BARTŁOMIEJ SIENKIEWICZ: Obecnie nie ma takiej możliwości. Moskwa mogła się starać poróżnić Polskę z jej sojusznikami, kiedy ta była w izolacji, prowadząc politykę wschodnią. Wówczas dyplomacja rosyjska rzeczywiście miała więcej swobody działania. Strategiczne sprzeczności co prawda nie zniknęły i nie znikną, ale obecnie nie da się już prowadzić w Unii Europejskiej gry, której przedmiotem byłaby Polska. Świadczą o tym dwa elementy. Po pierwsze, wyraźną granicę, której Moskwa nie może przekroczyć, wyznaczyła Angela Merkel podczas przemówienia na Westerplatte 1 września 2009 roku. Kanclerz RFN wyraziła wówczas żal za krzywdy, których Polacy doznali podczas drugiej wojny światowej ze strony Niemiec, dając w ten sposób dowód europejskiej solidarności oraz pokazując, że Berlin jest i będzie sojusznikiem Polski. Po drugie, mimo ogromnych pieniędzy, jakie Gazprom wydaje w Brukseli, Komisja Europejska prowadzi przeciwko rosyjskiemu koncernowi dochodzenie. To pokazuje, że kurczą się możliwości manipulowania Unią Europejską od wewnątrz.
Przełomowy był pod tym względem rok 2008 i rosyjska interwencja w Gruzji: mimo że zakończyła się pozornym sukcesem Moskwy, to w rzeczywistości była jedną z jej największych porażek. Od tego czasu dla większości zachodnich rządów jest jasne, że dopóki obecne elity mają w Rosji coś do powiedzenia, nie jest to państwo, z którym można zawierać jakiekolwiek poważne umowy, oparte na czymś innym niż pieniądze. Przez pewien czas istniało bowiem niebezpieczeństwo, że rosyjskie projekty europejskiego bezpieczeństwa (na przykład tak zwany plan Miedwiediewa) będą traktowane na równi z projektami innych państw - oznaczałoby to swego rodzaju powrót do sytuacji z czasów carskich. Rok 2008 wszystko jednak zmienił. Widać to w postawie Niemców, którzy od dłuższego czasu podchodzą do Rosji z coraz większym sceptycyzmem.
A czy Rosja ma możliwości pogłębiania podziałów w naszym kraju?
Tak. Zresztą my sami doprowadziliśmy do sytuacji, w której regulator polskiego sporu znajduje się w Moskwie, daliśmy im przełącznik do ręki. Rosjanie mogą zrobić teraz wiele, chociażby z wrakiem TU-154 - na przykład zutylizować go przed kamerami i czekać na to, co się będzie działo w Polsce. Z drugiej strony nie można przesadzać, jesteśmy na fałszywym tropie puszkinowskiego "wielkiego słowiańskiego sporu". Z perspektywy rosyjskich elit wszystko wygląda inaczej. Jesteśmy dla nich ważni jak Słowacja i Węgry razem wzięte; nawet kraj taki jak Szwecja nie ma dla nich dużego znaczenia. Za istotnych graczy uważają dopiero Niemcy czy Francję. Trzeba zrozumieć ich imperialne myślenie. Rosyjscy politycy dziwią się, że gospodarka porównywalna z belgijską próbuje rozpychać się łokciami w Europie. Zresztą to, że Moskwa zwraca na nas obecnie mniejszą uwagę, nie musi wcale oznaczać nic złego - przez ostatnie trzysta lat zawsze, kiedy zaczynała interesować się nieco bardziej, nie kończyło się to dla nas dobrze. Może rzeczywiście przyszedł taki moment, żeby na parę lat Rosjanie odwrócili od nas oczy?
Czyli mamy do czynienia z dobrymi stosunkami "przez zaniechanie"?
Tak, i z udawaniem, że relacje są dobre, choć nikt w to przecież do końca nie wierzy. Poziom nieufności po obydwu stronach jest zbyt wielki, by w ciągu paru lat coś się w tej materii radykalnie zmieniło. Poza tym Polska pod pewnymi względami jest specyficznym przypadkiem w skali regionu. Po pierwsze, jesteśmy jedynym państwem w tej części Europy, które nie pozwoliło na znaczące wejście rosyjskiego kapitału. Wystarczy spojrzeć na obecność Rosji w Karlowych Warach, Wilnie, Rydze, Bratysławie czy Budapeszcie - to "małe Moskwy" w środku Unii Europejskiej. Po drugie, w Polsce nie ma "partii Rosja", czego nie można już powiedzieć o Litwie, Słowacji, Czechach czy Węgrzech.
Twierdzi Pan, że nie wyobraża sobie systemu bezpieczeństwa europejskiego bez Rosji. Tego samego zdania jest również Moskwa - przedstawia nawet własną propozycję w tym zakresie.
Tak, ale akurat "plan Miedwiediewa" jest nie do zaakceptowania. Dmitrij Miedwiediew, niedługo po objęciu urzędu prezydenta, postulował podpisanie między innymi przez kraje NATO i OUBZ traktatu, zgodnie z którym każde użycie siły wobec strony takiego porozumienia mogłoby być potraktowane przez pozostałych sygnatariuszy jako atak wymierzony w nie same. Mowa o słynnym systemie "od Vancouver do Władywostoku". Jestem zdania, że europejski system bezpieczeństwa nie może abstrahować od faktu istnienia Federacji Rosyjskiej, jednak branie pod uwagę rosyjskich interesów to jedno, a podchodzenie na poważnie do ich propozycji w zakresie bezpieczeństwa to coś zupełnie innego. Na szczęście Berlin czy Paryż nie widzą potrzeby zawierania kompromisów z Moskwą - Rosja nie jest wystarczająco istotnym źródłem zysków dla któregokolwiek z krajów Unii Europejskiej.
Czy możemy w ogóle planować ułożenie stosunków z Rosją w zakresie bezpieczeństwa przez kilka najbliższych lat?
Nie. W sferze bezpieczeństwa mamy obecnie do czynienia z pewną stałą tendencją, która nie jest dla nas szczególnie korzystna, ale na razie nie generuje też nowych zagrożeń - to "na razie" warte jest zresztą podkreślenia. Rosja nie przesuwa się dziś poza pozycje, które już zajęła, czyli poza granice obwodu kaliningradzkiego i Białorusi, traktowanej jako jeden z rosyjskich okręgów wojskowych. W regionie nie doszło do żadnego wydarzenia, które w znaczący sposób zmieniałoby równowagę sił.
Ciekawe będą za to przyszłoroczne natowskie manewry na terenie Polski, przeprowadzone według "scenariusza zagrożenia zewnętrznego". Oczywiście, temu scenariuszowi zostaną wyrwane wszystkie zęby, czyli walczyć będą Niebiescy, Biali czy Zieloni, a nie Rosjanie bądź Polacy, ale wiadomo, że w rzeczywistości będą to ćwiczenia zapobiegania inwazji ze wschodu. Ten eksperyment wywoła zapewne reakcje po stronie rosyjskiej. Być może Moskwa odpowie manewrami na Białorusi, które polegają na odparciu zagrożenia z zachodu i powtarzają się od 2000 roku, więc nie będzie to żadna nowość.
Żeby odpowiedź była bardziej stanowcza, musiałyby pojawić się jakieś nowe środki bojowe czy garnizony w miejscach, gdzie wcześniej nigdy nie były lokowane, i elementy, które radykalnie zmieniałyby sytuację strategiczną.
A Pan jaką reakcję przewiduje?
Bardzo ostrą na poziomie retoryki, nieostrą na poziomie faktycznych działań.
Zapytajmy wprost: czy obecnie Rosja stanowi dla nas zagrożenie militarne?
Nie widzę takiego niebezpieczeństwa. Mimo różnych deklaracji i emocjonalnej sinusoidy w relacjach polsko-rosyjskich nie dostrzegam realnej zmiany na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Uważam jednak, że w polskiej polityce Federacja Rosyjska powinna być nieustannie traktowana jako element potencjalnego zagrożenia militarnego. Należy natomiast jasno zaznaczyć, że takie potraktowanie naszego wschodniego sąsiada wynika z konieczności brania pod uwagę wszystkich, nawet najczarniejszych, scenariuszy. Najgorszym ze wszystkich byłby wariant, kiedy Polska skonfrontowałaby się z Rosją, nie mając nikogo za plecami.
W czasie gdy dochodzi do erozji Sojuszu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej takiego scenariusza nie można wykluczyć.
To, że NATO i Unia Europejska się chwieją, wcale nie oznacza, że automatycznie zmniejsza się potencjał i znaczenie Polski. Pięć lat temu nikomu na Zachodzie nie przyszłoby do głowy głośno powiedzieć, że Polska powinna wejść do "wielkiej szóstki" Unii Europejskiej, zastępując Wielką Brytanię. Prawdopodobnie nie wejdzie, skoro nasza gospodarka stanowi zaledwie 30 procent gospodarki brytyjskiej, ale jeżeli w ogóle pojawiają się takie głosy, oznacza to, że gdzieś się przesunęliśmy. I to mimo chwiania się Unii. Pora porzucić myślenie, że silna i zintegrowana Europa oznacza z definicji zwiększenie potencjału Polski - to proces o wiele bardziej skomplikowany, choć rzecz jasna nieprzebiegający w kontrapunkcie do Unii.
Dużo mówi się o możliwym krachu systemu putinowskiego, który może skutkować destabilizacją sytuacji międzynarodowej.
Kiedy budżet jest oparty w 50 procentach na surowcach, a możliwości handlu nimi są ograniczone, kurczy się kołdra i zaczynają wystawać stopy. Wówczas można dostać kataru. Ubożenie Rosji, wynikające z potencjalnej rewolucji energetycznej bądź zmniejszania się zasobów surowcowych, może stanowić dla nas wyzwanie. Możliwa jest wówczas brutalizacja rosyjskiej władzy na arenie wewnętrznej, co będzie skutkowało demonstracją siły również na zewnątrz oraz podwyższoną asertywnością - między innymi wojskową. To samo zresztą tyczy się Chin i potencjalnego zachwiania się ich systemu.
Największe zagrożenie stanowią jednak takie sytuacje, które pojawiają się nagle, a czas reakcji jest minimalny. Obecnie na szczęście nie istnieje taki kompleks spraw, który mógłby spowodować zagrożenie, w którym czas reakcji byłby kluczowy. Wszystkie inne kryzysy mają to do siebie, że można rozpoznać je wcześniej i podjąć odpowiednie kroki, by im przeciwdziałać.
Mimo potencjalnych problemów Rosji związanych z handlem surowcami Polska w dużym stopniu wciąż jest zależna energetycznie od Moskwy.
Nie przesadzałbym z tym uzależnieniem. Jeśli chodzi na przykład o prąd, to jesteśmy samowystarczalni. W sprawach energetyki mamy problem raczej z Unią niż z Rosją, co wynika z unijnych regulacji dotyczących polityki klimatycznej. Pozostaje jedynie kwestia gazowa, ale tutaj czas gra na naszą korzyść. Pakiet energetyczny i wiele innych elementów kształtujących rynek energetyczny powodują, że forma interesów, którą póki co realizował w Polsce Gazprom, się wyczerpuje, a ostatnia umowa gazowa jest właśnie zwiastunem początku końca. Niedawno BASF podpisał umowę na dostawy gazu z Norwegii na podstawie cen spot z europejskich terminali gazowych. Zakontraktowana ilość norweskiego surowca stanowi co prawda jedynie 5 procent niemieckiego zapotrzebowania, ale to początek pewnego procesu. Przypuszczam, że za pięć lat wszystkie kontrakty w Unii Europejskiej będą oparte na cenach z rynku spot, zabezpieczone instrumentami finansowymi - zbliża się koniec dominacji umów długoterminowych. Te zmiany to duży problem przede wszystkim dla Rosji: oznaczają znaczny spadek dochodów i konieczność zdefiniowania na nowo swojego miejsca w Europie. Nie jestem człowiekiem, który szczególnie ufa Rosjanom, ale nie chciałbym, żeby te problemy okazały się dla nich zbyt poważne: jak już wspominałem, gwałtowne kurczenie się zasobów finansowych Rosji może wywołać trudne do przewidzenia skutki społeczne i polityczne.
Czy potrafi Pan zdiagnozować zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski, które może generować podpisanie umowy o małym ruchu granicznym z obwodem kaliningradzkim? Czy takim zagrożeniem może być na przykład niekontrolowana migracja przez terytorium Polski do innych krajów Unii Europejskiej bądź rozprzestrzenianie się chorób zakaźnych?
Ryzyko istnieje, ale leży gdzie indziej. MRG w kilkuletniej perspektywie doprowadzi do zwiększonej integracji Królewca z rynkiem polskim i osłabi więzi z Moskwą, która właściwymi sobie metodami będzie starała się przywołać kaliningradczyków do porządku. Wówczas w bezpośrednim otoczeniu Polski pojawi się konflikt wewnątrzrosyjski o zakres autonomii, a tak naprawdę o wolność. Jak wówczas powinniśmy zareagować? Panowie wiedzą? Bo ja nie.
Bartłomiej Sienkiewicz jest ekspertem do spraw bezpieczeństwa. Współtwórca i były wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich; był kierownikiem pionów analitycznych Urzędu Ochrony Państwa. Od 2002 roku prowadzi własną firmę analityczną.
Gdy dyktator się starzeje
Ze Swietłaną Kalinkiną, redaktorką naczelną gazety "Narodnaja Wola", rozmawiają Małgorzata Nocuń i Andrzej Brzeziecki
NOWA EUROPA WSCHODNIA: Łukaszenka stwierdził niedawno, że jak naród go nie chce, to odejdzie. Czy powiedział to na serio?
Łukaszenka znalazł się teraz w sytuacji bez wyjścia: prezydent nie wie, jak odejść ze stanowiska. To na pewno wiąże się z cechami jego charakteru: nie jest w stanie sobie wyobrazić, że już nie będzie prezydentem, choć widać, że nad tą kwestią rozmyśla. Były takie momenty, gdy przyjeżdżając na jakąś wieś z wizytą, mówił: "gdy odejdę, to mnie chyba przyjmiecie, poczęstujecie chlebem, nie będę głodował". Zawsze pozycjonował się jako prezydent z ludu, który broni prostych ludzi, więc w razie kłopotów do nich by się odwołał.
Łukaszenka ma świadomość swych grzechów, wie, jak wielu Białorusinów się do niego odnosi, ilu ludziom w tym kraju zniszczył życie: wsadził do więzienia, prześladował.
Kariera międzynarodowa raczej mu nie grozi...
Długo karmił się ideą władzy od Brześcia do Władywostoku. Te wszystkie żarty, że zmieni na stanowisku Borysa Jelcyna, wypowiadał nie ironicznie, ale na serio. Potem się okazało, że Władimir Putin został prezydentem Rosji, a Państwo Związkowe Białorusi i Rosji ma się kiepsko. Łukaszenka długo nie mógł się z tym pogodzić. Mówił, że Białoruś go nie interesuje, "to nie jego skala, rozmiar", lubił debatować na temat problemów Kazachstanu czy Kirgistanu.
Teraz już zamknął ten etap. Dla niego Białoruś jest dziś Białorusią, nie częścią Rosji. Pogodził się z faktem, że jego ojczyzna jest mała. Kocha ten kraj. Poza Białorusią nie ma nic innego i poza tym mało który kraj mógłby chłopcu z niepełnej rodziny ze wsi dać taką szansę: zostania przywódcą.
Przywódca musi jednak kiedyś odejść.
Kłopot w tym, że jeśli jeszcze pięć czy sześć lat temu myśleliśmy o cywilizowanych schematach odejścia Łukaszenki i pewnych gwarancjach bezpieczeństwa dla niego, to teraz - najwyraźniej - Łukaszenka już nie wierzy w te gwarancje. Tym bardziej, że to Białoruś staje się krajem, do którego uciekają autorytarni przywódcy z innych państw, choćby Kurmanbek Bakijew z Kirgistanu. Zachowanie gwarancji finansowych jest dla nich ważne. Dla tych polityków także istotne jest, aby władza na Białorusi się nie zmieniła. Straszą ich przykłady Libii i Syrii. Łukaszenka boi się, że jego koniec mógłby wyglądać podobnie.
Gołym okiem widać, że Łukaszenka się starzeje. Jest inny niż dawniej. Wciąż stara się mieć image młodego i wysportowanego prezydenta, ale lata robią swoje: utył, zaczął nosić okulary, nie pracuje już w tak wytężony sposób jak dawniej.
Jednak nie wiemy, co nas czeka. Łukaszenka może odchodzić długo, ale może to się stać błyskawicznie. Nasz system jest zamknięty, utajniony i przypomina czasy radzieckie, gdy wąski klan ludzi podejmował decyzje, natomiast kuluary polityczne były ukryte przed społeczeństwem.
Jakiś wariant jednak się spełni. Tymczasem nie widać, by ktoś mógł zastąpić Łukaszenkę.
To źle postawiona kwestia. W autorytarnych krajach takich jak Białoruś nie może być wyrazistych polityków i liderów poza samym przywódcą. Jeśli tacy się pojawiają, nagle giną albo są inaczej eliminowani. Oczywiście w otoczeniu Łukaszenki jest wielu zdolnych ludzi, mających inny niż prezydent charakter i poglądy, ale nie mogą tak nagle powiedzieć: "nie popieram tego kursu kraju i jestem gotów stanąć na czele rewolucji nomenklaturowej".
Są też ludzie, wśród struktur siłowych i biznesmenów, którzy chcą, by Łukaszenka rządził jak najdłużej. Jego rządy są dla nich gwarancją nietykalności osobistej i majątkowej. Takich ludzi procentowo jest mniej, ale są, i o tym należy pamiętać.
A czynnik moskiewski?
Łukaszenka się go boi. Przypomnijmy wybory prezydenckie z 2010 roku. Podczas wcześniejszych elekcji prezydent sam przychodził do Centralnej Komisji Wyborczej. Osobiście składał dokumenty potrzebne do zarejestrowania go jako kandydata, zawsze było to wielkie wydarzenie medialne. Ludzie okazywali zainteresowanie - "naród chce Łukaszenki", a Łukaszenka jest gotów pracować dla kraju. Natomiast w 2010 roku niespodzianka: tak się nie stało. Do ostatniego dnia nie było wiadomo, czy Łukaszenka będzie kandydował, czy też nie. Oczywiście wszystko wskazywało na to, że prezydent nie zamierza odejść ze stanowiska, jednak on sam się nie pojawiał. Dziennikarze zebrali się wokół komisji i czekali, czy Łukaszenka przyjdzie. Jednak on się nie pojawił, a zamiast niego dokumenty złożył zajmujący się kwestiami ideologii Aleksander Radkow, który wszedł tylnymi drzwiami i przekazał dokumenty przewodniczącej komisji wyborczej.
Wszyscy w kraju mieliśmy wrażenie, że Łukaszenka do ostatniej chwili czekał, czy Kreml nie wysunie swojego kandydata. Tak się nie stało i dlatego Łukaszenka złożył dokumenty.
Kto jest dziś numerem dwa w państwie białoruskim?
Trudno powiedzieć. Jeśli chodzi o wpływy, to syn prezydenta Wiktor, który kontroluje resorty siłowe. Jest to postać poza wszelką kontrolą. Stosunki Łukaszenki z synem są różne. Jest czas, gdy syna się nie pokazuje w telewizji, zupełnie przepada, a potem nagle się pojawia.
Łukaszenka, mówiąc kiedyś o swoim następcy, wskazał syna Kolę. Nigdy nie wymienił nazwiska jakiegoś polityka?
Nie. Jednoznacznie mówił, że nie będą to starsi synowie. Mówił - czy to na serio, czy żartując - o młodszym synu: "czekajcie na mojego najmłodszego". Chyba chodziło tu bardziej o perspektywę czasową niż o konkretną osobę. Nie wiem, co mogłoby sprawić, żeby Łukaszenka odszedł z własnej woli. Może to powinna być masowa kampania zadowolonych z jego rządów ludzi, którzy pisaliby list: "Aleksandrze Grigoriewiczu, dziękujemy za wielką pracę dla kraju, jest pan zmęczony, czas na odpoczynek". Ale taką masową kampanię też trzeba zorganizować. Każdy człowiek, który nawet ogromnie Łukaszenkę szanuje, będzie się bał podpisać pod takim listem.
Łukaszenkę porównuje się albo do radzieckich genseków, albo do macho rodem z Ameryki Łacińskiej. Które porównanie jest trafniejsze?
Bardziej przypomina genseka. Z Białorusi też tworzy taką radziecką enklawę. I stara się być podobny do tych, których widział w czasie swojego dzieciństwa i młodości jako pierwsze osoby w państwie. Ma taką manierę, gust, a także w taki sposób buduje państwo i nim rządzi. Łukaszenka to taki radziecki człowiek, który nie chce się rozstać z przeszłością.
W połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku część Białorusinów była dumna ze swojego prezydenta, a teraz?
Tak, miał wtedy duże poparcie i jego wybór był pierwszą kolorową rewolucją na poradzieckim terytorium: człowiek spoza nomenklatury stanął na czele kraju. Ale to już przeszłość. Za długo rządzi i wielu ludzi ma go już po prostu dość i mają też dość jego dziwactw.
Nawet przeciwnicy Łukaszenki mówią, że jest on pracowity, nie pije, nie ma ekstrawaganckich zachcianek. Z drugiej strony jego domowe życie osłonięte jest tajemnicą.
Już na samym początku, gdy Łukaszenka postanowił ubiegać się o fotel prezydenta, relacje w jego rodzinie nie najlepiej się układały. Zaraz po elekcji żona z nim nie przyjechała i nie pojawiała się publicznie. Dla Łukaszenki przykładem są autorytarni liderzy, tacy jak choćby Stalin. Poza tym, technolodzy polityczni radzą, że osoba władcy powinna być okryta pewną zagadkowością. Dlatego to, co wiemy o Łukaszence i jego życiu osobistym, to są tylko urywki.
Czego się boi?
Strach odgrywa dużą rolę w jego zachowaniu. Bardzo szybko zaczął się bać. Prezydencka ochrona rozrosła się do niewyobrażalnych rozmiarów, a znaczenie siłowików z każdym rokiem stawało się coraz większe. Bał się, że wszędzie czają się wrogowie: oligarchowie, Zachód, Polska, USA. Gdy w 1997 roku zabito przewodniczącego Komitetu Kontroli Państwowej w Mohylewie, Łukaszenka był przerażony. Na pogrzeb przyszedł w kamizelce kuloodpornej, ochraniany przez OMON. Ci, którzy pracowali w tym czasie blisko Łukaszenki, opowiadają, że ludzie ze służb umiejętnie go straszyli. Żeby wyciągnąć pieniądze na swój resort.
Wiadomo, że Łukaszenka lubi hokej, jazdę na nartach i rolkach, a jakie są inne jego pasje?
Ma ogród. Uprawia w nim pomidory i ogórki. Ma swoją kozę. Chwali się tym. Niedawno przyznał, że hoduje owce i że dobrze mu idzie, ale dziennikarze, którzy próbowali dowiedzieć się, gdzie w rezydencji prezydenta żyją owce, nie dostali odpowiedzi. Obok sportu jego wielkim hobby jest więc gospodarstwo rolne. Nigdy nie ujawnił wiedzy na temat klasycznej bądź współczesnej literatury. Choć wciąż żąda, by białoruscy pisarze napisali coś na miarę Wojny i pokoju Lwa Tołstoja.
Leonid Sinicyn, wysoki białoruski urzędnik, podarował Łukaszence książkę Machiavellego.
Tak, on sam o tym opowiadał, a Łukaszenka przyznawał, że ma na półce tę właśnie pozycję. Łukaszenka dostaje sporo książek, ale czy je czyta? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że gra na bajanie, więc na pewno wieczory przy suto nakrytym stole, pieśni mu się podobają. Oczywiście także bania jako tradycyjna rzecz.
Czy dla Łukaszenki jest to też część polityki? Rozmowy o państwie w bani?
O ile wiem, to takim środkiem jest hokej, a dopiero po hokeju bania. Drużyna hokejowa prezydenta składa się z białoruskich biznesmenów, przedstawicieli elity, którzy zajmują różne stanowiska państwowe.
Z Rosjanami już w bani nie rozmawia?
To zależy od tego, czy prowadzi rozmowy z oligarchami, prezydentem czy z premierem. O tych spotkaniach nie wiemy wiele. Chodzą plotki, że oligarchom obiecuje co się da: najlepszy klimat inwestycyjny i możliwość kupna wszystkiego.
Sami Rosjanie mówią, że Białorusini zaczynają negocjacje od użalania się na życie. Jak to im jest źle, jak to im należy pomóc, bo przecież oni są gotowi wszystko Rosji oddać. Ta taktyka już przestała się sprawdzać. Spotkania są krótsze, nie ma tych wielogodzinnych rozmów za zamkniętymi drzwiami. Wydaje się, że Moskwa ma już dość wysłuchiwania białoruskich narzekań. Zaczęły się rozmowy o wiele bardziej konkretne i czy w tej sytuacji Łukaszenka potrafi się targować - ciężko określić.
Z jednej strony można cenić białoruskiego prezydenta za to, że wciąż nie wyprzedał Rosjanom wszystkiego i latami przeciąga rozmowy na ten sam temat. Było i tak, że Łukaszenka po kilka dni siedział w Soczi, oczekując na przylot Władimira Putina i Dmitrija Miedwiediewa, by coś załatwić, a oni się z nimi nie spotkali.
Czy Łukaszenka w polityce kieruje się pragmatyzmem, czy emocjami?
Łukaszenka dobrze wie, kto jest od niego zależny, na kogo ma haki i komu może grozić. Wobec takich ludzi bywa okrutny i mściwy. Gdy jednak nie ma takiej możliwości, to bardzo szybko przebacza. Najprostszy przykład: Putin. Swego czasu Łukaszenka tupał nogami i nazywał Putina terrorystą za to, że ten podniósł ceny gazu. Potem jednak zwracał się do niego "drogi Władimirze Władimirowiczu" i musiał zapomnieć mu wszystkie urazy.
Jak na Białorusi odbierane są egzotyczne przyjaźnie Łukaszenki, na przykład z Hugo Chávezem?
Z jednej strony myśli się tak: ważne, że są jacyś partnerzy za granicą, ale z drugiej ropa, która płynie do nas z Wenezueli w cenie złota, budzi pytanie: po co nam ta Wenezuela? Bardziej dziwią złe stosunki z sąsiadami. Na Białorusi przyjęło się żyć z sąsiadami w zgodzie. To było coś bardzo dziwnego, jeśli ktoś w swojej wsi miał złe stosunki z sąsiadami. Dlatego nasze ciągłe konflikty z Polską i Litwą są źle przyjmowane przez społeczeństwo.
Kiedyś prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew zbawił Łukaszenkę - dał pieniądze na spłatę kredytu z Rosji.
Tak, te przyjaźnie bywają korzystne. Z Azerbejdżanem mieliśmy także kontrakt na dostawy ropy i korzystaliśmy na tym. Ilham Alijew dał 300 milionów dolarów, tyle samo pieniędzy mógł dać któryś rosyjski oligarcha czy Kreml. To była też demonstracja Alijewa: przeciwko Rosji pomógł on Łukaszence. Ten jednak rozumie, że Alijew może dać mu 300 milionów dolarów, ale w poważnej sytuacji politycznej, w razie konfliktu z Rosją Alijew go nie uratuje. A kto go uratuje? To dziś pytanie bez odpowiedzi.
Czy Łukaszenka może nas jeszcze czymś zaskoczyć?
Zaskoczyłby prawdziwymi reformami, ale wszyscy, łącznie z nim, mają świadomość, że jeśli zacznie reformować system, to on może runąć. Dlatego nie widzę szans na miękkie reformy. Wydaje się jednak, że Łukaszenka nie będzie u władzy do śmierci i największym zaskoczeniem dla nas będzie to, gdy po prostu odejdzie.
Swietłana Kalinkina jest redaktorką naczelną białoruskiej gazety "Narodnaja Wola". Wcześniej pracowała między innymi w "Bielarusskoj Diełowoj Gazietie". Współautorka książki Słuczajnyj priezident (Sankt Petersburg 2004).