1. Złote dziecko
1
Złote dziecko
Gdy schodzi się w głąb schronu przeciwlotniczego w piwnicy domu Novaka
Djokovicia, gdzie spędził niejedną noc podczas bombardowań NATO w roku
1999, ma się poczucie, że zanurza się w jugosłowiańskim betonie. Niskie
betonowe sklepienia. Betonowe ściany z plamami wilgoci napierające na
człowieka. Podłogi z betonu. Nawet powietrze - którego tutaj nie zbywa -
pachnie lekko betonem. Mówi się o szarym pejzażu Belgradu, o tym, jak
beton przytłacza niektóre części miasta. Nic jednak nie przygotuje cię
na szarość i surowość tego bunkra pod brutalistycznym blokiem w dzielnicy Banjica na południe od centrum stolicy.
Z równowagi wytrąca nie tylko beton - zimny, szorstki, bezkompromisowy.
Niepokoją także wyobrażenia o tym, jak Djoković i pozostali mogli czuć
się w bunkrze. Wyczuwa się jakieś pozostałości tamtego strachu,
zagubienia, narastającego gniewu, prawie jakby wszechobecny beton
pochłonął cząstki tych emocji, a teraz je emanował.
Djoković, który miał 11 lat, gdy NATO-wskie samoloty zaczęły uderzać w Serbię, właśnie w tym miejscu poczuł trwogę i przerażenie, tutaj doznał
"emocjonalnej traumy". Nie wiedział, co zaraz spotka jego samego, dwóch
młodszych braci, Marka i Djordjego, oraz rodziców, Srdjana i Dijanę.
Bunkier był miejscem najbezpieczniejszym, bo początkowo powstał jako
schron przeciwatomowy na wypadek wojny jądrowej. By się do niego dostać,
trzeba przejść przez metalowe drzwi w kolorze świeżo utlenionej krwi,
przemierzyć betonowe schody, a potem otworzyć dwoje kolejnych stalowych
drzwi, z których najmasywniejsze mają co najmniej 30 centymetrów
grubości i przywodzą na myśl coś rodem z bankowego skarbca albo okrętu
podwodnego. Mieszkańcy okolicznych domów zamykali i pieczętowali za sobą
te drzwi, obracając gigantyczne zamki, by chronić się przed wybuchami i pożarami.
Lecz nawet tutaj, w przestrzeni teoretycznie zabezpieczonej przed
bombami i pożarem, rozumieli, że nie istnieje miejsce w pełni bezpieczne
i nawet schron przeciwatomowy nie ocali ich w wypadku bezpośredniego
trafienia. W całkowitej niemal ciemności Djoković wpatrywał się w twarz
matki, by zrozumieć, jak powinien się czuć: jeśli na jej twarzy malował
się strach, a tak na ogół bywało, wiedział, że sam także powinien być
przerażony.
Skryta i uwieczniona w betonie piwnica niewiele się zmieniła od lat 90.
XX wieku i zakrawa na kapsułę czasu, która przenosi do chwili, gdy
Djoković był przestraszonym, zdezorientowanym dzieckiem pośród wielu
innych przestraszonych i zdezorientowanych dzieci... oraz dorosłych. Do
chwili, gdy nasłuchiwał przelatujących nisko odrzutowców, które zdawały
się dziurawić nocne niebo nad Belgradem, a potem druzgocącego,
nieustającego huku bomb i rakiet. Choć beton je tłumił, nie niwelowało
to strachu, jaki przebywający w bunkrze czuli w te długie, potworne
noce.
W pewnym sensie - może aby to zrozumieć, trzeba się tam fizycznie
znaleźć - wchodzenie do tego bunkra przypomina wnikanie i zagłębianie
się w cząstkę umysłu Djokovicia. To szereg niewielkich pomieszczeń i ciemnych kątów, a gdy się je przemierza, walcząc z pajęczynami, rozumie
się, że nie jest to miejsce, które dawni sąsiedzi Djokovicia czy nowi
lokatorzy lubią często odwiedzać. Sam Djoković wrócił tu tylko parę
razy, by przypomnieć sobie, jak dokładnie wygląda bunkier. Nie zapomina
za to intensywnych emocji i tego, co czuł, gdy tam przebywał.
Tu i ówdzie stoją stare fotele i wiklinowe siedziska - niewykluczone, że
te same meble znajdowały się tu w roku 1999. Śmieci na stołach i podłodze także mogą być oryginałami z tego okresu i liczyć sobie ćwierć
wieku. Pod sufitem wiszą gołe żarówki, bez lamp, emitujące słabe,
żółtawe, chemiczne światło, które ledwie przebija się przez mrok.
Sąsiad, który znalazł klucz i odryglował piwnicę, mówi, że jest pewna
różnica: w 1999 na podłodze leżały materace. To właśnie tutaj Djoković
drżał pod kocem, kiedy Belgrad zyskiwał niechciane miano pierwszego
europejskiego miasta zbombardowanego przez NATO, które chciało w ten
sposób wymusić wycofanie się serbskich sił z Kosowa.
Djoković wyraził się poruszająco, że "otaczała go śmierć". Wspomina, że
na zewnątrz bunkra Belgrad jaśniał jak dojrzała mandarynka. Miasto było
albo objęte zaciemnieniem, albo rozświetlone przez odrzutowce NATO -
jedno z dwojga. Przez 78 kolejnych nocy nadlatywały samoloty i zrzucały
pociski. Gdy rozbrzmiewały syreny alarmowe, rodzina Djokoviciów w popłochu udawała się do bunkra, znajdującego się w piwnicy bloku, w którym mieszkał dziadek Novaka, Władimir. Kiedy zaczęły się naloty,
Djoković wraz z braćmi i rodzicami mieszkali jakieś 200 metrów dalej, w budynku pozbawionym własnego schronu. Musieli się przedzierać do bunkra
w ciemności, chaosie i zgiełku.
Z perspektywy Srdjana Djokovicia wiosną 1999 zrodziła się trauma, która
trwać miała całe życie. Najboleśniejsze wspomnienie Novaka pochodzi z jednej z nocy pierwszego tygodnia nalotów, kiedy to około trzeciej nad
ranem rodzinę zbudziły i przestraszyły odgłosy eksplozji i tłuczonego
szkła nieopodal ich mieszkania. Matka Novaka zerwała się na nogi i uderzyła głową w kaloryfer, przez co straciła przytomność. Wydawało się
to wiecznością, choć mogło w istocie trwać kilka sekund - leżała bez
życia na podłodze. Wszyscy trzej bracia Djoković płakali. Gdy Dijana się
ocknęła, rodzina wyruszyła do schronu, lecz prawie nic nie widzieli -
nie paliły się światła, a ulice spowijał dym. Ponadto wśród huku
samolotów i wybuchów panował taki hałas, że członkowie rodziny się nie
słyszeli, mimo że znajdowali się tuż przy sobie i krzyczeli sobie prosto
w uszy.
Oszołomiony i spanikowany Novak potknął się o kamień i przewrócił na
ziemię, zdzierając sobie skórę z rąk i kolan. Podniósł wzrok i zobaczył
nad sobą szary stalowy trójkąt - jak sobie później uzmysłowił, był to
niewykrywalny bombowiec F-117 - który "rwał przez niebo". Ten obraz
utkwił w jego pamięci na zawsze - śmiercionośny trójkąt, który wyłonił
się znikąd i spuścił rakiety na pobliski szpital. Przysadzisty budynek
szpitalny zamienił się w "kolosalną kanapkę wypchaną ogniem". Djoković
sądził, że zginie. Już po chwili odrzutowiec zniknął, a rodzina ruszyła
dalej do schronu. Choć obecnie Djoković łaknie emocji, jakie przynoszą
głośne owacje widowni po zdobyciu ważnego punktu, nadal boi się nagłych,
donośnych dźwięków. Podskakuje, gdy włączy się alarm przeciwpożarowy.
Aby znaleźć się bliżej bunkra, pięcioosobowa rodzina przeprowadziła się
do usytuowanego na parterze dwupokojowego mieszkania należącego do
dziadka, które ze względów bezpieczeństwa oprócz zwykłych drzwi miało
też metalową bramę. Na zewnątrz bunkra ulice wibrowały od eksplozji. W środku dzieci dygotały ze strachu.
Przynajmniej przez pierwszych kilka nocy. Później zaszła subtelna
zmiana. Rodziny w bunkrze stopniowo pogodziły się z tym, że tak wygląda
ich nowa rzeczywistość, a skoro i tak muszą tu siedzieć, to mogą się
czymś zająć. Ściśnięci na niewielkiej powierzchni - Djoković szacował,
że w bloku znajdowało się 50 mieszkań, a każdy skrawek betonowej podłogi
był zajęty - mieszkańcy grali w karty, śpiewali, spędzali czas na grze w Monopoly, Ryzyko i inne planszówki. Lecz ta normalność była czysto
powierzchowna. W tym miejscu, naznaczonym ogromnym dyskomfortem zarówno
fizycznym, jak i psychicznym, zrodziły się mocne więzi na całe życie.
Mniej więcej w tym czasie Djoković poznał chłopaka w swoim wieku, Nevena
Markovicia, który także mieszkał na parterze tego budynku. Marković,
były zawodowy piłkarz, był świadkiem na ślubie Djokovicia z Jeleną
Ristrić i nadal zalicza się do najbliższych przyjaciół tenisisty.
Wystarczy spędzić w tej piwnicy parę minut, a już zaczyna się tęsknić do
powietrza i naturalnego światła. (Trudno jest sobie wyobrazić, że wraca
się do tego bunkra noc po nocy). Na zewnątrz szarość urozmaicają murale
przedstawiające Djokovicia. Pod dawnym domem tenisisty można zobaczyć
malowidło przedstawiające go z dziadkiem po jednej i pierwszą trenerką,
Jeleną Genčić, po drugiej stronie. Gdy minie się wybetonowany plac zabaw
- na którym Djoković w dzieciństwie odbijał piłeczki tenisowe - natrafi
się na kolejny obraz, opatrzony serbskim napisem "Bogu ufamy". Jeden z sąsiadów zwrócił uwagę, że na muralu jest niewymuszony błąd, widać
bowiem, jak Djoković uderza z bekhendu lewą ręką. Nie ujmuje to jednak
siły przekazu malowidłu ani nie umniejsza znaczenia sportowca dla
mieszkańców Banjicy: ktoś z ich grona zdobył uznanie na arenie
światowej.
Grupka nastolatków przesiadująca nieopodal dawnego mieszkania Djokovicia
wypowiadała się o nim z sympatią, i to nie tyle o tenisie (choć ich
babcie zawsze im mówią, kiedy w telewizji pokazywane są jego mecze, i zachęcają do oglądania), ile o jego szczodrości. O środkach, które
ofiarował miejscowej szkole na zakup niezbędnych rzeczy, i o tym, że
jeżeli akurat przebywał w mieście, znajdował czas, by wręczyć nagrody
zwycięzcom turnieju piłkarskiego rozgrywanego na betonowym boisku. Mimo
że Djoković zaznał w Banjicy tyle zgrozy, miejsce to przywołuje w nim
miłe wspomnienia o chwilach spędzanych na zabawie na świeżym powietrzu z kolegami (mimo że na betonowym boisku zdarł sobie kolana tyle razy, że
sam nie wie, jakim cudem jeszcze są sprawne1; bywało też, że
przypadkiem zbił piłką szybę w oknie sąsiada z parteru i musiał brać
nogi za pas).
To niezatarta trauma. W drodze powrotnej do centrum Belgradu mija się
stare zabudowania wojskowe, zbombardowane w 1999 roku i nigdy
nieodrestaurowane; w tym mieście nie trzeba się długo rozglądać, by
wypatrzeć wojenne blizny, lecz jak skonstatował Djoković, większość
mieszkańców pragnie zostawić przeszłość za sobą.
Przez wiele lat wściekłość zżerała Djokovicia od środka. Uważał on
naloty z 1999 za "przejaw najwyższego okrucieństwa" i podobnie jak wielu
innych Serbów, kipiał gniewem, a nawet mściwością. Czuł tę wewnętrzną
złość od dzieciństwa aż po dorosłość. Djoković nie potrafił pojąć,
dlaczego narody współtworzące NATO połączyły siły, by bombardować
niewielkie państwo i zrzucać pociski na, wedle jego słów, bezbronnych
ludzi na ulicy. "Blizny po tej emocji, tym gniewie, zachowały się u wszystkich do dziś" - stwierdził. We wczesnej fazie kariery czerpał
energię z tej furii, co pozwoliło mu odnieść pewne sukcesy na tourze.
Nawet jeśli "utknął" w nienawiści i złości, jak to ujął, to przynajmniej
miał wrażenie, że przekuł je w przewagę. Djoković grał ze złością, a złość ta zapewniała mu powodzenie.
Mimo to z czasem Djoković przekonał się, że uczucia "nienawiści, pomsty,
zdrady" mogą być obciążeniem i hamować rozwój, zarówno pod względem
zawodowym, jak i osobistym. Nie chciał się już tak czuć. Przywoływał
przypowieść o wężu i pile stolarza, pasującą jego zdaniem do tego, co
sobie uświadomił: że pielęgnując w sobie gniew, tylko sam siebie
skrzywdzi. Kiedy wąż przypadkiem kaleczy się piłą, stwierdza, że
narzędzie go zaatakowało, więc rozsierdzony i dyszący pragnieniem zemsty
opasuje je, przez co się wykrwawia.
Djoković przyznaje, że wśród Serbów występują różne stopnie cierpienia i traumy. Rodzinie przyszłego sportowca dopisało szczęście, ponieważ nie
utraciła ona swojego domu ani nikogo spośród bliskich, choć kiedy w gazetach drukowano nazwiska poległych, rodzice rozpoznawali niektóre z nich; tenisiście trudno było wyobrazić sobie ból towarzyszący rodakom,
kiedy ginęli ich krewni czy przyjaciele. Choć Djoković nigdy nie
zapomniał NATO-wskich nalotów ani śmierci i ruiny, które ściągnęły one
na jego kraj, widywał też na pewno w Belgradzie graffiti z napisem
"Jebać NATO", to jednak postanowił przebaczyć. Była to świadoma decyzja
- podjąć pracę nad sobą i własnymi emocjami, by uporać się z tym tlącym
się w środku gniewem. Djoković nie chciał już, by niosła go wściekłość,
lecz miłość, a "miłość to przebaczenie".
Nie było to łatwe, lecz Djoković zachował otwarty umysł - zagłębimy się
w to zagadnienie bardziej w dalszych częściach książki - a poza tym
powiedział, że otwiera również swoje serce. "Novak prawdopodobnie
dojrzał do przebaczenia i osiągnął tę świadomość być może szybciej niż
ktoś inny" - stwierdził Dušan Vemić, który poznał Djokovicia, kiedy
przyszły gigant tenisa miał sześć czy siedem lat, a później miał go
szkolić na tourze ATP. "Novak jako istota ludzka nieustannie się rozwija
i uczy. Jest nastawiony na rozwój i bez końca studiuje życie. Dotarł do
takiego etapu, że starał się zrozumieć, jak inni podejmują decyzje,
stawiać się na ich miejscu i dążyć do jak najbardziej racjonalnej
postawy".
Zdaniem Jeleny Janković, Serbki, która plasowała się na pierwszym
miejscu kobiecego rankingu w grze pojedynczej, uporanie się z tym
gniewem pomogło Djokoviciowi stać się silniejszym człowiekiem. "Naród
wrze furią, jeśli się go bombarduje. To przerażająca sytuacja. Ale my,
zwykli ludzie, nie mogliśmy nic na to poradzić" - rozważała. "Kiedy się
to jednak przezwycięży, człowiek zyskuje nowe siły. Każdy się stara
zbudować sobie życie i wyrobić nazwisko".
Wiara Djokovicia, który wyznaje prawosławie, pozwoliła mu wybaczyć - jak
mówi jego trener z okresu dzieciństwa Bogdan Obradović, znający
zawodnika, odkąd ten miał 10 lat. "Taką filozofię wyznaje Novak i ogólnie Serbowie kierują się taką prawosławną postawą" - snuje refleksje
Obradović. "Potrafimy przebaczać". Djoković umiał zamknąć przeszłość,
wyrwać się z martwego punktu. "Jeżeli się utknęło [w złości], co można
zrobić ze swoim życiem?" - zapytywał.
* * *
Djoković w miarę możności odtwarzał trasy bombowców z jednodniowym
poślizgiem. Ubierał się na trening i pakował rakietę tak pieczołowicie
jak przed wizytą w prestiżowym klubie, wychodził z mieszkania bladym
świtem i szukał w Belgradzie zniszczeń. Wypatrywał świeżo poczerniałej
trawy, nowo powstałych kraterów, dopiero co zdeformowanych struktur ze
stali i betonu. Miejsc, które jeszcze dygotały i płonęły po minionym
dniu.
Choć z dzisiejszej perspektywy może się to wydawać wynaturzone i straszne, była pewna logika w tym, że Djoković wraz z rodziną
dowiadywali się z wiadomości w radiu, gdzie poprzedniej nocy spadły
pociski, a potem wyszukiwali w mieście korty, które właśnie ucierpiały:
dowództwo NATO najprawdopodobniej nie weźmie na celownik tych samych
obiektów w tak krótkim czasie. Djoković musiał też mieć oko na zegarek:
wiosną roku 1999 w Belgradzie być aspirującym młodym tenisistą oznaczało
także być analitykiem amatorem schematów NATO-wskich nalotów. Trzeba się
było nauczyć - i czasem mimo całej tej zgrozy jawiło mu się to niemal
jak zabawa - kiedy w ciągu dnia na korcie jest najbezpieczniej. Często
najspokojniej bywało wczesnym rankiem, niekiedy w porze obiadowej.
Obecnie, przebywając w Belgradzie, Djoković trenuje raczej gdzie indziej
- w elegantszym, wytworniejszym miejscu, gdzie gromadzi się towarzystwo,
a bogato wyglądający ludzie sączą espresso na tarasie nad kortami
usytuowanymi na zewnątrz (w środku również znajdują się boiska). Lecz w dzieciństwie często grywał w Teniski Klub Partizan - sekcji tenisowej
przy klubie Partizan. Nieco brudnawy teren, otoczony murem pokrytym od
zewnątrz graffiti, a od środka obłażącą zieloną farbą, nie nadaje się na
przebój Instagrama; w klubie tenisowym panuje przyjazna, skromna,
powściągliwa atmosfera i nie robią tam halo z koneksji z Djokoviciem.
Przy wejściu wiszą wprawdzie plakaty z jego wizerunkiem, lecz są one
wyblakłe i pożółkłe - pochodzą sprzed lat, gdy reklamował markę Adidas -
ponadto jest ich tyle samo co plakatów z Aną Ivanović, zdobywczynią
jednego tytułu wielkoszlemowego, które wiszą naprzeciwko. Na ścianach
powieszono kilka starych zdjęć Djokovicia, w tym takie, na których widać
go w klubowym stroju w czarno-białe pasy. Nie ma jednak posągu ani
niczego podobnie oficjalnego, co upamiętniałoby fakt, że najwybitniejszy
tenisista w historii kiedyś tu trenował. Owszem, jest popiersie, ale
przedstawia generała, który zapisał się w dawniejszej historii klubu.
Nawet w okresie, kiedy niemal każda decyzja była obarczona znaczącym
ryzykiem, gra w Teniski Klub Partizan mogła stanowić szczególnie
niebezpieczne posunięcie: klub mieścił się nieopodal Banjicy, lecz także
w pobliżu szkoły wojskowej, która nierzadko ściągała nań bombowce. Matka
się denerwowała - a jeśli NATO zrzuci bombę na kort treningowy jej syna?
Kilka tygodni po NATO-wskich bombardowaniach wydarzyło się coś
zaskakującego: wielu ludzi w Belgradzie postanowiło, że przestaje się
bać. "Widzieliśmy tyle śmierci i zniszczenia, że w końcu przestaliśmy
się ukrywać" - pisał Djoković w swojej książce Serve to Win. W świadomości własnej bezsiły w obliczu siły ognia NATO i zaakceptowaniu
własnego losu kryła się pewna wolność, komentował. Zmiana nastawienia
psychicznego mieszkańców miasta objęła także Djokovicia i jego rodzinę.
Przestali chodzić co noc do bunkra. Matka przyjęła fatalistyczną postawę
wobec perspektywy śmierci i mówiła rodzinie oraz innym bywalcom piwnicy,
że oszaleje, jeśli spędzi tam kolejną noc. Zamierzała zabrać rodzinę z powrotem do mieszkania, a jeśli NATO zrzuci pocisk na ich blok, to
widocznie jest to im pisane. Djoković, niewątpliwie pod wpływem
refleksji rodziców, rozumował podobnie: "Jeśli w nas trafią, to w nas
trafią, co poradzimy?".
Wojna zbliżyła do siebie członków rodziny Djokovicia. Fizycznie - bo
cała piątka spała w jednym łóżku, zasłaniając okna kocami, by ochronić
się przed rozbitym szkłem - a także emocjonalnie. Do najwyraźniejszych
wspomnień tenisisty z okresu bombardowań zalicza się chwila - jakże
potężna, jednocząca, a zarazem wywrotowa - gdy na jednym z mostów w Belgradzie zebrały się tysiące ludzi ubranych w koszulki z tarczą
strzelniczą na przedzie. Mieli nawet cele wymalowane na czubkach głów i śpiewali - drwili z pilotów NATO. Jeżeli rodzina i naród mogą przetrwać
coś takiego, myślał Djoković, to mało co zdoła ich złamać, a on sam może
kształtować resztę swojego życia, jak tylko zechce. W porównaniu z tym
wszystko, łącznie z tenisem, miało się zdawać łatwe.
Pośród nalotów Djoković nadal grał w tenisa. Mimo piekielnych
okoliczności nie utracił zapału do kontynuowania treningów, dzięki czemu
wojna nie przerwała jego edukacji sportowej (tylko w ciągu pierwszych
kilku dni bombardowań nieco się zdekoncentrował). W istocie gdy
zamknięto szkoły, trenował jeszcze intensywniej. Co ważniejsze,
skupienie się na treningach Novaka - które trwały nawet cztery do pięciu
godzin - pomagało wówczas również jego rodzinie, bo zapewniało niejakie
poczucie normalności i rutyny (mimo że miotał się po mieście w poszukiwaniu miejsca do gry).
Matka Djokovicia była nieugięta - rodzina nie zamierzała siedzieć cały
dzień w domu i płakać. Mawiała, że gdyby tak się zachowywali, oszaleliby
ze zmartwienia, czy na mieszkanie wkrótce nie spadnie bomba. Miłość
Djokovicia do tenisa - a chłopak fascynował się tym sportem, odkąd w wieku trzech lat po raz pierwszy zobaczył kort - motywowała rodzinę, by
codziennie wychodzić z mieszkania i dalej żyć. Często na korcie
wyszukanym przez Djokovicia nie było siatki lub nawierzchnia była
popękana i zniszczona - wszak belgradzkie obiekty tenisowe stały się
ofiarami ubocznymi wojny. Ale to nigdy nie miało znaczenia. I choć
przebywanie na korcie tenisowym w Belgradzie było ryzykowne,
niejednokrotnie w innych miejscach miasta bywało równie niebezpiecznie;
ówczesna trenerka Novaka, Jelena Genčić, straciła siostrę podczas nalotu
bombowego. O siódmej wieczorem Djokoviciowie siedzieli już w domu za
zaciągniętymi zasłonami, tak jak powinni. Czasami potrzeba normalności
Djokovicia zderzała się z ciągłą rzeczywistością życia w bombardowanym
mieście. Podczas treningów wyły syreny, a odrzutowce przecinały niebo.
Kiedy Djoković w klubie tenisowym Partizan obchodził dwunaste urodziny,
a rodzina śpiewała mu Sto lat, przeleciał nad nimi samolot,
zagłuszając śpiew.
Przeżycie podobnych "przerażających" chwil - jak je określił - kiedy to
czuł się całkowicie bezradny, dało Djokoviciowi wewnętrzną siłę i odporność, które miały mu towarzyszyć przez całą karierę; sprawiło
również, że stał się jeszcze bardziej wygłodniały i ambitny, spragniony
sukcesu jako tenisista. Chciał pokazać, jak młody chłopak, który przeżył
okropności wojny, może zostać najlepszym zawodnikiem w tenisie -
globalnej dyscyplinie uprawianej przez sportowców z dużo bogatszych
krajów, które w dodatku nie padły ofiarą bombardowania.
Zniszczony, lecz żywy. Zdaniem Bogdana Obradovicia taki był Djoković
podczas wojny. Ocenia on, że wczesne doświadczenia życiowe obdarzyły
Novaka dodatkową energią oraz trwałą siłą i odpornością. "Ludzie, którzy
tyle wycierpieli podczas tej potwornej wojny... nie mogło być coraz
gorzej. W pewnym momencie musiało to ustać. Prędzej czy później uderzysz
w dno. Potem albo będzie źle, albo zaczniesz się podnosić. Innych
możliwości nie ma. Kiedy atakuje cię jakieś zło, przyzwyczajasz się do
tego. Dobrze poznajesz to, przeciwko czemu walczysz, i przekonujesz się,
że to zło nawet nie czerpie z tego szczególnej radości. Jesteś
zniszczony, ale żywy" - mówił Obradović. "Potem odkrywasz w sobie jakąś
niewyjaśnioną energię. To wszystko albo cię zniszczy, albo doda ci sił.
Tak się stało z Novakiem - stał się silniejszym człowiekiem".
Jeszcze przed rozpoczęciem nalotów życie w Belgradzie obłożonym
międzynarodowym embargo było nadzwyczaj trudne: Novak wspomina, jak za
piętnaście szósta rano stał w kolejce po chleb dla całej rodziny.
"Chłopak taki jak ja, dorastający w Serbii, miałby zostać mistrzem
tenisa? Nawet w sprzyjających okolicznościach byłoby to niezbyt
prawdopodobne. A straciło jeszcze na prawdopodobieństwie, gdy zaczęły
spadać bomby" - napisał kiedyś. Ale czy to możliwe, że prawda wygląda
wręcz przeciwnie? Że naloty wręcz zwiększyły szanse Djokovicia na sukces
na tourze? Obradović komentował, że podobnie jak w życiu zdarzają się
wzloty i upadki, również na korcie tenisowym przeżywa się szaleńcze
emocje. Djoković zapewne nie zdawał sobie wówczas z tego sprawy, ale
doświadczenie wojennej przemocy, w tym niekończące się noce spędzane w schronie przeciwlotniczym, dały mu jeszcze więcej hartu ducha.
Wygląda na to, że wojna zahartowała również dziewięcioletnią koleżankę
Djokovicia, Ivanović, która ćwiczyła niekiedy na dnie pustego basenu, a później stała się numerem jeden na świecie w rankingu kobiet. Wraz z Jankoviciem, innym Serbem, który znalazł się na szczycie światowych
zestawień, tworzyli złote pokolenie trojga przyszłych numerów jeden na
świecie. "Byliśmy wygłodniali, ponieważ nigdy nic nie otrzymaliśmy" -
powiedział Janković. "Na wszystko, co mieliśmy, musieliśmy zapracować, w dodatku aby się wykazać, musieliśmy włożyć w to więcej wysiłku niż
zawodnicy z innych państw. Pochodziliśmy z kraju, który nie był zbyt
zamożny, nie dysponował wspaniałymi obiektami sportowymi i nie miał
tradycji tenisowych, więc czasami zakrawało to na niewykonalne zadanie,
lecz mieliśmy za to silną wolę. Jako naród nie akceptujemy drugiego
miejsca. Musieliśmy być numerem jeden, nie było innej opcji. Albo jesteś
najlepszy, albo jesteś nikim. Taką mamy mentalność".
Uważa się, że nie ma bezpośredniego tłumaczenia serbskiego słowa inat
na język angielski. Jest to swego rodzaju mieszanka buntu, złości, uporu
i postawy "goń się, kmiocie", być może z odrobiną sarkazmu i cierpkiego
dowcipu; niektórzy twierdzą, że taka przekora towarzyszyła Djokoviciowi
w tenisie od wczesnych dni i nadal go napędza. "Inat pojawia się, gdy
jesteś zły i masz ogromnie silną motywację, aby udowodnić wszystkim, że
się mylą. Chcesz świetnie sobie poradzić. Myślę, że Novak doświadczał
tego uczucia przez całą swoją karierę" - powiedział Janković. "Ze mną
było podobnie. Inat leży w naszym narodowym charakterze. Chcemy być
najlepsi. Odniesiemy sukces, nawet jeśli pochodzimy z małego kraju,
który nie jest najbogatszy i nie ma wybitnego zaplecza. Ale mamy to,
czego nie mają inni sportowcy. Mamy inat. I udowodnimy, że się
mylisz".
Bombardowania z 1999 roku nadal kształtują sposób myślenia Djokovicia na
korcie. "Przeszłość Novaka, wojna i wybuchające wszędzie bomby sprawiły,
że stał się nieulękły" - zauważyła Chris Evert, niegdysiejsza światowa
jedynka i zdobywczyni 18 tytułów wielkoszlemowych w rozgrywkach singli
kobiet. "Jeżeli przeżyło się takie dzieciństwo i ma za sobą podobne
traumatyczne doświadczenia, wyzbywa się strachu. Jeżeli takie przeżycia
nie uformują pewnego typu człowieka, to już sama nie wiem, co tego
dokona. Novak wykorzystuje negatywne momenty życia, takie jak uwikłanie
jego ojczyzny w wojnę, i czerpie z nich siłę podczas meczów. Powtarza
sam sobie: "Okej, Novak, mamy pięć do zera w piątym secie, ale gorsze
rzeczy przeżywałeś". Wojna wyzuła z lęku jego tenis i jego życie. W rezultacie dodała mu sił i odporności. Ten człowiek ma w sobie głębię
siły".
Niektórzy bliscy Djokovicia sugerują, że nie należy przeceniać wpływu
wojny na jego drogę do wielkości. Chociaż jego przeżycia pobudziły go do
działania, niewykluczone, że gdyby dorastał w bardziej spokojnych i dostatnich czasach, również odnosiłby porównywalne sukcesy. "Prawdą
jest, że ta część historii Novaka zahacza o ekstrema" - przyznał Janko
Tipsarević, który dorastał w Belgradzie, a później stał się graczem
pierwszej światowej dziesiątki i zalicza się do najbliższych przyjaciół
Djokovicia (kilka razy byli razem na wakacjach z rodzinami).
"Wielu sportowców wychowywało się w ubogich domach albo pod opieką
samotnych rodziców, a także na terenach, gdzie dochodzi do przemocy z użyciem broni - dość spojrzeć na NBA lub NFL w Ameryce. Lecz ta sytuacja
się wyróżnia, bo noc w noc pojawiało się zagrożenie życia. Przez dwa i pół miesiąca było dla nas normalne, że wieczorem nas zbombardują, więc
musimy iść do schronu, a w ciągu dnia gramy w tenisa. Moim zdaniem te
chwile bez wątpienia sprawiły, że Novak ostatecznie stał się jeszcze
bardziej odporny, i pomogły mu osiągnąć jego cele. Ale zaważyły one może
w 5 czy 10 procentach, i tyle. Żywię niezłomną wiarę w jego zdolności
umysłowe i mentalną wielkość. Choćby jego ojcem był Jeff Bezos, a Novak
dorastałby w bogatym kraju, i tak spełniłoby się to, co mu pisane:
zostać najwybitniejszym tenisistą".
Psycholożka tenisowa Daria Abramowicz - która od kilku lat towarzyszy na
tourze polskiej zdobywczyni Wielkiego Szlema Idze Świątek - wyczuwa, że
doświadczeniom wczesnego dzieciństwa oraz narracjom, które Djoković
snuje dla siebie i innych, zawdzięcza on nadzwyczajną rezyliencję.
"Novak postrzega siebie jako dumnego Serba. Łączy go silna więź z własnym krajem. Jeżeli twoja ojczyzna ma taką historię, a ty potrafisz
się z niej otrząsnąć i zbudować dla siebie szczęśliwe życie oraz udaną
karierę zawodową, może ci to dać olbrzymią siłę i niezmierzoną
rezyliencję. Niekiedy może to również stanowić brzemię, a w niektórych
sytuacjach zapewne jest i tak, i tak. To szalenie indywidualna kwestia,
bez dwóch zdań" - stwierdziła Abramowicz. "W mojej opinii, a widać to
pod bardzo wieloma względami, Novak stał się niewiarygodnie silny i odporny".
W głowie Djokovicia kryją się także inne trwałe skutki nalotów.
Przeżywszy zgrozę i trudności, zawsze docenia to, co ma w życiu. I choć
może to zabrzmieć osobliwie, to Djoković przeżył rok 1999, pielęgnując
coś, co okazało się jeszcze potężniejsze: nadzieję.
* * *
To nie przesada stwierdzić, że Djoković wziął się znikąd. Urodził się w Jugosławii - kraju, którego już nie ma, a w którym praktycznie nie
istniała kultura tenisa.
Sam zawodnik przyznał, że w Belgradzie tenis był kiedyś równie popularny
jak szermierka. W owym czasie "tenisa nie było nigdzie, niemalże zniknął
z powierzchni ziemi", jak mówi Bogdan Obradović, który z przerwami
trenował Djokovicia w okresie, gdy ten miał 10-16 lat, a potem także
poprowadził go do tytułu w Pucharze Davisa. Poza morzem betonu do
dziedzictwa komunizmu zalicza się panujące w Jugosławii, a potem w Serbii przeświadczenie, że tenis to sport arystokratyczny. W Belgradzie
działał klub wyłącznie dla ambasadorów i członków korpusu
dyplomatycznego, a w serbskiej telewizji przez lata pokazywano tylko
jeden mecz zawodowego tenisa rocznie: finał mężczyzn w singlu na
Wimbledonie. Zdjęcia z Kortu Głównego, na którym występowali gracze
odziani w całości na biało, nie przekonałyby raczej widzów w stolicy
kraju, że to dyscyplina dla robotników. "To był sport dla elity" -
wspominał Obradović. "Wszyscy się trochę bali tenisa".
Wszelkie środki na dofinansowanie sportu, jakimi dysponował serbski
rząd, inwestowano w dyscypliny drużynowe, takie jak piłka nożna,
koszykówka, piłka ręczna, wodna czy siatkówka. Po co ryzykować nakłady
na jednostkę z aspiracjami w kierunku - o zgrozo - czegoś tak
arystokratycznego?
Miejsce, które niegdyś cechował - jak to określił Djoković - "błogi
spokój", czyli teren otaczający pasmo Kopaonik w serbskich górach, w 1999 zostało podziurawione bombami kasetowymi. Przez wiele kolejnych lat
zagrożenie niewybuchami w górach sprawiało, że Djoković nie mógł
bezpiecznie wrócić do "najpiękniejszego klubu tenisowego na świecie",
jak to określił. To właśnie tam, w wieku czterech lat, na trzech kortach
ziemnych w pobliżu pizzerii Red Bull należącej do jego rodziców po raz
pierwszy grał w tenisa. Niemal dwie dekady po wojnie, kiedy bomby
zostały już rozbrojone, Djoković mógł tam wrócić. Klub był opustoszały,
zrujnowany i pochłonął go las. Ale dla tenisisty wciąż było to miejsce
ważkie i znaczące. Jeden z kamiennych budynków leżał w gruzach,
drewniane konstrukcje prawie zrównano z ziemią, a ściankę tenisową -
gdzie za dzieciaka spędził wiele szczęśliwych godzin i dni, szlifując
technikę - naznaczyły dziury po wybuchach bomb.
Lecz ścianka jakimś cudem przynajmniej wciąż stała, "przetrwała" - jak
ujął to Djoković - podobnie jak nie ustała jego łączność emocjonalna z tym miejscem. Sentyment Djokovicia do kortów, które w chwili jego
powrotu pod koniec drugiej dekady XXI wieku porastała obficie
roślinność, wynika częściowo z otaczającej je przyrody. Ponadto jednak z tego, jak zmieniły one jego życie. W rodzinie Djokovicia nikt wcześniej
nie grał w tenisa. Był to czysty fart, bulwersujący wręcz łut szczęścia
- czy też, jak ująłby to sam gracz, "przeznaczenie" - że ktoś postanowił
umieścić korty tuż przed drzwiami restauracji. Gdyby ich dokładnie w tym
miejscu nie zbudowano, niewykluczone, że Novak nie zetknąłby się z tym
sportem w młodym wieku... a może wcale. Czy Djoković w ogóle wybrał swoją
"ścieżkę", jak to określał? Wierzy on, że jego dusza, podobnie jak dusze
wszystkich innych ludzi, ma przeznaczone jej cele i zadania do
wykonania. On musiał tylko odkryć jakie.
Djoković wierzy także, że jego dusza wybrała jego rodziców. Urodził się
w familii narciarzy - jego ojciec, wuj i ciotka jeździli i uwielbiali
włoskiego narciarza alpejskiego Alberta Tombę. Rodzice Novaka wręcz
poznali się na stoku - jego matka wpadła w zaspę i zjawił się ojciec,
instruktor narciarstwa, zapytując, czy potrzebna jej pomoc. Zdaniem
Djokovicia nie ma nic dziwnego w tym, że zainteresował się sportem,
niespodziewane okazało się tylko to, że wybrał tenis. Decyzja ta
wypchnęła jego rodziców z ich strefy komfortu: nie znali tenisowego
światka, więc Djoković musiał otwierać im umysły, nie ostatni zresztą
raz. Srdjan i Dijana nie mogli się w pełni orientować, na co się piszą.
Odkąd tylko Novak zobaczył tenis, ubóstwiał tę dyscyplinę. Jego miłość
do tenisa nie zrodziła się w roku 1991, kiedy dostał pierwszą rakietę.
Można się cofnąć jeszcze głębiej w przeszłość, do chwili, gdy miał
raptem trzy latka i nosił jedzenie oraz napoje mężczyznom budującym
korty tenisowe przed restauracją rodziców. W tych momentach ojciec
dostrzegł, jak syn spogląda na korty. Srdjan kupił "Nolemu" (jak
przezywano Djokovicia) jaskraworóżową rakietę i piankową piłeczkę.
Djokovicia nie obchodziło, w jakim rakieta jest kolorze, lecz tylko że
należy do niego. Kiedy nią nie wymachiwał, to nosił ją wszędzie całymi
dniami - nie chciał jej ani na chwilę odłożyć. Zachowało się nagranie,
na którym stoi na korcie w zielonym dresie, czapeczce bejsbolowej i z pełnym skupieniem na twarzy.
Szczęście dopisało mu również w innej kwestii. Jelena Genčić, która
wcześniej prowadziła Monicę Seles i przyszłego trenera Novaka, Gorana
Ivansevicia, zaczęła na tych kortach organizować zajęcia dla dzieci.
Djoković miał pięć lat, gdy się zapisał. Jak przekonała się Genčić, nie
trafił się jej zwyczajny pięciolatek. Djoković przybył na pierwsze
zajęcia pół godziny przed czasem i przyniósł ze sobą wielką torbę
tenisową z rakietą, ręcznikiem, butelką wody, bananem i frotkami. Genčić
zdębiała: "Kto cię pakował? Mama?". Na co Djoković odparł: "Nie, sam się
spakowałem". Zapytała go, skąd wiedział, co mu będzie potrzebne. Bo
oglądał tenis w telewizji, odrzekł. Perfekcjonizm Djokovicia, obecnie
dla wszystkich widoczny gołym okiem, objawił się już na początku.
Zaledwie kilka dni później Genčić powiedziała rodzicom Djokovicia, że
ich syn, niewystający ponad słupek od siatki, jest wyjątkowy, że to
złatno dete, "złote dziecko". Złote, ponieważ oprócz talentu cechowała
go umiejętność koncentracji, co sugerowało, że przed nim wielka
przyszłość w zawodowym tenisie. Wtórowało to przeświadczeniu Dijany,
która postrzegała Novaka jako "boże dziecko". "Jelena rozbudziła w Novaku i jego rodzinie nadzieję, że może odnieść sukces w tenisie" -
powiedział Janković. "Nikt nie wierzył, że to możliwe, dopóki Jelena go
nie poparła".
Tenisowe sny Djokovicia rozpoczęły się od jego rozmów z Genčić. "Jelena
rozbudziła w Novaku marzenie, które on spełnia całe swoje życie" -
powiedział Obradović. "Wpoiła mu miłość i pasję do tenisa. Dla Novaka, a także jego rodziny, ważne było, że ktoś go wspiera, chwali, jak bardzo
jest utalentowany, i podkreśla, że kiedyś będzie najlepszy. Jelena
kochała tenis i ciężką pracę. Była ogromnie zdyscyplinowana.
Przypominała oficera w wojsku, była bardzo twarda. Ale jednocześnie
uśmiech nie schodził jej z twarzy. Była bardzo pozytywną osobą".
Nie trzeba być psychologiem, by spostrzec, że trudno o bardziej
rozbieżne osobowości w tenisie niż Pete Sampras i Djoković. W latach 90.
Sampras od czasu do czasu wzbijał się w górę z wimbledońskich traw i zawisał w powietrzu jak koszykarz NBA, po czym ładował wsad. Pominąwszy
to jednak, Kalifornijczyk skupiał się wyłącznie na tenisie, a nie na
show-biznesie. Mimo to właśnie Sampras, cichy, powściągliwy samiec alfa
All England Lawn Tennis and Croquet Club, zainspirował młodziutkiego
Serba, który miał się stać jednym z największych ekstrawertyków tej
dyscypliny i uwierzył, że jemu także jest pisany triumf na Wimbledonie.
Pierwsze wspomnienie Novaka z oglądania mistrzostw w telewizji to mecz z roku 1993 - miał wówczas sześć lat - w którym Sampras zdobył tytuł
mistrzowski. Z perspektywy czasu Djoković rozumie, że on sam i Sampras
to zupełnie inni ludzie, lecz w wizerunku idola podobało mu się, jak
radził sobie z presją i w najważniejszych momentach bodaj zawsze dobrze
serwował. Djoković nie widział nikogo dorównującego Samprasowi pod
względem siły psychicznej w białym ogniu Kortu Głównego na Wimbledonie.
Djoković zrobił sobie udawany puchar Wimbledonu z plastiku i kawałków
papieru. Wówczas nie zdawał sobie z tego sprawy, lecz w młodym wieku
stosował strategię psychologiczną, na której wielokrotnie będzie polegał
jako dorosły: wizualizację. "Witam" - mówił, unosząc plastikowe trofeum
przed lustrem - "nazywam się Novak Djoković i jestem mistrzem
Wimbledonu". Wiele lat później, gdy w 2011 tenisista pierwszy raz
zwyciężył na tych kortach i uniósł autentyczny, złoty, zwieńczony
ananasem puchar, wrócił myślami do dzieciństwa i swoich marzeń o tej
właśnie chwili. Nim skończył siedem lat, w tenisie chodziło wyłącznie o zabawę. Później jednak sprawa zrobiła się poważna. W tym właśnie wieku
Djoković pojawił się w serbskiej telewizji publicznej, oznajmił widzom,
że "tenis to jego praca", i sformułował swoją wizję przyszłości:
zostanie numerem jeden na świecie.
W tym mniej więcej okresie Dušan Vemić, starszy od Djokovicia o 11 lat,
poznał w sekcji tenisowej klubu Partizan małego Novaka. Vemicia zdumiało
to, jak wypowiadał się ten mały chłopiec. "Torba z rakietą była prawie
tak duża jak on sam, sięgała mu niemal do kolan. Na początku myślałem,
że to taki, ot, słodki maluch, ale kiedy z nim pogadałem - a miał jakieś
sześć czy siedem lat - zdałem sobie sprawę, że mogłem z nim odbyć
zupełnie dojrzałą rozmowę. Zaliczał się do cudownych dzieci" - wspominał
Vemić, który lata później miał dołączyć do ekipy trenerskiej tenisisty.
"Novak jest genialny na przeróżne sposoby. Zachowuje się, myśli i wypowiada, jakby był o jakieś 20 lat starszy, niż jest w rzeczywistości.
Może zaskoczyć tym, co potrafi pojąć. Tak samo było w dzieciństwie. Od
razu się zorientowałem, że ma głębokie przemyślenia i jasno postrzega
to, co robi - na przykład ćwiczenie techniki i pracy nóg. Rozumiało się,
że on wypowiada się z pełną powagą. Zadziwiające było spotkać tak młodą
osobę, która myślała o tenisie w takich kategoriach, zamiast się tylko
wygłupiać. Wówczas nie wyobraziłbym sobie, że Novak osiągnie taką
pozycję, jaką ma dziś. Ale i wtedy sobie myślałem, od naszej pierwszej
rozmowy, że w umyśle tego dzieciaka kryje się coś szczególnego".
To właśnie umysł, a nie styl gry Djokovicia, sygnalizował, że czeka go
wielkość.
Już w dzieciństwie nawet podczas mniej emocjonujących etapów meczu
zachowywał koncentrację przewyższającą zdolności niektórych dorosłych
sportowców. "Czasami w tenisie wieje lekko nudą, przecież nie każda
sekunda i nie każdy punkt kwalifikują się do przeglądu najciekawszych
chwil rozgrywki" - stwierdził Vemić. "Właśnie wtedy należy się skupić.
Dojrzałość na ogół osiąga się po wielu latach gry w tenisa na wysokim
poziomie. On tak grał od samego początku, od dzieciństwa. Do każdego
meczu przygotowywał si ę tak, by osiągnąć szczyt swoich możliwości, i walczył o każdy punkt. Szanował każdy punkt".
Na szczęście Djoković miał Genčić, swoją "przybraną matkę". Była dla
niego kimś znacznie więcej niż tylko trenerką. Otrzymał od niej nauki
dalece wykraczające poza wskazówki, jak uderzyć piłeczkę tenisową. Od
dzieciństwa Djoković zdawał sobie sprawę z wagi właściwego odżywiania -
Genčić opowiadała mu, że Seles nie pije coca-coli i nie jada
cheeseburgerów, ceni za to sen. Każdego dnia Djokoviciowi zdawało się,
że ma w głowie Monicę Seles. Zaczął podziwiać i kochać dziewięciokrotną
mistrzynię Wielkiego Szlema (a już jako dorosły rozważał, ile jeszcze
tytułów by zdobyła, gdyby na korcie w Hamburgu w 1993 roku nie otrzymała
ciosu nożem w plecy). Innym istotnym elementem szkolenia z Genčić była
muzyka klasyczna. Trenerka zapoznała Novaka z uwerturą Rok 1812
Czajkowskiego i zapytała, jak się czuje podczas słuchania - chciała, by
zapamiętał przypływ adrenaliny i potęgę muzyki, a następnie wykorzystał
je na korcie, jeżeli trafi mu się gorszy dzień i będzie musiał w jakiś
sposób podnieść poziom swojej gry. Zachęcała go także do nauki języków
obcych, śpiewania, czytania poezji, w tym dzieł poety rosyjskiego
romantyzmu Aleksandra Puszkina, i do "świadomego oddechu". Jeżeli chce
się zrozumieć, dlaczego Djoković myśli inaczej niż większość sportowców,
nie można zignorować Genčić - to ona nauczyła go otwierać umysł.
Djoković rywalizował właśnie w turnieju wielkoszlemowym - Rolandzie
Garrosie w 2013 roku - kiedy dowiedział się, że Genčić zmarła. Nie mógł
przybyć na jej pogrzeb, więc napisał list, który odczytała jego matka.
Określił Genčić mianem "anioła" i podziękował jej za cierpliwość,
wsparcie i "ogromną miłość".
* * *
"Złote dziecko" czy tenisowy "kosmita"? Już w wieku 10 lat Djoković na
korcie odznaczał się "kosmiczną energią". Gdy Obradović pierwszy raz
obserwował, jak chłopak gra, natychmiast wyczuł tę energię - odniósł
wrażenie, jakby dziecko praktycznie nie było człowiekiem, lecz istotą
pozaziemską. "Novak nie prezentował wtedy wybitnego tenisa. Nie
dysponował najlepszą techniką. Ale wszystkim dookoła zapierało dech, bo
czuło się i widziało jakąś energię. Jakby był z kosmosu. Jak u ufoludka".
Ojciec przyprowadził Djokovicia do trenera, do klubu tenisowego na
przedmieściach Belgradu, by zapytać go o zdanie na temat perspektyw
chłopca. Oprócz pozaziemskiej energii i ewidentnego talentu podczas tego
pierwszego spotkania "kompletnie zszokowała" Obradovicia jeszcze inna
rzecz: profesjonalizm tego dziecka. Nie chodziło tylko o to, że "cichy
chłopiec" spakował torbę tenisową, co robił już od lat, lecz także o to,
że nieproszony zaczął się rozgrzewać i biegać wokół kortu. Innych
dziesięciolatków trzeba było zapoznać z koniecznością przygotowania
ciała do treningu, a następnie należało im o niej przypominać, Djoković
zaś wiedział już, co trzeba robić. Obradovicia zdumiało skupienie, z jakim Novak podchodził do każdego uderzenia, jak również to, że chłopak
opracował sobie już zestaw ćwiczeń wyciszających i rozciągających.
Pod koniec pierwszej sesji treningowej Obradović zapytał Djokovicia:
"Czego oczekujesz od tenisa? Jaki jest twój cel?". Padła na to jasna
odpowiedź: "Chcę zostać numerem jeden na świecie". Obradović odparł:
"Łatwo powiedzieć, ale musisz wiele zrobić, by to osiągnąć". Djoković
odrzekł niezrażony: "Nie szkodzi. Zrobię, co trzeba, by to osiągnąć. To
moje marzenie i wierzę, że je spełnię".
Električni Orgazam - "Elektryczny Orgazm" - to zespół rockowy z Belgradu, popularny w Jugosławii w latach 80. Bezwiednie odegrał on
istotną rolę w rozwoju tenisowym Djokovicia i pomógł mu zostać
najlepszym wykonawcą returnów w dziejach. Obradović, rozkochany w tenisie i muzyce, któregoś dnia wziął na korty treningowe swoją gitarę i zagrał Djokoviciowi piosenkę "Elektrycznego Orgazmu" pod tytułem
Wszyscy w Jugosławii grają rock and rolla. Chciał pokazać Novakowi, że
odbiór serwisu przeciwnika wykazuje wiele analogii do grania i słuchania
muzyki: chodzi o rytm. "Słuchaj, Novak, musisz śledzić rytm piosenki" -
powiedział Obradović. "I wtedy wyczujesz rytm w swoim returnie, w swoim
ruchu, wszędzie. To jak piosenka. Wszystko się łączy".
Jak zapewnił Djokovicia Obradović, grając na gitarze: "Muzyka tkwi
między nutami". Chciał w ten sposób przekazać, że w tenisie i muzyce
chodzi o wyczucie czasu, więc sekret świetnych returnów kryje się w tym,
by "mieć dobry rytm i robić wszystko we właściwym czasie". Prosił, by
Djoković zwracał uwagę na wszelkie aspekty serwisu oponenta. Chciał, by
słuchał on odgłosu uderzanej piłeczki, bo miał reagować na ten dźwięk w takim samym stopniu jak na obserwację ruchu przeciwnika podczas serwisu.
Obradović zachęcał Djokovicia, by wczuł się w rytm serwisu rywala: w jego ręce, wyrzut piłeczki w powietrze, wszystkie niuanse rakiety.
"Wyrobisz sobie rytm odczytywania i reakcji" - zapewnił Obradović, który
zapoznał Novaka także z Beatlesami i puszczał mu Yesterday oraz wiele
innych piosenek w ich wykonaniu.
Lecz pod wieloma względami jego nauki na temat "Elektrycznego Orgazmu"
wykraczały poza kort tenisowy. Nim Obradović odłożył gitarę, miał
jeszcze jedno do powiedzenia o rock and rollu: "Novak, najważniejsze
jest to: jeżeli słyszysz i rozumiesz muzykę, stajesz się szczęśliwszym
człowiekiem".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki